- Opowiadanie: Nighter6 - Plaga

Plaga

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Plaga

Sta­tek wy­sa­dził nas na ląd wie­czo­rem siód­me­go dnia czwar­te­go księ­ży­ca w dwu­dzie­stym ósmym roku Żół­tej Ligi. Już wtedy ma­ry­na­rze żar­to­wa­li: „Abois – mia­sto, które nie może za­snąć”. Straż­nik por­to­wy pa­trzył na nas jak na ludzi nie­speł­na ro­zu­mu, nawet gdy po­ka­za­łem mu sy­gnet z pa­ję­czy­ną na oczku.

– Zda­je­cie sobie spra­wę, że jeśli wpusz­czę was teraz do mia­sta, nie bę­dzie­cie mogli już wyjść? – upew­nił się po raz trze­ci, a ja ski­ną­łem głową i tak oto zna­leź­li­śmy się we­wnątrz murów Abois.

Pierw­si ko­lo­ni­ści, któ­rzy przy­by­li na In­fa­ran­ce setki lat temu, na­zy­wa­li ten świat kra­jem cieni. Nigdy tego nie ro­zu­mia­łem, bo uro­dzi­łem się tutaj. Teraz jed­nak, kiedy wę­dro­wa­li­śmy pu­sty­mi uli­ca­mi mia­sta i je­dy­nym dźwię­kiem za­kłó­ca­ją­cym ciszę był stu­kot na­szych pod­ku­tych butów, po­czu­łem, że zstą­pi­li­śmy do kra­iny umar­łych.

– Wi­taj­cie w za­świa­tach – wy­po­wie­dzia­ła moje myśli na głos In­di­ce.

– Aura śmier­ci oto­czy­ła to mia­sto. – Ma­la­di­que, otu­lo­na płasz­czem Pa­za­mir­ra mimo pa­nu­ją­ce­go upału, po­ki­wa­ła po­waż­nie głową.

– Śmier­dzi pło­ną­cy­mi tru­pa­mi – zgo­dził się on sam, wę­sząc w po­wie­trzu jak to miał w zwy­cza­ju.

– No co wy? – prych­ną­łem, mach­nąw­szy ręką na ster­tę zwę­glo­nych ciał, którą wła­śnie mi­ja­li­śmy.

Po­dob­ne stosy le­ża­ły mniej wię­cej co sto, dwie­ście kro­ków, nie­któ­re tliły się jesz­cze, inne tylko dy­mi­ły, a po­zo­sta­łe zu­peł­nie zga­sły. Ma­la­di­que roz­ka­sła­ła się w prze­siąk­nię­tym dymem po­wie­trzu. Poza nami w za­drze­wio­nej alei nie było śladu ży­we­go czło­wie­ka – część domów wzdłuż trak­tu za­ba­ry­ka­do­wa­no, kilka miało drzwi prze­kre­ślo­ne czer­wo­ną farbą, a po­zo­sta­łe wy­glą­da­ły na kom­plet­nie opu­sto­sza­łe. Bra­ko­wa­ło ja­kich­kol­wiek zwie­rząt. Nie było psów ani kotów, nawet pta­ków. Znik­nę­ły muchy, od któ­rych mia­sto po­win­no się roić. Był tylko krztu­szą­cy smog, lekki fetor zgni­li­zny i pusta aleja. Drze­wa ko­ły­sa­ły ukwie­co­ny­mi ga­łę­zia­mi nad zwa­ła­mi po­czer­nia­łych szcząt­ków.

– Dokąd my tak wła­ści­wie idzie­my? – za­py­ta­ła In­di­ce. – Ksią­żę­cy zamek jest w tamtą stro­nę.

– Fla­na­za­ne’a zo­sta­wi­my sobie na póź­niej. Chcę się naj­pierw ro­zej­rzeć po mie­ście.

W dziel­ni­cy ku­piec­kiej sy­tu­acja wy­glą­da­ła nieco le­piej – mniej tru­pów, choć miej­ski rynek spra­wiał jesz­cze bar­dziej po­sęp­ne wra­że­nie niż port – może dla­te­go, że za­miast tłu­mów, kłę­bi­ła się na nim tylko mgła. Tutaj, w głębi mia­sta, gdzie nie do­cie­ra­ła chłod­na bryza znad morza, po­wie­trze było zu­peł­nie nie­ru­cho­me, dusz­ne od cie­pła oraz wil­go­ci, jakby nie wy­star­czał swąd ognia i śmier­ci. Pod pły­tów­ką, z kol­czu­gą, prze­szy­wa­ni­cą i bie­li­zną pod spodem po­ci­łem się jak w jed­nej z saun wszę­dzie bu­do­wa­nych ostat­nio na kel­lu­ań­ską modłę. Przez chwi­lę za­sta­na­wia­łem się, czy i Abois miało taką, ale po­krę­ci­łem głową i od­su­ną­łem od sie­bie głu­pie myśli. Mi­nę­li­śmy co naj­mniej kilka śród­miej­skich go­spód, lecz wszyst­kie były za­mknię­te, w nie­któ­rych za­bi­to de­ska­mi nawet okna. W końcu jed­nak zna­leź­li­śmy za­jazd gotów nas przy­jąć. „Czy­ste Ręce” – gło­sił szyld nad wej­ściem. Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu w obe­rży tło­czy­ło się całe mnó­stwo gości. Mimo tego drob­ny karcz­marz przy­padł do nas zanim zdą­ży­li­śmy po­rząd­nie się ro­zej­rzeć.

– Wi­taj­cie w „Czy­stych Rę­kach”, je­dy­nej czyn­nej karcz­mie w mie­ście Abois! – za­wo­łał z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy Kel­lu­anin – złoty ząb jasno świad­czył o jego po­cho­dze­niu. – Coś podać? Mamy wszyst­ko, piwo, wino, wódkę, chleb, bułki i kaszę, wie­przo­wi­nę, wo­ło­wi­nę…

– Wy­star­czy. – Unio­słem dłoń. – Widzę, że in­te­res się kręci.

Wy­szcze­rzył się jesz­cze bar­dziej, ką­ci­ki jego warg nie­mal się­gnę­ły kol­czy­ków w uszach.

– Nie chcę być nie­czu­ły, ale cóż, ceny żyw­no­ści w Abois spa­da­ją pro­por­cjo­nal­nie do ma­le­ją­cej po­pu­la­cji.

– A pan nie boi się za­ra­zy?

– Och, je­ste­ście nowi w mie­ście! – za­wo­łał, zwra­ca­jąc uwagę po­zo­sta­łych gości, co wy­wo­ła­ło na mojej twa­rzy gry­mas iry­ta­cji. Za­uwa­żył to. – Prze­pra­szam. Wszy­scy w Abois wie­dzą, że Wio­sen­ny Mór nie ima się Kel­lu­anów.

– Nie­waż­ne. Szu­ka­my noc­le­gu.

– O, mam dużo wol­nych miejsc. Jeden pokój? Dwa? Czte­ry?

– Dwa wy­star­czą.

Kiedy karcz­marz grze­bał w szu­fla­dzie za ladą, po­chy­li­łem się do Ma­la­di­que.

– Czy ktoś w tej go­spo­dzie jest za­ra­żo­ny?

Mała wiedź­ma przy­mknę­ła na mo­ment oczy.

– Nie.

Kel­lu­anin wró­cił, srebr­ni­ki i klu­cze prze­szły z rąk do rąk. In­di­ce nie­mal na­tych­miast wy­rwa­ła mi te ostat­nie z dłoni i nie oglą­da­jąc się na ni­ko­go ru­szy­ła na górę. Zła­pa­łem ją za ramię.

– Hej, In­di­ce. Czy wy­da­łem po­zwo­le­nie uda­nia się na spo­czy­nek?

– Chrzań się, Si­li­thien. Ka­za­łeś mi w nocy stać dwie warty na tym cho­ler­nym stat­ku.

– Ma­la­di­que była chora.

– Nie była chora, tylko do­sta­ła okre­su. Ma czter­na­ście lat, po­win­na na­uczyć się… Nie patrz tak na mnie, Pa­za­mir­rze.

Wes­tchną­łem.

– Idź już le­piej.

In­di­ce wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i wstą­pi­ła na scho­dy. Ol­brzym i Ma­la­di­que po­dą­ży­li za nią. Zi­ry­to­wa­ny, otwo­rzy­łem już usta, ale mach­ną­łem ręką i za­mkną­łem je z po­wro­tem. Ro­zej­rza­łem się do­oko­ła. Więk­szość gości stra­ci­ła już nami za­in­te­re­so­wa­nie – za wy­jąt­kiem blon­dyn­ki sa­mot­nie sie­dzą­cej przy kon­tu­arze, która wbi­ja­ła we mnie spoj­rze­nie oliw­ko­wych oczu. Uchwy­ci­łem jej wzrok. Unio­sła kie­li­szek z winem, jakby wzno­si­ła toast na moją część i upiła łyk al­ko­ho­lu. Po­sła­łem jej krzy­wy uśmiech, pod­sze­dłem i usia­dłem obok. Wy­so­ki sto­łek za­skrzy­piał, może od cię­ża­ru mojej zbroi.

– Niech pan coś poda do je­dze­nia. Byle nie ryby. – Ski­ną­łem na karcz­ma­rza.

– Na­tych­miast!

Uszczę­śli­wio­ny Kel­lu­anin otwo­rzył drzwi do kuch­ni i wy­darł się na ku­cha­rza.

– Czasy są cięż­kie, ale żeby upi­jać się sa­me­mu? – zwró­ci­łem się do blon­dyn­ki.

– Napij się więc ze mną – od­par­ła, prze­su­wa­jąc do mnie kie­li­szek po la­dzie.

Za­trzy­ma­łem go dło­nią w że­la­znej rę­ka­wi­cy.

– Czemu za­wdzię­czam ten za­szczyt?

– Po­do­basz mi się.

– Cóż za bez­po­śred­niość.

– Szko­da czasu i sił na uprzej­mo­ści – od­po­wie­dzia­ła, ki­wa­jąc się na stoł­ku. – Mia­łam cięż­ki ty­dzień, a na­stęp­ny nie bę­dzie lżej­szy. „Jedz, pij i raduj się, bo jutro umrze­my.” Znasz te słowa?

Po­krę­ci­łem głową.

– To in­skryp­cja na jed­nej z tu­tej­szych ruin. Jesz­cze z cza­sów, kiedy żyli tu po­bra­tym­cy two­je­go ol­brzy­ma, a poza Le­wia­ta­nem po nie­bie la­ta­ły smoki, paląc całe mia­sta, jeśli taki aku­rat miały ka­prys. Jed­ne­go dnia żyłeś, dru­gie­go nie. Jak teraz.

– Ten afo­ryzm przy­po­mi­na mi Wio­sen­ny Mór: pach­nie słod­ko, ale to symp­tom upad­ku.

Ro­ze­śmia­ła się.

– Abois jest ska­za­ne na śmierć. Mo­że­my ronić łzy i wyć do słoń­ca albo za­ba­wić się i spró­bo­wać ugryźć jesz­cze nieco życia. Sta­ro­żyt­ni do­pro­wa­dzi­li sztu­kę de­ka­den­cji do per­fek­cji, szko­da, żeby ich nauki się zmar­no­wa­ły.

– A co jeśli przy­by­łem, żeby ura­to­wać to mia­sto?

– Ależ jedno nie wy­klu­cza dru­gie­go.

Spodo­ba­ła mi się jej od­po­wiedź, więc kiw­ną­łem z uzna­niem głową, ują­łem de­li­kat­nie szkło mię­dzy sta­lo­we palce i do­pi­łem reszt­kę wina po­zo­sta­wio­ną przez blon­dyn­kę. Zaraz potem przy­szło moje je­dze­nie – kur­czak w po­traw­ce z sie­ka­nych grzy­bów. Za­ją­łem się ko­la­cją, pod­czas gdy ko­bie­ta przy­glą­da­ła mi się bez słowa, wo­dząc pal­ca­mi po kra­wę­dzi pu­ste­go kie­lisz­ka, który prze­su­ną­łem z po­wro­tem do niej.

– Więc wła­śnie to spro­wa­dza cię do mia­sta? Na­praw­dę chcesz je oca­lić?

– Ow­szem.

– Kiedy przy­by­łam do Abois, też z po­cząt­ku my­śla­łam, że to moż­li­we. Teraz… – Uśmiech­nę­ła się.

– Za­trzy­ma­łaś się tutaj?

Ski­nę­ła głową. Przez kilka chwil oboje mil­cze­li­śmy. Po­do­bał mi się spo­sób, w jaki na mnie pa­trzy­ła. Każ­de­mu męż­czyź­nie by się po­do­bał.

– To co, idzie­my na górę? – za­py­ta­ła, kiedy skoń­czy­łem jeść.

– Na górę…? – od­po­wie­dzia­łem py­ta­niem, ro­biąc nie­win­ną minę.

– Już mó­wi­łam, po­do­basz mi się.

– Jeśli lu­bisz taki żoł­nier­ski typ jak ja, masz na­praw­dę zły gust. Albo je­steś kom­plet­nie pi­ja­na.

– Jedno nie wy­klu­cza dru­gie­go. – We­so­łe iskier­ki za­tań­czy­ły w jej zie­lo­nych oczach.

– Nie chciał­bym, żebyś zro­bi­ła coś, czego potem bę­dziesz ża­ło­wać.

Za­śmia­ła się zdu­mio­na.

– A więc ry­cer­skość jesz­cze nie zgi­nę­ła! Lubię cię… jak się wła­ści­wie na­zy­wasz? Nie­waż­ne. Karcz­ma­rzu, jesz­cze wina! Pro­szę dać całą bu­tel­kę. – Kiedy obe­rży­sta speł­nił jej po­le­ce­nie, po­wo­li na­peł­ni­ła kie­li­szek, potem znowu prze­su­nę­ła go w moją stro­nę. Po­pa­trzy­ła mi pro­sto w oczy. – Pij, ry­ce­rzu. Jeśli bę­dziesz rów­nie mocno wsta­wio­ny co ja, wszyst­ko bę­dzie w po­rząd­ku, praw­da?

– Nie wiem. Nie je­stem ry­ce­rzem – od­po­wie­dzia­łem i jed­nym hau­stem opróż­ni­łem kie­li­szek.

 

***

 

Obu­dzi­ło mnie słabe zie­lo­ne świa­tło, wpa­da­ją­ce przez okno po­ko­ju. Po­my­śla­łem, że na in­nych świa­tach kac mu­siał być znacz­nie bar­dziej do­tkli­wy. Tak czy owak, pod­nio­słem się z łóżka z głową pę­ka­ją­cą bólem i ję­zy­kiem wy­schnię­tym jak pia­ski Ża­ru­gi. Przez kilka chwil pró­bo­wa­łem przy­po­mnieć sobie, gdzie wła­ści­wie je­stem i co się wczo­raj stało. Zo­ba­czy­łem dam­ską bie­li­znę roz­rzu­co­ną na pod­ło­dze i w końcu moje myśli po­pły­nę­ły szyb­ciej. Na noc­nym sto­li­ku stała ka­raf­ka z wodą, nie kło­po­cząc się uży­wa­niem szklan­ki, spłu­ka­łem gar­dło chłod­nym pły­nem. Już chcia­łem ru­szyć do drzwi, ale po­tkną­łem się o sta­lo­wy na­ra­mien­nik. Naj­pierw za­klą­łem, kiedy ból prze­szył mój duży palec u stopy, jed­nak potem za­chi­cho­ta­łem i po­krę­ci­łem głową. Wczo­raj zdą­ży­łem się upić, zanim za­świ­tał mi po­mysł, żeby pójść na górę i zdjąć z sie­bie nie­wy­god­ną zbro­ję. Przy­po­mnia­łem sobie o pły­tów­ce do­pie­ro kiedy w środ­ku nocy blon­dyn­ka za­cią­ga­ła mnie do swo­je­go po­ko­ju.

