- Opowiadanie: tramindeska - Martwe koty należy grzebać

Martwe koty należy grzebać

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Martwe koty należy grzebać

Blask bluesa czwartonadrańskiego podrażnił jej powieki, łuk Wisły liznął jej skalp. Wyrzuciła ramiona w górę, obuła nogi w trzewiki na obcasie, ziewnęła leniwie, nabierając powietrza w wybrukowane płuca. Czy to już czas?

 

*

 

Wiesz, jutro nas już tu nie będzie. Będziesz musiała karmić nasze koty, dwa razy dziennie saszetka z mokrym żarciem, na odwrocie będzie napisane, że porcja zawiera siedemdziesiąt procent mięsa. Żadnych wegańskich diet, koty znaczą teren cuchnącymi odchodami po spożyciu zbożowych papek. Będziesz miała dużo czasu dla siebie, zamykaj wszystkie drzwi i okna, zamykaj je nawet wtedy, kiedy poczujesz się bezpiecznie, kiedy żaden byt pozaokienny, żadne obce westchnienia nie będą szargać ci nerwów. Rób to nawet wtedy, kiedy cisza połknie anioły. W supermarkecie rzucili tanie sandały, pospiesz się, może został twój rozmiar. Nieważne z kim grają nasi. Dawno nie zaglądałam do pokoju Pawełka. Proszę cię, jutro będziesz musiała dawać sobie radę. Jeżeli będziesz kochać, to tylko z użyciem zaimka recyprokalnego. Wszystko będzie dobrze, jesteśmy mądrzejsi, uwierz.

 

*

 

 Tysiące kocich łapek łaskotało jej brzuch, gdy zapuszczała korzenie krajowych dróg numer dziesięć oraz dwadzieścia pięć. Za chwilę trzeba się będzie zdecydować na odpowiedni humor.

 

*

 

– Zła jestem na siebie.

– Każdemu mogło się zdarzyć. – Tuuli pomachała ręką przed nosem, jakby odganiając obłok niewidzialnego dymu. Stare natręctwo. – Skąd miałaś wiedzieć, że oprócz saszetek z pełnowartościową porcją mięsa znajdą się jakieś resztki zbożowych frykasów?

– Tu nie chodzi o skład chemiczny. To znaczy, poniekąd… Niby widziałam datę zdatności do spożycia, ale wiesz… Przez moje ostatnie neurotyczne ataki paniki powzięłam twarde postanowienie nie przejmować się pierdołami.

– Miały godny pogrzeb?

– Daj spokój, dopiero czwarta rano. Zjem coś, założę rajstopy, wykopię dół.

– To dobry dzień na zgon. Rocznica śmierci Leonarda da Vinci. – Tuuli obdarzyła przyjaciółkę długim, badawczym spojrzeniem.

– Dziady – wtrąciła Zuza, wpychając sobie do ust siedemnaście dropsów o smaku ciekłych lodów. – Widziałam kilka upiorów kierujących się na dworzec kolejowy.

– Pewnie wycieczka do Torunia.

– Miały siną skórę.

– To nie upiory, prędzej topielice.

– W głowie mi się kręci.

– Malkontenctwem nikogo nie zadowolisz – skrzywiła się Tuuli, wyrywając liście buku ze szponów wiatru. – Masz dzisiaj wolne?

Zuza uniosła na nią spojrzenie burych oczu.

– Po przekroczeniu pewnej masy krytycznej w rachubie lat, nie ma się już nigdy wolnego. Zawsze czuję na sobie to samo koromysło oczekiwań.

– Pomyślałam, że razem pochowamy te kocury. Gdzie mieszka ta twoja ciotka?

– Na Fordonie.

– Klasa. Prawie Torunianka.

– Czy też masz wrażenie, że kasztany ostatnio fałszują?

– Mam wrażenie, że się starzejesz, Zuza. I to w bardzo brzydki sposób. – Tuuli założyła farbowane na wściekły pomarańcz włosy za upstrzone pojedynczymi piegami ucho. Była to prawdopodobnie jedyna atrakcyjna część jej ciała. Dziewczyna nie przejmowała się tym; “moje ucho, moja sprawa”, mawiała ekstatycznie uniesionym głosem, wymachując transparentem z krzywo wyrysowaną małżowiną, której kontur pociągnięty niezgrabnym esem floresem wykrzywiał się w ostentacyjnie wystawiony środkowy palec.

Tuuli była bardzo rześka i bardzo zaradna. Jako dziewiętnastolatka wyemigrowała z rodzinnej Estonii do Finlandii, znalazła pracę oraz szwedzkiego męża, piszącego mdłe kryminały. Uciekła pierwszym lepszym samolotem, kiedy ów mężczyzna, którego poślubiła rzucił się na nią z pistoletem maszynowym suomi, ponoć tylko po to, by zrozumieć uczucia głównego bohatera swojej najnowszej powieści. Jej droga do Bydgoszczy prowadziła przez Gdańsk, Ełk, Koszalin, Reykjavik, Costa del Sol i Częstochowę. Zuza skrycie podziwiała Tuuli. Sama nie była w stanie wyemigrować nawet z własnej przeszłości, a co dopiero z miasta.

– Która godzina?

– Wciąż czwarta. Jeszcze przez co najmniej kilka godzin będzie czwarta. Dlaczego pytasz?

Zuza zagryzła dolną wargę. Na ustach wymalowanych fuksjową pomadką wykwitła kropla krwi.

– Muszę dokądś pójść.

– Ty znowu swoje? – Tuuli przewróciła oczami, wkładając dłonie do kieszeni zgniłozielonej kurtki z modnej sieciówki.

Tuuli miała swoją firmę i mogła codziennie kupować wiele par pończoch oraz kurtek z modnych sieciówek.

Upijała się z wdziękiem i potrafiła wymówić nawet najbardziej fikuśne nazwy na etykietach win.

Umiała wejść w stały związek, a ponadto wyjść z niego.

Dawniej należała do rodzaju tych dziewczynek, które proszą o przełożenie sprawdzianu w imieniu całej klasy.

Zuzie trząsł się podbródek.

– Może uda mi się załatwić parę spraw, dopóki jest czwarta – wymamrotała niewyraźnie.

– Tylko mi nie mów, że znowu spróbujesz dostać się na Dół. Bydgoszcz ci nie pozwoli. Na Dole nic nie ma, Zuza. Tobie wciąż się wydaje, że możesz trwać w tym mentalnym stuporze, że coś się jeszcze zmieni. Nigdy nie spotkasz Wilka. Zawsze będziesz sama, bo nawet ja cię kiedyś zostawię, szmato. Idź do banku, do korporacji na praktyki, zrób coś pożytecznego. Na Dole nic nie ma. Dół w ogóle nie istnieje. Żaden człowiek tam nie dotarł.

Zuza zacisnęła mocno pięści, paznokcie wyżłobiły małe łukowate rowki w miękkiej skórze.

– Jest dwa tysiące osiemnasty. Nawet dwudziesty pierwszy wiek osiągnął pełnoletność. Tylko ty nie możesz – ciągnęła beznamiętnie Tuuli tą swoją sepleniącą angielszczyzną. – Pochowaj koty.

– Niech cię szlag!

 

*

 

Zdecydowała, że będzie dziś w humorze zaintrygowanym. Ktoś wspomniał coś o Dole. Każda kobieta ma jakieś dolne części ciała, zazwyczaj nogi, a już co najmniej biodra i łono. Bydgoszcz nie była wyjątkiem.

 

*

 

W mieście funkcjonowało tylko dziesięć linii tramwajowych. Kilka z nich kursowało przed godziną piątą, większość jednak nie zadawała sobie tego trudu. Na pewno nie podczas majowych Dziadów.

Biada, biada.

Zuza miała niejasne przeczucie, że na Dół można dostać się jedynie tramwajem za okazaniem ważnego biletu sieciowego z naliczoną odpowiednią ulgą.

Naprawdę chciała wziąć ze sobą Tuuli.

Wiatru nie da się złapać. Nie ma czegoś takiego jak spolegliwy człowiek, jest tylko człowiek bez większego powodu przerażający.

– Dokąd to panienka się wybiera o czwartej nad ranem? Nie gramy tu bluesa, ani nie głaszczemy po włosach.

– Nie jestem już panienką. To znaczy… jestem panną, ale dorosłą – w głosie Zuzy rozbrzmiało echo wahania. Kanar uniósł lekko brwi, jego spojrzenie nabrało barw politowania.

– Żenada.

– Wiem.

– Bydgoszcz ma dzisiaj odpowiedni humor. Żaden człowiek nie był jeszcze na Dole.

– Wiem.

– Być może nigdy nie wrócisz.

– To nie wchodzi w rachubę. Mam dwa koty do pochowania i umówioną wizytę u brafitterki.

Zmęczony wzrok kanara prześlizgnął się po jej dekolcie.

– Zawsze można wyrzucić dwie stówki w błoto – syknął cynicznie, po czym oparł się o szybę, wciąż zerkając na kobietę. – Wiesz, że oni mieli gorzej?

