- Opowiadanie: fleurdelacour - Gdy brokat opadnie

Gdy brokat opadnie

Odleżało chwilę na Esensji, ale tam nikt nie komentuje :(

Powstało, kiedy po raz pierwszy kupiłam NF i po przeczytaniu opowiadań pomyślałam: “ja też tak potrafię pisać i bez trudu coś opublikuję”. O święta naiwności! 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Gdy brokat opadnie

I

 

Kiedy morze wyrzucało go na brzeg, był prawie niewidzialny. Niewprawne oko mogło przeoczyć rozbite pośród morskiej piany cząstki. Najpierw poczułam zapach – delikatny, ale i niepokojąco obcy wśród doskonałej kompozycji utworzonej z woni wodorostów oraz siarczku dimetylu. Wschodzące słońce milionem kolorowych iskier odbijało się od powierzchni wody i oślepiało, mimo to wytrwale podążałam za obcą wonią. Przybysza odnalazłam w odległej zatoce. Bąbelki już osadzały się na brzegu i tworzyły go na nowo. Ciało koloru piasku, białe spienione włosy, oczy, gdy się otwarły, nabrały koloru nieba.

– Znalazłam cię – rzekłam – jesteś bezpieczny.

Ludzie martwi za życia instynktownie przybywali do nas po ratunek. Naszym zadaniem było ukoić rozpacz, przegnać stagnację, rozwiać pustkę. Stanowiliśmy chwilę wytchnienia, jak przystanek na długiej trasie, jak ciekawy epizod w nudnym filmie. Czasem byliśmy dawno zapomnianym snem, uciekającym świadomości całymi latami, by wynurzyć się w odpowiednim czasie i zadziałać. Zjawiały się u nas uzależnione od kleju dzieciaki z rozbitych rodzin, bogaci przedsiębiorcy po zażyciu koki, znudzone gospodynie domowe na antydepresantach, bezdomni po kilku butelkach czegokolwiek. Chemiczne impulsy minimalizowały ich funkcje biologiczne i wysyłały w daleką podróż, przez siedem gór i rzek, przez morza i oceany. Po ratunek, nadzieję lub oświecenie. Niewiele mieliśmy czasu na działanie, tylko chwilę, żeby obdarzyć ich miłością na tyle silną, aby zdołała pokonać przygnębiające życiowe doświadczenia.

– Jesteście tu dla nich – powiadał Ojciec. – Nieważne, jak przegrany jest przybysz. Nieważne, czy upatrujecie w nim nadzieję. To ludzie i przez to zasługują na szansę, albowiem kocham ich najbardziej na świecie. Więc ruszajcie co rano i wypatrujcie rozbitków, bo wielkie to szczęście uratować ludzkie życie.

Spotkało mnie dzisiaj szczęście. Patrzyłam na przybysza, a ten pod wpływem mego wzroku stawał się. Kiedy już całkowicie nabrał formy, sam zaczął mnie stwarzać. Materia zagęściła się, powstało ciało. Spojrzałam na szczupłe dłonie i stopy, długie nogi… Byłam wysoka, miałam włosy koloru słońca sięgające do ramion.

– Pójdziemy teraz do domu – rzekłam.

Bez słowa poniósł się z piasku i ruszył za mną. Przez chwilę szedł z tyłu, potem zrównał się ze mną, aż w końcu złapał mnie za ramię.

– Kim jesteś? – spytał.

– Twoją opiekunką. Jestem tu po to, aby cię uratować. Zgubiłeś się, a ja pokażę ci właściwą drogę.

– Nie zgubiłem się, jestem dokładnie tu, gdzie chciałem się znaleźć.

 

***

 

– Nie mamy dla siebie zbyt wiele czasu. Szykuj się do wyjścia, przybyszu.

– Dokąd idziemy? – spytał.

– Na przyjęcie.

Prowadziłam go do ogromnej garderoby. Otworzyłam drzwi na oścież. Ukazało się bogactwo garniturów: gładkich, w prążki, w kratę, czarnych, granatowych, szarych, beżowych, letnich i zimowych, klasycznych i awangardowych, z wełny, satyny, streczu, skaju, gabardyny, lateksu; koszule w każdym kolorze i fakturze, buty, spinki, muszki i krawaty, kamizelki, skarpety, kapelusze. Oszołomiony przybysz z zachwytem uniósł ręce do twarzy.

Różnił się od rozbitków, których dotąd ratowałam. Nie dziwił się niczemu, nie pytał, gdzie jest i w jakim celu. W nowej sytuacji odnajdywał się doskonale. Zachwycał mnie, świeży i nowy w naszym starym, statycznym świecie. Czy na pewno potrzebował ratunku?

Włożyłam białą sukienkę do kolan. Szyję przyozdobiłam podwójnym sznurem pereł. Wygładziłam włosy, kształtując z nich równe fale. Na czoło nasunęłam opaskę z pereł z łabędzim piórem. Usta pomalowałam na czerwono. Prawie skończyłam, ale brakowało najważniejszego. Zabrałam z toaletki małe pudełko i poszłam sprawdzić, jak radził sobie mój podopieczny.

Drzwi garderoby były otwarte, ale jego nie było już w środku. Siedział w salonie i popijał whisky z lodem. Wyglądał znakomicie w jasnym garniturze z cienkiej wełny i z włosami utrwalonymi brylantyną.

– Drinka? – zaproponował.

– Tak, poproszę.

Przejął inicjatywę, na Wyspie czuł się jak w domu. Gdy whisky była gotowa, upiłam mały łyk.

– Czegoś nam jeszcze brakuje – stwierdziłam. Otworzyłam pudełko i wzięłam garść brokatu. Podeszłam do niego i wyrzuciłam drobiny w górę. Gdy kolorowa, połyskliwa chmura okrywała nas od stóp do głów, przybysz pochwycił mnie i obracając się, uniósł mnie wysoko. Śmialiśmy się jak dzieci.

– Spóźnimy się! – przerwałam lekko zdyszana. Trzymając się za ręce, wybiegliśmy z domu.

 

***

 

Przed chwilą zapadł zmrok, ale gdy podjechaliśmy do rezydencji Ojca, poczuliśmy się, jak gdyby na nowo wstał dzień. Otaczał nas blask. Światła parkujących samochodów, błyszczące kreacje gości, pochodnie umieszczone na dziedzińcu, podświetlone fontanny, lampiony w oknach i na werandach. Światło pulsowało w rytm muzyki dochodzącej z domu. Weszliśmy po schodach przykrytych czerwonym dywanem. Lampy rozbłyskiwały raz po raz, gdy fotografowie robili nam zdjęcia. W środku lśniły cekiny, kryształowe żyrandole, satyna zdobiąca okna. Otaczał nas przepych i bogactwo barw. Migotały kieliszki wypełnione szampanem. Błyszczały nam oczy podekscytowane czekającą zabawą. Mężczyzna spojrzał na mnie uśmiechnięty, wyciągnął dłoń i zawirowaliśmy w tańcu. Było cudownie, zamknęłam oczy i zatraciłam się w chwili. Jakby blichtru było za mało, z sufitu posypał się brokat.

Wtem skoczny fokstrot się uspokoił. Na czoło orkiestry wystąpił trębacz i rozpoczął nastrojową melodię. Otworzyłam oczy. Na twarzy rozbitka dostrzegłam pożądanie.

Muzyk urwał w połowie nuty. Tłum zastygł i uniósł spojrzenie. Na antresoli stał Ojciec. Srogo zmarszczone brwi i wyciągnięty w naszą stronę palec nie wróżył nic dobrego. Ojciec pogroził nam jak małym, niesfornym dzieciom, po czym dał znak orkiestrze, aby znów zaczęła grać. Goście powrócili do zabawy, jakby nic się nie stało.

Przybysz pochwycił moją dłoń i wyciągnął mnie z parkietu w stronę wyjścia. Nie wróciliśmy jednak do samochodu. Rozbitek zaprowadził mnie do parku rozciągającego się wokół rezydencji Ojca. Otoczyła nas ciemność i chłód. Gęste zarośla przytłumiły dźwięki muzyki dochodzącej z domu. Mężczyzna popchnął mnie mocno w stronę starego, grubego drzewa i naparł na mnie całym ciężarem.

