- Opowiadanie: Skoneczny - Demon i jego chłopiec

Demon i jego chłopiec

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Demon i jego chłopiec

Szary Steve nerwowo obgryzał paznokcie, opierając się o betonowy filar mostu. Korciło go, żeby zapalić, ale wiedział, że nie zdąży. Pukiel posklejanych brudem, siwiejących włosów zsunął mu się z czoła, opadając na twarz.

– Bździągwa… – zaklął pod nosem.

Wziął głęboki wdech i jeszcze raz popatrzył na Maszynę.

Na oparciu drewnianego krzesła z dosztukowaną nogą namalowany był pomarańczowy napis „Palestyna”. Zarwane siedzenie zastąpiono deską klozetową, na której znajdował się dorodny, czerwony pomidor. W owoc wbito pięć szpilek, pomiędzy którymi poprzekładano żółtą wstążkę tak, aby tworzyła wzór pentagramu. Naprzeciw krzesła, około dwóch metrów dalej, stała czarna, skórzana kanapa. Była otwarta, jakby ktoś przed chwilą wyjmował z niej pościel. W równej odległości pomiędzy meblami, na betonie, umiejscowiono wielkanocną świeczkę z obrazkiem wesoło wyglądającego zająca. Jej płomień był prawie niezauważalny w ostrym świetle letniego przedpołudnia.

Steve pokręcił głową. Gdyby kanapa była brązowa, nie byłoby żadnych wątpliwości. Miał nadzieję, że z czarną też się uda. Odepchnął się od filaru i wyszedł z cienia mostu. Przesłonił słońce dłonią, spoglądając w stronę krawędzi przeciwległego brzegu betonowego koryta.

Trzy stała w wyznaczonym miejscu, zerkając co chwilę na Steve'a, potem z powrotem w kierunku wioski. Młoda kobieta trzymała czerwoną chorągiew, której kolor niemalże zlewał się z barwą jej włosów.

Zaczęła machać.

– Leci! – krzyknęła z oddali.

Steve podbiegł do zbocza, przy którym stała kanapa. Wbił wzrok w napis „Palestyna”.

– Zet, igrek, iks, wu, fał… – zaczął recytować, prawie krzycząc. Kątem oka widział lecącą w poprzek koryta czarną chmurę. Dymiący, smolisty obłok zbliżył się na odległość kilku metrów, po czym został wessany w schowek na pościel. Steve zatrzasnął kanapę i rzucił się na nią całym ciężarem ciała, nadal nie odrywając wzroku od „Palestyny”.

– …en, em, el, ka… – Mebel trząsł się i trzeszczał, stare sprężyny boleśnie wwiercały się w bok Szarego.

– …de, ce, be, a! – wykrzyczał w końcu Steve. Świeczka z zającem zgasła. Kanapa uspokoiła się.

Wyciągnął rewolwer zza pazuchy ortalionu. Przeniósł wzrok na pomidora i przystawił lufę pistoletu do skroni. Przełknął ślinę. Czekał.

Nagle owoc eksplodował, przerywając chwilę zupełnie martwej ciszy. Szary odetchnął z ulgą i ułożył się wygodniej. Schował broń i wyjął paczkę papierosów z kieszeni wojskowych spodni.

– Steve? Steve! – słyszał z oddali głos Trzy.

– Mamy go! – wydarł się na tyle głośno, żeby kobieta mogła usłyszeć go z kanapy. – Powiedz  młodemu, że może podjeżdżać!

Wyprostował nogi, opierając ciężkie buty na drewnianej poręczy. Zapalił papierosa, podłożył wolną rękę pod głowę. Uśmiechnął się, gdy usłyszał charakterystyczną melodyjkę żółtej furgonetki Family Frost.

Tu-dududu-dudu-du!

 

* * *

 

Trzy opierała się o samochód, wtulona w ciepły kołnierz miejscami poprzecieranej, puchowej kurtki. Wieczory bywały zimne. Mieszkańcy wioski wczoraj obiecywali miejsca do spania, ale z osady dobiegały teraz odgłosy kłótni.

Nic nowego.

Większość nie chciała płacić, a przynajmniej nie tyle, ile na początku deklarowali. Steve zazwyczaj negocjował, młody lubił się temu przyglądać. Trzy wolała trzymać się możliwie jak najdalej od żałośnie powtarzalnego schematu krzyków i błagań.

Wychyliła się lekko i zajrzała przez szybę do kabiny furgonetki. Na miejscu pasażera spał Grzmot. Starzec rzadko się odzywał. Kobieta nie miała pojęcia, jak udało mu się przeżyć tak długo. Mógłby być ojcem Steve'a, a przecież ten podchodził pod pięćdziesiątkę, choć przez siwą brodę wyglądał na dużo starszego. Nie mogła powiedzieć, że lubiła tetryka, ale znajdowała jakieś pocieszenie w tym, że ciągle tu był.

Usłyszała odgłosy kroków ze strony wioski. Odwróciła się.

Pod górę nasypu, w stronę furgonetki wspinał się Clancy. Chłopiec wyglądał na nie więcej niż dwanaście lat. Miał na sobie o wiele za dużą, beżową bluzę, ledwie widoczne spod niej dżinsy oraz chińskie trampki z napisem „Sport”.

– Co jest, młody? – spytała Trzy, kiwając głową.

– Wtorek. – Dzieciak wyszczerzył się cwanie.

– A ty niby skąd wiesz?

– Nie wiem, nieważne. Lepiej chodź na dół, stare baby coś tam płaczą, Szary mówi, że go oszukały, one jeszcze bardziej płaczą…

– Zażenowany czy wkurwiony?

Chłopiec podrapał się po głowie, następnie nie kryjąc zaskoczenia, wydłubał z niej coś i wypstryknął na ziemię.

– Raczej w stronę tego drugiego – odpowiedział po chwili zastanowienia.

– Super – odrzekła wyraźnie znudzona Trzy.

– No cho, co tu będziesz stać tak bezczynnie. Tam są koksowniki, cieplej jest.

Ten argument ją przekonał. Odwróciła się w stronę paki i otworzyła jedne z bocznych drzwiczek, po czym wyciągnęła ze środka AK-47 i posłała znaczące spojrzenie Clancy’emu.

Chłopiec pokręcił głową.

Odłożyła karabin na miejsce i po chwili grzebania wydobyła z furgonetki glocka.

– No… Ewentualnie – ocenił młody, a następnie skierował się z powrotem w dół nasypu.

Trzy zamocowała kaburę pod kurtką i ruszyła za chłopcem.

Wioska wzniesiona była przy autostradzie, jej blaszane zabudowania rozciągały się od stacji benzynowej do pobliskiego wiaduktu. Lokalizacja wydawała się dogodna, równolegle do drogi biegło wyłożone betonem koryto rzeki, która prawdopodobnie czasami się w nim pojawiała.

Kobieta pamiętała wczorajsze rozmowy z osadnikami. Ich karawany wracały co miesiąc, ostatnia nie wróciła. Część tych, którzy byli w stanie się bronić, ruszyła z misją ratunkową, która też nie wróciła. A na koniec wioska została napadnięta.

To pech, ale jeszcze nie głupota.

Gdy osada się poddała, bandyci zabrali zapasy, wzięli kilku niewolników i odjechali. Plądrowali, ale nie mordowali więcej niż musieli.

I wtedy zaczęła się głupota.

Trzy i Clancy zbliżali się do skupionego wokół koksowników tłumu. Większość z osadników blaszanych baraków stanowiły kobiety i starcy. Trzy wiedziała, że w tych niesprzyjających czasach ludzie nie pachnęli konwaliami, ale niektóre osady cuchnęły bardziej od innych.

Ta cuchnęła bardziej.

Kobieta zbliżała się do epicentrum kłótni, przepychając gapiów, chłopiec szedł tuż za nią. Odbijające się od falistej blachy płomienie oświetlały twarze mieszkańców, na których malowała się mieszanina wstydu i obawy. Po chwili Trzy widziała już sylwetkę ortalionowego mordercy bogów.

– No i bierz pan to! Wasze wszystko! – Starsza kobieta w zabłoconych łachmanach szlochała głośno, przesuwając kolejne kanistry w stronę Steve'a.

– I wezmę, ale nie tylko na to się umawialiśmy. Pięć kartonów papieru!

– Nie przeżyjemy zimy! Miej pan litość, dobrodzieju. Weźcie więcej wody może albo…

– Nie. Pięć kartonów.

– Zamarzniemy! – łkała kobieta.

– To może nie trzeba było się wypinać na swojego demona, coście go wymodlili! Zrobimy tak: weźmiemy wodę i paliwo i oddamy wam kanapę. Otwartą!

Szmer trwogi obiegł tłum.

– Bierzecie wodę i spierdalacie. – Czarnowłosy mężczyzna w prochowcu i kamizelce kuloodpornej pojawił się znikąd. Jego przykurzona strzelba typu SPAS-12 wycelowana była w głowę Steve'a. – Możesz to przeżyć lub nie.

– Raczej pierwsza opcja. – Trzy mierzyła z pistoletu między oczy obrońcy uciśnionych.

Wszystkie szmery ucichły.

– Strzelaj – rzucił mężczyzna. – Ale pozwólcie tej osadzie przetrwać zimę.

– Uhuhu, szlachetny, altruistyczny bohater – odezwał się Steve. – Miałem nadzieję, że wymarli. Co, sam obronisz tę wioskę przed następnym najazdem? Dobra, chuj z tobą… Trzy, zastrzel go, pozwolił.

– Nie! – wyjęczała kobieta w łachmanach. – To miejsce widziało za dużo krwi. Sandra, Swietłana, przynieście kartony.

Jeszcze przez chwilę nikt się nie ruszał. W końcu dwie z zebranych wokół kobiet zorientowały się, że chodzi o nie i pobiegły w stronę jednego z blaszanych budynków.

– Strzelba na ziemię, rycerzu. – Trzy demonstracyjnie machnęła dłonią. W oczach czarnowłosego dostrzegła niepewność. Zadziałało. Mężczyzna odłożył broń na beton, starając się utrzymać kontakt wzrokowy.

– Twoja kolej – wycedził.

– Wątpię! – odrzuciła szybko, wodząc lufą glocka za jego głową.

– Wygląda na to, że mamy jeszcze chwilę. Dlaczego aż tak ci zależy na tej bandzie niewypłacalnych niewdzięczników, hmm? – Steve rozsunął suwak dresu, żeby móc szybko dosięgnąć rewolweru. Na wszelki wypadek. – Nie było cię tu poprzednim razem, nie jesteś stąd.

– Nie chcę widzieć jak ludzie umierają.

Szary parsknął.

– A próbowałeś zamknąć oczy?

Mężczyzna nie odpowiedział.

– Jak ci na imię, rycerzu? – kontynuował Steve. Czarnowłosy milczał. – O, no dawaj! Ja jestem Steve, Szary Steve. Możesz sobie wymyślić jakieś imię, jak nie masz. Jak nie, to ja ci wymyślę i to takie, które ci się nie spodoba. – Rozłożył ręce.

– Carl – odrzucił tamten po chwili.

– Carl! – ucieszył się Szary. – Widzisz, Carl, ja pomagam ludziom. A dokładniej my pomagamy. Rudowłosa piękność z pistoletem i ten dzieciak, o tu. – Wskazał na Clancy’ego. – Nie pomagamy za darmo, bo nas na to nie stać. Nie cenimy się też tanio, bo najemny włóczykij, taki jak prawdopodobnie ty, nie rozwiąże problemów, jakie rozwiązujemy my. Chociażby strzelał ze swojej strzelby cały dzień. – Ostatnie zdanie zaakcentował w pieszczotliwy sposób, jakby mówił do małego dziecka. – Ale nawet będąc takim właśnie domokrążnym dobrodziejem, wiem, że ludzie umierają. Nie wiem, jakim cudem ten fakt do ciebie jeszcze nie dotarł, Carl. Nie wiem też w jaki sposób udało ci się bez tej wiedzy przeżyć… Trzydzieści lat? Coś koło tego, nie? – Steve ocenił Carla po wyglądzie, nie czekał na odpowiedź. – W każdym razie mam dla ciebie radę, Carl. Chcesz ją usłyszeć? – Szary zatrzymał się metr od swojego rozmówcy.

– Domyślam się, że nie mam za dużego wyb…

– Zamknij się, Carl – przerwał mu. – Siedź cicho i trzymaj głowę nisko, bo ci ją odstrzelą. Nie chcesz widzieć jak ludzie umierają? Uciekaj z tej wioski. Dzisiaj, jutro, teraz, bez różnicy. Ci ludzie… – Zatoczył palcem łuk po zebranych wokoło gapiach. – Oni umrą w przeciągu tygodnia. Może pożyliby dłużej, gdyby dalej składali ofiary czarnej chmurze chuj-wie-czego, która teraz siedzi zamknięta w skórzanej kanapie na dachu mojej przepięknej, żółtej lodziarki Family Frost. Może. Tak czy inaczej, oni zostaną wymordowani przez następną grupę bandytów, która tędy przejedzie. A ty tych wszystkich bandytów nie zabijesz, choćbyś strzelał ze swojej strzelby cały dzień.

Większość z zebranych dookoła ludzi przyglądała się scenie w milczeniu. Ktoś splunął, ktoś obrzucił Steve’a wulgarnym wyzwiskiem.

Carl zupełnie nieruchomo wbijał spojrzenie w jego oczy.

– Bierzcie, tu są. Jedźcie już, proszę. – Milcząca do tej pory, starsza kobieta ożywiła się na widok przytarganych kartonów.

– Młody, sprawdzaj. – Szary skinął głową na Clancy’ego. Chłopiec przebiegł między koksownikami i zaczął otwierać opakowania. – Najprawdopodobniej nie weźmiemy całości – Steve zwrócił się do kobiety, po czym spojrzał na swoją współpracowniczkę. – Boże, Trzy, przestań do niego celować. Ten szlachetny bohater nie chce widzieć jak umierają ludzie, nie zastrzeli mnie.

