- Opowiadanie: śniąca - Zagraj tylko dla mnie

Zagraj tylko dla mnie

Mała wizyta w starym świecie Barathrii :) Starałam się pisać tak, aby opowiadanie dało się czytać jako samodzielne. Nie dam jednak głowy, że mi się to w pełni udało – nie jestem w tej kwestii obiektywna. 

Kto jeszcze nie zna lub chce sobie przypomnieć, to tu są dwie poprzednie opowieści o Genei i Ardorze:

Demony Barathrii

Płomień

 

PS. Tekst swoje odleżał i sprawdzałam go wielokrotnie, ale wiecie jak to się dostrzega usterki u siebie. Jeśli więc rzuci się coś komuś w oko, to wskażcie. 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Zagraj tylko dla mnie

W Barathrii, świecie ognistych demonów, trwający od eonów beznamiętny spokój i porządek, uległy zakłóceniu. Początek wszystkiemu dało przybycie Genei, pierwszego nowo zaistniałego od bardzo dawna łowcy dusz. Ciche echo dźwięku skrzypiec wydostawało się z Kręgu, zamieszkiwanego przez nią i Ardora, i docierało do siedzib innych. Bezcielesne byty, przyzwyczajone do wiecznej ciszy, przerywanej co najwyżej delikatnym dzwonieniem kryształów, zaczęły się niepokoić.

 

***

Genea i Ardor, wijąc się, pulsując złotem i czerwienią, wisieli w Bramie. Zapatrzeni w tworzący się obraz świata, nie zwracali uwagi na nic innego. Aż w koszu ze złotych łańcuchów zabłysła błękitem i jasnym beżem kula. Spragniona łowów para wojowników z niecierpliwością się w niej zanurzyła.

Zanim trójwymiarowy obraz zniknął, jeszcze jedna istota zdążyła przekroczyć portal. Żółte iskry zamigotały w rozpływającej się Bramie.

 

***

Dwa Płomienie, Biały i Czarny, bez emocji obserwowały swe królestwo. Ich uwadze nie uszło niezwykłe działanie jednego z poddanych.

– NIEKTÓRZY…– zaczął Biały.

– …ROBIĄ SIĘ…

– …ZBYT SPRYTNI. – Dokończyły oba zgodnie.

Niezadane pytanie zawisło w powietrzu.

– NIE…

– …BĘDZIEMY…

– …INTERWENIOWAĆ. – Zdecydowały po chwili namysłu jednogłośnie. – NA RAZIE.

 

***

Jak zawsze, na początku się rozdzielili. Odpłynęli w różne strony, każde po swojemu spoglądając na odwiedzany świat.

A ten skrzył w świetle słońca srebrnymi odblaskami na olbrzymiej powierzchni oceanu i złocistymi na pustynnych lądach. Demonicznym wzrokiem Ardor dostrzegał pod powierzchnią wody miliony istnień i nieliczne na powierzchni wiecznie ruchomych wydm. Gdzieś tam krążyła jego niczego nieświadoma ofiara. Spokojnie wypatrywał blasku jej duszy.

Genea zawsze zaczynała oblot od północnych rejonów każdego świata. Teraz także udała się w tym kierunku, obserwując wielobarwne rozbłyski dusz mieszkańców planety.

Żadne z nich nie zwróciło uwagi na niegłośny plusk, gdy żółty ognik zanurkował niemal natychmiast po zjawieniu się nad światem. Po chwili niepozorna ryba sunęła tuż pod powierzchnią wody, uważnie śledząc przemykający po niebie złoty blask.

 

Genea dostrzegła seledynowy rozbłysk pośród północnych raf. Tam był jej cel. Obniżyła lot i powoli zanurzyła się w ciepłej otchłani. Płomień zamienił się w smukłą sylwetkę tęczowego węża. Przestroiła spojrzenie i zamiast kolorowych, świecących plam widziała wyraźnie kształty mszywiołów i korali. Jej ludzka pamięć cieszyła się widokiem rozchwianych falą wielobarwnych koron ukwiałów. Na tle żółtego korala słonecznego pyszniła się czerwienią rozgwiazda. Jednak to nie była rafa, jaką znała ze świata, z którego pochodziła. Tuż przed jej gadzim pyskiem przepłynął olbrzymi konik morski o grzbiecie najeżonym haczykowatymi wyrostkami. Mijając Geneę, wyszczerzył kły, a paciorkowate oczka spojrzały na nią złowrogo.

Odprowadziła go spojrzeniem, aż zniknął za koralowym murem. Pod nią, po piaszczystym dnie, wzbudzając płetwami bure chmurki, sunął żółw. Jakaś zagubiona rybka odłączyła się od ławicy i spłynęła tuż nad jego grzbiet. W tej samej chwili spomiędzy płytek skorupy wysunęły się kolce. Kilka kropli krwi zabarwiło wodę na czerwono i rozpłynęło się w niej. Długa szyja, zwieńczona niepozornym łebkiem, wygięła się do tyłu i zdobycz zniknęła w pysku gada.

