- Opowiadanie: c21h23no5.enazet - Muerte Blanca

Muerte Blanca

Viva el socialismo.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Muerte Blanca

Miasto, w którym mieszkał Mear, było życiem i śmiercią. Splecione w długi warkocz wspólnego losu nie walczyły, lecz wykonywały znany tu od tysięcy lat, intymny taniec. Światło nadchodziło południem, by umierać aż do zmierzchu, kiedy to ciemność rozciągała swe lepkie sieci po ulicach. Mear umarł i narodził się tu dopiero sto razy, ale już kochał Muerte Blanca, metropolię blasku i cienia.

Nad miastem górowały dwa postrzępione szczyty, pochylone ku sobie niczym stare figowce. Ostre granie otaczały świat Meara z każdej strony, uniemożliwiając wydostanie się z kotliny. Promieni, które wpadały w dolinę, gdy słońce stało w zenicie nie starczało, by muertarianom udało się, niczym przodkom z pieśni, wznieść ku niebu. Ale Mear jeszcze o tym nie marzył.

Ze świątynnej wieży spłynął na kamienne budynki dźwięk potężnego dzwonu. Chłopiec natychmiast porzucił pracę w ogrodzie i pomknął ku centralnemu placowi. Z podnieceniem i niecierpliwością wmieszał się w tłum czarnobiałych, głodnych mieszkańców. Ciała złożone z białego światła i gęstego mroku nosiły na sobie jeszcze ślady po wczorajszej uczcie; mujer o alabastrowej twarzy miała czerwone usta, zdziwaczały starzec odział się w powłóczystą, fioletową capa, a gromadka oślepiająco jasnych dzieci podbijała nad głowy tłumu szmacianą pelota w kolorach tęczy.

Mear parł przed siebie, z gorączkową determinacją przeciskając się pomiędzy dorosłymi. Tym razem miał zamiar dotrzeć pod sam Ognik. Gdy jego stopy dotknęły szklanej posadzki placu, nadal pełnej iskier, poczuł radość: fale muertarian dopiero wlewały się w nieckę, a choć każda pragnęła dosięgnąć strzelistej iglicy pośrodku, żadna tam jeszcze nie dotarła. Podjęcie pracy w pobliskim ogrodzie cesarskim opłaciło się. Chłopiec pobiegł przed siebie najszybciej jak potrafił, ledwie muskając chłodne szkło, wlepiwszy wzrok w złoty płaszcz cesarza. Władca stał na niewielkim balkonie wieży Oka Słońca, z rozpostartymi rękoma wzywając wszelki światłocień w pobliże Ognika. Morze muertarian wzbierało, niosąc Meara na grzbiecie jednej z fal tuż pod cesarską mównicę.

Si! Por fin!

Chłopiec wzniósł roześmianą twarz i zobaczył, jak gorące ramiona słońca spływają coraz niżej, wyrywając z cienia jedną ze ścian góry Cola; jeszcze chwila, a pulsujący Ognik zbierze codzienny plon, zasilając miasto gwiezdną mocą.

– Muerte Blanca to światło! – zaśpiewał cesarz, a jego głęboki głos wibrował w przestrzeni i wdarł się w wyschnięte, spragnione ciała. – Muerte Blanca to świt! Czerwona jest nasza śmierć w świetle południa!

Mieszkańcy zaczęli zgodnie kołysać się w rytm inkantacji, wspartej po chwili przez chropowaty dźwięk dzwonów, skrytych w szarej kolumnadzie wokół placu. Mear wirował wśród masy światłocieni, z odchyloną głową i oczami wbitymi w Ognik, którego wreszcie dosięgnęło słońce. Miasto zalała czerwona poświata, wydobywająca się z kryształu tkwiącego na szczycie Oka Słońca. Coraz intensywniejszy kolor zahipnotyzował mieszkańców, a błyskawicznie podnosząca się temperatura sprawiła, że powietrze zgęstniało od rozkoszy.

Mear kochał karmazynową, gwałtowną śmierć, choć nie umiał jeszcze powiedzieć, czy wielbi ją bardziej od czarnych narodzin. Zatonął w objęciach współbraci, gwiezdnym świetle i płomieniu Ognika, który przeszywał jego ciało. Cały cień, jakim chłopiec w połowie był, został pożarty niby jagnię, które na malowidłach jaskiń pod Colą padło ofiarą lwa. Dawno temu pieczary te należały do innego ludu, a może dopiero miały dać mu schronienie. Mear wciąż nie rozumiał filozofii czasu i nie dbał o nią. Umierał w samo południe, a pośmiertne barwy wykwitały na jego ciele, pyszniąc się wśród rozkładu czerni.

Wyprawa słońca skończyła się; drugi ze szczytów, wieńczący górę Colmillo, ugryzł oślepiającą tarczę i ją pochłonął, ubierając się przez chwilę w aureolę. Muerte Blanca było martwe. Mieszkańcy czym prędzej podnieśli swe zwłoki i pobiegli do domowych pracowni, by wyrywać z martwych ciał kolorowe pasma i tkać nimi płótna, a na nich malować obrazy.