– Co proszę? – Zuza zgubiła własne dłonie w torebce. Nigdzie nie mogła ich znaleźć. Ostatnio trzymały bilet sieciowy, teraz  nagle przepadły. – Kto?

– Ofiary Czarnej Śmierci. Twoja sąsiadka z klatki obok. Wiesz, że katował ją mąż?

– Skąd miałabym to wiedzieć? Sam powiedział pan, że mieszkała w klatce obok. Nie przeczę, że miała gorzej. Ona i ofiary dżumy. Kochanowski też. Wiele osób. Naprawdę to wiem.

– A jednak jedziesz na Dół?

– Mhm.

– Tam, gdzie nie ma ludzi?

– Mhm.

– Jeżeli nie wrócisz o czwartej, będzie za późno.

Zuza zaśmiała się gorzko, trochę mimo woli, i wbiła matowy wzrok w kanara.

– W którym wieku pan żyje? Teraz na wszystko jest za późno.

 

*

 

Spociła się trochę, ale na szczęście przyszedł deszcz. Bolały ją wiecznie uniesione ramiona. Wysoko ponad swoją głową usłyszała werble Peruna.

– Zamknij się – mruknęła, nie zwracając się jednak do nikogo bezpośrednio. – Grzmi we mnie od tygodnia.

Kudłaty cumulonimbus jakby przesunął się nieznacznie na wschód, łaskocząc Toruń po stopach. Bydgoszcz westchnęła ukontentowana.

Tramwaj zajechał na sam Dół, przełknęła go z radością.

 

*

 

Tuuli na nikogo nie czekała, a już na pewno nie na Zuzę. Dla niej minuty wynurzały się i kwitły swoim regularnym tempem. Obumierały jak jesienne liście, a czwarta powoli przeobrażała się w piątą. Dla Tuuli nie było żadnego Dołu, żadnego nowego dnia. Martwe koty należy zakopać. Żywym można się przyglądać. Śpiewanie o tym nie ma sensu.

Istnieje pewna sensowność, pewna pełność, pewna pierwotna pewność co do istoty mamony, ściągniętych warg i zachowawczych zachowań.

Tuuli naprawdę się zmieniła.

I świat się zmienił.

Tylko Zuza kaprysiła jak głupi bachor, a teraz jeszcze pojechała na Dół.

To nie jest jej sprawa. To nie jest niczyja sprawa. Ludzie nie sprawiają wrażenia bycia czyjąkolwiek sprawą. Nasze trajektorie zdają się nie mieć punktów wspólnych.

 

*

 

Kiedyś Zuza myślała inaczej. Wierzyła w ludzi. Chyba trochę głupio jest w coś wierzyć. Nawet w Dół.

– Czy Dół na pewno istnieje? – pociągnęła za rękaw nieuprasowanej bluzy kanara. Mężczyzna łypnął na nią jednym okiem, westchnąwszy ciężko.

– Tak. Ale żaden człowiek nigdy się tam nie dostał. Nie wolisz robić kariery w banku albo znaleźć sobie partnera życiowego płci dowolnej?

– Myślałam, że Dół nie jest poprawny politycznie.

Kanar skrzywił się jeszcze bardziej.

– Nie boję się tego waszego pierdolonego liberum veto, pytałem ze szczerej troski.

– Ach. – Zuza oblała się rumieńcem wstydu. – To ja banku nie chcę, a partnera nie umiem. – bąknęła, chcąc zrehabilitować się po nieuzasadnionym wybuchu. – Jestem cholerykiem, wybacz.

– A ja jestem zodiakalnym Juliuszem Cezarem.

– Gdzie leży twój Rubikon? – zapytała dziewczyna, autentycznie zainteresowana sprawą. Kanar wzruszył ramionami.

– Nie wiem. Jeszcze nie – burknął.

– Czyli coś nas jednak łączy – westchnęła zadowolona. Mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem.

– To łączy wszystkich mieszkańców Dołu.

 

*

 

Bydgoszcz od dawna obserwowała Zuzę. To nie była zupełnie głupia dziewczyna. Kończyła właśnie fajne studia, zapychała czas cokolwiek kuriozalnymi hobby i często spotykała się z tą Estonką na wygnaniu. Nosiła kolorowe rajstopy i łatwo ją było rozproszyć.

Była nic niewartym dzieckiem, które nigdy by nie przypuszczało, że wyrośnie na nic niewartego dorosłego.

Nigdy nie złamała miastu serca żadnym złym słowem, choć w gruncie rzeczy nie była ślepa i bardziej podobał się jej Toruń.

Miała rodzinę w Wellington oraz dziwne defekty twarzoczaszki.

Czasami piszczała jak gumowa zabawka dla psa kiedy jej prawy jajnik postanawiał nie wchłaniać kolejnej torbieli.

Typowa, dość nudna, niezdecydowana.

 

*

 

– Daleko jeszcze? – Zuza oparła ręce o chłodne oparcie jednego z foteli. Tramwaj był całkowicie pusty, nie zawierał nikogo poza nią i kanarem, którzy tworzyli z całą stanowczością dwa zbiory rozłączne.

– Dosyć. Sam nie wiem. – mężczyzna stał znudzony w otwartym oknie, trzymając w ręku coś niewidzialnego. – I tak dotarłaś dalej niż większość ludzi. Wciąż możesz zawrócić.

– I co tam na mnie czeka?

– A co na ciebie czeka na Dole? – spojrzał na nią wyraźnie zdenerwowany i zniecierpliwiony. – Głupia jesteś.

– Wiem.

– “Dupa” a nie “Wiem”. Gówno wiesz. Na Dole nic nie ma. Przekonasz się tylko, że niczego już nie zmienisz. Tam, w górze, mogłaś mieć normalne życie.

– Nie umiem życia.

– Powiedział każdy przed tobą i każdy po tobie – westchnął kanar, pocierając sobie skronie.

– Gdybym chociaż znalazła tam Wilka…

Spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami.

– Wilka? Tego co zeżarł Kapturka?

– Mhm. – Spuściła głowę, skonsternowana.

– Wilk nie odwzajemnia niczyich uczuć. Nikt na Dole ich nie odwzajemni. Nie da się pchnąć życia wstecz. Dlaczego tego nie rozumiecie? Jesteśmy już w dwa tysiące trzecim roku. Możesz spojrzeć za okno. Bydgoszcz pozwoliła.  

– Czy każde miasto ma Dół?

Kanar nie odpowiedział od razu.

– Dół jest tylko jeden. Nieważne, z jakiego miejsca na świecie wyruszysz.

 

*

 

Przed Dziadami dwa tysiące osiemnastego roku było tak wiele istotnej subiektywnie materii: był stuk deszczu o szary parapet, lepkie wieczory, przytulne zimy, kawa posypana cynamonem i elastyczne półki pod stosami książek. To nie były rzeczy odległe. Nie tak bardzo jak Dół.

Na Dole rzeczywiście nie znajdowało się nic. Zuza wysiadła z tramwaju jako pierwsza osoba przetransportowana w czasie bez uszczerbku na duszy i ciele, ale nic poza tym się nie wydarzyło.

– Widzisz? Mówiłem. – kanar spojrzał na nią, tym razem z dziwną mieszaniną zakłopotania i współczucia. – Nie jesteś byłam. Jesteś będę.

– Kiedy ja nie umiem. – Zuza kucnęła na skraju dryfującego przed nią chodnika i zaszlochała cicho. – No kurwa nie umiem! Nawet kotów nie potrafię karmić, zdechły obydwa. Wpadłam w pułapkę cieszenia się z rzeczy małych, a przez to nie było dla mnie żadnej radosnej rzeczy dużej. – rozejrzała się wokół, ocierając łzy. – Ile mam teraz lat?

– Teraz nie ma cię w ogóle.

– A jednak dalej rozmawiamy – wydęła wargi. Podbródek jej drżał.

Kanar przytaknął z ociąganiem.

– Mam pewną hipotezę, według której nigdy stąd nie wyszłaś, a w każdym razie nie całkowicie. Inaczej nie mogłabyś tak po prostu tu wrócić. Nikt nigdy nie dotarł aż tutaj. Do samego początku swojego czasu.

Zamilkli oboje.

Nic się nie działo.

– Bardzo jesteś rozczarowana? – podjął wreszcie mężczyzna.

– Tak. Ale nie Dołem. Sobą.

– Możemy spróbować zawrócić na Górę.

– I jak tam będzie? W przyszłości? Jak będzie w majowe Dziady dwa tysiące osiemnastego o czwartej nad ranem?

– Za późno. Tak samo. Źle i dobrze. Ciepło i zimno. Szaro. Fioletowo. Smutno i wesoło. Ale to nie jest ważne. – Uśmiechnął się do niej, po raz pierwszy również oczami, po czym podał jej dłoń. – Tam będziesz mogła być, oderwana od Dołu. Tam będą piosenki.

 

*

 

Bydgoszcz zamruczała z zadowoleniem. Blues czwartonadrański nie kończył się jeszcze. Tramwaje z Dołu wciąż kursowały.

Wcale nie było za późno na grzebanie kotów w dniu rocznicy śmierci Leonarda da Vinci.