Coś musnęło ogon węża. Gibkie ciało wywinęło się, a bystre oczy zerknęły na intruza. W połowie tego ruchu kleista macka owinęła się wokół środkowej części ciała Genei. Seledynowa, jak jej dusza, ośmiornica wyciągała ku głowie demona kolejne odnóże.

Genea szeroko rozwarła uzbrojone w dwa rzędy ostrych zębów szczęki. Ostrzeżenie zostało zignorowane. Zrobiła więc unik i szybko kontratakując, odgryzła zbliżającą się mackę. Na moment wszystko przesłoniła zielonkawa mgła. Gdy krew ośmiornicy rozpłynęła się, Genea zobaczyła, że w miejsce odgryzionego, wyrosło nowe ramię. Przez myśl przemknęło ognistej, że to nie będzie łatwy przeciwnik.

Spróbowała wyślizgnąć się z niepożądanych objęć, jednak lepka maź trzymała mocno. Zdecydowała się dosięgnąć paszczą wielkich oczu, jednocześnie oganiając od macek ogonem. Nie była dość szybka. Uderzenie jadową przyssawką w głowę zamroczyło ją na moment. Tylko dzięki twardym, odpornym łuskom, trucizna rozlała się po powierzchni ciała, zamiast wniknąć do niego. Rozcieńczona kropla spłynęła do oka, a to zapiekło przeraźliwie. Genea w ciele węża szarpnęła się w ataku paniki.

Jakby tego było mało, zakończona szponami długa płetwa przeorała grzbiet Genei. Czerwona chmura zabarwiła wodę, błyskając złotymi iskrami, gdy kilka oderwanych od ciała łusek zamieniło się w dym. Czując, że w takim stanie nie wygra z dwoma przeciwnikami, usiłowała przeistoczyć się ponownie w Płomień. Z poniesionymi ranami nie było to dla niej łatwe. Migocząc wciąż zmieniającą się formą, udało jej się przemknąć pomiędzy mackami i odpłynąć na kilka kroków. Ośmiornica zrezygnowała z walki z dużo większym i silniejszym wrogiem i sprężyła się do ucieczki. Jednak stwór machnął od niechcenia mieczowatym ogonem i rozciął galaretowaty tułów na dwie części.

Świecąca na żółto w ciele drapieżnika istota rozbłysła świeżym ładunkiem energii. Genea nie miała wątpliwości, że napastnik pochodzi z Barathrii. Tylko skąd się tu wziął i dlaczego?

Osłabiona raną, bez pożywienia od ostatniego polowania, nie potrafiła stawić oporu znacznie silniejszemu agresorowi. Otoczyła ją jadowicie żółta poświata. Wrogi łowca przydusił jej światło, które straciło blask.

 

***

Ardor, gdy został sam, skupił się na tropieniu i – miał nadzieję – walce.

Dostrzegł w końcu ten szczególny rozbłysk, który wskazał mu ofiarę. Przestroił wzrok na rzeczywiste postrzeganie świata i uśmiechnął się w duchu na widok przeciwnika. Był wojownikiem i niczego nie pragnął w tej chwili tak bardzo jak porządnej potyczki.

Spływając powoli ku powierzchni, zaczął się przemieniać. Na gorący piasek osunął się już jako syczący, pokryty łuską gad. Zgrubienie na końcu ogona grzechotało w rytm ruchów ciała.

 

***

W pierwszej chwili Genea przestraszyła się panującej wkoło ciemności. W głębi jestestwa młodej demonicy wciąż tkwiły okruchy ludzkiej duszy i instynktów. Skuliła się w sobie, a jej osłabione złote lśnienie przygasło. Nie wiedziała, jak długo tkwiła w tej nicości.

Gdzieś sponad niej napłynął, trącając po drodze nieliczne trofea, żółty demon. Genea obserwowała go w milczeniu. Odgadła, że znalazła się w jego gnieździe.

– Zagraj.

Nie zareagowała.

– Zagraj dla mnie. – Ponowił polecenie. – Tym razem tylko dla mnie.

Genea wciąż milczała.

Obcy warknął, rozrzucając wkoło blade iskry.

– Graj! Masz dla mnie zagrać!

Starała się szybko przeanalizować sytuację i znaleźć najlepsze wyjście. Zapadła się w sobie jeszcze bardziej i odpowiedziała słabym głosem.

– Nie mam siły. Nie upolowałam…

Przez chwilę miała nadzieję, że Żółty ją wypuści. Ten jednak zniknął bez słowa w mroku.

Genea ruszyła ostrożnie w stronę najbliższych kolumn. Nie wiedziała w czyjej siedzibie jest i jak daleko od własnej. Nie wiedziała, czy da się wyjść poza Krąg, czy da się przemieszczać pomiędzy siedzibami mieszkańców Barathrii. Nie wiedziała nic poza tym, że bardzo chce się stąd wydostać i wrócić do Ardora. Jej bezcielesny płomień napotkał przeszkodę. Wijąc się wzdłuż niewidocznych ścian, Genea odkryła, że tkwi zamknięta wewnątrz olbrzymiego, bezbarwnego kryształu. Nie mogła przez niego przepłynąć.

