- Opowiadanie: PożeraczBułek - W przyrodzie nic nie ginie

W przyrodzie nic nie ginie

Rodzinna historia z pogranicza horroru, z tragedią w tle. A skoro mowa o rodzinie, tragedii i horrorze, to nie mogło zabraknąć teściowej...

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Nighter6, regulatorzy, Użytkownicy

Oceny

W przyrodzie nic nie ginie

Józef polerował cholewkę czarnego trzewika i rozmyślał. Pomieszało się na tym świecie, kiedy na niebie pojawiła się Szczelina. Tak to jeszcze nigdy nie było. Wszystko, co żywe po prostu oczadziało, jakby matce naturze rozum odjęło. Rośliny i zwierzęta zaczęły krzyżować się między gatunkami. A były i takie, co rodziły się niepełne, wybrakowane, jakby ktoś na siłę próbował obsiać jednym workiem ziarna wielkie pole.

– A niech mnie! A to co, do diabła? – wyszeptał, zauważywszy obcą, jakby wymiętą kurę spacerującą dookoła jego studni. Niby kwoka jak kwoka, ale kiedy się jej dobrze przyjrzeć, była o dobre dwadzieścia centymetrów krótsza niż powinna – tam, gdzie kończyło się jej skrzydło, prostym, gładkim cięciem kończyła się też kura. Kupra brak. Józef splunął i odwrócił się plecami do studni. Szczelina była. Trudno, co się stało, to się nie odstanie. Ale on nie ma zamiaru zachwycać się tą nową, spaczoną różnorodnością. Wrócił do swojego zajęcia – Siedział przy stole wystawionym przed chałupą i czyścił dziecięce buty. Od kilku godzin szóstka jego smarkaczy za wzgórzem zrywała maliny. Puścił je na boso, żeby zdążyć wyczyścić trzewiki przed jutrzejszym jarmarkiem.

– A tu przylazła! – Wyrwało go z zadumy. Krzycho, sąsiad zza między, przewiesił się przez płot i obserwował półkurę niezdarnie próbującą grzebać w ziemi. Co podniosła grapeć, żeby nim nieco pogrzebać, to traciła równowagę i gibała się na boki jak potrącona butelka.

– Zabieraj mi stąd to dziwadło – odburknął Józef.

– A co ci przeszkadza? Robali jej żałujesz? – zapytał Krzycho.

– Robali jej nie liczę, ale uciętym kuprem w oczy mnie razi. Nie chcę wiedzieć którędy toto jajka znosi. Po coś tu zaglądnął?

– Interes jest. Świniaka ubiliśmy. Nie chcesz przetworów? Za mąkę wymienię.

– Przetworów? Nie, ale mogę pół prosiaka w całości od ciebie kupić.

– No w całości to nie bardzo – zasępił się Krzycho.

– Aha, „nie bardzo”? – Józef uśmiechnął się złośliwie. – To ja już wiem, co to za prosiak był…

– No nie przesadzaj… Prosiak jest prosiak, dopóty wieprzem smakuje.

– Krzycho, nie gniewaj się, ale nie dałbym swojemu dziecku do jedzenia kotleta ze świni, która nie wyglądała jak świnia.

– Takie czasy, Józef, takie czasy… A znowuż aż takim mieszańcem nie była. Powiem ci, że jak świnia wyglądała! Ba! Nawet z przodu wyglądała jak dwie świnie, mimo że zad jeden tylko miała! – Zaśmiał się rubasznie – I droga w utrzymaniu, bo za dwie żarła. Dwoma ryjami żarcie mieliła! – Krzycho wybuchnął śmiechem. Józef aż się wzdrygnął, bo czego jak czego, ale wyobraźni natura mu nie poskąpiła. – Gdzie masz Petrę? – Krzycho zmienił temat.

– Maliny zrywa. Żem jej kazał poodpoczywać przy pracach polowych, bo narzeka, że przemęczona i w lędźwiach ją coś kłuje. Dzisiaj prała i takie miny robiła, jakby zaraz miała nam zejść przy tej bali. A bez niej zginęlibyśmy z głodu i brudu – powtórzył zdanie wypowiadane przez Petrę przynajmniej tuzin razy dziennie. Przy żonie sarkał na te frazesy, jednak w głębi duszy przyznać musiał, że to była święta prawda. Poza tym, mimo kilku wad: zrzędliwego charakteru i uroku wyjątkowo poszczędzonego przez naturę (najwyraźniej na rzecz tuszy), musiał przyznać, że Petra była kobietą jego życia.

– A dzieciarnia? – zapytał Krzycho.

– Też na malinach. Już parę wiader mają.

– Ech… Józef, Józef… Moją kiełbasą z wieprzka gardzisz, a twoje maliny, niby że lepsze? Myślisz, że to normalne, by garściami je z krzaków zrywać? Bo ja coś ci powiem: zanim to wariactwo się zaczęło, to godzinę żem jedną kobiałkę ciułał. A teraz puścisz stado swoich chmyzów na te kilka, pożal się Boże, krzaków i w godzinę nazbierają ci wiadro, czy półtora. I to według ciebie normalne jest? Ja ci coś powiem, Józef: i ty, i ja, i nasza dzieciarnia, i nasze żony, ba! I nawet kochanka moja! – wszyscy my, jedząc rośliny z naszych pól i ubijając zwierzęta z naszych zagród… Wszyscy! Truciznę w małych dawkach sobie podajemy! I nic z tym nie zrobisz. Tak jest i z tym pogodzić się trzeba! A narzekania sobie odpuść, bo człowiekowi nie pomogą, a tylko ciężej na duszy od ich słuchania.

Józef uśmiechnął się półgębkiem, przypominając sobie wczorajsze ognisko. Miało być miło, a baby uderzyły w lament i skończyło się na zbiorowym płaczu nad losem tychże bab i rzekomą rychłą śmiercią ich dzieci. Jakoś chłopów w tej wyliczance zawsze pomijano. Rzeczywiście, zaraz po tym, kiedy pojawiła się Szczelina, ludzie padali jak muchy. Teraz żyło się dłużej, ale widmo śmierci wisiało w powietrzu. Józef pocieszał się, że jego rodzina piła takie ilości wywaru z czeremchy, niedźwiedziego sadła i malinowych trufli, że nie było się czym martwić jeszcze przez dobre dwadzieścia lat. Napój to dobry, sprawdzony przepis, wymyślony przez matkę Józefa, kiedy jeszcze była człowiekiem. Był gorzki, przeraźliwie tłusty i mdlący, w dodatku ciążył w żołądku jak kawał cegły. Niegdyś matka wlewała go w Józefa na siłę w takiej ilości, że wył wniebogłosy jak małe dziecko, krztusił się własnymi smarkami, a potem w mękach przełykał kolejną szklankę. Dzięki temu ocalał. Wielu jego kolegów zmarło w pierwszych dniach. Jak już wieść się rozniosła, napój sporządzano we wszystkich domach i zaczęto go pijać codziennie, do jedzenia. Cały czas był tak przeraźliwie obrzydliwy, jak z początku, ale poza tym, że utuczył nawet najchudsze dzieci we wsi, nie miał żadnych skutków ubocznych. Dzisiaj można było orzec, że większości gwarantował dożycie wieku średniego albo wczesnej starości. Później pojawiały się defekty. Z początku nic wielkiego – jakieś plamy na ciele. Potem plątał się język, występowały lekkie niedowłady. A jeszcze dalej nie było żadnej reguły – mogło się przydarzyć wszystko. Mężczyzna z sąsiedniej wioski, dajmy na to, zaczął pleśnieć jak obita gruszka. Siostrze Józefa z dnia na dzień spuchła szyja do rozmiarów pnia słusznego drzewa. Nic nie mogła przełknąć. Nie wiadomo, czy zmarła z pragnienia, czy jednak się udusiła. O matce Józefa grzech wspominać. Właśnie dlatego większość, kiedy czuła, że już czas, po raz ostatni zdejmowała buty, kładła się w wykrochmalonej pościeli, w swoim własnym łóżku i upijała niewielki łyczek innego słynnego napoju – z liści konwalii. Szybka, łagodna śmierć. Niemal z uśmiechem na ustach.  