Mear wpadł do nowo przydzielonego mu pokoju – przeniósł się na wyższe piętro, skończywszy sto dni – usadowił niecierpliwie zwłoki na krześle i spojrzał na swoją tkaninę. Opiekunowie mu tego nie mówili, ale wiedział, że pośmiertne barwy i powstające z nich wzory zdradzają jego niezwykłość. Wszyscy z jego grupy malowali „de padre y madre”, jakiś nieusuwalny cień po przodkach, który tracił siłę oddziaływania na muertariana dopiero około tysięcznego dnia. Przez Meara jednak nie chciał przemawiać i nie padał na jego prace. Niektóre dzieci tkały słońce lub Ognik, obdarzone błogosławieństwem czerwieni, ale i to nie chciało wyłonić się spod palców chłopca. On rozrywał swoje posiniaczone ciało na wizerunki de la luna, który niezmiennie widział w wyobraźni przez taflę wody. Nie wiedział, skąd wzięła się w nim ta wizja. Jak każdy muertarian nie potrafił zanurzyć się w lodowatym jeziorze pod Colmillo i sprawdzić, jak świat wygląda spod powierzchni. Dorośli wciąż jednak próbowali pokonać zwierciadło wody, czego Mear nie pojmował. Ani myślał trwonić czasu, w którym mógł tkać obrazy z własnej śmierci, pełne ciemnego błękitu, granatu, białego claro de luna i złotych kropli maleńkich gwiazd.

Muerte Blanca było życiem i śmiercią. Gdy zaczynało zmierzchać, mieszkańcy miasta porzucali pracę przy zwłokach, bo czerń znów wdzierała się w stęsknione ciała, odpędzając natchnienie. Po zapadnięciu ciemności muertarianie wyłaniali się z domów, poszarpani, migoczący jeszcze od twórczego wysiłku, i zasiadali w altanach, na werandach, prezentując swoje prace i rozmawiając. Noc zabierała jednak los colores; w białym świetle wydobywającym się z mieszkańców nie chciała kąpać się żadna barwa, zlewając wzory na tkaninach w mdłą szarość. Opowiadano więc sobie o kolorach, sławiono łagodną żółć i intensywną czerwień, głęboki fiolet oraz niejednolity brąz. Chwila wytchnienia i rozmowy rodziła się i umierała gdzieś pomiędzy młodością nocy a jej zmierzchem, w powietrzu unosił się zapach rozgrzanego kamienia i fascynacja wobec gamy barw, którą odkrywała śmierć.

– Zobacz, Ivet. – Mear z dumą powiesił swoją tkaninę na murku, który otaczał spękaną werandę ich dziecięcego domu. – Nie byłem jeszcze świadkiem pełni, ale tak widzę w sobie księżyc. I szare plamy na nim. Ukrytą twarz.

Dziewczyna z zachwytem przyjrzała się obliczu nocnego, rzadkiego gościa na ich skrawku nieba.

– Masz dar, Mear. Twoje prace nawet bez barw są żywe. Musisz uważać, bo dorośli nie lubią, gdy tkanin nie trzeba opowiadać kolorami. Boją się ich braku. Spójrz na moje słońce. – Wskazała na swoją pracę, na której widniał jedynie olbrzymi okrąg. – Nic nie widać. Użyłam mnóstwo czerwieni i żółci.

– Ognik daje ci dużo czerwieni – pochwalił ją Mear. – Błogosławi cię. Ty możesz się chwalić do woli.

– Nie zaczynaj. Dzięki tobie możemy dzisiaj posiedzieć dłużej. Nie marnujmy czasu na kłótnie.

Spojrzeli na grupę czterystudniowych, którzy często gonili Meara, nazywając go odmieńcem i chcąc mu połamać palce. Ale chłopcu, dzięki wstawiennictwu opiekuna, udało się już zdobyć pracę w cesarskim ogrodzie i teraz nauczyciele musieli baczniej go pilnować, osłabiając zapał prześladowców. Wcześniej, jak wszystkie małe dzieci, asystował drążącym góry i zbierał piach.

– Słyszałam od siedemsetdniowego, że nasze tkaniny mają „zapisywać i powielać, bo nic nie może zniknąć i nic nie jest zapomniane”. Powiedział, że światy są utkane ze śmierci, choć kwitną na kroplach życia. Nic z tego nie zrozumiałam – stwierdziła Ivet.

– Pewnie to jeden z tych, co wdychają terpentynę – skwitował Mear. – Mój opiekun mówi, że ci prawie dorośli często są „na haju”.

– Twój opiekun dużo ci mówi. Mój jest mało rozmowny.

– Może za dużo zadajesz pytań. To ich denerwuje. Ja układam jedno pytanie z kilku i zadaję je rzadko. Opiekun chętniej odpowiada.

– Spróbuję!

Gwar dzieci nikł i wybuchał w różnych miejscach spękanej werandy. Mear czuł na sobie roziskrzone spojrzenia i wiedział, że najmniejsze szkraby niedługo nabiorą odwagi, by podejść i zacząć zamęczać go pytaniami o nowe zajęcie.

– Nie mam dziś ochoty na rozmowy. Co ty na to, żeby iść na plac?