Ogarnął ją gniew. Natychmiast stłumiła go w sobie, bo kosztował zbyt dużo cennej energii, której nie zdążyła przed porwaniem uzupełnić. Zamiast tego spróbowała się skupić, by zniknąć. Tak jak znikała wewnątrz własnego domu i pojawiała się przy Bramie. To również się nie udało. Zawisła, zrezygnowana i zmęczona, pośrodku tajemniczego więzienia.

Tak zastał ją porywacz.

Przez ściany przeniknęło kilka cicho podzwaniających okruchów wyblakłych minerałów, które zawisły w przestrzeni tuż przed nią. Ponieważ uwieziona się nie odezwała i nie poruszyła, Żółty powiedział:

– Jestem Rashk. Słyszałem cię i chcę, żebyś wypełniła mój Krąg dźwiękiem. Nie myśl sobie, że uda ci się uciec, ani że cię wypuszczę. Będziesz dostawać moje łupy. Dość, żebyś nie zginęła, za mało, żebyś nabrała większej mocy. – Jakby odgadując jej myśli, dodał niemal natychmiast: – Nie licz też na ratunek. Powinnaś wiedzieć, że nikt nie wejdzie do obcego domostwa bez zgody gospodarza. A ja nie mam zamiaru wpuszczać tu innego łowcy.

Milczała przez chwilę, przetrawiając w myślach to, co właśnie usłyszała.

– A co, jeśli nie będę grać?

– To nie dostaniesz nawet okrucha.

Głód i wizja śmierci przeciwko dumie. Powoli musnęła seledynowy kształt, zastanawiając się ponownie nad sytuacją.

Trofeum było skromne, z niewielką ilością energii. Nic dziwnego, skoro Rashk nie walczył z ośmiornicą jak równy z równym. Zgodnie z Prawem łup zdobyty bez wysiłku nie był wiele wart.

Mimo to resztki energii, uwięzionej w krysztale, wystarczyły, by rozświetlić Geneę i jej myśli.

Nie miała pojęcia, jak wielka jest Barathria i jak daleko może płynąć przez nią dźwięk. Jednak, skoro Rashk słyszał grę, to i Ardor powinien ją usłyszeć. Czerwony demon nie zostawi jej na pastwę losu. Może nawet już szuka zaginionej towarzyszki?

Wchłonęła pozostałe ochłapy, które dostała od Żółtego.

Między czarnymi kolumnami rozległ się śpiew skrzypiec.

 

***

Pokryte łuskami ciało olbrzymiego węża leżało, wygrzewając się w promieniach słońca. Obok, na zbryzganym krwią piasku spoczywał jego martwy przeciwnik. Ardor dyszał ciężko. To była piękna walka równych sobie drapieżników. Zmęczony, ale jednocześnie pełen świeżej energii, wyobrażał sobie nowy klejnot, który przed chwilą błysnął karminem pośród innych trofeów. Łuski zniknęły, a podłużne ciało zafalowało i zamieniło się w czerwony Płomień, na brzegach którego lśniło trochę złotych iskier.

Ardor pomyślał o Genei. Ona też już powinna zakończyć polowanie. Postanowił ją jak najszybciej odnaleźć. Na myśl o kilku chwilach w ciałach, które mogły się fizycznie zetknąć, coś wewnątrz niego mocniej rozgorzało. Zapragnął znów poczuć dotyk. Tylko tu było to możliwe.

Wzniósł się wysoko ponad powierzchnię planety i zaczął przeczesywać przestworza, wypatrując złota. W powietrzu było pusto. Spojrzał więc na powierzchnię.

Dostrzegł wiele świateł dusz, ale żadne nie było jego Geneą. Zadziwiło go to i jednocześnie zaniepokoiło. Nie mogła przecież wrócić do domu sama, zostawiając go w tyle. Inną możliwością było to, że została pokonana i z łowcy zamieniła się w zdobycz. Na tę myśl Ardora przeszyło ukłucie lęku.

Jeszcze raz przeleciał nad całą planetą, poszukując w duszach jej mieszkańców śladów złotego blasku.

Jednak Genei nigdzie nie było, jakby nigdy nie zawitała do tego świata.

 

***

Adror zmaterializował się wewnątrz swego Kręgu. Przestrzeń między niekończącą się kolumnadą połyskiwała gamą kolorów. Ich łupy, okruchy minerałów wypełnione duszami pokonanych przeciwników, świeciły delikatnie. Jednak w siedzibie Czerwonego panowała nieznośna cisza. Genei nie było.

Krążył niespokojnie od kolumny do kolumny, przenikając przez kryształy, które rozbrzmiewały echami stoczonych walk i rozbłyskiwały mocniej kolorami. Zazwyczaj karmił się związanymi z nimi wspomnieniami. Tym razem je ignorował.

