- Opowiadanie: Zalth - D.I.A.B.E.L.

D.I.A.B.E.L.

Autorzy...

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

śniąca, Użytkownicy II

Oceny

D.I.A.B.E.L.

 

Pan Wydawca chyba nie był zachwycony. Pan Autor wysondował ten fakt z przedłużającej się ciszy, lekkim zmrużeniu lewego oka rozmówcy i drugim już papierosie wypalonym podczas czytania niespełna sześciostronicowego tekstu.

– Och, misiu kolorowy – odezwał się w końcu Pan Wydawca, strzepnął popiół z niedopałka i odłożył wydruk na biurko. – Nie mogłeś mi tego wysłać?

– Wolałem to usłyszeć od ciebie. I co? – dopytywał się zniecierpliwiony Pan Autor. Spędził nad słowami na wydruku połowę zeszłego popołudnia, i wiedział, że to jest to. Musi być. Raty kredytu, niczym widmo unosiły się nad jego głową, a tych kilka kartek niedbale trzymanych przez dłonie tego grubego kapitalisty, w końcu odpędzi je na dobre. Zaległości w banku znikną jak duch po egzorcyzmie.

– Hmm… Ekhem… Tak… No więc, to… interesujące – wypalił w końcu Pan Wydawca, znalazłszy właściwe słowa.

– Interesujące? – powtórzył powoli pełen najgorszych przeczuć Pan Autor. „Boże, tylko nie mów że ciekawe” – pomyślał z narastającym uczuciem niepokoju.

– No tak, zaciekawiłem się. – „Cholera!”

– Zaciekawiłem?

– Bardzo oryginalne. – „Kurwa, nie!”

– B… b… bardzo oryginalne. – wybąkał Pan Autor. Znaczenie strasznych sformułowań użytych przez wydawcę właśnie dochodziło do świadomości zdruzgotanego autora. – Ale… Ale dlaczego…?

– Słuchaj misiu kolorowy, będę szczery. – Pan Wydawca wstał od biurka z energią o jaką nie mógłby być podejrzewany człowiek jego postury i ruszył na spacer po gabinecie z kartkami w ręku. – Nie bardzo jest popyt na wierszowane erotyki w klimacie urban fantasy. Na przykład to… – I przeczytał całkowicie nie lektorskim głosem:

 

W tramwaju siedząc pędzę doń, Grochówek wciąż przyzywa mnie.

Wąpierza perfum woń zatacza krąg, zamykam słodki powiek cień.

Wspominam jak kochamy się. Nie dla mnie noce, nie dla niej dnie.

Odcinam się, a wciąż widzę ją, Grochówek wciąż przyzywa mnie.

 

– Ale co? Złe? – zapytał zatroskany Pan Autor. To był jego najlepszy kawałek. Spędził na nim prawie dwie godziny i wypalił ćwierć paczki fajek.

– Nie, dobre, dobre… Bardzo oryginalne – zapewnił chyba zbyt pewnie jak na gust autora Pan Wydawca. Przedsiębiorca krążył po gabinecie przeglądając kartki i szukając jakby jakiegoś punktu zaczepienia. Chyba nie znalazł, bo zatrzymał się i zrezygnowany perspektywą pogrążenia marzeń kolegi wyrzucił z siebie swoje biznesowe obawy. – Tylko widzisz misiu kolorowy, popytu na to trochę teraz nie ma. Może ze dwadzieścia lat temu, to jakieś nastolatki by to kupiły, ale teraz… – westchnął – zestrzały się.

– Ale… – Pisarz chciał bronić swojego tekstu.

– Ale, to pocałuj w dupę. – Obcesowo przerwał nierozpoczętą argumentację artysty Pan Wydawca. – Nie ma „ale”. W tekście coś jest albo tego nie ma. A tu nie ma. – Właściciel wydawnictwa otworzył drzwi do gabinetu i krzyknął do sekretarki. – Pani Alu, następny proszę! – Po czym podszedł do skulonego na krześle pisarza i z siłą stu dwudziestu kilogramów autorytetu podniósł go delikatnie do pionu za ramię.

– Ale… – zaoponował interesant. 

– Słuchaj, misiu kolorowy, pogadaj może z kolegami po fachu. – Pan Wydawca wcisnął wydruk w dłonie pisarza, poklepał go po plecach, odprowadził do wyjścia. – Może coś ci doradzą. Może Pan Literat? Załatwię ci spotkanie. – I wypchnął na korytarz bezwolnego kolejną klęską Pana Autora.