 

***

 

Gabinet Ojca był moim ulubionym pomieszczeniem w całej olśniewającej rezydencji. Dębowe biurko i złota lampka z zielonym kloszem stały na środku pokoju. Z obu stron wysokie ściany od góry do dołu zastawiono regałami, a te po brzegi wypełniały księgi, głównie starodruki. Okno było niewielkie i zawsze szczelnie zasłonięte aksamitną, ciemnozieloną kotarą. Pod nim znajdowała wielka skrzynia, teraz zamknięta, ale wiedziałam, że w środku Ojciec przechowuje zwoje papirusów. Na lewo od biurka, między regałami, odrobina pustej ściany, z której wyłaniał się kominek. Wesoło buzujące płomienie przykuły na chwilę moją uwagę, ale zaraz się opamiętałam. Skupiłam się na Ojcu, który siedział w fotelu za biurkiem, żując końcówkę cygara. Przed nim leżała otwarta teczka.

– Przekroczyliście granice – rzekł ze smutkiem. – Mimo to udało ci się wypełnić zadanie. Dałaś mu przepiękny sen. Możesz go już odesłać.

Ojciec zamknął teczkę, wstał od biurka i wrzucił ją w ogień. Stojąc twarzą do kominka i tyłem do mnie, mój opiekun kontynuował:

– Jesteś już kimś innym.

Delikatnym ruchem nadgarstka dał znak, że to koniec rozmowy.

 

***

 

Gdy już nawróciliśmy rozbitków na życiową drogę, odsyłaliśmy ich tam, skąd pochodzili. W grotach przy plaży czekały solidne, dębowe łodzie z wiosłami potrzebnymi jedynie do odepchnięcia od dna. Dalej łódki płynęły same z przyjaznym prądem, by nad ranem dotrzeć do celu.

– Możesz wracać do domu – zakomunikowałam przybyszowi od progu – twój czas tutaj dobiegł już końca.

Przez chwilę miałam wrażenie, że jest zrozpaczony, ale chyba źle odczytałam jego uczucia. Stał po przeciwnej stronie salonu. Nagle ruszył w moim kierunku. Potrącił stojące mu na drodze krzesło. Z hukiem upadło na kamienną podłogę. Złapał mnie za gardło. Zabrakło mi tchu. Chciałam prosić, żeby przestał, powiedzieć, że nie wytrzymam już dłużej, ale uścisk był za mocny. Siły opuściły ciało, nogi ugięły się w kolanach, ręce, które dotychczas próbowały go odepchnąć, opadły bezwładnie. Pokój wypełniły kolorowe światła, osunęłam się powoli w ich blask.

Obudziłam się na miękkim dywanie, z głową na kolanach przybysza. Choć za oknem było już ciemno, widziałam połysk jego zalanej łzami twarzy.

– Już czas – wychrypiałam – musimy zdążyć, zanim wzejdzie księżyc.

Wstałam, ignorując przeszywający ból w czaszce.

– Nie chciałem cię skrzywdzić.

– Nie zrobiłeś tego – odpowiedziałam i wytarłam łzy z jego policzków. – Pospieszmy się.

Wyszliśmy z domu i skierowaliśmy się do przybrzeżnych grot. Łódź była prosta, ale wyglądała solidnie. Nie miała nazwy i nie różniła się niczym od dziesiątek łodzi, które wypuszczałam z rozbitkami w drogę powrotną. Księżyc zaczął wyłaniać się zza horyzontu, rozsiewając po zmarszczonej wodzie srebrzysty blask. Wiatr wzmógł się, a fale zamigotały żwawo milionem świetlistych drobinek.

Z wysiłkiem wypchnęliśmy łódź z groty i za pomocą sznura przeciągnęliśmy ją po piasku w dół plaży. Odeszliśmy parę kroków, aby się pożegnać. Obejmując przybysza, patrzyłam w kierunku łodzi, która stanowiła teraz ciemną plamę na tle połyskującej wody. Odsunęłam się, by pomasować swoją obolałą szyję. Pomyślałam, że pewnie pojawiły się już sińce. Ile dni potrzebowałyby, aby się zagoić? Nie dowiem się tego. Kiedy rozbitek zniknie za horyzontem, moje ciało rozpłynie się w nicość.

W końcu wepchnęliśmy łódź do morza. Kiedy poczułam chłód pierwszej fali, smutne myśli rozproszyły się. Weszliśmy na tyle głęboko, żeby łódź mogła swobodnie kołysać się na wodzie. Wtedy rozbitek zwinnie wskoczył do środka. Krople na jego brwiach i włosach zalśniły jak małe diamenty. Pomyślałam o swojej teczce, która zdążyła już spłonąć na popiół w kominku Ojca. Kim teraz będę?

Rozbitek wyciągnął do mnie rękę. Bez wahania ją uchwyciłam. Kiedy usiadłam naprzeciw niego na małej ławeczce, zadrżałam z zimna i ekscytacji. Przybysz ujął w dłonie wiosła i mocno się odepchnął.

– Jak ci na imię? – zapytał.

Nie wiedziałam. Do głowy wpadło mi imię pierwszej kobiety, którą stworzył Ojciec. Dlaczego nie?

– Hevve – odpowiedziałam i po raz kolejny dotknęłam opuchniętej szyi. Pomyślałam, że to moje zaproszenie do nowego życia. Nieprzewidywalnego, niebezpiecznego, pełnego pasji i miłości. Księżyc lśnił jak oszalały.

 

II

 

Peter Lovelace obudził się obolały, sponiewierany i przemoczony do suchej nitki. Śmierdział, a ciało kleiło się do podłogi. Marzył o kąpieli w chłodnym morzu, ale najpierw musiał się czegoś napić. Próbował wstać, jednak ból w głowie przygniótł go z powrotem do podłoża.

Na kawowym stoliku tuż obok niego stał otwarty szampan. Peter maksymalnie wyciągnął rękę i zdołał uchwycić butelkę. Ostrożnie przesunął ją na krawędź stołu, a potem, opierając się na łokciu, przystawił do ust. Szampan był ciepły i wygazowany, ale chwilowo ugasił pragnienie. Orzeźwiony mężczyzna zdobył się po raz kolejny na wysiłek. Udało mu się usiąść. Rozejrzał się. Na sofie obok spała kobieta. Chociaż nie mógł dostrzec jej twarzy, wydała mu się interesująca. Nie pamiętał jej z przyjęcia. Złote loki wiły jej się wokół uszu, a cienka biała sukienka opinała kształty. Kobieta jęknęła cicho i obróciła się na plecy. Była piękna.

W ułamku sekundy Peter zerwał się z podłogi i zaczął rozglądać za miejscem, w którym mógłby doprowadzić się do porządku. Łazienka. Najciszej jak potrafił, omijając ciała poległych na imprezie kompanów, dotarł do drzwi. Spojrzał w lustro. Nie było najgorzej. Obmył twarz i mokrą dłonią przeczesał włosy. Niestety, jasne polo i spodnie z cienkiej bawełny wyglądały okropnie, poplamione i obsypane gdzieniegdzie brokatem.

Wrócił do salonu. Całe towarzystwo wciąż spało. Odnalazł kuchnię i ekspres do kawy. Po chwili niósł już do salonu dwa parujące kubki. Usiadł naprzeciw kobiety i postawił kawy na stole. Stuknięcie o szklany blat obudziło ją. Od razu spojrzała wprost w jego oczy. Zerwała się natychmiast, obciągnęła podwiniętą sukienkę i z powrotem opadła na sofę. Uśmiechnęła się.

– Gdzie jesteśmy? – spytała.

Na dźwięk jej głosu, niezbyt dokładnie, zamajaczył w jego świadomości skrawek wspomnienia. Znał ją przecież, choć nie z tego przyjęcia. Hevve.

– Nie pamiętam – odparł.

Upiła łyk kawy. Hevve wyglądała prześlicznie, tak świeżo i młodo. Z jej oczu bił blask, drobiny brokatu lśniły w złotych włosach. Usiadł obok niej na sofie, odstawił kubek i przyciągnął ją do siebie. Smakowała czarną kawą i czymś ulotnym jak sen.

– Chodźmy stąd – ponaglił ją Peter.

W drzwiach, nie wiadomo skąd, pojawił się jakiś grubas.