W pewnym momencie zdało mu się, że usłyszał znajomą melodię. Zawisł nieruchomo, nasłuchując. Z nieznanej oddali echo niosło wygrywane rzewne nuty. Ardor popłynął za głosem. Gdy dotarł do czarnej kolumny muzyka zmieniła się. Mimowolnie Płomień zakołysał się w rytm skocznych taktów. Jednocześnie ze zdumieniem zorientował się, że dźwięki dobiegają spoza granitowego pierścienia.

Ardor zatrzymał się niezdecydowany na granicy swego terenu. Nigdy jeszcze żaden demon nie wędrował pomiędzy Kręgami. Z jednej strony naprzód gnała go chęć odnalezienia towarzyszki. Z drugiej nie był pewien, czy taka wyprawa nie złamie Prawa. Zastanawiał się także, jakim sposobem i dokąd udała się Genea. Ostrożnie wniknął w czarny kamień. Nie poczuł żadnego ostrzeżenia, uznał więc, że ma przyzwolenie Władców na działanie.

Wypłynął na zewnątrz. I zawisł w nieskończonej przestrzeni, rozświetlanej blaskiem dwóch słońc. Wił się i wirował w jednym miejscu rozglądając się dookoła. Był pierwszym zwykłym mieszkańcem Barathrii, który zobaczył krainę praktycznie w całej okazałości.

Wszędzie unosiły się czarne siedziby Płomieni. Jak pochodzące z polowań łupy w ich wnętrzach. Obrócił się i spojrzał na swój dom. Z zewnątrz kolumnada była niewiele większa od niego.

Czy i my wszyscy jesteśmy trofeami Władców? – przemknęło przez myśl Ardora.

W przestrzeni Barathrii dźwięki skrzypiec zdawały się dobiegać zewsząd. Łowca wciąż wisiał w miejscu, tym razem niezdecydowany. Jego wzrok nie potrafił przeniknąć przez granitowe ściany, na nic więc zdał się przy poszukiwaniach zaginionej. To polowanie różniło się diametralnie od zwykłych wypraw do innych, materialnych światów.

Nie poczuł odrywających się od bezcielesnego jestestwa skier. Początkowo nie zauważył ich też we wszechobecnym świetle. Złoto, którym przy pierwszym spotkaniu obdarowała go Genea, najwyraźniej zapragnęło do niej wrócić.

Gdy w końcu spostrzegł migoczący strumyk, bez dalszego zastanawiania ruszył jego śladem.

Nie wiedział, co może go czekać, więc sunął ostrożnie, mijając kolejne czarne, granitowe okruchy. Aż spostrzegł, że w ścianach jednego z nich znikały złote iskry.

 

Genea grała melodię za melodią. Dobrze znane nuty płynęły w przestrzeń praktycznie bez udziału jej myśli. Dzięki temu od razu zauważyła pojedyncze skry przenikające do siedziby Rashka, a następnie przez ściany jej więzienia. Łączyły się z nią, wzmacniając i uzupełniając ubytek energii zużytej na grę. Z czasem samotne krople połączyły się w cieniutką nić. Od razu rozpoznała cząstki siebie i natychmiast odgadła ich źródło.

Zadrżała. Mimowolnie zmieniła tonację i rytm. Początkowa nuta podniecenia i tryumfu przycichła. Genea oszczędzała siły.

 

Ardor zawahał się tylko przez chwilę, zatrzymując się przed gładką ścianą. Gdy poczuł łączącą go z towarzyszką nić, uczepił się tej więzi i z jej pomocą wniknął do Kręgu. Chciał zbliżyć się do Genei, połączyć z nią, ale jej głos zatrzymał go tuż przed prawie niewidoczną ścianą.

– Nie! Ten kryształ to pułapka!

Rashk, zaniepokojony brakiem muzyki i dziwnymi krzykami, nadpłynął z głębi domostwa. Na widok obcego, zaryczał.

– Intruz! Intruz w moim domu!

Ardor nie zdążył nic odpowiedzieć, bo Rashk zaatakował. Czerwony demon zwarł się z żółtym. Uwięziona Genea mogła tylko obserwować walczące Płomienie, które mieszały się, przenikały, próbowały wzajemnie zdusić.

Zauważyła, że nić, która napłynęła wcześniej od towarzysza, wciąż ich łączy. Jak za pierwszym razem, w dniu, w którym się narodziła, przesłała po niej całą swoją moc.

Wraz z oddanym ostatnim lśnieniem, pośrodku klatki zawisł blady cień.

Wzmocniony dodatkowym ładunkiem energii, Ardor otoczył i wchłonął istnienie Rashka. Zawahał się jednak. Gotów był porzucić przeciwnika, by ratować Geneę. Jednak w przestrzeni echem odbił się podwójny, beznamiętny głos.

– ZABIJ LUB ZGIŃ.

Bez dalszego wahania zdusił wyraźnie już pokonany, słaby żółty ognik.