Ruda skierowała lufę pistoletu w stronę ziemi, nadal uważnie obserwując Carla.

Chwilę później Clancy zaczął się śmiać.

– Tu nie ma żadnych liter! Jak to się nazywa, Trzy? Zaszyte? Zaszyte książki.

– Zeszyty, Clancy… – wyszeptała.

Szary otworzył usta i pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Co? – wydusił w końcu. – Jak to żadnych liter? Sprawdziłeś dobrze?

– Mhm, tylko niebieskie kreski i kratki – zadeklarował chłopiec, kartkując zeszyt. – Wszędzie.

– Kurwa mać! – krzyknął Steve, podpierając się pod boki. – Nie bierzemy tego.

– Dziękuję, dziękuję! – krzyczała kobieta, kłaniając mu się w pas.

– Zamknij się – rozkazał. – Myślę. – Patrzył pod nogi, mrużąc oczy.

Trzy przetarła twarz dłonią i westchnęła.

– Bierzmy wodę i paliwo. I tak nic więcej nie mają.

Steve nie odpowiadał. Po chwili zaśmiał się do własnych myśli i spojrzał na Carla.

– Umiesz czytać? – spytał.

– Chyba sobie jaja robisz! – zaprotestowała Trzy.

– Wręcz przeciwnie – rzucił Steve, ciągle patrząc na Carla. – Umiesz?

Mężczyzna powoli skinął głową.

– Musisz strzelać na tyle dobrze, że przeżyłeś w pojedynkę. Albo przeżyłeś jako jedyny, nieistotne. Prowadzisz?

– Tak – odparł tamten.

– To co planujesz, rycerzu? Zostajesz tu?

– Jakieś konkretne propozycje?

Szary przez moment gładził długą, siwo-czarną brodę. W końcu uśmiechnął się szeroko, demonstrując zestaw żółtych zębów.

 

* * *

 

Carl w milczeniu przyglądał się sadzonkom pomidorów. Nie spodziewał się, że wnętrze półciężarówki okaże się tak przestronne. Oświetlane lampami UV krzaki stały w długiej donicy pod ścianą. Mężczyzna w końcu odwzajemnił przeszywające spojrzenie Steve'a.

– Nie zapytasz o nic? – zagadnął brodacz.

– Nie wiem, od czego zacząć – przyznał Carl.

– Hm, zrozumiałe. Może ja zacznę, a ty dopytasz, jak coś będzie… Niejasne.

Trzy parsknęła, nie odrywając wzroku od przedniej szyby. Wisiała leniwie na kierownicy, co kilka minut obracając ją nieznacznie, starając się unikać dziur w asfalcie. Carl rozłożył ręce w geście oczekiwania.

– Chcesz krótką wersję czy długą? Pewnie chcesz krótką, co? Dostaniesz długą. – Steve przeciągnął się, strzelając kośćmi. Siedzący pod tylnymi drzwiami samochodu Clancy uśmiechnął się szeroko. Przyzwyczaił się, że Szary często mówi do jednych ludzi, ale dla innych ludzi.

– Flara. – Trzy wskazała palcem odległy punkt nad horyzontem. Pionowa wstęga żółtego dymu zaburzyła jednolitość błękitu bezchmurnego nieba.

– O, no to zaczniemy od tego. I jednak dostaniesz wersję skróconą – kontynuował Steve. – Rozdajemy ludziom żółte flary żebyśmy wiedzieli, kiedy będą potrzebowali naszych usług. A do nich zalicza się przepędzanie wszelkiej maści nielogicznego gówna.

– Nielogicznego?

– Czy ja wyglądam na typa, który lubi się powtarzać?

– Może nie umył uszu! – Clancy zaśmiał się głośno.

– Może nie umył uszu. – Steve odwrócił się do chłopca i kiwnął głową. – Dlatego mu powtórzę: nielogicznego gówna. Zazwyczaj jakieś wymodlone bożki. Dopóki świat był cały, nikomu nie przeszkadzało, że Ulogiczniacz nie działa, bo przecież hej, wszystko jest w porządku. No, a jak już się wszystko zjebało, to wiadomo…

– Jak się zjebało, to się zjebało – dodała Trzy, schylając się po butelkę z wodą.

– Otóż to! – Szary wskazał ją palcem, jakby przyznawał jakiś punkt. – W każdym razie, jak człowiek się uprze, że coś jest, to może się okazać, że jest faktycznie. A jak dużo ludzi naraz się uprze, że coś jest, no to zazwyczaj jest. Sęk w tym, że ludzie nie wiedzą, czego chcą i przez to po tym świecie kręcą się takie twory jak Stanley.

– Stanley? Tak nazwaliście to coś z kanapy? – Carl wskazał na sufit furgonetki.

– Eee… O tym później.

– Nie spodoba mu się to – zaśmiała się Trzy.

– Nie spodoba mu się to – przyznał Clancy.

– Nie spodoba mi się to? – dopytał czarnowłosy.

– Nie, nie spodoba ci się to. W każdym razie, żeby pozbyć się takich syfów, trzeba je złapać w binarny potrzask, to znaczy ulogicznić tam, gdzie są nielogiczne i unielogicznić tam, gdzie są logiczne.

– Nie rozumiem.

– Świetnie. Nie musisz. Od tego jest Clancy. Dzieci są bliżej… Czegoś. W każdym razie młody wymyśla Maszynę. Trzy ją konstruuje. Ja robię robotę. Pytania?

– Co jak młody przestanie być młody?

– Zastrzelimy go! – Szary wbił teatralnie piorunujące spojrzenie w chłopca.

– Ta, chyba ciebie! – odparł chłopiec.

Steve zaprezentował mu swoją najgłupszą minę, po czym zwrócił się do Carla.

– Znajdziemy następnego dzieciaka. – Wzruszył ramionami. – Nie ma ich zbyt wiele, ale matki często je oddają. Z drugiej strony nie wszystkie się nadają. Chodzi o wyobraźnię. Ale nieważne, teraz jest Clancy. Reszta pewnie wyjdzie w praniu, nauczysz się wszystkiego w locie. Mamy jeszcze chwilę zanim dojedziemy do tej flary. Pytania?

– Po co wam książki?

– O, widzisz. W całym tym syfie ciężko jest być pewnym, co jest logiczne względem przeszłości, a co nie. I od tego jest Grzmot.

– Kto?

– Starszy jegomość na siedzeniu pasażera. Albo szczający pod siebie dziadyga, w zależności od humoru.

Carl wychylił się, zaglądając do kabiny. Zdziwił się, do tej pory nie zauważał tetryka. Starzec miał przymknięte oczy, prawdopodobnie spał.

– Co on robi?

– Prawdopodobnie śpi.

Carl zmrużył oczy. Steve parsknął cicho.

– Widzisz, dziad najlepiej pamięta stan rzeczy sprzed… Całej tej kupy gówna, która spadła na cywilizację. Nie mówi za dużo, ale mówi co było, a czego nie było. Kiedyś umrze, więc pokazujemy mu książki, a on ocenia czy jest w nich coś sensownego. No, a my staramy się czytać jak najwięcej, żeby wiedzieć, co jest co.

Furgonetka podskoczyła na wyboju, Szary uderzył głową o dach, po czym obrzucił oskarżycielskim spojrzeniem fotel kierowcy.

– Sorry. – Trzy nawet się nie odwróciła. – Ej, chłopaki, czy my nie jedziemy do tej wiochy z mandragorą?

– Z mandragorą. – Clancy pokiwał głową. – Pół roku temu wyrwaliśmy chwasta, zimno było jeszcze.

– Ciekawe, co u nich słychać – dodał Steve, po czym odwrócił się do Carla. – Ogólnie rzecz biorąc, bądź gotowy na wszystko, jak coś chce cię zeżreć, strzelaj, jak strzelanie nie pomaga, uciekaj. To taka główna zasada.

Carl patrzył na Szarego spode łba, starając się przetworzyć to, czego się dowiedział. Po chwili przerwał zapadłą w samochodzie ciszę.

– Dlaczego Family Frost?

– Żartujesz? – wyrwał się Clancy, po czym wstał i przebiegł do kabiny, mijając Steve'a. – Pa na to! – Wychylił się do przodu i nacisnął niebieski przycisk znajdujący się na desce rozdzielczej.

Tu-dududu-dudu-du.

 

* * *

 

Furgonetka kołysała się z wolna, pokonując wyboje dziurawego asfaltu. Panorama okolicy zdominowana była przez bliźniaczo podobne domy. Ich niegdyś równo poprzycinane trawniki stały się polanami, na których gdzieniegdzie widać było zalążki młodych lasów, upominających się o dawno zabrany przez człowieka grunt.

Szary opierał się o zagłówki przednich foteli, uważnie obserwując otoczenie. W mijanych pustostanach nie dostrzegał nikogo. Po chwili zza zakrętu wyłoniła się grupka ludzi stłoczona przed jedną z posesji. Stali nieruchomo, wpatrzeni w drzwi frontowe.

Trzy zatrąbiła. Nikt się nie odwrócił. Podjechała jeszcze kawałek.

– Nie było, nie było, nie było… – zacharczał Grzmot.

– Tak, wiemy – skwitowała Trzy, zaciągając hamulec ręczny.

– Nie było, nie było! – Emocjonował się starzec.

– Dobra, cicho bądź już. – Szary szturchnął go w ramię. – Młody, zostajesz pilnować pomidorów…

– Nuuudy – wybuczał chłopiec, przeciągając się.

– Rycerzyk, bierz strzelbę, idziemy zapytać tę zacną społeczność, czemu udają manekiny.

Carl kiwnął głową.

– Idę z wami. – Trzy odgarnęła grzywkę i przecisnęła się przez furgonetkę, po drodze ściągając ze ściany pistolet. Schowała broń za pas, po czym otworzyła tylne drzwi samochodu i wyskoczyła na beton. Steve nie protestował, wiedział, że tak czy inaczej by poszła, a ewentualne słowa sprzeciwu tylko zepsułyby jej humor.

Nie lubił jej denerwować.

Po chwili zrobił to samo, Carl wyszedł zaraz za nim. Clancy zatrzasnął drzwi furgonetki i wyciągnął ze stojącego w kącie kartonu zakurzony, opasły tom. Oparłszy się o drzwi, oddał się lekturze.

– Nie było, nie było, nie było – mamrotał Grzmot.

– Cicho tam! – rzucił chłopiec.

Starzec wychylił się do tyłu i wystawił język. Dzieciak odpowiedział tym samym.

 

Szary zaciągnął się chłodnym powietrzem zarośniętego przedmieścia. Przeskanował wzrokiem unieruchomiony tłum. Żadna z postaci nie miała przy sobie broni. Pamiętał, jak ci sami ludzie targowali się z nim o wodę, w końcu stanęło na czterech kanistrach. Pamiętał, jak na twarzach, na których teraz nie malowało się zupełnie nic, widział wdzięczność. Odchrząknął głośno, zbliżając się powoli.

Brak reakcji.

Odwrócił się do Trzy, kobieta wzruszyła ramionami.

– Trójgłowy osioł! – krzyknął w końcu.

Mieszkańcy stali jak skamieniali.

– Trójgłowy osioł? – spytał szeptem Carl.

– Odwróciłbyś się, jakbyś to usłyszał, nie?

Strzelec niepewnie skinął głową. Trzy ostrożnie postawiła stopę na trawniku obleganej posesji. Nic się nie zmieniło. Podeszła do odzianego w skrzyżowanie prochowca z jutowym workiem mężczyzny i pomachała mu dłonią przed oczami.

– Hmm… – Steve wskazał palcem drzwi domu. Carl wycelował w nie strzelbę. 

Z wnętrza budynku dobiegły trzaski. Znieruchomieli. Klamka poruszyła się nieznacznie, strzelec pewniej zacisnął dłoń na uchwycie broni.

– Proszę nie strzelać! – Stłumiony głos zza drzwi łamał się.

Carl rzucił Steve'owi pytające spojrzenie. Szary delikatnie pokręcił głową.

– Mogę wyjść? – spytał głos.

– Rób, co chcesz – odpowiedział Szary.

– Ale nie zastrzelicie mnie?

– To zależy. Nie dowiesz się, póki nie sprawdzisz! – krzyknęła Trzy.

– Eee… Okej… Chyba. Wychodzę.

Drewniane drzwi uchyliły się i wyjrzał zza nich łysiejący, siwy okularnik.

– Mógłbyś… Odłożyć tę strzelbę? – spytał nieśmiało.

Carl bez słowa opuścił broń.

Podstarzały mężczyzna otworzył drzwi. Ubrany był w brązowy szlafrok, w prawej dłoni trzymał srebrną łyżeczkę.

– Nieczęsto widujemy tu gości. – Zaśmiał się nerwowo. – Prawda, Alice? – Spojrzał na jedną ze spetryfikowanych kobiet.

Blondynka w brudnej, różowej sukni wybudziła się z letargu, po czym uśmiechnęła się zupełnie naturalnie.

– Prawda, Zak – powiedziała, kiwając głową.

– Dobrze, że przyjechaliście, nie mogliście trafić lepiej. Właśnie zrobiłem o wiele za dużo herbaty. Zapraszam. – Uśmiechnął się życzliwie.

Domniemani pracownicy Family Frost popatrzyli po sobie.

– Wygląda na to, że nie mogliśmy trafić lepiej – zasyczał Carl.

– Tiaa… – odpowiedziała wolno Trzy, patrząc na Zaka z ukosa.

– To co, skusicie się na filiżankę lub dwie? – dopytał okularnik.

– Nie! – odrzuciła chórem cała trójka.

– Szkoda… Na pewno? Sam nie wypiję całej tej herbatki, a to jedyny problem, jaki mam.

Końcówka zdania wydawała się być jednocześnie potężnym infra– i ultradźwiękiem, zmuszając całą trójkę do przełknięcia śliny i pozostawiając ich z utrzymującym się jeszcze przez kilka sekund piskiem w uszach.