– Czego tak się śmiejesz, Józwa? Rozmowny to ty dzisiaj nie jesteś. – Krzycho ponownie wyrwał go z zamyślenia.

– Daruj… Co u ciebie słychać?

– Mój brat wczoraj powrócił. Dlatego świniobicie zrobilim.

– Taaak? I jak tam brat?

– Na wschodzie jest tak samo.

– Psia mać! – Józef udał zaskoczenie.

– Mówi, że zimniej jeno trochę, zwierz nieco inny, ale nadal… no wiesz… wymięte wszystko… Może gdyby się tak statkiem zapuścili na nowe lądy. Może wtedy… Józef. Kurka, jakby to powiedzieć… Boję się, co dalej… Bo nikt nie wie, jak długo jeszcze bę… Co ty do diabła robisz?!

Józef właśnie kładł wyczyszczony bucik swojego najmłodszego syna na stole, żeby zabrać się za drugi od pary.

– Buty czyszczę – odparł beznamiętnie.

– Nie kładź butów na stole. Buty na stole zwiastują nieszczęście! – wrzasnął Krzychu. Józef demonstracyjnie przesunął trzewik na środek. Nikt nie będzie mu rządzić. Krzycho uznał to za koniec rozmowy. Przeskoczył przez płot i powoli zaczął zachodzić swoją półkurę od tyłu. W tym samym momencie usłyszeli odległy pisk. Józef zastygł na chwilę, a potem wrócił do pracy myśląc, że Petra pewnie znowu natknęła się na jakiegoś nowego mieszańca. Zaniepokoił się dopiero wówczas, gdy usłyszał, jak w jego stronę biegną dzieci. Wstał powoli, wciąż trzymając brudną szmatę w ręce, i uważnie obserwował dwójkę swoich chłopców. Mogło chodzić o byle bzdurę. O nową norę kretoszczura. O larwy w malinach. O zgubiony worek. O jakąś pierdołę…

– Tata… Mmmama! – zawył rozpaczliwie młodszy. Starszy, biały jak kreda z rozdziawioną buzią, wskazywał palcem wzgórze, za którym był maliniak. Józef rzucił się pędem. Krzycho pobiegł za nim. 

To trwało może piętnaście sekund. Piętnaście sekund, zanim wszystko stało się jasne. Wystarczył mu tylko szloch Ivy układający się w dwa rozmyte spazmem wyrazy: „wąż”, „żmija”, żeby zrozumieć, co się stało. Petra leżała nieruchoma, sztywna i nienaturalnie powykrzywiana. Biało-sina z niebieskimi ustami i otwartymi oczami. Źrenice zmętniałe i małe jak łepki od szpilek. Wyglądała, jakby nie żyła od dobrych kilkunastu dni. Mały Kasper, zanim ktoś mu kazał, sam pobiegł po miejscowego znachora. Józef stał niemy nad żoną. Przeraził się. Bał się dotknąć. Nie wyglądała jak Petra, tylko jak napuchnięta od wody topielica z rozdętymi kończynami i rysami twarzy wypchniętymi od środka przez wodę. Dzieci kuliły się za nim. Krzycho nawet nie podszedł, stał kilka metrów dalej. Cisza. Iva przestała pochlipywać. Znachor przybiegł boso niespodziewanie szybko. Nawet się dobrze nie schylił, zanim powiedział to, czego Józef się domyślił.

– Żmija z trupim jadem.

To zdanie zabrzmiało sucho, konkretnie i ostatecznie. Stali skamieniali nie nad rannym człowiekiem, tylko nad rozkładającym się trupem. W końcu znachor się odezwał i Józef, słysząc jego rozkazujący ton, poczuł nagły przypływ nadziei.

– Dzieci, idźcie do mojej żony i powiedzcie, że kazałem, by dała wam po pustej kance i po łyżce zielonego syropu dla każdego. Wydójcie moje krowy i przynieście mleko tutaj do chałupy. Jak najwięcej.

Dzieci nie ruszały się. W końcu znachor ofuknął je jakimś przekleństwem, zerwały się jak stado szpakoszarańczy i puściły się biegiem, potykając się o własne nogi.

Józef spojrzał na znachora pytająco. Ten odczekał, aż kroki dzieci ucichną.

– To tylko po to, żeby ich tu nie było w tym momencie. Józef, ona nie żyje. Nie dotykaj jej, jej ciało już jest w rozkładzie.

*

Józef ogłupiał. Nie pamiętał, jak trafił z powrotem do chałupy. Nie pamiętał, skąd w domu wzięły się baby ze wsi. Ktoś wziął go pod rękę i wyprowadził z izby na dwór. Szedł posłusznie jak cielę na rzeź, posadzono go przy studni. Z daleka gapił się w okno, za którym rozgrywały się sceny jak z jakiegoś ponurego teatrzyku. Stary Seweryn wyciągnął drzwi od chałupy z zawiasów i zaniósł je na malinowe pole. Wrócił za chwilę razem z synami, niosąc Petrę na drzwiach, wysoko nad głową Józefa, by przypadkiem nie oglądał żony z bliska. Chłopy położyli drzwi na stole, który wniesiono do izby. Tym samym, przy którym jeszcze godzinę temu Józef czyścił buty. Nie-jego Petra wyglądała jak sztywna kukła. Kobiety rozbierały ją, skostniałą, nabrzmiałą i białą jak posąg dłońmi owiniętymi w worki. Myły ją grubymi, szarymi ścierami i ubierały z powrotem w najlepszą, białą suknię, która na opuchniętym, sinym ciele wyglądała groteskowo. Odmieniona Petra nie wyglądała jak ktoś znajomy. Dzieci nie wróciły od znachora. Józef z nienaturalnym spokojem analizował czynności, które wykonywały kobiety przy jego żonie. Jakie to wszystko było dziwne… Nigdy by nie przypuszczał, że po śmierci trzeba z człowiekiem zrobić aż tyle rzeczy. Włosy. Dużo oleju różanego. Stopy oczywiście. Buty… nie mieszczą się na stopy. Heh… buty na stole.