W pierwszej kolejności zniknęły ściany więzienia. Po nich, zamieniając się w dym i rozwiewając w jaśniejącej przestrzeni, niknęły trofea i czarne kolumny siedziby pokonanego. Ardor jednak na to nie zważał. Odwrócił się w stronę Genei. Zebrał otaczającą go złotą otoczkę i wystrzelił mocny promień w niknący powoli cień.

Genea ponownie zalśniła złotym blaskiem. Powracająca do życia demonica westchnęła.

 

***

Władcy Barathrii wpatrywali się w puste miejsce, w którym niedawno tkwił dom Rashka.

– RÓWNOWAGA…

– …ZOSTAŁA…

– …ZAKŁÓCONA. – Jak zawsze uzupełniali się idealnie.

– BRAKUJE JEDNEGO DEMONA – stwierdził Biały.

– TRZEBA BĘDZIE OBUDZIĆ NOWEGO – dodał Czarny.

– WKRÓTCE – zakończyli zgodnie.

Koniec

Komentarze

No to czas na rozwianie wątpliwości, czy da się czytać tekst, lądując w świecie Berathrii po raz pierwszy. Tak, da się. Początek rzeczywiście był dla mnie dość trudny, nie bardzo wiedziałem co się dzieje. Ale to na szczęście szybko przeszło – teraz przeglądając pierwsze akapity jeszcze raz, rozumiem już wszystko i nie czuję żadnego zagubienia.

Spodobał mi się styl. Opis walki, choć krótki, nie sprawił mojemu umysłowi problemu w wyobrażeniu akcji. A propos umysłu i wyobrażania: jedną z fajnych cech opowiadania jest według mnie pobudzenie czytelnika do przywoływania obrazów, o których właśnie czyta. Przynajmniej ja w trakcie czytania miałem poznawane wydarzenia niemal przed oczami.

Nie lubię historii z demonami, nie lubię romansów (z tego co na szybko sprawdziłem,  poprzednie części miały z nimi więcej wspólnego, tutaj skupiasz się na opisie konkretnej historii, a nie uczucia). Mimo to tekst mi się spodobał – udało Ci się zaciekawić mnie światem Berathrii.

 

W pierwszej kolejności zniknęły ściany więzienia. Po nim, zamieniając się w dym i rozwiewając w jaśniejącej przestrzeni, niknęły trofea i czarne kolumny siedziby pokonanego. – Tutaj w pierwszej chwili nie zrozumiałem, czego dotyczy słowo nim. Chodzi o więzienie, tak? Nie wiem, czy nie lepiej byłoby napisać nich (w odniesieniu do ścian), ale tutaj mogę się mylić. Nie naciskam więc na wprowadzanie tej poprawki, póki nikomu innemu to zdanie nie przeszkodzi w lekturze.

Początek wszystkiemu dało przybycie Genei, pierwszego nowo zaistniałego od bardzo dawna łowcę dusz.

Chyba: łowcy. 

 

Gdzieś tam krążyła jego niczego nie świadoma ofiara.

Nieświadoma razem. 

 

W pierwszej chwili Genea przestraszyła się panującej wkoło ciemności. W głębi jestestwa młodej demonicy wciąż tkwiły okruchy ludzkiej duszy i instynktów. Dlatego mrok i przeraźliwa cisza obudziły w niej lęk.

Pierwsze i trzecie zdanie jest właściwie o tym samym. 

 

– Zagraj dla mnie. – Ponowił polecenie, bo ton nie wskazywał na prośbę. – Tym razem tylko dla mnie.

IMO wystarczyłoby w didaskaliach “Ponowił polecenie.”

 

Wszędzie unosiły się czarne siedziby Płomieni. Jak pochodzące z polowań łupy w ich wnętrzach.

Nie rozumiem porównania :(

 

Jego wzrok nie potrafił przeniknąć przez granitowe ściany, na nic też więc zdał się przy poszukiwaniach zaginionej.

Wywaliłbym “też”.

 

Pomimo moich uwag (zawsze coś znajdę, jak ktoś poprosi :D), napisane porządnie. A poprzeczka zawieszona wysoko, bo większość elementów opowiadania jest człowiekowi obca. Trzeba wytężyć wyobraźnię. Jednak jak dla mnie trudno czerpać pełną satysfakcję z lektury, jeśli postaci nie są zbyt ludzkie. Trudno mi się z nimi utożsamić, trudno zrozumieć, komu i dlaczego powinienem kibicować. 

Mimo wszystko dobre wykonanie i ciekawy pomysł zasługują na klika, więc już udaję się do stosownego wątku :)

Dziękuję, Panowie, za uwagi – uwzględnione :) Aż się sama zadziwiłam, co po korekcie zostało.