– Daj spo­kój, za­ło­żę się, że ścią­gnę to z cie­bie szyb­ciej niż ty roz­sz­nu­ru­jesz mój gor­set.

– Stoi!

Nie wiem jak, ale na­praw­dę udała jej się ta sztu­ka. Może ja­kimś cudem była mniej pi­ja­na ode mnie.

Kiedy wresz­cie zsze­dłem na dół, za­sta­łem to­wa­rzy­szy przy stole, wła­śnie koń­czy­li późne śnia­da­nie. Obie ko­bie­ty pa­trzy­ły na mnie wil­kiem, za to Pa­za­mirr wy­szcze­rzył kły w uśmie­chu.

– Dzień dobry – po­wie­dzia­łem. – Kończ­cie je­dze­nie i ru­sza­my do mia­sta.

 

***

 

Re­ko­ne­sans nie przy­niósł żad­nych no­wych wia­do­mo­ści – w za­sa­dzie spo­tka­li­śmy tylko paru pa­choł­ków miej­skich, tru­dzą­cych się roz­pa­le­niem ognia pod nowym sto­sem zwłok, osza­la­łą z roz­pa­czy matkę, która stra­ci­ła wła­śnie ostat­nie z sied­mior­ga dzie­ci, a także star­ca zaj­mu­ją­ce­go się za­ła­do­wy­wa­niem pa­dłych na uli­cach tru­pów na tacz­kę. Wio­sen­ny Mór zabił już pra­wie jedną trze­cią mia­sta i nie za­po­wia­da­ło się, aby miał zwol­nić tempo. Plaga ponoć naj­pierw wy­bu­chła w por­cie, ale poza tym nikt nic nie wie­dział i ni­ko­go nic nie ob­cho­dzi­ło – etap pa­ni­ki Abois miało dawno za sobą.

– Po­trze­bu­je­my uzdro­wi­cie­li, a przy­sy­ła­ją nam Pa­ją­ki – wy­mam­ro­tał ze zło­ścią straż­nik, kiedy po­ka­za­łem mu sy­gnet z pa­ję­czą sie­cią.

– Uwa­żaj, co mó­wisz – od­po­wie­dzia­ła mu zimno In­di­ce.

– A co nam zro­bi­cie?! – za­wo­łał jego to­wa­rzysz, dźga­ją­cy po­chod­nią stos mo­kre­go drew­na, które nie chcia­ło się za­pa­lić. – I tak wszy­scy je­ste­śmy już mar­twi!

– Sły­sza­łeś to? – In­di­ce za­py­ta­ła z uda­wa­nym nie­do­wie­rza­niem.

Wes­tchną­łem.

– Aż na­zbyt do­brze. Krzy­czał, a mnie boli głowa. Za­ra­za czy nie za­ra­za, Pa­ją­ków po­win­no się bać. Pa­za­mirr.

Wło­cha­ty ol­brzym ude­rzył po­chy­lo­ne­go straż­ni­ka pię­ścią w brzuch. Kiedy męż­czy­zna padł już na bruk, Pa­za­mirr za­czął go kopać. To­wa­rzysz bi­te­go wy­ko­nał ruch, jakby chciał przyjść mu z po­mo­cą, ale In­di­ce wy­cią­gnę­ła tylko ra­pier do po­ło­wy z po­chwy i straż­nik znie­ru­cho­miał, blady, wpa­trzo­ny we współ­pra­cow­ni­ka, któ­re­go Pa­za­mirr wła­śnie pod­no­sił za kark, by jesz­cze kilka razy mu przy­ło­żyć.

– Wy­star­czy.

Za­krwa­wio­ny straż­nik padł na czwo­ra­ki.

– Na­praw­dę po­win­ni­ście uwa­żać, co mó­wi­cie – rze­kłem. – I przy­kła­dać się do pracy, pil­no­wać dys­cy­pli­ny. Ina­czej mo­że­my tu wró­cić.

Ode­szli­śmy, od­pro­wa­dze­ni nie­na­wist­ny­mi spoj­rze­nia­mi. In­di­ce gwiz­da­ła pod nosem za­do­wo­lo­na. Za­de­cy­do­wa­łem, że czas od­wie­dzić księ­cia Fla­na­za­ne’a, więc opu­ści­li­śmy śród­mie­ście, kie­ru­jąc się na wzgó­rze do­mi­nu­ją­ce nad mia­stem, szczyt któ­re­go wień­czył fort pana grodu. Do­tar­li­śmy do bramy zamku i… na tym nasza po­dróż się skoń­czy­ła.

Być może ktoś wie­dział, że w mie­ście są Pa­ją­ki, bo Fla­na­za­ne przy­brał naj­lep­szą moż­li­wą obro­nę przed nie­pro­szo­ny­mi go­ść­mi: za­mknię­te wrota i żad­nych war­tow­ni­ków, któ­rym mo­gli­by­śmy gro­zić. Przy­naj­mniej żad­nych wi­docz­nych war­tow­ni­ków. Krzy­ki nie zdały się jed­nak na nic, więc nawet jeśli gwar­dzi­ści sie­dzie­li w zam­ko­wej bra­mie, ści­ska­jąc kusze w rę­kach, po pro­stu się nie ujaw­ni­li i mu­sie­li­śmy odejść z kwit­kiem – na ten mo­ment. Za­miast tego po­pro­wa­dzi­łem więc swo­ich ludzi do miej­skie­go chra­mu, urzą­dzo­ne­go w nie­gdy­siej­szym ko­ście­le Nie­bios. Gmach wy­róż­niał się żół­tym ko­lo­rem na tle bu­rych ka­mie­nic mia­sta. Jego in­te­gral­ną część sta­no­wił ozdo­bio­ny rzeź­ba­mi kruż­ga­nek z dwie­ma ka­pli­ca­mi w ro­gach, przy­po­mi­na­ją­cy­mi ni­skie basz­ty. Głów­ny bu­dy­nek rów­nież miał dwie wieże, strze­la­ją­ce wy­so­ko w niebo me­ta­lo­wy­mi igli­ca­mi, zaś cen­tra­lą część fa­sa­dy zdo­bił wiel­ki, zło­co­ny re­lief przed­sta­wia­ją­cy pro­mie­ni­ste słoń­ce. Nie­ste­ty dawny ko­ściół wy­glą­dał znacz­nie mniej oka­za­le w środ­ku – zdar­to wszel­kie de­ko­ra­cje po re­li­gii Nie­bios, lecz na ich miej­sce nie przy­go­to­wa­no no­wych, za­miast więc im­po­no­wać go­be­li­na­mi, ma­lo­wi­dła­mi i pła­sko­rzeź­ba­mi, chram świe­cił gołym murem. No, pra­wie – świa­tło wpa­da­ją­ce przez wiel­ki wi­traż na tyl­nej ścia­nie tań­czy­ło róż­no­ko­lo­ro­wo na li­ściach ol­brzy­mich pa­pro­ci, usta­wio­nych w do­nicz­kach tak, że za oł­ta­rzem utwo­rzy­ło się coś w ro­dza­ju ma­łe­go ogro­du. I wła­śnie po­środ­ku tej zie­le­ni stał czło­wiek w ciem­nych sza­tach, z no­życz­ka­mi w ręku, usu­wa­jąc ze­schnię­te ło­dyż­ki ro­ślin.

– Kto przy­by­wa do głów­ne­go chra­mu Abois? – za­py­tał, nie od­wra­ca­jąc się ani nie prze­ry­wa­jąc za­ję­cia.

– Po­rucz­nik Si­li­thien Neyr, Pa­ją­ki. To moi współ­pra­cow­ni­cy – sier­żant Pa­za­mirr z Ob­sy­dia­no­we­go Kła oraz funk­cjo­na­riusz­ki In­di­ce Cu­ra­int-De­su­vax i Ma­la­di­que Sor­je­an.

– Och. – Star­szy męż­czy­zna z siwą bro­nią odło­żył no­życz­ki, wy­gła­dził szatę. – Su­ra­phe. Je­stem opie­ku­nem tej świą­ty­ni.

Na chwi­lę za­pa­dła kło­po­tli­wa cisza.

– Tak, to żerca – po­twier­dzi­ła Ma­la­di­que.

Za­śmia­łem się ner­wo­wo.

– Prze­pra­szam. Po pro­stu nie wy­glą­da wie­leb­ny na…

– Nie szko­dzi. – Uśmiech­nął się miło. – Przed wojną byłem ka­pła­nem Nie­bios. Ale do­łą­czy­łem do Loży i dzię­ki temu po­zo­sta­wio­no mi mój uko­cha­ny ko­ściół.

Cisza po­wró­ci­ła, jesz­cze bar­dziej krę­pu­ją­ca niż po­przed­nio. Nie każdy po­tra­fił lek­kim tonem po­wie­dzieć, że zdra­dził swoją wiarę i prze­szedł na stro­nę naj­gor­sze­go wroga. Nie żeby się to nie zda­rza­ło. Wojna prze­to­czy­ła się przez In­fa­ran­ce i wielu zmie­ni­ło barwy – bez­wied­nie zer­k­ną­łem na In­di­ce.

– Tak czy ina­czej, wy­sła­no nas z Fortu Mes­se­lieu w celu zba­da­nia spra­wy Wio­sen­ne­go Moru. Ist­nie­je po­dej­rze­nie, że jego przy­czy­ny nie są na­tu­ral­ne – jeśli tak jest, mamy je usta­lić i usu­nąć.

Stary ka­płan oży­wił się i z en­tu­zja­zmem po­ki­wał głową.

– Po­dzie­lam takie prze­ko­na­nie. Znam magię uzdra­wia­ją­cą z moich nie­biań­skich cza­sów i oka­za­ła się nie­sku­tecz­na. Po­pra­wia nieco kon­dy­cję cho­rych, ale to wszyst­ko. A nie po­win­no tak być, gdy­by­śmy mieli do czy­nie­nia ze zwy­kłą za­ra­zą…

– Dla­cze­go tu jest tak pusto? – prze­rwa­ła mu nagle In­di­ce. – Jeśli nawet na­stę­pu­je tylko nie­wiel­ka po­pra­wa, za­ra­że­ni po­win­ni chwy­tać się każ­dej szan­sy.

– Na po­cząt­ku epi­de­mii w ko­ście­le były tłumy. Póź­niej nawet część cho­rych prze­nio­sła się tutaj, kiedy la­za­ret uległ prze­peł­nie­niu. – Po­to­czył ręką w po­wie­trzu. – Oba­wiam się jed­nak, że ten sa­mo­zwań­czy pro­rok na­mie­szał lu­dziom w gło­wach.

– O, to coś no­we­go – stwier­dzi­łem. – Co to za jeden?

Su­ra­phe skrzy­wił się.

– Jest znacz­nie młod­szy ode mnie, ale ukry­wa to pod długą brodą. Nie­któ­rzy mówią, że przy­pły­nął w cza­sie Ko­niunk­cji na tym stat­ku z Ce­sar­stwa, ale nie wia­do­mo na pewno. W każ­dym razie co­dzien­nie prze­ma­wia w get­t­cie kel­lu­ań­skim. Głosi, że za­ra­za sta­no­wi karę od Nie­bios za pod­da­nie mia­sta i księ­stwa Żół­tej Lidze. Wy­kli­na Lożę, księ­cia Fla­na­za­ne’a, a także mnie i mój ko­ściół. Dla­te­go ni­ko­go tutaj nie ma. Mówi, że świą­ty­nia zo­sta­ła splu­ga­wio­na i sta­no­wi sie­dli­sko cho­ro­by…

– To nie­praw­da – ode­zwa­ła się Ma­la­di­que. – To miej­sce wy­peł­nia­ją po­zy­tyw­ne ener­gie… – Mla­snę­ła ję­zy­kiem. – Po­wie­trze sma­ku­je tu sta­ro­żyt­ną mocą.

– No wła­śnie. Ko­ściół po­sta­wio­no tam, gdzie kie­dyś było smo­cze sank­tu­arium, potem prze­ro­bi­li­śmy go na chram, ale za­dba­łem, żeby nie stra­cił nic ze swo­jej świę­to­ści.

– Dla­cze­go nikt nie zajął się tym pro­ro­kiem? – za­py­ta­łem.

– Jest wiele po­wo­dów. Po pierw­sze – nie ma kto. Ksią­żę Fla­na­za­ne za­mknął się w zamku, inni żercy poza mną albo sie­dzą z nim, albo ucie­kli. Po dru­gie – ten czło­wiek ma za sobą tłum. Prze­ko­nał już pół mia­sta. Za­ra­że­ni dnia­mi i no­ca­mi ko­czu­ją wokół miej­sca, gdzie zwykł prze­ma­wiać.

– Nie po­do­ba mi się to – mruk­nął Pa­za­mirr. – Ta spra­wa cuch­nie.

– Wszyst­ko tu cuch­nie, sier­żan­cie – od­po­wie­dzia­łem roz­ba­wio­ny. – Od­wie­dzi­my sobie tego pro­ro­ka. Czy może nam wie­leb­ny po­wie­dzieć coś jesz­cze?

Za­wa­hał się.

– Nie wszy­scy w mie­ście zga­dza­ją się, że Wio­sen­ny Mór ma nie­na­tu­ral­ne pod­ło­że – przy­znał z nie­chę­cią. – La­za­ret ma no­we­go pryn­cy­pa­ła. Mo­że­cie tam zaj­rzeć po dro­dze do getta, jeśli chce­cie, choć moim zda­niem to stra­ta czasu.

 

***

 

Wbrew opi­nii wie­leb­ne­go Su­ra­phe, zde­cy­do­wa­li­śmy się od­wie­dzić la­za­ret, choć kiedy prze­kro­czy­li­śmy jego wrota, słod­ki smród nie­mal po­wa­lił nas na ko­la­na. Wy­wle­kłem ka­wa­łek ko­szu­li spod pan­ce­rza i przy­tkną­łem go sobie do nosa. Bu­dy­nek był na­praw­dę duży, lecz mimo tego mu­sie­li­śmy wę­dro­wać wąską ścież­ką mię­dzy le­żą­cy­mi na ko­cach pa­cjen­ta­mi. Znaj­do­wa­li się w naj­róż­niej­szych sta­diach cho­ro­by, nie­któ­rzy umie­ra­li na na­szych oczach, inni do­pie­ro co zgło­si­li się do szpi­ta­la, za­uwa­żyw­szy ob­ja­wy Wio­sen­ne­go Moru – go­rącz­kę, bez­sen­ność i ro­pie­ją­ce rany na skó­rze, wy­dzie­la­ją­ce obrzy­dli­wie przy­jem­ny, kwia­to­wy za­pach, od któ­re­go wziął nazwę. My­śla­łem, że nic nie cuch­nie go­rzej niż pa­dli­na, ale choć mój żo­łą­dek za­har­to­wa­ły nie­zli­czo­ne pola bi­tew­ne, z tru­dem po­wstrzy­ma­łem wy­mio­ty. Wśród cho­rych uwi­ja­li się ochot­ni­czy pie­lę­gnia­rze i pie­lę­gniar­ki, każde w ochron­nym far­tu­chu i rę­ka­wicz­kach. W po­bli­żu wej­ścia na­tra­fi­li­śmy także na me­dy­ka w sza­rym płasz­czu i je­dwab­nej masce na twa­rzy.