– Dokąd zabierasz moją dziwkę? – spytał szorstkim głosem. Śmierdział potem i wódką. Wyglądał groźnie, ale po chwili jego twarz złagodniała, a grubas odsunął się od drzwi, umożliwiając przejście. – Nie poznałem pana, panie Lovelace. To była ciężka noc – uśmiechnął się. – Evita pójdzie z panem oczywiście. Jestem pana wielkim fanem.

Peter i Hevve wyszli bez słowa. Samochód Lovelace’a zaparkowany był na podjeździe. Wyruszyli do domu.

 

***

 

Hevve była idealna. Szpeciły ją tylko sińce na szyi. Choć Peter nalegał, nie chciała powiedzieć, skąd się wzięły. Nie miało to zresztą wielkiego znaczenia, bo zaczęły wkrótce blednąć, aż pewnego dnia znikły zupełnie.

Przez pierwszy tydzień Peter i Hevve nie wychodzili z sypialni. Cieszyli się sobą i kochali: w łóżku, na podłodze, parapecie i nocnych szafkach. Potem przeszli do salonu, kuchni i reszty pokoi. Aż w końcu Peter postanowił, że musi ją pokazać światu. Zaczęli razem wychodzić. Na kolacje, do kina, teatru, na zakupy, imprezy prywatne i służbowe. Hevve bywała nawet na planie. Peter zawsze chciał mieć ją przy sobie. A ona była szczęśliwa. Ciekawiły ją świat oraz życie ukochanego. Ekscytowały ją nawet głupawe wywiady w telewizji śniadaniowej. Szybko trafili na okładki gazet i plotkarskie portale. Peter Lovelace, aktor znany z amerykańskich superprodukcji i jego nowa miłość, tajemnicza kobieta o nieskalanej urodzie. Kim jest, skąd się wzięła, dlaczego świat o niej dotąd nie słyszał? Zdementowano plotki o rzekomym homoseksualizmie Petera, rozwiedziono ostatecznie z byłymi partnerkami. Kilkanaście wielbicielek musiało przejść płukanie żołądka na skutek celowego przedawkowania środków nasennych lub antyhistaminowych. Świat show-biznesu zawrzał.

Wkrótce jakiś dziennikarz dotarł do pewnego burdelu w Meksyku i usłyszał historię o wybrykach Petera i jego kompanów, niegrzecznych chłopcach z Hollywood, imprezach zalewanych alkoholem i oprószonych kokainą oraz o najpiękniejszej i najdroższej dziwce, jedynej blondynce w okolicy, Evicie, nad której niepowetowaną stratą ubolewał właściciel biznesu, gruby i obleśny Papito.

Tymczasem jakiś inny paparazzo wspiął się na wysoką palmę i zrobił zdjęcie Hevve wchodzącej do przydomowego basenu. Zbliżenie na udo ukazało początki cellulitu. Fotografia narobiła więcej szumu w mediach niż skandaliczna przeszłość dziewczyny. Przecież okrzyknięto ją współczesnym Kopciuszkiem, a tymczasem okazała się… taka realna. To był tylko początek. Potem ktoś wytknął Hevve, że zbyt skąpo się ubiera, a ktoś inny, że brak jej kobiecych kształtów. Co najgorsze, na imprezy zawsze wkładała cekinowe sukienki i obsypywała twarz brokatem. To nie sylwester!– wykrzykiwały panie w telewizorach. W tym sezonie nie malujemy ust na czerwono! – dodawały nagłówki w tabloidach.

 

***

 

– Dlaczego zawsze ten brokat? – spytał Peter. Obchodzili dziś swoją pierwszą rocznicę i wybierali się do restauracji, w której nawet Lovelace musiał zrobić rezerwację ponad trzy miesiące wcześniej.

– Ponieważ nie jestem gwiazdą jak ty i nie posiadam wewnętrznego blasku, którym mogłabym błyszczeć sama z siebie – odpowiedziała z przekąsem Hevve. Krytyka ta była jej pierwszym doświadczeniem dezaprobaty ze strony Petera. Przez chwilę zastanawiała się, czy powinna się martwić albo obrażać, a może urządzić scenę? Nie. Są przecież rzeczy, których ona też w nim nie lubiła, ale to nie znaczyło, że mniej go kochała.

Kolacja była przepyszna. Peter zamówił też najlepsze czerwone wino, którego jak zwykle wypili za dużo. Zamiast słuchać, Hevve obserwowała go, gdy opowiadał anegdoty z planu. Jego oczy robiły się coraz mniejsze i ciemniejsze. Twarz czerwieniała. Mówił i mówił, nie robił przerw. Drapał się co chwilę po szyi, za uchem lub po głowie. Na włosach miał za dużo żelu. Poza tym wolała, gdy miał jasne włosy, tak jak na Wyspie. Teraz był brunetem. Dlaczego nie zauważyła tego wcześniej?

– Kiedy zmieniłeś kolor włosów? – spytała, przerywając nie taką znów zabawną historię.

– Nie zmieniłem.

– Gdy cię poznałam, miałeś włosy koloru morskiej piany.

– Ty i twoje poetyckie porównania – mruknął. – Kiedy ja cię poznałem, nie miałaś cellulitu.

Wino nagle wydało się cierpkie.

 

Dwa tygodnie później Peter Lovelace wyjechał na kilka miesięcy do Bułgarii na plan nowego filmu, w którym grał główną rolę. Tym razem, ku uciesze wielbicielek, nie towarzyszyła mu Hevve.

Kiedy ona za pomocą masaży, specjalnych pozycji jogi i okładów z liści bananowca usiłowała pozbyć się cellulitu, Peter ciężko pracował za dnia, a w nocy zapominał. Pierwszy raz zapomniał się z drugą asystentką reżysera, innym razem zaś z dziewczyną od cateringu. Prasa natychmiast opublikowała kilkanaście słabej jakości zdjęć okraszonych zjadliwymi komentarzami. Hevve nie interesowała się plotkami z życia gwiazd, więc żyła przez chwilę w słodkiej nieświadomości. Gdy sięgnęła po kobiecy magazyn, chciała się jedynie dowiedzieć, jakiego koloru szminki będą modne w nadchodzącym sezonie. Niestety, już na trzeciej stronie ujrzała galerię zdjęć Petera w objęciach różnych kobiet. Miały blade usta, a ciemne, matowe ubrania opinały ich pełne biusty. Hevve po raz pierwszy pomyślała o powrocie na Wyspę.

 

***

 

Po zakończeniu zdjęć do filmu Peter wrócił odmieniony. Był pełen radości życia, którą utracił przed wyjazdem. Bułgarskie słońce ozłociło jego skórę i rozjaśniło włosy.

– Tęskniłem za tobą – wyszeptał tylko, zanim rzucił się na Hevve.

Przez chwilę było jak na początku. Uprawiali dużo seksu, chodzili na imprezy, pili szampana i tańczyli w światłach stroboskopu. W sypialni z przyjemnością głaskał jej gładkie uda, a prasa i blogerki modowe przekrzykiwały się w zachwytach na temat bladych ust Hevve i idealnie matowej skóry. Umówiła nawet wizytę u chirurga plastycznego, aby skonsultować pomysł powiększenia piersi, gdy prasę i Internet obiegły nowe zdjęcia Petera, tym razem u boku sławnej holenderskiej modelki.

– Kochanie, czas, żebyś wróciła już do siebie – rzekł pewnego razu. Nie wiedział wówczas, że w brzuchu Hevve zamieszkała niedawno ich córka – Agnes.

 

***

 

Zapach morza niósł przyjemne ukojenie rozedrganym nerwom, a chrzęst piasku pod stopami rozpraszał złe myśli. Było prawie jak na Wyspie i Hevve delektowała się przez chwilę tym podobieństwem. Dotknęła szyi. Od dawna nie było już na niej śladów, ale Hevve zapamiętała lekcję z przeszłości. Czasem trzeba kogoś zranić, żeby pokazać, jak bardzo się kocha.

Wróciła do domu. Choć wieczór był jeszcze wczesny, Peter już spał. Nie był na kolacji z Holenderką ani na popijawie z ekipą z planu. Szczęście im sprzyjało. Delikatnie ujęła jego ręce i nogi, aby przywiązać je do ramy łóżka.

– Wrócimy na Wyspę, kochanie – wyszeptała mu z miłością do ucha. – Ale najpierw pozbędziemy się wszystkiego, co winne jest naszemu niepowodzeniu.

