- Opowiadanie: Dark Dante - EEG

EEG

26 kwietnia 1986 roku, o godzinie 1:23 w nocy w wyniku szeregu eksplozji został zniszczony reaktor bloku czwartego w Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej. 

Chmura promieniowania rozeszła się niemal po całej Europie, docierając nawet do Ameryki.

Konsekwencje katastrofy okazały się tak poważne, iż rząd ewakuował okoliczne miasto i wsie. Wokół elektrowni utworzono strefę zamkniętą o promieniu trzydziestu kilometrów, zabraniając mieszkańcom wracać na skażone rejony. 

Pomimo awarii, elektrownia funkcjonuje nadal, a rząd na terenie całej strefy ulokował tajne laboratoria. 

11 czerwca 2006 roku, nocne niebo w Strefie Zamkniętej rozerwało oślepiające światło podświetlając parujące chmury. Po chwili zupełnej ciszy uderzył potężny grom, a ziemia się zatrzęsła. Większość sił wojskowych zginęła na miejscu.

Rok 2008, naukowcy dalej nie potrafią wytłumaczyć tragicznego zdarzenia. Rzadkie ekspedycje badawcze giną bez wieści, a nieliczny ocaleli opowiadają mrożące krew w żyłach opowiadania o dziwnie zmutowanych zwierzętach.

Do roku 2010 na teren Zony trafiło od 100 do 300 niezidentyfikowanych osób, które same siebie nazywają "stalkerami" a utrzymują się ze sprzedaży dziwnych tworów Strefy zwanych artefaktami, które sprzedają za znaczne sumy.

Rok 2011, pomimo szczelnego kordonu wojskowego, fenomen stalkerstwa rośnie w siłę, a na teren Zony przedziera się coraz więcej osób. Podróżują jedynie po jej obrzeżach, a nieliczne wypady w głąb kończą się zaginięciem wszystkich podróżnych, co do jednego.

Rok 2012, stalker zwany "Striełok" rozwikłał wszelkie zagadki Zony i wyłączając "Mózgozwęglacz" zachwiał delikatną równowagę między frakcjami stalkerów na terenie Strefy. Wszyscy szturmem rzucili się wgłąb Zony licząc na pokaźny łup z artefaktów.

 

Jednak stalker zwany "Przystojniakiem" nie interesuje się rozgrywkami między dużymi frakcjami. Ma do spełnienia własną misję, a im dalej w Zonę, tym więcej dziwnych zdarzeń napotyka. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

EEG

 

Rozdział I – W pogoni za Striełokiem

Zona była nawet znośna o tej porze roku. Koniec czerwca, zaraz wakacje. Aż chciało się ściągnąć ten typowy dla stalkerów pancerz i chodzić w samym podkoszulku.

Nie, nic z tego. Nie tutaj, nie w Zonie.

Za dużo mutantów, kul latających na wszystkie strony i zabójczych anomalii. Czasem nawet chwila odprężenia może zakończyć się zgonem.

Już trzeci dzień z rzędu Dimka Przystojniak włóczy się po Jupiterze. Coś mu każe tu być, coś go pcha naprzód.

Nie wie co to, ani dlaczego tak jest. Ale to on, to wszystko jego sprawka. Od tygodnia idzie krok w krok za nim.

Striełok…

Ciągle podąża jego tropem. Chociaż „za nim" to nie do końca dobre określenie. Idzie w sumie po śladach Naznaczonego, to on go szukał przed Kolesiem. Ale Naznaczony zaginął gdzieś pod Czerwonym Lasem. I robił to na zlecenie Sidorowicza, tfu! Dimka za to idzie bo musi, po prostu.

Przeszedł przez Kordon, Wysypisko, Agroprom, Dolinę Mroku, Bar, Magazyny Wojskowe a nawet przez Czerwony Las czy Prypeć. Udało mu się przedrzeć do Limańska ostatnią wolną trasą, a i to raptem chwilę przed emisją.

Przedarł się przez tajne laborka, Jezioro Jantar i zawędrował aż na Zaton przez zaufanego przewodnika. A stamtąd już z pomocą Pilota.

Ciekawe, że facet ostatnio obniżył ceny…

I w końcu Jupiter. Zaraz po dojściu do starej stacji Janów, Dimka wyszedł w teren. I tu trop się urwał. Już sam nie wiedział, co robić. Trzy dni bezsensownego chodzenia w tę i nazad. Jedyne czego się dorobił, to kilku nowych blizn po miejscowych mutantach i jakieś denne szpargały z zombie na Parkingu.

Już miał wrócić z tego swojego standardowego obchodu i zjeść coś w Janowie, kiedy coś zaczęło się dziać.

Przystojniak był „dotknięty przez Zonę", momentalnie wychwytywał nadejście emisji. Nawet najmniejsze zmiany w otoczeniu potrafił doskonale zinterpretować. I ten metaliczny posmak w ustach… Każdy takiego dostawał ale najczęściej jakieś dwie minuty przed uderzeniem, nie osiem czy dziesięć.

Rozejrzał się dookoła. No nic, cisza i spokój. Ale on ufa swojemu instynktowi, jeszcze nigdy go nie zawiódł. Zaklął siarczyście, orientując się, że jest na samym środku pustego pola, a dobiegnięcie do Janowa zajmie za dużo czasu.

Mimo to rzucił się pędem, licząc na jakąś głęboką jamę po drodze.

To w sumie ciekawe, pierwsze emisje były tak silne, że nawet w Kordonie bez kilku ton betonu i ziemi nad głową można było sobie usmażyć mózg, a teraz nawet tutaj, w Jupiterze, tak blisko centrum, wystarczy trochę głębszy dół i nawet się nie porzygasz.

Zaczęło robić się czerwono. Nie, to nie mroczki przed oczami, niebo zrobiło się koloru świeżej krwi.

Twarz stalkera robiła się coraz bardziej zacięta. Jasne oczy wbiły się w dach wieży kontrolera przy stacji, widocznej nawet stąd. Czarne krótkie włosy i kilkudniowy zarost zaczęły już znaczyć kropelki potu.

Był średniego wzrostu, za to bardzo szczupły. Wyglądał dość zabawnie w biegu, dopóki ktoś nie spojrzał na jego twarz. Wieczny ponury grymas, ogromna blizna po snorku, pięć śladów pazurów zaczynały się wąskimi liniami na lewym policzku i kończyły szramami grubości palca dopiero na prawym boku głowy. A na szyi kilka śladów macek pijawki. Stąd typowa stalkerski ksywa.

– Nie, nie dam rady…

Westchnął w czasie biegu, kiedy pot już mu całkiem zalewał oczy. Gromy przetaczały się po całym niebie, przybierającego kolor intensywnej czerwieni.

Bunkier!

W okolicy przecież jajogłowi nadal mają swój bunkier!

To jedyny ratunek, odbił w lewo, próbując dotrzeć do kilkunastu ton betonu i wszelkiej ochrony przed emisjami. Głowa go już strasznie bolała ale zostało całkiem niewiele, ledwo kilka metrów. Już wybiegł spomiędzy krzaków, teraz teren równy jak patelnia, cały czas wycinany przez ochronę.

Chwila, moment i…

Emisja.

Świat zawirował, głowa eksplodowała. A potem nastała ciemność.

– I jak wyniki?

– Ogólnie dobrze ale w krwi żadnych śladów antybiotyku.

– Poważnie? I on przeżył emisję na pustej przestrzeni bez antybiotyku?

– Na to wychodzi.

– Niesamowite… Jak wyglądają inne badania?

– No cóż, EKG w normie, chociaż pewnie biegł ile sił w nogach. Bardziej niepokoi mnie EEG…

– A co z nim nie tak?

– Poza skalą.

– Niemożliwe, nawet kontroler nie uzyskałby takiego wyniku.

– Mamy do czynienia z niesamowitą jednostką. A może on został jakoś zmieniony przez Zonę? Sam widziałeś, miał przy sobie papiery z X16, X18, Agropromu i pola testowego Gaussa.

– Czyli to my go tak zaprawiliśmy?

– Możliwe, że to przez jakieś środka, które się tam znajdowały. Ale jakoś w to nie wierzę, on to ma od urodzenia, na pewno. Niesamowity przypadek, niesamowity…

– Oho, chyba się wybudza.

Dźwięk był jak spod wody ale jednocześnie nieznośnie głośny i drażniący. Przystojniak się obudził, chociaż słyszał rozmowę dwójki jakichś ludzi, to jakoś nie mógł zrozumieć dokładnego sensu ich wypowiedzi.

– To ja pójdę po następne dawki.

Ktoś wyszedł z pomieszczenia, zwykłe zamknięcie drzwi było jak huk wystrzału z haubicy. Z grymasem na twarzy Dimka ciężko się podniósł, oparł o ścianę plecami i spojrzał przed siebie.

Ktoś tam stał, na drugim końcu małego pomieszczenia.

Czyli jednak dobiegł. Bunkier naukowców. I stąd ta niezrozumiała paplanina.

Kto tam stał? Chyba Herman, był plecami. Oziorski nie jest takim chamem.

– Obudziłeś się wreszcie, dobrze. Mam dla ciebie pewne zlecenie.

Nawet się nie odwrócił do niego, wciąż gapił się na jakieś paskudztwo w wielkiej probówce, chyba na nibypsa.

– Musisz odszukać pewne ważne dokumenty.

– Niby jakie?

– Naukowe.

Uciął temat, nie chciał nic wyjawić. Odwrócił się i podszedł do stalkera.

– Niedługo możesz wyruszać.

– Gdzie mam ich szukać?

– Na pierwszy ogień pójdzie X18. Potem ci powiem resztę, mam twoje dane PDA.

– Tajne laboratoria? Przecież to działka Specnazu, OMON'u , wojskowych stalkerów albo chociaż żołdactwa. Co w tym wszystkim ja mam robić? – Zdziwił się stalker.

– Bo już tam byłeś. I wróciłeś cały. A rząd nie chce przydzielić na to środków mówiąc, że to za duże ryzyko.

– Typowe… Jeśli armia może coś zrobić ale nie ma bezpośredniego rozkazu, to będzie siedzieć na dupie.

– Dokładnie, stalkerze. To jak, jesteś gotów poświęcić się w imię nauki?

– Nie. Ale jestem gotów spłacić dług.

– Ach, a więc trafił mi się stalker z honorem. I dobrze, tacy zawsze coś sobą reprezentują. Profesor Oziorski da ci podstawowe wyposażenie, możesz też pogadać o jakichś dodatkach z naszym technikiem, Nowikowem.

– Jasne, już wychodzę.

Podniósł plecak spod łóżka i ruszył do przedsionka. Nawet nie sprawdzał, czy wszystko ma, im jego śmieci są niepotrzebne, sami mają o wiele lepszy sprzęt. Przewiesił AEK-971 przez plecy. Sprawdził jedynie, czy magazynek jest nadal dwurzędowy i zamek lekko chodzi.

Kiedyś już amunicja mu się przesunęła w magazynku, zrobił się jednorzędowy, broń się zacięła i mogiła. Dobrze, że miał jeszcze bagnet, inaczej już dawno byłby karmą dla ślepych psów.

Na początku nogi miał jak z waty ale przeszedł się te kilka metrów i wszystko minęło. Ból głowy, nudności, miękkie nogi i inny syf. Czyżby nafaszerowali go jakimiś cudownymi specyfikami?

Podszedł do technika i pokazał mu swoje cudo.

– Co możesz mi z nim zrobić?

Były mechanik Czystego Nieba pokręcił niechętnie nosem i w końcu stwierdził.

– Większy magazynek i szybszy zamek.

– A co z odrzutem i kontrolą?

– Mogę ci to jakoś wyważyć ale już za dodatkową opłatą.