Wcale nie.

Koniec

Komentarze

Po pierwsze: dobrze, że przestałaś się bać i wyszłaś z szuflady. Też tam długo siedziałem, ale w końcu wyszedłem i dobrze mi zrobiło ;)

Po drugie: pisać potrafisz. 

Po trzecie: niestety, nie bardzo wiem, o czym ten tekst jest…

 

Teraz może obszerniej. Wiele zdań i motywów bardzo mi się spodobało. Chociażby ta Bydgoszcz przedstawiona jako ona, ktoś, niemal osoba. Albo to, jak kreujesz bohaterów. To znaczy – gdzieniegdzie. 

Ech, wiedziałem, że to nie będzie łatwy komentarz. 

Weźmy sobie ten fragment.

Tuuli była bardzo rześka i bardzo zaradna. Jako dziewiętnastolatka wyemigrowała z rodzinnej Estonii do Finlandii, znalazła pracę oraz szwedzkiego męża, piszącego mdłe kryminały. Uciekła pierwszym lepszym samolotem, kiedy ów mężczyzna, którego poślubiła rzucił się na nią z pistoletem maszynowym Suomi, ponoć tylko po to, by zrozumieć uczucia głównego bohatera swojej najnowszej powieści. Jej droga do Bydgoszczy prowadziła przez Gdańsk, Ełk, Koszalin, Reykjavik, Costa del Sol i Częstochowę. Zuza skrycie podziwiała Tuuli. Sama nie była w stanie wyemigrować nawet z własnej przeszłości, a co dopiero z miasta.

To “rzucanie po świecie” brzmi całkiem realistycznie i ciekawie, ale ślub z pisarzem-dziwakiem wydaje mi się przegięciem. Oczywiście to możliwe, ale trąci stereotypem. Bo jak Skandynaw to psychopata? 

Ostatnie zdanie wskazanego fragmentu – fajne. 

Bydgoszcz od dawna obserwowała Zuzę. To nie była zupełnie głupia dziewczyna, robiła fajne studia, zapychała czas cokolwiek kuriozalnymi hobby i często spotykała się z tą Estonką na wygnaniu. Nosiła kolorowe rajstopy i łatwo ją było rozproszyć.

Była nic niewartym dzieckiem, które nigdy by nie przypuszczało, że wyrośnie na nic niewartego dorosłego.

Nigdy nie złamała miastu serca żadnym złym słowem, choć w gruncie rzeczy nie była ślepa i bardziej podobał się jej Toruń.

Miała rodzinę w Wellington oraz dziwne defekty twarzoczaszki.

Czasami piszczała jak gumowa zabawka dla psa kiedy jej prawy jajnik postanawiał nie wchłaniać kolejnej torbieli.

Typowa, dość nudna, niezdecydowana.

A ten fragment to już w ogóle świetny. To realistyczna, a zarazem poetycka kreacja. Bo nie jest to “ładna, inteligenta, acz zagubiona dziewczyna”, tylko ktoś konkretny – ktoś w kolorowych rajstopach. Poza tym podoba mi się sposób, w jaki serwujesz niektóre gorzkie zdania, jak to “Była nic niewartym…”. A cały fragment puentujesz tą “typowością”, jakbyś chciała powiedzieć, że tak naprawdę nawet typowy, nudny człowiek jest kimś wyjątkowym. Może nadinterpretuję…?

 

Hmm… O czym by tu teraz? Wiele się myśli nasuwa, a czasu mało, a ja nawet nie wiem, czy jesteś chętna do nawiązania dialogu z komentującymi, zdecydowana do szlifowania itd. 

Dobra, techniczna strona tekstu: jest bardzo dobrze. Prawie nie zdarzają się tu debiutanci, którzy robią tak mało błędów jak ty. Zjadłaś parę przecinków i w paru miejscach było coś, jakby powtórzenie, ale to szczegóły i nie chciało mi się nad nimi pochylać. Na pewno musisz poprawić zapis dialogów, bo on jest zły. Tu masz poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112 

Sam styl mi się podoba, choć bywa chaotyczny. W drugim fragmencie tekstu (Wiesz, jutro nas już…) stawiasz przecinki zamiast kropek – to chyba próba tworzenia stylu, ale nie tędy droga. Dalej albo się przyzwyczaiłem, albo już tak nie robiłaś. 

No, ale jeszcze trochę pracy przed sobą. Umiejętne władanie piórem to nie wszystko. O czym jest ta historia? O Zuzie, która zjeżdża na tajemniczy Dół. Tytuł sugeruje, że chodziło o coś jeszcze – ale musisz być świadoma, że nie wszystkim czytelnikom chce się w to wnikać. Ogólnie warstwa fabularna kuleje najbardziej. Większość akcji to dialog z kanarem. Rozmowa o wszystkim i o niczym. Zuza użala się nad sobą. A kto lubi słuchać cudzych żali, a co dopiero czytać? 

Skoro już jesteśmy przy dialogach to je nazwę… ciekawymi. Miejscami chaotyczne, ale mają w sobie urok – rozmowa Zuzy i Tuuli przypomina wycinek prawdziwej rozmowy dwóch dobrze znających się osób. I ten wycinek nie zawsze jest zrozumiały dla czytelnika. Mam na myśli różne przeskoki, skróty myślowe itd. 

Podsumowując: dobrze władasz piórem, ale nad tworzeniem opowieści musisz jeszcze popracować. 

A jeśli chcesz pracować nad warsztatem, trafiłaś na dobre miejscem. 

Witaj na portalu :)

A mnie się ta historia podobała i od strony językowej i fabularnej. Nie przeszkadza mi pewna wyrywkowość i chaotyczność przedstawionego świata – w jakiś sposób ciekawie odzwierciedla funkcjonowanie człowieka w życiu, ale też niemożność pełnego życia w teraźniejszości, jeśli nigdy się tak naprawdę nie uwolniło, nie wyszło z przeszłości. Tak też rozumiem Dół. Przeszłość, do której bohaterka próbuje wrócić – i wraca, ale tak naprawdę ten powrót niewiele jej daje. Nie uwalnia jej z teraźniejszości, do której musi wrócić i w której czekają niepogrzebane koty. Jej “nie umiem życia; nie umiem partnera” brzmi jak skarga dziecka a nie dorosłej kobiety.

Zakończenie również mi się podoba. Życie po wyprawie na dół nie stanie się ani trochę prostsze, ale “Tam będą piosenki”. Czyli jednak jest po co do tej teraźniejszości wracać.

Ramy pod postacią myślącej i czującej Bydgoszczy spajają historię, dają jej ciekawy szkielet.

I jeszcze plus za tytuł :)

 

Technicznie, tu i ówdzie brakuje przecinków. Czasami też trochę nadużywasz zaimków.

"But I'm a supergirl and supergirls just fly." Reamonn

Odjechane.

Trudno wyczuć na ile przemyślane, a na ile spontaniczne. Ale z pewnością nietypowe, toteż zwraca uwagę.

 

Dwa miejsca językowo bym przemyślał. Pewnie było ich nieco więcej, ale te rzuciły mi się w oczy:

 

Męż­czy­zna łyp­nął na nią jed­nym okiem, wes­tchnąw­szy cięż­ko.

Zrezygnowałbym z formy imiesłowowej. Moim zdaniem Męż­czy­zna łyp­nął na nią jed­nym okiem. Wes­tchnął cięż­ko – zabrzmiałoby lepiej.

 

– Nie wiem. Jesz­cze nie. – burk­nął.

Nie wiem. Jesz­cze  – burk­nął – tak jest dynamiczniej. Może i określenie też niepotrzebne. Czyli pozostawiłbym:

– Nie wiem. Jesz­cze.

 

Ogólnie robi wrażenie.

Rzeczka nieduża i niegłęboka, choć przebyć ją łatwo, bo tu wszędzie same płycizny, to most na niej. A na moście mytnik z kilkoma zbrojnymi pomocnikami.

W pełni zgadzam się z trzema punktami Funthesystema.

Nie przepadam za oniryzmem, więc i ten tekst mnie nie ujął – wolę jakieś bardziej zdefiniowane klimaty. Ale to nie jest Twój problem.

Widzę kilka ciekawych pomysłów – miasto jako osoba, tajemniczy Dół, do którego jedzie się tramwajem… – chętnie przeczytałabym o nich więcej, zrozumiałabym, do czego służą. Bo na razie to wyglądają na dekoracje. Niespecjalnie widzę związek między Bydgoszczą a Zuzą. No, każdy mieszka w jakimś regionie, jakimś miejscu. Koncepcja miasta obserwującego mieszkańców świetna, ale IMO można jeszcze długo rozwijać jej potencjał.

– Jest dwa tysiące osiemnasty. Nawet dwudziesty pierwszy wiek osiągnął pełnoletność.

Ściśle rzecz biorąc – jeszcze nie. XXI wiek zaczął się w 2001 roku, więc na dorosłość musi poczekać do pierwszego stycznia 2019.

Babska logika rządzi!