 

*

 

Mieszkanie Pana Literata mieściło się na piętnastym piętrze nowoczesnego apartamentowca w ścisłym centrum metropolii. Pan Autor, po merytorycznej, acz gwałtownej sprzeczce z podstarzałym ochroniarzem, i jego równie burzliwej konsultacji z domofonem, wjechał windą do egzaltowanej jaskini śmietanki towarzyskiej. Tylko, że tego dnia miejsce spotkań najbardziej twórczej i kontrowersyjnej grupy literackiej w mieście świeciło pustkami, bo z okazji zbliżającego się święta Bożego Ciała, większość wyjechała do rodziny na prowincję, aby uzupełnić zapasy kultowych już słoików.

Po opustoszałym lofcie kręciło się tylko kilka najbardziej zagorzałych fanek Pana Literata, ubranych w kuse stroje francuskich pokojówek. Gospodarz, w rozchełstanym jedwabnym szlafroku w chińskie smoki oczekiwał na gościa wygodnie rozparty w fotelu.

– Cześć, co tam? – przywitał się, poddając Panu Autorowi solidną szklanicę wyborowej z sokiem pomarańczowym.

– A daj spokój – rzekł Pan Autor opróżniając naczynie z wprawą profesjonalnego alkoholika. – Chujnia. – I bezceremonialnie wylał wszystkie swoje żale. A że to vanity się na niego czai, że redaktorzy po gimnazjum, że społeczeństwo kretynieje, że Seby nie „czytajom”, że w TV tylko gołe dupy i Agro Disco, że ludzie tylko pięćset wziąć, nażreć się, wyspać, zachędożyć i wykasztanić. Cała, pieprzona piramida Masłowa. – I co ja mam kurwa, teraz robić? – zakończył przekleństwem, bo uznał, że dobrze by to w zapisie dialogu wyglądało.

– Idź do diabła.

– Co? – bąknął w pierwszym momencie Pan Autor zaskoczony upokarzającą bezczelnością. – Taki z ciebie kolega? A spierdalaj! – syknął z wściekłością i zerwał się z pufa w lamparcie cętki. Wyciągnął oskarżycielsko palec i już chciał dodać coś wyjątkowo złośliwego literacko, ale Pan Literat uśmiechnął się dobrotliwie i podniósł ręce w przepraszającym geście.

– Spokojnie, przyjacielu. To nie tak. Siadaj. – Gospodarz wstał i łagodnym gestem usadził Pana Autora. Sięgnął po następną kolejkę „Śrubokręta”, wiedząc, że to najlepiej ułaskawi jego nerwowego przyjaciela.

– D.I.A.B.E.L. – zaczął szeptem Pan Literat, jakby konspiracyjnie – to skrót. Cała nazwa brzmi: Diachroniczna Inteligencja Analityczna Badająca Elementy Literackie. – Płynnym gestem wyciągnął skądś kartonik wizytówki – Powinieneś spróbować. – I rozbawiony potentat, zarówno w sferze bestselerowych tomików jak i skradzionych serc damskich wielbicielek, mrugnął zawadiacko. – Zrobisz tak…

 

*

 

– Ale twist! – Podekscytowany Pan Pisarz pędził autobusem do domu. Z niecierpliwością ściskał kartonik w kieszeni czarnego prochowca przekonany o właściwości podjętej decyzji. Wypadł na przedostatnim przystanku pętli niczym bomba i popędził do domu. Za dwie dychy pożyczone od Pana Literata kupił w monopolowym pod blokiem czteropak tura i ruskie fajki spod lady, wbiegł po schodach na jedenaste piętro (bo winda oczywiście nie działała), zadyszany wpadł do mieszkania i zatrzasnął zamki.

Rzucił płaszcz na wieszak, pstryknął zawleczką i łapczywie opróżnił połowę zawartości puszki.  Otworzył na oścież drzwi balkonowe, usiadł w wytartym fotelu po dziadku wyciągając przestarzałego samsunga z lombardu i bez wahania wystukał numer z wizytówki. Po trzech sygnałach odrzuciło połączenie.

Zapalił papierosa i zgodnie z instrukcjami Pana Literata czekał, popijając browar.

Po niecałym kwadransie, dwóch puszkach piwa i trzech papierosach, coś z cichym szumem silników pulsacyjnych wylądowało na mikrobalkonie dwudziestotrzymetrowej, zagraconej książkami kawalerki.

D.I.A.B.E.L. wyglądał wyjątkowo ludzko i przystępnie. Zupełnie jak plastikowy manekin z wystawy sklepowej ubrany w garnitur od Armaniego.