– Józef…

Dopiero teraz zauważył, że stoi nad nim sąsiad.

– Ją trzeba pochować jeszcze dzisiaj – powiedział Krzycho.

Józef bardzo chciał trzeźwo odpowiedzieć. Może coś o tradycyjnych dwóch dniach od śmierci do pogrzebu albo coś o miejscu pochówku, ale zaschło mu w ustach. Zamiast tego wychrypiał:

– Jutro…

– Józef… Dzisiaj. Pamiętaj, co się stało z twoją mam…

– Jutro mówię!!!

– Dobrze. Z samego rana – ugiął się Krzycho. – Załatwię trumnę u stolarza.

Skinięcie głową.

– Józwa, dzieci są u Poldka. Niech zostaną u niego do pogrzebu. – Po chwili dodał już bardziej do siebie – …albo nawet i po.

Krzycho odszedł, zostawiając sąsiada opartego o studnię, bezwolnego jak strach na wróble. Józef odwrócił wzrok od prób wbicia stóp Petry w jej białe, odświętne buty. Zamiast tego zajął się obserwowaniem ptactwa domowego przechadzającego się po podwórku. Była wśród nich półkura sąsiada, która z zapalczywością dziobała drewniane drzwi w ziemi, z boku chaty, prowadzące do nieużywanej ziemianki. Dziobała je sztywno, głośno i miarowo jak dzięcioł. Nawet jak na mieszańca, to było dziwne. Po chwili do Józefa dotarło: drzwi chciały, by je otwarto. Po raz pierwszy od siedmiu lat. Razem z tą myślą krew uderzyła mu do skroni. Na powrót zapulsowało w nim przygaszone życie. Wracały kolory na twarz. Wzrok przestawał być błędny. Z każdą minutą zgarbiona sylwetka Józefa stawała się coraz bardziej wyprostowana. Zawsze tak miał, kiedy trzeba było działać. A teraz właśnie trzeba było… i to szybko.

*

Poczekał, aż całkowicie się ściemni. Nikt w tych stronach nie przebywał w obcym domu po zmroku. Zwłaszcza z trupem. O dziesiątej został sam z ciałem Petry. Leżała na stole, na drzwiach od chałupy. Za jej głową paliły się trzy oliwne lampki – i to tyle, jeśli chodzi o pogrzebowe symbole. Józef był z tego rad – jeszcze nie wszystko przesądzone. Po chwili zastanowienia ściągnął ciało Petry z drzwi, położył je na podłodze, a potem wstawił drzwi z powrotem we framugę. Tej nocy dom powinien być zamknięty. Nikomu nic do tego, co się tutaj wydarzy. Położył Petrę z powrotem na stole. I tak go zhebluje, kiedy to wszystko się skończy. Chlusnął sobie w twarz zimną wodą z mydłem, w której kilka godzin temu Petra robiła pranie. Nikt do tej pory jej nie wylał, stała w kącie izby. Potem przyszło mu do głowy, że mogła dzisiaj służyć jeszcze innym celom. Przeszedł go dreszcz obrzydzenia i wyszedł, by obmyć twarz w beczce z wodą, znajdującej się na zewnątrz. Wrócił do środka, zapalił lampę naftową, spod luźnej klepki w podłodze wyciągnął żeliwny klucz i wyszedł. Nie odszedł daleko. Przystanął z boku chaty, przy wejściu do ziemianki. Zamek w zmurszałych drzwiach zardzewiał, więc przez chwilę siłował się z kluczem. Wreszcie, kiedy udało mu się otworzyć, wyprostował się i wciągnął w płuca kilka haustów wieczornego, letniego powietrza. Bał się wejść. Nie chciał nawet myśleć o tym, co zastanie w środku. W końcu się przemógł. Skoro już wcześniej podjął decyzję, nie było się nad czym zastanawiać. Z impetem otworzył ziemiankę i niemal wtargnął do środka.

– Matko ty, i córko! – zaskrzypiał głos. Nawet teraz, kiedy nasiąkł wilgocią i zgnilizną, brzmiał przyjaźnie znajomo. – Czy ty chcesz się zabić, wskakując tu na oślep!?

– Czy mogę przyjść?

– Czego się głupio pytasz, skoro już wlazłeś? Wiem, co się dzieje. I zgaś do cholery tę lampę! Uwierz mi, nie chcesz mnie oglądać!

Józef posłusznie zgasił ogień. 

– Mamo, jak się czujesz?

W odpowiedzi usłyszał skrzekliwy rechot i gruchotanie kości. Skrzywił się. Ani trochę nie przypominało to śmiechu jego matki.

– Józek, jak na kogoś, kto nie żyje od siedmiu lat, to mam się całkiem nieźle. I odpuść sobie ten przepraszający ton. Zrobiłeś, co ci kazałam i zrobiłeś dobrze. Nie ma o czym mówić.