 

Perruxie, cieszę się, że nie poczułeś się zagubiony po wrzuceniu w środek nowego świata. Z romansem część pierwsza w sumie nie ma nic wspólnego, demony (jeszcze) nie znają takich uczuć. Część druga (Płomień) powstała specjalnie na konkurs 50 twarzy, więc… A teraz to już tylko konsekwencje i naturalny bieg rzeczy, gdy para żyje ze sobą ;)

Dzięki za klik :)

 

Funthesystem, dzięki za wskazanie usterek. Z tym porównaniem, to muszę się przyjrzeć uważniej jutro, bardziej na trzeźwo. Dokładniej kryształy-łupy przedstawione są w Demonach… Nie chciałam wszystkiego tłumaczyć od początku, ale wydawało mi się, że dość jasno i tu są wspomniane.

Dziękuję i doceniam klik, tym bardziej, że przeszkodą w pełnej satysfakcji byli nieludzcy bohaterowie. Zazwyczaj sama takich nie tworzę, moje ogniste demony są wyjątkiem, do którego się przywiązałam :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ponieważ czytałam i Płomień, i Demony Barathrii, nie miałam problemów z ponownym spotkaniem Ardora i Genei. I cóż, nie da się ukryć, że Twoje metody uruchamiania wyobraźni czytelnika, w moim przypadku, sprawdziły się kolejny raz. Opowiedziałaś barwną i zajmującą historię, więc nic dziwnego, że lektura była przyjemnością. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak na przesłodzone romansidło, to nawet nieźle się czyta.

Stare “Amor vincit omnia” najwyraźniej sprawdza się nawet w świecie demonów. ;-)

Ale opisy faktycznie plastyczne, przemawiają do wyobraźni. Niech Ci będzie.

Babska logika rządzi!

Reg, bardzo się cieszę, sprawianie przyjemności czytelnikom to to, co tygryski lubią najbardziej :) 

 

Finklo, niech mi będzie? ;) Przesłodzone romansidło? Nie lubię romansideł, dlaczego mi tak więc wychodzi, że kolejna osoba widzi romansidło? Ech… Dziękuję :) 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca, a skąd ja mam wiedzieć, dlaczego tak Ci wychodzi? Może za długo nie byłaś na żadnej komedii romantycznej i organizm się domaga? A może, wprost przeciwnie, za często chodziłaś do kina i skorupka przesiąkła? ;-)

Babska logika rządzi!

To było pytanie retoryczne :) Ale skoro wysiliłaś się na odpowiedź, to dementuję – do kina na komedie romantyczne, ani dramaty romantyczne, ani żadne romanse nie chodzę (w TV też nie oglądam, w ogóle mało TV oglądam). Generalnie nie lubię ani oglądać, ani czytać czegoś, czego myślą przewodnią jest romans. Bo że od tego się definitywnie nie ucieknie, to wiadomo.  Dobra, dalej nie brnę… 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No, w sumie trudno powiedzieć – niby ona zostaje porwana, ma spory problem… A ja i tak widzę na pierwszym planie demonie uczucia, a nie zagrożenie. :-/

Babska logika rządzi!

A to może nie moje “organizm się domaga”, tylko Twoje? Zgodnie z przysłowiem, że głodnemu chleb na myśli ;-)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bluźnisz, Koleżanko. ;-) Mój organizm próbował ze wstrętem uciec od tej rozkochanej słodyczy. ;-)

Babska logika rządzi!

Już milknę… Ale pocieszam się, że nie jesteśmy w AnkhMorpork, a Ty nie jesteś mieszkanką Cori Celesti i przynajmniej za bluźnierstwa piorun mnie nie trafił ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Widzę, że pojawiła się jakaś tajemnicza piąta siła, ale komentarza nie zostawiła. Dziękuję i mam nadzieję, że nadrobi w wolnej chwili :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

NIEKÓTRZY…– zaczął Biały.

– …ROBIĄ SIĘ…

– …ZBYT SPRYTNI.

 

Też mogę nie być obiektywny, bo czytałem Płomień (a jeśli strona nie kłamie, podobno nawet trochę betowałem :-D ). 

 

Kilka razy pojawiają się wzmianki o ludzkiej przeszłości Genei, ale nie wiem, czy są dostatecznie jasne. Jestem ciekaw opinii innych czytelników, bo bardziej bezpośrednie wytłumaczenie raziłoby łopatologią. 

 

Początek wszystkiemu dało przybycie Genei, pierwszego nowo zaistniałego od bardzo dawna łowcy dusz.

Nie podoba mi się to zdanie za bardzo, druga część taka niezgrabna. Tym gorzej, że zaatakowało mnie na samym początku opowiadania.

 

Udało Ci się z plastycznymi opisami, spodobały mi się zwłaszcza przemiany. Pisanie fantastycznych tekstów otwiera wyobraźni szerokie horyzonty, mam wrażenie, że twojej to służy ^ ^. Drugą zaletą tekstu jest umiejętność zagospodarowania niewielkiej ilości słów – wyszło spójnie, całkiem konkretnie. Można by się zastanawiać, czy Ardorowi nie poszło trochę za łatwo, ale jak zauważyła już Finkla, miłość zwycięży wszystko… 

W waszą pensjonarską dyskusję się nie angażuję ;-D.