Nie  wiem, o co chodziło… ale mi się podobało. Sama nie wierzę, że to piszę. Podobało mi się i to nie tylko ze względu na Finlandię i Częstochowę ;) Fajnie zderzasz ze sobą rzeczy na pozór niepowiązane np ., pierwsze z brzegu: nosiła kolorowe rajstopy i łatwo ją było rozproszyć. W przeciwieństwie do wielu czytelników nie uważam, żeby każde opowiadanie musiało mieć fabułę i przesłanie w tradycyjnym znaczeniu. Jeśli to takowe posiada, to ja ich nie odkryłam, ale sam styl i niektóre pomysły wyjątkowo mnie  ujęły.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

 W przeciwieństwie do wielu czytelników nie uważam, żeby każde opowiadanie musiało mieć fabułę i przesłanie w tradycyjnym znaczeniu.

Fleur, ja także się z tym zgadzam, ale w tym przypadku mam wrażenie, że Autorka chciała jakąś historię opowiedzieć. 

Tramindesko, odpowiadanie na komentarze jest mile widziane :)

Właściwie podpisuję się pod opiniami Funthesystema i Finkli. Warsztatowo bardzo dobrze mi się czytało. Fabularnie zaś miałem wrażenie, że tekst jest taki na siłę. Przydałoby się w go popchnąć w jakieś wyraźne tory.

Podsumowując: warsztatowo dobrze, gorzej z warstwą fabularną ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ładne, ale za gęste.

Pojedyncze akapity można sobie z tego tekstu wyjmować i smakować. Jako całość trochę mnie jednak zmuliło.

Ufff, wreszcie przybyłam do domu. Niestety, obowiązki nie pozwalały mi na zbyt częste zerkanie tutaj za dnia, więc przede wszystkim może zacznę od tego, że… mam ochotę przygrzmocić sobie cegłą w ten swój zakuty łeb. Gdzie ja wcześniej żyłam, że wydawało mi się, że takich miejsc już nie ma, że nie ma sensu wrzucać tekstów do internetu, że w ogóle nic nie ma sensu, lepiej robić nudne studia i jeszcze na nie narzekać.

Z góry też przepraszam, jeśli mój komentarz będzie po prostu słowotokiem i stylistycznym potworem. 

Przede wszystkim chciałam bardzo podziękować wszystkim, którzy zechcieli poświęcić kilka minut swojego cenne go czasu, żeby przeczytać moje wypociny i jeszcze się do nich odnieść. Ja chyba naprawdę nie jestem do tego przyzwyczajona :)

Nie wiem też czy funkcjonuje tu jakiś system odniesień do konkretnych nicków jak na fejsbukach i innych twitterach, ale z tego co widzę to nie, więc odpowiem tak trochę hurtowo.

 

Tak, zdecydowałam się uwolnić jakieś słowa ze swojej szuflady, bo czuję, że potrzebuję ostrego szlifu warsztatowego. Bardzo ostrego, ponieważ moim celem jest, jak chyba wielu innych tutaj zebranych, urodzić kiedyś powieść. Powieści to duże bestie, ciężko je okiełznać, trudno jest utrzymać w ryzach swój język, styl, swoje emocje, które często w sposób kluczowy wypływają na tworzony tekst. Dlatego pokornie zwracam się co rusz ku formom krótkim… i nie robię z nimi nic, po prostu szufladuję. Uznałam, że tak zawsze być nie może. 

Bardzo dziękuję wszystkim Komentatorom, którzy zwrócili uwagę na chaotyczność, skróty myślowe i ogólnie dosyć duży rozgardiasz stylistyczny. To prawdopodobnie moje największe problemy, których niestety, sama często nie widzę, zawsze potrzebuję, żeby ktoś mi je brutalnie wytknął. Cały ambaras polega na tym, że autor rozumie swoje myśli i czasem ciężko o empatię dla potencjalnego czytelnika, który nie posiada mocy telepatycznych. Jest to na pewno coś, nad czym potrzebuję dużo, dużo, dużo pracować. 

Dziękuję również bardzo za zwrócenie uwagi na zaimki! Jak mam zły dzień przy tworzeniu tekstu, to zaimki i imiesłowy zaczynają mi niszczyć absolutnie wszystko. Nagle zapominam jak działa język polski i tworzę zdania-potwory. 

Co do pytań o treść/niezrozumienie fabuły: tutaj trochę biję się w pierś (gdyż zdarza mi się, oj zdarza, popadać w taką… sztukę dla sztuki, słowa dla słów – bez historii, byle się słowiło i słowiło), a trochę też spieszę z wyjaśnieniem. W zamierzeniu to nie było nic innego jak wewnętrzny monolog/malkontenctwo smutnego millenialsa. Przyznaję, że temat mojego pokolenia i jego frustracji to trochę taki pisarski fetysz :)

Co do tego, że wiek XXI zaczyna się w 2001 roku… cóż za idiotyczne przeoczenie z mojej strony, a jak dużo zmienia! Jednak ta osiemnastka była tam taka… fajowa ;)

Jeszcze co do męża psychopaty, o, o! To… hm… trochę hermetyczny żart, a trochę forma groteski (czy udanej czy nie, to inna sprawa ;) ), absolutnie nie myślę, że każdy Skandynaw to morderca! :D (czy emotikony są tu mile widziane? mam wrażenie, że moja wypowiedź bez nich jest nieprzyjemna, znak czasów)

Prawdopodobnie nie odniosłam się do wszystkiego, do czego bym chciała, ale i tak, raz jeszcze: bardzo dziękuję. Naprawdę byłam głupim młotkiem, kiedy myślałam, że takich miejsc w sieci już nie ma. Na razie jestem na etapie ostrych szlifów warsztatowych, więc nie wsypię tu nagle całego kubła tekstów… chociaż z pewnością z czymś jeszcze wrócę. I w ogóle się tutaj baczniej rozejrzę. 

Pozdrawiam!

Rozejrzyj się, rozejrzyj :) W razie wątpliwości – pytaj, np. na shoutboxie. 

Facebookowych odniesień nie ma, ale możesz po prostu zacząć odpowiedź do konkretnej osoby od jej nicku. 

Przeciw emotkom nikt nic nie ma. Była nawet “dyskusja”, czy pisać uśmiech z nosem :-) czy bez :) 

Bardzo osobliwe opowiadanie. Czytało się całkiem nieźle, bez najmniejszej przykrości, tyle że nie bardzo wiem o czym to jest, o co tu chodzi. Gdybym miała opowiedzieć komuś, o czym czytałam, nie wiem czy bym potrafiła.

 

– Dzia­dy. – wtrą­ci­ła Zuza, wpy­cha­jąc sobie do ust… – Zbędna kropka po wypowiedzi.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Tuuli za­ło­ży­ła far­bo­wa­ne na wście­kłą po­ma­rańcz włosy… – Piszesz nie o owocu, a o kolorze, a ten jest rodzaju męskiego, więc: Tuuli za­ło­ży­ła far­bo­wa­ne na wście­kły po­ma­rańcz włosy

 

męż­czy­zna, któ­re­go po­ślu­bi­ła rzu­cił się na nią z pi­sto­le­tem ma­szy­no­wym Suomi… – …z pi­sto­le­tem ma­szy­no­wym suomi

Nazwy broni piszemy małymi literami. http://sjp.pwn.pl/zasady/;629431

 

Bo­la­ły ją wiecz­nie unie­sio­ne w górę ra­mio­na. – Masło maślane. Czy można coś unieść w dół?

 

To nie była zu­peł­nie głu­pia dziew­czy­na, ro­bi­ła fajne stu­dia… – Czy studia się robi?

 

Tram­waj był cał­ko­wi­cie pusty, nie za­wie­rał ni­ko­go poza nią i ka­na­rem… – Czy tramwaj może zawierć pasażerów?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeszcze nie. – burknął.

Tutaj bez kropki.

– Dosyć. Sam nie wiem. – Mmężczyzna stał znudzony

A tutaj z dużej. Jak po myślniku masz “czynność gębową”, to dajesz z małej i bez kropki, jak nie to z wielkiej i z kropką. To jest taka zbyt ogólna postać tej zasady, jakby coś.

 

Kurdeeee, od czego zacząć?

Nasze trajektorie nie zdają się mieć punktów wspólnych.

Szaro. Fioletowo.

*_* … yes

 

Ależ mi się podoba ten styl pisania. Niektóre elementy opowiadania są w bardzo beztroski sposób dwuznaczne, co do tego, czy mają mieć sens tylko dla autorki, czy dla czytelnika też.

Nareszcie tekst, co do którego miałem nadzieję, że się za szybko nie skończy. Schizofreniczny, ale nie w taki paranoidalny sposób, tylko w taki bardziej pluszowy. Marazm, trzymający się logiki tak samo silnie jak właśnie uciekający z głowy sen. Tuuli jako wyobrażenie przyszłości, nie do końca swojej, którą bardzo fajnie mieć ze sobą, ale niefajnie się w niej przeglądać. Osoby kończą się tam, gdzie się chcą kończyć, może ktoś powinien to zasugerować Bydgoszczy? Czasem chyba dobrze jest przejechać się na dno, bo można się od niego odbić.