Józefowi takie gadanie wcale nie pomogło. Siedem lat temu u jego matki zaczęły pojawiać się defekty. Dla Józefa i jego siostry stało się jasne, że nastąpił początek końca. Z tym, że u matki wszystko przebiegało niesłychanie wolno i łagodnie. Przez chwilę łudzili się nawet, że choroba się cofnęła, ale wtedy właśnie weszła w swoją trzecią fazę. Z dnia na dzień ręce i nogi starej Marianny stały się cienkie i kruche jak patyki. Całe ciało zaczęło zmieniać swój kształt, tak że po tygodniu tułów był kulisty, a matka Józefa wyglądała jak ludzik z kasztanów, w dodatku przyprószony sadzą. Staruszka nie traciła jednak ostrości umysłu. Zadecydowała, że opuszcza świat na własnych warunkach. Wypiła solidną porcję wywaru z konwalii i… nic. Wypiła więcej i… w dalszym ciągu dychała. Spróbowała wielu innych substancji i nie pomogło. W końcu wraz z Józefem odpuścili sobie trucizny i przeszli do konkretów. Przyduszona, podtopiona, ostrzelana, podtruta, przypalona i poobijana Marianna zawsze zaczerpywała powietrza w płuca i to nawet wtedy, gdy stały się one spróchniałe jak drzwi do ziemianki. Nie wiadomo było, co zrobić. Zaczęli kłamać znajomym, że matka nareszcie zmarła. Tymczasem Józefowa po kilku miesiącach, w dalszym ciągu bystra i dziarska zaczęła mieścić się w skrzynce na ziemniaki. Była rozczłonkowana na milion spopielałych kawałeczków, a wyglądała jak mieszanka kości i węgla. Nie miała żadnych potrzeb. Nie jadła, nie spała, nie marzła, nic nie czuła – ot, gadające, pokruszone szczątki. Zaczęła za to przejawiać inną skłonność – bytowania blisko ziemi, a najbardziej chciałaby, aby w całości ją tam zakopać, najlepiej bez jej słynnej skrzyneczki. Józef z początku protestował – nie będzie świadomej matki zakopywać żywcem. Ale nie – zmarła nie dawała za wygraną: „nie miałeś oporów, żeby ogniem mnie przypalać, a zakopać się mnie boisz!?”. W końcu Józef szczątki matki wrzucił do wyschniętej studni i przysypał grubą warstwą ziemi. I przez kilka dni miał poczucie dobrze spełnionego obowiązku, dopóty matka z głębi studni nie przemówiła do najstarszego syna Józefa, strasząc go demonami za wrzucanie żab do środka. Dzieciak tak się przeląkł, że przez kilka dni nie chciał wychodzić z izby. Józefowi też nie w smak było hodować w studni matkę, jak jakiego upiora. I jasnym dla niego się stało, że świadomość Marianny nie opuści. Rad nierad pewnego ranka, zanim ktokolwiek wstał, zszedł po drabinie na dno studni, wyzbierał kawałeczki szczątków Józefowej spośród szkieletów żab i mimo jej protestów umieścił z powrotem w skrzynce, a tę z kolei zamknął w ziemiance przy domu. Z początku odwiedzał te szczątki codziennie. Słuchał, jak matka rozprawia o rzeczach, które przyprawiały go o dreszcze. Lubiła owady trudniące się rozkładem, lubiła zapach ziemi, zapach śmierci, ciszę, spokój, deszcze, chłód, wilgoć i baraszkujące myszy. Czasami zachowywała się, jakby obok Józefa w ziemiance był ktoś jeszcze. Prowadziła dialog z nieobecnym, a wówczas Józef nie był pewien, czy woli zesikać się ze strachu, czy uciekać. Czasem milkła w pół zdania i zapadała w letarg. Najpierw na kilka, kilkanaście minut. Potem jej świadomość ulatywała na kilka dni. Po powrocie opowiadała, że była po drugiej stronie Szczeliny, że tam nie ma dla niej miejsca. Że musi czekać, bo ma „nietypowe gabaryty, a bilans musi się zgadzać” cokolwiek to znaczy. Snuła wizję zamieszkania po drugiej stronie. Niby takiej samej, a jak to sama mówiła „jeszcze nie wygniecionej”. Józef nie pytał, co to znaczy, bo doskonale wiedział, że nie wolno mu o to pytać. Dni nieobecności świadomości wydłużały się w tygodnie. Tygodnie w miesiące. W końcu, kiedy Józef nie uświadczył matki przez półtora roku, przestał zachodzić do ziemianki. Teraz stał gdzieś w pobliżu skrzynki i oddychał płytko, by nie wchłaniać jej woni.

– Synek, wiem, co się stało, bo kiedy wracałam, spotkałam Petrę w pół drogi – odezwał się głos pośród ciemności.

– Józef poczuł, jak ślina zasycha mu w gardle. 

– Zawróć ją z drogi – wychrypiał.

– Nie mogę.

– Jak nie możesz, jak swoje zmurszałe szczątki jakoś zawróciłaś!? – zawarczał.

– Myślisz, że chciałam!? Myślisz, że chciałam tkwić tutaj, w tym zasranym pudełku!? – głos Marianny drżał od gniewu i rozgoryczenia.

Józef skulił się w sobie. Poczuł się znowu jak wystraszony smarkacz, przyłapany na podglądaniu ciotki w kąpieli. Krzyk matki przechodził w dławiony szloch. 

– Oni mnie nie chcą, Józek! Jestem taką częścią całości, że nigdy nie będę tam pasować, bo po tamtej stronie całości się na tyle nie da podzielić! Ktoś mnie sknocił już na samym początku, jak tylko mnie stworzył!

Józef milczał, bo nie wiedział, co ma na myśli. Zrozumiał tylko tyle, że na zawsze utknęła w skrzynce na ziemniaki. W życiu nie słyszał nic bardziej smutnego. Matka bez słów zawodziła żałośnie. Józef oddałby wiele, by w tej chwili być gdzieś indziej.

– Chciałaś, żebym przyszedł – przerwał jej szloch.

– Tak – zapiszczała. – Mogę ci pomóc.

– Chcę, żeby Petra powróciła – powiedział. – Powiedziałaś, że nie możesz zawrócić jej z drogi. Jak zatem możesz mi pomóc?

– Możemy ją wykupić. Już mnie tam znają. Mam pewne wsparcie… Ze mną… Stamtąd… Uda się, jeśli zrobimy to dobrze.

– Powiedz, jak. Byle szybko.

– Po kolei, synek. Najpierw musisz wiedzieć, o co chodzi. Zanim niebo pękło, świat żył w harmonii. Bilans zawsze wynosił zero i nie trzeba było żadnych zmian, żeby tak było.

– Nie rozumiem, co masz na…

– Nie przerywaj! Będziesz uważał, to zrozumiesz – pouczyła matka. – Zwierzęta rodziły się, rozmnażały i umierały. Ale ktoś tam po drugiej stronie popełnił błąd. Sprzeniewierzył się nakazom potężniejszego od siebie… i nie usłuchał go. Gniew zlekceważonego sprawił, że niebo pękło, a bilans został zachwiany. Dusze stamtąd przenikły tutaj. To, czym obradza teraz świat, rzadko jest warte tyle, ile powinno. Natura sobie nie radzi. Straciła rachubę. Rozmnaża stworzenia ponad miarę albo tłoczy po dwa w jednym ciele. Duchy stworzeń są ułomne, bo dwóch dusz nie zmieścisz w jednym organizmie. Dlatego ich wnętrza podlegają rozczłonkowaniu. Część ducha zostaje na ziemi, ułomna pozostałość wraca do drugiego świata, by zostać wtłoczona do nie swojego ciała społem z inną cząstką. Dlatego, Józek, widzisz, co się wyrabia. Jak wszystko niszczeje od nadmiaru. A czasem i z niedomiaru. Stworzenie dziwaczeje. Życie dziwaczeje i śmierć dziwaczeje. Ja zdziwaczałam…

– Taaaa. Wiem. Wybacz, ale przejdźmy do rzeczy. Mam mało czasu.

– Już, synek… To ważne jest. Słuchaj… Po drugiej stronie na siłę wyrównują bilans. Bo kiedy będzie taki, jaki być powinien, świat wróci do normy. Każda dusza ma swoją wagę. Dusza kury, owcy i kozła i innych stworzeń. Każda dusza kury waży zawsze tyle samo. I każdego stworzenia w obrębie swojego gatunku też tyle samo zawsze waży. Tylko u ludzi jest inaczej. Twoja dusza nie waży tyle, co dusza Ivy, Jasny, czy tyle, co dusza Petry. To są małe różnice, ale istotne. – Zamilkła i Józef nie wiedział, czy czeka na jego reakcję, czy skończyła swoją gadaninę, czy znów odpłynęła na kwartał albo i dłużej.