– Panna d’Re­vo­ure wie wię­cej o za­ra­zie – od­parł, kiedy chcie­li­śmy go prze­py­tać i mach­nął znie­cier­pli­wio­ny dło­nią.

We­szli­śmy więc głę­biej, gdzie było jesz­cze bar­dziej tłocz­no. Mu­sie­li­śmy omi­jać głowy pa­cjen­tów, stu­ka­jąc bu­ta­mi tuż przy ich uszach, więc już po chwi­li cią­gnę­ła się za nami ka­ko­fo­nia prze­kleństw i jęków. Za­ra­że­ni usi­ło­wa­li spać – komu udało się za­snąć po wy­stą­pie­niu symp­to­mów Moru, mógł li­czyć na prze­ży­cie. Pie­lę­gniar­ki ły­pa­ły na nas z obu­rze­niem, ale szyb­ko spusz­cza­ły oczy, kiedy Pa­za­mirr szcze­rzył do nich zęby. Raz czy dwa mu­sia­łem po­wstrzy­mać In­di­ce przed ko­pa­niem cho­rych, któ­rzy nie ogra­ni­czy­li się do ogól­nych zło­rze­czeń i prze­kli­na­li pewną kon­kret­ną „ha­ła­su­ją­cą dziw­kę”. Osta­tecz­nie nie zdo­ła­li­śmy od­na­leźć d’Re­vo­ure – to ona zna­la­zła nas.

– Ty! – za­wo­ła­ła, wska­zu­jąc na mnie pal­cem, jako że sze­dłem na prze­dzie. – Kim do dia­bła je­steś? To szpi­tal, a nie karcz­ma! Za­bie­raj swoją bandę zbi­rów i wynoś się stąd!

Sta­ną­łem jak wryty.

– To tłu­ma­czy, dla­cze­go po­tra­fisz tak szyb­ko zdej­mo­wać zbro­je. – Szyb­ko od­zy­ska­łem rezon.

– Co u dia­bła ga­dasz? – syk­nę­ła. – Nie wiem ktoś ty, ale za­kłó­casz spo­kój moich pa­cjen­tów. I bez tego mam od cho­le­ry ro­bo­ty.

– Nie pa­mię­ta cię! – In­di­ce dźgnę­ła mnie w bok i za­chi­cho­ta­ła. – Jak w bogów nie wie­rzę, nie pa­mię­ta cię!

– Nie pa­mię­tam…? – Uzdro­wi­ciel­ka zmarsz­czy­ła brwi. Wyraz sku­pie­nia po­ja­wił się na jej twa­rzy. – Och. Zbro­ja… – Nie za­ru­mie­ni­ła się na po­licz­kach, ale wy­raź­nie zro­bi­ło się jej głu­pio. – Wczo­raj w nocy…

– Tak. Wczo­raj w nocy. – Uśmiech­ną­łem się we­so­ło. – Po­rucz­nik Si­li­thien Neyr, Pa­ją­ki. To moi współ­pra­cow­ni­cy – sier­żant Pa­za­mirr z Ob­sy­dia­no­we­go Kła i funk­cjo­na­riusz­ki In­di­ce Cu­ra­int-De­su­vax oraz Ma­la­di­que Sor­je­an. Mam przy­jem­ność z panną Va­na­lie d’Re­vo­ure, praw­da?

Za­czę­ła ma­so­wać skro­nie pal­ca­mi.

– Prze­spa­łam się z Pa­ją­kiem?

– Nie ma czego ża­ło­wać – wtrą­cił Pa­za­mirr, szcze­rząc kły w uśmie­chu. – Wszy­scy sły­sze­li­śmy, że była pani bar­dzo za­do­wo­lo­na.

– Sier­żan­cie…

– No co?

– Pro­wa­dzi­my śledz­two w spra­wie epi­de­mii. – Tak­tow­nie zmie­ni­łem temat. – By­li­śmy już w abo­isań­skim chra­mie i wie­leb­ny Su­ra­phe skie­ro­wał nas tutaj.

Va­na­lie po­sła­ła mi krót­ki uśmiech i zo­ba­czy­łem w jej oczach wdzięcz­ność.

– Su­ra­phe! Stary od­stęp­ca na­ga­dał wam pew­nie o mi­stycz­nych si­łach i pro­ro­ku z kel­lu­ań­skie­go getta, co?

– Wspo­mi­nał, że masz od­mien­ne zda­nie na temat przy­czyn za­ra­zy. – Płyn­nie prze­sze­dłem do niej na ty. Po wczo­raj­szym wie­czo­rze i nocy dziw­nie by­ło­by mówić jej per „pani”.

– To tylko bak­cyl. Wy­jąt­ko­wo zja­dli­wy, opor­ny na magię, ale nie widzę w nim nic nad­na­tu­ral­ne­go. Po­dej­rze­wam, że przy­wieź­li go Kel­lu­anie. Za­pew­ne wie­cie, że dwa mie­sią­ce temu miała miej­sce Ko­niunk­cja – gwiaz­dy usta­wi­ły się w od­po­wied­nim ukła­dzie i otwar­ły się ko­smicz­ne drogi mię­dzy świa­ta­mi. Do Abois za­wi­nę­ły trzy kel­lu­ań­skie okrę­ty, ktoś na po­kła­dzie cho­ro­wał na coś, na co tu­tej­si są nie­od­por­ni i tak po­ja­wi­ła się za­ra­za.

Pa­za­mirr po­krę­cił głową.

– Nie ro­zu­miem jak to dzia­ła.

– Plagi nigdy nie za­bi­ja­ją wszyst­kich – ode­zwa­ła się Ma­la­di­que za­miast uzdro­wi­ciel­ki. – Od­por­niej­si prze­ży­wa­ją i prze­ka­zu­ją swoją od­por­ność po­tom­kom.

– Do­kład­nie. Nawet jeśli mór po­wró­ci, lu­dzie le­piej go zno­szą. Ale jeśli przy­wieźć takie za­raz­ki, z któ­rym ich przod­ko­wie nigdy wcze­śniej nie mieli stycz­no­ści… – Va­na­lie roz­ło­ży­ła ręce.

– Więc dla­te­go Kel­lu­anie nie cho­ru­ją? – za­py­ta­ła In­di­ce.

– Tak. Ten pro­rok jest oto­czo­ny za­ra­żo­ny­mi i nie prze­strze­ga żad­nych zasad hi­gie­ny, a mimo tego nic mu nie do­le­ga. Z tego sa­me­go po­wo­du Pu­ra­jez z „Czy­stych Rąk” ni­cze­go się nie boi.

– A jaka jest jego wer­sja?

– Kogo? Karcz­ma­rza?

– Pro­ro­ka – po­pra­wi­łem ją znie­cier­pli­wio­ny.

– Mówi, że Kel­lu­anie do­cho­wa­li wier­no­ści Nie­bio­som, więc nie cho­ru­ją – od­po­wie­dzia­ła z roz­draż­nie­niem. – Dla­te­go lu­dzie garną się do getta. Wie­rzą, że tam zie­mia jest święt­sza. – Po­krę­ci­ła głową. – Ale i tak pa­da­ją jak ka­ra­lu­chy, po­win­ni leżeć tutaj albo u Su­ra­phe. Nie mo­że­my ich wy­le­czyć, jed­nak opie­ka i me­dy­ka­men­ty zwięk­sza­ją szan­sę na prze­ży­cie.

– Coś jesz­cze?

– Twoje śledz­two to stra­ta czasu, po­rucz­ni­ku. Wiem, że wo­lał­byś wroga, z któ­rym da się wal­czyć albo dać mu w zęby tą twoją sta­lo­wą rę­ka­wi­cą, ale nic ta­kie­go nie znaj­dziesz. Mia­sta nie można ura­to­wać, po­dob­nie jak nie można zmie­nić kie­run­ku, w któ­rym wieje wiatr. Abois jest ska­za­ne na śmierć.

– Cóż, skoro tak, to twoja praca tutaj rów­nież jest stra­tą czasu – od­par­łem. – Do zo­ba­cze­nia wie­czo­rem – rzu­ci­łem jesz­cze na od­chod­nym i po chwi­li za­sta­no­wie­nia pu­ści­łem do niej oko.

Pró­bo­wa­ła zro­bić ob­ra­żo­ną minę, ale zdo­ła­łem do­strzec le­ciut­kie unie­sie­nie ką­ci­ka jej ust.

 

***

 

Tego dnia nie zdą­ży­li­śmy na ka­za­nie pro­ro­ka. Męż­czy­zna znik­nął już gdzieś w get­cie kel­lu­ań­skim i po kilku go­dzi­nach po­szu­ki­wań da­li­śmy sobie spo­kój. Ta dziel­ni­ca, w prze­ci­wień­stwie do po­zo­sta­łych, nie była aż tak opu­sto­sza­ła, ale bu­dzi­ła przez to jesz­cze gor­sze wra­że­nie. Krę­ci­ło się tu sporo ludzi z wy­raź­ny­mi ob­ja­wa­mi in­fek­cji, a cał­kiem duży tłum ko­czo­wał na lo­kal­nym rynku, cze­ka­jąc do rana na po­wrót pro­ro­ka. Obe­szli­śmy ciżbę łu­kiem, ale i tak wi­dzia­łem, że część z nich nie prze­ży­je do świtu. I tutaj pa­lo­no zwło­ki, lecz ro­bo­tą zaj­mo­wa­li się głów­nie sami Kel­lu­anie. Straż­ni­cy miej­scy bali się za­pusz­czać do getta i wcale się im nie dzi­wi­łem.

Osta­tecz­nie wró­ci­li­śmy do „Czy­stych Rąk”. Moi to­wa­rzy­sze udali się po ko­la­cji na górę, ja zo­sta­łem dłu­żej. Mógł­bym oszu­ki­wać sa­me­go sie­bie, że słu­cha­łem krą­żą­cych wśród klien­tów po­gło­sek i prze­py­ty­wa­łem karcz­ma­rza na temat kel­lu­ań­skie­go pro­ro­ka oraz wszel­kich moż­li­wie uży­tecz­nych in­for­ma­cji, ale wie­dzia­łem, że tak na­praw­dę cze­kam na nią. Długo się nie po­ja­wia­ła, za­czą­łem przy­sy­piać przy szynk­wa­sie, słu­cha­jąc glę­dze­nia Pu­ra­je­za o tym, co zrobi z górą pie­nię­dzy, jaką zdą­żył już za­ro­bić i po­wo­li zbie­ra­łem się do odej­ścia, kiedy wresz­cie przy­szła.

Zdzi­wi­ła się na mój widok, wy­glą­da­ła na wy­czer­pa­ną, ale usia­dła obok.

– Mu­sia­łam zo­stać dłu­żej – wy­ja­śni­ła. – Wina, Pu­ra­jez! – za­wo­ła­ła i po chwi­li na la­dzie po­ja­wi­ła się bu­tel­ka.

Unio­słem brwi.

– Po­trze­bu­ję się znie­czu­lić. Ale spo­koj­nie, mam szyb­ki me­ta­bo­lizm.

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi, nie czu­łem się na si­łach na ko­lej­ną li­ba­cję, więc za­mó­wi­łem ty­po­wy cien­kusz. Kel­lu­anin pew­nie miał i czy­stą wodę, ale le­piej jej nie tykać, szcze­gól­nie w cza­sach epi­de­mii.

– Nie boisz się, że się ode mnie za­ra­zisz? – za­py­ta­ła.

– Nie boisz się Pa­ją­ka?

– Pierw­sza za­da­łam py­ta­nie.

– Nie je­steś chora. A zwa­żyw­szy na to, jak cuch­nę­ło w la­za­re­cie, czuję, że wzię­łaś po­rząd­ną ką­piel. Ład­nie pach­niesz.

Za­śmia­ła się.

– Niby czym?

– Nie wiem. Czy­sto­ścią? Ko­bie­tą? Woń jest ła­god­na, ale ta­kich wła­śnie bra­ku­je w Abois. Teraz moje py­ta­nie.

– Lubię cię. Nie wiem, czy je­steś do­brym czło­wie­kiem, czy złym, ale kiedy tylko prze­sze­dłeś przez te drzwi, po­czu­łam do cie­bie sym­pa­tię i udało ci się tego nie schrza­nić. Każ­de­go dnia pięć setek ludzi umie­ra po dwóch ty­go­dniach nie­moż­no­ści zmru­że­nia oka. Na­de­szły obłęd­ne czasy, w któ­rych nie ma miej­sca na zdro­wy roz­są­dek.

– Za twoją od­wa­gę, Va­na­lie. – Kiw­ną­łem na nią kub­kiem i upi­łem piwa. – Nie tylko za­da­jesz się z Pa­ją­kiem, ale jesz­cze do­bro­wol­nie wkro­czy­łaś do mia­sta peł­ne­go za­ra­żo­nych, aby nieść im pomoc… wie­dząc, że nie bę­dziesz mogła już wyjść.

– Dzię­ki, Pu­ra­jez. – Po­pa­trzy­ła na karcz­ma­rza zmru­żo­ny­mi ocza­mi, na co on sku­lił się za ladą. – Ra­to­wa­nie ludzi to mój zawód – zwró­ci­ła się do mnie.

– Ale nie wie­rzysz, że mia­sto da się oca­lić.

– Zba­da­łam bak­cy­la. Za­sto­so­wa­łam wszyst­kie znane leki i eks­pe­ry­men­tal­ne te­ra­pie, kon­sul­to­wa­łam się z co naj­mniej czwór­ką magów. Rzad­ko by­wa­ją takie za­ra­zy, ale sły­sza­łam o nich. Są jak trzę­sie­nie ziemi albo hu­ra­gan – mo­żesz wal­czyć ze skut­ka­mi, lecz nic po­nad­to.

– Myślę, że spra­wa nie jest tak pro­sta, jak ci się wy­da­je.

– Dla­cze­go?

– Prze­czu­cie.

– Prze­czu­cie! – prych­nę­ła i po­krę­ci­ła głową.

– Tak czy owak, do­bro­wol­nie dałem się tu uwię­zić, po­dob­nie jak ty. Je­dy­ne, co mogę teraz zro­bić, to wy­ko­ny­wać swoją pracę – rów­nież jak ty.

Ziew­nę­ła.

– A pro­pos pracy, jutro o świ­cie muszę być w la­za­re­cie, a chcia­ła­bym się jesz­cze prze­spać choć ze dwie go­dzi­ny.

– I?

Wzię­ła kie­li­szek i wy­pi­ła jego za­war­tość jed­nym dusz­kiem.

– Idzie­my na górę?

 

***

 

Getto kel­lu­ań­skie za dnia w pełni wy­ja­śnia­ło pust­ki na uli­cach Abois. Rzecz jasna, próż­no było szu­kać tu zdro­wych, ci kryli się w do­mach, za wy­jąt­kiem kilku sza­leń­ców, któ­rzy uwie­rzy­li, że pro­rok prę­dzej ochro­ni ich od za­ra­zy niż izo­la­cja. Nie bar­dzo mia­łem ocho­tę prze­ci­skać się przez tłum – tutaj za­in­fe­ko­wa­ni nie le­że­li w grzecz­nych rzę­dach, więk­szość z nich stała, aby le­piej wi­dzieć Kel­lu­ani­na, który na pod­wyż­sze­niu ze skrzy­nek wy­ma­chi­wał rę­ka­mi.