 

ed. (tajemnicza piąta siła pojawiła się i zniknęła zanim miałem przyjemność lektury tekstu, więc musisz jeszcze poczekać na jej odtajnienie)

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevazie, dziękuję za wizytę i komentarz. Cieszę się, że opisy Ci przypadły do gustu. Co do łatwizny, no cóż, ja jestem bardzo prostą istotą i strasznie mi ciężko lawirować. Podziwiam u innych zakręcone intrygi i zwroty akcji i chociaż się staram, najczęściej jednak wychodzi mi prosta droga, z małymi zakrętami czasem. Nie umiem rzucać nikomu kłód pod nogi :( 

Nie podoba mi się to zdanie za bardzo, druga część taka niezgrabna.

Postaram się nad tym pomyśleć. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A niekótrych nie poprawiasz ;-) ?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Poprawiam, poprawiam :) Tak to jest, gdy zamiast świętego spokoju obok ktoś marudzi, że coś chce. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przeczytałam. Doskonale pamiętam poprzednie części. Także zapadają w pamięć, a to już coś. ;)

Nie miałam problemu w odnalezieniu się w Twoim świecie. Opisy ładne i dobrze się je czyta, ale też mam odczucie, że wszystko poszło za łatwo, za gładko i poniekąd podzielam też zdanie, że tym razem nie do końca potrafiłam się wczuć w Twoich bohaterów.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Morgiano, dzięki za wizytę :) Słowa o zapadaniu w pamięci słodzą trochę krytykę o zbytniej łatwości. No cóż, z tym już nie będę nic robić, ale w kolejnych tekstach będę się jeszcze bardziej starać poplątać ścieżki bohaterom. Może kiedyś w końcu się nauczę. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Znowu ładnie i znowu mnie nie przekonało. Tutaj już tak nie razi harleqinem (wybacz), ale trochę pogubiłem się w logice opowiadania. O ile dobrze zrozumiałem, podczas polowania demony przenoszą się bezpośrednio ze swoich domków/kręgów do świata, w którym ruszają na łowy. W samym opisie otwarcia portalu chyba tego nie ma, ale skoro Płomień wychodzi poza swój mały świat pierwszy raz dopiero na poszukiwanie towarzyszki, to zbyt wielkiego pola do interpretacji nie ma.

Z drugiej strony mamy tego żółtego typa, który uprowadził Genei/Geneję (Chińczyka, Chińczyka ach nie! Bo Chińczyk to zdrajca i żółte ma jajca, Chińczyka, Chińczyka ach nie!) i który wyraźnie stwierdził, że nie można zrobić innemu demonowi wjazdu na chatę bez zaproszenia. Tak więc jakim cudem, tak się zastanawiam, psuj-zbój dostał się w okolice portalu Ardora i Genei?

To mi najbardziej zazgrzytało, ale finał, który znów rozegrałaś na motywie demonus ex (wpuszczenie Ardora do siedziby kidnapera przy pomocy więzi), i w którym znów do walki, dokładnie tak jak ostatnio, wplątałaś Geneję, był, niestety, słaby. No i ten motyw poświęcenia: ona oddaje życie dla niego, on zwycięża i cudem ją ratuje… Tak, wiem, taką obrałaś konwencję dla opowieści z Barathrii, a ja jestem Marudek, ale nic nie poradzę, że mnie te ckliwe kawałki po postu męczą?

No i jakieś to takie wszystko… płaskie. Powtarzając za wyżej podpisanymi: za szybko i za prosto. Oraz bez emocji.

Od strony warsztatowej, jak zwykle, świetnie. Lubię Twój styl.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze..." /FNS - Supermarket/

O ile dobrze zrozumiałem, podczas polowania demony przenoszą się bezpośrednio ze swoich domków/kręgów do świata, w którym ruszają na łowy.

Znaczy, że albo zawaliłam ja z opisaniem tego, albo Ty niezbyt uważnie czytałeś. Z Kręgu (swego domku) teleportują się (że użyję takiej terminologii) do Bramy, która znajduje się gdzieś w Barathrii. Brama jest jedna dla wszystkich. I jest teleportacja, nie wędrówka przez Barathrię. Osobną kwestią jest spryt Rashka, który odkrył, kiedy Genea udaje się na polowanie. 

 

I do Chińczyków nic nie mam :) Po prostu żółty jest kolorem zazdrości. 

 

Co do reszty – chlip, jak w komentarzu pod Demonami…

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A więc te­le­por­tu­ją się do te­le­por­tu? Hmmm, jakie to… pol­skie.^^

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze..." /FNS - Supermarket/

Do kosmoteleportu. ;-)

Babska logika rządzi!