Szczególnie, że koty trzeba pochować.

No nieźle.

Dziękuję za uwagi odnośnie zapisu dialogów, to jakieś czyste niechlujstwo z mojej strony, doprawdy… 

 

I raz jeszcze odniosę się do fabuły i jej interpretacji: z jednej strony zgadzam się z zarzutami o chaosie myśli (o czym napisałam wcześniej), gdyż szeroko rozumiana chaotyczność stylu to chyba mój główny pisarski problem. Niemniej jednak niezwykle cieszą mnie wszystkie trafione interpretacje :D Myślę, że przy wszystkich mankamentach warsztatowych, warstwa emocji mogła okazać się łatwiejsza do rozczytania niż sama treść ;)

Jestem targetem tego opowiadania, więc nie mogło mnie tu zabraknąć.

 

– Każdemu mogło się zdarzyć(+.) – Tuuli pomachała sobie ręką przed nosem, jakby odganiając obłok niewidzialnego dymu.

 

– To dobry dzień na zgon. Rocznica śmierci Leonarda da Vinci(+.) – Tuuli obdarzyła przyjaciółkę długim, badawczym spojrzeniem.

 

– Mam wrażenie, że się starzejesz, Zuza. I to w bardzo brzydki sposób(+.) – Tuuli założyła farbowane na wściekły pomarańcz włosy za upstrzone pojedynczymi piegami ucho.

 

Dlaczego kropki na końcu? Bo Tuuli robi następnie czynność niezwiązaną z mówieniem.

 

Uciekła pierwszym lepszym samolotem, kiedy ów mężczyzna, którego poślubiła(+,) rzucił się na nią z pistoletem ← którego poślubiła to wtrącenie, dałabym z obu stron przecinki

 

upijała się z wdziękiem ← :D ktoś mi tak kiedyś powiedział gdzieś to słyszałam…

 

– Widzisz? Mówiłem(+.)kKanar spojrzał na nią, tym razem z dziwną mieszaniną zakłopotania i współczucia.

 

 

O ile nie lubię postmodernizmu w filozofii, tak kocham go w literaturze. A to jest postmodernizm w najczystszej, wręcz dziewiczej postaci. Proszę cię, żebyś wzięła sobie te uwagę do serca, bo Polska cierpi z powodu nielicznych, dobrych utworów postmodernistycznych. A tutaj to nawet nie jest potencjał, to już jest produkt ;)

Przeżyłam to opowiadanie emocjonalnie, jest bardzo kobiecie, albo porzućmy płciowość – bardzo ludzkie. Dokonałam tu subiektywnej interpretacji i nałożenia tego, co się działo, z własnymi doświadczeniami. Stratę kotów powiązałam ze stratą przyjaciela, wędrówkę w Dół – z tym, że muszę dać mu odejść oraz z tym, że chciałabym się cofnąć w przeszłość, ale nie mogę. Bardzo znamienne jest zdanie o nienakarmieniu kotów. Obok była kolejna subiektywna interpretacja: coś we mnie umiera, gdy dorastam, i muszę to pozostawić w przeszłości, gdzie wciąż może żyć – w mojej teraźniejszości nie może i dlatego umarło. 

Tak to wszystko uplastyczniłaś, nie dokonując jednocześnie prawdziwego osadzenia w świecie, że człowiek może snuć własną opowieść w twojej opowieści.  Zrobiłaś jednocześnie tekst, z którego można abstrahować części i zdania, a będą całkowicie zrozumiałe i genialne. No i nie ma tu ani jednego infodumpa ;)

Przyznam, że ostatnio czuję się źle, a twój tekst mi pomógł. Ale nie nominuję go z tego powodu, a z  powodu doskonałych, rzadkich walorów postmodernistycznych. Za to, że mi pomógł, po prostu dziękuję ;) Fajnie, że wyszłaś z szuflady.

 

PS. Jeśli ktoś nie zna cech postmodernistycznych w literaturze, tu jest szczątkowo. Ja zawsze za przykład podaję nieśmiertelną Pannę Nikt.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

c21h23no5.enazet, dziękuję po dwakroć: po pierwsze za wydłubanie kolejnych niechlujności. Kiedy będę miała chwilkę (zapewne w porze nocnej…) naniosę jak najwięcej poprawek do dialogów (chyba odkryłam swoją nową pietę achillesową, ufff). Po drugie, za przychylną opinię oczywiście :) Bardzo mi miło, zwłaszcza po przeczytaniu tak zgodnej z moimi założeniami interpretacji :D Twój komentarz nastroił mi dzień, dzięki!

 

“– Każdemu mogło się zdarzyć[+.] – Tuuli pomachała sobie ręką przed nosem, jakby odganiając obłok niewidzialnego dymu.“

 

“– To dobry dzień na zgon. Rocznica śmierci Leonarda da Vinci[+.] – Tuuli obdarzyła przyjaciółkę długim, badawczym spojrzeniem.“

 

“– Mam wrażenie, że się starzejesz, Zuza. I to w bardzo brzydki sposób[+.] – Tuuli założyła farbowane na wściekły pomarańcz włosy za upstrzone pojedynczymi piegami ucho.“

 

“Nie gramy tu bluesa[-,] ani nie głaszczemy po włosach.“

 

“…teraz  nagle przepadły.“ – zbędna spacja po teraz.

 

“– Czy Dół na pewno istnieje? – pPociągnęła za rękaw nieuprasowanej bluzy kanara.“

 

“– Ach[+.] – Zuza oblała się rumieńcem wstydu. – To ja banku nie chcę, a partnera nie umiem[-.] – bąknęła, chcąc zrehabilitować się po nieuzasadnionym wybuchu.“

 

“– Dosyć. Sam nie wiem[+.]mMężczyzna stał znudzony w otwartym oknie, trzymając w ręku coś niewidzialnego.“

 

“– A co na ciebie czeka na Dole? – sSpojrzał na nią wyraźnie zdenerwowany i zniecierpliwiony.“

 

“– Mhm. – sSpuściła głowę, skonsternowana.“

 

“– Widzisz? Mówiłem[+.]kKanar spojrzał na nią, tym razem z dziwną mieszaniną zakłopotania i współczucia.“

 

“– Kiedy ja nie umiem[+.] – Zuza kucnęła na skraju dryfującego przed nią chodnika i zaszlochała cicho. – No kurwa nie umiem! Nawet kotów nie potrafię karmić, zdechły obydwa. Wpadłam w pułapkę cieszenia się z rzeczy małych, a przez to nie było dla mnie żadnej radosnej rzeczy dużej. – rRozejrzała się wokół, ocierając łzy. – Ile mam teraz lat?“

 

“– Za późno. Tak samo. Źle i dobrze. Ciepło i zimno. Szaro. Fioletowo. Smutno i wesoło. Ale to nie jest ważne[+.]uUśmiechnął się do niej, po raz pierwszy również oczami, po czym podał jej dłoń.“

 

Przeczytałam i na swój sposób podobało mi się chociaż, cholera, nie mam zielonego pojęcia, o co właściwie chodziło. O ile rozumiem – jako tako, na swój sposób – podróż Zuzy, o tyle postać Tuuli wydaje mi się tu absolutnie zbędna i wprowadzona bez sensu, Tuuli nie pełni żadnej roli, poza tym, że jest fajnie opisana. W ogóle fajnie bawisz się słowami. W każdym razie zabrakło mi tu jakiejś spójności, domknięcia.

Technicznie mam tylko uwagi co do błędnego zapisu dialogów. Ale to można łatwo naprawić i łatwo się tego nauczyć ;)

Zdecydowanie nie wracaj do szuflady. Pisz i publikuj ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Słowa poniosły ciebie, ale ty nie poniosłaś słów. Umiesz pisać. To z pewnością. Ale wg mnie nie panujesz nad tym, jak piszesz – jest chaos i bałagan, jest brak proporcji, jest dużo szarży językowej, nie ma miejsca na historię, celowość, bohaterów. Nie wiem, czy wiesz, co chcesz powiedzieć, czy piszesz świadomie, czy przypadkiem coś ci wychodzi, a coś nie. Masz ciekawe pomysły – zarówno na poziomie makro (świat przedstawiony, personifikacja miasta, Dół itp.), jak i na poziomie mikro (pojedyncze zdania, dobór słów, niektóre frazy są naprawdę zapamiętywalne, jak chociażby “zgubiła dłonie w torebce”). Trafione też wydaje mi się ogólne przesłanie i pokazanie tego zagubienia/bezcelowości typowego dla pokolenia, które opisujesz. Tylko że te ciekawe zabiegi nikną pod natłokiem… No cóż, wszystkiego innego.