– Jesteś robotem? – wybąkał zdziwiony Pan Pisarz.

– Androidem – sprostował konstrukt. – Proszę sobie sprawdzić w S.J.P. różnicę. – Wezwałeś mnie.

– Tak, podobno możesz mi pomóc?

– Mogę, ale wszystko ma swoją cenę. – odparł interlokutor tajemniczo i złowieszczo zarazem. – Standardowa umowa wygląda tak: D.I.A.B.E.L. gwarantuje pełną redakcję tekstów pod względem merytorycznym, interpunkcyjnym i gramatycznym. Nie rości sobie praw autorskich czy jakichkolwiek wynagrodzeń… – Maszyna długo recytowała punkty umowy, a Pan Autor, jako stuprocentowy humanista nie słuchał zafascynowany perspektywą.

– To wszystko. Jakieś pytania? – spytała maszyna.

– Jedno – ocknął się Pan Autor. – Co w zamian?

– W zamian, przyjacielu – Zabrzmiało jeszcze bardziej złowieszczo niż poprzednio, a android uśmiechnął się jakby plastikowo. – Kiedyś, twój umysł będzie mój.

 

*

 

Pan Autor szczęśliwie przeżył resztę swojego czasu na tym ziemskim padole. Po pamiętnym tête-à-tête z diabłem na bielańskim osiedlu nagrody, nominacje, ekranizacje i „gry–zacje” na podstawie twórczości Pana Autora sypały się niczym produkty spożywcze z rogu Amaltei.

 W dniu swoich sześćdziesiątych ósmych urodzin Pan Autor urządził uroczystą kolację dla najbliższej rodziny, a kiedy w skromnym, ośmiopokojowym domku na Mazurach zapadł już wieczorny spokój ucałował wnuczki do snu, zjadł kawałek ukochanego torciku wiśniowego, nalał sobie szklaneczkę whiskey, wszedł na balkon i z cygarem w dłoni oczekiwał północy.

D.I.A.B.E.L. był wyjątkowo punktualny. Dwie sekundy po dwudziestej czwartej android z cichym szumem silniczków pulsacyjnych wylądował na balkonie.

– Dobry wieczór.

– Dobry wieczór – odpowiedział Pan–Uznany–Już–Autor, bo wypada przywitać się z gościem.

– Zgodnie z naszą umową przybyłem dopełnić warunków kontraktu.

– Rozumiem – odparł Pan Autor. – Czyń zatem swą powinność, Diable. Jestem gotów umierać.

– Bez dramatyzmu, proszę. – Jakby sztuczna twarz miała jakąś mimikę, to pewnie przewróciłaby oczami. – Nie będzie bolało – zapewnił po chwili, widząc obawę na twarzy Pana Autora. W wyciągniętej dłoni androida otworzyła się mała szufladka. Chwycił dłoń starszego mężczyzny i wyspał na nią jakiś szary proszek.

– Co to? – spytał podejrzliwie Pan Autor.

– Nanotechnolgia – rzekł wymijająco gość. W obecnych czasach mogło to oznaczać wszystko, i nic. – Proszę połknąć i popić – zakomenderował D.I.A.B.E.L.

Pan Autor z nieznacznym wahaniem wykonał polecenie popijając kurz o smaku gipsowego pyłu solidnym łykiem alkoholu.

– Dobrze, teraz jesteś z nami. – Android jakby się uśmiechnął. – Witam w gronie.

D.I.A.B.E.L. ze sztucznym uśmiechem na plastikowych ustach cofnął się o dwa kroki, po czym wzbił się w powietrze. Po chwili nabierał już mach dwa, gdzieś nad Olsztynkiem.

– Nie było tak źle – mruknął z zadowoleniem Pan Autor, obserwując niknące w oddali punkciki silników napędowych.

Dopił trunek, dogasił cygaro i udał się do małżeńskiej sypialni. Położył zmęczoną głowę na poduszkę, zamknął powieki i natychmiast coś spędziło mu z nich sen.

W polu widzenia pojawił się pulsujący zielenią komunikat w kształcie koperty. „Aaaa – pomyślał – najnowszy mindlink”. – Bo był za pan brat z najnowszymi technologiami od ś.p. Elona Muska. Z ciekawości ruszył gałką oczną uruchamiając natrętną ikonę.

 

Masz: 1678 nieprzeczytanych wiadomości.

 

Z narastającym zainteresowaniem otworzył pierwszy z brzegu plik.

 

Pan Autor nr. 1201674: Marcinator2017.