– …tej wio­sny w wa­szym mie­ście za­kwi­tły nie tylko drze­wa, ale i lu­dzie! – wołał, a choć by­li­śmy da­le­ko, jego głos sły­sza­ło się czy­sto i wy­raź­nie. – Dzi­wi­cie się? Prze­kli­na­cie los? Ależ obie­cy­wa­no wam to! Kiedy przy­szli żercy z Gni­ją­cej Loży, obie­cy­wa­li wam roz­kwit – macie więc roz­kwit! Ma­mi­li was słod­ko pach­ną­cy­mi słów­ka­mi – i wy teraz słod­ko pach­nie­cie! Mó­wi­li, że Zgni­li­zna jest dobra, bo uwal­nia i oczysz­cza, ro­biąc miej­sce no­we­mu – oto i jest miej­sce w wa­szym mie­ście, tyle miej­sca, ile nigdy wcze­śniej! Sprze­da­li­ście swoje dusze, tak jak uczy­nił to wasz ksią­żę i wasz pa­sterz! Wszy­scy je­ste­ście za­prze­da­ni Zgni­liź­nie i dla­te­go wła­śnie gni­je­cie! Spójrz­cie w górę, a uj­rzy­cie nie­skoń­czo­ny ład, nawet w tej kra­inie cieni wasze fał­szy­we słoń­ce każ­de­go dnia wscho­dzi i za­cho­dzi w tym samym miej­scu – kiedy od­mó­wi­li­ście pod­po­rząd­ko­wa­nia się od­wiecz­nym pra­wom Nie­bios, po­wsta­ła dys­har­mo­nia i w wasze serca wkradł się chaos – chaos, który kipie, wrze i kwit­nie!

– Po­win­ni­śmy go zabić – po­wie­dzia­ła po­nu­ro In­di­ce.

– Boisz się, pa­nien­ko Cu­ra­int-De­su­vax? – za­kpi­łem. – Nie martw się, twój ród od­wró­cił się od Nie­bios na długo przed tym jak baron Re­me­lin zdra­dził swo­je­go króla i prze­szedł na stro­nę Żół­tej Ligi.

– Je­ste­śmy Pa­ją­ka­mi. – Zi­gno­ro­wa­ła mój przy­tyk, co zna­czy­ło, że tra­fi­łem w sedno. – Uci­sza­nie dy­sy­den­tów to nasz obo­wią­zek.

– Ten tłum nas roz­szar­pie, jeśli spró­bu­je­my tknąć ich pro­ro­ka.

Roz­chy­li­ła poły płasz­cza, po­ka­zu­jąc mi­nia­tu­ro­wą kuszę ukry­tą pod spodem.

– Nikt nie bę­dzie wie­dział, co go tra­fi­ło.

– Nie muszą wie­dzieć – Pa­za­mirr ode­zwał się i po­krę­cił ku­dła­tą głową. – Ro­zej­rzyj się. Wszy­scy są tu za­ra­że­ni. Jak my­ślisz, na kim ze­chcą wy­wrzeć swój gniew? Nie zdo­ła­li­by­śmy uciec, szcze­gól­nie, że mu­sia­ła­byś po­dejść bli­żej, aby strze­lić.

– Nie do­ce­niasz Cu­ra­int-De­su­va­xów, ol­brzy­mie – prych­nę­ła. – Tra­fię stąd.

– Nie – ucią­łem dys­ku­sję. – Je­ste­śmy tu, żeby roz­wią­zać pro­blem za­ra­zy, a nie pod­bu­rzać tłum do za­mie­szek. Po­cze­ka­my aż skoń­czy i pój­dzie­my za nim. Zo­ba­czy­my, czy coś wie.

Po­mysł był dobry, ale oka­zał się znacz­nie trud­niej­szy w re­ali­za­cji. Pro­rok wrzesz­czał cały dzień i nawet nie za­chryp­nął, po czym zszedł ze swo­jej pro­wi­zo­rycz­nej mów­ni­cy i ru­szył w kie­run­ku morza… a tłum po­dą­żył za nim. Przy­naj­mniej znacz­na jego część. Od­pro­wa­dzi­li­śmy star­ca aż do małej przy­sta­ni, gdzie przy po­mo­ście cze­kał kel­lu­ań­ski okręt pod ban­de­rą Ce­sar­stwa. Mo­gli­śmy je­dy­nie pa­trzeć, jak ma­ry­na­rze zrzu­ca­ją dla pro­ro­ka trap, męż­czy­zna wcho­dzi na po­kład i znika wśród uzbro­jo­nych w łuki ro­da­ków.

– Mo­gła­bym prze­pły­nąć nocą nie­zau­wa­żo­na i wspiąć się na sta­tek – rzu­ci­ła bez prze­ko­na­nia In­di­ce.

 

***

 

– Spóź­ni­łaś się.

– Znowu na mnie cze­ka­łeś? To słod­kie.

– Obłęd­ne czasy.

 

***

 

Chcia­łem do­paść tego pro­ro­ka. Może dla­te­go, że ranił moją za­wo­do­wą dumę Pa­ją­ka, może dla­te­go, że było to trud­ne do zro­bie­nia, a może dla­te­go, że nie mie­li­śmy żad­nych po­szlak. Zmar­no­wa­li­śmy cały dzień na próbę do­wie­dze­nia się, kto wła­ści­wie do­wo­dzi straż­ni­ka­mi miej­ski­mi i całą akcją zna­cze­nia za­ra­żo­nych domów, ła­do­wa­nia umar­łych na tacz­ki i pa­le­nia zwłok, skoro ksią­żę Fla­na­za­ne i jego dwór za­mknę­li się w zamku. Po­trze­bo­wa­łem tych ludzi, jeśli mie­li­śmy roz­pę­dzić lub opa­no­wać tłum zwo­len­ni­ków Kel­lu­ani­na.

Tak więc wę­dro­wa­li­śmy od straż­ni­cy do straż­ni­cy, od jed­nych ko­szar do dru­gich, na­po­ty­ka­jąc ko­lej­nych i ko­lej­nych sier­żan­tów, któ­rzy mieli pod sobą dwóch lub trzech ludzi. Osta­tecz­nie oka­za­ło się, że do­wód­cy po pro­stu nie ma. Ma­chi­na, raz wpę­dzo­na w ruch, to­czy­ła się dalej siłą roz­pę­du – bez­myśl­nie wy­ko­ny­wa­no pier­wot­ne roz­ka­zy po tym, jak ka­pi­tan dzia­ła­ją­cy z po­le­ce­nia księ­cia zmarł na Wio­sen­ny Mór. Nie było więc kogo za­stra­szyć czy za­szan­ta­żo­wać, za kim po­szli­by straż­ni­cy. Mo­gli­by­śmy spró­bo­wać ze­brać ich sami, ale czy au­to­ry­tet Pa­ją­ków wy­star­czył­by, żeby ru­szy­li na roz­ju­szo­ny tłum ludzi do­tknię­tych za­ra­zą? Jeden strach prze­ciw­ko dru­gie­mu… lecz nasza nie­sła­wa ble­dła w po­rów­na­niu z grozą, którą bu­dził Wio­sen­ny Mór. Roz­wa­ża­łem także wy­sła­nie In­di­ce do zamku Fla­na­za­ne, lecz nie mia­łem ocho­ty sza­fo­wać jej ży­ciem. Jeśli ksią­żę był taki, jak o nim mó­wio­no, wydał swoim lu­dziom ukry­tym na mu­rach roz­kaz, aby naj­pierw strze­lać, a potem za­da­wać py­ta­nia.

Nie wiem, komu na­ra­zi­li­śmy się w For­cie Mes­se­lieu, że nas tu wy­sła­no, ale do­pie­ro za­czy­na­łem sobie uświa­da­miać, jak bez­na­dziej­ne za­da­nie otrzy­ma­li­śmy: zba­dać Wio­sen­ny Mór, od­na­leźć jego przy­czy­ny i je usu­nąć. Jak wła­ści­wie mie­li­śmy to zro­bić? Gdyby cho­ciaż było pewne, że za­ra­zy nie przy­wle­kli Kel­lu­anie… wtedy przy­naj­mniej czuł­bym jakiś sens w prze­cze­sy­wa­niu mia­sta dzień po dniu w po­szu­ki­wa­niu… wła­ści­wie czego? A jeśli Va­na­lie miała rację – je­dy­ne, co dało się uczy­nić, to zająć wy­god­ne miej­sce i po­dzi­wiać nad­cią­ga­ją­cą za­gła­dę? Może to było głu­pie, ale coś w niej spra­wia­ło, że moje serce biło szyb­ciej. Noce z uzdro­wi­ciel­ką stały się je­dy­ny­mi ja­śniej­szy­mi punk­ta­mi mo­je­go życia za mu­ra­mi Abois. Ko­cha­li­śmy się, a potem szep­ta­ła mi o dzie­ciń­stwie spę­dzo­nym w mie­ście oto­czo­nym mu­ra­mi z że­la­za i o swoim bra­cie, który był uro­dzo­nym ge­niu­szem. Nie chcia­łem opo­wia­dać jej ani o ojcu, ani o rze­czach, które ro­bi­łem jako Pająk, ale py­ta­ła, więc usły­sza­ła od­po­wiedź. Za­sy­pia­ła z głową na mojej pier­si, a potem bu­dzi­łem się rano w łóżku prze­sy­co­nym tym czy­stym, nie­okre­ślo­nym za­pa­chem… jej za­pa­chem. Wsta­wa­łem, ja­dłem śnia­da­nie i za­bie­ra­łem się do pracy, a część mnie my­śla­mi była już przy wie­czo­rze.

Na po­cząt­ku dru­gie­go ty­go­dnia na­sze­go po­by­tu w Abois zo­rien­to­wa­łem się, że zo­sta­ło wy­łącz­nie jedno miej­sce, któ­re­go nie zba­da­li­śmy. Było późne po­po­łu­dnie, dwaj po­moc­ni­cy Va­na­lie wy­go­ni­li ją wcze­śniej z la­za­re­tu, bo sła­nia­ła się na no­gach ze zmę­cze­nia. Le­ża­ła teraz naga na łóżku, pot jesz­cze per­lił się na jej skó­rze, sły­sza­łem jej od­dech, cich­szy niż sze­lest pa­pie­ru. Było go­rą­co, jak co dzień, znowu padał deszcz, ga­sząc pło­ną­ce stosy, a po nim przy­szła mgła, otu­la­jąc gród. Sie­dzia­łem wła­śnie przy mapie mia­sta, którą przy­wio­złem ze sobą z Mes­se­lieu i stało się jasne, że tylko jed­nej czę­ści Abois nie na­zna­czy­łem jesz­cze atra­men­tem.

– Cmen­tarz – po­wie­dzia­łem gło­śno.

– Hmm? – Va­na­lie za­mru­cza­ła jak kotka i jak kotka prze­cią­gnę­ła się na po­sła­niu. Z tru­dem zdo­ła­łem ode­rwać oczy od jej pła­skie­go brzu­cha, zgrab­nych nóg i nie­du­żych pier­si.

– Nie spraw­dzi­li­śmy jesz­cze cmen­ta­rza.

Roz­bu­dzi­ła się na­tych­miast.

– Si­li­thien… to nie jest naj­lep­szy po­mysł.

– Dla­cze­go?

– Jeśli jest ja­kieś miej­sce gor­sze niż rynek kel­lu­ań­ski i miej­ski la­za­ret razem wzię­te, to jest to cmen­tarz. Na po­cząt­ku za­ra­zy cho­wa­no tam zmar­łych, potem za­bra­kło miej­sca, więc rzu­ca­no ich po pro­stu na kupę… mi­nę­ło tro­chę czasu, zanim ktoś prze­ko­nał księ­cia do wy­da­nia de­kre­tu o pa­le­niu zwłok. Masz po­ję­cie co tam się dzie­je przy tej po­go­dzie?

– Pew­nie tro­chę śmier­dzi.

– Si­li­thien! – Usia­dła na łóżku. – Tu nie cho­dzi tylko o Wio­sen­ny Mór. Wi­ru­sy, bak­te­rie, ple­śnie, jady, pier­wot­nia­ki…

– Pier­wot­nia­ki? Co to do cho­le­ry są pier­wot­nia­ki?

– Ja nie żar­tu­ję. Cmen­tarz to wy­lę­gar­nia cho­rób. Nadal wy­rzu­ca­ją tam zwło­ki, nie­któ­re z nich nie­do­pa­lo­ne – co dzień świe­ża do­sta­wa Wio­sen­ne­go Moru i zgni­li­zny. Nie mo­żesz tam iść. To zu­peł­nie bez­sen­sow­ne ry­zy­ko… – Wo­dzi­łem ocza­mi za po­ślad­ka­mi Va­na­lie, kiedy wsta­ła i za­czę­ła krą­żyć nie­spo­koj­nie po po­ko­ju.

– Znam już wszyst­kie twoje ar­gu­men­ty – prze­rwa­łem jej, co spra­wi­ło, że nie­ste­ty za­trzy­ma­ła się w miej­scu.

– Nie chcę, żebyś tam szedł.

– Mar­twisz się o mnie, co? – za­py­ta­łem z uśmie­chem.

– Oczy­wi­ście, że tak, głup­ta­sie. – Po­de­szła do mnie i usia­dła mi na ko­la­nach.

– A gdy­bym ja chciał ci za­ka­zać ba­bra­nia się w rop­niach two­ich pa­cjen­tów?

– To co in­ne­go. Za­cho­wu­je­my środ­ki ostroż­no­ści…

– Środ­ki ostroż­no­ści? – par­sk­ną­łem. – Przy takim tem­pie pracy, przy tylu cho­rych? To cud, że jesz­cze nikt z was nie za­cho­ro­wał.

Spo­chmur­nia­ła.

– No tak, za­po­mnia­łem o twoim po­przed­ni­ku. Ale to tylko udo­wad­nia moją rację. Ty masz swoją pracę, Va­na­lie, a ja swoją. Dla­te­go jutro wezmę Pa­za­mir­ra, Ma­la­di­que i In­di­ce i pój­dzie­my na cmen­tarz. Je­stem już dużym chłop­cem, nie mu­sisz się o mnie mar­twić.

– Nie umiem się o cie­bie nie mar­twić.

– Wiem – od­rze­kłem z sze­ro­kim uśmie­chem, za co ugry­zła mnie w nos.

 

 

***

 

Va­na­lie uży­czy­ła nam kilku masek na usta i nos ze szpi­ta­la, więc mie­sza­ni­na tru­pich odo­rów uno­szą­ca się na cmen­ta­rzu gęstą mgłą nie cuch­nę­ła tak bar­dzo, jak la­za­ret czy getto kel­lu­ań­skie. Uzdro­wi­ciel­ka nie żar­to­wa­ła – góry gni­ją­cych zwłok pię­trzy­ły się wyż­sze ode mnie. Bro­dzi­li­śmy jak we śnie po­śród sza­rych opa­rów i tru­pich wzgórz, mi­ja­jąc ka­mien­ne na­grob­ki i za­mu­ro­wa­ne ro­dzin­ne kryp­ty. To­wa­rzy­szy­ło nam nie­usta­ją­ce brzę­cze­nie much – na cmen­ta­rzu nie było wy­star­cza­ją­co dymu, aby je od­stra­szyć. Roje tłu­stych owa­dów nie cze­pia­ły się nas jed­nak, miały bar­dziej sma­ko­wi­te kąski w po­bli­żu. Cie­szy­łem się z ka­ko­fo­nii ich ma­lut­kich, po­ru­sza­ją­cych się szyb­ko skrzy­de­łek. Wo­la­łem sły­szeć to, niż ro­ba­ki po­ru­sza­ją­ce się w cia­łach i te ohyd­ne mla­ski, jakie cza­sem wy­da­wa­ły roz­kła­da­ją­ce się zwło­ki. Na cmen­ta­rzu nie było ni­ko­go. Nawet Kel­lu­anie bali się tu za­pusz­czać na dłu­żej, wy­sy­py­wa­li tylko za­war­tość swo­ich ta­czek i na­tych­miast wy­co­fy­wa­li się za bramy. Mimo tego zmu­si­łem moich ludzi do prze­cze­sa­nia tych kilku mórg tru­ją­cej ziemi, nim wresz­cie, zre­zy­gno­wa­ni, my także wró­ci­li­śmy za mury. Wy­cho­dząc ze mgły, nie­mal na­dzia­li­śmy się na męż­czy­znę wio­zą­ce­go na­stęp­ną do­sta­wę sczer­nia­łych tru­pów. Prze­ra­ził się na nasz widok i nie­mal wy­wa­lił wszyst­kie ciała na zie­mię.