Konstrukcyjnie zwróć na przykład uwagę na Tuuli. Poza tym, że mogłaś ją fajnie opisać, to po co wprowadziłaś ją do tekstu? Jej rola jest znikoma, postać jak dla mnie zupełnie nie wykorzystana. Podobnie sam motyw wyjściowy – śmierć/grzebanie kotów – jak rozumiem to ma być moment przełomowy, coś, co popycha bohaterkę do wyprawy na Dół, jednak dla mnie to jest za mało zaakcentowane, prawie niewidoczne pod ozdobnymi dialogami. Sama personifikacja Bydgoszczy, choć ciekawa, też nie została wykorzystana – równie dobrze można by podmienić nazwę (rzekę, autostrady) i mogłoby to być każde inne miasto. A ja chciałbym wiedzieć, dlaczego wybrałaś właśnie Bydgoszcz, chciałbym zobaczyć w niej coś charakterystycznego. Zabrakło mi też emocji – to znaczy niby są, ale mam wrażenie, że bardziej skupiałaś się na tym, żeby skonstruować ciekawe zdania niż pokazać emocje bohaterów (a właściwie bohaterki). Ostatecznie więc zostałem nieporuszony.

Z uwag technicznych – koniecznie zwróć uwagę na zapis dialogów.

Poniżej trochę wypatrzonych przy czytaniu rzeczy – nie sprawdzałem, co wyłapali poprzednicy, więc na pewno coś się powtórzy.

 

– Każdemu mogło się zdarzyć. – Tuuli pomachała sobie ręką przed nosem, jakby odganiając obłok niewidzialnego dymu // Kropka, zbędne “sobie”

 

– To dobry dzień na zgon. Rocznica śmierci Leonarda da Vinci. – Tuuli obdarzyła przyjaciółkę długim, badawczym spojrzeniem // Kropka

 

Pomyślałam, że razem pochowamy te kocury. Gdzie mieszka ta twoja ciotka? // Zbędne

 

Mam wrażenie, że się starzejesz, Zuza. I to w bardzo brzydki sposób. – Tuuli założyła farbowane na wściekły pomarańcz włosy za… // Kropka

 

Uciekła pierwszym lepszym samolotem, kiedy ów mężczyzna, którego poślubiła, rzucił się na nią z pistoletem maszynowym suomi // Przecinek

 

Dawniej należała do rodzaju tych dziewczynek, które proszą o przełożenie sprawdzianu w imieniu całej klasy // Dawniej należała do tego rodzaju dziewczynek, które…

 

Nie gramy tu bluesa, ani nie głaszczemy po włosach // Zbędne

 

Zuza zgubiła własne dłonie w torebce // Zbędne

 

Wysoko ponad swoją głową usłyszała werble Peruna // Zbędne

 

Kudłaty cumulonimbus jakby przesunął się nieznacznie na wschód // Zbędne

 

Dla niej minuty wynurzały się i kwitły swoim regularnym tempem // Zbędne

 

Obumierały jak jesienne liście, a czwarta powoli przeobrażała się w piątą. Dla niej nie było żadnego Dołu // Podmiot. Dla Tuuli nie było…

 

Istnieje pewna sensowność, pewna pełność, pewna pierwotna pewność // Stanowczo za dużo

 

Tylko Zuza kaprysiła jak głupi bachor, a teraz jeszcze pojechała na Dół.

To nie jest jej sprawa. // Podmiot – to nie jest sprawa Zuzy? Czy Tuuli?

 

Ludzie nie sprawiają wrażenia bycia czyjąkolwiek sprawą // Kulawe. Ludzie nie są czyjąkolwiek sprawą? Ludzie nie sprawiają wrażenia, jakby byli czyjąkolwiek sprawą?

 

Nasze trajektorie nie zdają się mieć punktów wspólnych // Nasz trajektorie zdają się nie mieć punktów wspólnych

 

– Czy Dół na pewno istnieje? – Pociągnęła za rękaw nieuprasowanej bluzy kanara // Wielką

 

Pociągnęła za rękaw nieuprasowanej bluzy kanara. Mężczyzna łypnął na nią jednym okiem // Na bluzę? Podmiot.

 

– Ach. – Zuza oblała się rumieńcem wstydu // Kropka

 

Tramwaj był całkowicie pusty, nie zawierał nikogo poza nią i kanarem, którzy tworzyli z całą stanowczością dwa zbiory rozłączne // …poza nią i kanarem, a oni tworzyli…

 

– Dosyć. Sam nie wiem.Mężczyzna stał znudzony w otwartym oknie, trzymając w ręku coś niewidzialnego // Kropka, wielką

 

– A co na ciebie czeka na Dole? – Spojrzał // Wielką

 

– Powiedział każdy przed tobą i każdy po tobie.Westchnął kanar, pocierając sobie skronie // kropka, wielką

 

Tego, co zeżarł Kapturka? // Przecinek

 

– Mhm. – Spuściła głowę // Wielką

 

– Widzisz? Mówiłem.Kanar spojrzał na nią, tym razem z dziwną mieszaniną zakłopotania i współczucia // Kropka, wielką

 

– Kiedy ja nie umiem. – Zuza kucnęła // Kropka

 

…radosnej rzeczy dużej. – Rozejrzała się wokół // Wielką

 

– A jednak dalej rozmawiamy.Wydęła wargi // Kropka, wielką

 

Ale to nie jest ważne.Uśmiechnął się do niej, po raz pierwszy również oczami, po czym podał jej dłoń / Kropka, wielką. Zbędne “do niej”.

 

To ja banku nie chcę, a partnera nie umiem. – bąknęła // Bez kropki

 

Mężczyzna łypnął na nią jednym okiem, westchnąwszy ciężko // Imiesłów uprzedni, więc czynność uprzednia, więc lepiej: Westchnąwszy ciężko, łypnął na nią jednym okiem.

 

Czołem!

Ja powiem tak: czytało mi się całkiem przyjemnie, tylko nie wiem, o czym.

Nie ujęło mnie, chyba za dużo dla mnie tej oniryczności ;)

Ale chętnie przeczytam inne Twoje teksty :)

Rorschach, dzięki za opinię i za fatygę w wyłapywaniu kolejnych niechlujstw. Mam nadzieję, że przynajmniej większość z nich uda mi się poprawić i jeszcze przy tym nie przedobrzyć (bo się zdarza, ech).

Po raz wtóry też zgadzam się z zarzutem o chaosie. No, co tu dużo gadać, pozostaje tylko praca, praca i jeszcze więcej pracy.

Natomiast co do argumentu o bezużyteczności Tuuli jako bohaterki… oj, tutaj pierwszy raz będę polemizować :) 

Tuuli tak naprawdę jest bardziej “funkcyjna” niż Zuza. Gdyby Tuuli nie było, postać Zuzy nie miałaby się w czym przejrzeć, nie byłaby z niczym skontrastowana. Chociaż mówienie o “postaciach” w tym opowiadaniu to chyba trochę za dużo… obydwie panienki są raczej wcielonymi frustracjami, społecznymi tendencjami. Tuuli jest ideałem młodego pokolenia; nie tyle żyje nowocześnie, co jest Życiem Nowoczesnym. Zawsze w pędzie, zawsze intensywnie, zawsze zaradnie, dojrzale, jak trzeba, zgodnie z oczekiwaniami. I jeszcze multikulturowo. Zuza to kłębek niczego. Supeł malkontenctwa, goryczy, nieporadności. Tuuli jest jednocześnie jej celem, obrazem “idealnego życia w XXI wieku, bo norma tak chce”, jak i znienawidzoną wizją przyszłości, obrzydliwą powinnością. 

Bardzo trafnie zinterpretowało to parę osób wyżej, naprawdę, aż mi się ciepło na serduchu zrobiło.

Jeszcze raz dzięki i pozdrawiam :)

Rorschach, ten pozorny chaos jest kwintesencją wspomnianego przeze mnie nurtu. Udoskonalić się trzeba, poprawić sporo spraw, zwłaszcza trafnie przez ciebie wytkniętych, ale rezygnacja z tej postmodernistycznej nuty zabiłaby tutaj niezłe predyspozycje. Odwieczne pytanie, na ile się dopasować, dążąc do doskonałości, a na ile nie zgubić własnej oryginalności.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Widzę, że dużo już napisano o tym opowiadaniu i nie wiem, co mogłabym dołożyć od siebie :(

 

Awangarda to z pewnością dobre słowo :) Ale myślę, że znalazłoby się sporo innych trafnych określeń :) Jest barwnie, a zarazem zwyczajnie. Dialogi wydają się być oderwane od rzeczywistości, a jednak traktują o poważnych rzeczach w na swój sposób logiczny sposób :D

 

Te kolorowe rajstopy skojarzyły mi się z Lou z “Zanim się pojawiłeś”. A jak już przy postaciach jestem , to powiem, że obie bohaterki bardzo mi się spodobały :)

 

– Na Fordonie.

– Klasa. Prawie Torunianka.

Jak i ten fragmencik :D I w sumie sporo innych, ale zostały już w dużej mierze wymienione :)

 

Jednak mam też wrażenie, że trochę tutaj żonglerki słownej dla samej żonglerki. Nie mówię, że to źle, ale czytelnik może się przez to nie skupiać na fabule :(

 

Tytuł pasuje do opowiadania. Taki odrealniony, a jednak z sensem :)

Czuję się pominięta ; p

 

Chciałam tylko zauważyć, że podobnie jak Rorschach uznałam Tuuli za niewiele wnoszący ozdobnik. Żeby nie umknęło, że więcej niż jeden czytelnik tak ją odebrał.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

@tramindeska

Ależ proszę, cała przyjemność po mojej stronie.