Peter obudził się, lecz nie protestował. Myślał, że to wstęp do erotycznej zabawy.

Hevve przyniosła z kuchni najnowszy komplet japońskich noży i tasak. Najpierw wydłubała oczy Petera, ponieważ dostrzegały jej niedoskonałości i piękno innych kobiet. Potem odcięła jego uszy, które słuchały złych podszeptów. Wycięła serce, które już nie przyspieszało na jej widok. Ostrze noża z łatwością przechodziło przez tkanki, a dobrze wyprofilowany uchwyt pewnie tkwił w dłoni, chociaż śliska krew pokrywała już wszystko wokół. Krzyki? Nie słyszała ich. Błagania? Nawet jeśli były, ucichły dawno temu. Tasakiem odrąbała jego dłonie, które nie chciały jej dotykać. Na końcu zdarła skórę. Teraz przyszła kolej na Hevve, ona sama też nie była bez winy. Pozbyła się ciała pokrytego cellulitem i za małych piersi. Resztkami sił wbiła nóż w brzuch, uśmiercając tym samym siebie i Agnes.

 

***

 

Peter Lovelace, znany amerykański aktor, laureat trzech Oskarów, zginął wczoraj wieczorem prawdopodobnie z rąk swej życiowej partnerki Evy Suarez, obywatelki Meksyku, do niedawna jeszcze utrzymującej się z prostytucji. Panna Suarez poddała przed śmiercią swego kochanka licznym torturom. Próbując poddać podobnym mękom samą siebie, również poniosła śmierć. Sekcja zwłok panny Suarez wykazała, że była ona w kilkutygodniowej ciąży. Powodem tragedii były zapewne liczne romanse pana Lovelace'a.

"Amerykańska kinematografia odniosła niepowetowaną stratę" – skomentował reżyser filmowy, James Cameron.

 

III

 

Kołysaliśmy się na falach oceanu, a ten oczyszczał nas z resztek naszego złego życia. Wypłukiwał grzeszne pragnienia, zmywał brud nawarstwiony miesiącami, aż pozostała tylko esencja nas samych. Wtedy fale poniosły nas ku Wyspie, a tam czekał już sam Ojciec. Wzruszony do łez, stał na plaży i kołysał w rękach malutką Agnes. Za sprawą jego pełnego miłości spojrzenia ja i on staliśmy się na nowo. Chwyciwszy się za ręce, podeszliśmy do naszej córki. Wschodzące słońce roztaczało delikatny złoty blask, który milionem iskier odbijał się w drobinkach wody. Byliśmy w domu.

 

Koniec

Komentarze

– Ty i twoje poetyckie porównania – mruknął – Kiedy

Kropa :)

 

Bardzo ładnie poprowadzona narracja, poetycko i nieprzeszkadzająco. Opisy niekiedy za długie mi się wydały, ale też jakieś takie w sam raz.

A historia smutna, choć w ostateczności są szczęśliwi.

Mnie się bardzo :)

F.S.

Ciut za dużo zaimków, szczególnie na początku. Jeszcze coś wypatrzyłam, ale nie chciałam sobie przerywać lektury.

Ciekawa kompozycja całego opowiadania, no i zaskakujące pierwsze zakończenie (to w naszym świecie), bo drugie już udało mi się przewidzieć (to na wyspie).

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Czytałem już w Esensji, moją opinię autorka również zna.

Zachęcam do zapoznania się z opowiadaniem.

Foloin, bemik, belhaj. Dzięki za wizytę :)Lakonicznie, bo z telefonu. Ale potem spróbuję się rozwinąć.

 

​Edycja:

FoloinStephanus, nie wiem, skąd u mnie ten przymus stosowania długawych opisów, osobiście nie lubię takowych czytać, i wbrew pozorom wcale łatwo mi się ich nie tworzy. To chyba jakiś utajony masochizm ;)

 

Bemik, zaimkoza? a wydawało mi się, że i tak sporo usunęłam, zaraz się temu przypatrzę. Fajnie, że zwróciłaś uwagę na kompozycję, bo i mnie wydaje się jednym z atutów :)

 

Belhaju, owszem znam i jeszcze raz za nią dziękuję

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Bardzo dobrze się czytało pod względem wykonania. Początkowe trzy akapity przeleciały jak burza, stąd miałem lekkie poczucie chaosu – jednak koniec wszystko wyjaśnił i wynagrodził początkowe trudy :)  Na duży plus szczegółowe i ujmujące opisy przeżyć wewnętrznych. Podsumowując: jest okej :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Gdzieś tam brakuje się, nagromadzone jest być, a potem straszliwie łódź. Poza tym żadnych uchybień nie spostrzegłam.

Kurczę, widzę tu nutki mityczności, poetyckości, filozofowania, metafor, mistyki i metafizyki, w tym wszystkim tkwi jednak jakaś urocza niewprawność. Obok tego wszystkiego jest też kobiece w taki sposób, jaki lubię. Bez ckliwości, a ze złożonością. Widać w tekście jednak pewną dziewiczość ;D Dlatego to bardzo ciekawe opowiadanie, takie z kontrastów.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Podobało mi się :)

Czytałem zaniepokojony, bo pewne pomysły wydały się znajome z dwóch moich niepublikowanych jeszcze opowiadań, ale ostatecznie odetchnąłem z ulgą, bo podobieństwa są nieznaczne :D

A tak bardziej na temat: solidny tekst, narracja płynna; jedynie w paru miejscach odniosłem wrażenie, że gubisz rytm zdań, ale to może być czysto subiektywne. Przykładowo w tym fragmencie:

Włożyłam białą sukienkę do kolan. Szyję przyozdobiłam podwójnym sznurem pereł. Wygładziłam włosy, kształtując z nich równe fale. Na czoło nasunęłam opaskę z pereł z łabędzim piórem. Usta pomalowałam na czerwono. Prawie skończyłam, ale brakowało najważniejszego. Zabrałam z toaletki małe pudełko i poszłam sprawdzić, jak radził sobie mój podopieczny.

-łam, -łam, -łam – zbyt monotonnie, jak dla mnie. Ogólnie cenię w Twoim stylu to, że nie idziesz w długie, pogmatwane zdania, ale w przypadku tego akapitu (i może paru innych miejsc) przesadziłaś z prostotą. 

Stuknięcie o szklany blat obudziło ją.

Zaimków raczej nie daje się na końcu zdania; poza tym nie brzmią zbyt dobrze. Gdzieś jeszcze chyba było coś podobnego, ale zapomniałem. 

Opowiadanie nie nudziło, opisy się nie dłużyły. Miałem wrażenie, że jest takie… stylowe. Bardzo spodobał mi się pomysł tej Wyspy i krótkich wizyt na niej w czasie upojenia. Potem przyzwoicie naszkicowałaś pewne rodzaje charakterów. “Naszkicowałaś”, bo na więcej nie pozwoliła objętość tekstu. Historia jest dość prosta, ale przecież nie wszystko musi obfitować w zwroty akcji. 

Tytuł świetny, dobrze koresponduje z poetyką i przesłaniem. 

Ogólnie satysfakcjonująca lektura. Na kolana nie powala (rzadko coś powala), ale to wystarczająco dobry tekst, bym udał się do pewnego wątku w hydeparku… ;)

Dobre to opowiadanie! Tylko końcówka drugiej części zostawiła mnie może nie tyle rozczarowaną, co skonsternowaną. Znaczy, wiedziałam, że to będzie realizm magiczny, że Wyspa to nie dom wróżek, że brokat w końcu opadnie. Ale liczyłam na coś mniej efekciarskiego. To tyle narzekania, bo tak nieprzyjemnie rozpoczęłam :<

 

Jak już jestem w okolicach rozpoczęć to nie mogę nie napisać o tytule, który niesamowicie misie <3 Przy nim mieniące się piórko pięknie by wyglądało… ;)

 

Klimaaat :> Jak zaczęłaś o tej białej sukience, sznurze z pereł, opasce, czerwonych ustach… Impreza, szampan, brokat. Normalnie “Wielki Gatsby” ;)

 

Fabuła bardziej zdaje mi się tutaj tłem dla przesłania ( którego jednak przesłanie nie przesłania ;)), według mnie to jest jak najbardziej na plus. W nienachalny, przyjemny i ciekawy sposób przekazujesz coś wartościowego :) Jeszcze raz wrócę tutaj do tytułu, bo naprawdę to wszystko wzorowo ze sobą gra. Rozpoczęcie jest bardzo poetyckie. Dużo tam zdań, które świecą i błyszczą. Dużo pięknych widoków i lśniących włosów wokół urodziwych twarzy. Dużo brokatu, który uwielbiam :> Potem więcej akcji, jakby brokat wirował na parkiecie z zakochanymi. W drugiej to wszystko jednak opada. Ukazujesz brutalną prawdę. I jeszcze część trzecia. Brokat leży już na ziemi, zdeptany po hucznej imprezie – sielankowa końcówka jest według mnie tym brokatem. Wytartym, sztampowym zakończeniem, które zamyka większość historii ukazywanych w filmach i książkach ;)

 

O, a tu taki fragment, któremu zostawię serduszko:

 

Nie wiedziałam. Do głowy wpadło mi imię pierwszej kobiety, którą stworzył Ojciec. Dlaczego nie?