– Do dia­ska, ależ mnie prze­stra­szy­li­ście! Kto nor­mal­ny spę­dza po­po­łu­dnia łażąc po cmen­ta­rzu? Jak wam tak śpiesz­no do grobu, to idź­cie się uto­pić w por­cie i oszczędź­cie mi ro­bo­ty. My­śla­łem, że to znowu te cho­ler­ne widma.

– Widma? – za­py­ta­łem zmę­czo­nym gło­sem.

– Ano widma, de­mo­ny, czy inne cho­ler­stwo. Wi­du­je­my je tu od czasu do czasu, snu­ją­ce się we mgle. W końcu to cmen­tarz. Tyle teraz tu gwał­tow­nie zmar­łych…

Po­krę­ci­łem głową. Wró­ci­li­śmy do „Czy­stych Rąk” bar­dziej zre­zy­gno­wa­ni niż zwy­kle. Spa­li­li­śmy ubra­nia, tak jak po­le­ci­ła nam Va­na­lie i umy­li­śmy się do­kład­nie, a potem dla od­mia­ny to ja zo­sta­wi­łem pod­wład­nych na dole, a sam uda­łem się na górę. Na­le­ża­ło po­my­śleć nad ra­por­tem, jaki będę mu­siał zło­żyć w For­cie Mes­se­lieu. O ile w ogóle uda nam się prze­żyć – bo prze­cież nas nie wy­pusz­czą, do­pó­ki epi­de­mia się nie skoń­czy. Jutro trze­ba bę­dzie iść przyj­rzeć się murom ksią­żę­ce­go zamku, po­my­śla­łem. Gdyby Fla­na­za­ne nas wpu­ścił, przy­naj­mniej by­li­by­śmy bez­piecz­ni. Mu­siał­bym tylko jakoś skło­nić Va­na­lie, żeby po­szła z nami. Hm…

 

***

 

Tego wie­czo­ru nie przy­szła do karcz­my. Za­nie­po­ko­iło mnie to, ale uzna­łem, że naj­wi­docz­niej miała dużo pracy. Wspo­mi­na­ła, że już zda­rza­ło się jej zo­sta­wać na noc w la­za­re­cie. Udało nam się zna­leźć obie­cu­ją­cy frag­ment murów, gdzie z dużym praw­do­po­do­bień­stwem In­di­ce mo­gła­by do­stać się na drugą stro­nę nie­zau­wa­żo­na, ale wciąż byłem nie­zde­cy­do­wa­ny. W za­sa­dzie wo­lał­bym cał­kiem opu­ścić mia­sto, ale to nie spodo­ba­ło­by się na­szym zwierzch­ni­kom w For­cie Mes­se­lieu.

Kiedy Va­na­lie znowu się nie po­ja­wi­ła, po­sta­no­wi­łem od razu udać się do szpi­ta­la. Nie wi­dzia­łem jej dwa dni i już wa­rio­wa­łem. Wes­tchną­łem i po­krę­ci­łem głową, ale i tak wy­sze­dłem na opu­sto­sza­łe ulice. Tra­fi­łem na peł­nię, więc noc była wy­jąt­ko­wo jasna. La­za­ret po­zo­sta­wia­no otwar­ty całą dobę, nawet jeśli nie za­wsze w środ­ku czu­wał medyk. Tym razem jed­nak na­tkną­łem się na jed­ne­go z dwóch po­moc­ni­ków Va­na­lie.

– Gdzie d’Re­vo­ure?

Wyraz jego twa­rzy po­wie­dział mi wszyst­ko.

Zna­la­złem ją po­chy­lo­ną nad jed­nym z pa­cjen­tów. Więc wciąż jesz­cze miała dość sił, żeby pra­co­wać.

– Nie pod­chodź za bli­sko, Sil.

– Kiedy… kiedy to się stało?

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Cho­ro­ba po­stę­pu­je szyb­ko. Pierw­sze ob­ja­wy za­czę­łam mieć wczo­raj wie­czo­rem. Ale nie oba­wiaj się, do­pie­ro rop­nie są za­raź­li­we, a te po­ja­wi­ły się dzi­siaj.

– Wiesz, że nie o to mi cho­dzi. Dla­cze­go mi nie po­wie­dzia­łaś?

– Jak? – Na jej twa­rzy po­ja­wił się sar­do­nicz­ny uśmiech. – Nie mo­głam od­wie­dzić karcz­my za­ra­żo­na. Poza tym wie­dzia­łam, że w końcu przyj­dziesz tutaj.

– Va­na­lie…

– Trzy do dzie­się­ciu.

– Słu­cham?

– Szan­se na prze­ży­cie. Mia­ła­bym dwie, ale pod opie­ką me­dy­ków…

– Byłaś u Su­ra­phe?

Po­krę­ci­ła głową.

– Moje miej­sce jest tutaj.

– Więc ja go przy­pro­wa­dzę. – Zmu­si­łem się do uśmie­chu. – Lep­sze czte­ry niż trzy.

– W po­rząd­ku. Tylko rano… Mia­łam za­miar zaraz się po­ło­żyć.

Przyj­rza­łem się jej uważ­nie. Po­ło­żyć? Zna­łem jej twarz tylko zmę­czo­ną, lecz teraz wy­glą­da­ła okrop­nie. Nie mogła spać… i już zdra­dza­ła ob­ja­wy tej samej ob­se­sji, co jej pa­cjen­ci. Chcia­łem po­wie­dzieć jej ty­siąc rze­czy, ale każda by­ła­by ba­na­łem. Chcia­łem jej do­tknąć, ale ręce, po­dob­nie jak język, mu­sia­łem po­wstrzy­mać.

 

***

 

– Po­win­nam prze­sko­czyć mur. – In­di­ce po­krę­ci­ła głową nie­za­do­wo­lo­na.

– Nie zo­sta­wię jej teraz – od­po­wie­dzia­łem gło­sem stłu­mio­nym przez dło­nie, w któ­rych trzy­ma­łem swoją twarz.

– Mo­że­my po­cze­kać. – Pa­za­mirr wzru­szył ra­mio­na­mi. – Pół­to­ra ty­go­dnia, tak? Albo za­śnie, albo umrze z wy­czer­pa­nia.

Kiw­ną­łem głową.

– Dalej uwa­żam, że po­win­nam prze­ska­ki­wać wła­śnie przez mur – mruk­nę­ła In­di­ce.

 

***

 

Su­ra­phe skoń­czył, za­braw­szy dło­nie znad Va­na­lie.

– Nie po­wi­nie­nem po­zo­sta­wiać świą­ty­ni bez opie­ki.

– Nic się jej nie sta­nie, żerco – od­po­wie­dzia­łem, tłu­miąc iry­ta­cję.

– Tam moja moc by­ła­by znacz­nie sil­niej­sza.

– Tu są me­dy­cy – od­rze­kła Va­na­lie. – Wolę ufać nauce niż twoim cza­rom.

– Mu­sisz do niej przy­cho­dzić co­dzien­nie. Trze­ba zwięk­szyć szan­se.

– Co­dzien­nie? Moja świą­ty­nia…

– Wie­leb­ny, po­wi­nie­neś prze­stać my­śleć tylko o swo­jej świą­ty­ni. Sie­dzisz tam ca­ły­mi dnia­mi, pod­czas gdy na cmen­ta­rzu ple­nią się de­mo­ny. Nie masz przy­pad­kiem obo­wiąz­ku ich zwal­czać?

– De­mo­ny? Jakie de­mo­ny? – prych­nął. – Cmen­tarz to po­świę­co­na zie­mia, jest rów­nie stary jak chram. Żaden duch nie utrzy­mał­by się tam na tyle długo, aby przy­brać ja­ką­kol­wiek stałą po­stać.

– Ale gra­barz mówił, że od czasu do czasu na­ty­ka­ją się na upio­ry we mgle…

– Bzdu­ra. Kel­lu­anom po­mie­sza­ło się już w gło­wach od ba­bra­nia się w tru­pach. Skoń­czy­li­śmy tutaj? Muszę wra­cać do mojej świą­ty­ni.

Po­że­gna­łem go mach­nię­ciem dłoni.

– Sil? O czym my­ślisz?

– Muszę coś spraw­dzić. Przyj­dę do cie­bie póź­niej.

– Si­li­thien… – Wi­dzia­łem w jej oczach, co chce mi po­wie­dzieć.

– Póź­niej.

Nie­mal bie­głem z po­wro­tem do „Czy­stych Rąk”. Wpa­dłem do środ­ka i od razu sko­czy­łem na górę. Ma­la­di­que, Pa­za­mirr i In­di­ce grali w karty.

– Umar­ła? – za­py­ta­ła ary­sto­krat­ka, z dło­nią za­sty­głą w pół ruchu.

– Nie. Ma­la­di­que… żerca twier­dzi, że cmen­tarz jest po­świę­co­ny. Chcę, żebyś spraw­dzi­ła, czy to praw­da. I czy są tam ślady ja­kich­kol­wiek du­chów czy cze­goś po­dob­ne­go.

– Te upio­ry… – za­czął Pa­za­mirr.

– Jeśli wie­leb­ny ma rację, to nie są żadne upio­ry. Nie wiem, kto poza nami łazi po cmen­ta­rzu, ale będę to wie­dział.

 

***

 

Gasła w oczach. Le­ża­ła na po­sła­niu, z za­mknię­ty­mi po­wie­ka­mi, ale wie­dzia­łem, że nie śpi. Pró­bu­je, ale nie może. My­li­ły się jej słowa, ledwo miała siłę, żeby wstać. Jej jesz­cze kilka dni temu gład­ka skóra po­kry­ła się wrzo­da­mi, z któ­rych są­czy­ła się żół­ta­wa ropa. Kiedy się nad nią po­chy­la­łem, czu­łem słod­ki, mdły odór śmier­ci.

– Sil… nie zo­sta­wiaj mnie samej – po­pro­si­ła, nie otwie­ra­jąc oczu. – Nie zo­sta­ło… Nie zo­sta­ło mi dużo czasu.

– Nie mów tak! – za­pro­te­sto­wa­łem nieco zbyt gło­śno.

– Nie mogę za­snąć. To już piąty dzień…

– Mu­sisz wy­trzy­mać. Je­stem już bli­sko. Ktoś kręci się po cmen­ta­rzu, zie­mia zo­sta­ła tam po­świę­co­na, nie ma mowy o żad­nych upio­rach.

– Sil… to wszyst­ko mrzon­ki… pro­szę…

– Nie mogę! Nie mogę się pod­dać, jesz­cze nie teraz!

– Nie wy­grasz ze śmier­cią. Potem… bę­dzie za późno.

Ucie­kłem stam­tąd. Ucie­kłem na cmen­tarz. Nie do­pusz­cza­łem do sie­bie myśli, o tym, że…

Przez pierw­sze dwa dni udało mi się zmu­sić po­zo­sta­łych do cza­to­wa­nia wraz ze mną, ale potem nawet groź­ba strycz­ka za nie­sub­or­dy­na­cję nie zdo­ła­ła ich prze­ko­nać do spę­dze­nia choć­by jesz­cze jed­nej go­dzi­ny w ne­kro­po­lii.

– Su­ra­phe ma rację! – krzy­cza­ła In­di­ce. – Kel­lu­anom od tru­pów po­mie­sza­ło się w gło­wach i tobie też! Ni­ko­go nie ma na tym cho­ler­nym cmen­ta­rzu, znaj­dziesz tu tylko śmierć, głup­ku!

Może rze­czy­wi­ście tru­pie wy­zie­wy za­tru­ły mój umysł, ale nie mo­głem ustą­pić.

 

***

 

Kiedy wresz­cie ich zo­ba­czy­łem, nie byłem pe­wien, czy nie śnię. Ku­ca­łem, skry­ty za górą zwłok – nie wierz­cie, jeśli ktoś wam mówi, że do każ­de­go za­pa­chu da się przy­zwy­cza­ić. Przez te kilka dni smród nie stał się ani na jotę zno­śniej­szy. Po­ru­sza­li się po­wo­li, jakby bro­dząc we mgle, trzy syl­wet­ki oku­ta­ne w płasz­cze z kap­tu­ra­mi. Na­de­szli od bramy cmen­tar­nej – je­że­li rze­czy­wi­ście byli ludź­mi, mu­sia­łem prze­ga­pić mo­ment, w któ­rym opusz­cza­li ne­kro­po­lię. Z tru­dem opa­no­wa­łem chęć sko­cze­nia ku nim z mie­czem w dłoni. Za­miast tego po­dą­ży­łem nie­zau­wa­żo­ny ich śla­dem… po tylu dniach spę­dzo­nych na cmen­ta­rzu sam sta­łem się du­chem. Po kilku mi­nu­tach do­tar­li­śmy do sta­ro­żyt­nych ruin w głębi ne­kro­po­lii, jedna z po­sta­ci zro­bi­ła gest dło­nią i ka­mien­na po­sadz­ka za­zgrzy­ta­ła, gra­ni­to­wa płyta od­su­nę­ła się i uka­za­ła wy­ku­te w skale scho­dy, nik­ną­ce w ciem­no­ści. Zdą­ży­łem w ostat­niej chwi­li, za­my­ka­ją­cy się sufit nie­mal zmiaż­dżył mi czasz­kę. Zgu­bi­łem śle­dzo­ne po­sta­ci, lecz wy­ją­łem miecz i ści­ska­jąc mocno rę­ko­jeść, wsze­dłem głę­biej w mrok. Zdą­ży­łem tylko zo­rien­to­wać się, że są to ja­kieś ka­ta­kum­by, pełne za­su­szo­nych ciał ol­brzy­mów uło­żo­nych we wnę­kach, nim z czer­ni wy­pa­dła dłoń w je­dwab­nej rę­ka­wicz­ce, do­tknę­ła mo­je­go czoła i stra­ci­łem przy­tom­ność.