Przystojniak zaklął pod nosem. Z takiego ulepszenia żal nie skorzystać, ale nie miał za dużo pieniędzy. W końcu wyskrobał z kieszeni ile miał.

– Dwa tysiące?

– Niech ci będzie, niedługo wrócę – Ostatecznie zgodził się rusznikarz.

Poszedł z bronią na zaplecze, a stalker usiadł w rogu. Po chwili zjawił się drugi naukowiec.

– Mam tu podstawowe zaopatrzenie. Życzę sukcesów, tak tobie, jak i nam.

Uśmiechnął się życzliwie, podał mały zawiniątek i wrócił do części badawczej. Dimka aż oczom uwierzyć nie mógł, dostał najprawdziwszą apteczkę naukową. Takie chodziły w Zonie po cztery stówy najmniej. A ta jeszcze była nowa! Pełny zestaw opatrunków, leków i innych dupereli. Do tego miał jeszcze leki przeciw działaniom większości anomalii i… Tutaj aż musiał spojrzeć dwa razy.

Antybiotyk.

Najprawdziwszy antybiotyk!

Teraz żadna emisja niestraszna. Prawdziwe cudo warte czasem nawet i półtora tysiąca.

Wszystko pieczołowicie upchnął w wysłużonym plecaku kostce i jeszcze na wszelki wypadek przetrząsnął swoje PDA korzystając z chwili wolnego czasu.

Nie, jednak wszystko było w porządku. Naukowcy pobrali jedyni dane kontaktowe.

Po godzinie stalker już odzyskał swoje zabawki i był gotowy do drogi. Ostatni rzut okien na wnętrze bunkra i wyszedł. Skierował się prosto na Janów, rzut beretem. Po chwili był na miejscu i od razu podszedł do Pilota.

– Dobrze, że jesteś. Masz jakichś chłopaków na Zatonie co przeprowadzą za półdarmo do Wysypiska?

– Tak, jest taki jeden, co z Zatonu przerzuca na Wysypisko. Chociaż łatwiej byłoby przez wschodnią Prypeć, potem południem miasta i już drogą prostą jak strzała.

– Monolit.

– Oj tam, Monolit… Chłopaki z Wolności mają kilka swoich posterunków w Czerwonym Lesie.

– Dzięki, ale nie. Kiedy byłbym nam miejscu?

– W pięć, sześć godzin – Szybko wyliczył Pilot.

– Świetnie, lecimy.

– Hahaha… Żarcik jak zwykle się ciebie trzyma

– Mógłbyś czasem się uśmiechnąć. No, to komu w drogę, temu kulka mniej.

Pilot jeszcze coś burknął pod nosem ale zabrał swoje rzeczy i jako pierwszy wyszedł ze stacji. Ruszyli na północ.

Droga była dość krótka i nawet przyjemna. Regularne patrole Wolności i Powinności czyściły okolicę ze wszelkich mutantów. Z kolei już na terenach Zatonu pieczę trzymali samotnicy i jakaś banda najemników, przyjaznych o dziwo, wiec też było całkiem dobrze. Tylko to cholerne błoto z bagna…

Kto to wymyślił, żeby bazę zakładać na samym środku cholernego bagna?! I to jeszcze w rdzewiejących resztkach jakiegoś statku!

Trochę narzekając w myślach, wszedł na pokład i rozejrzał się po wnętrzu baru. O tej godzinie były ze trzy osoby. No i stary Brodacz.

– To gdzie ten przewodnik?

– Pewnie ma jakąś trasę, musisz poczekać.

– To zapytaj z łaski swojej, kiedy wróci.

Pilot wzruszył ramionami ale odpalił PDA i szybko wyskrobał wiadomość. Po chwili się odezwał.

– Za dwie godziny będzie na naszym bagnołamaczu.

– No ty to sobie chyba jaja robisz!

Przewodnik tylko przekręcił oczami i zasiadł za jednym ze stolików. Przystojniak, zły jak diabli, podszedł do barmana i rzucił mu prosto w twarz, nawet bez przywitania.

– Szybka robota jest?

– Zbieranie artefaktów.

– Powiedziałem szybka, a nie konkretna.

– Kojarzysz te laborki pod Żelaznym Lasem?

Dimka przymrużył oczy. Oczywiście, że zna. Był tam. Ale to pytanie wydało mu się podejrzane, skinął tylko głową.

– No to ktoś musi się tam przespacerować i wynieść tą nową giwerkę.

– Ty w ogóle wiesz, co to za broń?

– Pierwszy Gauss – Obojętnie powiedział Brodacz.

– Dokładnie. A „pierwszy" oznacza „prototypowy".

– No i co z tego?

– Wielkie jak trzydrzwiowa szafa i pewnie ciężkie jak cholera. Jak ja mam ci to przynieść?

– Bo ja wiem? Skrzyknij chłopaków, może wam się uda.

– Żarty sobie stroisz?

– Nie, poważnie. Jakiś jajogłowy z Dużej Ziemi płaci kupę kasy za to żelastwo i…

Stalker wszedł mu w słowo.

– Plastik.

– Co? – Nie załapał barman.

– Ten Gauss jest z plastiku, a nie żelaza.

– Wszystko jedno. Zainteresowany?

– Nie, to się nie uda. A co z tą Pogłębiarką? Mogę się tam w końcu przejść.

– Nie trzeba, już znalazłem jednego naiwniaka, który to zrobił.

– Powaga? I co? – Przystojniak aż otworzył usta.

– Koło sterowe stało się półartefaktem.

– Ostro. Naukowcy się czegoś dowiedzieli.

– Jeszcze nie ale mają mnie informować.

– To kiedyś mi o tym opowiesz. Macie nowego medyka?

– Nie, jak Wstrząs się rozwalił, to nikt się nie pali na to miejsce.

– Cholera, szkoda. Porządna łajba potrzebuje konowała.

– Ha! Mnie to mówisz? – Brodacz jak zwykle lubił ponarzekać, ale jednak trzymał fason.

– W sumie racja. No to do miłego, cześć.

Zasiadł naprzeciw Pilota i zaczął wystukiwać rytm w oczekiwaniu. Wreszcie się doczekał, do śmiertelnie znudzonego stalkera ktoś podszedł.

– To ty chcesz mieć przerzut na Wysypisko?

– Tak, ja…

Westchnął, przetarł twarz i spojrzał na faceta.

– Włóczęga?!

– Cześć Przystojniak.

– Myślałem, że służysz w Powinności!

Padli sobie w ramiona i poklepali się po plecach w przyjacielskim uścisku.

– No i tak było. Ale szybko zebrałem manatki i odszedłem, chciałem się wreszcie czegoś o sobie dowiedzieć.

– No tak, ta amnezja…

– Dokładnie.

– No i co?

– Ano nic. Przeszedłem całą Zonę, i to dosłownie. Nic, kompletna pustka. Będę musiał chyba zawitać bezpośrednio do Świadomości-Z.

– Niezła jazda. Przynieś pamiątki – Dimka aż gwizdnął.

– Jasne, wezmę ze sobą nawet tą skałę, Monolit.

– Tylko ich wyznawców ze sobą nie sprowadzaj.

– Nie mam zamiaru – Smętnie pokręcił głową Włóczęga.

– Jak to w ogóle się stało, że jesteś przewodnikiem?

– Te moje wycieczki zaowocowały poznaniem wielu nowych przesiek, dotychczas uznawanych za niedostępne.

Wyszli ze statku i ruszyli na wschód, ciągle dyskutując o przeszłości i swoich losach po rozstaniu.

 

Rozdział II – Podziemna robótka

 

Po długiej, i nader dziwnie bezpiecznej wędrówce, dotarli do Składu na Wysypisku. Ostatnio stalkerzy nieźle się tam urządzili, nawet maja własnego miejscowego handlarza.

– A więc jesteśmy na miejscu. Żegnaj Przystojniak, może jeszcze kiedyś się spotkamy.

– Co by nie. A spróbuj tylko zdechnąć przede mną, to cię zabiję!

Zaśmiali się obaj i rozstali. Włóczęga poszedł szwendać się po okolicy w nadziei na znalezienie nowego zlecenia, a Dimka z miejsca pomaszerował do Doliny Mroku na wschodzie.

Miał jeszcze ochotę zajrzeć do starych pól anomalii, ale od kiedy bandytów na Wysypisku jest coraz mniej, to próżno tu szukać czegokolwiek, teren został całkowicie przetrząśnięty. Nawet mutantów ostatnio było jakoś mniej niż powinno w Zonie być.

Raźnym krokiem szedł sobie drogą prostą jak strzała, zdecydowany, żeby wejść południowym wejściem i iść wtedy od razu na Starą Fabrykę.

Słonko miło świeciło, pogoda była umiarkowana, w okolicy żadnych mutantów… Tylko te wrony. W Zonie zawsze pełno było wron. Zawsze. Tylko nie przed emisją…

A teraz niebo było czyściutkie.

Znowu…?

Przemknęło mu przez myśl ale zaraz ją odrzucił. Przecież dopiero co było uderzenie, ledwo wyszedł z niego cało.

Wszedł w mały zagajnik i zwolnił mocno kroku. Anomalii grawitacyjnych było tu na pęczki, aż dziwne, że ten lasek jeszcze stał.

Uważając na wszystko, co tylko wyglądało podejrzanie, przedarł się wreszcie do skalnych wzgórz. Jak był już po drugiej stronie, to spojrzał na PDA. Kilka minut do zagajnika a potem godzina kluczenia. Niezły wynik jak na standardy Zony, nawet jeśli te kilka drzew na krzyż zajmowało z dwadzieścia metrów w linii prostej.

Teraz sobie przysiadł pod skalną ścianą i obejrzał dokładnie okolicę. W takich chwilach żałował, że nie jest dalekowidzem, ale i bez przydatnej w tych warunkach wady wzroku wypatrzył to, czego chciał.

Na północnym wejściu posterunek Powinności, nic nadzwyczajnego, pełna obsada. W Świniarni było widać mały dymek, jakieś ognisko. Czyli stalkerski obóz też na swoim miejscu. Czyżby i tu wyrzucono wszystkich bandytów?

Nie chcąc za bardzo ponosić się fantazji, ruszył średnim tempem do zejścia podziemnego. Ominął wywróconego uaza, przeszedł most po prawej, nie mając ochoty na kąpiel w żrącym bagnie, i zbliżył się do bramy Fabryki.

Stanął jeszcze przy murze i wsłuchał się w odgłosy na dziecińcu.

No nic, kompletna cisza. Coś za łatwo mu to idzie…

Przeszedł, skręcił w lewo i wszedł głównymi drzwiami. Zawsze się zastanawiał, do czego były te zbiorniki, i po cholerę wkopali je w ziemię robiąc coś na kształt basenu. Poszedł do końca, skręcił w lewo do jakiejś kontrolni i wybrał drzwi po prawej.

Zejście…

Wziął głęboki wdech, zszedł po schodkach i już miał przed sobą otwarte pancerne drzwi do Laboratorium X18.

Ledwo przekroczył próg, a od razu pojawiło się skrzypienie jakiegoś przerdzewiałego żelastwa. Skąd wiadomo, że przerdzewiałe? Po wydawało taki charakterystyczny zgrzyt…

Zszedł z dyżurki po schodach i dostał się na właściwy poziom.

Czego tak właściwie miał szukać? Nie miał pojęcia. Ale zapewne coś będzie w głównym pokoju eksperymentów. Na samym końcu tego chorego kompleksu…

Szedł pewnie, w końcu wszelkie ścierwo wybił Naznaczony, a on poprawił po kilku ocalałych zwierzynach.