Ivet się zgodziła ochoczo, więc zwinęli tkaniny, oddali opiekunom i ruszyli przez nagrzane ulice, po których spacerowali nieliczni, dogasający muertarianie. Chico y chica czuli, że także w nich białe światło niknie, choć jako dzieci promienieli znacznie mocniej niż dorośli, a ich mrok był mniej gęsty. Mear już z daleka dostrzegł poświatę poniżej rozpalonego, czerwonego Ognika. Nocą kolor nosiło tylko to, co nasiąkało światłem gwiazdy. Dlatego pod szkłem placu, w którym przeglądało się Oko, wezbrała teraz pomarańczowa esencja słońca, rzucając blask na okoliczne budynki i wdzierając się w czarne plamy okien. Stanowiła energię zapasową na wypadek niepogody i upychana była pod miastem w dziewiczych kryształach gór.

Ivet uwielbiała bursztynowe odcienie i zawsze tańczyła ponad świeżymi złożami. Wirowała na szklanym parkiecie, nierzadko lekko unosząc się ponad jego powierzchnię. Mear lubił patrzeć na dziewczynkę, w której żyła czerwień śmierci, i lubił włóczyć się po sennych ulicach tuż przed nacimiento. Ale czas mijał tym szybciej, im bardziej chłopiec zachwycał się chwilą. Oto ciemność przekłuł odgłos gongu, odbijający się echem od domostw i otulający przygasły światłocień. A gdy dźwięk przebrzmiał, w aksamitną ciszę wpełzła czerń narodzin, rozlewając się po Muerte Blanca i oblepiając mieszkańców. Zachłanny mrok wyssał z Meara białą jasność, zgasił na chwilę świadomość i pogrążył w chłodnej nicości, by za chwilę świat wyrwał go z powrotem z zachłannych macek nieistnienia, bez choćby najmniejszego przyodziania w światło.

Miasto zamknięte pomiędzy złaknionymi siebie górami rozdarły krzyki noworodków, wznoszące się pod rozmigotane, nieskończenie odległe cielo i przemijając, nieusłyszane przez nikogo.

– Muerte Blanca to ciemność – rozległ się szept w uszach mieszkańców. – Muerte Blanca to zmierzch. Zaprzedana jest śmierć Tkaczy, odradzających się o północy.

Mear wpełzł jak gusano pomiędzy kolumny wokół placu, potem na czworakach zaczął sunąć do bramy ogrodów, by następnie niepewnie stawiać pierwsze kroki pomiędzy skarbami cesarza. Nie potrafił rozpoznać w nieprzeniknionej ciemności kwarcytów, opali, malachitów, turmalinów, berylów i heliodorów, lecz czuł w każdym z nich nieruchomego, cierpliwego ducha. Schodzili się inni pracownicy, powłócząc nogami i odnajdując przydzielone im kamienie. Mear zasiadł przy swoim małym aleksandrycie, przycisnął usta do jego powierzchni i zaczął szeptem szukać w sobie pierwszych zalążków światła, najbardziej pożywnych dla młodych sadzonek. Spragniony piedra preciosa czerpał z iskierek i sprawiał, że rozpalały się o wiele szybciej, niż gdy chłopiec przebierał szary piach pod granią góry. Czuł się jak ojciec dla ducha, który kwitł w minerale, rozpierając swoje twarde ciało od środka i powodując jego rozrost. Nie wiadomo kiedy świt zaczął wślizgiwać się do ogrodów, a Mear mógł oglądać intensywne barwy kamieni sąsiadów i fascynującą przezroczystość swojego. Dzień wstępował w Muerte Blanca, a narodzeni pielęgnowali i karmili el mundo.

 

*

Alejandro stękał, machając łopatą. Bolał go nadwyrężony bark. Gabriel przyglądał się rzędowi mogił, które pojawiły się, gdy leżał w domu i chorował.

– Ktoś ciekawy?

Alejandro wbił narzędzie w ziemię, oparł się na drewnianym trzonie i spojrzał na siedziby nowych lokatorów.

– Dziewczyna. Piękna. Zadźgana i porozrywana. Jakiś miłośnik flaków. I jej młodszy brat obok. Utopiony w stawie.

Gabriel wzdrygnął się.

– A, to wiem. Słyszałem. Aż się zimno w środku dnia robi. Oby odnaleźli spokój. – Spojrzał w błękitne niebo i zamyślił się. – A ty widziałeś, jakie czerwone słońce wstało na drugi dzień?

– Ja to o wschodzie spałem – odparł Alejandro, wracając do pracy. – Ale w nocy jakoś gwiazdy bardziej migotały… I gęba miesiąca ruszała się, jakby ożył.

– Boś gorzały pochlał – skwitował Gabriel i poszedł do szopy po drugą łopatę.

Alejandro wzruszył ramionami. Przez chwilę patrzył na mogiły rodzeństwa.

– Przynajmniej nigdy nie będą musieli pracować – mruknął, rozmasowując bark.

Koniec

Komentarze

Muerte Blanca, metropolię blasku i cienia.

nie starczało, by Muertarianom udało się,

Nazwy mieszkańców miast małą literą!

 

Wszyscy z jego grupy malowali „de padre y madre”, jakiś nieusuwalny cień po przodkach, który tracił siłę oddziaływania na Muertariana dopiero około tysięcznego dnia. Przez Meara jednak nie chciał przemawiać i nie padał na jego prace.