– Mmm, z chęcią napiłbym się herbatki – powiedział nagle stojący w tłumie chłopiec, ciągle wbijając puste spojrzenie w drzwi domu.

– Czemu nie pójdziesz pohuśtać się razem z Tonym, Charlie? – zaproponował mężczyzna.

Dziecko klepnęło w ramię pobliskiego rówieśnika, po czym obaj skocznym krokiem pobiegli w stronę stojącej nieopodal, improwizowanej huśtawki i zaczęli się bawić, zupełnie naturalnie.

– Może jednak się skusimy, ja i mój szwagier Carl – wydusił z siebie Steve, posyłając czarnowłosemu znaczące spojrzenie. – Niestety, moja ukochana żona musi doglądać naszej jeżdżącej plantacji pomidorów. – Złapał kontakt wzrokowy z Trzy, po czym na sekundę przeniósł wzrok na bawiące się dzieci.

– Oj tak, nie ma to jak dobry earl grey – dodał Carl.

– To akurat nie jest earl grey… – Speszył się Zak.

– Tym lepiej. – Strzelec uśmiechnął się sztucznie.

– Zapraszam, zapraszam, nie zdejmujcie butów, i tak miałem sprzątać… – Mężczyzna w szlafroku zniknął w mroku korytarza.

– Poczekaj, aż wejdziemy – Szary szepnął, patrząc na Trzy. Kobieta kiwnęła głową. – Ty pierwszy – zwrócił się do Carla.

Strzelec niepewnym krokiem ruszył w stronę drzwi. Przed przekroczeniem progu odwrócił się jeszcze na chwilę i ostatni raz przeskanował wzrokiem mieszkańców wioski. Ich oczy pozbawione były życia, sprawiali wrażenie woskowych figur.

Pokryte deskami ściany przedpokoju pachniały kurzem. Drewniana podłoga skrzypiała przy każdym kroku. Z końca korytarza słyszeli skrzeczące zawiasy szafek i rumor naczyń. Szli dalej. Seledynowe kafelki kuchni odbijały światło bezchmurnego dnia, które z trudem przedzierało się przez dawno niemyte okna. Zak nalewał herbaty do stojących na plastikowym stole filiżanek.

– Siadajcie. – Z uśmiechem wskazał dłonią na zdezelowane, białe krzesła. – Macie szczęście, że jesteście taką zgraną rodzinką, pustkowia potrafią być samotne.

Goście popatrzyli po sobie niepewnie. Carl odsunął jedno z krzeseł, nie spuszczając gospodarza z oczu.

– Tak, to prawdziwe błogosławieństwo. Powiedz mi, Zak, byłem tu jakieś pół roku temu i nie przypominam sobie, żebym cię wtedy widział. – Steve usiadł we wskazanym miejscu.

– Czyżby? Dziwne, mieszkam tu od kiedy pamiętam. Chwila… Czy to nie wy przepędziliście mandragorę? – spytał okularnik, wyjmując cukierniczkę z komody.

Szary kiwnął głową, podejrzliwie przyglądając się stojącej przed nim filiżance. Herbata wyglądała i pachniała zupełnie zwyczajnie.

– To wszystko wyjaśnia, wtedy mnie tu nie było. – Gospodarz przysiadł się do przyjezdnych, po czym pociągnął duży łyk naparu. – Co was tu sprowadza, jak długo zostajecie?

– Mamy pewne sprawy do załatwienia. – Steve uśmiechnął się życzliwie. – Myślę, że nie zejdzie nam dłużej niż dwa dni.

– Świetnie. Przez dwa dni będziemy mieli zajęcie, świetnie. Potrzebujecie pewnie miejsca do spania, na pewno chcecie pohandlować, tak? To bardzo dobrze. – Zak był wyraźnie podekscytowany. – To wywoła wiele rozmów, może nawet nieporozumień czy kłótni. Oczywiście między nami, wy nie macie się czego obawiać. Mieszkańcy zaraz się wszystkim zajmą.

Carl niepewnie przystawił filiżankę do ust. Napił się, po czym zmarszczył brwi, jakby starał się znaleźć w smaku coś podejrzanego. Spojrzał na Steve'a i wzruszył ramionami.

– Nie uważasz, że tutejsi są trochę… Ospali? – spytał Szary, nadal lustrując naczynie niepewnym spojrzeniem.

– Po prostu nie mają nic do roboty. To dobrzy ludzie – odpowiedział gospodarz.

– Jak my wszyscy – rzucił Carl.

– Wszyscy byśmy chcieli – dodał Szary.

 

* * *

 

– To pani zabiła korzeniostwora! – Jeden z chłopców zatrzymał huśtawkę, po czym zaczął gapić się na Trzy z otwartymi ustami.

– Tak, byliśmy u was jakiś czas temu – odpowiedziała rudowłosa.

– Clancy też przyjechał? – wyrwał się ten drugi.

– Tak, ale… Jest zajęty. – Trzy przykucnęła. – Powiedzcie mi, kim jest Zak?

– Zak to Zak – dzieci przemówiły przerażająco równocześnie. Trzy wzdrygnęła się.

– Jak długo tu jest?

– Wrócił jak było źle. – Tony wbił wzrok w wyrastającą z wyrwy w asfalcie kępkę trawy. – Byliśmy trochę głodni, bo do tej pory korzeniostwór dawał nam jedzenie. A potem Zak wrócił.

Trzy westchnęła ciężko. Znowu to samo, pomyślała. Wyprostowała się i rozejrzała dookoła. Tony i Charlie wrócili do beztroskiej zabawy, podczas gdy reszta mieszkańców wioski trwała zastygnięta w bezruchu kilkanaście metrów dalej. Kobieta położyła dłoń na uchwycie pistoletu schowanego za plecami, po czym przełknęła ślinę. Odchrząknęła.

– Dlaczego wasi rodzice tam stoją? – spytała w końcu, wskazując palcem skamieniałe zgrupowanie.

Huśtawka zatrzymała się.

– Bo nie mają nic do roboty – odparli chłopcy jednocześnie.

– Rozumiem – wycedziła Trzy, mimowolnie cofając się o pół kroku.

Chłodny wiatr powiewał włosami wpatrzonych w pustkę niby-manekinów. Tylko rytmiczny zgrzyt zawiasów huśtawki przerywał martwą ciszę.

 

* * *

 

– Jak było na herbatce? – Trzy dorównała kroku Steve’owi, mijającemu spetryfikowaną grupkę.

– Uroczo – odpowiedział idący za nim Carl. – Co teraz?

– Teraz opowiadamy wszystko młodemu. Dzieciaki coś mówiły? – Steve dłubał w zębach, zbliżając się do furgonetki.

– Ta. Wygląda na to, że klasyka. Ten Zak pojawił się, kiedy był najbardziej potrzebny, a potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie. W miarę…

– Modlili się? – dopytał Szary.

– Nie wiem, pewnie tak. Zastanawia mnie tylko, dlaczego tak bezczynnie stoją. To coś nowego. – Trzy przejechała palcem po karoserii furgonetki, przecierając szlak w grubej warstwie kurzu.

– Minęło pół roku, Trzy. To skurwysyństwo zdążyło stać się na tyle zaborcze, że nie tylko zmusza ich do usługiwania sobie, ale zabrania im robić cokolwiek innego, przynajmniej ja tak to widzę. – Steve otworzył tylne drzwi samochodu.

– No, nareszcie! – Clancy powitał ich zbulwersowanym tonem. – Co tak długo?

– Piliśmy herbatkę z demonem. – Brodacz wszedł do środka i zatrzymał się, nasłuchując. Rozpoznał stłumione buczenie. – Młody, czy ty znowu zakneblowałeś Grzmota? – spytał oskarżycielskim tonem, po czym przeszedł do kabiny.

– Ta, strasznie męczył. – Dzieciak doczytał do końca strony i odłożył książkę z powrotem do kartonu.

Steve zdarł taśmę izolacyjną z ust starca.

– Nie było, nie było, nie b-, nieb, nie, ń, nie, nie! – jąkał się Grzmot.

Brodacz popatrzył chwilę na tetryka, po czym przykleił taśmę z powrotem. Trzy usiadła na kufrze pod ścianą, Carl zatrzasnął za sobą drzwi.

– No i co w końcu? – spytał chłopiec.

– Sprawa wygląda następująco… – zaczął Szary.

 

* * *

 

Mężczyźni rzucali długie cienie na oświetlany pomarańczowymi promieniami zachodzącego słońca asfalt.

– Niebieski szpadel i krnąbrne krzesło? – Carl nie wierzył, że to mówi.

– Słyszałeś dzieciaka. – Szary wyjął z kieszeni paczkę papierosów.

Zbliżali się do niedużego wysypiska, które nawet po dziesiątkach lat od wizyty ostatniej śmieciarki zachowywało namiastkę niegdyś gryzącego w oczy swędu.

– Jak rozróżnię krnąbrne krzesło od jakiegokolwiek innego?

– Dobre pytanie. – Steve odpalił fajkę. – Dobrze, że to twój problem. Przynajmniej z niebieskim szpadlem nie powinno być trudno. Mam nadzieję.

Zatrzymali się przed kilkumetrową hałdą gruzu.

– Nadal nie roz…

– Nie musisz, mówiłem ci. Łopata może symbolizować zajęcie, czyli coś, czego nie mają słupy soli stojące przed domkiem Zaka. Trzy mówi, że będzie też działać jako celownik, w jakiś sposób. Krzesło zazwyczaj jest podstawą Maszyny, a czemu krnąbrne tym razem? Cholera wie.

– Te Maszyny zawsze działają?

– Co? Pewnie, że działają.

– Nie wydaje ci się podejrzane, że Clancy zawsze wie, co przepędzi demona?

– Nie, Carl, nie wydaje mi się to podejrzane. To po prostu działa.

– A co jeśli…

Szary pomachał palcem przed oczami strzelca.

– Posłuchaj, kowboju, dziadyga by się nie zamknął, gdybyśmy wieźli ze sobą coś nielogicznego, uwierz mi. W sumie to doceniam twoją czujność, ale nie przesadzaj. To niezdrowe.

– No i się nie zamyka. Poza tym, kim w ogóle jest ten Grzmot, skąd go znasz?

– A może nie zamyka się, bo ty z nami jedziesz, Carl? Może na przykład młody wymyślił sobie starszego brata, którego nigdy nie miał, co? Znam Grzmota prawie tak długo, jak ty żyjesz. Znalazł mnie na wysypisku, takim jak to.

– Takim jak to? – zainteresował się czarnowłosy.

– Czy ja wyglądam na typa, który lubi się powtarzać? Tak, takim jak to. Czemu nie ruszysz swojej bohaterskiej dupy po krnąbrne krzesło, Carl?

– Ruszę.

Rozeszli się w przeciwnych kierunkach.

Snując się pomiędzy stertami porośniętych wysoką trawą odpadów poprzedniego świata, szybko zdał sobie sprawę, że szukanie krzeseł w tym miejscu mogło nie mieć sensu.

W tej samej chwili zza następnej hałdy śmieci wyłonił się stos krzeseł.

Strzelec pokręcił głową, nie dowierzając. Sterta mebli była szeroka na kilka metrów i tworzyły ją siedziska różnych rodzajów, od plastikowych przez drewniane, na metalowych kończąc. Niektóre z nich miały bogato zdobione tapicerki i wyglądały na niemalże nienadszarpnięte zębem czasu, inne nadawały się raczej tylko na opał.

To po prostu działa, pomyślał, po czym zabrał się do pracy. Wspinając się na stos, starał się nie uszkadzać mebli, choć nie zawsze mu się to udawało. Mozolnie wydobywał kolejne krzesła ze sterty, po czym ustawiał je na betonie w równych odległościach od siebie. Po kilkunastu minutach pracy stanął przed majestatyczną wystawą prawie-tronów i więcej-niż-taboretów. Zbliżył się do pierwszego mebla z brzegu. Krzesło z jasnego drewna o prostym, ubogo zdobionym oparciu nie miało najmniejszych podejrzeń co do czekającego je losu.

– Upadniesz na oparcie – zakomunikował mu Carl, po czym przewrócił kopnięciem.

Krzesło poleciało do tyłu, zgodnie z poleceniem strzelca.

Podobnie jak dziesięć kolejnych.

– Upadniesz na oparcie. – Usłyszał hebanowy fotel o zielono-czerwonym obiciu, po czym zakołysał się rażony brutalnym ciosem, a następnie, zupełnie na przekór, upadł na bok.

– Bingo! – krzyknął czarnowłosy, zacierając ręce.

 

* * *

 

Na oparciu krnąbrnego krzesła powieszono wieszak, na którego końcach znajdowały się szare sandały. Przewleczony przez nie niebieski szpadel wycelowany był w drzwi domu Zaka. Pod fotelem umieszczono pięciolitrowy, plastikowy baniak z dosyć niechlujnie nabazgranym napisem o treści „Tiru-riru”. Jedna z nóg krzesła przywiązana była czerwonym sznurkiem do stojącego nieopodal białego regału owiniętego folią pęcherzykową.

– Kiedy zacznę odliczać od stu trzynastu wstecz, nie możesz mi przeszkadzać. Żadnych pytań, żadnych głupich pomysłów – szeptał Steve.

Zimny wiatr bezchmurnej nocy nie wydawał się przeszkadzać mieszkańcom miasteczka w nieruchomym trwaniu w swoich pozycjach. Szary i Carl rozstawili Maszynę w przedpokoju domu, znajdującego się naprzeciw posesji Zaka, po drugiej stronie ulicy. Światło zbliżającego się do pełni księżyca wpadało przez otwarte na oścież drzwi, odbijając się od żeleźca szpadla.

– Po prostu pilnuj, żeby stał w miejscu.

– Co jak nie będzie chciał? – Carl opierał się o ścianę, przyglądając się kalibrującemu szpadel partnerowi.