Najgorsze były te trupy Specnazu na samej górze drugiej klatki schodowej…

Naznaczony na nich wpadł przy opuszczaniu podziemia, zrobili nalot na bandytów i weszli aż tutaj. Nikt ich potem nie zabrał, tak teraz gniły…

Wszystko, co przedstawiało tutaj jakąś wartość, Przystojniak zabrał ze sobą podczas wcześniejszego rajdu. Teraz tylko rzygać mu się chciało, czując ten smród i patrząc na powoli gnijące ciała. Mutanty się do nich nie dobrały, a robactwo w Zonie praktycznie nie istniało. Nawet szczury jakoś nie chciały ich żreć.

Wtedy nawet chciał wrzucić ich do pobliskiej anomalii grawitacyjnej, licząc na dwie pieczenie na jednym ogniu. Uszanowanie w pewien sposób martwych oraz wytworzenie Kamiennej Krwi. Niestety, to były już tylko worki kości, ledwo podniósł jednego, to poodpadały mu ręce i nogi, a resztki wnętrzności wylały się na podłogę.

Ominął ten stos, starając się za bardzo nie patrzeć na nich, przeszedł na najniższy poziom i minął salę z karuzelą, i tak nie było sensu tam zaglądać, bez „pożywienia" anomalia nie mogła wypluć z siebie artefaktu.

Poszedł dalej, wszedł do głównego pokoju eksperymentalnego i z chorobą zawodową od razu dopadł ścian, mierząc do wszystkiego z karabinu. Poltergeist leżał po drugiej stronie pomieszczenia bez połowy głowy i z rozerwaną ręką, ale i tak miał uraz do takich miejsc i zawsze szukał tych paskudztw.

Dopiero po chwili nerwy puściły i wszedł do kontrolni. Co wybrać? Ano nic, wszystko zostało zabrane przez Naznaczonego i niego.

Leżące luzem kartki papieru w losowych miejscach, na podłodze, w szafkach czy na stole. Jedyne, co zostawił, nie bardzo wiedząc, co zrobić z tymi pojedynczymi kartkami, nie mając reszty dokumentów. Schował to do plecaka, do foliowej torebki, żeby mu nie zamokły przypadkiem.

Poza tym nie było nic. Ale żeby jajogłowi nie kręcili nosami, to rozpruł obudowy trzech komputerów i wyciągnął dyski twarde.

Robotu jest wsio.

Zabrał się do drogi powrotnej.

Zgrzyty. Piski. Łomoty. Kroki. Wizgi. Tąpnięcia. Kapiąca woda. Odgłos anomalii.

Dźwięków było całe mnóstwo, chociaż nie powinno ich być, to nie miało racji bytu.

Był sam, więc pozwolił sobie na trochę strachu. Skulił się, mocniej złapał broń, dłonie zaczęły mu się pocić. Nawet rękawiczki bez palców nie pomogły, rękojeść karabinu szturmowego zaczęła się ślizgać. Zrobiło mu się strasznie gorąco i duszno.

Co było nie tak? Co było nie tak?!

Kiedy już się zorientował, co było nie tak, było już za późno.

Snork, wielki jak koń, stał tuż przed nim. Maska gazowa na ryju nie pozwalała tak dobrze łowić zapachów i słuchać otoczenia. Stał plecami do niego i rozglądał się po pomieszczeniu, nieco ospale.

Nie było dwóch trupów.

Dwaj martwi żołnierze Specnazu zniknęli.

Ale przecież nie wstali i nie odeszli.

Prawda?

Prawda?!

To musiał być on, jak nic! Po takim czasie nie mogli zostać zombie! Ma rację!

Bo ma…?

Najciszej jak się dało, wrócił za winkiel i się przeraził. Ten snork był strasznie duży. I na dodatek sam. Sam! Przecież one są stadne!

Uspokój się Przystojniak, tylko spokojnie…

A więc były dwie opcje. Ten snork stracił swoje stado podczas jakichś walk albo…

Albo był tak silny, że stado nie było mu potrzebne.

Kurwa…

Przetrzepał kieszenie. I nic nie znalazł. Żadnego granatu, nawet jakiejś śruby czy coś. Ale bestia pewnie się nażarła, musiała. Będzie ospała. Seria w brzuch skutecznie ją powali.

Musi.

Kucnął, wziął na cel jego głowę, i przestawiając broń na automat, ściągnął spust.

Seria amunicji kaliber 5,45x39 mm zrobiła swoje, nawet niepotrzebna była poprawka.

Ciężkie cielsko opadło bezwładnie na podłogę.

– I o to tyle strachu? Ha!

Kopnął w resztki mutanta.

– Ja tu jestem panem i władcą! To homo sapiens rządzi!

Słowa odbiły się echem. Ale zamiast wrócić do prawowitego właściciela, uwięzły w ryku kilku gardzieli.

Ryku potężny, bardzo niski i…

Znajomym.

Dimka szybko pożałował przedwczesnej radości.

– Jednak przyjdzie mi tu zdechnąć… – Westchnął sam do siebie.

Wbiegł do salki z trampoliną, paradoksalnie to właśnie tam było najbezpieczniej w obecnej sytuacji. Drobne przedmioty, pestki leżące luzem w kieszeni i inna drobnica aż sama rwała się z kieszeni, żeby tylko dotrzeć do anomalii. Szlufki plecaka, i inne luźne części ubrania, także się podnosiły i chciały uciec wprost w zwiększone pole grawitacyjne.

Ryki bardzo szybko dotarły do wejścia.

Kiedyś to chyba była łazienka, takie kafelki i ogólnie… A pod sufitem musiały być prysznice.

Jedyne logiczne wyjaśnienie takiego urządzenia pokoju.

Ręka mu drżała, kiedy tak przez celownik mechaniczny wpatrywał się w otwór po drzwiach. Zbeształ się w myślach, że zajmuje się architekturą wnętrz, a nie „konieczną obroną własną".

Już po chwili celownik zaczął pływać.

Ledwie jakiś cień się poruszył, a on dał ognia. Odrzut prawie zwalił go z nóg wprost do anomalii.

Dobrze, że Przystojniak wszedł bokiem, przez rozbitą ściankę jednej z kabin. Drzwi zasłaniała właśnie trampolina, dając mu stabilną, ale śmiertelnie niebezpieczną osłonę.

Uważnie się przyjrzał wyjściu.

Trafił.

Chyba pora zmienić ksywę z „Przystojniak" na „Farciarz".

Ten snork z kolei miał inne oznaczenia na mundurze, piechota morska. Co miał ten wielki? Chyba Specnaz?

A wiec jednak stracił stado, uciekł w nadziei uratowania się, a przy okazji podjadł. Tamte go zwąchały a teraz mają ochotę zapolować…

Stalker splunął do anomalii, a ta się odezwała suchym trzaskiem.

Przetrzepał kieszenie ale po raz kolejny znalazł to samo. A raczej nie znalazł tego, co chciał.

Bez granatów długo nie pociągnie.

Ile ich mogło być? Maksymalnie cztery sztuki, chociaż w to wątpił, jeśli już to trzy. A jednego właśnie rozwalił. Wyjść?

W życiu!

Spotkanie z takim na długim korytarzu to samobójstwo.

Siedzieć?

Mogą cię wziąć na przeczekanie, w końcu mają jakieś ludzkie odruchy.

– Nie będę kłamać Przystojniak, jesteś w dupie… – Mruknął pod nosem sam do siebie i przetarł oczy.

Strzelił raz w mutanta.

Nic.

Następny strzał w podłogę obok.

Znowu nic.

Brak reakcji, nawet ryku pozostałych.

Co się dzieje?

W końcu zaryzykował, przecież nie będzie tu siedzieć w nieskończoność.

Ostrożnie wyszedł przez dziurę, stanął przy framudze i się wychylił.

Nic, zero, pusto i cicho.

Iść, nie iść?

Poszedł.

Wrócił do trupów, też były wszystkie. Nawet tamten wielki snork. Wszystko się zgadzało.

Czyżby odpuściły? Wciąż napięty jak struna fortepianowa, szedł do wyjścia, każdy szmer niemal przyprawiał go o palpitacje serca i pozbycie się połowy magazynka.

Dotarł do ostatnich schodów prowadzących do dyżurki. Nieco się rozluźnił. I to go zgubiło.

Przyczajony snork wykonał swój skok, spletli się w jedno i razem runęli ze szczytu schodów na sam dół.

Kilka razy obaj uderzyli głowami o schody, więc na podłodze mieli równe szanse w walce.

Czyli żadne.

Przystojniak w akcie desperacji sięgnął po bagnet i ciął na odlew, nawet nie patrząc gdzie. Snork zaskowyczał żałośnie i odturlał się na bok.

Broń mu gdzieś wypadła, więc tylko wyszarpnął z kabury na udzie Glock'a 17 i wystrzelił ostatnie trzy kule.

Jedna przeszła przez wzmocniony kręgosłup, druga przez stopę a trzecia przez beton.

Snork nadal był cholernie niebezpieczny ale zamroczony. Z bagnetem w dłoni stalker dopadł go i ciął przez plecy kilka razy. Efekt był jak zwykle w Zonie.

Czyli żaden.

Dopiero poderżnięcie gardła unieruchomiło mutanta.

Przystojniak biegiem dopadł karabinu szturmowego, wbiegł po schodach i upewnił się co do tego, że zostawia za sobą trupa.

Teraz kolej na ostatniego myśliwego. Gdzie może być?

Powoli wyszedł na korytarz i stanął w pancernych drzwiach.

Pusto.

Nadal…

Chwilę się zastanawiał, co zrobić ale uznał, że lepiej będzie zamknąć drzwi. Bezgłośnie, wbrew logice, weszły na swoje miejsce a magnetyczny zamek je unieruchomił. Teraz tylko wprowadzenie kodu je otworzy.

Właśnie pozbawił się jedynej drogi ucieczki. Do podziemi, ale jednak drogi ucieczki.

No cóż, ale jak umierać to z klasą.

Ewentualnie z hukiem ale nie miał nic wybuchowego.

Szybkim krokiem wyszedł do głównej hali fabrycznej.

On się gdzieś tu czai…

Dimka to wyczuwał. Tak jak potrafił wyczuć emisję, to i z mutantami w wąskim stopniu dawał radę.

Na górę nie miał zamiaru się pchać, ruszył dołem, tak jak przyszedł. Będzie tylko musiał uważać na małym i zagraconym placu.

Dotarł bez przygód do wyjścia, o dziwo. Mutanta wciąż nie było ale stalker miał irracjonalne uczucie, że snork wpatruje mu się w tętnicę na szyi.

Wybiegł przez drzwi, dopadł bramy i popędził prosto do obozu czarnych. Dobrze zrobił, usłyszał odgłos snorka uderzającego o asfalt niedaleko bramy, mniej więcej tam, gdzie biegł.

Nie miał szans w biegu, snork swoim skokiem złapie go najdalej na wysokości uaza…

Uaz!

Przecież przy nim jest elektra!

Trzymając się tej myśli, zakrawającej o masochizm, ostro skręcił w lewo. Słyszał już ciężki oddech potwora tuż za swoimi plecami. Wyczuł moment i…

Upadł.

Snork przeleciał ledwo metr nad nim i wpadł w sam środek elektry.

Wizg bólu zagłuszyły odgłosy wyładowań i strzelających łuków elektrycznych. Bardzo szybko poczuł swąd palonego mięsa.

Udało mu się!

Po raz kolejny oszukał Śmierć!

Obrócił się na plecy i wpatrzył w niebo.

Nie przeszkadzało mu to, że w Zonie takie coś jest czystym samobójstwem nawet na Kordonie, a co dopiero tutaj. Nie przeszkadzało mu słońce bijące po oczach. Nie przeszkadzał mu nienormalny brak wron. Nie przeszkadzał mu nawet deszcz, który się pojawił.

Po prostu leżał i cieszył się z własnej głupoty.