– Rozumiesz, Józek? – odezwała się po chwili.

– Nie. Co to ma wspólnego z wykupieniem Petry, do cholery?– odparł zirytowany. Zaczynał tracić cierpliwość. Marianna niezrażona ciągnęła dalej.

– Jeżeli coś gwałtownie zniknie z tego świata, nie może do niego powrócić tak długo, dopóki ktoś inny nie zrobi mu miejsca, odchodząc na tamtą stronę zamiast niego. Petra tej nocy, do samego świtu jest w drodze. Ktoś musi zrobić jej miejsce, żeby mogła zawrócić. Coś stąd, z duszą o identycznej wadze musi przejść tam, by wyrównać bilans.

– Mam się zabić? – zapytał Józef głucho.

– Nie, no coś ty, Józek!

– Mam kogoś zabić? – wychrypiał rozczarowany. Nie miał zamiaru nikogo zabijać bez względu na cokolwiek.

– Boże broń!

– To co mam zrobić?

– Zrobiłam rozeznanie po drugiej stronie… Z drobną pomocą oczywiście… Jest jedno stworzenie, którego dusza jest warta dokładnie tyle samo, co dusza Petry. Zwierzę, o którym mówię, jest wyjątkiem. Zmieściło w sobie dwie, pełne, niepodzielne dusze dwóch różnych zwierząt. Dlatego to, co z niego ujdzie, gdy odeślesz go na tamten świat jest tak cenne, że może równać się z duszą człowieka. Z duszą twojej żony.

– Mam je zabić?

– Tak jak słyszałeś. Ale pamiętaj, że po tamtej stronie jest ono niemal święte…

– Więc nie spartacz – z nicości odezwał się sucho obcy, męski głos.

Józef, potykając się o własne nogi, wyskoczył z ziemianki jak z procy.

*

Rad nierad, gdy tylko ochłonął, wrócił do ziemianki po szczegóły. Nie odważył się wejść do środka. Ukląkł przy wejściu, włożył głowę do ciemnego wnętrza i słuchał szczegółów. Zwierzę, które miał zabić, zwało się wilkołazem i miało w sobie coś z wielkiego jaszczura, z tym, że było porośnięte wilczym futrem. Rozmiarami dorównywało wyrośniętemu psu, żywiło się padliną. Żyło na drzewach, w liściastym lesie. Józef często polował, nie raz miał do czynienia z wilkołazami. Przywodziły mu na myśl wielkie, brzydkie, szare wydry, mimo że ich łapy były osadzone po bokach tułowia. Miał ustrzelić zwierzę z kuszy, a ciało przynieść do chałupy, by tam po zważeniu „towarów”, jak to powiedziała matka, dokonała się wymiana.

Józefowi zadanie wydało się łatwe. Wcześniej polował na niedźwiedzie, bo ich sadło stanowiło składnik leczniczego wywaru. Przy tym zabicie niezgrabnego jaszczura żerującego na drzewach wydawało się dziecinnie proste. Prawie w podskokach wpadł z powrotem do chaty, wziął kuszę, bełty i nałożył swoje myśliwskie buty. Pilnował przy tym, by nie patrzeć na martwe ciało Petry, bo wątpił, by taki widok go pokrzepił. Kątem oka zarejestrował, że trzy lampki oliwne w dalszym ciągu się palą. Dobrze – musi być światło, jak będzie układał martwego zwierzaka na stole. Podniecony, w myśliwskiej czapie, z lampą naftową wyszedł z chaty. Musiał się spieszyć, by zdążyć przed świtem.

Kiedy stanął na ścieżce do lasu, był dobrej myśli. Zadanie stworzone dla niego – myśliwego z imponującym stażem. Ba! Niemal czuł się szczęśliwy, że obronną ręką wyszedł z takiej trudnej sytuacji. Ale dzieciaki się ucieszą, kiedy matka powróci cała i zdrowa! A jak Petra się ucieszy! Zagwizdał nawet początek ulubionej melodii, ale przerwał trochę speszony swoją beztroską. Nagle z tyłu głowy uderzyła go nieprzyjemna myśl: Petra… Może już nie wyglądać tak jak przed ugryzieniem… Wspomnienie trupa sprawiało, że jego ciało wzbraniało się przed zaczerpnięciem powietrza, a gęsta, kwaśna ślina gromadziła się w ustach. Splunął, przeczesał dłońmi włosy i wyprostował się. Nie pora, by o tym myśleć. Trzeba działać. Noc była pogodna. Spomiędzy koron drzew przebijało granatowe, gwieździste niebo. Westchnął głęboko, napełniając płuca zapachem ściółki i igliwia, tak bardzo odległym od wspomnień dzisiejszego popołudnia. Las zaczynał się jako iglasty, im dalej, tym więcej spotkać można było drzew liściastych. Nie rosły gęsto, ale od czasu pojawienia się Szczeliny, ich korony wybujały ponad wszelką miarę. Józef pamiętał, że niegdyś drzewo składało się z pnia, z którego wyrastały gałęzie, a na nich z kolei zawiązywały się drobne liście. Teraz zielone liście były szpiczaste i wielkie jak świński łeb, a te rosnące daleko od pnia miały twardą powierzchnię. Fakturą oraz kolorem przypominały odłamki kory. Ich skupiska wyglądały jak stado dużych, brudnych ptaków. To niby-stado podczas silnych wiatrów podrywało się do lotu, przez kilka sekund szybowało wraz z podmuchem, by ostatecznie wkłuć się ostrym końcem w ziemię, niczym scyzoryk wbijany na sztorc. Liście pozbawiły starego Seweryna jednego oka. Józef bacznie obserwował, jak delikatnie bujają się na wietrze. Wydawało mu się, że szum wiatru układa się w wesołą melodię, którą nucił jeszcze kilka chwil temu.

– Idiota – głośno skarcił sam siebie za bujną wyobraźnię.

– Idiota, idiota, idiota – powtórzył ktoś za jego plecami.

Józef poczuł, jak zalewa go zimny pot. Strach nie pozwolił mu spojrzeć za siebie. Oderwał ołowiane nogi od ziemi i brodząc jak rybak, poszedł dalej. Czuł na karku czyjś wzrok.

Zaczął zadzierać głowę ku niebu. Wilkołaz powinien być teraz na drzewie. W tej okolicy pełno było tego zwierza. Nikt go nie zabijał. Nie nadawał się do jedzenia ani na futra. Skóra ściągana z korpusu rwała się jak pergamin, pojedyncze kłaki fruwały jak pierze. Józef obserwował uważnie. Brunatne liście smagane wiatrem układały się w kanciaste kształty. Wszystkie kontury wydawały się znajome, ale odległe od tego, którego szukał. Wyczuwał w powietrzu zapach spoconego futra. Las szumiał. Józefowi wydawało się, że szum układał się w głoski, a głoski w sylaby. W końcu myśliwy był przekonany, że las wygrywa jego wesołą melodię.