– Improwizuj. Jak zaczniesz do niego strzelać, to cholera wie co się stanie. Musisz go utrzymać w miejscu. Jak dla mnie, możesz mu nawet opowiadać dowcipy.

Strzelec kiwnął głową, po czym podniósł opartą o drzwi strzelbę i wyszedł na zewnątrz. Od czasu dołączenia do grupy z żółtej furgonetki towarzyszyło mu przeświadczenie, że nie ma pojęcia, co właściwie robi. Zatrzymał się na środku ulicy pomiędzy domami i wyczekiwał ustalonego znaku. Dachówka pobliskiej posesji upadła na betonowy podjazd garażu, rozbijając się. Wolnym krokiem zbliżył się do jednego ze spetryfikowanych mężczyzn. Jego oczy wydawały się szklane, puste.

Szary klasnął.

Carl oderwał wzrok od nieruchomego mieszkańca i podszedł do drzwi Zaka. Zapukał, po czym odsunął się na bezpieczną odległość tak, żeby nie stać na linii strzału szpadla. Schował strzelbę za plecy. Ze środka przeciwległego domu dochodziło go ciche odliczanie i odgłosy pęknięć bąbelków folii.

Drzwi uchyliły się.

– Kto tam?

– Porozmawiajmy, Zak – wycharczał po chwili Carl. – Wyjdź na zewnątrz.

– Zastrzelisz mnie? – spytał okularnik.

Strzelec przełknął ślinę.

– Nie, jeśli wyjdziesz.

Dźwięk brzęczenia łańcucha.

Zak wypełzł zza drzwi, wyraźnie spłoszony.

– O czym chcesz rozmawiać w środku nocy, nieznajomy? Może wejdziemy do środka, zimno tu… – zaproponował.

– Nie. – Carl pokręcił głową, po czym skoncentrował się na odgłosach dochodzących z domu z Maszyną. Osiemdziesiąt cztery. – Zostaniemy tu. Dlaczego nie pozwolisz tym ludziom pójść wolno, Zak?

– A, tym ludziom. – Gospodarz zachowywał się, jakby dopiero teraz zauważył unieruchomiony tłum. – T-to dobrzy ludzie… Po prostu nie mają nic d-do roboty – jąkał się. – M-może powinni pójść spać? Jest środek nocy. Powinni pójść spać, prawda?

– Nie powinno cię tu być, Zak. – Strzelec przyglądał się szlafrokowemu demonowi. Wyglądał zupełnie ludzko. Wyglądał na zagubionego. Sześćdziesiąt jeden.

– Ale ja tu mieszkam. – Uśmiechnął się nerwowo. – Mieszkam tu od zawsze. Gdzie mam pójść? – Rozłożył ręce i przesunął się o dwa kroki do przodu. 

– Nie ruszaj się. – Czarnowłosy wyciągnął strzelbę zza pleców i wymierzył w Zaka.

– Może to oni powinni pójść… – wyszeptał okularnik, trzęsąc się. Spode łba obserwował tkwiące na trawniku niby-manekiny.

– Pójdą, gdzie będą chcieli, już niedługo! – Carl mocniej zacisnął dłonie na broni.

Trzydzieści sześć.

– Ale oni ń-ń-nie chcą nigdzie iść. Właśnie o to chodzi, że oni nic nie chcą! – krzyknął Zak, zakrywając twarz dłońmi. Trząsł się.

– Nie rusz… – Carl urwał w połowie. Zmrużył oczy i powoli opuścił strzelbę. Znad tłumu unosiła się złota, ledwo dostrzegalna w blasku księżyca mgiełka. W jednej chwili wszystkie spetryfikowane postaci odwróciły głowy w jego stronę.

– Chciałem pomóc – powiedziały mrożącym krew w żyłach chórem.

Carl wzdrygnął się, nieświadomie zaciskając palec na spuście. Pocisk oderwał rękę jednej z kobiet. Z rany zaczął wydobywać się złoty dym.

– S-steve! – krzyczał Carl, biegnąc do Maszyny. – To nie… To tłum!

Stanął w przedpokoju.

– …dwa, jeden – dokończył Szary.

Ostatnim, co widział Carl, były przerażony wzrok Steve'a oraz jaśniejąca końcówka wymierzonego prosto w niego szpadla.

Błysk.

 

* * *

 

Szary Steve wstał z podłogi. Pierwszym, co poczuł, był ból uda. Rozejrzał się. Na zewnątrz już świtało. Jeden z sandałów musiał wystrzelić i trafić go w nogę, widocznie nie był dostatecznie dobrze zabezpieczony. W butli pod krzesłem kłębiła się chmura beżowo-złotego gazu. Steve przyjrzał się dokładniej, co pozwoliło mu dostrzec w niej czarne plamy.

Zbladł.

– Nie, nie, nie, nie… – wycedził drżącym głosem, po czym wybiegł na zewnątrz, przeskakując zwęglony szpadel.

Siwiejący okularnik stał pośrodku kilkunastu od dawna rozkładających się ciał, trzymając się za głowę.

– Pomarli z głodu. – Śmiał się panicznie. – Wróciłem z k-k-k-karawaną… Wszyscy byli martwi. Cała wioska. – Wybuchł płaczem. – Miałem dla nich jedz-jedz… Karmiłem ich. W końcu się pobudzili…

Szary spojrzał na makabryczną scenę z obrzydzeniem, po czym otworzył szeroko oczy.

– Carl! Carl! – nawoływał przez chwilę, rozglądając się nerwowo. – Nie, nie, nie, nie… – cedził, truchtając w kierunku furgonetki.

Gdy był już na tyle blisko, by widzieć wnętrze kabiny, starał się nie zauważać, że nikogo tam nie ma. Obszedł samochód i otworzył tylne drzwi.

Wnętrze pojazdu było puste.

– Trzy! Clancy! – wołał bezskutecznie.

Złapał się za głowę i zaczął krzyczeć. Rozpłakał się. Tupnął kilka razy.

Zsunął się po boku furgonetki. Siedział oparty o koło, dysząc ciężko. Po chwili wstał i odchrząknął. Zamknął drzwi i po przytwierdzonej do nich drabinie wspiął się na dach. Spojrzał na czarną kanapę i westchnął.

Otworzył schowek na pościel.

Ze środka wyłoniła się czarna chmura. Krążąc w powietrzu syczała złowieszczo.

– Wiesz, co robić, Stanley. Wiesz, co robić – wybuczał beznamiętnym tonem.

Mroczny obłok zaskrzeczał głośno, po czym rozpłynął się w powietrzu. Steve zszedł po drabinie, następnie wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i odpalił jednego z nich, wpatrując się w zzieleniały szkielet metropolii na horyzoncie. W połowie drugiej fajki furgonetka za nim zatrzęsła się. Nie odwrócił wzroku, dopóki nie usłyszał znajomego głosu.

– Długo jeszcze będziesz palił? – Trzy wychylała się przez okno kierowcy.

– Właśnie skończyłem. – Wypstryknął niedopał na beton, po czym niemalże wbiegł do samochodu. Zatrzasnął za sobą tylne drzwi, ominął zatopionego w lekturze Clancy'ego i wychylił się w stronę deski rozdzielczej, sięgając do okrągłego, niebieskiego przycisku. Grzmot drzemał spokojnie w fotelu pasażera.

Półciężarówka Family Frost ruszyła z piskiem opon, po chwili stając się pojedynczym żółtym punktem przecinającym bezkres zielonych pól oraz postapokaliptyczną ciszę.

Tu-dududu-dudu-du.

Koniec

Komentarze

O kurcze. Dobra historia – chwyciła od początku i trzymała do końca. Masz duży plus za klimat, bardzo specyficzny i charakterystyczny, za żywe i zabawne dialogi, za wizję świata i zakończenie. Naprawdę się czyta.

Jeżeli czegoś miałbym się przyczepić, to pewnego niedostatku opisów na początku – czytając, że Steve’owi “pukiel posklejanych brudem włosów zsunął się z czoła” i że nerwowo obgryzał paznokcie, wyobraziłem sobie dość wymoczkowatego i raczej młodego faceta – a tu sporo później okazuje się, że ma pięćdziesiątkę i brodę. Tak samo z Trzy – w scenie, w której grozi bronią Carlowi – widziałem tylko broń i jakąś nieokreśloną postać w puchowej kurtce, dopiero później wspomniałeś, że jest “rudowłosą pięknością”. Warto byłoby jednak coś z tego pokazać/powiedzieć czytelnikowi już wcześniej. I jeszcze jedno zastrzeżenie natury logicznej – kiedy Steve rozmawia z Carlem w pierwszej wiosce, mówi dużo o tym, że mieszkańcy tej wioski zginą, bla bla bla – a mieszkańcy stoją dookoła i co? Nawet się nie zbulwersują, że wieszczy się im rychłą śmierć? Zupełnie w tej scenie o nich zapomniałeś.

Językowo śmigasz i jest dobrze. Poniżej trochę głupot, które zauważyłem przy czytaniu:

 

Trzy stała w wyznaczonym miejscu, zerkając co chwila na Steve'a // co chwilę

 

Dymiący, smolisty obłok zbliżył się na odległość kilku metrów od niego // Zbędne

 

Mebel trząsł się i trzeszczał, jego stare sprężyny boleśnie wwiercały się w bok Szarego // Zbędne

 

– …en, em, el, ka… – Mebel trząsł się i trzeszczał, jego stare sprężyny boleśnie wwiercały się w bok Szarego.

– …de, ce, be, a! – wykrzyczał w końcu. Świeczka z zającem zgasła. Kanapa uspokoiła się.

// Podmiot plus inne rozłożenie akapitów:

– …en, em, el, ka… – Mebel trząsł się i trzeszczał, jego stare sprężyny boleśnie wwiercały się w bok Szarego. – …de, ce, be, a! – wykrzyczał w końcu Steve.

Świeczka z zającem zgasła. Kanapa uspokoiła się.

 

Przeniósł wzrok na pomidora i przystawił lufę pistoletu do własnej skroni // Wynika z kontekstu, zbędne

 

Uśmiechnął się, gdy usłyszał ikoniczną melodyjkę żółtej furgonetki Family Frost // Znaczeniowo nie do końca to słowo. Może charakterystyczną?

 

Wieczory bywały zimne. Mieszkańcy wioski obiecali im nocleg // Obiecali nocleg wieczorom? Podmiot

 

Mógłby być ojcem Steve'a, a on podchodził pod pięćdziesiątkę // Mógłby być ojcem Steve’a, a ten przecież podchodził pod pięćdziesiątkę

 

Zażenowany, czy wkurwiony? // Bez przecinka

 

odrzekła znudzenie Trzy // odrzekła znudzona Trzy lub odrzekła ze znudzeniem Trzy

 

posłała znaczące spojrzenie Clancyemu // Clancy’emu

 

Odłożyła karabin na swoje miejsce i po chwili grzebania wydobyła z furgonetki glocka // Zbędne

 

Część tych, którzy byli w stanie się bronić, ruszyła z misją ratunkową, która też nie wróciła // Przecinek

 

Weźcie więcej wody może, albo…// Weźcie może więcej wody albo… // Weźcie więcej wody albo może… // Bez przecinka przed albo

 

Co, sam obronisz wioskę przed następnym najazdem? // Zbędne

 

Trzy demonstracyjnie trzęsła dłonią // Połączenie “broni” i “trzęsienia” zawsze sugeruje niepewną rękę strzelca, a chyba nie o to chodziło. Machnęła?

 

Dlaczego tak ci zależy na tej bandzie niewypłacalnych niewdzięczników, hmm? – Steve rozsunął suwak dresu tak, żeby mógł szybko dosięgnąć rewolweru // Np. Dlaczego zależy ci na tej bandzie niewypłacalnych niewdzięczników, hmm? – Steve rozsunął suwak dresu tak, żeby mógł szybko dosięgnąć rewolweru // Lub inaczej, wiadomo

 

Nie cenimy się też tanio, bo najemny włóczykij, taki jak prawdopodobnie ty, nie rozwiąże takich problemów, jakie rozwiązujemy my

 

Chociażby strzelał ze swojej strzelby cały dzień // Zbędne

 

Nie wiem, jakim cudem ten fakt do ciebie jeszcze nie dotarł, Carl // Przecinek

 

Steve ocenił Carla po wyglądzie, nie czekał na jego odpowiedź // Zbędne

 

Szary zatrzymał się około metra od swojego rozmówcy // Zaraz w następnych zdaniach też używasz “około”, więc: Steve zatrzymał się metr od swojego rozmówcy

 

A ty tych wszystkich bandytów nie zabijesz, choćbyś strzelał ze swojej strzelby cały dzień // Zbędne

 

– Młody, sprawdzaj. – Szary skinął głową na Clancyego // Clancy’ego

 

Trzy przetarła twarz dłonią i westchnęła znudzenie // ze znudzeniem // Co ona ma z tym znudzeniem?

 

 

Szary przez moment gładził swoją długą, siwo-czarną brodę // Zbędne

 

Mężczyzna w końcu odwzajemnił przeszywające go od kilku sekund spojrzenie Steve'a // Niezgrabnie. Myślę, że wystarczy: Mężczyzna w końcu odwzajemnił przeszywające spojrzenie Steve’a

 

– Nie zapytasz o nic? – spytał brodacz

 

Hm, zrozumiałe. Może ja zacznę, a ty dopytasz, jak coś będzie // Zbędne plus przecinek

 

– Chcesz krótką wersję czy długą? Pewnie chcesz krótką, co? // Zbędne

 

Szary wskazał ją palcem, jakby przyznawał jej jakiś punkt // Zbędne

 

W całym tym syfie ciężko jest być pewnym, co jest logiczne względem przeszłości, a co nie // Przecinek

 

– Z mandragorą. – Clancy pokiwał głową // Kropka

 

jak coś chce cię zeżreć, to strzelaj, jak strzelanie nie pomaga, to uciekaj. To taka główna zasada // Przecinek, zbędne, przecinek, zbędne

 

widać było zalążki młodych lasów, upominających się o dawno zabrany im przez człowieka grunt // Zbędne

 

W żadnym z mijanych pustostanów nie dostrzegał zupełnie nikogo // Bardzo dużo zaprzeczeń jak na jedno biedne zdanie, aż się biedne ugina pod tym ciężarem. Prościej. Może: W mijanych pustostanach nie dostrzegł nikogo. Nie dostrzegł nikogo w mijanych pustostanach. Nie dostrzegł nikogo w mijanych budynkach.