Brakuje mi tu zaimka – co nie chciało przemawiać?

 

Nie wiem, co właściwie przeczytałem i chyba muszę poczekać, aż ktoś się pokusi na jakąś interpretację, którą zechce się podzielić. Zdecydowanie za dużo w tym tekście obcojęzycznych wstawek. Rozumiem, że miały zapewne budować klimat, ale ja na przykład nie znam hiszpańskiego i większość tych stuningowanych zdań była dla mnie nieintuicyjna i niejasna. I dziwić się, że sens mi ucieka, jak co piątego zdania nie rozumiałem…

Pozdrawiam!

Melduję, że przeczytałam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Troszkę za dużo metafor w jednym barszczu, z niepotrzebną kumulacją pod koniec. Cykl narodzin i śmierci, świetlista kolumna, słońce i księżyc, tkanie obrazów z własnych ciał, pozagrobowa hierarchia – kiedy czytelnik zaczyna się z grubsza orientować w tym świecie, pojawia się kolejna zagadka – kamienie szlachetne, a zaraz po niej ostateczny twist z grabarzami. Po mojemu, taki twist powinien nastąpić, kiedy czytającemu się zdaje, że właśnie ogarnął tekst, a nie na dobicie, kiedy ten z zakłopotaniem rozkłada ręce, nie wiedząc już zupełnie o co chodzi.

Pierwsze zdanie bardzo fajne, niestety popsute przez kolejne, z niezręcznym powtórzeniem. Spokojnie można w tym drugim opuścić „życie i śmierć” bez starty dla sensu, z korzyścią dla brzmienia.

podnieśli swe zwłoki” – dla mnie brzmi groteskowo, chyba lepiej byłoby „ciała”.

Jesteś pewien/pewna, że „Comillo” nie „Colmillo”?

Cześć,

 

mieszkańcy poprawieni. Tak, chodziło o Kła, nie wiem, skąd wziął się błąd. Zaraz przyjrzę się drugiemu zdaniu. Wydawało mi się, że dałem ledwie co słówek i można się domyślić sensu. Ale widocznie trochę się przeliczyłem.

 

SPOJLER

Chodziło o patetyczny i lekko upiorny żart, gdzie praca nigdy się nie kończy, a zmarli nieustannie tworzą od podstaw świat. Stąd kamienie, jako symbol tego, co pierwsze. Cały sens można by odnaleźć w zdaniu “viva el socialismo”. Grabarze pokazują, dlaczego bohaterowie malują akurat takie, a nie inne obrazy – dziewczyna umarła we krwi, stąd ma dużo czerwieni, a chłopiec wciąż widzi księżyc spod tafli wody, bo utopiono go w stawie. Oczywiście istotny sens tkwi także w tym, co chłopak, który skończył siedemset dni, powiedział do Ivet. Zachowanie dorosłych też jest ważne – że marzą o ucieczce albo próbują się utopić, makabrycznie znużeni pracą, ale nie mogą. Taka pseudosocjalistyczna wieczność. “Wyśpisz się po śmierci” tutaj nie ma miejsca, bo po śmierci haruje się od pierwszego dnia, do czego też (przynajmniej w autorskim mniemaniu) nawiązuje tytuł.

 

Dzięki za lekturę :)

 

PS. Przez weekend będę miał tylko telefon, więc możliwości edytowania ograniczone, ale obiecuję zastosować się do wskazówek w poniedziałek, jak usiądę przy komputerze w pracy.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Pozostaje mi zgodzić się z coboldem. Sensu bez zeznań autora domyślić się nie zdołałem i wtąpie, czy bym za dziesięć lat zdołał. Opko odebrałem wręcz inaczej niż autor to sobie umyślił :D a zakończ3nie o ile powiązałem rodzeństwo z dziećmi to nie wiedziałem co ma do tego morderstwo itd. Niemniej napisane dobrze, czyta się też nieźle. Tylko za bardzo zagmatwane. I za dużo obcojęzycznych wstawek. Ok kilka z nich zrozumiałem ale nie wszystkie. Pozdrawiam!

* + Wiktor 1.07.2016 "A kiedy przyjdzie nam się spotkać to poznamy się po oczach."

Miałem taki ładny, taki gorący jak hiszpańskie kobiety komentarz, i wziął, i się spakował, i sobie poszedł :(. Jak ktoś go zobaczy, wychodzącego przez drzwi, niech mu powie żeby wrócił, że ja niechcący tą przeglądarkę zamknąłem, że tak naprawdę go kocham.

 

No więc, teraz będzie trochę mniej (albo po prostu inaczej, bo chyba nie przeszkadza mi rozpisać się dwa razy na ten sam temat :P), ale mam nadzieję, że w podobnym, południowym rytmie:

 

Uno. Nie cierpiałem z nadmiaru metafor. Ani tych wewnątrz scen, ani tych otulających całe opowiadanie. Wręcz przeciwnie, ja jestem fanem takich krótkich form, co to potrafią się tylko z takowych składać. Ale wiesz, że wiersze nie tracą na tym piękna? Bo dalej brzmią, dalej mają rytm, chociaż wiadomo, że mówię tutaj o tych raczej dobrych. Prawie Ci, cholera, tak blisko, no prawie wyszło, ale poślizgnąłeś/łaś się w kilku miejscach.