 

***

 

Obu­dzi­łem się w wiel­kiej kom­na­cie gro­bo­wej, oświe­tlo­nej po­chod­nia­mi. Le­ża­łem na sar­ko­fa­gu, lecz nie byłem w żaden spo­sób skrę­po­wa­ny. Po­ma­ca­łem się po pasie i ze zdu­mie­niem od­kry­łem swój miecz z po­wro­tem w po­chwie. Ostroż­nie ro­zej­rza­łem się do­oko­ła. Wzdłuż ścian usta­wia­no naj­róż­niej­sze przy­rzą­dy – de­sty­la­to­ry, alem­bi­ki, róż­ne­go ro­dza­ju fiol­ki, kotły i jesz­cze bar­dziej skom­pli­ko­wa­ną ma­szy­ne­rię, któ­rej na­tu­ry nie ro­zu­mia­łem, a nazwy nie zna­łem. Były też wie­lo­ko­lo­ro­we krysz­ta­ły, po­kry­te ru­na­mi ka­mie­nie i me­ta­lo­we płyt­ki, a nawet regał pełen ksią­żek. Zo­ba­czy­łem też trupy – ofia­ry Wio­sen­ne­go Moru, w roz­ma­itych sta­diach roz­kła­du, nie­któ­re roz­cię­te jak do sek­cji, inne po­łą­czo­ne rur­ka­mi ze szkla­ny­mi sło­ja­mi, wy­ta­tu­owa­ne, za­ple­śnia­łe, wy­sma­ro­wa­ne ja­ki­miś che­mi­ka­lia­mi… kiedy przyj­rza­łem się im do­kład­niej, z prze­ra­że­niem zda­łem sobie spra­wę, że nie­któ­re „nie­bosz­czy­ki” żyją – wi­dzia­łem, jak po­ru­sza­ją się ich pier­si, po­wo­li, ale wy­raź­nie. Wo­ko­ło krzą­ta­ło się kilka osób, wszy­scy w tych sa­mych bru­nat­nych sza­tach.

– Obu­dzi­łeś się. – Ktoś sta­nął nade mną. Męż­czy­zna, w śred­nim wieku, włosy krót­ko przy­strzy­żo­ne i zu­peł­nie siwe. Miał by­stre oczy, czu­łem na sobie ich świ­dru­ją­cy wzrok. – Moje gra­tu­la­cje. Nie są­dzi­łem, że ktoś zdoła nas od­kryć.

– Co… co tu się dzie­je?

Roz­ło­żył ręce.

– To jest moje la­bo­ra­to­rium. Wiel­ki żerca Malgo, do usług. – Skło­nił się lekko. – Je­steś z Pa­ją­ków, praw­da? – Wska­zał dło­nią na mój pier­ścień. – Do­brze, że za­uwa­ży­li­śmy sy­gnet. Ina­czej mógł­byś się już nie obu­dzić.

Do­pie­ro kiedy wy­po­wie­dział swoje imię, zda­łem sobie spra­wę, że jest Kel­lu­ani­nem. Po­pa­trzy­łem na po­zo­sta­łych, ale z ich za­ku­ta­nych syl­we­tek nie dało się ni­cze­go od­cy­fro­wać. Mimo tego byłem pe­wien, że także po­cho­dzą ze świa­ta dwóch słońc.

– Po­rucz­nik Si­li­thien Neyr, Pa­ją­ki – od­po­wie­dzia­łem bez­wied­nie. – Wy­sła­no mnie do Abois, aby zba­dać spra­wę Wio­sen­ne­go Moru i usu­nąć jego przy­czy­nę.

Za­śmiał się sucho.

– Do­brze się kry­je­my, skoro nawet Fort Mes­se­lieu wciąż dzia­ła po omac­ku.

– Wasza świą­to­bli­wość… o co tu cho­dzi? Czy to wy…

– Nie. Nie prze­pro­wa­dza­li­by­śmy ta­kie­go eks­pe­ry­men­tu na wła­snych wier­nych. Sły­sza­łeś o kel­lu­ań­skim pro­ro­ku? To Świę­ty, na któ­re­go zstą­pił duch boży – duch Re­fri­du­sa, boga snów i śmier­ci, kon­kret­nie. Jego słowa są praw­dzi­we – Wio­sen­ny Mór to kara Nie­bios.

– Skoro tyle wie­cie, dla­cze­go nic z tym nie ro­bi­cie?! – krzyk­ną­łem, za­po­mi­na­jąc, że roz­ma­wiam z wiel­kim żercą. Gdyby ze­chciał, pew­nie mógł­by zga­sić mnie samą myślą.

– Ależ ro­bi­my. My­śla­łeś, że po co jest to la­bo­ra­to­rium? Za­ra­zę na­le­ży do­kład­nie zba­dać.

– Zba­dać…? Prze­cież ten pro­rok… to on roz­sie­wa cho­ro­bę, tak?

– Och, nic nie ro­zu­miesz, młody czło­wie­ku. – Malgo po­krę­cił głową i za­czął się prze­cha­dzać. – Wojna, którą spro­wa­dzi­li­śmy na In­fa­ran­ce, to nie tylko wojna ze sta­rym po­rząd­kiem. Pod­wa­ża­jąc go, znisz­czy­li­śmy usank­cjo­no­wa­ny przez Nie­bio­sa ład. Rzu­ci­li­śmy wy­zwa­nie samym bogom. Wy­gra­li­śmy na ziemi, lecz oni nie od­pusz­cza­ją tak łatwo. Ta plaga to tylko jeden z ty­się­cy szcze­pów, jakie Re­fri­dus dla nas przy­go­to­wał. Dla­te­go mu­si­my go prze­chy­trzyć – zro­zu­mieć każdy me­cha­nizm jej dzia­ła­nia i stwo­rzyć uni­wer­sal­ne an­ti­do­tum na każdą boską za­ra­zę, jaką Nie­bio­sa wy­my­ślą. Mógł­byś zabić pro­ro­ka i epi­de­mia szyb­ko się skoń­czy­ła… ale potem po­ja­wi­ła­by się znowu, w innym mie­ście, i w jesz­cze innym, i w ko­lej­nym, i w na­stęp­nym, i w na­stęp­nym…

– Do­sta­łem za­da­nie oca­le­nia Abois.

Za­trzy­mał się, po­ło­żył dłoń na moim ra­mie­niu.

– Wiem. Lecz czym­że jest śmierć kilku ty­się­cy, po­je­dyn­czy akt tra­ge­dii, kiedy ura­to­wa­ne mogą być mi­lio­ny? Nasza praca nie zo­sta­ła jesz­cze skoń­czo­na. Ko­niecz­ne jest, aby Wio­sen­ny Mór roz­wi­jał się dalej swoim na­tu­ral­nym ryt­mem, aby nic nie za­kłó­ci­ło prze­bie­gu epi­de­mii.

– Va­na­lie… – szep­ną­łem.

– Va­na­lie? Me­dycz­ka z miej­skie­go la­za­re­tu? Za­cho­ro­wa­ła? – Czu­łem, jak prze­cze­su­je moje myśli. – Wiel­ka szko­da. Była bar­dzo dobra. Mo­gła­by się nam przy­dać.

Zanim zdą­ży­łem za­py­tać, uśmiech­nął się smut­no.

– Nie mamy żad­ne­go le­kar­stwa. Je­dy­nie zbie­ra­my dane. Wróć do niej, chłop­cze. Nad­cho­dzą jej ostat­nie chwi­le. I pa­mię­taj… za­gła­da Abois musi się do­peł­nić. To ko­niecz­na ofia­ra.

 

***

 

– Je­steś… my­śla­łam, że za­po­mnia­łeś o mnie…

– Nigdy.

– Do­brze się z tobą ba­wi­łam, Sil…

– Ja z tobą rów­nież.

– Je­stem taka zmę­czo­na… Do­brze bę­dzie w końcu za­snąć…

– Nie mów tak.

– Od­po­cząć…

– Va­na­lie… – szep­ną­łem.

Ale nie umar­ła wtedy. Nie, umie­ra­ła jesz­cze długo, przez ko­lej­nych kilka dni, po­wo­li tra­cąc zmy­sły. Z per­spek­ty­wy czasu myślę, że po­wi­nie­nem był skró­cić jej cier­pie­nia, przy­naj­mniej wtedy, gdy za­czę­ła za­tra­cać świa­do­mość. Ża­łu­ję, ze tego nie zro­bi­łem. Wów­czas jed­nak prze­peł­niał mnie gniew. Pa­trzy­łem, jak świat od­bie­ra mi coś, czego ledwo zdą­ży­łem spró­bo­wać. Nie­zre­ali­zo­wa­na obiet­ni­ca. Nie­po­my­śla­na nawet na­dzie­ja na przy­szłość, nie­wy­obra­żo­na jesz­cze wizja szczę­ścia, ze wszyst­kie­go tego mnie odar­to, okra­dzio­no. Mia­łem ją przez te kilka zbyt krót­kich nocy, a potem… Ode­szła.

 

***

 

Sta­łem w tłu­mie za­ra­żo­nych, trzy­ma­jąc palec na spu­ście kuszy ukry­tej pod płasz­czem. W Abois żyło jesz­cze ponad dwa­dzie­ścia jeden ty­się­cy ludzi, z czego przy­naj­mniej sie­dem­na­ście ty­się­cy nie­za­ra­żo­nych. Fort Mes­sa­lieu przy­słał nas, aby­śmy ura­to­wa­li to mia­sto. Zba­da­li za­ra­zę, od­na­leź­li jej przy­czy­nę i usu­nę­li ją. Jedno po­cią­gnię­cie cyn­gla i sta­ło­by się to fak­tem.

Pro­rok, sto­jąc na swo­ich skrzy­niach, wy­peł­nio­ny świę­tym du­chem, krzy­czał wy­ma­chu­jąc rę­ka­mi. Pa­trzy­łem na jego blade, sę­ka­te dło­nie. Tymi pal­ca­mi dusił Abois, za­bi­jał je, dzień po dniu. Drża­łem. Mia­łem jasne za­da­nie. A ten by­dlak do­pro­wa­dził do jej śmier­ci! Po­wi­nie­nem go zabić.

Ale nie uczy­ni­łem tego. Byłem pusty, nie czu­łem nic. Dwa­dzie­ścia jeden ty­się­cy, lecz wśród nich bra­ko­wa­ło Va­na­lie. Gdy­bym nawet uśmier­cił pro­ro­ka, to nie przy­wró­ci jej życia. Tego po­po­łu­dnia wró­ci­łem do karcz­my i spi­łem się do nie­przy­tom­no­ści. Ro­bi­łem tak każ­de­go dnia przez na­stęp­ny mie­siąc, pa­trząc, jak mia­sto umie­ra na moich oczach: pięt­na­ście ty­się­cy, dzie­sięć, pięć. W osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku po­zwo­li­łem szes­na­stu ty­siąc­om zwięd­nąć po­wol­ną, okrut­ną śmier­cią, taką, jaką ona zwię­dła przed nimi. Opróż­nia­łem spi­żar­nię Pu­ra­je­za, tań­czy­łem, bra­łem ko­bie­ty do swo­je­go łoża, prze­gra­łem pół­rocz­ną pen­sję w karty i spró­bo­wa­łem każ­dej używ­ki, jaką sprze­da­wa­li jesz­cze w mie­ście. „Jedz, pij i raduj się, bo jutro umrze­my”.

Nie umar­łem jed­nak. Żadne z nas nawet się nie za­ra­zi­ło. Opu­ści­li­śmy to, co zo­sta­ło z Abois dwa i pół mie­sią­ca po tym, jak do niego przy­pły­nę­li­śmy. Za­ra­za po­chło­nę­ła w sumie około dwu­dzie­stu pię­ciu ty­się­cy ist­nień, pięć szó­stych całej po­pu­la­cji mia­sta. Żercy do­sta­li swoją żer­twę.

Przez ko­lej­ne lata, w żad­nym gro­dzie kon­tro­lo­wa­nym przez Gni­ją­cą Lożę, nigdy potem nie wy­bu­chła po­dob­na epi­de­mia.

Koniec

Komentarze

Temat zarazy w mieście nie jest nowy, ale jeszcze nie wyeksploatowany.

Fajnie, że poruszasz wiele wątków, to dodaje głębi tekstowi. Relacje między postaciami też niczego sobie.

Fabuła może nie porywa zwrotami akcji, ale i nie ma co narzekać.

Ogólnie – solidnie napisany tekst.

Trafiłem nie tylko na prawdziwe słońce, ale i na jeden z księżycy, więc noc była wyjątkowo jasna, rozświetlana podwójnie przez złoty punkcik i błękitną sferę.

Księżyców. Słońce świeciło w nocy?

Babska logika rządzi!

Argh, mój błąd. W pierwotnym założeniu akcja działa się na księżycu gazowego giganta, który wyznaczał dzień i noc zamiast słońca (znajdującego się na tyle daleko, że w nocy było tylko jasnym punktem), ale fragment, który to opisywał, gdzieś zaginął podczas tworzenia kolejnej wersji tekstu. Dzięki za wyłapanie, poprawiłem.

Bardzo dobre opowiadanie. Wciągające. 

Świetnie się czyta. Nawet nie przeszkadzało mi, że niewiele się dzieje: zaraza przyszła i poszła, w międzyczasie zmarło wielu ludzi, jak to przy zarazie. Ale jest klimatycznie.

Podobało mi się :)

Ponura i w zasadzie monotonna opowieść, choć to, co dzieje się w mieście nie jest pozbawione emocji. Równie spokojnie zostały opisane działania bohaterów próbujących wywiązać się z zadania. Dobrze zrobiło opowiadaniu wplecenie wątku miłosnego.

Wydaje mi się, że w Pladze nie powinny się znaleźć niektóre słowa, m.in.: smog, dekadencja, bakcyl, infekcja, metabolizm, wirusy, bakterie, pierwotniaki, że o świadomym zachowywaniu zasad higieny nie wspomnę.

 

Gdzie my tak wła­ści­wie idzie­my? – za­py­ta­ła In­di­ce. – Raczej: – Dokąd my tak wła­ści­wie idzie­my? – za­py­ta­ła In­di­ce.

 

Kiedy wresz­cie zsze­dłem na dół, za­sta­łem to­wa­rzy­szy przy sto­li­ku… – W karczmach chyba nie było stolików. Raczej duże stoły i ławy.

 

Za­krwa­wio­ny straż­nik padł na czwo­ra­ka.Za­krwa­wio­ny straż­nik padł na czwo­ra­ki.

 

Ist­nie­je po­dej­rze­nie, że jego przy­czy­ny nie są na­tu­ral­ne – wów­czas mamy je usta­lić i usu­nąć.

Wówczas, to znaczy kiedy mają je ustalić i usunąć?

 

– Cóż, skoro tak, to twoja praca tutaj rów­nież stra­tą czasu – od­par­łem. – Pewnie miało być: – Cóż, skoro tak, to twoja praca tutaj rów­nież jest stra­tą czasu – od­par­łem.

 

za­czą­łem przy­sy­piać przy barze… – Raczej: …za­czą­łem przy­sy­piać przy szynkwasie

 

o to i jest miej­sce w wa­szym mie­ście… – …oto i jest miej­sce w wa­szym mie­ście

 

Pro­rok wrzesz­czał cały dzień i nawet się nie za­chryp­nął… – Pro­rok wrzesz­czał cały dzień i nawet nie za­chryp­nął

 

wy­sy­py­wa­li tylko swoje tacz­ki… – Raczej: …wy­sy­py­wa­li tylko zawartość swoich tacz­ek

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@ Anet – dzięki za opinię :)

@regulatorzy – dzięki, poprawiłem. Natomiast co do bardziej “zaawansowanych” słów – nigdzie nie jest powiedziane, że zupełnie fikcyjny świat nie może mieć bardziej zaawansowanej nauki niż w naszym średniowieczu, w końcu jest tylko pseudośredniowieczny – a i to niekoniecznie. Aczkolwiek rozumiem, że może to razić i wybijać z konwencji. Kolega, któremu dałem do przeczytania ten tekst przed publikacją tutaj, przyczepił się nawet do ‘blondynki’ jako niepasującego do “czasów” słowa. IMO kwestia gustu – nawet w sadze wiedźmińskiej występują genetyki i metabolizmy, choć przecież jednocześnie Sapkowski korzysta z archaizmów i stylizuje język.