– Spierdalać! warknął , czując, że przestaje nad sobą panować.

– Idiota, idiota, idiota – usłyszał za sobą.

Tym razem puścił się biegiem.

*

Przebiegł tylko kawałek, bo gdzieś nad głową usłyszał, jak coś podrywa się ze swojego miejsca. Skrzypiące gałęzie ugięły się pod ciężarem stworzenia przewalającego się z jednego konara na drugi. Józef poczuł ulgę. Tak jak przypuszczał, nie musiał długo szukać. Nawet w tak lichym świetle nie można było pomylić wilkołaza z czymkolwiek innym. Odpiął kuszę, naprężył cięciwę, wymierzył i… Myślał, że już po wszystkim, ale musiał spudłować. Zwierzę zawyło wilczym skowytem. Wzdrygnął się. Nie wiedział, że wydaje takie dźwięki. Szybki szelest liści. Kilka skrzypiących gałęzi. Wpatrywał się w korony drzew, nic nie widział. Nałożył bełt, naciągnął. Szpiczaste liście zaszumiały pod naporem cielska. Wypuścił bełt. Tym razem na pewno nie chybił. Czekał, aż usłyszy dźwięk łamanych gałęzi, poruszanych liści i upadku. Nie usłyszał. Zdumiony przygotował broń do kolejnego strzału. Stracił zwierzę z oczu. Gdzie polazło to kurewstwo? Mierzył kuszą na oślep. Łokcie zaczęły mu drętwieć, a broń ciążyć. Wilkołaz nie dawał znaku życia. Może jego martwe ciało zahaczyło się gdzieś na drzewie? Podszedł bliżej drzewa i zanim dotarło do niego, że słyszy jakiś ruch, poczuł na klatce piersiowej ogromny ciężar, który zwalił go z nóg. Pozbawiony kuszy był niemal bezbronny w starciu z wielkimi pazurami i wilczymi zębami. Z jaszczurczej paszczy zionął odór rozkładu. Zakręciło mu się w głowie. Poczuł, jak pęka mu tkanina na piersi rozrywana przez stworzenie drapiące na oślep. Jego usta wypełnił smak krwi i zdławiony krzyk. Wilkołaz rozszarpał myśliwską kurtkę. Z rozerwanej kieszeni wypadł stary, wierny nóż myśliwski. Józef złapał rękojeść zakrwawioną ręką i z determinacją tonącego wbił ostrze w oko stworzenia. Wilkołaz zawył przenikliwie, szamocząc się jak źrebak, który pierwszy raz próbuje stanąć na nogi. W końcu się poddał i dopiero wówczas Józef wyciągnął ostrze. Poczuł, jak do rękawa tego, co jeszcze niedawno było kurtką, wpływa ciepła krew. A więc koniec.

Oszołomiony, przez chwilę leżał na plecach, oddychając płytko odorem mokrego od krwi futra. W końcu zwalił zwierzę z siebie i chwiejnie stanął na nogi. Przyjrzał się z góry swojej zdobyczy i stwierdził, że ani razu nie spudłował. Wilkołaz pierwszy pocisk dostał w nogę, drugi zaś, w brzuch. Waleczna bestia. Jednak pozory mylą. Józef poszukał w torbie liny i starannie związał łapy stworzenia parami, by łatwiej było przerzucić go sobie przez plecy. Nagle poczuł, jak coś mu się wbija w kostkę. Wystraszony gwałtownie potrząsnął nogą. Młody wilkołaz wielkości szczeniaka z piskiem oderwał się od jego łydki i poleciał w głębię lasu. Józef zobaczył, że w ściółce porusza się jeszcze jeden, identyczny.

– Samica broniła młodych… – wychrypiał, zanim zdążył ugryźć się w język. Tym razem nikt nie odpowiedział.

Mechanicznie dokończył swoją robotę. Szczenięta plątały mu się między nogami, skomląc. W końcu zarzucił sobie ich matkę na plecy i zaczął iść w kierunku chałupy. Młode podążyły za myśliwym. Najpierw nieśmiało krążyły wokół niego, ujadając jak psy. Potem zbliżyły się do nóg. Józef starał się ich nie nadepnąć, ale kiedy jedno z młodych ukąsiło go w kostkę, przebijając skórzane buty, irytacja wzięła w nim górę. Samica była ciężka. Śmierdziała, jej krew lała się Józefowi po plecach. Nie mogąc poradzić sobie z jej cielskiem i atakiem młodych, kopnął je w krzaki. Niezmordowane i piszczące z bólu przybiegły do niego z powrotem. Józef nie miał już siły się od nich odganiać. W końcu, gdy już podjął decyzję, że przywiąże je do pnia i przystanął, by wyciągnąć linę, młode wspięły się po nim jak po drzewie i wczepiły się w ciało matki. Józef był z tego rad. Nie ważyły dużo, a przypuszczał, że wystraszone otwartą przestrzenią zostaną na skraju lasu. Tak oto człapał przed siebie, przystając raz po raz, by poprawić osuwające się z niego cielsko samicy. Las umilkł, wiatr ucichł, za to skomlenie świdrowało w uszach, jakby było zdolne przebić się do czaszki. Józef wyjście z lasu potraktował jak ziemię obiecaną, jednak ku jego przerażeniu młode nie miały zamiaru pozostać same. Uczepione ciała matki trafiły wprost do jego chałupy.