– Hevve – odpowiedziałam i po raz kolejny dotknęłam opuchniętej szyi. Pomyślałam, że to moje zaproszenie do nowego życia. Nieprzewidywalnego, niebezpiecznego, pełnego pasji i miłości. Księżyc lśnił jak oszalały.

<3

 

 

 

 

Nie wiem sam, co mi się marzy, jaka z gwiazd nade mną świeci - J.Kaczmarski

NoWhereMan, wynagrodzone trudy, czego chcieć więcej :)

 

Naz, dziewiczość  i niewprawność, nie będę się wypierać… cieszę się, że znajdujesz w tym jakiś urok 

 

Funthesystem, przez pewien czas miałam tak nie z pomysłami lecz z tytułami. Pisałam dwa teksty, jeden pt. Imago, drugi – Wiewiórki. Zanim je ukończyłam w NF ukazały się opowiadania pod tymi samymi tytułami. Na szczęście różniły się znacznie od moich dzieł. Zaimki na końcu zdania? Unikać!

 

Lenah, efekciarstwo – chodzi Ci o tę najbrutalniejszą scenę? Zgadzam się. Więcej, uważam, że jest kiczowata, być może dziś napisałabym ją inaczej.  A może nie, bo jednak wydaje mi się potrzebna. Skojarzenie z Gatsbym, jak najbardziej słuszne. To moja główna inspiracja!

 

Oczywiście dziękuję wszystkim za rozbudowane komentarze i dogłębne analizy. I w ogóle za przeczytanie :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

doskonała kompozycja zapachowa z jonów wodoru (H+ jest bezwonny), soli (NaCl też) i siarczku dimetylu (śmierdzi, jak zresztą większość związków siarki)? W tym było jakieś przesłanie, które mi umknęło? :p

 

Bellatrix, przesłanie jest, że taka ze mnie chemiczka jak z koziej pupy tratwa :P

Kiedyś czytałam w internetach artykuł o tym, co wywołuje specyficzny nadmorski zapach. I było, że to głównie ten siarczek dimetylu, co z gnijących glonów pochodzi. Może go te bezwonne jony rozrzedzają i przestaje śmierdzieć? 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Ani H+ ani NaCl nie są gazami, więc nie rozrzedzą zapachu :) Fakt, że siarczek dimetylu wydziela się z gnijących glonów, ale to jest ten smród na plaży, który odstrasza i trudno go uznać za doskonałą kompozycję zapachową (chyba, że piszesz o jakichś stworzeniach, dla których nasz smród jest pięknym zapachem, stąd moje pytanie o przesłanie:)). Wiem, że to nie konkurs Science2017 ;) ale lepiej unikaj opisywania czegoś, na czym się nie znasz w pierwszym akapicie – zjeżyło mnie to i do całego tekstu podeszłam mocno nieufnie.

Będę się upierać, że chodzi o stężenie i zwyczajowa ilość siarczku dimetylu w nadmorskim powietrzu jest przyjemna. Chyba, że ktoś nie lubi zapachu morza.

Co do reszty kompozycji, słucham mądrzejszego i usuwam :)

Edytka: podczytuję sobie właśnie różne artykuły popularno-naukowe i wszędzie  wymieniają siarczek dimetylu, jako głównego sprawcę nadmorskiego zapachu.

Np. tutaj: http://www.telegraph.co.uk/news/science/6044238/The-science-behind-that-fresh-seaside-smell.html

Pozostaje mi być wierną własnym upodobaniom zapachowym. A że lubię woń morza, to i siarczek zostaje.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Mnie “siarczek dimetylu” także raził. To raczej poetycki tekst, a nie hard SF. Równie dobrze można by zamiast “woda” napisać “tlenek wodoru”, a “powietrze” zastąpić “mieszaniną, której głównym składnikiem jest azot”… Siarczek dimetylu nic mi nie mówi, za to zapach morza już tak. Nawet jeśli NaCl nie pachnie, to chyba dla większości czytelników wymowne będzie hasło “słony zapach”. 

Bardzo dobry pomysł.  Całość dobra, opowiadanie nie budzi zastrzeżeń. 

Piotr Czestkowski

Och, ten siarczek, a taka byłam z niego dumna ;)

 

Bellatrix, taka byłam zaaferowana tymi kompozycjami, że zapomniałam podziękować za opinię

Fun, co zrobić, kiedy ja właśnie lubię od czasu do czasu przełamać konwencję

Pietrek, cieszę się, że się podobało

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

fleur, opisy tylko z początku mnie zaskoczyły, a później zagrały i się wpasowały :)

F.S.

Fun, co zrobić, kiedy ja właśnie lubię od czasu do czasu przełamać konwencję

Mam tak samo, ale potem czytelnicy krzyczą, że im zgrzyta. I jak tu znaleźć kompromis? ;)

Hmmm. Mam mieszane uczucia.

Na pewno plus za niesztampową tematykę. Podobała mi się również koncepcja wyspy. Fajne postacie, niezła metafora z brokatem. A już zestawienie go z Kopciuszkiem – genialne.

Ale nieco zjeżyło mnie zakończenie. I nie chodzi o to, że się nie komponuje z resztą utworu, tylko o przesłanie. Dla mnie ono trochę brzmi jak: “Spoko, możesz popełniać samobójstwo, nie ma sprawy, trafisz do miejsca, gdzie jest wspaniale. Tam się tobą zaopiekują, odchuchają i odeślą z powrotem na Ziemię, żebyś mógł bawić się dalej. Więc luzik”. No, nie chciałabym, żeby taki przekaz rozpowszechniał się w świecie.

Babska logika rządzi!

“koszule w każdym kolorze i fakturze“ – zgrzyta mi “w każdym fakturze” ;)

 

“nie pytał[-,] gdzie jest i w jakim celu.“

 

“Wyglądał znakomicie w jasnym garniturze z cienkiej wełny i włosami utrwalonymi brylantyną.“ – Raczej: i z włosami.

 

“…przybysz pochwycił mnie i[+,] obracając się, uniósł mnie wysoko.“

 

“– Jesteś już kimś innym.

Delikatnym ruchem nadgarstka dał znak, że to koniec rozmowy.

***

Gdy już nawróciliśmy rozbitków na życiową drogę“

 

“Stał po przeciwnej stronie salonu. Nagle ruszył w moją stronę.“

 

To nie Sylwester!– wykrzykiwały panie w telewizorach.“ – brak spacji po wykrzykniku

 

“– Ty i twoje poetyckie porównania – mruknął[+.] – Kiedy ja cię poznałem, nie miałaś cellulitu.“

 

“Peter Lovelace, znany amerykański aktor, laureat trzech Oskarów, zginął wczoraj wieczorem[+,] prawdopodobnie z rąk swej życiowej partnerki Evy Suarez, obywatelki Meksyku”

 

“była ona w kilkutygodniowej ciąży– skomentował reżyser filmowy James Cameron.“ – brak spacji przed półpauzą.

Z innej beczki – dlaczego reżyser miałby podawać informację w stylu dziennikarza opisującego zdarzenie? W sensie że to nie komentarz, tylko właśnie informacja o tym, co się wydarzyło.

 

“kołysał w rękach malutką Agnes.“ – Pewnie się czepiam, ale raczej kołysze się na niż w rękach. “W” to ewentualnie w ramionach.