Jeżeli zaś chodzi o Tuuli – wszystko pięknie. Ale ja nie znalazłem tego, co opisujesz w samym tekście. Może przebłysk. Zapowiedź tego, jaką bohaterką mogła i powinna być Tuuli. Ale nie jest – przynajmniej dla mnie. Piszesz, że niektórzy dostrzegli w niej to, co chciałaś. Ja nie. I, wnosząc z komentarzy, nie ja jeden. W ogóle komentarz odautorski to fajna sprawa, można pogadać, podywagować i tak dalej. Ale ostatecznie tekst musi się bronić sam – i dla mnie w tym aspekcie się nie broni, i żaden komentarz odautorski tego nie zmieni. Ale oczywiście nie musisz się z tym zgadzać. Tyle.

 

@c21h23no5.enazet

(Kurcze, długi nick, jest jakieś akceptowalne zdrobnienie?)

Postmodernizm postmodernizmem. Oryginalność oryginalnością. Warsztat warsztatem.

Dwóch pierwszych składowych tekstowi nie brakuje, trzeciej już wg mnie tak. Powołujesz się na “odwieczne pytanie, na ile się dopasować, dążąc do doskonałości, a na ile nie zgubić własnej oryginalności”. Cóż. Wg mnie tramindesce nie grozi brak oryginalności, a raczej to, że z powodu braku kontroli i chaosu, pogrzebie oryginalność pod zwałami śmieci. Dobre doszlifowanie właśnie w pełni pozwoli tę oryginalność uwydatnić. Podsumowując – moim zdaniem tramindeska póki co jest węglem. Nie diamentem. Co dalej – zależy od niej.

 

EDIT:

@joseheim

Ja zauważyłem. Ale nie chciałem wskazywać palcem. ;D

Rorschach, powiem ci, że zrobiłam sobie krok wstecz, żeby przyjrzeć się tekstowi z dystansu, przeczytałam jeszcze raz… Sama nie wiem, może przywiązanie do własnych słów jest już zbyt mocne, ale moim zdaniem Tuuli spisuje się nieźle w roli, jaką jej przypisałam. Hm, mimo wszystko jednak wyczuwam tu pewien rodzaj wyzwania, może pobawię się jeszcze tym tekstem (chociaż stary jest i chcieć to mi się nie chce :D) i coś sobie w nim podłubię, pokombinuję przy postaciach. Mimo wszystko oczy czytelnika widzą w znacznie lepszej ostrości niż oczy autora, więc ufam osądom odbiorców tekstu.

 

Joseheim, przepraszam! Zwracam honor, byłaś pierwsza ze swoimi spostrzeżeniami o Tuuli. Chyba naprawdę muszę dać odpocząć temu tekstowi jeszcze dłużej. Sugestie sugestiami, ale ja sama muszę zrozumieć zaistniałą lukę, żeby móc ją dobrze wypełnić :D 

 

Jednak mam też wrażenie, że trochę tutaj żonglerki słownej dla samej żonglerki. Nie mówię, że to źle, ale czytelnik może się przez to nie skupiać na fabule :(

O tym też już pisałam wyżej: tak, biję się w pierś, ja często słowię dla słowienia, bez próby opowiadania historii. Czasem to się broni, czasem nie, czasami sama nie wiem o co mi chodziło. Widzę te swoje fikuśne zdania i naprawdę wytężam mózgownicę, żeby przejrzeć własne myśli. Dlatego doskonale wiem, w jakiego typu tekstach mój warsztat wymaga najwięcej szlifu. 

Inna rzecz, że nie samą groteską i oniryzmem człowiek żyje, domniemana oryginalność to tylko część moich wypocin. Nie zmienia to faktu, że mniejszy lub większy chaos wywołany strumieniem świadomości to moja wielka bolączka, bez względu na to, co piszę. I właśnie z tego powodu tak mnie cieszą wszystkie wytknięcia stylistycznej słabizny :D 

Nie jestem targetem dla tego typu opowieści jednak nie mogę odmówić ci biegłości w posługiwaniu się językiem i tworzeniu eksperymentalnych, nietypowych treści.

Hej. Mimo, że nie wiem do końca co autorka miała na myśli, podobało mi się. Opowiadanie samo “ciągnęło” mnie do zakończenia. Fajnie napisane. Może pomogło to, że działo się w moim mieście i tworzyły się fajne obrazy znajomych miejsc. Ale i bez tego by mi się podobało.

Pozdrawiam.

Ogólne wrażenie – męczące. A drugie takie, że nie za bardzo wiadomo, o czym to opowiadanie jest.

Pozdrówka.

To taki supłacz neuronów. Na krótki dystans okej. :)

Z tego, co widzę – całkiem udany debiut. Jeszcze tu wrócę. Teraz – biorę się za czytanie ; )

A po godzinie jacek001 napisał :

Posiadasz bardzo duży potencjał, furę nieszablonowych pomysłów i skojarzeń (Dziady Majowe, tramwaj do Dołu, wycieczka upiorów do Torunia, personifikacja miast itd, itp). Jak na krótkie opowiadanie, tych świeżych pomysłów jest bardzo dużo. Masz dobry warsztat i coś, co nazwałbym błyskiem w pisarskim oku – albo zwyczajnie talentem : )

W mojej opinii brakuje Ci połączenia tych wszystkich wymienionych powyżej elementów w jedną, spójną, sensowną całość: fabułę ze stasis, punktem zwrotnym, kulminacją, zakończeniem i tym wszystkim, co można by ogólnie ochrzcić mianem Fabuły przez duże F. Jest to ważne, bo jeśli chcesz w przyszłości pisać powieść, to bez dwóch zdań musisz się nauczyć precyzyjnie łączyć ze sobą poszczególne nitki historii w spójny, kolorowy gobelin.

Jakie wnioski pokontrolne? Pracuj. Nie poddawaj się. Wyciągaj z szuflady kolejne teksty, przeobrażaj je w pełnowymiarowe historie z początkiem, środkiem i dobrym zakończeniem. Masz, bez wątpienia, coś czego inni mogą Ci pozazdrościć – mogą więc też pojawić się głosy dziwnie sformułowanej krytyki. Ale tym się nie przejmuj. Jeszcze się taki nie narodził, co by każdemu dogodził. Ja będę czekał na Twoje kolejne opowiadanie, bo zwyczajnie polubiłem Twój styl i dostrzegłem Twój literacki potencjał. Nie zaprzepaść tego. Pozdrawiam.

...always look on the bright side of life ; )

Próbowałem przeczytać ten tekst wczoraj wieczorem, ale byłem zbyt zmęczony, uznałem, że potrzebuję czegoś lżejszego, bo to ciężki tekst.

Ale cieszę się, że wróciłem, bo opowiadanie robi wrażenie. Jeśli wkradły się jakieś usterki, to przyznam szczerze, że nie zauważyłem ich, bo mnie wciągnęło. Zobaczyłem tutaj historię dziewczyny, która nie radzi sobie z dorosłością, z samodzielnością. Ale postać kanara daje jej nadzieję pod postacią piosenek i chyba odwodzi od pozostania w tajemniczym Dole, być może jakąś metaforą samobójstwa. Postać Tuuli bardzo mi się spodobała, może przedstawiać osobę będącą odwrotnością Zuzy – kobietę, która świetnie odnalazła się w życiu i zwyczajnie nie rozumie problemów koleżanki.

Nie wiem, czy te moje analizy są coś warte, bo oniryczny styl mógł rozmyć przesłanie na tyle, że nie wyłapałem wszystkiego, co chciałaś przekazać. Tak czy inaczej, bardzo mi się podobało.

Pozdrawiam!

Bardzo poetycko, bardzo metaforycznie i bardzo ładnie. Nie uważam też, aby tekstowi brakowało warstwy fabularnej. Owszem, mogłoby być nieco więcej tego “mięska”, ale ja i tak czuję się usatysfakcjonowany. Chociaż muszę przyznać, że opowiadanie skończyło się jakoś tak nagle. Ale to pewnie wina Twojego stylu, który mnie pochłonął. Kilkukrotnie musiałem przystawać i czytać niektóre zdania dwu– lub nawet trzykrotnie: czasem, by je po prostu zrozumieć, czasem delektując się nimi. Uwielbiam tego rodzaju styl, tak cholernie poetycko piękny, inteligentny, pełen dwuznaczności i gier językowych. Nie chciałbym się powtarzać, ale trzeba to podkreślić: piszesz pięknie, a niektóre fragmenty człowiek ma ochotę wyrwać z twojej opowieści, wydrukować i oprawić.