*

Nigdy nie przebywał po tej stronie w bezcielesnej formie, ale już po kilku minutach od opuszczenia ziemianki był pewien, że to będzie wyprawa jego życia. Był niewidzialny, leciutki jak pergamin. Gdy przestawał skupiać się na tym, co tu i teraz jego duch stawał się podatny na podmuchy wiatru, odrywał się od ziemi na kilkanaście centymetrów, a potem łagodnym łukiem wracał na powierzchnię. O tak… Inni rachmistrze też powinni tego spróbować… Śledził Józefa w lesie, rzucił mu nawet kilka motywujących słów na wiatr. To nie było miłe, ale zadziałało, bo Józef ruszył dupsko zamiast tkwić na środku traktu z rozdziawioną gębą. Rachmistrz w myślach jeszcze raz wszystko zanalizował. Dusza Petry jest ciężka. Waży dokładnie tyle, ile duch wilkołaza i Marianny razem wzięte. Rachmistrz odeśle ich dusze dzisiejszej nocy na drugą stronę Szczeliny, a Petrę wróci z powrotem na tę stronę świata. Wymiana powinna odbyć się jak najszybciej, bo rano bilans musi się zgadzać, żeby jego przełożeni niczego się nie dopatrzyli. I wszyscy będą zadowoleni. A Mania to chyba obróci się w proch ze szczęścia! W końcu, po siedmiu latach, będzie mogła oderwać się od resztek swoich zgliszczy, by na stałe zamieszkać po lepszej stronie. Miał lekkie wyrzuty sumienia z powodu tej żmii trupojadki. Gdyby jego szef się dowiedział, że zmaterializował ją pod nogami Petry… Ale analizowali to z Manią miliard razy i nie było innego sposobu… Dusza Marianny była niewymiarowa i wymiana jeden do jednego nie wchodziła w rachubę… Rozmyślając, wzleciał wysoko ponad korony drzew i dopiero skowyt wilkołaza sprowadził go z znowu na ziemię. Jeden rzut oka wystarczył, by wzbudzić w nim przerażenie. Józef upatrzył samicę. Świadomość buchaltera widziała to, czego Józef nie mógł dostrzec w ciemnościach – do brzucha zwierzęcia były przyczepione jak rzepy dwa małe szczeniaki. Zanim duch rachmistrza zdążył zebrać siły, Józef wypuścił pocisk. Rachmistrzowi w ostatniej chwil udało się nieco zmienić tor lotu bełtu, tak że nie przeszył młodego, a jedynie trafił w nogę samicy. Gdyby dzisiejszej nocy oprócz dorosłego wilkołaza padł wilczek, byłyby kłopoty. Trzeba by go uwzględnić w bilansie. Niedobrze… Plan tego nie zakładał. A bilans zawsze musi się zgadzać… Należało działać szybko. Siłą woli zdjął młode z brzucha matki i bezpiecznie umieścił na ziemi. W samą porę – drugi pocisk Józefa trafiła samicę w okolice wątroby i zamiast osłabić, tylko ją rozjuszył. Józef sam musiał się uporać z dorosłym wilkiem. Gdyby Rachmistrz miał płuca, wstrzymałby oddech. Nie mógł na to patrzeć. Wzniósł się powyżej koron drzew i lewitował tam chwilę, dopóki nie zauważył, że tuż koło niego przelatuje wąski, jasnozielony strumyczek wilczej duszy. A więc udało się… W przypływie euforii z impetem zanurzył się znów w trzewia lasu z prędkością uwolnionego pocisku. Kątem oka sprawdził, że Józef związuje łapy wilkołaza. A więc wszystko w porządku, wystarczy czekać, aż ciało zostanie przeniesione. Nie miał zamiaru ani iść w ślad za Józefem, ani tym bardziej wracać do ziemianki. To była jego chwila wolności. Jego podróż życia. Zanim Józef zataszczy ciało wilka do chałupy, minie dobra godzina. Pomyślał, że wykorzysta każdą jej sekundę i wzbił się w niebo, przyłączając się do stada marków. Razem z nocnymi zjawami wojował w powietrzu, wydając zwierzęce piski. Marki pełne uznania dla jego wyczynów kręciły młynki umięśnionymi ogonami, rozbryzgując rosę osiadłą na pędzelkach wieńczących chwosty. Z lubością przenikał przez dziury w błonach ich skrzydeł, dumny z tego, że w mgnieniu oka może być cienki jak nić przewlekana przez ucho igielne, by zaraz potem rzucić rozległy cień na całe stado. Wtem dostrzegł, że nad lasem w dalszym ciągu wisi jasnozielona dusza wilkołaza. Dziwne, powinna ulecieć jak dym, prosto do Szczeliny. Wygląda jakby na coś czekała. Jakby coś miało do niej dołą… Jasna cholera!

*

Gdy tylko Józef znalazł się w środku, blada poświata lampek oliwnych poraziła go bardziej niż pożar całej wioski. Po raz pierwszy widział swoją ofiarę przy świetle. Zmasakrowana przez pociski, zalana brunatną krwią wyglądała gorzej niż padlina. Z goryczą stwierdził, że to samo może powiedzieć o Petrze. Wiedział, że wilkołazy żywią się szczątkami, nie podobało mu się, że znajdowały się ze zwłokami Petry w jednym pomieszczeniu. Z wściekłością cisnął martwą samicę na podłogę. Młode odpadły od ciała matki jak jabłka ze ściętej jabłoni. Oszołomione siłą uderzenia i łuną lampek oliwnych zaczęły obgryzać i drapać wszystko, co było w zasięgu ich kłów i pazurów. Józef chciał je wyrzucić z chaty, chwytając za kark jak kocięta, ale nie dawały się złapać. Syczały, ujadały i kłapały małymi szczękami. Czas uciekał. W Józefie narastała irytacja. Był gotów użerać się ze szczeniakami jeszcze kilka chwil, ale gdy jeden z nich zatopił swoje ostre, małe ząbki w przedramię Petry, w Józefie coś pękło. Bez namysłu sięgnął po kuszę. Tym razem dwa pociski wystarczyły.

*

Rachmistrz, zamykając za sobą klapę ziemianki, niemalże czuł się przygnieciony jej ciężarem.

– Jestem – oznajmił.

– Co tak długo? – żachnęła się Marianna.

– Mamy problem… – oświadczył bez ogródek. Czuł się winny jak cholera, ale nie miał zamiaru się kajać.

– Bałam się, że to usłyszę… Co poszło nie tak? – zapytała z godnością, maskującą rozczarowanie.

– Zabił wilkołaza…

– No to chyba o to chodziło!? – wpadła mu w słowo, nie mogąc ukryć rozdrażnienia.

– … i dwójkę młodych wilczków.

– No i co to za problem?! Bo ja nie widzę! Miał być martwy wilkołaz i jest martwy wilkołaz! Dlaczego znowu niby coś jest nie tak? – Gdyby miała ręce, pewnie zacisnęłaby je w pięści.

– Mania, Mania… – zacmokał. – Ty i twoje rolnicze podejście – dodał chłodno z wyższością. Zabrzmiało tak, jak sobie tego życzył. Nie będzie przecież przepraszał. – Myślisz, że im więcej, tym lepiej? Więcej to wcale nie jest dobrze. Mi się bilans musi zgadzać, a tymczasem z tej strony za dużo ubyło… Aż trzy życia! I to takie ciężkie! A nikt tej nocy nie zginął tak, bym mógł robić jakieś roszady z duszami…

– Musisz mnie stąd zabrać – wypiszczała Marianna.

– Bardzo mi przykro, ale zostawię to wszystko tak jak jest. Trzy zabite wilkołazy i jedna martwa kobieta. Ty też zostajesz. Ja będę udawał, że mnie tu w ogóle nie było i modlił się, by nikt nie zauważył, że na pół nocy zniknąłem. Wiem, że miało być inaczej, ale uwie…

– My chyba się nie rozumiemy – przerwała. Jej głos był twardy i zdecydowany. Zupełnie inny niż wtedy, kiedy po drugiej stronie namawiała go, by odwiedził jej ziemiankę, by zobaczył jej nędzę, by się nad nią zlitował. Teraz była zimna i zdeterminowana.

– Co, proszę? – zapytał wytrącony z rytmu.

– Ja nie jestem ani żywa, ani martwa – odpowiedziała. – Nie mam nic do stracenia. Nie mam też żadnych skrupułów. Jeżeli mnie stąd nie zabierzesz, wiem, kto chętnie posłuchałby o podłożeniu żmii pod but niewinnej kobiety. I wiesz co? Wiem nawet, jaką karę zaproponowałabym za twoje nieposłuszeństwo… W tej ziemiance jest tyle miejsca… Hmmmm – udała rozmarzenie – mogłabym się nią z tobą podzielić.