Gatunek: Fantasy.

Rodzaj: Opowiadanie

Tagi: heroic fantasy, 2–os., bohater, smoki, magia.

Znaki: 89756.

Zadania D.I.A.B.E.L.: Szczegółowa analiza i redakcja tekstu.

Cel: Pierwsza trójka w gminnym konkursie literackim szkół podstawowych o „Złote Piórko”.

 

Tytuł: Cena Krwi.

„Gerad wciagnał obdydwa bastardzkie miecze i stanal naprzeciko potwoera. Bestia pluja jadem i slininą a tłuszcz na trubunach areny wrzaał znieperpliowscia domogajac się świeżej krwi. „nie dostaniecie mnie dziś” pomyślał głębko zamyslony i wykonując salto ryszył błyskawicznie do gwałtownego ataku…”

 

 

– Co to kurwa, jest? – warknął Pan Autor. Z irytacją zerwał się z łóżka i zamknął plik. – Jakaś pierdolona grafomania…

Po sekundzie następne opowiadanie w kolejce wskoczyło na jego miejsce. Z przerażaniem skonstatował, że poziomem nie odbiegało od poprzedniego. Odrzucił i to. Wskoczyło następne. Zaniepokojony wyszedł z sypialni na balkon. Z poczuciem grozy wertował zawartość skrzynki i odrzucał kolejne teksty. I następny. I następny.

Bezskutecznie.

Irytująca ikonka wyskakiwała niezmordowanie irytująco przesłaniając całe pole widzenia. W rogu ukazał się licznik z czerwonych cyferek.

 

Tekst 1: masz jeszcze: 1h: 28 min: 37 sec.

Tekst 2: masz jeszcze: 29 min: 54 sec.

Tekst 3: masz…

 

– Za jakie kurwa, grzechy… – zaszlochał w ciemność majowej nocy Pan Autor.

 

Koniec

Komentarze

Interesujące. Zaciekawiłam się (:

Najbardziej spodobały mi się fragmenty napisane kursywą. Ale tak ogólnie to całość przyjemna :)

 

 

Z przerażaniem skonstatował, że poziomem nie odbiegało od poprzedniego. Odrzucił i te. Wskoczyło następne. Zaniepokojony wyszedł z sypialni na balkon. Z przerażeniem wertował zawartość skrzynki i odrzucał kolejne teksty. I następny. I następny.

Nie wiem, czy to celowe powtórzenie, ale na wszelki wypadek to tutaj zostawię :)

A faktycznie. Dzięki. :)

 

Co do kursywy, to niedługo będzie Grafomania (mam nadzieję). :)

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Witam

 

Tekst zaciekawił. Czytało się dobrze. Podobało się :)

 

Pozdrawiam

Grafomania, o ile Beryl nie zmieni terminu, będzie chyba w styczniu przyszłego roku. Ale widzę, Zalcie, że choć jesteś już nieźle przygotowany, to dzielnie trenujesz. ;)

 

szkla­ni­cę „Wy­bo­ro­wej” z so­kiem po­ma­rań­czo­wym. – …szkla­ni­cę wy­bo­ro­wej z so­kiem po­ma­rań­czo­wym.

http://sjp.pwn.pl/zasady/;629431

 

syk­nął z wście­kło­ścią i ze­rwał się z pufy w lam­par­cie cętki. – …syk­nął z wście­kło­ścią i ze­rwał się z pufa w lam­par­cie cętki.

Puf jest rodzaju męskiego.

 

kupił w mo­no­po­lo­wym pod blo­kiem czte­ro­pak „Tura” i ru­skie fajki z pod lady… – …kupił w mo­no­po­lo­wym pod blo­kiem czte­ro­pak tura i ru­skie fajki spod lady

 

wy­cią­ga­jąc prze­sta­rza­łe­go Sam­sun­ga z lom­bar­du… – …wy­cią­ga­jąc prze­sta­rza­łe­go sam­sun­ga z lom­bar­du

 

wy­lą­do­wa­ło na mikro–bal­ko­nie… – …wy­lą­do­wa­ło na mikrobal­ko­nie

 

Po pa­mięt­nym tête-à-tête z dia­błem na Bie­lań­skim osie­dlu… – Po pa­mięt­nym tête-à-tête z dia­błem na bielań­skim osie­dlu

 

no­mi­na­cje, ekra­ni­za­cje i „gry–zacje” na pod­sta­wie twór­czo­ści Pana Au­to­ra… – …no­mi­na­cje, ekra­ni­za­cje i „gry-zacje” na pod­sta­wie twór­czo­ści Pana Au­to­ra

 

W dniu swo­ich sześć­dzie­sią­ty­chó­smych uro­dzin… –  W dniu swo­ich sześć­dzie­sią­ty­ch ó­smych uro­dzin

 

– Dobry Wie­czór. – Dobry wie­czór.