Dopiero jak guma pancerza zaczęła puszczać wodę, to wstał, i skierował się do posterunku Powinności. Liczył na miejsce przy ogniu i coś do żarcia, sam zapomniał zabrać jakichś zapasów.

Szedł miękkim krokiem, nawet nucił coś pod nosem, chociaż nie pamiętał nawet słów, a co dopiero tytułu.

Powinnościowcy nawet nie bardzo zwrócili na niego uwagę. Miał porządny pancerz i nową broń, nie mógł być jednym z tych rabusiów. Grzecznie się przywitał i poprosił o miejsce przy ogniu.

Skinęli głowami, zezwolili, miejsce pod brezentem wskazali.

I tyle, cisza.

Bez zbędnego gadania, typowo wojskowy dryl.

Ale Przystojniak już za długo chodził po Zonie. Pół godziny się nie ruszał, jak usiadł, tak trzymał swoją postawę, gapiąc się jedynie w ogień. Po tym czasie zaczęły się jakieś pierwsze rozmowy między wojakami, ktoś zapalił, inny rzucił sprośnym żartem.

Zaraz powędrowała flaszka, po niej dietetyczna kiełbasa, ktoś miał jakąś lepszą konserwę.

I tak oto po chwili miał ośmiu kumpli, towarzystwo do rany przyłóż. A jak tylko odejdzie, to po chwili nawet nie będą wiedzieć, kim był i przy następnym spotkaniu potraktują go tak samo szorstko.

Ot taka Zona, możesz zrobić ze stalkera wojaka, ale nigdy nie wyzbędzie się on stalkerskich zwyczajów i zapędów.

Dimka podjadł, trochę zapił i padł przy ogniu, na głowę nie kapie i ubrania się suszą. Szybko złapał go sen.

 

Rozdział III – Do granic Zony, i jeszcze dalej!

 

Wrony.

Wrony spadają.

Jakby ktoś raził je piorunem.

Truchła spadają z kilkunastu metrów na ziemię.

Czerwony blask.

Grom.

Metaliczny posmak.

Zaczęła się emisja.

Przystojniak pada na kolana i łapie się za głowę, okropny ból rozdziera jego mózg na kilka części i robi z niego papkę.

Aż usiadł, tak paskudny był ten sen.

Obrzucił wzrokiem cały posterunek. Nic się nie zmieniło, Powinnościowcy dalej patrolują, mutantów i bandytów nie ma… Tak samo jak tych cholernych wron.

Przeszły go ciarki, wyciągnął dłonie do ogniska. Po chwili zebrał swoje rzeczy, grzecznie się pożegnał i odszedł w swoją stronę.

Deszcz musiał przestać padać już dobre dwie godziny temu, ale jego desantowce momentalnie zrobiły się mokre.

– Podniesie się mgła, psia krew…

Splunął w bok. Zdradliwy wiatr Zony posłał ślinę prosto na czubek buta.

– Nosz kurwancka mać!

Mgła w Zonie jest gorsza niż emisja. Przy niej to chociaż niebezpieczeństwo można poznać już z daleka. A mgła? Odkryjesz anomalię dopiero jak w nią wejdziesz.

Ot i paskudny żywot stalkera.

Wystukał szybko wiadomość do jajogłowych z Jupitera. W odpowiedzi posłali go do X16 na Jantarze. Już miał odpisać jakąś zgryźliwą notkę typu „Posłalibyście śmigłowiec, nogi mi włażą do dupy" ale się powstrzymał, w końcu zawdzięczał im życie.

Poza tym…

Każdy wyskakujący ze śmigłowca z miejsca jest uznawany za wojskowego stalkera. Czyli wroga.

Najpierw strzelać, potem zadawać pytania. A najlepiej oszczędzić sobie pytań i ładować sobie jego chabar do plecaka.

Rad, nie rad, odbił od razu na północ. Po chwili minął posterunek Powinności na drodze do Baru. Często tędy chadzał to i strażnicy go przepuścili bez zbędnych pytań. Potem długa, lekko kręta droga i znowu posterunek, ten już przed samym Barem.

Przywitał się, powiedział, że tylko tranzytem i wszedł na starą Fabrykę Rostok.

I tu obyło się bez problemów. W sumie jeszcze zszedł do Baru „100 Radów".

Jak zwykle, mnóstwo stalkerów i Powinnościowców, bar aż huczy.

– Co tam, Barman? Interes się kręci? – Przywitał właściciela biznesu.

– Gra i buczy, zresztą widać.

– Ano widać. Słuchaj, masz może te NATO'wskie cudeńka?

– Broni ci u nas dostatek.

– Nie, nie to. Mówię o żarciu.

– Aaaaa! Marzy ci się wołowinka z samopodgrzewaczem? – Uśmiechnął się pod nosem Barman.

– Dokładnie.

– Mam, będzie jeszcze z pięć sztuk. Dobrze trafiłeś, za tydzień kończy się termin. Stówka od łebka.

– Że co?! Pięć stów?! To przecież „Rozkosz turysty" chodzi po czterdzieści w czasach kryzysu! – Dimka mało nie opluł sobie brody.

– Nie drzyj japy, Przystojniak. Chcesz to bierz, jak nie, to spadaj – Skarcił go sprzedawca.

– Trzysta. A i to przepłacam.

– Za tyle to dostaniesz trzy.

– Inaczej wszystko wywalisz. Dawaj to za trzy stówy i mi nie narzekaj.

Barman poburczał pod nosem ale przyniósł z zaplecza zapasy.

– Wykończycie mnie, cholerni kapitaliści…

Stalker rzucił ruble na stół, zgarnął zapasy do plecaka i wyszedł.

A co! Może zaszaleć, ma profesorków za plecami.

Po krótkim spacerze „nowym Rostokiem" przeszedł na „stary Rostok".

Nigdy nie lubił Dziczy.

Niby mnóstwo budynków, jak się postarasz, to przejdziesz niezauważony, choćby i obok stał cały batalion Specnazu. Ale jednak jest tu coś takiego…

Trudno określić.

Masa mutantów, najgorsze tałatajstwo z bandyckiego ścierwa, anomalie w najmniej spodziewanych punktach. I jeszcze jakiś czas temu swoje łapy wyciągało tutaj wojsko i najemnicy.

Karuzela śmiechu, nie ma co.

Heh, „karuzela"…

Z dwojga złego wybrał jednak chodniki wąskie jak cholera, między sześciometrowymi murami hal fabrycznych.

Szedł raźnym krokiem, puch zwykle osadzał się w budynkach, a inne anomalie wypatrzy już z daleka. Gorzej z mutantami. I najgorszym z pomiotów Zony… Wrogimi ci stalkerami.

Obszedł zestrzelony śmigłowiec od południowej strony. Kiedy już go minął, miał przed sobą drogę pod niewykończonym budynkiem, a potem już tylko tunel i Jezioro Jantar.

Wszystko szło łatwo.

Zbyt łatwo…

– Cholera, oby nie snorki…

Odpiął magazynek i sprawdził, czy zamek na pewno lekko chodzi. Pomacał się po kieszeniach i znalazł jeszcze dwa zapasowe. Wsunął go na miejsce i powoli szedł dalej, kiedy dopadła go straszna myśl.

Zarzucił karabin szturmowy na plecy i szybko wyciągnął oba zapasy.

Sprawdził…

Puste.

Zapomniał kupić amunicję.

Już miał wracać do Baru po kilka pestek, kiedy usłyszał narastający bulgot.

Źrenice od razu zrobiły się wielkie, zajmowały niemal całą tęczówkę.

– No kurwa nie…

Pijawka.

Znowu.

Dłoń sama powędrowała do blizn na szyi.

Bulgot narastał a zbliżał się od jego pleców. Czyli do Baru nie wróci. A co gorsza, nie wróci na końcowy posterunek Powinności…

Rzucił się biegiem. Z pijawką i tak nie ma szans ale może chociaż trafi się jakaś anomalia. Raczej nie uda mu się powtórzyć numeru ze snorkiem, ale kto wie…?

Tak myśląc, o mało sam nie wpadł do wiru.

Ledwo dosięgał stopami do ziemi i cudem się odbił tak, żeby wylądować kawałek dalej.

Biegiem, biegiem, biegiem, Przystojniak, kurwa, było nie palić za młodu, biegiem!

Czuł już na plecach oddech śmierdzący rdzą.

Jeszcze chwila, moment i…

Dopadła go.

W odruchu kucnął, przez co razem z pijawką powędrowali na glebę.

Przeturlali się kawałek, pociągnął serią prawie na oślep, i zrywają się, popędził dalej.

Jest! Niewykończony budynek!

Szybko wbiegł po schodach, w szaleńczym pędzie skoczył na resztki rusztowania i pobiegł po nim kawałek dalej.

Bezpiecznie…

Sprawdził sobie portki.

Nie, wszystko gra, nadal sucho.

Pijawka wyłączyła swój kamuflaż i kręciła się przy rusztowaniu, złowrogo posapując.

Po dwóch strzałach i kilku mackach mniej, znowu włączyła swój kamuflaż i zbiegła na dół.

Nie było co schodzić, na pewno się gdzieś tu zaczai. Posłał notkę na kanał ogólny, mając nadzieję, że ktoś z Powinności się ulituje i pchnie oddział w jego stronę.

Położył się na plecach i wbił wzrok w niebo. Niedługo się ściemni, jak nie dostanie się do bunkra naukowców na Jantarze w ciągu dwóch godzin, to będzie musiał tu przesiedzieć całą noc.

– Aleś ty głupi, Przystojniak. Było zabrać ze sobą śpiworek…

Mruknął pod nosem i spróbował wzrokiem rozróżnić pojedyncze chmury. Oczywiście, jak to w Zonie, nie dało się. Niby niebo było jasne ale ciągle zachmurzone. Przynajmniej nic mu nie przeszkadzało w prowadzeniu obserwacji.

A jednak Powinność się zlitowała!

Porządne chłopaki, już po jakichś dwudziestu minutach w oddali zobaczył kilka osób powoli zbliżających się do niego.

Bacznie obserwowali okolicę, wzajemnie kryjąc się i pilnując pleców.

Po następnych dziesięciu minutach osiem osób w czarnych mundurach stało przy oknie. Dimka zszedł z rusztowania, i już miał ochotę rzucić się wszystkim po kolei na szyję, ale powstrzymało go krótkie:

– Kapitan Susłow. Mieliśmy doniesienie o pijawce i uwięzionym stalkerze.

– To ja, wielkie dzięki, chłopaki.

Banda służbistów. Chociaż raz można by po ludzku a nie tak… Ech, co tu dużo kryć – armia to jednak armia.

– Nigdzie nie znaleźliśmy mutanta.

– J… Jak to…? Ale skoro go tu nie ma, to…

Dalszą część zdania przerwał paniczny krzyk z dołu. Czujka, pozostawiona przy wejściu na schody, nie żyła jak już zbiegli wszyscy na dół.

Od razu posypał się wachlarz 5,45x39 omiatając cały dół. Gdyby nie szkolenie typowo wojskowe, to Przystojniak uznałby, że cudem żaden z nich nie postrzelił kogoś innego.

A pijawki jak nie było, tak nie ma.

– Nosz do kurwy nędzy… Czemu całe to tałatajstwo ciągle się za mną wlecze…? – Dimka jęknął.

– Co tam mówisz?

Jeden z „czarnych" spojrzał na stalkera, ale ten tylko machnął ręką.

Stali tak w napięciu przez dłuższy czas. Nic się nie działo, nawet wiatr nie dudnił w starych halach.

A potem jakiś suchy trzask z samej góry.

– Dwadzieścia i mniej, północ, północny-wschód!

Krzyknął ktoś z najwyższego pietra.