Nighterze, przeczytałam opowieść, której bohaterowie noszą zbroje płytowe, a za broń służą im miecze i kusze.

Pozwoliłeś mi też zobaczyć, jak wyglądało ówczesne laboratorium:

…destylatory, alembiki, różnego rodzaju fiolki, kotły i jeszcze bardziej skomplikowaną maszynerię, której natury nie rozumiałem, a nazwy nie znałem. Były też wielokolorowe kryształy, pokryte runami kamienie i metalowe płytki, a nawet regał pełen książek.

Jeśli uważasz, że zakwestionowane przeze mnie słowa maja rację bytu w Twojej opowieści, jeśli twierdzisz, że użyłeś ich świadomie, Plaga, w moich oczach, zdecydowanie traci na wartości.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Spodobało mi się. Fajne opisy, choć z początku łażą od Annasza do Kajfasza jak gracze na sesji rpg po wejściu do miasta. Dobrze, że do sklepu jeszcze nie weszli się targować ;) Jednak po wolnym początku akcja przyspiesza, wątki idą do przodu. Przedstawienie uniwersum także na plus.

Choć do samych bohaterów mam ambiwalentny stosunek, wątek romantyczny przypadł mi do gustu. Akurat jestem zwolennikiem pozytywnych zakończeń, ale to kwestia gustu.

Potem przejrzałem komentarze i powiem szczerze, że mnie też uderzyły te nowoczesne określenia jak “metabolizm” czy szczególnie “wirus”. Nie przeszkodziło to w lekturze, ale zmieniło spojrzenie na tekst. Na początku traktowałem jako fantasy, potem science-fantasy, pod koniec blisko fantastyki naukowej, gdzie zacofani potomkowie przybyłych z gwiazd używają dawnej techniki oraz wiedzy (portale, magia lecznicza). Jak w “Smokach z Pern”. Ostatnio siedzę w takich klimatach, więc to może być tym spowodowane – jakbyś zechciał napisać autorze, czy dobrze to interpretuję, to byłbym zobowiązany ;)

 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

I cóż Count ma napisać o tym opowiadaniu, skoro tak sprzeczne uczucia nim targają? ;/

A zatem – fabularnie klasa C, czyli cienko. Tematyka plagi, choć w książkach tylko lekko trąci myszką, tak w grach powtarzała się znacznie częściej… A ja grałem i przyznam, że trochę nudziło. Zakończenie (badania zarazy celem wynalezienia lekarstwa) niesatysfakcjonujące, szczerze mówiąc liczyłem na jakieś dochodzenie, tajemnicę… I trochę się zawiodłem.

Ale tekst ma również swoje walory i to naprawdę solidne :)

Bohaterowie interesujący (Indice jest świetna <3) i to nie tylko pierwszo-, ale i drugoplanowi. Mieli swoje osobowości, w dialogach również prezentowali się wiarygodnie, zachęcali mnie do poznania dalszej części historii.

Tempo trochę zbyt wolne, ale zarzut ten dotyczy głównie drugiej części tekstu. Skoro wepchałeś już na górę ten głaz, wypadałoby również zrzucić go z łomotem i dostarczyć czytelnikowi trochę mocniejszych wrażeń, Autorze ;)

Wątek miłosny – fajnie wzbogacił opowieść, zdawał się naturalny i na miejscu, tylko że… Nie kupuję tego zachowania Sila, kiedy pani doktor zachorowała. Koleś dowodzi elitarnym oddziałem, a rozkleił się jak przeżywający pierwsze zauroczenie młodzieniec. Wiesz – doświadczeni żołnierze są albo twardzi, albo martwi. Trochę mnie to gryzło.

Tytuł – nędza. Dwumetrowym kijem bym nie tknął, gdyby nie dyżur. Na przyszłość radzę wymyślać lepsze. Przynajmniej, póki nazwisko/ksywka nie stanie się dostatecznie silnym wabikiem ;)

Warsztatowo – poprawnie. Nie mam pojęcia od jak długiego czasu piszesz, ale większe błędy w oczy mi się nie rzuciły, interpunkcja taka średnia.

Znak jakości postawię, choć bardziej na zachętę niż z przekonania. Potrafisz lepiej, Autorze!

 

Tyle ode mnie (wow, dużo wyszło! Toż to prawie “Cień level” :O ) na koniec lista zażaleń:

Plaga ponoć najpierw wybuchła w porcie, ale poza tym nikt nic nie wiedział i nikogo nic nie obchodziło – etap paniki Aboisa miało dawno za sobą.

Literówka

Włochaty olbrzym uderzył pochylonego strażnika pięścią w brzuch. Kiedy mężczyzna padł już na bruk, zaczął go kopać.

Tu jest pewien problem z podmiotem. Oczywiście, każdy domyśli się o co chodzi w tym zdaniu, jednak można je odczytać w ten sposób, że mężczyzna oberwał pięścią, padł i zaczął kopać włochatego olbrzyma ;D Radzę się wystrzegać, bo kiedy indziej może wyjść to gorzej.

którego Pazamirr właśnie podnosił za kark, by jeszcze kilka razy przyłożyć mu w trzewia.

W trzewia? To musiał być chyba cios ninja, skoro uderzył go od środka ;P

Trzewia to flaki, a nie powłoki brzuszne, a pośrednio się nie liczy…

Porucznik Silithien Neyr, Pająki. To moi współpracownicy – sierżant Pazamirr z Obsydianowego Kła oraz funkcjonariuszki Indice Curaint-Desuvax i Maladique Sorjean.

Dwa razy Sil przedstawia swoją drużynę i wydaje mi się, że to “Pająki” powinien mówić albo na początku, albo na końcu. Bo w tej kolejności, to on sam jest mnogimi pająkami.

Jest znacznie młodszy ode mnie, ale ukrywa to pod dłuższą brodą.

“Długą”? W aktualnej wersji dość śmiesznie się to brzmi ;D

 Było gorąco i parnie.

“Parno”. A poza tym, to są już prawie synonimi, unikałbym na Twoim miejscu takiego zachwaszczania tekstu, bo to dodaje Ci sporo niepotrzebnych znaków.

Uzdrowicielka naprawdę nie żartowała – góry zwłok piętrzyły się wyższe ode mnie, spopielonych, zwęglonych i nadpalonych, nadgniłych, przegniłych i rozgniłych, a także zmienionych w obrzydliwą breję, w której nie było już nic humanoidalnego.

“Naprawdę” jest kolejnym chwastem, a to co później… Po co w ten sposób? Jeśli miało być zabawnie, to nie wyszło. Szczególnie, że tekst jako całość jest raczej ponury.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Luki, wydaje mi się, że takie przedstawianie jest w porządku – bohater przedstawia siebie. Tak, jakby współczesny żołnierz powiedział: “porucznik Iksiński, Czerwone Berety/ czwarty pułk czegoś tam.

Babska logika rządzi!

Rzeczywiście, z Czerwonymi Beretami brzmi lepiej… :D

Może to kwestia nazwy oddziału, w każdym razie wypowiedź trochę raziła moje hrabiowskie poczucie estetyki i porządku wypowiedzi ;)

Niechaj więc Autor postępuje, jak woli!

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Pająki w Czerwonych Beretach? ;-)

Babska logika rządzi!

@regulatorzy – laboratorium oczami bohatera, który nie rozumie tego, co widzi + było to laboratorium magów/kapłanów w odróżnieniu od szpitala. Czy użyłem słów świadomie? Powiedziałbym,  że raczej nie chciałem się silić na maskowanie nowoczesnych terminów pseudośredniowiecznymi “eufemizmami” – być może niesłusznie, skoro najwyraźniej zakłóca to suspension of disbelief.

@NoWhereMan – docelowo science fantasy z mocnym naciskiem na fantasy ;d  Czyli podróże między światami tak, ale raczej magicznie i bez wątku ‘zacofanych potomków’ bardziej zaawansowanej cywilizacji. Aczkolwiek jeśli terminy naukowe bez broni palnej i parowców/samolotów oraz innej technologii rzeczywiście tak bardzo rażą, może z elementu ‘science’ powinienem zrezygnować całkiem ;)

@CountPrimagen – dziękuję za wytknięte błędy, poprawiłem (za wyjątkiem Pająków, rozumiem o co Ci chodzi, ale miało to brzmieć trochę jak coś w stylu “Dzień Dobry, Jan Kowalski, Urząd Skarbowy”… niby da się to zamienić miejscami, ale to już nie to samo ;d).  Dzięki za zachętę i obiecuję poprawę – ze wszystkich komentarzy wynika, że największą słabością opowiadania jest monotonia/brak zwrotów akcji, z czym mi się dość ciężko walczy, jednak postaram się na przyszłość :)

Nighterze, to Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane. Ja tylko podzieliłam się wrażeniami z lektury.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy – Oczywiście, niemniej jednak publikuję je tutaj między innymi dla feedbacku, więc każdą opinię biorę pod uwagę i zastanawiam się nad nią – trzeba się doskonalić, nawet jeśli literatura nie jest do końca wymierną dziedziną ;)

Tak sobie chodzę po opowiadaniach kwietniowych, sprawdzając, czy mi coś godnego uwagi nie umknęło, i trafiłam tutaj, żeby przybić piąty punkt do Biblioteki i przyjąć tekst pod swoje skrzydła nominacji. To jedyne opowiadanie, z którym mam do czynienia w tym miesiącu, co do którego nie waham się, by je podbić do głosowania Loży. Wydaje mi się też, że trochę umknęło innym – może przez długość tekstu i nieznajomość autora.

Nie jest to oczywiście tekst wyzbyty wad – trochę za szybko zamknięty finał, pewna bijąca z Pająków bezradność, kłócąca się z ich postawą himenów, zdarzające się czasem kulawe konstrukcje, różne sprawy wytknięte już wyżej przez innych – ale kupił mnie całkowicie klimat, porządne wykonanie, udane, naturalne dialogi, historia miłosna, równość płciowa, realia zarazy, poczucie beznadziei, zagadka do rozwiązania, mylenie tropów i natrafianie na ściany, kreacje bohaterów, wyłaniający się obraz świata. Odwalony kawał solidnej roboty, który wciąga, jest plastyczny, barwny, pełen obrazów, smaków i zapachów. 

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

“– Potrzebujemy uzdrowicieli, a przysyłają nam Pająki – wymamrotał ze złością strażnik, kiedy pokazałem mu sygnet z pajęcza siecią.“ – pajęczą

 

“Znajdowali się w najróżniejszym stadium choroby – niektórzy umierali na naszych oczach, inni dopiero co zgłosili się do szpitala, zauważywszy objawy Wiosennego Moru – gorączkę, bezsenność i ropiejące rany na skórze, wydzielające obrzydliwie przyjemny, kwiatowy zapach, od którego wziął nazwę.“ – raczej: w najróżniejszych stadiach.

Ponadto obserwacja – lubisz używać myślników (półpauz), ale miejscami ich nadużywasz. Na przykład w dialogu myślnik bywa mylący, bo plącze się ze znakami interpunkcyjnymi oddzielającymi kwestie mówione od opisów. Tu zaś masz dwa “–” w jednym zdaniu, co też jest niezręczne.

 

“Wśród chorych uwijali się ochotniczy pielęgniarze i pielęgniarki, każdy w ochronnym fartuchu i rękawiczkach.“ – Raczej: każde

 

“jeżeli rzeczywiście byli ludźmi, musiałem przegapić moment, w którym opuszczali nekropolię.“ – Opuszczali? Myślałam, że dopiero przyszli.

 

Dołączę się do głosów zwracających uwagę na to, że obecność w tekście słów takich jak bakcyle, wirusy czy metabolizm zwraca uwagę, nie bardzo pasuje do nakreślonych realiów.

 

Ogólnie nie zostałam rzucona na kolana – nie satysfakcjonuje mnie rozwiązanie ani wątek z dziewczyną – ale z drugiej strony tekst w sumie czytał się dobrze. Powolna narracja pasuje do fabuły. Całość jest nieźle skonstruowana, główni bohaterowie dość wyraźni (czego nie można powiedzieć o towarzyszach narratora, którzy jak dla mnie – poza morderczą Indice – w zasadzie nie mają twarzy). Muszę się zastanowić co począć w kwestii nominacji ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

@c21h23no5.enazet – dzięki za opinię.

@joseheim – również dzięki, literówki poprawiłem; Co do opuszczania nekropolii – chodziło o to, że jeżeli wracali, to znaczy, że wcześniej musieli opuścić cmentarz i ten właśnie moment bohater przegapił . Może wyszło nie do końca klarownie, ale nie będę już tego zmieniał. Co do terminologii – tego też nie będę ruszał, choć tak jak pisałem we wcześniejszych komentarzach, w ewentualnych przyszłych opowiadaniach wezmę pod uwagę, że wiele osób to razi.

Lektura tekstu sprawiła mi sporą przyjemność, wrócę tu za jakiś czas z odrobinę dłuższym komentarzem.

PS – Zdecyduj się na Żółtą Ligę albo Żółtą Ligię i dostosuj odmiany.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Po lekturze nasuwa mi się jedno określenie: solidny tekst. Porządnie, płynnie napisany, z niezłą kompozycją, fajnymi dialogami, ładnie splatającymi się wątkami. 

Doceniam wszystkie powyższe elementy. Jednocześnie czuję niedosyt, więc teraz trochę o zarzutach ;) Po pierwsze – nie wciągnęło mnie. Trudno było mi przebrnąć przez początek, chyba przede wszystkim dlatego, że wydawał mi się dość sztampowy, a postaci, wprowadzone jednocześnie, niezbyt zajmujące. Fajnie, że potem Indice zyskała osobowość, pozostała dwójka towarzyszy bohatera pozostała niestety dość nijaka i przez większość tekstu zadawałam sobie pytanie o sens ich obecności. Wyobrażałam sobie, że włóczą się po prostu za narratorem, takie rzepki na psim ogonie. Ponadto, jak wspomniał już ktoś powyżej, przez długi czas drużyna łazi z miejsca na miejsce i niewiele z tego wynika. Wydawało się, że książę będzie jakimś istotnym bohaterem, ale okazało się że nie. Pewnie, jego postawa uzasadniała nieco to, co działo się w mieście, ale chyba można by tylko o niej wspomnieć, wystarczyłoby. I szybciej przejść do tego, co gęste i zajmujące, bo przecież takich wątków nie brakowało.

 

Czytałam kilka dni temu, ale zwlekałam z komentarzem. Opowiadanie cały czas chodzi za mną i nie daje się zapomnieć. Napisane dobrze, czytało mi się gładko, mimo że do najkrótszych tekst nie należy. Ładnie i naturalnie przeplecione są poszczególne wątki, nie zdradzasz niczego za wcześnie. Zdecydowanie satysfakcjonująca lektura.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Co mogę napisać… Lubię dobre fantasy. Drużyna, karczma i tak dalej to stałe rekwizyty gatunku i nie widzę sensu, by się na tym skupiać. Od tego wyszedłeś. Ważne, dokąd dotarłeś ;). Bardzo zręcznie konstruowałeś elementy świata przedstawionego – nienachalnie, dokładnie na tyle, że chciałoby się dostać odrobinę więcej. Główny bohater jest bardziej archetypem, niż literackim odkryciem, ale problem przed którym go postawiłeś, bardzo mnie zaciekawił. Aż przypomniała się lektura Dżumy, jednej z ciekawszych książek, które dane mi było przeczytać w liceum. O ile nie popieram nieodpowiedzialnych stosunków płciowych, spodobało mi się, że główna postać kobieca nie jest pasywnym dodatkiem, ale ma swoje potrzeby, poglądy i wypowiedzi. 