– Nie możesz! – wycedził. – Ty stara prukwo! – Siłą woli zrzucił skrzynkę z jej szczątkami na klepisko. Wydała jęk zadowolenia. Obrzydzenie owładnęło duchem rachmistrza.

– Myślę, że jutro – ciągnęła – najdalej pojutrze zbiorę siły, by odwiedzić drugą stronę. Ach… i na pewno spotkam się tam z synową! Ją też zainteresuje historia jej śmierci…

– Czego chcesz? – zapytał szorstko. – Nie jestem cudotwórcą.

– Zabierz mnie stąd. Reszta mnie nie obchodzi – powiedziała krótko.

Przez dłuższą chwilę analizował sytuację, układając w głowie równanie. Przy założeniu, że ma zabrać stąd tę szantrapę i jednocześnie zachować swoją głowę, jego równanie mogło mieć tylko jedno rozwiązanie.

– W takim razie ty pójdziesz ze mną. Petra zostaje. Nie mogę wrócić życia szczeniętom, nie mogę też ich zabrać. Muszę je wtłoczyć do ciała Petry razem z jej duchem. Czy tego właśnie chcesz, raszplo, dla swojej synowej?

– Uważaj, jak do mnie się zwracasz, dobrze ci radzę… A jeśli chodzi o Pterę… no cóż… Nigdy jej nie lubiłam. Na co czekasz? Zabierajmy się wreszcie stąd!

*

O świcie, kiedy magia już zadziałała, Józefowi wydawało się, że wybuchnie euforią. Przez ułamek sekundy był naprawdę szczęśliwym człowiekiem. Ale teraz siedział w chałupie na podłodze i zanosząc się histerycznym śmiechem, mierzył z kuszy w swoją żonę. Niewzruszona Petra pożerała jelita martwego wilkołaza. Jeszcze ciepła krew spływała po jej brodzie, wprost na białą, pogrzebową sukienkę.

 

Koniec

Komentarze

Ooo, z jakąś dziwną datą Ci się opublikowało. Musiałaś coś kombinować we wtorek. ;-)

Dobra, wyciąg opinii z bety:

Stworzyłaś fajny świat, paskudny, ale wydaje mi się oryginalny, a to zawsze liczy się na plus.

Postać głównego bohatera nakreślona porządnie. Wprawdzie nie zaszkodziłyby jakieś jego cechy szczególne – hobby, powiedzonka, coś odróżniającego od sąsiadów. Ale już facet ma rodzinę, jakąś historię, swoje przekonania (nie zgadzają się z sąsiadem co do konsumpcji trefnego mięcha).

Fabuła bardzo w porządku – cały czas coś się dzieje, niekiedy dorzucasz nową informację albo twist. Mam wrażenie, że robisz to we właściwych momentach. A jeszcze chowasz coś w zanadrzu na drobne zaskoczonko w końcówce.

 

PS. I usuń jeszcze tytuł z tekstu. Jeden wystarczy.

Babska logika rządzi!

Przez pół minuty we wtorek opublikowałam, a potem znowu wrzuciłam do betowania, jak zobaczyłam, że Silhouette nie sokmentował. No trudno…

Hmmm. Jeśli nikt nie skomentuje, to może usuń ten tekst i wrzuć jeszcze raz. To bez sensu, żeby nikt oprócz bety do opowiadania nie zajrzał.

Babska logika rządzi!

Dzięki, to jest jakaś myśl. Poczekam do jutra.

Znakomicie wymyślona opowieść, pełna zaskakujących zwrotów i niespodzianek. Ogromny plus za świetną mieszankę humoru, absurdu, grozy i Marianny. Przeczytałam z wielką przyjemnością i mam nadzieję, Pożeraczu, że to nie jest Twoje ostatnie słowo. ;D

Ufam, że pozbędziesz się usterek, bo bardzo chciałabym kliknąć Bibliotekę.

 

była o dobre dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów krót­sza niż po­wi­na… – Literówka.

 

taką minę miała, jakby zaraz miała nam zejść przy tej bali. – Czy to celowe powtórzenie?

 

wy­my­ślo­ny przez matkę Jo­ze­fa… – Literówka.

 

wy­stę­po­wa­ły się lek­kie nie­do­wła­dy. – …wy­stę­po­wa­ły lek­kie nie­do­wła­dy.

 

– Tata… Mmma­ma ! – Zbędna spacja przed wykrzyknikiem.

 

Bia­ło­si­na z nie­bie­ski­mi usta­mi… – Bia­ło­-si­na, z nie­bie­ski­mi usta­mi

 

Le­ża­ła na stole, na drzwiach od cha­łu­py. Za jej ple­ca­mi pa­li­ły się trzy oliw­ne lamp­ki… – W jaki sposób lampki mogła palić się za jej plecami, skoro plecy przylegały do drzwi, na których leżała?

 

Stara Jó­ze­fo­wa nie tra­ci­ła jed­nak ostro­ści umy­słu. – Józefowa to żona Józefa. Czy mąż matki Józefa też miał na imię Józef?

 

Za­czę­li kła­mać zna­jo­mych, że matka na­resz­cie zmar­ła.Za­czę­li kła­mać zna­jo­mym, że matka na­resz­cie zmar­ła.

 

Od­piął kuszę, na­prę­żył bełt, wy­mie­rzył i… – Naprężył bełt, czy raczej cięciwę?

 

za­py­ta­ła z god­no­ścią, ma­sku­ja­cą roz­cza­ro­wa­nie. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Świetne opowiadanie, napisane dobrym językiem, ze sprawnie stopniowanym napięciem i ciekawym pomysłem (koncepcja i tytuł mocno kojarzą mi się z Fullmetal Alchemist, ale w żadnym razie nie wydały mi się wtórne). W pierwszej chwili finał nieco mnie rozczarował, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że jednak jest satysfakcjonujący. Bardzo dobra robota, przeczytałem z przyjemnością.

Reg, błędy poprawione, możesz kliknąć Bibliotekę.

Reg, Nighter6, cieszę się, że Wam sie podobało. Zaręczam, że jeszcze będę dawać o sobie znać i postaram się, żeby to zdarzało się częściej niż raz na pół roku. :-P

Bardzo mnie cieszy Twoja deklaracja, Pożeraczu. Klikam! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mi też się bardzo podobało. Świetny pomysł, bardzo dobre wykonanie, dużo się dzieje – wszystko na plus :)

Dzięki, Katia72 :)

Jest tu bardzo fajny pomysł, należycie opakowany i przedstawiony. Czasem uwierają niekiedy zbyt długie akapity, ale to kwestia subiektywna :) Bardzo mi się spodobała puenta oraz wcześniejsza rozmowa Marianny z Rachmistrzem :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka
Patronujemy