Snajper. A strzał był z SWD. No proszę, jednak pomyśleli o wszystkim, zamiast biec na złamanie karku do dołu.

Ale teraz ważniejsze było co innego. Pijawka jest blisko i zaraz tu będzie.

Już było słychać wyraźne sapanie. Jakiś żołnierz strzelił z Kastiora i…

O dziwo, trafił!

Pijawka zaniosła się rykiem pozbawiona prawej połowy ciała, krew lała się dookoła lecz, w morderczym pędzie nawet nie bardzo zwolniła.

Powiało strachem.

Już nawet nie próbowali udawać, że oszczędzają amunicje. Walili, jak się dało.

Mutant wreszcie padł ledwo metr przed ich stopami. Łuski można by zbierać wiadrami.

– Oddział, przygotować się! Zabrać truchło i wracamy do siebie!

– Jeszcze raz dzięki za pomoc. Mogę się jakoś odwdzięczyć?

Dowódca bez słowa podszedł do trupa, odciął mu macki jednym chlaśnięciem bagnetu i podał Przystojniakowi.

– Dasz to naukowcom, powiesz, że od nas. Może i trochę grosza ci wpadnie.

– Jasna sprawa.

– Odmaszerować.

I tu drogi Powinności i Dimki się rozeszły. Oni poszli na wschód a on na południe. Śpieszył się, musiał dostać się na miejsce przed zmrokiem. Po takim pokazie siły mutanty z okolicy na pewno będą jakiś czas spokojne. Anomalii też nie za dużo, więc pozwolił sobie na szybki marsz.

Dopiero zatrzymał się przed tunelem pod torami.

Nie dość, że przejście tylko dołem w polu żarników, to jeszcze po drugiej stronie zawsze kręciły się zombie od Jantaru.

Przyjrzał się dokładnie drodze przez drgające powietrze, ale nie zauważył ruchu.

Czyżby po wyłączeniu Emitera Kajmanowa żołdactwo wytłukło wszystkie zombasy z okolicy?

Nie poświęcając więcej czasu na tego typu wymysły, przeszedł się po okolicy i pozbierał kamyków.

Z pełną kieszenią stanął przed tunelem, wziął kilka głębokich wdechów i parę razy podskoczył w miejscu.

Zamachnął się, puścił kamyk, trzy sekundy słupa ognia zdolnego topić stal i skok.

Korzystając z tej chwili, kiedy żarnik się ładował, znowu rzucił. I tak w kółko. Tunel miał z dziesięć metrów, ale już po pierwszych dwóch, stalker spocił się tak, że można by do manierki zbierać.

Ciągle robił to samo, w ostatnim odcinku przypalił sobie podeszwy i spodnie z boku, całe szczęście, że żarnik aktywował się sąsiadując do tego, nad którym miał skakać. Poza cienką warstwą węgla raczej nic mu się nie stało, spodnie tylko trzeba będzie oskrobać, i jak nowe.

Usiadł zaraz za tunelem, na chłodnym asfalcie, mimo, że zaraz obok było gorąco jak przy wulkanie.

Otarł pot z czoła i dłoni. Stopy w desantowcach już mu się ślizgały. Kiedy już przesiedział chwilę, to wstał i skierował się na Jezioro Jantar.

Marsz nie był nawet długi, a bez wszędobylskich zombiaków nawet przyjemny. Oczywiście, jak na standardy Zony.

Miał jeszcze dobre pół godziny zapasu, kiedy stał na szczycie dolinki, mając bunkier naukowców jak na patelni.

Zszedł powoli, woląc uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek z zombie i snorkami tuż pod nosem, prawie że u celu. Najgłupsza śmierć w historii.

A mimo to…

Było spokojnie. Tutaj! Nad Jeziorem Jantar!

Nie chcąc drażnić swojego szczęścia szybko wszedł do bunkra.

 

Rozdział IV – Emiter Kajmanowa

 

– Ach, Przystojniak! Dawno cię nie było. I co ciekawego wyciągnąłeś z tego laboratorium? – Na wstępie zapytał go naukowiec

– W sumie nic, nawet hełm nie był potrzebny. Jak zresztą widać na załączonym obrazku.

Postukał się palcem w bok głowy. Sacharow z miejsca go przywitał i od razu przeszedł do wypytywania o to laboratorium.

– To dobrze, to dobrze… Czemu nie wpadłeś zaraz po wyprawie?

– Miałem dużo rzeczy na głowie.

– Jakoś nie chce mi się wierzyć, że teraz tak po prostu, towarzysko, odwiedzasz swojego starca.

– Ano nie. Znowu muszę tam wejść, ale po nocy się pchać nie będę. Mogę liczyć na nocleg?

– Ależ oczywiście, Przystojniak! No za kogo ty mnie masz?! Poza tym, na co ci tam znowu iść? Raz ci nie wystarczyło, nie napatrzyłeś się na to wszystko?

– Nie o to tym razem chodzi. Mam misję od pana kolegów po fachu znad Jupitera. Trzeba mi odwiedzić te laborki i wyciągnąć jakieś dokumenty.

Profesor Sacharow podrapał się po łysiejącej głowie.

– No tak, tak… Sprawy rządowe…

– Ale mam też coś od chłopaków z Powinności.

Położył na ladę macki. Już lekko sczerniały a krew całkowicie wypłynęła i zaschła dookoła, plamiąc przy okazji plecak.

– Oho! Dzielne chłopaki ubiły pijawkę.

– Miałem nieprzyjemne spotkanie.

– W sensie ty… – Sacharow zrobił wielkie oczy.

– Nie, nie. Ścigałam nie przez pół Dziczy i posłałem wiadomość na sieć. Zaraz potem się zjawili i ją zatłukli.

– Dziękuję za pomoc w rozwoju nauki. A to twoja nagroda.

Podał mu kilka banknotów.

– Naprawdę profesorze? Pięć stówek? Oboje dobrze wiemy, że minimalna cena to siedem i pół. A często można dostać i półtora tysiąca.

– A ile z tego trafi do Powinności?

– Po opłaceni cła, zakupie ekwipunku u Barmana, z czego procent idzie dla nich, oraz inne tego typu sprawy urzędowe? Całkiem sporo.

– Oj Przystojniak, wykańczasz mnie… Niech ci będzie, masz tysiąc i nie mów, że stary profesor Sacharow naciąga stalkerów – Z udawanym żalem westchnął naukowiec.

Podał mu jeszcze pięć banknotów, a Dimka wyszczerzył zęby, schował pieniądze i kiwnął głową.

– Nie zamierzam…

Burknął jeszcze coś na odchodne, poszedł do pokoju obok, i zajął łóżko „dla gości". Stara rama, resztki materaca i jakaś badziewia pościel.

Ułożył się tak wygodnie, jak tylko mógł i ledwo przyłożył głowę do ręki, a już spał.

Wstał bez problemu, chociaż PDA twardo wskazywało szóstą nad ranem. Pozbierał manatki, zjadł konserwę, zagryzł chlebem i w sumie był już gotowy do drogi.

Zabawne… Kto w ogóle jest na tyle szalony, żeby w Zonie piec chleb? I na dodatek… Całkiem dobry chleb!

Nie chcąc tracić czasu na rozważania pozbawione odpowiedzi, podszedł do okienka Sacharowa. O dziwo, był już na nogach.

– Profesorze? Pan już prowadzi badania?

– Nawet nie spałem.

– Ale tak nie można, to niezdrowe – Stalker przybrał pouczający ton.

– Wyśpię się po śmierci, Przystojniak.

– A tak właściwie… Co z zombiakami?

– A co ma z nimi być?

Dimka spojrzał na niego trochę jak na kota, ale dobrze wiedział, że Sacharow nigdy nie wychodzi z bunkra, nawet po swoje próbki.

– No, ten… Naznaczony wyłączył Emiter Kajmanowa już kawał czasu temu, prawda?

– Ano, będzie z pół roku.

– I co z tymi trupiakami? Pojawiają się jeszcze?

– Wojskowi co jakiś czas robili „ćwiczenia z ostrą amunicją". Przetrzebili chyba wszystko, co tylko tu chodziło. Potem sprawę dokończyli Powinnościowcy i narwańcy twojego typu, co to szukali zarobku.

– I nie ma ich już?

– Dobry miesiąc nie słyszałem nic o zombie. Chyba jedyne okazy znajdzie się już tylko w Czerwonym Lesie, Prypeci i po jakichś większych emisjach.

– Tak, taaaaak… A snorki? – Przystojniak nie miał ochoty na kolejne spotkanie, wczorajsze wystarczyło mu już na dobre dwa tygodnie.

– Podzieliły los tych biedaków z wyłączonym mózgiem.

– Czyli powinno być bezpiecznie?

– No cóż… Nie licząc anomalii, to… Tak.

– Dziękuję profesorze. Zaraz wychodzę, mam coś przynieść po drodze?

– Nie pogardzę nowymi próbkami, ale nie mam parcia na nie.

– Jasne.

Stał już w drzwiach kiedy przypomniał sobie o najważniejszym.

– Profesorze! Prawie mi z głowy wypadło! Miałby pan może ze dwa-trzy pudełka 5,45x39?

– Ano mam.

Wyciągnął spod lady nowiutkie pudełka z amunicją. Po otwarci czuć było ostry zapach prochu a olej na kulach jeszcze połyskiwał nowością.

– Fiuuu…! Dawno nie widziałem takich porządnych kulek! Żołdactwo podrzuciło partię?

– Tak, ale my tu rzadko wychodzimy, więc nam nie potrzebne.

Przystojniak od razu zaczął ładować pestki do pustych magazynków i rzucił na ladę trzy stówy. Potem jeszcze ironicznie zasalutował i wyszedł z bunkra.

Skierował się na starą, klepaną drogę, nucąc pod nosem. Ledwo kilka minut, bez stresu i strachu. Emiter Kajmanowa już od dawna stał wyłączony, a bękartów Zony miało nie być. Żyć, nie umierać.

Wszedł jedyną bramą, przeszedł przez plac, wgramolił się do budynku administracyjnego i od razu zszedł po schodach do piwnicy.

Ciekawe… Wszystkie laborki w Zonie mają to do siebie, że nawet jak są puste, to wydają się cholernie tłoczne.

Kroki, zgrzyty, piski, szelesty, skrzypnięcia, tarcie metalu o metal…

Czasem też mutanty i anomalie, ale tego trzeba się tu bać najmniej.

Ciekawe, ciekawe…

Ale nie tak ciekawe, jak świeże ślady w warstwie kurzu.

Ktoś tu był przed nim? Kroki prawie pokrywały się z tymi, które sam robił w poprzedniej wizycie. Komuś zależało, żeby go nie odkryć. Dziwne…

Szedł na bezczelnego, kroki robił obok trasy a broń trzymał tak, żeby strzelać z biodra. Nawet nie próbował ukrywać swojej obecności.

Szybko dotarł do starego szybu windy, zeskoczył po resztkach drabinki dwa piętra w dół i spojrzał w górę.

– Czyli droga na około, świetnie…

Ostatnie trzy metry drabinki odpadło i całkowicie przeżarła je rdza, będzie musiał znowu tłuc się starym kanałem chłodniczym.

Poszedł dalej mijając znane już sobie sale. Nawet tam nie zaglądał, nie miał potrzeby. Zatrzymał się dopiero w głównej sali.

Miała dobre dwanaście metrów wysokości, w formie koła. Promień też około ośmiu.

A w środku, w wielkiej szklanej fiolce o średnicy dwóch metrów…

Mózg.

Wielki mózg podłączony elektrodami i utrzymujący się na stałej wysokości w jakiejś cieszy.

Normalny mózg.

Chociaż nie, wróć.

W Świadomości-Z nic nie jest normalne. Tym bardziej ten mózg, nawet wieloryby mają mniejsze. Nic żyjące na tej planecie nie ma aż tak wielkiego mózgu!