Miasto, w którym mieszkał Mear, było życiem i śmiercią. Splecione w długi warkocz wspólnego losu, życie i śmierć nie walczyły, lecz wykonywały znany tu od tysięcy lat, intymny taniec. Światło nadchodziło południem, by umierać aż do zmierzchu, kiedy to ciemność rozciągała swe lepkie sieci po ulicach. Mear umarł i narodził się tu dopiero sto razy, ale już kochał Muerte Blanca, metropolię blasku i cienia.

Pomijając powtórzenie, które bardzo łatwo usunąć (bo to prawie start i możesz spokojnie żonglować podmiotami) cały akapit został rozłożony ostatnim akcentem. Bo budujesz ładną metaforę i w zaślepionej do niej miłości, nie zauważasz, jak spod palców wypływa jej spłycenie. Tak, wytłuszczone przeze mnie na końcu słowa są powtórzeniem idei zawartej w poprzednim, bardzo ładnym zdaniu. Co gorsze, stracona została okazja – okazja do wykorzystania motywu wielokrotnej śmierci, który jest pociągający (plastycznie, nie że mi śpieszno, czy co ;)) jako końcowego akcentu w akapicie, żeby czytelnik przeskoczył do następnego z hurraoptymistycznym podejściem. Zamiast tego przebijasz myśl “metropolią cienia i blasku”, która brzmi tak kiczowato, jak to tylko możliwe. Jakbym miał palce zamiast piór, to bym złowieszczo jednym pokiwał, że się tak nie robi. Nie marnuje się takich okazji!

 

Promieni, które wpadały w dolinę, gdy słońce stało w zenicie nie starczało, by muertarianom udało się, niczym przodkom z pieśni, wznieść ku niebu.

Krótki STOP poradnik STOP jak zamordować STOP jakiekolwiek zdanie. O jedno wtrącenie za dużo. Zbyt wiele pchasz w ten balonik, no i przez to silikon wypływa bokami. To musiało być z zimną krwią, senor (zobaczyłem odpowiedź autora, i wiem już, jak się zwracać – morderco! :P). Nie uwierzę w inne zeznania.

 

Dziewczyna z zachwytem przyjrzała się obliczu nocnego, rzadkiego gościa na ich skrawku nieba.

Znów za dużo, za bardzo. Tym razem w przymiotnikach. Zdanie przez to nie brzmi. Paskudna korespondencja z resztą utworu, który w mojej opinii płynie świetnie.

 

To są takie przykłady. Kłują przede wszystkim dlatego, że mają mocne tło, które mi się podobało (na zasadzie brzmienia/metafor).

 

Dos. Hiszpańskiego generalnie nie znam, przy czym jednak zrozumiałem wszystko poza “capa” i “gusena”. Taki specyficzny język, że wpada przypadkiem i zostaje (a jak ktoś lubi obce języki, bądź kilka zna, to pewnie takim przypadkiem można się go nauczyć – tak samo z angielskim). Ani to dobrze, ani źle. Raczej bez znaczenia, bo dla mnie to zostało źle zaimplementowane.

Różne języki mają generalnie różny rytm, różne brzmienie (jedne od siebie mniej, inne bardziej). Inne dźwięki sprawiają, że czyta się je płynnie, inne są zasady nimi rządzące. Tutaj niestety, odrobinkę (tylko odrobinkę, bo zachowałeś pewien umiar i jakieś wyczucie) wybrzmiewa to jak rozmowa seby o pracę w angielskiej firmie. O ile kilka pierwszych zastosowań jeszcze całkiem ładnie korespondowało brzmieniem (sprytnie, bo uratowały Cię tutaj średniki ;P), tak już całe te luny i munda psuły ogólne wibracje (swoją drogą przy zdaniu: On rozrywał swoje posiniaczone ciało na wizerunki de luna, którego niezmiennie widział – czegoś przypadkiem, właśnie przez przeskok na hiszpański nie popsułeś? Jak mówiłem, nie znam języka, ale mózg mnie podpowiada, że albo “de la luna”, albo “które” po przecinku. To paskudne mrowienie pod kopułą, kiedy ta próbuje symulować procesy myślowe ;)).

Jestem zwolennikiem przekazywania klimatu danego miejsca nie przez nazwy, a coś bardziej ulotnego. Poczuć to gorąco, poczułem! Tu gdzieś ta Hiszpania jest miedzy zdaniami, jest ta andaluzyjska dusza! I nie potrzebowałem do tego tych dziwnych wtrąceń, które właściwie irytowały.

Do zabawy, którą próbowałeś tutaj uprawiać, potrzebne jest albo diabelnie dobre ucho, albo równie dobra znajomość obydwu języków. Nie wiem, na którym polu czegoś zabrakło.

 

O właśnie. Jeszcze jedna rzecz. Muertarianie. MUERTARIANIE! Wiesz ile ja teraz przekleństw w sobie duszę? Mniej więcej tyle, ile zbierało się za każdym razem kiedy widziałem tą nazwę. Dlatego właśnie trzeba w mieszankach językowych być ostrożnym.