 

Jeśli szukać wad, Werwena zwróciła uwagę na obecność nieobecnego księcia. Faktycznie, może to i pewna niegospodarność w zarządzaniu objętością tekstu, z drugiej strony zupełnie mi nie przeszkadzała.

Miałem wątpliwości, czy zabicie trzeciej części miasta spowodowałoby wyludnienie, które zaobserwowali bohaterowie. Wspominałeś, o różnicach między dzielnicami, ale moim zdaniem wymagałoby to jeszcze pewnego podkreślenia, inaczej te pozostałe dwie trzecie mieszkańców kłócą mi się z krajobrazem, gdzie nawet mucha nie przeleci.

Muszę sobie odświeżyć literaturę bronioznawczą, ale wydaje mi się, że chodzenie w zbroi gdzie tylko się da, to raczej mało praktyczna praktyka. Potraktowałem te opisy z pobłażliwością, kolejny raz zrzucając je na “prawa gatunku” i wyobrażając sobie codzienne stroje postaci w grach komputerowych. To samo tyczy się “anachronizmów”, które w ogóle mi nie przeszkadzały. Sapkowski dawno mnie na to znieczulił. Może ta szklanka w karczmie wydawała się trochę nie na miejscu, wolałbym gliniany kubek ;D. Generalnie odbiór klimatu był niezaburzony.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Fabuła prosta, banalna wręcz.

Ratuje ją wielość ładnie posplatanych wątków i bardziej oryginalna tematyka. To jakaś miła odmiana, kiedy żołdak nie uważa, że każdy problem da się rozwiązać machając mieczem.

Wiele wątków i bohaterów stwarza wrażenie solidnie napisanego i przemyślanego tekstu.

Byłam na tak, znaczy.

Babska logika rządzi!

Fajne, ciekawe postaci są siłą tego tekstu. Ekspozycja raczej typowa dla fantasy, opowieść prosta jak drut, a jednak coś tam wzrusza, coś tam daje do myślenia. Końcówka powinna być mocniejsza – po scenie śmierci medyczki wypada blado. Za to rzeczona scena śmierci Vanalie naprawdę ci się udała – może nie płakałam, ale zrobiło mi się smutno. Zgadzam się z Finklą – tekst jest zwyczajny solidny, nieźle przemyślany i stanowi spójną całość.

Znaczy się, ja też byłam na TAK :)

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Dziękuje za kolejne opinie, miłe słowa, jak również uwagi krytyczne.

Co do kompanów głównego bohatera, jak i postaci księcia, niestety taka już natura opowiadań, że trzeba gospodarować miejscem i niektóre wątki mogą zostać przez to pokrzywdzone na rzecz innych – z lepszym lub gorszym skutkiem. Co do efektu wyludnienia był on potęgowany także tym, że większość mieszkańców po prostu zamknęła się w domach z obawy przed zarazą. Co do paradowania w pełnej zbroi po w miarę bezpiecznym mieście – mea culpa.

Gratuluję srebra! :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Statek nas wysadził? Ciekawe stwierdzenie… Statek nie jest osobą. Z ciekawości przeczytałem kilka następnych zdań, żeby sprawdzić czy przypadkiem nie był to statek kosmiczny. Ale nie był.

Opuściliśmy pokład statku, zeszliśmy z pokładu, zeszliśmy na ląd… A tak, pierwsze zdanie wyszło, niestety, nieco śmiesznie.

Jeszcze wrócę.

Pozdrowka.

Doczytałem sobie do połowy, a potem, niestety, już nie dałem rady. Jest to, z tego, co przeczytałem, dość typowa opowieść, z typowymi błędami. 

Nie za bardzo zrozumiałem, po kiego grzyba ta grupa udawała się do miasta ogarniętego zarazą. Może dalej zostało to wyjaśnione, ale w pierwszych dwóch rozdziałach nie. A to jest ważna kwestia.  Dużo opisu, z którego nic nie wynika. Sprawdzają miasto, ile jest stosów palonych zwłok, sprawdzają lazaret… Dobra, le po co? Brak wyjaśnienia.

W sumie sprawnie napisane opowiadanie z wieloma dłużyznami, ale w dużej mierze jest to często pisanie dla pisania. Fabuła, niestety,  jest wątła.

Nie uwiodło mnie, co więcej, trochę znudziło. 

Pozdrówka.

@c21h23no5.enazet – raz jeszcze dzięki :)

@RogerRedeye – powodem udania się do miasta ogarniętego zarazą jest sama zaraza (konkretnie – ustalenie jej przyczyn i ich ewentualne usunięcie), o czym wspomniane jest w scenie w karczmie, a już w scenie w kościele bezpośrednio powiedziane. Opowiadanie jest długie i ma dość wolne tempo, więc rozumiem, że mogło Ci to nie odpowiadać. Jeśli chodzi o pisanie dla samego pisania – filozoficznie rzecz ujmując, generalnie celem sztuki jest sztuka, natomiast zakładając, że masz na myśli brak “głębi”, to starałem się, by “Plaga” opowiadała o emocjach oraz wyborach moralnych (nie chcę wchodzić w szczegóły, bo opowiadanie powinno bronić się samo), aczkolwiek bardziej wybrzmiewa to w drugiej części opowiadania. Tak czy inaczej, dzięki za komentarz.

Hmm. Przeczytałem, bo napisane dość gładko, choć wielce nie wciągnęło. Bardzo starałem się znaleźć jakieś plusy, no i są. Sprawny warsztat, mało literówek i błędów stylistycznych. Temat mało oryginalny (jak napisał Count, częsty w grach, ale nie tylko), grupa bohaterów również, do tego oprócz dowódcy, robiąca za tło (tu się zgadzam z Werweną, choć dla mnie i Indice szczególnie się nie wyróżniła). Zgodzę się też z Countem, co do tytułu. Zakończenie po prostu jest.

Ogólnie, solidnie napisany tekst, który niczym szczególnym się dla mnie nie wyróżnia. Tak czy inaczej, gratulacje. Jeśli taką “wprawką” zdobywasz srebro, to co dopiero będzie, kiedy porządnie popracujesz nad fabułą :).

Dzięki za komentarz (i gratulacje). Tak jak pisałem wyżej, wszystkie uwagi biorę pod rozwagę i staram się dążyć do tego, aby każdy napisany tekst był lepszy od poprzedniego, nawet jeśli to idealistyczne podejście i nie w pełni możliwe do realizacji ;)

Przybywam, zwiedziony piórem, bo tak jak Count zauważył, tytuł jest raczej nędzny. :p

I tak po przeczytaniu całości stwierdzam, że to opowiadanie jest bardzo mocno średnie. Fabularnie klisza jakich wiele. Postaci Sila i jego kochanki przekonujące, kapłana w sumie też, natomiast cała ta zgraja przydupasów głównego bohatera, to choć niejednolita i jakieś tam swoje charakterki mają, jest w opowiadaniu po nic. Czarodziejkę wyczuwającą magię można by z powodzeniem zastąpić szklaną kulą, dryblasa jakimś bojowym niedźwiedziem na smyczy – i proszę ile miejsca na dialogach by się oszczędziło. Nie zgodzę się też z Naz, że owe dialogi wypadły naturalnie – bo według mnie były takie ledwo momentami. Są trochę na jedno kopyto i o ile w przypadku Indice odpowiedzi-docinki wypadały w porządku, to gdy rozmowa Sila i lekarki oparła się znów na wzajemnym dogryzaniu, a na dodatek wszystko poszło w stronę taniego flirtu, to poczułem się lekko zażenowany.

Z głupotek technicznych podpisuję się w całości pod komentarzem Reg. Osadzenie akcji w quasiśredniowiecznym środowisku oznacza zaadaptowanie średniowiecznych realiów do stworzonego przez siebie świata. Dla kogoś, kto czyta, to po prostu domyślne. Jeśli nie dajesz do zrozumienia, że świat wygląda inaczej, jest lepiej rozwinięty, to wplecenie w narrację czy dialog słów jak “smog” czy “wirus” odbiera dużo wiarygodności. Przecież analogicznie pisząc historię dziejąca się w fikcyjnym miasteczku w USA we współczesności, nie wyskakuje się nagle z pocztówką z pozdrowieniami z wakacji od szwagra z Marsa. Nie, jeśli nie zasugerowało się istnienia takiej możliwości wcześniej. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Tyle jęków spisałem, więc skąd to srebro przy Pladze? Wydaje mi się, że ci wszyscy czytelnicy którzy byli tu przede mną, z redaktorem na czele, zachwycili się kreacją świata. Podchodzę do takiego strzelania nazwami własnymi raczej sceptycznie, bo łatwo w ten sposób wprowadzić poczucie zagubienia i sprawić, że czytelnik zwyczajnie odbije się od tekstu. Tutaj jednak wyważenie we wprowadzaniu kolejnych elementów jest bardzo rozsądne i chociaż po lekturze wciąż nie mam pojęcia czym są niektóre pojęcia, kim są dane postacie, gdzie leżą dane miejsca, to zwyczajnie mam ochotę poznawać dalej to uniwersum, bo ten element tekstu zagrał fantastycznie i złapał za mordę tak jak powinien.

 

Jeszcze na koniec zauważę, że występuje dwojaki zapis – czasem jest “d’Revoure”, a czasem “d’Revouvre”. Nazwy z kolei wyglądają na bazowane na języku francuskim, a w nim “de” ściąga się do “d’“, jeśli poprzedza słowo zaczynające się na samogłoskę lub h. Ściąganie przed spółgłoską jest bez sensu, bo tylko utrudnia wymowę.

 

Pozdrawiam!

Jeśli chodzi o postaci poboczne oraz anachronizmy – wydaję mi się, że to wina tego, że wizja, którą miałem, nie zmieściła w formacie opowiadania, mój błąd. Co do zapisu imienia – poprawię literówki jak będę miał chwilę, a z francuskim de – przynaję, że tego nie sprawdziłem. Nie będę zmieniał, ale zapamiętam :). Cieszę się, że dostrzegłeś coś pozytywnego w opowiadaniu i dzięki za komentarz oraz opinię.

Śliczne napisane. Bardzo przyjemne mi się czytało, mimo że czasem mam problem z dłuższymi tekstami. Pozdrawiam.

Ja czytałam jakiś czas temu, tuż po przyznaniu piórka :) A komentarza nie zostawiłam, bo nie za wiele miałam do napisania, ale teraz stwierdziłam, że nie muszę przecież jakiegoś elaboratu tworzyć (a przynajmniej taką mam nadzieję ;))

 

Z tym opowiadaniem to ja mam tak, że niby z jednej strony takie zwyczajne, niezłe fantasy coś się dzieje tu, coś się dzieje tam i tyle. No, słowem, fantasy jakich wiele. Tylko że właśnie nie tak znowu wiele. Jakoś ostatnio mam wrażenie, że coraz mniej czystego fantasy. Namnożyło się tych mieszańców, ładnych, wyjątkowych, ale rasowych zaczyna brakować :( Że tak powiem, o :(

 

Kolejna sprawa to świat. Interesujący, ale myślę, że nie zaszkodziłoby, gdyby zaciekawiał trochę bardziej :P Trochę o tych Pająkach, więcej jakichś tajemnic, tradycji i innych takich. Po prostu więcej szczegółów i klimatu. Tak w ogóle to dziwne, że opowiadanie z, delikatnie mówiąc, oszczędnym klimatem mi się spodobało. To sukces, ale nie wiem czy przez niego powinnam patrzeć na tekst przychylniejszym okiem :D

 

Postaciom też by się przydało nieco więcej charakterku, ale skłamałbym, gdybym powiedziała, że kompletnie mi się nie spodobały ;) Wątek lekarki i przywódcy na plus, a te dwie dziewczyny z drużyny(co za rymy) też całkiem polubiłam :)

 

Dla uściślenia dodam, że akcję uznałam za wciągającą. A tytuł… chyba też nie muszę mówić :D

Nie wiem sam, co mi się marzy, jaka z gwiazd nade mną świeci - J.Kaczmarski

Lenah, jak na próbę nienapisania elaboratu, to całkiem nieźle. Kurczę, ja takich komentarzy nie potrafię pisać, nawet kiedy chcę i próbuję. ;-/

Babska logika rządzi!

Finklo, bo dzisiaj tak deszczowo i lanie wody idzie mi nad wyraz dobrze :D

Nie wiem sam, co mi się marzy, jaka z gwiazd nade mną świeci - J.Kaczmarski

katiu, lenah – dzięki za  podzielenie się wrażeniami. Jeśli chodzi o “więcej szczegółów” – jak pisałem gdzieś wyżej, mi osobiście czasem ciężko jest się wpasować w ograniczenia narzucane przez format opowiadania, więc dużo tnę, także może to być tego efekt. A klimat – kurcze, byłem przekonany, że tego akurat “Pladze” odmówić nie można ;d 

Szacun.

Właściwie mógłbym na tym skończyć, ale ponieważ tekst jest póki co na mojej krótkiej liście faworytów do najlepszego opowiadania roku, to potrzebny jest komentarz tzw. merytoryczny.

Przemyślana konstrukcja, dojrzała i świadoma narracja (np. świetnie rozegrane spotkanie kochanków w lazarecie), soczyste klimaty zarazy i inteligentne nawiązania do „Dżumy”. No i prezentacja świata – stopniowa, naturalna immersja, wyraźnie dająca do zrozumienia, że świat jest większy i ma swoją historię, ale zarazem na tyle wyważona, że nie powodująca u czytelnika zagubienia. Bardzo to wszystko dobre. Można się uczyć.

I na koniec osobista refleksja – jednym z pierwszych opowiadań, które przeczytałem na portalu było Twoje „Rosarium”. Progres, którego dokonałeś w ciągu tych kilku miesięcy jest moim zdaniem najbardziej spektakularnym, spośród tych, które mogłem obserwować.

Dzięki za  miłe słowa. Jeśli chodzi o “Wielkie Rozarium” – nie wiem, na ile to kwestia rzeczywistego postępu, a na ile tego, że szorty nie bardzo mi leżą i tamto dziełko było pisane raczej jako ćwiczenie, lekko, a tutaj, jak sam zauważyłeś, mocno się starałem, żeby wszystko dobrze zagrało. Niemniej jednak zawsze staram się rozwijać swoje pisanie, także na pewno również miało to znaczenie.

Przeczytałem dawno temu, za groma nie wiem, dlaczego nie napisałem komentarza od razu. :) Na plus to, że względnie dobrze pamiętałem o czym jest, znaczy wpadająca w głowę historia. Pamiętam, że oczekiwałem czegoś innego, bardziej mrocznego, strasznego, koszmarnego i byłem zaskoczony pomysłem i narracją. Myślę, że pozytywnie, choć jakiś niewielki zawód pozostał ;) Ładnie dozujesz świat, nieśpiesznie rozwijasz historię i dobrze budujesz postacie. Grupka weteranów rzucona gdzieś tam w “zaświaty” wzbudziła moją sympatię. Finał może nie powalił (musiałem sobie jednak przypomnieć) ale wpasował się w zamysł opowiadania.

Ciekawostka z tym Twoim opkiem i “wyciąganiu” go przez Naz do nominacji, aż dziw, że gdzieś umknęło. Możliwe, że przez liczbę znaków :) Pozdrawiam.

Nowa Fantastyka