 

Po chwili zza zakrętu wyłoniła się grupka ludzi stłoczona przed jedną z posesji. Stali nieruchomo, wpatrzeni w drzwi frontowe // “Po chwili zza zakrętu wyłoniła się grupka ludzi” można rozumieć tak, że “wyszła zza zakrętu”. A przecież stała. I przecież chodzi o to, że to samochód się ruszał, a nie ludzie. Więc może: Kiedy pokonali zakręt, dostrzegli grupkę ludzi stłoczonych przed jedną z posesji. Stali nieruchomo, wpatrzeni w drzwi frontowe.

 

Tak, wiemy – skwitowała go Trzy, zaciągając hamulec ręczny // Zbędne

 

Czarnowłosy strzelec niepewnie skinął głową // Wystarczy: “Carl”. W ogóle co ty masz z tymi pokręconymi podmiotami? Czarnowłosy strzelec (dobrze, że nie np. czarnowłosy tajemniczy strzelec). Ortalionowy pogromca. Rudowłosa. Uhg. Bardzo wybija z rytmu przy czytaniu, jest wydumane i oddala czytelnika od bohatera (a przynajmniej oddala mnie – za innych się nie wypowiadam, może tak lubią)

 

Z wnętrza budynku dobiegły ich (Zbędne) trzaski. Znieruchomieli. Klamka poruszyła się nieznacznie, strzelec pewniej zacisnął dłoń na uchwycie broni.

– Proszę nie strzelać! – stłumiony głos zza drzwi łamał się.

– Mógłbyś… Odłożyć tę strzelbę? – spytał nieśmiało.

 

Prawda, Alice? – Spojrzał na jedną ze spetryfikowanych kobiet // Wielka litera

 

Końcówka zdania gospodarza wydawała się być jednocześnie potężnym infra- i ultradźwiękiem // Gospodarza – zbędne. Infra z dywizem

 

Dziecko klepnęło w ramię swojego rówieśnika // Zbędne

 

Przed przekroczeniem progu, odwrócił się jeszcze na chwilę // Bez przecinka

 

Seledynowe kafelki kuchni oślepiały odbijanym światłem bezchmurnego dnia, które z trudem przebijało się przez dawno niemyte okna // Oślepiały – światłem, Odbijanym – przebijało, niezgrabnie, powtórzenie

 

Napił się, po czym zmarszczył brwi, jakby starał się znaleźć w smaku napoju coś podejrzanego // Zbędne

 

reszta mieszkańców wioski stała zamarła w bezruchu kilkanaście metrów dalej // Jak zamarła to wiadomo, że w bezruchu i na odwrót, zbędne

 

Trzy dorównała kroku mijającemu spetryfikowaną grupkę Steve'owi // Może: Trzy dorównała kroku Steve’owi, mijającemu spetryfikowaną grupkę

 

Nie, Carl, nie wydaje mi się to podejrzane. To po prostu działa // Zbędne

 

Po kilkunastu minutach pracy, stanął przed // Bez przecinka

 

Jedna z dachówek pobliskiej posesji upadła na betonowy podjazd garażu, rozbijając się. Wolnym krokiem zbliżył się do jednego ze spetryfikowanych mężczyzn // Po prostu: Dachówka z pobliskiej posesji…

 

Nie, jeśli wyjdziesz // Przecinek

 

Szary Steve wstał z podłogi. Pierwszym, co poczuł, był ból uda. Rozejrzał się. Na zewnątrz już jaśniało // Jaśnienie masz też w poprzednim akapicie kończącym fragment. Może świtało itp.

 

Steve przyjrzał się jej dokładniej, co pozwoliło mu dostrzec w niej czarne plamy // Zbędne

 

żółtym punktem przecinającym bezkres zielonych pół oraz post-apokaliptyczną ciszę // pól, postapokaliptyczną

 

Tyle wychwyciłem z szybkiego czytania. Mam nadzieję, że to trochę pomoże w doszlifowaniu całości.

Czołem!

 

Rorschach, dzięki za lekturę, pozytywny komentarz i wypisanie niedoróbek [zaraz poprawiam]. Jeżeli chodzi o opisy, to starałem się nie opisywać całkowicie postaci, które w danym momencie “śledzi” narrator, no i żeby nie było tak, że bombarduję czytelnika dokładnym opisem za każdym razem, gdy wprowadzam nową postać. Może stąd to zamieszanie. Przemyślę to, podobnie jak niereagujących mieszkańców, masz rację, to wyszło nienaturalnie. Sądzę, że tam wystarczy dopisać jakieś jedno czy dwa krótkie zdania i będzie ok.

Cieszę się, że się podobało. :]

No nieźle.

Moją opinię znasz, ale dopiszę co nieco. Opko ma unikalny klimat i za to gigaplus. Pomysł też uważam za bardzo dobry i nietuzinkowy. Wydarzenia i całą historię przedstawiasz prostym ale sugestywnym i klarownym stylem, bez zbędnych ozdobników. Dialogi miejscami zabawne i abstrakcyjne. Jestem bardzo kontent z lektury. 

@Skoneczny

Cała przyjemność po mojej stronie.

Tak, zdanie lub dwa spokojnie wystarczy, żeby zaakcentować, że tłumek ludzi wciąż tam jest i coś sobie myśli na temat przemowy Steve’a. A jeżeli chodzi o opisy – oczywiście wielkim złem jest wpychanie czytelnikowi do gardła szczegółowego, sztywnego opisu, czy to na początku, czy w dalszej części tekstu, tu masz rację. Najlepiej, kiedy opis przemycamy niejako mimochodem, w działaniach, dialogach itp. I to ci się udaje, twoje opisy są naturalne i są tam, gdzie być powinny (np. Clancy, Grzmot, Carl). Tylko właśnie w przypadku Steve’a i Trzy są nieco spóźnione (przynajmniej w mojej opinii!), a myślę, że w tym pierwszym, początkowym fragmencie są miejsca, w których można łatwo i nienachalnie opisać tę dwójkę (np. scena, w której Trzy macha czerwoną chorągwią jest idealna na wspomnienie koloru jej włosów – czerwona chorągiew, rude/czerwone włosy, wiatr, włosy powiewają, chorągiew powiewa, cud miód itp., dalej – kiedy Steve biegnie w stronę Maszyny może sobie pomyśleć, że jest już za stary na te rzeczy itp., a to już powie czytelnikowi, że nie ma do czynienia z młodym bohaterem. To oczywiście luźne przykłady).

Zapomniałem w poprzednim komentarzu wspomnieć – Maszyny są świetne. I niepokorne krzesło też.

Bardzo dobry pomysł i bardzo dobre wykonanie. Spodobał mi się opis relacji postaci. Dialogi wyszły w większości naturalnie, tworząc razem z resztą tekstu bardzo unikalny klimat dziwnego, ale zarazem logicznego świata.

Fakt faktem jest parę mankamentów, jak ten z początku, gdy przy scenie z początku zapomniałem, że Carl i Steve rozmawiają przy mieszkańcach – jakbyś zapomniał o ich istnieniu.

Podsumowując: bardzo dobra lektura, okraszona dobrym warsztatem :)

 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Hmmm. Bardzo fajne pomysły, odrobina absurdu (te Maszyny!), na tyle mała, żeby dodać smaku, ale nie zdominować tekstu. Wszystko super. Aż do zakończenia, którego albo nie rozumiem, albo wyskakuje znikąd.

– Zet, iks, igrek, wu, fał

A nie “Zet, igrek, iks…”?

Babska logika rządzi!

Jak zobaczyłem ilość znaków, to pomyślałem, że sobie odpuszczę. Po pierwszych akapitach wiedziałem już, że doczytam całość :) Pomysł ciekawy i jeszcze lepsze wykonanie. Naturalne, przekonywujące dialogi, ciekawy smaczek z “Nie spodoba mu się to”. Brawo.

@Blackburn, czy zakończenie ostatecznie się wyklarowało? Polecam mieć w pamięci tytuł tekstu, zwrócić uwagę na zachowanie postaci pod koniec oraz na możliwości twórcze obu chmurowych bytów.

Cieszę się, że podeszło i dzięki za betę :D

 

@Rorschach, zaraz pokombinuję jak te opisy wpleść, dzięki jeszcze raz. Krzesło jakie jest, każdy widzi. ;]

 

@Finkla, oj, faktycznie coś u mnie słabo z tym alfabetem ;/ Cieszę się, że wszystko super, co do zakończenia, to mogę podpowiedzieć to samo, co Blackburnowi powyżej. Ma to sens :D

 

@NoWhereMan, Dracon, dzięki!

No nieźle.

No, ale skąd protagonista zna możliwości chmury z kanapy? A jeśli zna, to dlaczego ukrywa je przed czytelnikiem? No, nieładnie tak.

Babska logika rządzi!

Zastanówmy się czy, Steve wygląda na typa, który lubi się powtarzać ;] Może to nie przed czytelnikiem je ukrywa… Więcej nie powiem :P

No nieźle.

Widzisz, spora część uroku kryminałów Christie polega na tym, że czytelnik dostaje wszystkie niezbędne informacje. Fakt, jeszcze sporo fałszywych tropów, ale nie może być zbyt prosto. :-) W każdym razie to nie jest tak, że na końcu pada pytanie: “Ale skąd pan wiedział, że to kamerdyner utopił ofiarę w rzece?” i odpowiedź: “Och, od razu zauważyłem, że ma błoto na butach, chociaż do tygodnia nie padało”, o których to okolicznościach nikt wcześniej nie wspomniał.

Babska logika rządzi!

To opko jest moją wiosenną perełką, którą nominuję i skomentuję obszernie, jak tylko zbliżę się do komputera.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Finklo, sęk w tym, że kryminał ma jasno postawioną zagadkę, której wyjaśnienie czytelnik się spodziewa znaleźć na końcu. Ja tutaj nie stawiam bezpośrednio żadnego pytania, tak więc wcale mi nie wstyd, że to, co dzieje się na końcu niekoniecznie musi spowodować reakcję “A więc to tak, rzeka utopiła kamerdynera w ofierze!”.

Zwroty akcji są zasadniczo dwa i następują bezpośrednio jeden po drugim, jeden jest zarysowany mocniej, drugi trochę delikatniej, ale [w moim zamyśle, w moim odczuciu] niektóre dialogi są w stanie  naprowadzić czytelnika na rozwiązanie [dialog w kuchni Zaka, dialog na wysypisku].

Nie czuję potrzeby bardziej bezpośredniego wykładania puenty tekstu i w tym zamyśle utwierdzają mnie komentarze np. Dracona, NoWhereMana i Rorschacha.

No i nie wiem, co w tej kwestii więcej napisać, ale aż mi głupio, bo z jednej strony chciałbym, tekstem przemówić do każdego ale z drugiej, w samym opowiadaniu, nic więcej dopowiadać nie będę.

Bo nie!

No nieźle.

OK, OK, nie oczekuję wyjaśnień ani dalszych podpowiedzi. Tylko tak marudzę czy też staram się wytłumaczyć, co nie było tak, jak lubię. Traktuj to jak informację. :-)

Babska logika rządzi!

Ok, tak czy inaczej dzięki za czytnięcie i fajnie, że to co się podobało, to się podobało. A to co nie… No trudno :]

No nieźle.

Kobieta pamiętała wczorajsze rozmowy z osadnikami. Ich karawany wracały co miesiąc, ostatnia nie wróciła. Część tych, którzy byli w stanie się bronić, ruszyła z misją ratunkową, która też nie wróciła.

Fenomenalne dialogi! Naprawdę. Jestem oczarowany ich lekkością, naturalnością, niewymuszoną zabawnością. Spadek formy ukłuł mnie tylko gdzieś w jednym miejscu, ale i tak gratuluję.

Zacząłem czytać, szczerze, z dużą rezerwą – “oesu, znowu postapo”. Tak jak ludzie oszaleli na punkcie high/dark fantasy po sukcesie Władcy pierścieni czy Wiedźmina, tak ostatnimi czasy dzięki Metru postapo stało się modne. A mi, szczerze mówiąc, wałkowanie apokalips zaczęło się przejadać, stąd mój sceptycyzm. Tutaj jednak katastrofa nie jest naukowa, oklepana, ale rasowo fantastyczna i ten powiew świeżości przykuł moją uwagę, bo to bardzo udany, ciekawy motyw.

Sama narracja też całkiem w porządku. Widziałem, w którymś komentarzu, że starałeś się nie opisywać każdej wprowadzanej postaci, ale i tak rzuciło mi się to w oczy. Na przykład gdy pojawia się Clancy, raczysz czytelnika informacją, że ma za dużą bluzę (to rozumiem, apokalipsa, ludzie chodzą w tym, co akurat znajdą lub od kogoś dostaną, itd), ale co kogo obchodzi, że chłopak miał na sobie też dżinsy, a na jego butach był jakiś tam napis? Tym bardziej, że ta wiedza nie jest nijak istotna w dalszej części opowiadania. :p

A teraz łyżka dziegciu. Miałeś w ręku tyle świetnych elementów, ale jakoś fabuła, którą z nich poskładałeś, niezbyt mnie kupiła. Mój największy zarzut to postać Carla, która wygląda, jakby została wprowadzona tylko po to, aby za pomocą rozmów z nim (nota bene bardzo ładnych ;) wprowadzać dość bezczelne infodumpy na temat a to świata przedstawionego, a to przeszłości innych bohaterów. Carl jest tutaj tylko od zadawania pytań, sam nie prezentuje sobą niczego ciekawego i wyraźnie odstaje od reszty całkiem interesujących postaci.