 

Tres (swoją drogą, liczebniki znam z jakichś generycznych piosenek. Możliwe, że wypisuję grube głupoty :P). Opowiadanie bardzo podobało mi się do tej nieszczęsnej gwiazdki. Znaczy, do sceny z grabarzami. Zupełne odarcie z dobrze zbudowanego, eterycznego klimatu. I to nie jest dobre przełamanie (swoją drogą, przełamywać dobrze zbudowany klimat zwyczajnym żartem… no cóż, za lżejsze rzeczy ludzie chodzili do pudła) , bo próbujesz tą końcówką powiedzieć coś czego nie było wcześniej. Znaczy, że oni tam w tym drugim świecie pracują, że może im tam źle…

Nie wiadomo kiedy świt zaczął wślizgiwać się do ogrodów, a Mear mógł oglądać intensywne barwy kamieni sąsiadów i fascynującą przezroczystość swojego.

Ivet uwielbiała bursztynowe odcienie i zawsze tańczyła ponad świeżymi złożami. Wirowała na szklanym parkiecie, nierzadko lekko unosząc się ponad jego powierzchnię. Mear lubił patrzeć na dziewczynkę, w której żyła czerwień śmierci, i lubił włóczyć się po sennych ulicach tuż przed nacimiento.

Mear kochał karmazynową, gwałtowną śmierć, choć nie umiał jeszcze powiedzieć, czy wielbi ją bardziej od czarnych narodzin.

 

Mamy tam takie obrazy. Tym karmisz czytelnika prze praktycznie całą rozciągłość. A potem chcesz, żeby załapał pointę dotyczącą “pracy”, która to miała delikatny przejaw. Nie o tym było opowiadanie. Albo coś źle zostało wyważone, albo nie takie zakończenie planowałeś od początku, albo pojawiło się, gdy zabrakło miejsca na więcej/skończyłeś opowiadać świat.

 

No, kolejne opowiadanie, które widziałbym bibliotece, gdyby nie zakończenie. Jeszcze w sumie przemyślę, bo to nie było złe (opowiadanie, nie zakończenie), bardzo przecież podoba mi się język/styl, ogólnie estetyka jest niezła (eh, gdyby nie ten nadmiernie eksponowany hiszpański. Po co walić czytelnikowi neonami po oczach, kiedy czuje tą bryzę znad klifów).

 

Powodzenia przy następnych tekstach!

Usunąłem powtórzenie “życie i śmierć”, tak jak radzicie. Słowiku, ile tu rad i odczuć, dzięki! Z tym zdaniem, które ma wtrącenie o przodkach, zastanawiałem się, czy nie przesadziłem, ale dałem konstrukcji szansę. Jak widać nie do końca słusznie.

Opowiadanie samo sprowadziło się do motywu wiecznej pracy, który chodził mi ostatnio po głowie. Podobnie jak same wpadły w tekst hiszpańskie nuty. Zapewne nie wszystko dobrze przemyślałem, ale jestem zadowolony z całości – osiągnąłem to, o co mi chodziło. Ale bardziej jednak zależy mi na zadowoleniu odbiorcy, dlatego twój komentarz, Słowiku, bardzo mi pomoże.

Czemu nie podobają ci się muertarianie? ;) Sprawę z de luna sprawdzę jeszcze w słowniku. Nie mogę odpisać tak jakbym chciał, bo jestem w biegu, ale najwyżej później jeszcze się do tego komentarza odniosę.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

I tak człowiek błyskawica jesteś.

Poczekaj na więcej głosów. Może potrzeba ludzi, którzy chodzą Twoimi myślami. Tylko zwracam uwagę, że zakończenie jest nazbyt oderwane od treści, przynajmniej jeśli chodzi o puentę (bo samo wyrwanie/przełamanie charakteru jest okej – ale tutaj to trochę jak opowiadać o dobrym winie, kończąc anegdotą o kaczkach :P).

 

Lud Olch. Paryżanie. Tyranidzi. Muertarianie. → tak mi to spada w jakości brzmienia, aż ląduje w okolicach kiczowatych Terran. Jak pięść do nosa przy takim ładnym języku. To oczywiście gust, nie traktuj jako wskazówkę ;). Starałem się napisać humorystycznie.

To samo z luną. Co ja biedny mogę wiedzieć o tym języku – z drugiej strony mam świadomość, że słowniki nie zawsze rozwiązują takie spory. Znać słowo, a dobrze wykorzystać je w zdaniu i kontekście to dwie różne rzeczy. To tylko przeczucie, nie wiem czy jest sens zawracać sobie głowę.

“Wyprawa słońca dobiegła końca“ – tworzy się tu dość zabawny rym, a chyba nie miało być zabawnie ; )

 

“…by wyrywać z martwych ciał kolorowe pasma i tkać nimi płótna, a na nich obrazy.“ – A na nich co obrazy? Też tkać? Czy malować?

 

“On rozrywał swoje posiniaczone ciało na wizerunki de luna, którego niezmiennie widział w wyobraźni…” – o ile dobrze rozumiem zdanie, powinno być “wizerunki księżyca, który widział w wyobraźni”, a nie którego.

 

“Miasto zamknięte pomiędzy złaknionymi siebie górami rozdarły krzyki noworodków, wznosząc się pod rozmigotane, nieskończenie odległe cielo i przemijając, nieusłyszane przez nikogo.“ – raczej: krzyki jakie? wznoszące się.