 

Hm, widzę, że zniknął pewien błąd ;)

 

 

Przeczytałam, ale nie zostałam kupiona. Chyba za mało rozumiem, czym właściwie jest Wyspa. Bohaterowie – zwłaszcza mężczyzna – nie wzbudzili mojej sympatii, więc nie przejęłam się ich losami. [SPOILER ALERT] Ponadto wydało mi się, że na Wyspę trafiają ludzie “na krawędzi”, pijani, naćpani, otumanieni itp. Czemu więc bohaterowie wrócili tam po śmierci? Nie kupuję też jakoś tego, że Ojciec to się wręcz ucieszył na widok pary samobójców, że przyjął mężczyznę jak swego, mimo że ten początkowo był tylko przybyszem z zewnątrz oraz tego, że kilkutygodniowa Agnes nagle była już urodzona ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

“nie pytał[-,] gdzie jest i w jakim celu.“

Jose, ja bym tego przecinka nie wywalała – mamy zdanie podrzędne.

Babska logika rządzi!

Finklo, pewnie masz rację. Niemniej jak przeczytałam to zdanie na głos, to ta wymuszona przecinkiem “pauza” wydała mi się nienaturalna. Ale to dosyć polowy sposób na interpunkcję, więc czasem zawodzi ; D

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jose. Dziękuję za opinię i wskazane błędy. Ale część z tych, które znalazłaś poprawiałam dzień wcześniej. Musiałaś czytać poprzednią wersję. Nad resztą popracuję w najbliższym czasie.

Finklo, pewnie masz rację z tym przesłaniem. Niestety jesteś już drugą osobą, która się jeży. Jakoś mi dziwnie z tym. Nie chcę nikogo denerwować, tylko nauczyć się pisać. Dzięki za komentarz.​

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

No to ucz się, ucz, a jednocześnie bierz odpowiedzialność za to, co napiszesz. ;-)

I spieszę Cię trochę uspokoić: nie mam w planach żadnego targania się na życie. Własne ani cudze.

Babska logika rządzi!

Długo nie potrafiłem powiedzieć niczego ciekawego na temat tekstu, niczego co nie zostało powiedziane przez innych. A komentować na zasadzie "Zgadzam się z przedpiścami" nie lubię :-)

I tak: Ładny styl, gdzieniegdzie nadwyrężony tylko powtórzeniami, niepotrzebny gore w końcówce, samo zakończenie, sprawiające wrażenie na siłę wlepionego happy endu… To wszystko już wiesz. Czyli opowiadanie dobre, ale jakoś nie porwało…

Najbardziej przeszkadzał mi Peter. Rozczarował. Nie dlatego, że okazał się skurwysynem, tego właściwie oczekiwałem. Chodziło raczej o to, iż opisując jego pobyt na Wyspie sugerowałaś, że w przeciwieństwie do innych "gości" pojawił się tam celowo, jakby wiedział dokąd trafi, oraz co chce tam osiągnąć. Odniosłem wrażenie, że stoi za tym jakaś historia, że Peter jest kimś więcej, niż tylko kolejnym celebrytą, który przeimprezował. Pozostał mi więc posmak zmarnowanego potencjału.

Ale później, korzystając z czytelniczej wolności interpretacji, albo nawet nadinterpretacji, pomyślałem:

 

Będzie spojler

 

A co, gdyby odrzeć opowiadanie z magii? Gdyby część trzecia była tylko odbiciem ostatnich przebłysków umierającego umysłu? A gdyby cała Wyspa była tylko halucynacją chorej psychicznie, meksykańskiej prostytutki, jej sposobem na ucieczkę od koszmaru, z którego, niestety nie na długo, wyciągnął ją Peter?

Skoro tekst pozwala się zinterpretować w sposób, który mi niezmiernie pasuje, to znaczy, że jest cholernie dobry :-)

Pozdrawiam!

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Czasem mam tak, że otwieram zakładkę z danym opowiadaniem, bo wiem, że będę je czytać, a potem czytam niedostatecznie odświeżone ;) Staram się o tym pamiętać, znaczy o tym, by odświeżyć stronę, ale czasem z rozpędu po prostu czytam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Świetny pomysł na pierwszą część – Wyspa i jej anioły(?).

Bardzo ładnie, stylowo i obrazowo poprowadzona narracja; choć zdania długie i bogate, nie odczułem nadmiaru przymiotników (akapit o garderobie – moim zdaniem świetny). Ciekawa postać Ojca, który oscyluje między Dobrym Pasterzem a Ojcem Chrzestnym.

To było jednak tak ładne i (powtórzę się) stylowe, że wolałbym aby brokat nie opadał. Jak dla mnie druga część niepotrzebnie łamie stylistykę. Wolałbym bajkę do końca…

Cobold, dzięki :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Ładne. Takie poetyckie.

Podobało mi się :)

dziękuję, Anet​

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Obawiam się, że nie napiszę niczego oryginalnego ani niczego, co nie zostało już tu powiedziane, ale wypowiem się i tak, bo tekst przeczytałam jakiś czas temu i wciąż za mną chodzi. Naprawdę niesamowicie zapada w pamięć :) Opowiadanie podobało mi się bardzo, jest napisane świetnym stylem, obrazowe, stylowe, piękne, niepokojące, intrygujące, poetyckie, smutne. Podobnie jak paru osobom wyżej, też zgrzytnęło mi trochę zakończenie i finalny przekaz.

Ktoś chyba już tu wspominał, o ile się nie mylę, o skojarzeniach z ,,Wielkim Gatsbym” – przy tej scenie z sukienką, przyjęciem, brokatem, szampanem też cały czas miałam tę książkę z tyłu głowy, uwielbiam ją :D

Pozdrawiam!

Zgadzam się, że opowiadanie jest napisane całkiem przyzwoicie, jednakowoż sprawy w nim poruszone, mnie zupełnie nie poruszyły. Ani idylla na Wyspie, ani druga część zgłębiająca problemy nurtujące tzw. wielki świat, a które, moim zdaniem, może mogłyby być zajmujące dla czytelniczek ilustrowanych pism niewieścich, ani część ostatnia, tak słodka i optymistyczna, w dodatku okraszona złotym blaskiem wschodzącego słońca, że żałuję, iż opowieść nie zakończyła się na komentarzu reżysera.

 

z wełny, sa­ty­ny, stret­chu, skaju… – …wełny, sa­ty­ny, streczu, skaju

Używamy pisowni spolszczonej.

 

Wtem skocz­ny foks­trot się uspo­ko­ił. Na czoło or­kie­stry wy­stą­pił trę­bacz i roz­po­czął spo­koj­ną, na­stro­jo­wą me­lo­dię. – Nie brzmi to najlepiej.

 

Tłum za­stygł i uniósł oczy w górę. – Masło maślane. Czy mogli unieść oczy w dół?

 

wy­cią­gnię­ty w naszą stro­nę palec nie wró­żył nic do­bre­go. Oj­ciec po­gro­ził nam pal­cem… – Powtórzenie.

 

To nie Syl­we­ster!– wy­krzy­ki­wa­ły panie w te­le­wi­zo­rach. To nie syl­we­ster! – wy­krzy­ki­wa­ły panie w te­le­wi­zo­rach.

 

Panna Su­arez pod­da­ła przed śmier­cią swego ko­chan­ka licz­nym tor­tu­rom. Pró­bu­jąc pod­dać po­dob­nym– Czy to celowe powtórzenie?

 

a ten oczysz­czał nas z resz­tek na­sze­go złego życia. – Czy oba zaimki są konieczne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tymczasem jakiś inny paparazzi wspiął się

Paparazzi to liczba mnoga. Liczba pojedyncza brzmi: paparazzo.

 

Bardzo spodobał mi się pomysł ludzi wynurzających się z piany, a także samej wyspy, mającej pomagać potrzebującym. Szkoda, że fragment na wyspie został zarżnięty przez papierowe, płaskie postaci, których romans nijak mnie nie obszedł. Gdy akcja przeniosła się do rzeczywistości, było znacznie ciekawiej, zakończenie wyszło fajnie. Doczepię się jednak do dialogów, które wypadły sztucznie.

Masz charakterystyczny styl pisania, taki… kobiecy. Bardzo mi się on podoba. ;) Niemniej porównując ten tekst i “Wyrodną”, Twoje piórkowe opowiadanie to zupełnie inna – wyższa – liga.