Finału, podobnie jak Finkla, też nie rozumiem. Dlaczego czarne kropki w słoiku zaniepokoiły Szarego? Co tam się właściwie stało, gdy Szary przestał odliczać? Czy finał sugeruje, że cała ta ferajna jest jedynie omamem wannabe pogromcy demonów? (jeśli tak, to kiepsko…) I wreszcie jeśli czarna chmura z kanapy ma zdolność wskrzeszania ludzi lub rzucania na żywych iluzji, to czemu dowiadujemy się o tym dopiero, gdy wskrzeszenie/iluzja ma dość do skutku? Czy problemem było wspomnieć o tym dwoma zdaniami, gdy odbywało się polowanie na chmurę na samym początku?

Podsumowując, czytało mi się fajnie. Tylko fajnie. :<

 

Większość z zebranych dookoła ludzi przyglądała się scenie w milczeniu. Ktoś obrzucił Steve’a wulgarnym wyzwiskiem, ktoś splunął.

Takie zdania dodałem we wiadomym fragmencie, chyba teraz jest git.

 

@MrBrightside, trochę mnie przejrzałeś, Carl dowiaduje się o tym co i jak robi ekipa Family Frost razem z czytelnikiem i jest to jego funkcja w tekście, ale nie jedyna. Carl posiada pewną cechę, która jest z pozoru trochę bez sensu i i ta bezsensowność… hmm… ma pewien sens :v Zgadzam się z tym, że “milczący desperado samotnik” jest bardzo wyświechtanym typem postaci, ale tutaj mi po prostu pasował.

Jeżeli chodzi o finał, to jesteś blisko . [[[SPOILER]]] Chmura nie wskrzesza ani nie rzuca iluzji, a ferajna jest czymś więcej niż omamem ///SPOILER

Dzięki za lekturę. :]

 

EDIT: No i dopisałem po jednym zdaniu opisów na początku, myślę, że teraz jest ok.

No nieźle.

Okej, czas uciułać rozsądny komentarz.

 

Od razu muszę zaznaczyć, że w becie nie zrobiliśmy z Blackburnem za wiele, ot, jakieś przecinki i słówka. Wspomnę też, że od dawna widzę potencjał w tekstach Skonecznego (zwracam się do innych użytkowników, bo autor już wie, co myślę), ale odnoszę wrażenie, że we wcześniejszych tekstach nie było tak dobrego technicznego szlifu, aż tak dobrych dialogów i tak elegancko, czysto spiętej intrygo-rozkminy dla czytelnika. Skoneczny zrobił to wszystko sam i sprawił, że jak rzadko mocno rozmyślałam nad tekstem – ostatni raz zdarzyło mi się to przy dorjee. Świat przedstawiony nie jest gdzieś obok, przenika do głównego trzonu opowieści. W treści poukrywane są też różne smaczki, co sprawia, że można go przeczytać dwukrotnie, i za drugim razem dostrzega się już zupełnie inne sprawy. To wszystko już było, ekipa, demony, słupy soli, perpetuum mobile, jasne, ale absurdalność i lekkość fabularna ubrały schematy w nowe szaty. Motyw z książkami bardzo mi się.

Akurat co do infodumpów nie zgodzę się z Jasną Stroną, nie odebrałam tutaj tego typu wtrąceń jako bezczelnych, moim zdaniem są nieźle zamaskowane. Jakie to byłoby złe, gdyby oni między sobą próbowali wprowadzić czytelnika w świat, a nie zabierając zielonego i podając mu bądź co bądź bardzo szczątkowe informacje.

Nie przypadł mi do gustu główny bohater, tzn. aż do końca, w którym się obnażył, bo wtedy nabrał (eee czy to spojler?) osobowości wielorakiej i różnych odcieni. Scena z targowaniem się z ludźmi też była taka sobie. Te gadki z logiczne-nielogiczne narysowały mi nieco prostacką filozofię, ale pasuje ona do konwencji, bo z przymusu tkwią tam przecież w uproszczonym (a jednocześnie demonicznie skomplikowanym xD) świecie.

Opowiadanie jest dla mnie znakiem, że Skoneczny się rozwija w bardzo dobrym kierunku, daje coraz więcej narzędzi swoim pomysłom, i tekst nominuję ;) Jest tu spora klasa i dojrzałość (pierwszy raz tak twój tekst odbieram, nawet twoje zwycięskie opko z “X” wrzuciłabym do “starego” worka, a to prezentuje coś innego).

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Nie lubię się powtarzać, ale w pełni zgadzam się z przedmówcami: ogromny plus za klimat. Taka śmietnikowo-osiedlowa apokalipsa bardzo mi się podoba, szczególnie w połączeniu z garścią absurdu, którą uraczyłeś tekst. Żółta ciężarówka Family Frost przemierzająca zniszczony świat ze swoim “​Tu-dududu-dudu-du" ma potencjał, by stać się kultową (zupełnie jak pojazdy pogromców duchów, Drużyny A, czy Mystery Machine)

Co do samego zakończenia, wiem że nie chcesz wyjaśniać wszystkiego, ale jest ze mnie człek dociekliwy i drążący: Czy istnieje szansa, że Stanley potrafi kształtować rzeczywistość? Bo zakończenie zrozumiałem tak, że maszyna zadziałała niepoprawnie, pochłaniając Clay​a, Trzy i Carla, a potem Stanley ich z niej wyciągnął. Jestem blisko?

Nie rozumiem tylko co stało się z Carlem oraz dlaczego, Steve na początku opowiadania uwalniał mieszkańców pierwszej wioski od Stanleya, skoro ten go słuchał. Chyba, że… Stanley to takie jednorazowe koło ratunkowe.

Większość z zebranych dookoła ludzi przyglądała się scenie w milczeniu. Ktoś obrzucił Steve’a wulgarnym wyzwiskiem, ktoś splunął.

Takie zdania dodałem we wiadomym fragmencie, chyba teraz jest git.

Git!

I opis Steve’a też git (co daje git do kwadratu).

Drobna uwaga do opisu Trzy. Piszesz: “Trzy stała w wyznaczonym miejscu, zerkając co chwilę na Steve'a, potem z powrotem w kierunku wioski. Młoda kobieta trzymała chorągiew, której kolor niemalże zlewał się z barwą jej włosów”. Wszystko pięknie – tylko – gdzieś zniknął kolor chorągwi. ;)

 

@MrBrightside

Mój największy zarzut to postać Carla, która wygląda, jakby została wprowadzona tylko po to, aby za pomocą rozmów z nim (nota bene bardzo ładnych ;) wprowadzać dość bezczelne infodumpy na temat a to świata przedstawionego, a to przeszłości innych bohaterów. Carl jest tutaj tylko od zadawania pytań, sam nie prezentuje sobą niczego ciekawego i wyraźnie odstaje od reszty całkiem interesujących postaci.

To akurat bardzo klasyczny zabieg – żeby przez nowego bohatera w drużynie pokazać całą drużynę, relację pomiędzy postaciami, świat przedstawiony itp. I wg mnie nie ma nic złego w dobrym wykorzystaniu takiego myku. A jeżeli chodzi o to, czy Carl jako Carl jest postacią ciekawą samą w sobie… No cóż, to on szukał niepokornego krzesła, a to jedna ze scen, które najmocniej zapadły mi w pamięć, więc mnie Carl kupił.

@enazet, dzięki, ja też z tekstu na tekst czuję CORAZ WIĘCEJ MOOCYYYYYYY [a to nawet nie jest moja finalna forma xD]. No i mam nadzieję, że na takim poziomie klasy, lub na wyższym, będzie powstająca właśnie pow<kaszle><kaszle><kaszle>.

 

@Nessekantos, istnieje taka szansa i jest ona wielce prawdopodobna. Zakończenie zinterpretowałeś prawie dobrze, jesteś blisko, jeśliś dociekliwy faktycznie, to napisze Ci we wiadomości, o co dokładnie poszło.

 

@Rorschach, łoł, faktycznie, zaraz pokoloruję flagę ;]

No nieźle.

Nie ma w tym nic złego, ani nic niepoprawnego; zwyczajnie uważam to za pójście na łatwiznę i oczekiwałem czegoś innego, żeby “efekt wow” był większy. Krótko mówiąc: są gusta i guściki. ;)

@Skoneczy napisz koniecznie bo mnie ciekawość inaczej zeżre!

Skoneczny, napisałeś opowiadanie z niesamowitym klimatem. Jestem oczarowana postaciami i historią. Bardzo mi się podobało. Początkowo też miałam tak, że nie wszystko zrozumiałam, a przynajmniej tak mi się zdawało, ale mam jakąś swoją interpelację i będę się jej trzymać. Muszę też przyznać, że Family Frost mnie rozbroiło. Jak będę przy komputerze te nominuję tam gdzie trzeba. Bardzo dobry tekst i super pomysł.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

@Morigana89, dziękuję bardzo :-]

No nieźle.

“Kobieta zbliżała się do epicentrum kłótni…” – Wiem, że ludzie używają tego słowa radośnie, ochoczo i często, ale słownik PWN zna tylko jedno jego znaczenie.

 

“– Mhm, tylko niebieskie kreski i kratki – zadeklarował chłopiec, kartkując zeszyt.“ – Dziwnie brzmi w takim kontekście. Marudzę, więc znowu słownik.

 

“– Dziękuję, dziękuję… – krzyczała kobieta, kłaniając mu się w pas.“ – Skoro krzyczała, to brakuje wykrzyknika.

 

“– Sorry[+.] – Trzy nawet się nie odwróciła. – Ej[+,] chłopaki, czy my nie jedziemy do tej wiochy z mandragorą?“

 

“– Proszę nie strzelać! – sStłumiony głos zza drzwi łamał się.“

 

“Carl rzucił Steve'owi pytające spojrzenie. Szary delikatnie pokręcił głową.

– Mogę wyjść? – spytał głos.

– Rób, co chcesz – odrzucił Szary.“

W ogóle, jak widzę, masz słabość do “odrzucania”…

 

“– Mógłbyś… Oodłożyć tę strzelbę?“

 

“– To akurat nie jest earl grey… – Sspeszył się Zak.“

 

Świat jest zniszczony, nie wszyscy umieją czytać, mają problem z zasobami, ale wiedzą, co to earl gray…?

 

“Wybuchł płaczem.“ – Raczej: wybuchnął. Forma “wybuchł” jest zarezerwowana dla przedmiotów nieożywionych.

 

“– Wiesz, co robić, Stanley. Wiesz, co robić – wybuczał beznamiętnym tonem.“ – Nie wydaje mi się, by buczenie (przynajmniej takie wydawane przez człowieka, a nie np. przez maszynę) mogło być beznamiętne.

 

Ok, przyznam, że jestem zachwycona i zawiedziona jednocześnie. Bo czytało mi się świetnie, naprawdę. Klimat, bohaterowie, dialogi, przedstawione realia – wszystko super. Po czym doszłam do zakończenia i tu zaczyna się rozczarowanie. Nie rozumiem go co – jak widziałam – dotyczy nie tylko mnie, ale przynajmniej kilkorga innych dotychczasowych czytelników. Pamiętaj, że czytelnicy nie siedzą w Twojej głowie, nie wiedzą tego, co Ty. Jeśli nie dasz im dostatecznej ilości informacji, to dupa zbita.

Raz, że nie jestem do końca pewna, co właściwie wydarzyło się w tej drugiej wiosce i czym właściwie był tłumek trupów, tudzież raczej co spowodował. I jaka była w tym rola gościa od herbatki, bo on też chyba do końca normalny nie był. Nie rozumiem, czym są czarne plamy w butli. Nie rozumiem, co stało się z Carlem, Trzy, Grzmotem i Clancym. Nie rozumiem, czym jest Stanley i co właściwie zrobił. Jeżeli Carl ma jakąś szczególną cechę, to tego również nie rozumiem.

Czegoś zabrakło, jeszcze garści informacji. Nie mówię, że wszystko ma być wytłumaczone jak trzylatkowi, ale jakoś wytłumaczone być raczej powinno. Nie chcę też, byś mi w komentarzu tłumaczył, o co chodzi. Chciałabym to wyczytać z tekstu. A nie wyczytałam. I stąd zawód. Bo choć czytało mi się wspaniale, nie mogę być na TAK w przypadku tekstu, który zakończenie ma – jak dla mnie – chaotyczne, niespójne i jakby oderwane od reszty.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

@joseheim, staję w obronie opowiadania i jego autora. To prawda, że zakończenie nie daje nam jasnych odpowiedzi. Ba! Sądzę, że dojście do pełnego wyjaśnienia może nie być możliwe. Ale! Informacji wbrew pozorom mamy sporo, choć po jednym czytaniu ciężko do nich dojść.

Zwróć jednak uwagę na następujące kwestie:

– do czego służą maszyny i na kogo/co działają.

– kim są dla Steve’a pozostali członkowie zespołu.

– dlaczego na świecie pojawiają się demony, co sprawia że stają się rzeczywiste.

– zastanów się co znaczy tytuł.

 

Więcej nie powiem, bo Skoneczny przyjdzie i mnie ubije. Zakończenie mogłoby zdradzać ciut więcej, ale autor, co podkreślał, specjalnie nie wyjaśnia zbyt dużo.

 

Swoją drogą, pytanie do Ciebie, Skoneczny: Dlaczego tytuł opowiadania tak, a nie na odwrót?

Nessekantosie, ja stanę po stronie Jose. Nie pomogłeś. To tylko rodzi kolejne pytania, wzbogaca świat, ale nie wskazuje, którą z wielu możliwości rozumienia końcówki wybrać.

Babska logika rządzi!

Bez przesady, Nessekantosie. Joseheim w punkt wyłuszczyła, co jest sporą bolączką tego opowiadania. Jeżeli któraś z kolei osoba narzeka na niejasną końcówkę, to to wina tego, że czytelnicy są idiotami, czy że finał poprowadzono nie do końca umiejętnie? ;)

 

@joseheim, epicentrum użyte metaforycznie, deklarowanie również [dokładnie znaczenie numer 2 użyte metaforycznie].