No to skąd oni go wzięli?!

– A jop twaju mać, sabaka…

Splunął na metalowe rusztowanie, spojrzał na wijące się schody i westchnął.

– Kondycha siada, Przystojniaku. Było więcej ćwiczyć za młodu…

Mruknął do siebie i zaczął się wspinać kilometrowymi schodami.

Na samej górze, już w sterowni tego ustrojstwa, usiadł ciężko na rozpadającym się krześle. Mimo panującego chłodu, większego niż na zewnątrz, cały był zlany potem. Chwilę posiedział i wszedł do klatek kontrolnych z tyłu.

– Nigdzie nie poszliście? Dobrze. Miło was widzieć.

Kiwnął do dwóch trupów w środku. Jeden do stalker, już tak rozłożony, że nawet nie wiadomo, jaki strój miał na sobie.

Drugi był znacznie bardziej „świeży". Kontroler.

Szkoda, że Przystojniak trafił tu tak późno. Za jego mózg w nienaruszonym stanie dało radę utargować nawet trzy tysiące! A dwa to niezbędne minimum.

Rozejrzał się po reszcie pomieszczenia. Były tu tylko puste cele. Wrócił do sterowni, ale też nic nie znalazł. Kompletnie, nawet jednego skrawka czystej kartki czy gazety.

Lekko zasmucony tym faktem, znowu usiadł na krześle, i zaczął myśleć.

No skoro nie ma profesjonalnej kartoteki… To sam będzie musiał ją zrobić!

Podszedł do szczytu schodów, zrobił kilka zdjęć aparaturze, potem też sterowni, i wrócił do cel.

Wszedł do ostatniej, zajrzał do ciemnej jamy i wskoczył.

Stary kanał odpływowy dla wody chłodzącej Emiter Kajmanowa miał dobre cztery metry średnicy, i mimo zasypania do połowy piachem, mułem i innym syfem, nadal można było iść w pozycji wyprostowanej.

Dobre pół godziny kluczył w resztkach kanalizacji. Kiedy doszedł do wielkiej hałdy, to u samego szczytu musiał się czołgać, żeby się zmieścić w wąskim prześwicie.

Kiedy spojrzał w dół, to pożałował, że się tu znalazł.

Snork.

Znowu.

– Cholerne snorki, ciągle tylko snorki…

Wziął go na cel i strzelił kilka razy. Zraniony w plecy snork szybko odbiegł w głąb kanału, a broń wybuchła Dimce w dłoniach.

Osunął się na drugą stronę piasku, powyjmował resztki plastiku z twarzy i spojrzał na magazynek.

– No tak… Mogłem się domyślić…

Magazynek dwurzędowy. W założeniu oczywiście. Po wystrzeleniu kilku kul coś się stało ze sprężyną i magazynek zrobił się jednorzędowy.

Jakaś trefna partia, aż dziwne, że technice jeszcze nie zostali zasypani wadliwym sprzętem.

Chociaż z drugiej strony nic dziwnego, że akurat taka broń trafia do Zony.

Schował magazynek do kieszeni i wyciągnął swojego Glocka. Jeden magazynek w rękojeści, drugi w kaburze na udzie.

Będzie zabawa…

Snork pewnie niedługo wróci się odgryźć. Stalker wyciągnął apteczkę, przemył sobie twarz i zakleił plastrami.

– Pewnie wyglądam teraz jak mumia, hehe…

Wziął pistolet pewniej w garść i ruszył przed siebie. Rzucił jeszcze okiem na bok zamka ale zobaczył dokładnie to, czego się spodziewał. Przebite numery.

Kolejne piętnaście minut nerwowego marszu później niewiele się zmieniło. No może tylko piachu było coraz więcej, ale nie było na nim śladów snorka.

Gdzie go licho pognało?

Po chwili już się dowiedział. Stał w bocznym przejściu zasypanym całkowicie. W ostatniej chwili Przystojniak się uchylił. Snork przeleciał o włos od niego i uderzył głową w żelazną kratę po drugiej stronie przecinającego kanału.

Cały magazynek poszedł w jego kręgosłup.

Twarda sztuka…

Przeładował, przymierzył i pociągnął za spust. Mutant zdążył się obrócić.

Kula przeszła przez szybę maski gazowej, możliwe, że nawet na wylot. A ten drań już do niego biegł!

Kolejna kula weszła przez pysk i wytrąciła kilka zębów.

Przy trzeciej snork upadł mu na stopy, wbijając się resztkami zębów w jego nogę.

– Ty mściwy sukinsynie! Już nie mogłeś sobie darować?!

Przy pomocy bagnetu udało mu się uwolnić nogę z tego imadła, i zabrał się za opatrywanie.

– Nie obejdzie się bez szycia. A żeby tak juchociąg cię dymał! Nienawidzę szycia!

Ale rad, nie rad, zabrał się do roboty. Dezynfekcja, znieczulenie miejscowe, trochę wody w usta i zabieramy się za robótki ręczne. Jakkolwiek to nie brzmi.

Mimo natychmiastowo działającego środka przeciwbólowego, stworzonego dla oddziałów frontowych, i tak bolało jak cholera. I jeszcze ten obrzydliwy widok skóry ściąganej przy pomocy nici…

– Chyba jednak nie będę „Farciarz" a „Pechowiec"… W sumie pasuje…

Przejechał dłonią po bliznach ciągnących się przez głowę i twarz.

Kolejna godzina marszu doprowadziła go do jakiejś wieży. Na pewno nie ciśnień, ale chyba nikt nie wiedział, co dokładnie miała robić. Rura kończyła się drabinką prowadzącą na sam szczyt tej wieży, z niej była druga drabinka, także urwana przy samym końcu, i tyle.

Witamy z powrotem na Jantarze.

 

Rozdział V – Nowi znajomi

 

Powlókł się znowu do bunkra.

– I co tam znalazł… Czemu utykasz?

Sacharow obrzucił wzrokiem jego nogę, Przystojniak tylko machnął ręką.

– Snork się schował przed ostrzałem, w pierwszym momencie aż uciekł, gdy mnie zobaczył.

– Nie dziwię się, wyglądasz jak stary górnik. Noga do łatania?

– Nie, wszystko w porządku. Nowa giwera mi potrzebna – Skrzywił się stalker.

– Jak to? Miałeś dopiero co fajny karabinek.

– I to jeszcze po modyfikacjach. Wybuchł mi, jebany . Tak jak kiedyś, pamiętasz.

– Ach, tak, jasne. No cóż, AK-74 mogę ci dać na kosz firmy – Wspaniałomyślnie ofiarował się Sacharow.

– Byłoby świetnie, dzięki profesorze.

Zabrał broń nawet bez patrzenia i powiesił ją sobie na plecach. Ufał mu, szczególnie, że Przystojniak był potrzebny naukowcowi. Pożegnał się ostatni raz i ruszył w drogę powrotną przez Dzicz.

Trasa była już oczyszczona a rozkład anomalii mniej więcej pamiętał. Wysłał wiadomość do naukowców, a oni kazali mu zahaczyć jeszcze o podziemia w Zatonie i wracać do bunkra.

– Nareszcie gadają z sensem…

Mruknął pod nosem, posłał wiadomość do Włóczęgi o spotkaniu w Składzie na Wysypisku, i szedł dalej.

Jakoś w połowie drogi do Baru chwilę się zastanowił, ściągnął broń i obejrzał ją.

– Numery…

Przejechał palcem po boku metalowego łoża. Numery seryjne. Wciąż tam były.

Skąd Sacharow miał giwerę z nieprzebitymi numerami?

Czyżby wojsko podesłało mu jakąś partię „niepotrzebnych" sztuk?

Niemożliwe, oficer sam przebiłby numery, nie puściłby na lewo broni bez zatarcia śladów.

To co, najemnicy? Broń legalna?

To raczej nie w takich ilościach, żeby sobie po prostu rozdawać.

A może jego broń przydziałowa, żeby strzelał do mutantów podczas badań?

Też nie, wtedy nie oddałby jej, bo musi się zgadzać w papierach.

Coś tu było nie tak… Odkąd przyjął tą robotę, wszystko się sypało.

Spojrzał w niebo. I teraz przeszył go strach.

Wrony…

Ciągle nie było wron. To już drugi czy trzeci dzień po emisji, a wron nadal nie ma! O co w tym wszystkich chodzi?!

Pomyślał, że już mu odbija. Albo w okolicy zaszył się kontroler i chce go przerobić na własnego niewolnika.

Przyspieszył kroku. Potem zaczął biec. W panice wpadł na wysunięty posterunek Powinności w Dziczy, chłopaki o mało go nie rozwalili z rozpędu.

– Przystojniak…? Przystojniak, co się dzieje, do cholery?!

Usiadł ciężko na betonowej drodze i zwiesił głowę. Sapał ze zmęczenia.

– Nie wiem, nie wiem… Chyba już mi odbija…

– To wiemy od dawna. Przed czym uciekałeś?

– Są wrony? – Bezsensownie zapytał Dimka.

– Co?

– Pytam, czy na niebie są wrony!

Jeden z żołnierzy podniósł głowę.

– No… Nie. Dziwne…

– Przebite numery?

Podał czarnemu kałacha.

– Też nie. Skąd to masz? – Powinnościowcowi aż oczy się zaświeciły na widok takiego cacka.

– To może jednak ze mną wszystko w porządku… – Jęknął błagalnie Dimka.

Wyciągnął mu broń z rąk, wstał i powlókł się noga za nogą.

-Wóda… Potrzebuję wódki… Muszę się napić… – Mamrotał tylko pod nosem.

Patrzyli za nim, nie bardzo wiedząc, co robić i myśleć. Następny posterunek, już przed samym Barem, też go puścił. Wszyscy dziwnie na niego patrzyli, stalker teraz przedstawiał żałosny widok.

Zszedł do Baru, ciężko usiadł przy ladzie i z miejsca zamówił flaszkę.

– A ty masz czym zapłacić, Przystojniak?

Wyciągnął na ladę trzy magazynki od AEK-971.

– Weź ile trzeba, resztę wymień na magazynki do AK-74.

Ciągnął równo, szklanka za szklanką. W połowie butelki zaczął go morzyć sen, głowa boleć a przed oczami przesuwały się dziwne obrazy…

Wrony.

Wrony spadają.

Jakby ktoś raził je piorunem.

Truchła spadają z kilkunastu metrów na ziemię.

Czerwony blask.

Grom.

Metaliczny posmak.

Zaczęła się emisja.

Kawalarz pada na kolana i łapie się za głowę, okropny ból rozdziera jego mózg na kilka części i robi z niego papkę.

Podnosi się mocno otępiały.

Rozgląda na boki ale widzi tylko czarne punkty.

– Na róóóóży ją braaaał…

Jęczy ciężko, łapie za broń i strzela gdzie popadnie.

Potem pada, nie jest w stanie myśleć.

Ciemność.

Ciemność i tylko ciemność.

Nic więcej.

Ocknął się cały zlany potem i jakimś błotem.

Ach, tak. Barman zrobił sobie głupi kawał. Wyrzucili go zaraz za wejściem, rozpadało się i spał w kałuży. Już nawet nie chciało im się przejść te dwadzieścia, dwadzieścia pięć metrów, i rzucić go do starej hali fabrycznej.

Wstał, otrzepał się z jeszcze płynnego błota, i spojrzał na PDA.

O dziwo, szybka cała. PDA to jednak porządna sprawa, nie to co te smart fony z Dużej Ziemi, którym to nawet w mieście pękają ekrany. A co dopiero byłoby tu, w Zonie?

Szybki przegląd, mycie twarzy w resztkach wody i kurs na dół.

– Ładnie żeś mnie załatwił.