Pozdrawiam!

Aylin, regulatorzy, MrBrightside. Dziękuję, że zechcieliście przeczytać tektst i podzielić się odczuciami. Jednocześnie muszę przeprosić, że nie poprawiam na bieżąco błędów, ale przez najbliższe dni nie będę mieć dostępu do komputera. Co do różnicy jakości między dwoma opowiadaniami – cóż Wyrodna jest o półtora roku młodsza :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Powstało, kiedy po raz pierwszy kupiłam NF i po przeczytaniu opowiadań pomyślałam: “ja też tak potrafię pisać i bez trudu coś opublikuję”. O święta naiwności! 

Dobre i jakoś bardzo znajomo brzmi, aczkolwiek ja takie myśli miałam przy czytaniu co drugiego tekstu w SFFiH ;) 

 

Czy nazwisko Petera celowo brzmi Lovelace? Nie do końca mi leży, przyznam. 

Zabrakło mi w tej opowieści jednej rzeczy – wyjaśnienia, pokazania w jakikolwiek sposób, dlaczego Peter na Wyspę przybył celowo, dlaczego nie czuł się tam zagubiony. Pokazujesz go tu w kontraście do wszystkich innych przybyszy i wątek ucinasz. Osobną kwestią jest jak impreza ma pomóc w odnalezieniu siebie i powrocie do życia? 

Co mi jeszcze nieco przeszkadzało, to zakończenie. Zbyt szczęśliwe jak dla mnie w zaprezentowanym kontekście. Nie ma żadnej kary? Żadnych konsekwencji? Bez względu na to jak żyłeś (Peter), lub jak swoje i cudze życie zakończyłeś (Hevve), to i tak trafisz do raju? 

 

Poza tym sama idea Wyspy bardzo mi się podobała, przez tekst płynęłam lekko i swobodnie. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję za wizytę, śniąca. Sffih nie czytałam :( Co do opowiadań w Nf to wyjaśniam, żeby nie było żadnych wątpliwości, że nie wydawały mi się słabe, tylko ja sobie wydawałam się taka genialna. Potem przyszła kolejna faza – piszę beznadziejnie. Mimo to wysłałam Brokat do Esensji, później odnalazłam portal, zrozumiałam, czym się różni półpauza od dywizu i wiele innych rzeczy ;) Nie będę na siłę bronić opowiadania, ma swoje braki, a mimo to lubię je, bo od niego wszystko się zaczęło.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Braki brakami, ale swój urok też ma. Późno już było i umknęło mi i zapomniałam wspomnieć, że sam początek o wyłanianiu się z fali i nabieraniu kształtów jest rewelacyjny. Tak mnie kupił, że nawet nie zagłuszyły wrażenia słabsze elementy. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No i wymusiłam od śniącej komplement ;)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

I to na odległość. Gdybyś tak mogła wykręcić rękę… ;-)

Babska logika rządzi!

Przemocy fizycznej nie ulegam, więc wykręcanie czegokolwiek by nie pomogło ;) Najwyżej pochwaliłabym się znajomością łaciny podwórkowej lub nałgała, żeby się uwolnić – w zależności od sytuacji.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dobra, dobra… Piątego kliku nie cofniesz. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie mam takiego zamiaru :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Czy skrzynia z papirusami to nawiązanie do Arki Przymierza?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Rozczaruję, ale nie.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Rozczarowałaś ;D.

 

Czego nie mogę powiedzieć o tekście. Przedpiścy zwracali już uwagę na świetny, brokatowy klimat. Początek wydał mi się taki egzotyczny, wciągający – nie bardzo wiedziałem, czego się spodziewać. Pod tym względem, siarczek pomógł ;) choć nie będę się wdawać w dyskusje chemiczne. Brutalne zakończenie nie było dla mnie jakimś dużym zgrzytem, ale rzeczywiście wprowadziło pewną dysharmonię. Całość oceniłbym podobnie do Anet, bardzo pozytywnie. Natomiast z końcówki wykreśliłbym te zdania:

Za sprawą jego pełnego miłości spojrzenia ja i on staliśmy się na nowo. Chwyciwszy się za ręce, podeszliśmy do naszej córki.

Złoty blask naturalnie powinien zostać.

 

Czy tutaj dobrze mi się wydaje, że mogłoby być trochę inaczej?

Wyglądał znakomicie w jasnym garniturze z cienkiej wełny i włosami utrwalonymi brylantyną.

z włosami utrwalonymi brylantyną.

 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Hmm, też mam mieszane uczucia. 

Początek wypada, jak dla mnie, bardzo na plus. Jest płynnie, plastycznie, poetycko, ale bez przesady, do tego intrygująco i zaciekawiająco. Potem brokaty, fokstroty – świetny klimat, wszystko pięknie rysuje się w wyobraźni. A potem pojawiają się niestety pierwsze fabularne zgrzyciki. Jednym z nich jest, według mnie, wskazane już przez niektórych niedomknięcie kwestii tej szczególności Petera. Nie podoba mi się, że nie wiem, czemu on tak inaczej funkcjonował na wyspie. Ale chyba jeszcze bardziej nie podoba mi się,  że nie wiem, czym właściwie uwiódł bohaterkę, bo nie dopatrzyłam się z nim żadnych pozytywnych cech :( Kolejna rzecz, jakiej mi zabrakło, to jakichś trudniejszych emocji u Hevve, kiedy opuszcza wyspę. Jakaś taka naiwna mi się wydaje ta jej ekscytacja nieznanym.

W drugiej części podoba mi się pewien realizm wydarzeń, ten cellulit na udach Kopciuszka, ta nieporadność w obcym świecie. Tutaj już jej naiwność mi nie przeszkadza, bo wydaje mi się umotywowana właśnie tą obcością, nieznajomością życia w ludzkim świecie. Przeszkadzała mi za to pewna jednowymiarowość i to, że nadal nie dowiedziałam się niczego ciekawego o Peterze. 

Zakończenie nieco zbiło mnie z tropu. Tak jak ktoś powyżej, również nie rozumiem skąd taka postawa Ojca i w ogóle eksplozja szczęścia. Chyba najbardziej podchodzi mi interpretacja Thargone’a…

 

Nevazie, Werweno, dziękuję. Interpretacja Thargone'a jest bardzo blisko zamierzeń autorki :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Jest opcja, że poniżej napisałem stek bzdur i niejednokrotnie zaprzeczyłem sam sobie. O tak, jest opcja.

 

woni wodorostów oraz siarczku dimetylu

Rozwaliłaś mnie tym, Flegmo.^^

Ten siarczek dimetylu tak bardzo nie pasuje tutaj i wybija się z poetyki tekstu, że aż zawinąłem z powrotem w górę, by upewnić się, że to nie jest aby jakie sci-fi. Mówię o tym, bo mówię, ale tak naprawdę nie wiem, czy to ciekawostka tylko, czy jednak zarzut, bo z jednej strony nie jest to w jakimś głębszym sensie błędne, a z drugiej nie posądzałbym stereotypowego anioła, czy jak tam dokładnie zdefiniować bohaterkę, o wiedzę, jak pachnie siarczek dimetylu (sam nie mam pojęcia).

Nie, zaraz, stop, halt! Trochę bredzę – skoro nie jestem pewien nawet, czy to anioł, to skąd niby mam wiedzieć, w jakie stereotypy się wpisuje? Niemniej, w ustach takiej “Naprawiaczki dusz”, w dodatku nieobytej z naszym światem, brzmi ta chemia dziwnie i nienaturalnie.

 

– Jesteście tu dla nich – powiadał Ojciec. – Nieważne, jak przegrany jest przybysz. Nieważne, czy upatrujecie w nim nadzieję. To ludzie i przez to zasługują na szansę, albowiem kocham ich najbardziej na świecie.

Mało to wychowawcze, powiem Ci, gadać do własnych dzieci, że inne dzieci kocha się bardziej. Gdyby mi staruszek pocisnął takim głodnym kawałkiem, to bym się wkurzył i poszukał sobie rodziny adopcyjnej (albo, jak Lucyfer, urządził Staremu piekło;).

 

Że te dwie kwestie miałem poruszyć, to zapamiętałem. Dalej już nie, więc polecę już ogólnikami.