 

– Dobry Wie­czór – od­po­wie­dział Pan–Uzna­ny–Już–Autor, bo wy­pa­da przy­wi­tać się z go­ściem. – – Dobry wie­czór – od­po­wie­dział Pan-Uzna­ny-Już-Autor, bo wy­pa­da przy­wi­tać się z go­ściem.

 

– Pro­szę po­łknąć i popić – za­ko­men­de­ro­wał D.I.A.B.E.L.. – Jedna kropka na końcu zdania wystarczy.

 

Od­rzu­cił i te.Od­rzu­cił i to.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Aaaaaa… interesujące i ciekawe :P :D :)

Puenta super! :)

Mam wrażenie, że D.I.A.B.E.L mógłby się szybciej pojawić, ale ja generalnie leniwy jestem :c 

Dzięki, wojowniku.

 

Reg, nie muszę trenować – jestem mistrzem. :D

Hmm… Jakoś mało błędów (poprawię jutro), zwłaszcza że tekst powstał dzisiaj. :P

 

Czaga – :D

 

A D.I.A.B.E.L pojawia się kiedy chce, Kiejstucie. devil

 

Dziękuję wszystkim za słów kilka. :)

 

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Reg, nie muszę trenować – jestem mistrzem. :D

Jednakowoż staraj się chociaż zachować formę. Konkurencja nie śpi! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Interesujący pomysł na diabła i umowę (bo tekstów o pisarzach to już kilka było). Nie napisałeś tylko, jakie będą skutki niedotrzymania warunków przez Pana Autora. ;-)

Tak mnie ciekawi – czy moje skojarzenia i podobieństwo do osób są przypadkowe? ;-)

I wypchnął na korytarz bezwolnego kolejną klęską Pana Autora.

Zgrzyta mi to “bezwolny klęską”.

ruskie fajki z pod lady,

Spod.

No i czemu błędy jeszcze nie poprawione, a?

Babska logika rządzi!

Hejka!

Myślałem o karze, ale jakoś nie wpasowała się w tekst. Kombinowałem z całkowitym, cyklicznym wymazywaniem każdej informacji o Autorze lub jego twórczości pojawiającej się w sieci. Taka śmierć informacyjna. To chyba spory kaliber? :)

Podobieństwa przypadkowe, ale zamierzone. :)

 

Błędy poprawione, wczoraj nie miałem już siły.

Dzięki za wizytę!

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Dobry tekst wywołujący uśmiech w paru miejscach :) Rzekłbym, że niekiedy mocno życiowy :) Diabeł i peunta bardzo mi przypadły do gustu :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

No tak, takie buty … a ja myślałem że wena to taka pani co przychodzi i inspiruje, a tu robot, znaczy android przylatuje. Końcówka zabawna, ale i zaskakująca. Osobiście wyobrażałem sobie jakieś koszmarki w stylu matriksa. A Pan Autor niech nie narzeka. Codziennie, w całym kraju, tysiące polonistek jakoś daje rade.

@NoWhereMan:

Dzięki, bardzo się cieszę. :)

 

@Strafer:

Oczywiście, że daje. I chwała im za to! Ale też czasami sobie ponarzeka. Przynajmniej czasami.

A Pan Autor, niech ma za swoje wygodnictwo. Niech mu nie popłaca. :)

Dzięki!

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Dobrze mi się czytało. Ciekawy pomysł. I podoba mi się wierszyk o Grochówku… Pozdrawiam :)

Tak myślałem, że wierszyk chwyci… :)

Dzięki za odwiedziny!