 

Czy speszenie się to “czynność gębowa”? Kurczę, no nie jestem pewien. Hmm, serio nie wiem. :|

 

Dzięki za wskazanie błędów, zaraz poprawiam yes

 

Cóż mogę rzecz? Mam nadzieję, że moje następne teksty zachwycą Cię równie mocno, braku analogicznego zawodu nie mogę obiecać, mogę tylko mieć nadzieję, że stosunek obu tych wartości okaże się kiedyś TAKowo wysoki. :[

 

@Nessekantos, dlatego że jeden z tomów Opowieści z Narnii nazywał się “Koń i jego chłopiec” :]

 

EDIT: Nessekantosie, doceniam troskę ale faktycznie, bez przesady, jak pisałem wyżej: krzesło jakie jest każdy widzi :]

No nieźle.

Świetny tekst. Oryginalny, choć oparty na inteligentnych nawiązaniach (tytuł, samotny rewolwerowiec, ciężarówka Pogromców Duchów, nawet te maszyny z czymś mi się kojarzą, tylko nie mogę sobie przypomnieć z czym), w sam raz odjechany, ze zręcznie prowadzoną narracją. Do końca kupiłeś mnie dialogiem na wysypisku – Steve i Carl mówili dokładnie to, o czym w tym momencie lektury myślałem. Końcówka rozmowy w kuchni też fajnie dwuznaczna. I ogromny plus za rolę książek – uwielbiam takie motywy.

Z technicznych spraw wyłapałem jeszcze:

oświetlały twarze mieszkańców, na których malowała się mieszanina wstydu i obawy – przy tej składni wygląda, jakby mieszanina malowała się na mieszkańcach a nie ich twarzach

Trzy, zastrzel go, pozwolił – myślnik zamiast przecinka

ortalionowy morderca bogów – fajne określenie, ale niepotrzebnie pojawia się w tekście drugi raz w niewielkiej modyfikacji

no i co Ty masz z tym “odrzucaniem” jako synonimem odpowiadania – nikt inny tak nie pisze, poznałbym Cię po tym w anonimowym tekście ;)

Końcówka nieco rozczarowała, o ile wydaje mi się, że rozumiem kim są bohaterowie i co się stało, to nie rozumiem dlaczego maszyna tym razem zadziałała w taki sposób?

Trzy, zastrzel go, pozwolił – myślnik zamiast przecinka

IMO, “pozwolił” to część wypowiedzi – tamten facet pozwolił, żeby go zastrzelić.

A co do odrzucania. Skoro można napisać “rzucił”, to czemu nie “odrzucił”? Ale fakt, rzadko spotykane.

Babska logika rządzi!

IMO, “pozwolił” to część wypowiedzi – tamten facet pozwolił, żeby go zastrzelić.

Może i tak być Finklo, może i tak być. Ale musiałem myśleć nad Twoim komentarzem pięć minut, żeby zrozumieć, kto pozwolił. Może lepiej “sam pozwolił” albo “przecież pozwolił”? Te twardzielskie gadki dla mnie czasem zbyt wyrafinowane…

@cobold, dzięki! Sprawy techniczne – klasycznie, zaraz poprawiam.

co Ty masz z tym “odrzucaniem” jako synonimem odpowiadania – nikt inny tak nie pisze, poznałbym Cię po tym w anonimowym tekście ;)

Hmm, do zapamiętania :P A jeżeli chodzi o samo odrzucanie, to właśnie wychodzę z założenia, że

Skoro można napisać “rzucił”, to czemu nie “odrzucił”?

:]

A co do Twojego pytania: kalibracja szpadla to niełatwa rzecz, a Carl wszedł na linię strzału. ;]

 

EDIT:

IMO, “pozwolił” to część wypowiedzi – tamten facet pozwolił, żeby go zastrzelić.

Sama prawda.

Te twardzielskie gadki dla mnie czasem zbyt wyrafinowane…

:-D

No nieźle.

Opowiadanie szalenie wciągające, czytało się świetnie, cały czas z ogromnym zaciekawieniem. Zgadzam się ze wszystkimi pochlebnymi opiniami wyrażonymi we wcześniejszych komentarzach, ale też przyłączam się do zdania tych czytelników, których finał pozostawił z pewnym niedosytem. Skoro jednak uznałeś, że w tej sprawie napisałeś wszystko, co miałeś do powiedzenia, przychodzi mi uszanować Twoją decyzję i pogodzić się z nią. ;)

Uwiodło mnie krnąbrne krzesło i sposób w jaki je znaleziono. ;D

Dodam jeszcze, że Demon i jego chłopiec należy do tych opowiadań, których ostatnia kropka pozostawia we mnie żal, że to już koniec.

 

Usły­sza­ła od­gło­sy kro­ków ze stro­ny wio­ski. Od­wró­ci­ła się. Pod górę na­sy­pu, w stro­nę fur­go­net­ki… – Powtórzenie.

Proponuję: Pod górę na­sy­pu, w kierunku fur­go­net­ki

 

le­d­wie wi­docz­ne spod niej je­an­sy… – …le­d­wie wi­docz­ne spod niej dżinsy

Używamy pisowni spolszczonej.

 

Trzy wie­dzia­ła, że w tych nie­przy­stęp­nych cza­sach… – Na czym polega nieprzystępność czasów?

Może miało być: Trzy wiedziała, że w tych niesprzyjających czasach…

 

Koń­ców­ka zda­nia wy­da­wa­ła się być jed­no­cze­śnie po­tęż­nym infra– i ul­tra­dź­wię­kiem… – …po­tęż­nym infra- i ul­tra­dź­wię­kiem

 

za­cho­wy­wa­ło na­miast­kę nie­gdyś gry­zą­ce­go w oczy swądu. – …za­cho­wy­wa­ło na­miast­kę nie­gdyś gry­zą­ce­go w oczy swędu.

 

Na opar­ciu krnąbr­ne­go krze­sła po­wie­szo­no wie­szak… – Nie brzmi to najlepiej.

Może: Na opar­ciu krnąbr­ne­go krze­sła umieszczono wie­szak

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy z wrażenia aż zrobiła literówkę ;D

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Istotnie.

Co świadczy tylko o tym, że jestem człowiekiem. Bogini by się to nie zdarzyło. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy, bardzo się cieszę, że przypadło do gustu. Poprawki wprowadziłem, oprócz…

Końcówka zdania wydawała się być jednocześnie potężnym infra– i ultradźwiękiem… – …potężnym infra- i ultradźwiękiem

Co tu się zmienia? :D Nie widzę różnicy pomiędzy oryginalną a proponowaną wersją.

 

EDIT: Cokolwiek zmusiło regulatorzy do zrobienia literówki, musiało mieć iście ogromną moc. Tym bardziej staram się wierzyć, że było to bezpośrednio moje opowiadanie :D

No nieźle.

Różnią się dywizem i półpauzą, czyli rodzajem kreseczki.

Babska logika rządzi!

o____O

 

Ok… :D

 

EDIT:

Co świadczy tylko o tym, że jestem człowiekiem. Bogini by się to nie zdarzyło. ;D

Ta, jasne. Powiedziała osoba poprawiająca dywiz na półpauzę. Na moim monitorze o dosyć popsutej rozdzielczości ta różnica nawet nie istnieje. :D

 

O____o

No nieźle.

EDIT: Cokolwiek zmusiło regulatorzy do zrobienia literówki, musiało mieć iście ogromną moc. Tym bardziej staram się wierzyć, że było to bezpośrednio moje opowiadanie :D

Istotnie, moc miało nieziemską. ;D

 

Ta, jasne. Powiedziała osoba poprawiająca dywiz na półpauzę.

A należało odwrotnie – zmienić dłuższe na krótsze, czyli półpauzę na dywiz. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Abstrahując od tematów egzystencjalno-zecerskich, intryguje mnie jeszcze jedno pytanie: Kto wystrzelił flarę z miasteczka Zaka?

O, dobre pytanie, miałem nadzieję, że ktoś na to zwróci uwagę. Napiszę Ci we wiadomości. :D

No nieźle.

Oryginalna to ja z tym komentarzem nie będę, ale skomentować muszę, nie ma opcji ;)

 

Dialogi, dialogi są świetne. Zastanawiałam się, czy na początku napisać o dialogach, czy o postaciach albo klimacie, ale naprawdę dobre elementy tego opowiadania mogłabym wymieniać bardzo długo, więc już przejdę do dialogów. Takie naturalne, niby oderwane od rzeczywistości, a z drugiej strony zupełnie zwyczajne, szczere. A postać Carla na plus chociażby za to, że jego imię mogło padać w dialogach :) Od razu skojarzyły mi się z memy z Carlem ;) I zgodzę się z Naz co do dobrego wykorzystania go w celu przedstawienia informacji o świecie :)

 

Bohaterowie z ogromną łatwością zaskarbili sobie moją sympatię :) Ot, na przykład samą taką błahostką jak imię Trzy. Albo te trampki Clancy’ego. A zaniepokojenie Zaka przedstawione w taki nienachalny, ale oczywisty sposób :) I te ostatnie słowa padające przy herbatce, też takie, ekhm, oczywiste, czy tylko sobie dorabiam własną teorię? ;)

 

Przechodzę do dalszego słodzenia, tym razem o śmietankowym klimacie ;) Chociaż przy

Tu-dududu-dudu-du! miałam w głowie Seven Nation Army, ale u mnie nigdy nie jeździła lodziarka Family Frost, więc to pewnie dlatego :(

 

Jeszcze te Maszyny i alfabet od tyłu, wszystko pięknie ;) Nie ma do czego się przyczepić. Mogę ewentualnie ponarzekać na trochę niejasności w końcówce, chociaż to nie jest takie złe… A kto wysłał flarę, to mogę tylko snuć domysły :(

 

 

 

 

Nie wiem sam, co mi się marzy, jaka z gwiazd nade mną świeci - J.Kaczmarski

Tu-dududu-dudu-du! miałam w głowie Seven Nation Army

Ej, faktycznie pasuje. Nad opowiadaniem podlinkowałem dźwięk Family Frost, tutaj też dorzucę, może ktoś jeszcze nie zauważy.

Cieszę się, że się spodobało yes

No nieźle.

Nie musiałeś linkować dźwięku Family Frost. To dżingiel doskonały: irytuje do granic absurdu i tak wżera się w mózg, że prędzej zapomnisz jak się jeździ na rowerze, niż tę prostą melodyjkę.

 

Jeśli chodzi o Twój tekst, to początek to petarda. Potem też było wcale nie gorzej ;)

Powtórzenia w dialogach są udanym zabiegiem. Momentami używałeś ich blisko przesady, ale moim zdaniem nie przesadziłeś. Moja sympatia do całej kompanii po rozmowie w furgonetce bardzo wzrosła. Świetna gromada: Steve, Clancy, Grzmot i Trinity (eee… znaczy Trzy).

Poza tym świetnie budujesz napięcie i operujesz tajemnicą. Twoja proza przypomina mi styl Stephena Kinga. Rzuca on też różne szczegóły (np. wspomniany przez MrBrightside napis na trampkach) dla uwiarygodnienia historii. Detale te składają się potem na obraz przedstawionego świata. Można dyskutować, czy w krótkich tekstach powinno to mieć miejsce, ale w Twoim mnie to nie przeszkadzało, bo przedstawiony przez Ciebie świat jawi mi się właśnie jako postapokaliptyczny śmietnik nieistotnych szczegółów, zlepek niepasujących detali minionego świata.

 

"Spetryfikowane kobiety", "spetryfikowani mężczyźni", "spetryfikowana grupka", "spetryfikowane postaci". Przy tekście na 4k znaków uważałbym, bo można by pomyśleć, że co tysiąc znaków jakaś mroczna siła nakazuje Ci używać słowa "petryfikacja” ;)

 

Gorzka końcówka; moim (i z tego co widzę nie tylko moim) zdaniem mogła by być bardziej klarowna. W jednym z końcowych zdań przypomniałbym czytelnikowi tytuł opowiadania, bo (jeśli dobrze zrozumiałem, to teraz będzie ***spojler***) nazywasz nim wprost jednego z bohaterów (***end of spojler***, jeśli był to spojler).

“Koń i jego chłopiec” – to jeden z tomów “Opowieści z Narnii” C. S Lewisa. Pomysł na przewrotność tytułu ta sama.

 

Dzięki, zapaliłeś mnie tym tekstem. Jest naprawdę świetny.

Wg mnie do Seven Nations Army brakowałoby jednego “du” ; ).

 

Cóż mogę napisać… Ten tekst jest moim majowym faworytem. Bardzo lubię motyw powoływania ludzi wyobraźnią do życia i Demon od razu wywołał skojarzenia z Kolistymi Ruinami Borgesa i z moimi własnymi literackimi marzeniami, które czekają na realizację : ). 

Urzekł mnie świat przedstawiony, wciągnęły dialogi*, nieśmiertelny motyw podróży. Nie przepadam za postapo, ale w takim ujęciu mógłbym je czytać. W ogóle spojrzenie na apokalipsę jako zburzenie dominującego paradygmatu i nadanie ludziom mocy wyobrażania sobie rzeczywistości wydaje mi się intrygujące i oryginalne.  

Podobało mi się, że opowiadanie nie jest łopatologiczne. Jak widać po lekturze komentarzy, nie obyło się bez problemów z odczytaniem utworu zgodnie z intencjami autora, ale to nie zmienia faktu, że wskazówki interpretacyjne były na swoim miejscu. Jeśli miałbym zasugerować zmianę na lepsze, myślę, że tekstowi nie zaszkodziłaby… szczypta łopatologii ;D.  

 

*

– Nie chcę widzieć jak ludzie umierają.

Szary parsknął.

– A próbowałeś zamknąć oczy?

Świetne.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Kilka dni biłam się z myślami o ten tekst. A to w sumie znaczy, że zapadł mi w pamięć. 