Najpierw to, co mi w tekście nie podeszło:

Po pierwsze, przegadanie. Albo, inaczej rzecz ujmując, nadmiar i zbytnia szczegółowość opisów. Nie, żeby były złe, brzydkie, kiczowate, nudne, etc, wręcz przeciwnie. Ale zwyczajnie tego za dużo, w szczególności w odniesieniu do akcji, która była dosyć… statyczna. Nie pasi mi takie rozłożenie akcentów i zmusza do cichej modlitwy dziękczynnej, że opowiadanie nie jest dwa razy dłuższe.

Ten tekst bezsprzecznie jest literaturą piękną (a przynajmniej wpisuje się w to, co ja osobiście uważam za takową), poetycki, lecz nie przepoetyzowany, a przy tym taki… wyszukany, trochę wzniosły czy może dystyngowany. Szczególnie pierwsza część. I, w ujęciu ogólnym, to bardzo fajna sprawa jest. Problem polega na tym, że mi taki styl do końca nie leży. Nie potrzebuję całych gigabajtów informacji o tym, co Peter znalazł w szafie i jak Hevve zbierała się na bal, tym bardziej, że głębia samej opowieści zostaje jakby zasypana tymi szczegółami, przez co nie zdołałem wczuć się w bohaterów i ich emocje. Tak więc, kiedy Ojciec groził na przyjęciu palcami, kiedy Peter “naparł” na Hevve w parku, kiedy zaczął ją dusić (szczególnie tutaj), kiedy ona ocknęła się później i nie dość, że machnęła na to duszenie ręką, to jeszcze poszła za nim, jak chłopcy malowani za Wojenką, wyrzekając się wszystkiego, co miała – a raczej: czym była – nie bardzo rozumiałem, o czym czytam w zasadzie. To znaczy: niby wiem, co się dzieje, ale ni wuja nie ogarniam, dlaczego to się dzieje. Bo nie czuję i nie rozumiem bohaterów.

Sami bohaterowie… Tutaj różnie. Hevve jako Kopciuszek sprawiła się całkiem nieźle, ale już jej braku jakichkolwiek emocji przy opuszczaniu wyspy, będącej czymś w rodzaju kary od Ojca, którego tak bardzo kocha i wielbi, nie kupuję.

Peter jako Książę Pan… No cóż, jakkolwiek to o mnie świadczy, gość zyskał w moich oczach dopiero, kiedy zaczął puszczać pannę kantem. I nie, nie uważam, że to było dobre, prawe i słuszne, ale w tej chwili koleś zrobił się wreszcie interesujący. A właściwie to nawet nie koleś – bo on akurat zachował się, że tak powiem, proceduralnie – ale sama opowieść. Nastał ten moment, kiedy w bajce wybrzmiało już “I żyli długo i… tak dalej”, i zaczyna się to, co potem. A to, co potem zazwyczaj jest o wiele ciekawsze. Choć przyznać muszę, że spodziewałem się i tego, lecz w innej formie – byłem przekonany, że wrócisz do siniaków na szyi, trochę je na nowo podkolorujesz i dodasz kilka kolejnych, jednocześnie nadając tym pierwszym jakikolwiek sens. Bo ja, prawdę mówiąc, teraz żadnego sensu w nich nie widzę. Nie mam pojęcia, dlaczego Peter dusił, co to o nim miało mówić, skoro później już nie miał takich odpałów (a imprezowali przecież srogo) i do czego miało prowadzić.

Co dalej – zakończenie. Tu chyba nie będę oryginalny, a skoro nie mam szans na oryginalność, to nie widzę i głębszego sensu tworzyć elaborat o tym, że nie siadło, bo to takie szybkie kopiuj wklej z “I żyli…”, w dodatku bezzasadne i nielogiczne. Efekt tym bardziej łoczojebny, że podkreślony na zasadzie kontrastu wcześniejszą makabreską. Najbardziej zraziło mnie w tym chyba to, że Peter, koleś, który już przestał kochać bohaterkę, i który kilka chwil wcześniej (choć wątpię, żeby to były tylko chwile) umierał w niewyobrażalnych mękach, okaleczany i torturowany przez swoją w sumie już ex, stoi sobie spokojnie na brzegu wyspy i uśmiecha się radośnie na widok tej swojej oprawczyni, nie mogąc się doczekać, aż znów weźmie ją w objęcia. To już zbyt ciężkostrawne dla mnie. W rezultacie, jak ujęłaby to smycz na klucze mojej kuzynki: “Rzygam tęczą”. 

Byłoby, tak sobie dumam, o wiele lepiej – na pewno mocniej – bez całego rozdziału trzeciego.

 

No dobrze, a co mi się podobało? Tu będzie krócej… Tu zawsze jest krócej.

Klimat i poetyckość opowiadania. Byłoby pewnie lepiej, gdyby nie ten przytłaczający nadmiar opisów, ale sama konstrukcja i tempo opowieści, ta wspomniana już “dystynkcja” w bardzo dobrym tonie i guście. Przyjemnie się czyta takie teksty.

Niektóre zdanka i całe fragmenty, jak choćby ta rozmowa rocznicowa i winem cierpkie podsumowanie. Dla takich właśnie rzeczów lubie se co poczytać czasem. Zdecydowanie wisienka na torcie, który przecież i bez tego składał się z wielu miodnych kawałków.

Cokolwiek przerysowany, ale pięknie ukazany “American dream”. No i ta proza życia, która powoli, acz nieuchronnie wkradała się w ów sen, aż w końcu bohaterka obudziła się z ręką w… krwi umazaną.

 

Podsumowanie zaproponowałbym następujące: pisać to Ty umiesz, Fleur, i to pięknie. Naprawdę. Wolałbym jednak, żebyś trochę inaczej rozkładała ciężar i pozwoliła, by prym wiodła historia, a nie świat przedstawiony. I żeby ta historia nie była taka ckliwa i na siłę lukrowana. Hmmm… Może następnym razem coś o smokach, zombie i pieczonym kurczaku?

 

Peace!

 

P.S.

Jeśli interpretacja Mumina jest słuszna lub słuszności bliska – co bardzo by mnie cieszyło, bo nadaje opowiadaniu zupełnie inny, ciekawszy wymiar – to ja tego niestety nie widzę. Przegapiłem wszystkie subtelnie wplecione w tekst wskazówki, które powinny mnie naprowadzić na właściwą interpretację.

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki Cieniu. Biorę sobie Twoje wskazówki do serca.

Ale zombie? O, niedoczekanie Twoje!

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Sorry, Winnetou, byłam na nie.

Jednak za bardzo przeszkadzał mi ten nieciekawy moralnie przekaz, który w tekście zobaczyłam. Przez to i wątpliwości innych Czytelników trafiały na podatny grunt – co takiego wyjątkowego było w bohaterze, samobójstwo i brutalne morderstwo, a zaraz potem żyli długo i szczęśliwie…

Ale sam pomysł na wyspę świetny, to mi się spodobało. Plastyczne i błyszczące od brokatu opisy – też.

Babska logika rządzi!

Spoko, Finklo. Obiecuję znieść to mężnie :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Uff! Dobrze, że taka dzielna z Ciebie squaw. ;-)

Babska logika rządzi!

NIE za końcówkę. Początek opowiadania uwiódł mnie pięknym stylem i tajemnicą, ale z czasem okazało się, że większej tajemnicy zwyczajnie nie ma, bohaterowie to rozpuszczeni, nie dający się lubić egoiści, a Ojciec wybacza, kiedy popełnić samobójstwo i/lub dokonać morderstwa. O ile wykonanie bardzo mi się, o tyle przesyłanie – bardzo nie.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Dziękuję, Tenszo. Skoro wykonanie nienajgorsze, to jest jeszcze dla mnie nadzieja ;)

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Krótko: bardzo ładne, ale trochę rozczarowujące.

Zestawienie magicznej wyspy i brutalnej rzeczywistości mogło dać coś zajebistego. Ale moje cztery litery wciąż są na swoim miejscu. 

Szkoda. Mniej więcej w połowie tekstu liczyłem, że wyślesz je w kosmos. 

Na zdrowie.

O, chciałoby się, chciało, czytelników w kosmos wysyłać – oczywiście z opcją bezpiecznego powrotu ;) Dzięki za wizytę, Akanir.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Nowa Fantastyka
Patronujemy