 

“potem na czworakach zaczął lgnąć do bramy ogrodów“ – Nie rozumiem. Nie można “lgnąć na czworakach” do czegokolwiek, jednocześnie się przy tym przemieszczając…

 

Przyznam, że jestem w kropce. Pierwsza część jak dla mnie jest zbyt rozpoetyzowana, ale każdemu co kto lubi, rozumiem, że taki był zamysł. W każdym razie ja nie lubię języka tego typu, bo albo mi przez niego umyka sens opowieści, albo – często – sam język jest pretekstem do nieopowiedzenia żadnej historii. Abstrahując od tego, zdecydowanie nie rozumiem sensu fragmentu ostatniego, a raczej połączenia między jednym a drugim. Ewidentnie nie jestem tak zwanym targetem ; (

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Poetycki styl, chociaż intrygujący i zajmujący, był miejscami zbyt zawiły. Porównania, metafory itp. ścielą się w tekście tak gęsto, że niemal zasłaniają sens. A szkoda, bo Twoje wytłumaczenie bardzo mi się podobało :)

 

Hiszpańskie wstawki mnie irytowały, ale tutaj się nie przejmuj, bo ja hiszpańskiego po prostu nie lubię. Za to tytuł, cudny :)

 

Pomysł na pośmiertne miasto ciekawy. Nieustanna praca umarłych polegająca na tkaniu nowego świata, zmęczenie tymże dorosłych, postać Cesarza – wszystko ładnie, ale trochę niejasno opisane. Mamy jeszcze kamienie. Szkoda, że nie zaakcentowałeś w tekście połączenia szlachetnych kamieni z węgielnymi. Niby wiadomo, kamień to kamień, ale ja np. zrozumiałam to tak, że Mear tworząc coś w aleksandrycie, powołuje nowe istnienie. W dalszym fragmencie mamy natomiast Alejandro… i to jakoś mi się połączyło ;) Jednak szybko się zorientowałam, że z interpretacją to nie w tę stronę i coś kombinowałam, że dzieci wyżej zostały opisane po śmierci :)

 

Nie wiem sam, co mi się marzy, jaka z gwiazd nade mną świeci - J.Kaczmarski

Przeczytałam, nie pojęłam. :(

Przykro mi, ale nawet komentarz Autora nie przyczynił się do otworzenia mi oczu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo ciekawy świat, urokliwy, chociaż podobno skoncentrowany na ciężkiej pracy (nie dostrzegłam tego – zbyt wzniośle i poetycko, żeby zobaczyć wysiłek). Jak dla mnie tekst nieco zbyt poetycki, ale jeszcze da się przeżyć. Misie.

Zastanawiałam się, kim okażą się bohaterowie i końcówka to ładnie wyjaśniła.

Piszesz o sobie, żeś facet, a ja byłam przekonana, że tak bardzo koncentrować się na kolorach może tylko baba. ;-)

Hiszpański mi nie przeszkadzał, przeważnie dawało się zgadnąć, o co chodzi. Tylko to zdanie z luną zazgrzytało. Nie znam się, ale Luna nie brzmi mi jak coś rodzaju męskiego.

Babska logika rządzi!

Bardzo dobry tekst! Uwielbiam taką rozmarzoną poetyckość… Klimat ciekawy, historia interesująca. Przypomniałeś mi moje ulubione opowiadanie Lovecrafta, “Wędrówka Iranona”. Coś pięknego! Jedyne, co mi przeszkadzało, to zbytnie nagromadzenie hiszpańskich wstawek w kilku fragmentach.

Pozdrawiam serdecznie!

Tak często używam tego zdania, że napiszę je z góry: "Staram się jak mogę!"

Okej. Dałem “wizerunki de la luna”, posiłkując się przykładami podobnych zdań. Potem “claro de luna” jest w słowniku jako blask księżyca w takiej właśnie formie, no to nie kombinuję. Chciałem, żeby na tekst zerknął kolega, który nadal hiszpańskim się posługuje, ale ciągle nie ma czasu. Na szczęście nie jest to trudny język, ale obycie z nim dawno ze mnie uleciało. Pewnie trochę z motyką na słońce poszedłem. Chciałem dać motylki do tekstu, a tu być może wyszły kwiatki.

Muertarianie, aha, racja, poszło mi to w kierunku kompletnie niewytłumaczalnym. Ale – przepraszam – cholernie dobrze mi to brzmiało! Ale żona zawsze mówi, że mi słoń na ucho nadepnął, więc może i z nazwami tak jest.

 

Regulatorzy, przykro mi, że tekst pozostał niejasny. Joseheim, rozumiem zastrzeżenia. Pewnie namieszałem za mocno, chciałem za dużo grzybków do barszczu wrzucić, jak to już ktoś zaznaczył. Poprawki zaraz wdrażam. Finklo, Rokitniku, pocieszyliście mnie, że jednak udało mi się część odbiorców zadowolić tym miszmaszem. Rokitniku, nie przypominam sobie, żebym czytał to opowiadanie, a teraz dzięki tobie będę miał co robić w przerwie w pracy :)

 

Lenah, zupełnie nie pomyślałem o tych połączeniach. Jednak z nazwami jestem jeszcze noga. Dziękuję ci za ciekawy punkt widzenia.