W kwestii interpretacji, tytułowe grzebanie martwych kotów to, moim zdaniem, grzebanie duchów przeszłości, a podróż Zuzy do Dołu, to niedające pocieszenia rozgrzebywanie tegoż minionego życia. Zuza, co zauważyli już inni, nie potrafi się odnaleźć w otaczającej ją rzeczywistości. Tuuli symbolizuje ideał, do którego Zuza chciałaby dążyć, ale jednocześnie, porównując się z tymże ideałem, ma problem z własną pozytywną samooceną. Nie potrafi “puścić” przeszłości, chciałaby dalej w niej żyć, ale wycieczka przez czas uświadamia jej, że tam w Dole nic na nią nie czeka, że martwe koty należy grzebać i żyć dalej. Chyba.

W każdym bądź razie, gratuluję debiutu i z niecierpliwością czekam na więcej :)

Jestem zachwycona tym tekstem. Aura tajemniczości, niewyjaśnione wydarzenia, przyczyn których musimy się domyślać, rewelacyjne dialogi. Styl płynny, przyjemny, z domieszką poetycko-filozoficznych przemyśleń. Wielopłaszczyznowość, oniryczność, a jednak żywi bohaterowie, poszukujący jakiegoś sensu, którego nie sposób znaleźć. Zostawiasz dużo miejsca na interpretacje, ale też pochłaniasz i angażujesz Czytelnika w dopowiadanie znaczeń.

Uwielbiam takie perełki. Brawo.

Chcę więcej. Pisz.

Tu też przyprowadził mnie tytuł :). No, muszę przyznać, że się nie spodziewałam, że zastanę tu tak ciekawą opowieść. Początek dobry, wciągający, środek intrygujący, koniec traci nieco na impecie, chaos się pogłębia, ale cały czas czytałam z dużym zaangażowaniem. Lubię takie klimaty. Pomysł na personifikację miasta nienowy, ale bardzo ładnie wkomponowany w opowieść. Z tego może być powieść;)

Jestem pod wrażeniem, masz zdolność tworzenia sennych krajobrazów. A Stare Dobre Małżeństwo bardzo dobrze brzmi o czwartej nad ranem:)

Mnie też przyciągnął tytuł. Mocny :)

@jacek001 @Nessekantos @MrBrightside @Urbi @GythaOgg

 

Bardzo Wam dziękuję za niezwykle budujące opinie! Dzięki również za świetne interpretacje i za rozszyfrowanie referencji do Starego Dobrego Małżeństwa :D 

Wszystko inne chyba już napisałam powyżej :)

Ciekawym elementem jest spersonifikowane miasto, zwłaszcza że pokazane w ładny sposób. Interesujący jest także tramwaj na Dół, ale ten jak i podróż są dla mnie zbyt tajemnicze. Czytając każde kolejne zdanie miałam nadzieję na jakieś wyjaśnienie, jakąś akcję, konkret, a dostawałam kolejny kawałek – w sumie nie wiem, czego. Stety-niestety jestem typem, który woli wyraźniej zarysowaną fabułę, więc tekst nie całkiem mi podszedł. Ponieważ jednak napisany jest składnie i ładnie na poziomie poszczególnych zdań, czy elementów, czytało mi się z pewną przyjemnością.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Opowiadanie coś chce powiedzieć, ale nie wiem co ;) Bo tu jest tak: ładne zdania, czuć klimat, jest oniryczna atmosfera, ale przekaz się w tym wszystkim gubi i czytelnik zostaje na końcu z pytaniem “Co autor miał na myśli?”. Brak wyraźnej fabuły mi nie przeszkadza, uwiera mnie raczej fakt, że za bardzo to wszystko odrealnione i chaotyczne było.

Natomiast jest w tekście parę elementów dobrych i bardzo dobrych. Tak jak mówiłam: ładny styl, klimat, fragmenty dialogów, w większości bardzo naturalnych i wiarygodnych. Dobry tytuł (chociaż znowu rodzący pytanie: “Ale o co chodzi z tymi kotami?”). Zdania perełki, na przykład:

Była nic niewartym dzieckiem, które nigdy by nie przypuszczało, że wyrośnie na nic niewartego dorosłego.

Świetne.

Ale z drugiej strony… Czasami wkrada się chaos, brak konsekwencji, udziwnianie na siłę. Zabrakło mi tu jakiejś skonkretyzowanej myśli przewodniej, która pociągnęłaby cały tekst.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Mam mieszane uczucia. Bardziej pozytywne, ale jednak mieszane ;)

W zasadzie w wielu aspektach zgadzam się z gravel, może poza ta myślą przewodnią, bo ja mam poczucie, że ona była, do tego bardzo ciekawa, ale może się nieco gubiła w malowniczych szczegółach.

Bardzo spodobała mi się personifikacja Bydgoszczy, ale jej znaczenia dla reszty nie rozumiem.  

 

Nigdy nie złamała miastu serca żadnym złym słowem, choć w gruncie rzeczy nie była ślepa i bardziej podobał się jej Toruń.

a powyższe połechtało mój lokalny patriotyzm ;))

Sorry, Winnetou, ale byłam na nie.

Nie przeczę, tekst ładnie napisany, kilka bardzo interesujących pomysłów… Ale zabrakło mi głównej osi fabularnej, która spięłaby to wszystko do kupy.

Babska logika rządzi!

Nie zgodzę się, że na poziomie zdań jest ładnie – jest ślicznie!

 

Na przykład te zdania:

Upijała się z wdziękiem i potrafiła wymówić nawet najbardziej fikuśne nazwy na etykietach win.

Umiała wejść w stały związek, a ponadto wyjść z niego.

Dawniej należała do rodzaju tych dziewczynek, które proszą o przełożenie sprawdzianu w imieniu całej klasy.

 

Albo te:

Zdecydowała, że będzie dziś w humorze zaintrygowanym. Ktoś wspomniał coś o Dole. Każda kobieta ma jakieś dolne części ciała, zazwyczaj nogi, a już co najmniej biodra i łono. Bydgoszcz nie była wyjątkiem.

 

Miód malina ;).

 

Na poziomie całego tekstu huraoptymizm siada. Podobnie jak przedpiśczynie, zgubiłem się w twoim tekście i nie mogłem odszukać fragmentu, który pomógłby mi się odnaleźć. Nie bój się dalej eksperymentować, ale obserwuj jak zmieniają się proporcje grupy czytelników, która rozumie twoje koncepcje i staraj się, żeby ta grupa była ^ ^. Jacek mądrze napisał, że każdemu nie można dogodzić, ale na początku literackiego rozwoju mniej (komplikacji) wcale nie musi znaczyć mniej (artystycznej doskonałości). I też uważam, że to udany debiut.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nie lubię powtarzać za innymi jak papuga, ale w wypadku tego tekstu chyba nie mam wyjścia, bo i oryginalnych konceptów mi zdecydowanie brak. Mówiąc krótko, tekst literacko świetny, przeładny, ciekawy, poruszający i poetycko zachwycający. Niestety tak dalece o niczym (a w każdym razie o niczym konkretnym, tudzież zrozumiałym), że cała jego zajebistość poniekąd traci znaczenie i całość przybiera formę takiej trochę wydmuszki – z wierzchu piknie, lecz w środku pusto.

Tym razem byłem zdecydowanie na nie, ale że talent do snucia opowieści masz nielichy, to pozwolę sobie wyrazić nadzieję, iż następnym razem wybierzesz do opowiedzenia jakąś bardziej konkretną historię i gdy spotkamy się znów, będę miał Ci coś milszego do powiedzenia.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu Burzy, ależ dziękuję pięknie za piękne komplementy, które odczytałam sobie nocną porą, niezbyt pozytywnie nastrojona przez fatalny występ na egzaminie… ;D 

Inna rzecz, że chyba muszę udać się do specjalisty (matki boskiej piśmienniczej?), bo im bardziej mnie samej się wydaje, że piszę o Czymś, tym mniej zgadzają się ze mną odbiorcy, a przynajmniej ich część :D

 

Niestety tak dalece o niczym (a w każdym razie o niczym konkretnym, tudzież zrozumiałym)

Ja też się powtórzę i po raz kolejny nie zgodzę, że o Niczym, bo Fabułybrak lub Szczątkowośćjej nie przesądza według mnie o treści, ale przyjmuję ten głos (jak i wszystkie inne) do wiadomości z pełnią pokory, albowiem kwestią to raczej mojej Niewprawności i Warsztatusłabości, niż konwencji :D 

Pozdrowiwszy! 

Pisałam w ogóle na ten sam konkurs. Ale mojego opowiadania jury nigdy nie zobaczyło :D Swoją drogą, ciekawa jestem, co tam prezentowali zwycięzcy. I w sumie w związku z konkursem jest moje jedyne zastrzeżenie do tego tekstu – bo te wszystkie wstawki wpychające temat konkursu w narrację były bardzo toporne. Cięłabym. Nawet na ten konkurs bym cięła albo podała to subtelniej.

Opowiadanie generalnie mnie kupiło, ładny język, historia będąca pretekstem do opowiedzenia czegoś innego (choć nie wiem, czy dobry klucz dobrałam, ale jestem usatysfakcjonowana, więc uznajmy, że tak), bogaty język i śliczne zdania. O, to na przykład:

Sama nie była w stanie wyemigrować nawet z własnej przeszłości, a co dopiero z miasta.

Satysfakcjonująca lektura.

Nowa Fantastyka