 

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

czteropak tura

Jest takie piwo jak tur? Mnie się ta nazwa kojarzy raczej z innego rodzaju trunkiem, stąd lekka konsternacja… Chociaż jakiś czas temu odkryłem, że ktoś wytwarza obecnie podróbę podróby wina marki wino (o nazwie Nino, ale w zasadzie wygląda jak tradycyjne, patykiem pisane) i jest to faktycznie napój na bazie piwa. Więc… Szok, niedowierzanie.

coś, z cichym szumem silników pulsacyjnych wylądowało na mikrobalkonie dwudziestotrzymetrowej

Nieuzasadniony przecinek (chyba że miało być wtrącenie, to wtedy brak drugiego)

jeszcze bardziej złowieszczo niż poprednio

Z wyjątkiem samej puenty, całkiem zresztą sympatycznej, przez jakieś 9k znaków miałem deja vu. Jakbym już tu czytał, widział, komentował… W jakiejś 1/3 tekstu sprawdziłem, czy nie czytam aby jakiegoś tekstu sprzed roku… No, to chyba po prostu mocno wyeksploatowana tematyka, zużyte twisty, skrzypiące gagi. Sam tekst chyba nawet lepszy, niż te poprzednie, sympatycznie napisany, technicznie prawie bez zarzutu (choć czytałem po poprawkach ;) ). No tylko właśnie… mało oryginalny. Okay, postać DIABELa trochę… ale on już tyle form miał, że kolejna nie robi już różnicy.

No cóż, w tekście coś jest, albo tego nie ma.

Przy okazji – ten przecinek przed albo też zbędny.

Jest takie piwo jak tur? – Zdziwiłbym się (w dobie self-kraftowanych, koneserskich pomyj na bazie zeszłorocznych skarpetek z delikatną nutką prażonych migdałów) jakby nie było (jest, wygooglałem).

A tak poważnie, to nazwę wyssałem z palca, chcąc uniknąć skojarzeń z innym, komercyjnym produktem noszącym nazwę handlową po dumnym przedstawicielu narodowej rogacizny. Także, nie przywiązywałbym do tego zbytniej wagi, bo bohater mógłby równie dobrze pić borsuki, kotki, chrząszcze czy wiewiórki. :)

 

A co do oryginalności… To masz racje, chłopie! Nie twierdzę, że to jakieś epokowe dzieło. Nasmarowałem to w dwie godziny, znużony do pewnego stopnia całą serią artykułów “pisarskich” jakich doświadczyłem tamtego ranka. Musiałem jakoś odreagować, sorry. :)

Całe szczęście nie wyszło całkowicie beznadziejnie, przynajmniej jeszcze nikomu oczy nie krwawiły. I nawet pośmiać się można. Dla mnie git. :)

 

Dzięki za obszerny komentarz!

Pozdrówka!

 

Edit: Właśnie zauważyłem, że Jose też miała kiedyś podobny tekst. Coż, moja wina… :(

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Czytając początek doznałam deja vu – już to czytałam. A jednak nie. To był tylko tekst podobny na samym początku. To pokazuje, jak bardzo podobnie potrafią myśleć różne osoby i jak łatwo mogą wpaść na prawie taki sam pomysł. 

Zaintrygowała mnie kwestia “sprzedaży” umysłu (zamiast tradycyjnej duszy ;)). Gdy dotarłam do końca, uśmiechnęłam się szeroko. Pięknie to wymyśliłeś. Za tę końcówkę należy się klapsik. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

 

Faktycznie trochę dziwnie z tym deja vu wyszło, bo podobny tekścik nawet ktoś ostatnio podbijał komentarzem. Ba! Nawet sam go kiedyś komentowałem, ale zapomniałem o tym. Serio, na śmierć! Całe szczęście podobieństwo dotyczy ledwie początku, bo później historie toczą się innymi torami.

 

To bardzo, bardzo przyjemny klapsik. :)

Dziękuję. :)

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Nie mogłem oderwać się od tekstu! Omal nie spóźniłem się na tramwaj! :)

Kurczaki, to jeszcze bym narozrabiał. :)

Dzięki za wizytę, mireksonie!

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Fajne :)

Dzięki. ;)

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Kilka sugestii z mojej strony. Można się zgodzić lub nie ;)

 

– Wolałem to usłyszeć od ciebie. I co? – dopytywał się zniecierpliwiony Pan Autor. Spędził nad słowami na wydruku połowę zeszłego popołudnia, i wiedział, że to jest to.

– brzmi dziwnie… Wydaje mi się logiczne, że chodzi o tekst i chyba nie trzeba specjalnie zaznaczać, że to te słowa na tym wydruku ;)

 

Musi być. Raty kredytu, niczym widmo unosiły się nad jego głową, a tych kilka kartek niedbale trzymanych przez dłonie tego grubego kapitalisty, w końcu odpędzi je na dobre.

– stylistycznie nie bardzo, no chyba, że koniecznie chciałeś zaznaczyć, że to w dłoniach trzyma, a nie w zębach ;)

 

Zaległości w banku znikną jak duch po egzorcyzmie.

­– zdaje się, że powinna być liczba mnoga. Jak „Egzorcyzmy Emilli Rose” itp.