Oparł się o bar. Było jakoś koło szóstej, a swoją przygodę zaczął koło siedemnastej. No to ładnie, tyle godzin z życiorysu…

– O czym mówisz? – Zmarszczył brwi Barman.

– No patrz jak wyglądam! To twoi chłopcy już nie mogli mnie zanieść do hali?!

– Przecież sam wyszedłeś – Obojętnie wzruszył ramionami sklepikarz.

– Co…?

Barman pokręcił głową i podsunął mu talerz z gorącą kaszą i jakimś mięsem.

– Na koszt firmy. Plotłeś coś o wronach, numerach i takie tam. A na koniec uznałeś, że jajogłowi posłali cię z ważną misją, i musisz odkryć wszystkie tajniki Zony.

– No to dobrze, że się wywaliłem pod progiem, a nie w jakiejś anomalii… – Podrapał się po głowie Dimka.

Stary handlarz tylko wzruszył ramionami. Przystojniak niechętnie zabrał się za jedzenie, głowa była jak z ołowiu. I na dodatek ktoś ciągle w nią złośliwie uderzał młotem…

Przetrzepał kieszenie. Nie, amunicja jednak była na miejscu.

Zjadł, poprosił jeszcze o wodę do manierki i wyszedł. Im szybciej znajdzie się na Jupiterze, tym lepiej.

Szybki marsz znanymi trasami i w okolicach dziesiątej już był w Składzie.

– No, wreszcie. Myślałem, że już coś cię zeżarło – Włóczęga, jak zwykle, na powitanie zaczął zrzędzić.

– Miałem drobne problemy. Idziemy?

– Niech ci będzie.

Wrócili tą samą trasą, co wcześniej. Rozstali się na Skadowsku, przyjacielski uścisk, „Dobrej Zony" i ich drogi znowu się rozeszły.

Szybki marsz na południe niewiele dał. Przede wszystkim przez to cholerne bagno, nowe rozmieszczenie anomalii i słabo czyszczone rejony.

Ponad dwie godziny przedzierał się do Żelaznego Lasu. Na miejscu, jak zwykle, zastał Poltergeista elektrycznego. Obszedł go łukiem ale i tak dostało mu się kilkoma cegłówkami.

Wskoczył do starej stróżówki, zbiegł na dół, o mało nie pakując się w galaretę, i już był w podziemnych korytarzach. Poszedł do tej mniej zdewastowanej części, ostatnio komuś udało się otworzyć drzwi.

Zszedł na poziom testów prototypu.

Brodaczowi chyba nie udało się zebrać ekipy, Gauss jak stał, tak stoi.

Chwilę się pokręcił, zebrał cały plecak papierzysk i wrócił na powierzchnię.

To w sumie był najłatwiejszy wypad do laboratorium odkąd pamiętał.

Czyli zaraz coś się spierdzieli…

Wyszedł do Żelaznego Lasu i, o dziwo, nic się nie stało!

Poltergeist już nawet nie był nim zainteresowany, nawet deszcz się nie pojawił.

W połowie drogi dopiero dowiedział się, co było nie tak.

– Łapy w górę!

Oczywiście, jak zwykle. Głos zza pleców. Nie mając nic lepszego do roboty, wykonał polecenie. Ktoś zdarł mu z pleców broń i plecak a z kabury wyciągnął pistolet.

– Masz coś ciekawego?

– Tylko makulaturę, ktoś musi ocalić drzewa – Rzucił suchym żartem stalker.

– Śmieszne. Gdzie artefakty?! – Napastnik krzyknął ostro.

– Nie mam.

– Gadaj gdzie je masz, bo ci łeb rozwalę!

– To strzelaj, mówię, że nic nie mam – Westchnął pojednawczo Dimka.

No i padł strzał.

Jeden, pojedynczy.

Taki suchy trzask gdzieś z przodu.

Z niczym nie da się tego pomylić. Nie tu, nie w Zonie. SWD. I to wojskowa wersja.

– Co się dzieje, do kurwy?! Waśka?! Żyjesz?! – Jakiś inny głos, pewnie drugi bandzior.

Kolejny strzał. Przystojniak zaraz po pierwszym padł twarzą do ziemi. Potem tupot jakiś nóg. Dimka się odwrócił w momencie, kiedy trzeci bandzior dostawał kulkę między łopatki. Odetchnął głośno, pozbierał swoje rzeczy i usiadł w otoczeniu trupów.

Po chwili zjawił się jego wybawca.

– Jestem Przystojniak, dzięki, wybawco.

– Nie ma sprawy. Diego.

– Słuchaj, nie mam nic. Nawet ostatnia manierka wody jest wyżebrana. Chcesz, to zabieraj cały ich sprzęt, przynajmniej tak ci się odpłacę – Dimka wskazał na trupy starym, stalkerskim obyczajem.

– Nie, dzielimy się po połowie – Nie zgodził się wybawca Przystojniaka.

– Niech będzie, Diego. Prowadź do Skadowska.

Dotarli do Bagnołamacza, zasiedli w barze i kulturalnie podzielili się łupem po połowie. Diego nawet nie chciał słyszeć o tym, żeby zabrał więcej, niż idealną połowę wartości łupów. Chociaż i tak nie byłoby w całości więcej, jak dwieście rubli.

– To przynajmniej stawiam obiad – Zaofiarował się Dimka.

I nie czekając na odpowiedź, ruszył do Brodacza. Po chwili dostał to, co zwykle się jada w Zonie. Wojskowa racja żywnościowa. Kasza, jakieś mięso i paskudny sos.

Zjedli, pośmiali się, poopowiadali swoje przeżycia i tak zleciało im do wieczora.

– Dzięki Diego, wiszę ci przysługę.

Zapisał sobie jego namiary w PDA, poklepał po plecach i ułożył się na łóżku na dolnym poziomie łodzi.

Sen miał krótki, urywany i nieprzyjemny. Wstał jeszcze bardziej zmęczony, i nawet racja wojskowa z, wyjątkowo cienką Inką, nie pomogła.

Wraz z Pilotem powlókł się noga za noga do Janowa. Aż dziwne, że nie wpadł w żadną anomalię po drodze, a było ich całe mnóstwo. Szczególnie, że po niedawnej emisji pewnie i tak Pilot nie zna ich dokładnego rozkładu.

Dopiero w Janowie dotarł do niego całkowity brak gotówki.

– Pilot, słuchaj…

– Nie masz kasy – Przewodnik pokiwał głową z ubolewaniem, już się domyślił.

– No nie…

– I co teraz?

Przystojniak wyciągnął apteczkę od jajogłowych.

– No wiesz… Mam tu mnóstwo specyfików przeciw anomaliom, może weźmiesz w ramach zapłaty? Na pewno kosztują więcej, a tobie bardziej się przydadzą niż mi.

– Niech będzie Przystojniak, lubię cię.

Po oczyszczeniu pudełka zostało trochę środków dezynfekujących, bandaże i środki przeciwbólowe. Bida z nędzą, porządny stalker z czymś takim dalej jak na Wysypisko nie pójdzie, choćby go sam kontroler ścigał.

Tfu!

Nie wywoływać wilka z lasu – pierwsza zasada Zony!

Najpierw udał cię do Azota, miejscowego rusznikarza.

– Witam technika. Sprawa jest.

– Tak?

– Wiesz może kiedy do Zony dotarła ostatnia seria AK-74 i AEK-971?

– Z miesiąc temu, bo co? – Zastanowił się chwilę rusznikarz.

– Trefny towar, sprężyny w magazynkach zawodzą. Drugi raz w przeciągu miesiąca giwera mi w rękach wybucha, bo magazynek z dwurzędowego robi się jednorzędowy.

– Ciekawe…

– Nie wiem, czy ciekawe, ale na pewno bolesne. Rozpuść wici po znajomych technikach, co? Niech pozbierają magazynki i naprawią, bo kupa porządnych chłopaków się pozabija.

– Jasna sprawa Przystojniak, dzięki za ostrzeżenie.

Stalker odmeldował się firmowym kpiącym salutowaniem, i poszedł do bunkra jajogłowych. Już nawet nie chciał patrzeć w niebo, chociaż domyślał się, że wron nadal nie będzie.

Przed głównym wejściem jak zwykle stała grupa Topola. Pozdrowił ich podniesieniem ręki i wszedł do mobilnego schronu.

– Co, już przehandlowałeś moją giwerę? – Nowikom od razu go zaczepił, nawet nie dał mu porządnie wejść do środka.

– Chciałbym, przynajmniej łapska miałbym całe. Wybuchła mi w dłoniach przez…

– Feralne magazynki – Dokończył za niego technik.

– Dokładnie! Skąd wiedziałeś?!

– Ostatnio kilka osób mi się skarżyło. Ale myślałem, że one dotyczą tylko partii AK-74, a nie AEK-971.

– Ja też.

Stwierdził Przystojniak nadąsanym tonem, jednocześnie pokazując kilka drobnych zadrapań na prawym policzku.

– Już się nie maż, na gębie masz gorsze ślady.

Dimka zaśmiał się. No tak, te ślady pazurów nie przykryje nawet kominiarka!

Chichocząc pod nosem wszedł do głównego pomieszczenia naukowców. Bez gadania podał im swoje PDA i plecak z materiałami.

Hermann też się nie odzywał, usiadł na pobliskim krześle i zaczął wszystko przeglądać. Im dalej był w papierach, tym bardziej głowa stalkera odzywała się tępym bólem.

– Hmmm… Hmmm… Taaaak… Doskonale. Dane są świetne, chociaż bardzo niekompletne.

– Czyli dług spłacony?

– Tak stalkerze, jesteśmy kwita.

– Dziękuję profesorze.

Podszedł, podał dłoń i…

Ciemność.

Ból.

Jakieś głosy tuż obok, jak spod wody.

– I jak wyniki? – Zapytał jeden głos.

– Ogólnie dobrze, ale w krwi żadnych śladów antybiotyku – Odpowiedział mu drugi.

– Poważnie? I on przeżył emisję na pustej przestrzeni bez antybiotyku?

– Na to wychodzi.

– Niesamowite… Jak wyglądają inne badania?

– No cóż, EKG w normie, chociaż pewnie biegł ile sił w nogach. Bardziej niepokoi mnie EEG…

– A co z nim nie tak?

– Poza skalą.

– Niemożliwe, nawet kontroler nie uzyskałby takiego wyniku.

– Mamy do czynienia z niesamowitą jednostką. A może on został jakoś zmieniony przez Zonę? Sam widziałeś, miał przy sobie papiery z X16, X18, Agropromu i pola testowego Gaussa.

– Czyli to my go tak zaprawiliśmy?

– Możliwe, że to przez jakieś środka, które się tam znajdowały. Ale jakoś w to nie wierzę, on to ma od urodzenia, na pewno. Niesamowity przypadek, niesamowity…

– Oho, chyba się wybudza. Witamy wśród żywych!

Dźwięki były jak spod wody, ale jednocześnie nieznośnie głośne i drażniące. Przysotjniak się obudził, chociaż słyszał tą rozmowę, to jakoś nie mógł zrozumieć dokładnego sensu ich wypowiedzi.

Hermann i Oziorski stali nad nim, co jakiś czas spoglądali w kilka ekranów komputerów.

– Co się dzieje? – Wymamrotał Dimka.

– Ty to nam powiedz, stalkerze. Co widziałeś? Bo coś ci się śniło, prawda?

– No cóż… Tak. Okropny sen w sumie. Taki realny…

– I co to było? – Hermann nie dał mu dokończyć.

– Moja podróż po Zonie. Zbierałem jakieś dokumenty – Stalker starał się wyłapać każdy szczegół ze swojego snu.

– Ciekawe… A co się jeszcze działo? Doznałeś bólu?