Oczywiście zaskoczyła mnie końcówka, nad którą dumałam najbardziej. I doszłam do wniosku, że w stworzonym przez Ciebie świecie jest ona idealna.  

Podobały mi się dialogi, podobała mi się scena z żądaniem papieru i wyjaśnienie – co za papier i po co. I to oburzenie, że dostali stos czystych zeszytów. 

Jedyną rzeczą, której nie odgadłam, i która mnie trochę uwiera, jest pytanie – kto zapalił flarę w ostatniej wiosce? 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

@Nimrod,

postapokaliptyczny śmietnik nieistotnych szczegółów, zlepek niepasujących detali minionego świata

To jest dokładnie efekt, który chciałem osiągnąć, wygląda na to, że wizja, która malowała się w Twojej głowie podczas czytania była mocno zbieżna z moją, cieszę się, że udało mi się taki efekt osiągnąć. 

Powtórzenia petryfikacji nie zauważyłem, zaraz spróbuję coś z tym zrobić. Jeśli chodzi o Narnię, to pisałem wyżej, że tytuł jest właśnie zapożyczeniem stamtąd właśnie.

 

@Nevaz, hmm, czyli z jednej strony dobrze, że nie było łopatologii [był za to szpadel], a z drugiej jednak mogłaby być? :D W sumie to rozumiem. 

 

@śniąca, w wiosce nie było zbyt wielu decyzyjnych osób. Albo nawet prawie żadnej, a niektórych z bohaterów spokojnie można posądzić o… Pewną niekonsekwencję w swoich zachowaniach ;] Tak odpowiem :]

 

Powyższym dzięki za lekturę i za komentarze! :D

 

No nieźle.

Myślę po prostu, że gdybyś tu lub tam wplótł jeszcze jakąś podpowiedź dla czytelnika, to tekst by na tym znacząco nie ucierpiał, a zrobiłoby się trochę przejrzyściej.

A tak poza tym, to podoba mi się, że głównym antagonistą głównego bohatera okazuje się lęk przed samotnością w tym zwariowanym świecie po. To bardzo ludzkie. 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Tak, tak, odrobinkę łopatologii więcej i byłoby idealnie. Nie musi być dużo, ale cholera, no rzeczywiście trochę to uwiera, że na koniec nie wiem, czy rozumiem dobrze, bo coś tam, mi się mglisto skleja, czy jednak tracę dużo większe fajerwerki. I choć to zawsze może być winą po prostu inteligencji czytelnika, to chyba mało kto lubi myśleć, że coś z nią ma nie tak ;)

W każdym razie, nawet jeśli rozumiem końcówkę po swojemu i nie mam stu procent pewności, że dobrze, to i tak bardzo mi się ten tekst podobał. Z pewnością jego siła są bohaterowie, ich relacje, świetne dialogi i generalnie nietuzinkowy pomysł na postapokaliptyczny świat. No i jeszcze to, o czym wspomniał powyżej Nevaz. Niby jest absurdalnie, ale tak naprawdę tekst dotyka rzeczy bardzo ludzkich i prawdziwych.

No, bardzo mnie cieszą interpretacje całości zbieżne z tym, co chciałem przekazać, fajnie, fajnie :]

@Werwena, czy czasem nie jest tak, że sama podróż jest ważniejsza od celu? Nie miałem przecież zamiaru niczyjej czytelniczej inteligencji umniejszać, ani siebie wywyższać i przyznam, że jaśniejsze zakończenie mogłoby tekstowi pod pewnym względem wyjść na dobre, ale coś mi się tak wydaję, że wtedy nie zostałby on w Waszych głowach na tak długo ;] Chyba od tego, że wszyscy doszliby interpretacją tam, gdzie powinni bardziej podoba mi się to, że poszli gdziekolwiek. Jeśli miałbym coś rozjaśniać, to dosłownie CIUT, włożyłbym w tekst niedużo więcej niż to, co napisałem łącznie w poprzednich komentarzach, podkreśliłbym pewne rzeczy, które już tam są.

Aaaaale… Chyba nie będę. :D

No nieźle.

Właśnie o takie ciut mi chodziło. Bo jak dla mnie I tak jest zacnie.

Pojechałeś po bandzie. Prawie aż do końca byłam na nie, dopiero po komentarzu Nevaza zrozumiałam, o co tu chodzi. Może nawet przyczyniło się do tego motto tekstu Jacka001. Fart. Może następnym razem nie licz na niego i zamieść trochę więcej podpowiedzi? Bo wcześniej zakładałam, że ktoś tam jest demonem, ale cholera, nie bardzo wiadomo kto. Każdy miał jakieś przesłanki, jednak słabe.

Bardzo ciekawy tekst, czytało się świetnie, aż do końcówki, która zostawiła mnie z WTF. W końcu ktoś inny podsunął mi wyjaśnienie pasujące do wszystkiego, ale sama na nie nie wpadłam. A to nie poprawia czytelniczego humoru.

Byłam na TAK.

Babska logika rządzi!

Bardzo fajne :)

Skoneczny, wkurzyłeś mnie. I to srogo. Tak, finałem. Bo czuję się trochę jak bohater tego kawału o burdelu u zakonnic.

I nie chodzi tylko o to, że generalnie nie rozumiem. Bo rozumiem. A przyjaciółka tylko mnie w tym zrozumieniu utwierdziła. I cholernie, ale to cholernie nie podoba mi się to, co rozumiem. Nie znoszę takich rozwiązań. Za łatwo, za prosto, zbyt deusexowo. Dlatego wolałbym wierzyć, że jednak nie rozumiem i cieszyć się w skrytości ducha, że inne zebrane tu osoby, co do inteligencji których żywię ogrom szacunku, są równie nieporadne wobec tego tekstu, jak ja.

Najgorsze, że gdyby nie wzmiankowana przyjaciółka, mógłbym sobie pozwolić na wiarę w tę moją błędność. Mnogość niejasności jest bowiem tak ogromna, że moja interpretacja tekstu, oparta na teoretycznym rozumieniu tylko niektórych spośród nich, niemal na pewno powinna być błędna. Albo raczej: niepełna. Tak czy inaczej wkurzająca opcja, zwłaszcza że opowiadanie jako takie jest naprawdę dojebane. Kilka razy podczas lektury przez myśl przeszło mi: kurna, czytałbym to na papirusie.

Generalnie poza, moim zdaniem, skopanym zakończeniem (co wynika nie tylko z chaosu informacyjnego, ale też i narracyjnego – od momentu, gdy Szary zaczął gadać o odliczaniu, ni cholery nie szło się połapać w tym, co się dzieje, jak i dlaczego) i może trochę niejasnościami świata przedstawionego – co to za postapo, skąd się wzięła magia i demony, CZEMU, DO CHOLERY, TEN TEKST JEST OZNACZONY JAKO SCIE-FI? – których nie broni nawet otoczka absurdu, normalnie klasa. I tu wybierz sobie po kilka dowolnie zapisanych superlatyw z komentarzy tych, którzy mnie w czytaniu ubiegli, a których ja nie powtórzę, by czasem nie stały się frazesami.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Bardzo dobry tekst. Fajna scena otwarcia, choć same pierwsze zdania nudne. Plus za tytuł nawiązujący do Opowieści z Narnii. Świetne dialogi – szczególnie to tłumaczenie wszystkiego Carlowi (też zauważyłem, że wepchnięty, by łatwiej wyjaśnić część rzeczy) w czasie jazdy furgonetką. Plus za elementy humorystyczne, plus za spory powiew oryginalności. Znalazło się trochę tych plusów ;)

Minusy? Musiałbym wymyślać na siłę, ale przeczytałem z prawdziwą przyjemnością, więc nie będę. Zgrzytały jedynie kwestie techniczne. Parę przykładów:

– Uhuhu, szlachetny, altruistyczny bohater – odezwał się Steve. – Miałem nadzieję, że wymarli.

Zgrzyt. Najpierw liczba pojedyncza, potem mnoga. Bohater – wymarli. Przydałoby się tutaj jedno słowo “Miałem nadzieję, że tacy wymarli”. Ogólnie w wielu miejscach zgrzyty były kwestią słowa: czy to jakieś by się przydało, czy to jakieś było niepotrzebne, czy to dziwny szyk, jak np. tu:

Mieszkańcy wioski wczoraj obiecywali miejsca do spania, ale z osady dobiegały teraz odgłosy kłótni.

Moim zdaniem naturalnie brzmiałoby “…ale teraz z osady dobiegały odgłosy kłótni”. Twój krzyk burzy rytm. 

– Wątpię! – odrzuciła szybko, wodząc lufą glocka za jego głową.

Pamiętam, że przy “Empacie” też kombinowałeś z dziwnymi didaskaliami. Jasne, styl, ale tutaj słowo odrzuciła początkowo odebrałem dosłownie w kontekście odrzucenia broni. Więc o ile w innej sytuacji, można to uznać za element stylu, to tutaj… strzał w stopę. 

Steve rozsunął suwak dresu

Na oparciu krnąbrnego krzesła powieszono wieszak

W obu przypadkach głupio to brzmi. 

W paru sytuacjach przydałoby się też zastąpić przecinek kropką. 

Więcej grzechów nie pamiętam, a na pewno nie chce mi się przypominać. 

Co do zakończenia… Czytałem w skupieniu, bo wiedziałem tylko tyle o tekście, że jest dobry i ma niezrozumiałe zakończenie. Pamiętałem o tytule. I chyba jakoś zrozumiałem. Częściowo się nawet domyśliłem. Komentarze mniej więcej mnie w tym utwierdzają, choć szkoda, że nie napisałeś ostatecznie, co miałeś na myśli. Myślę, że to byłoby pouczające i dla Ciebie, i czytelników. 

Przeczytałam i fantastycznie się bawiłam podczas czytania (humor, dialogi, opisy, to wszystko jest kapitalnie wymyślone, a procesy łapania demonów to cudo) aż do zakończenia. Bez czytania komentarzy poszłam spać i wstałam z kilkoma teoriami, przeczytałam tekst jeszcze raz, sprawdziłam komentarze, a tu cisza – żadnych wyjaśnień, żadnych podpowiedzi. Trochę jestem zaskoczona, że tekst, który zebrał tyle krytyki za niejasność dostał piórko. Jak widać po komentarzach nawet ci, co myślą, że zrozumieli, nie są specjalnie tego pewni.

To teraz tak – gdzie się zgłosić po łopatologiczne wyjaśnienie zakończenia?

Ciekawy tekst. Oczekiwania miałem spore i w sumie się nie zawiodłem – trzymasz uwagę czytelnika od pierwszych akapitów, a lekki, dowcipny styl (rzekłbym wręcz, że momentami kreskówkowy, np. trójgłowy osioł :D ) oraz sporo dobrych dialogów sprawiają, że przez opowiadanie płynie się szybko i przyjemnie.

Postaci fajne i ciekawe, wyjątkiem Carl, który jak dla mnie przyłączył się do ekipy zbyt nagle i jakby bez sensu. Co zmotywowało Steve’a do tego ruchu?

Dodatkowy plus za Family Frost – melodyjkę miałem w głowie i cóż… dobrze ją kojarzę :D

Pomysł na świat niebanalny, worldbuilding konsekwentny, choć sam motyw, że na świecie powstaje to, o czym ludzie myślą, co wymodlą… Czytałeś Pokój Światów Majki? Tam jest naprawdę bardzo podobnie… :/

Jakbym miał doszukiwać minusów, to należy do nich z pewnością ten nieszczęsny Carl i, ewentualnie, opisy. Ten pierwszy, dotyczący Maszyny, zdaje mi się zbyt szczegółowy, następne są natomiast szczątkowe. Dopiero śmietnisko wypadło lepiej. Z drugiej strony, to trochę naciągane zarzuty, bo zamiast lokacji skupiasz się na innych, skutecznie budujących immersję, elementach. Efekt, sam już wiesz, jaki jest – bardzo dobry.

 

Zakończenie… Komentarze przeskanowałem i chyba zostało uznane za raczej niezrozumiałe. To w sumie ciekawe, bo zazwyczaj ja jestem pierwszy z takimi zarzutami, a tym razem… zdaje mi się, że coś pojąłem. Że cała ekipa Steve’a jest jest jego własnym wytworem, nielogicznością, a ten demon, potrafił ich przywrócić, sprawić, że Szary znów będzie tkwił w swojej wygodnej iluzji.

A flarę wystrzelił Zak? Bo ta końcowa scena z tłumem, która akurat i dla mnie jest tajemnicza, wskazywała, że był jednak ofiarą…

 

Tyle od Counta. Tekst w każdym razie nieprzeciętny, warto przeczytać. Srebrnego piórka pewnie nie będzie, ale masz w ramach nagrody pocieszenia 80 primapunktów :D

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

No, dałeś czadu. Jedno z najlepszych opowiadań, jakie ostatnio miałam okazję czytać. Jako że zabrałam się za nie trochę późno, pozostaje mi właściwie potwierdzić zachwyty przedpiściów. Wielkie plusy za oryginalność, niezastąpiony klimat, zabawę gatunkami, dialogi, lekkość i humor, idealną dawkę absurdu (mimo że absurdu z założenia nie lubię, krnąbrne krzesło i cała reszta nie mogła mnie nie kupić ;)), ciekawe postaci (oprócz Carla, też miałam wrażenie, że wciśnięty na siłę).

 

Twist z tłumem mi się podobał, nie spodziewałam się (w ogóle fajnie wyszedł obraz tej wioski). A co do zakończenia właściwego – że pozwolę to sobie tak nazwać – hmm… Sądząc po komentarzach, instynktownie od razu zrozumiałam je dobrze, chociaż i tak miałam potem wątpliwości. Do tej pory wydaje mi się, że nie wszystkie szczegóły są jasne i zgadzam się, że mógłbyś dać więcej wskazówek, ale na moją ocenę to nie wpływa. Ogólnie tekst świetny. 

Nowa Fantastyka