– Słuchaj misiu kolorowy, będę szczery. – Pan Wydawca wstał od biurka z energią o jaką nie mógłby być podejrzewany człowiek jego postury i ruszył na spacer po gabinecie z kartkami w ręku. – Nie bardzo jest popyt na wierszowane erotyki w klimacie urban fantasy. Na przykład to… – I przeczytał z kartek całkowicie nie lektorskim głosem:

– nie wiem skąd ta potrzeba wskazywania tego tekstu, tych kartek, że rękami… Dla mnie niepotrzebne dodatki, bez których znaczenie sceny się nie zmienia. Nie trzeba pisać, że ktoś stoi na nogach obutych w lakierki, jeżeli chce się jedynie wspomnieć, że ktoś nie leży ;)

 

– Nie, dobre, dobre… Bardzo oryginalne – zapewnił chyba zbyt pewnie jak na gust autora Pan Wydawca. Przedsiębiorca krążył po gabinecie przeglądając kartki i szukając jakby jakiegoś punktu zaczepienia. Chyba nie znalazł, bo zatrzymał się i zrezygnowany perspektywą pogrążenia marzeń kolegi (+,)wyrzucił z siebie swoje biznesowe obawy.

– zdaje się, że przecinek… i ponownie kartki… papierzyska ;)

– Cześć, co tam? – przywitał się, poddając Panu Autorowi solidną szklanicę wyborowej z sokiem pomarańczowym.

– spodziewałem się whisky, ale tak jest ciekawiej :D

– Co? – bąknął w pierwszym momencie Pan Autor zaskoczony upokarzającą bezczelnością. – Taki z ciebie kolega? A spierdalaj! – syknął z wściekłością i zerwał się z pufa w lamparcie cętki.

– nie zostawiłeś miejsca na moją wyobraźnię, ja podejrzewałem że w tygrysie pasy ;) Moim zdaniem nadmiernie szczegółowy opis szkodzi tekstowi.

W ogóle dużo tutaj opisów. Za dużo. Przez co stają się zbędnym wypełnieniem.

 

– Spokojnie, przyjacielu. To nie tak. Siadaj. – Gospodarz wstał i łagodnym gestem usadził Pana Autora. Sięgnął po następną kolejkę „Śrubokręta”, wiedząc, że to najlepiej ułaskawi jego nerwowego przyjaciela.

– D.I.A.B.E.L. – zaczął szeptem Pan Literat, jakby konspiracyjnie – to skrót. Cała nazwa brzmi: Diachroniczna Inteligencja Analityczna Badająca Elementy Literackie. – Płynnym gestem wyciągnął skądś kartonik wizytówki – Powinieneś spróbować.

– słowo „wata”, tudzież „wypełniacz”, analogiczne do tego, co daje się do parówek żeby robiło za mięso ;)

 

– “Ale twist!” – Podekscytowany Pan Pisarz pędził autobusem do domu. Z niecierpliwością ściskał kartonik w kieszeni czarnego prochowca przekonany o właściwości podjętej decyzji. Wypadł na przedostatnim przystanku pętli niczym bomba i popędził do domu. Za dwie dychy pożyczone od Pana Literata kupił w monopolowym pod blokiem czteropak tura i ruskie fajki spod lady, wbiegł po schodach na jedenaste piętro (bo winda oczywiście nie działała), zadyszany wpadł do mieszkania i zatrzasnął zamki.

– zdyszany?

–zatrzasną drzwi/zasunął rygle/przekręcił klucz w zamku…

 

Otworzył na oścież drzwi balkonowe, usiadł w wytartym fotelu po dziadku (+,) wyciągając przestarzałego samsunga z lombardu i bez wahania wystukał numer z wizytówki. Po trzech sygnałach odrzuciło połączenie.

– co odrzuciło połączenie?

 

Nie rości sobie praw autorskich (+,)czy jakichkolwiek wynagrodzeń…

– chyba…

 

– Maszyna długo recytowała punkty umowy, a Pan Autor, jako stuprocentowy humanista nie słuchał zafascynowany perspektywą.

– perspektywą czego?

 

Po pamiętnym tête-à-tête z diabłem na bielańskim osiedlu nagrody, nominacje, ekranizacje i „gry–zacje” na podstawie twórczości Pana Autora sypały się niczym produkty spożywcze z rogu Amaltei.

– coś z szykiem nie tak, albo brakuje przecinka…

 

Tytuł: Cena Krwi.