– O tak, kilka razy. Ale po co te wszystkie pytania? – Dimka już chyba wracał do normy, odezwał się dość zaczepnie.

– Bo twoje EEG jest niesamowite!

Stalker zamilkł, nie bardzo wiedząc, co o tym sądzić. Dać mu w gębę, czy potraktować jak komplement? Jakim cudem skan aktywności mózgu może być niesamowity? I to jeszcze podczas snu? A raczej nie snu, tylko utraty przytomności po emisji.

– To… Ile już tu leżę? – Postarał się jakoś zmienić temat.

– Będzie ze dwa dni.

– Kiedy mogę wstać?

– Twoje wynika wskazują, że… Nawet teraz. Niesamowite! Przeżyłeś emisję bez antybiotyku na otwartej przestrzeni. I to jeszcze bez powikłań!

Bez powikłań jasne… Nogi jak z waty, głowa boli, żołądek się buntuje…

Wstał, potarł głowę i wyszedł z bunkra. Zostawił swoje rzeczy, chciał tylko mieć krótki spacerek wokół schronu.

Słonko świeci, ciepły wiaterek, wokół kręcą się chłopaki Spartakusa w roli ochrony, a przy ognisku siedzi Topol ze swoją drużyną.

Powoli wszystko do niego docierało. To co przed emisją, to co mu się śniło i teraz słowa naukowców.

Z lekkim strachem spojrzał w górę.

Wrony.

Całe stada wron. Kłębowiska.

Przelewały się przez niebo, większe gromady zwykle były nad jakimiś charakterystycznymi punktami w okolicy, ale pojedyncze sztuki można było wypatrzeć na całej rozpiętości nieba.

Czyli wrócił…

Wszedł z powrotem do bunkra i stanął przed dwójką profesorów.

– No dobrze. Więc jak możecie wykorzystać mój mózg? 

Koniec

Komentarze

Przyznaję, że zmęczył mnie ten tekst. Na samym początku rzucasz całą masą nazw własnych, w których się pogubiłam. Dialogi prowadzone są w sposób, którego nie łapię – w sensie nie wiem, która kwestia jest czyja i o co w niektórych rozmowach chodzi. Mieszasz też czas narracji – raz używasz przeszłego, by w kolejnym zdaniu użyć teraźniejszego. Rozpraszały mnie też mikro-akapity, często składające się z pojedynczych, krótkich zdań – trochę ich za dużo. To wszystko w moim odczuciu wprowadza chaos, przez który nie do końca wiem, o co tu chodziło i przez który nie mogę uznać lektury za satysfakcjonującą. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Obawiam się, że nie jestem dobrą odbiorczynią podobnych opowieści. Czytałam EEG z nadzieją, że w końcu zorientuję się, o co tu chodzi, no ale, niestety… Mam świadomość, że niejaki Przystojniak wędruje to tu, to tam, przeżywa przygody, czasem bywa w barze, to znów walczy z mutantami, ale jakoś nie dotarł do mnie sens tych wszystkich poczynań.

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

 

za­wę­dro­wał aż na Zaton przez za­ufa­ne­go prze­wod­ni­ka. – Jak się wędruje przez przewodnika?

 

i zjeść coś w Ja­no­wie, kiedy coś za­czę­ło się dziać. – Powtórzenie.

 

I ten me­ta­licz­ny po­smak w ustach… Każdy ta­kie­go do­sta­wał… – Wydaje mi się, że posmak się czuje, a nie dostaje się go.

 

Za­czę­ło robić się czer­wo­no. Nie, to nie mrocz­ki przed ocza­mi, niebo zro­bi­ło się ko­lo­ru świe­żej krwi. Twarz stal­ke­ra ro­bi­ła się… – Powtórzenia.

 

Gromy prze­ta­cza­ły się po całym nie­bie, przy­bie­ra­ją­ce­go kolor in­ten­syw­nej czer­wie­ni.Gromy prze­ta­cza­ły się po całym nie­bie, przy­bie­ra­ją­cym kolor in­ten­syw­nej czer­wie­ni.

 

Kto tam stał? Chyba Her­man, był ple­ca­mi. – Co to znaczy być plecami?

 

Uśmiech­nął się życz­li­wie, podał mały za­wi­nią­tek… – Zawiniątko jest rodzaju nijakiego, więc: Uśmiech­nął się życz­li­wie, podał małe za­wi­nią­tko

 

ko­rzy­sta­jąc z chwi­li wol­ne­go czasu.… – Masło maślane. Chwila to czas.

Wystarczy: …ko­rzy­sta­jąc z wolnej chwi­li/ wol­ne­go czasu.

 

Ostat­ni rzut okien na wnę­trze bun­kra i wy­szedł. – Rzucał oknami???

 

Prze­wod­nik tylko prze­krę­cił ocza­mi i za­siadł za jed­nym ze sto­li­ków. – Co przekręcił oczami???

 

– No to ktoś musi się tam prze­spa­ce­ro­wać i wy­nieść nową gi­wer­kę. – …wy­nieść nową gi­wer­kę.

 

nawet maja wła­sne­go miej­sco­we­go han­dla­rza. – Literówka.

 

zde­cy­do­wa­ny, żeby wejść po­łu­dnio­wym wej­ściem… – Nie brzmi to najlepiej.

 

ale i bez przy­dat­nej w tych wa­run­kach wady wzro­ku wy­pa­trzył to, czego chciał. – …wy­pa­trzył to, co chciał.

 

Nie chcąc za bar­dzo po­no­sić się fan­ta­zji… – Nie chcąc za bar­dzo dać się po­nieść fan­ta­zji

 

Prze­szedł, skrę­cił w lewo i wszedł głów­ny­mi drzwia­mi. – Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

w końcu wszel­kie ścier­wo wybił Na­zna­czo­ny, a on po­pra­wił po kilku oca­la­łych zwie­rzy­nach. – Co to znaczy poprawić po kilku ocalałych zwierzynach?

 

Ryku po­tęż­ny, bar­dzo niski i… – Literówki.

 

Przy­cza­jo­ny snork wy­ko­nał swój skok… – Czy snork mógł wykonać cudzy skok?

 

wy­szarp­nął z ka­bu­ry na udzie Glock'a 17… – …wy­szarp­nął z ka­bu­ry na udzie glocka 17

Nazwy broni zapisujemy małymi literami.

 

Trzy­ma­jąc się tej myśli, za­kra­wa­ją­cej o ma­so­chizm… – Trzy­ma­jąc się tej myśli, za­kra­wa­ją­cej na ma­so­chizm

 

Po chwi­li ze­brał swoje rze­czy, grzecz­nie się po­że­gnał i od­szedł w swoją stro­nę. – Czy oba zaimki są konieczne?

 

– Pod­nie­sie się mgła, psia krew– Pod­nie­sie się mgła, psiakrew

 

Nosz kur­wanc­ka mać!Noż kur­wanc­ka mać!

 

Rad, nie rad, odbił od razu na pół­noc.Rad nierad, odbił od razu na pół­noc.

 

Słu­chaj, masz może te NATO'wskie cu­deń­ka?Słu­chaj, masz może te NATO-wskie cu­deń­ka?

 

– Nosz do kurwy nędzy…Noż do kurwy nędzy

 

– Dwa­dzie­ścia i mniej, pół­noc, pół­noc­ny-wschód!– Dwa­dzie­ścia i mniej, pół­noc, pół­noc­ny wschód!

 

prze­szedł się po oko­li­cy i po­zbie­rał ka­my­ków. – …prze­szedł się po oko­li­cy i nazbie­rał ka­my­ków/ pozbierał kamyki.

 

– Nie, nie. Ści­ga­łam nie przez pół Dzi­czy… – Chyba miało być: – Nie, nie. Ści­ga­ła mnie przez pół Dzi­czy

 

– Na­praw­dę pro­fe­so­rze? Pięć stó­wek? Oboje do­brze wiemy… – Rozmawia dwóch mężczyzn, więc: Obaj do­brze wiemy

Oboje to mężczyzna i kobieta.

 

Po otwar­ci czuć było ostry za­pach pro­chu… – Literówka.

 

– Tak, ale my tu rzad­ko wy­cho­dzi­my, więc nam nie po­trzeb­ne. – …więc nam niepo­trzeb­ne.

 

Wszedł je­dy­ną bramą, prze­szedł przez plac, wgra­mo­lił się do bu­dyn­ku ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go i od razu zszedł po scho­dach do piw­ni­cy. – Powtórzenia.

 

– Czyli droga na około, świet­nie…– Czyli droga naokoło, świet­nie

 

w wiel­kiej szkla­nej fiol­ce o śred­ni­cy dwóch me­trów… – To nie mogła być fiolka, albowiem fiolka jest malutka z definicji.

 

– A jop twaju mać, sa­ba­ka…– A job twaju mać, sa­ba­ka

 

aż dziw­ne, że tech­ni­ce jesz­cze nie zo­sta­li za­sy­pa­ni wa­dli­wym sprzę­tem. – Literówka.

 

Ale rad, nie rad, za­brał się do ro­bo­ty.Ale rad nierad, za­brał się do ro­bo­ty.

 

Wy­buchł mi, je­ba­ny . – Zbędna spacja przed kropką.

 

-Wóda… Po­trze­bu­ję wódki… – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

nie to co te smart fony z Dużej Ziemi… – …nie to co te smartfony z Dużej Ziemi

 

Potem tupot jakiś nóg.Potem tupot jakichś nóg.

 

racja woj­sko­wa z, wy­jąt­ko­wo cien­ką Inką, nie po­mo­gła. – …racja woj­sko­wa z wy­jąt­ko­wo cien­ką inką nie po­mo­gła.

Nazwy napojów zapisujemy małymi literami.

 

– Moż­li­we, że to przez ja­kieś środ­ka, które się tam znaj­do­wa­ły. – Literówka.

 

Przy­so­tj­niak się obu­dził… – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie też nie podeszło. Zasypujesz przeciw czytelnika mnóstwem nazw własnych, ale one nic nie mówią, dopóki ich nie zdefiniujesz. OK, części można się domyślić z kontekstu – taka emisja jest szkodliwa dla niechronionych obiektów. Ale sposoby działania tych rozmaitych niebezpieczeństw w Zonie… Nawymyślałeś się tego i wszystko na marne.

To stwarza wrażenie chaosu. Nieoddzielanie scenek niczym nie poprawia sytuacji. Literówki i inne usterki też nie.

Tekst nasuwa pewne skojarzenia z “Piknikiem na skraju drogi”, ale Strugaccy zrobili to nieporównanie lepiej.

Robotu jest wsio.

Co chciałeś przez to powiedzieć?

Babska logika rządzi!

Nie miałem czasu na czytanie, ale wstęp wydaje mi się żywcem zerżnięty z gry. Pierwszy S.T.A.L.K.E.R? Czy ty napisałeś opowiadanie na podstawie gry?

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Opowiadanie jest "fanfikiem" z S.T.A.L.K.E.R. Zew Prypeci, stąd nawiązania do anomalii, artefaktów, mutantów, osób czy powiedzonek, jak "Robotu jest wsio", co mówi jeden z NPC w czasie misji pobocznej. Nie ukrywam, że aby zrozumieć główny sens tekstu trzeba się zapoznać z trylogią S.T.A.L.K.E.R.

"I stałem się Śmiercią, niszczycielem światów."

Dałem sobie spokój po początku. Przeszedłem wszystkie trzy gry STALKERowe plus moje ukochane mody “Complete” i dlatego nie pogubiłem się w tekście i niewytłumaczonych nazwach własnych prosto z Zony. Ale to za mało, by opowieść mnie porwała. Popełniasz te same błędy, co wytknąłem je poprzednio. Tak więc darowałem sobie gdzieś w ¼ tekstu całą resztę :P

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka
Patronujemy