Do Limy jednym samolotem też nie dolecisz i musisz się przesiadać po drodze ;) Widocznie są jakieś ograniczenia, których nie znamy – nikt jeszcze Barathrii dokładnie nie zbadał, a kraina demonów wcale nie tak chętnie ujawnia swoje sekrety. (Udało mi się wymigać i wybrnąć?)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dżiz…

 

Prim "Corcoran" Chum

Czy to tajemnica, Śniąca, lub może nie pamiętasz, kto zagłosował, by tekst się dostał do biblioteki? :)

 

 

Prim "Corcoran" Chum

Hmmm, nie ważne, szczególnie jeśli nie chcesz odpowiadać :)

 

Prim "Corcoran" Chum

ALE, mam niejasne wrażenie, że nawet Ty byłaś i co więcej byłabyś bardziej powściągliwa, przed dodawaniem “równie” dobrych tekstów do Biblioteki, no chyba, że tekst byłby innej (ko)lożanki :D

Prim "Corcoran" Chum

Czekaj, czekaj, Primie, muszę jeszcze raz wszystko przeczytać, bo chyba nie zrozumiałam. Kto mi kliknął bibliotekę? Cztery głosy znam (to nie tajemnica – Perrux, Fun, Reg i Finkla), piąty nie jest znany. 

Odpowiadam zawsze, ale nie siedzę na portalu non stop, więc nie pojmuję Twojej niecierpliwości.

Ostatniego komentarza nie rozumiem już chyba wcale. Domyślam się jedynie, że tekst Ci się nie spodobał i insynuujesz, że kliki dostałam “po znajomości” i że ja też tylko takie daję. Hmm, nie bardzo wiem, co na to odpowiedzieć. Chyba tylko tyle, że każdemu gustowi (czy pod względem fabuły, czy stylu) się nie dogodzi. I na tym może zakończę.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Primie nick się znowu znudził. ;-)

Babska logika rządzi!

Jeśli chodzi o to, czy się spodobał, to: dokładnie tak :), Jeśli chodzi o insynuacje insynuacji, to nie:)

 

Ale, przepraszam, Śniąca, bardziej fascynuje mnie teraz, groźba pozbawienia nicka przez Finklę :)

Lubię go, więc już nie będę się wypowiadał :D

Prim "Corcoran" Chum

Nadinterpretujesz, Primo. Nic takiego nie napisałam. :-)

Babska logika rządzi!

Primie nick się znowu znudził. ;-)

Oczywiście, że nie (napisałaś) :-)

 

Prim "Corcoran" Chum

Primie, podobają mi się zazwyczaj Twoje opowiadania, nierzadko fascynują komentarze. Chociaż z ich zrozumieniem miewam problemy – nie potrafię się dostroić do fal, na których nadajesz i nie łapię np. stosowanych przez Ciebie skrótów myślowych. Dlatego wybacz, ale nic więcej mądrego nie mam Ci do powiedzenia. Ale nie krępuj się – jeśli masz ochotę komentować, komentuj*. Jak coś zrozumiem, to z chęcią odpowiem :)  

 

* Tylko wiesz, Finkla po prostu przewiduje przyszłość, w której posiadający stosowne moce beryl może Cię nicka pozbawić, razem z kontem – a moim zdaniem szkoda by było ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

* Tylko wiesz, Finkla po prostu przewiduje przyszłość, w której posiadający stosowne moce beryl może Cię nicka pozbawić, razem z kontem

 

I jak mam to odebrać? To groźba?

Prim "Corcoran" Chum

:D

 

Prim "Corcoran" Chum

Hmmm, tak nawiasem mówiąc, to odkryłem właśnie, że “zostanie lożaninem” jest deprawujące :)

 

Prim "Corcoran" Chum

Czy to wygląda na groźbę? Ja grozić nie mam czym ani po co. To tylko przyjacielskie ostrzeżenie. W taki sam sposób ostrzegam koleżankę/kolegę, żeby nie ładował/a się na czerwonym świetle na ulicę, gdy się zagapi ;) 

 

Edycja. 

Zostałam zdeprawowana???

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Brawo Ja? …

:D

 

Prim "Corcoran" Chum

To tylko przyjacielskie ostrzeżenie. W taki sam sposób ostrzegam koleżankę/kolegę, żeby nie ładował/a się na czerwonym świetle na ulicę, gdy się zagapi ;) 

 

Cieszę się… Zrozumiałem aluzje, by unikać czerwonego światła… :)

 

 

Prim "Corcoran" Chum

Przeczytałem bez znajomości poprzednich. Niski próg wejścia – nie miałem problemu ze zrozumieniem ani nie czułem się zagubiony terminologią. Opowieść przyjemna, taka w sam raz na jeden wieczór –  i to w zasadzie wszystko, co o fabule mogę powiedzieć.

Styl i warsztat pisania bardzo mi się podoba. Może za jakiś czas dojdę do takiego wysokiego poziomu ;)

Since the days of Dying Earth...

NoWhereMan, cieszę się, że dało się przeczytać bez znajomości poprzednich i że tekst umilił Ci wieczór. Mam zaległości i Twojego tekstu nie czytałam, więc nie mogę się odnieść do Twojej ostatniej uwagi :( (w sensie, czy aż tak bardzo mój jest wyższy od Twojego), ale postaram się nadrobić i jeśli będzie potrzeba, to coś podpowiedzieć. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka
Patronujemy