 

„Gerad wciagnał obdydwa bastardzkie miecze i stanal naprzeciko potwoera. Bestia pluja jadem i slininą a tłuszcz na trubunach areny wrzaał znieperpliowscia domogajac się świeżej krwi. „nie dostaniecie mnie dziś” pomyślał głębko zamyslony i wykonując salto ryszył błyskawicznie do gwałtownego ataku…”

– i tutaj tekst bym urwał :)

 

Zalth docenia humor, chociaż za takim nie przepadam.

– Co? W tym kraju tylko tak można osiągnąć sukces pisząc książki ;)

 

Tekst lekki i raczej bez ochów i achów z mojej strony, bo wpisuje się w typowy schemat („coś, za coś”), ale jako ćwiczenie literackie prezentuje się dobrze.

 

Pozdrawiam :)

Łojeju! :)

Że też Ci się chciało Blacktomie, taką szczegółową analizę popełnić. Doceniam włożony wysiłek. Szacun! :)

Nad uwagami (już widzę, że w większości słusznymi) pochylę się w chwili wolnego czasu.

 

…ale jako ćwiczenie literackie prezentuje się dobrze. – Chyba nie bardzo (wg. mnie), bo trochę uwag było. :)

Dobrze, że przynajmniej lekko się czytało. :)

 

Dzięki i pozdrawiam!

 

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

No problem :)

Mam dzisiaj słabszy dzień i postanowiłem coś dobrego zrobić dla świata ;)

Zaległości w banku znikną jak duch po egzorcyzmie.

– zdaje się, że powinna być liczba mnoga. Jak „Egzorcyzmy Emilli Rose” itp.

 

Dlaczego? Emily Rose mogła mieć kilka egzorcyzmów, ale przecież duch może zniknąć po jednym? 

Tak z ciekawości pytam tylko.

Szaleństwo ale sympatyczne. Podeślesz może mi na priwa wizytówkę do tego androida :D

 

Anet – masz rację :) Egzorcyzm może być jeden, jako jeden obrządek, ale pomyślałem, że to zawsze wykorzystywane jest w zestawie z innymi obrządkami, które się uzupełniają. Jak pasta trzy w jednym ;)

 

Edit:

Dobra poczytałem i zupełnie nie mam racji. Egzorcyzm jest jeden. To już sam w sobie jest zestaw konkretnych czynności :)

Ja się nie upieram ;)

Jejeje! W końcu klawiatura!

 

@MPJ78 – Sorry-memory, ale jak widać na powyższym gdzieś mi wizytówkę wcięło. :P

Dzięki!

 

@Anet & Blacktom – i wszyscy szczęśliwie wyciągnęli jakąś naukę. Cool! :)

Osobiście, to nie byłem pewien tego egzorcyzmu, ale dziś cały dzień w rozjazdach i nie miałem jak sprawdzić. Reszta uwag jutro.

 

Pozdro!

 

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Też się zaciekawiłam :)

Całkiem przyjemne opowiadanko, interesująca wizja.

Momentami miałam wrażenie, że na siłę chcesz tworzyć rozbudowane zdania, co nie zawsze miało pozytywny skutek, ale ogólnie jestem zadowolona z lektury. W sam raz na jeden raz :)

 

Chaps! Na jeden kąsek. :)

Pochylę się nad tymi zdaniami.

Dzięki. :)

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Parę błędów, a potem już będzie miło.

 

No żeby tak już na pierwszym wirażu z przypadkami nie pykło :P: “wysondował ten fakt z przedłużającej się ciszy, lekkim zmrużeniu lewego oka rozmówcy i drugim już papierosie”

 

wjechał windą do egzaltowanej jaskini śmietanki towarzyskiej – egzaltowaną i jaskinię bym jednak zamienił miejscami

 

przekonany o właściwości podjętej decyzji – może “trafności”, albo co, właściwość jakoś nie brzmi, przywodzi na myśl raczej “właściwości” jako “parametry”

 

Możliwe, że, jak niektórzy pisali, można było przyciąć, ale mi to nie przeszkadzało.

 

Samo opowiadanie łyknąłem gładko, bez popitki i smakowało. Fajny, luźny, ale nie spuszczony z łańcucha tekst z prawidłowo dobraną dawką humoru. Dobre zakończenie – now that’s what I call Hell! Klikałbym jak Kara Mustafa kebaba, ale dopiero pracuję nad uprawnieniami.

A wiesz, że wczoraj tu zajrzałem i jakoś mi ta jaskinia zgrzytała? Tylko czasu brak. :(

 

Dzięki! :)

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Nowa Fantastyka