 

W ogóle się nie spodziewałem tylu czytelników, jeszcze jako anonim, i punktu! Dziękuję serdecznie!

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Mnie jednak przytłoczyły metafory i opisy. Doczytałem, ale nie pojąłem, o co chodziło w scenie z grabarzami. Dopiero po komentarzu autora trochę się rozjaśniło.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

W ogóle się nie spodziewałem tylu czytelników, jeszcze jako anonim,

Konkursowe teksty zazwyczaj mają więcej komentarzy. A tu jeszcze nie widać, kto stary, kto nowy… ;-)

Babska logika rządzi!

SzyszkowyDziadku, dzięki za pozostawienie śladu. Zbombardowały cię moje grzyby w barszczu, rozumiem.

 

Finklo, ja nie nowy, ale udzielam się oszczędnie i więcej czytam niż piszę. Jednak atmosferą tutaj zachęcacie do pokazywania swoich wypocin. Tego konkursu już nie mogłem przepuścić.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Ja nie nowy, to co się dziwi? ;-)

Babska logika rządzi!

A tak gadam, bo się podjarałem! :)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Ładne, choć przytłaczające niekiedy i musiałem przeczytać, niektóre zdania dwa razy. Trochę to odebrałem jako barwne i smutne przedstawienie zaświatu, a końcówka jeszcze mnie w tym umocniła, ale może inaczej miało być. W każdym razie smutne…

F.S

Bardzo poetycki i plastyczny tekst – lubię tego typu narrację i tego typu opowiadania, choć muszę przyznać, że gdy autor wyznał w komentarzu, co miał na myśli, to bardzo się zdziwiłam ;)

Zdecydowanie najbardziej przeszkadzały mi obcojęzyczne słowa – gdyby było ich dwa razy mniej, byłyby fajną przyprawą dodającą klimatu, ale w tej ilości mogą przyczynić się do niestrawności ;P

Werweno, przekonałaś mnie, żeby uszczuplić tekst o kilka słówek. Dziękuję ci za punkt, znowu jestem mile zaskoczony!

 

Foloinie, ano smutne, na szczęście (chyba) nieprawdziwe. Dzięki wielkie za odwiedziny.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Noo, tutaj tekst rasowo poetycki – jak miło :) Poetyckość zawsze na plus, jak dla mnie. Co do sensu dopowiedzianego przez Autora w komentarzu, to ja również się zdziwiłam…ale nie szkodzi. Kto wie, może nawet lepiej :P Hiszpańskiego nie znam, ale lubię jego melodykę, to leciutkie seplenienie w wymowie, śpiewaniu. Wstawki obce, no ale w większości przecież ogólnie znajome, osłuchane, funkcjonujące gdzieś tam pomiędzy filmowo-muzycznymi wierszami ;) Chociaż to wszystko odrobinkę zbyt abstrakcyjne, żeby poprawnie zinterpretować, to jednak lubię taką literacką muzykę :)

Bardzo się cieszę, że zawitałaś i pozostawiłaś komentarz, Blue_Ice. Aż się chce więcej pisać!

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Jakiś sens w tym jest, choć pełniejszy i fajniejszy dopiero po przeczytaniu wyjaśnienia w komentarzu. Szkoda, że nie zawarłeś gdzieś wyraźniej tego motywu z czerwienią-rozlaną-krwią i księżycem-widzianym-przez-utopionego, bo on szczególnie mi się podoba. 

Zgadzam się z przedmówcami, że metafory przytłoczyły. Gdybyś trochę poszedł czytelnikom na rękę, byłoby o wiele lepiej. Wykonanie jest bardzo dobre, co zawsze doceniam. Niektóre zdania naprawdę świetne. Sama wizja jest mocno surrealistyczna, ale mam w głowie jakiś obraz – za to także plus. Końcówka z grabarzami nieco rozczarowująca.

Ogólnie bardziej na plus niż na minus. Z pewnym wahaniem dokładam czwartego klika :) 

Funthesystemie, wielkie dzięki za komentarz i kilka – człowiek nie spodziewa się ani jednego, a tu tyle!

Może nie do końca zgrabnie połączyłem motyw surrealistyczny z do bólu realistycznym. Popracuje się nad tym.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Oniryczny klimat opowiadania skutecznie przeniósł mnie w inny świat. Przez tekst emanuje fascynacja kolorami. Ładnie to wszystko namalowane, jak na obrazku. Zalanie barwami skojarzyło mi się luźno z zalaniem zapachami w powieści Pachnidło. No i to zakończenie jak kijem w głowę. Misię.

Wielkie dzięki, Blackubrnie. Ciekawe skojarzenie. Czytałem to dawno temu, ale coś mi świta.

Nawet nie wiem, kiedy znalazłem się w Bibliotece! Miałem stresa, czy nie pokićkałem czegoś w tym całym miejscu reprezentatywnym i nie wyskoczę na stronie startowej, ale udało się.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Przyznaję, że nie bardzo wiedziałam, co za świat stworzyłaś. Aż dotarłam do końcówki z grabarzami. I oświeciło mnie, że ten tekst to jedna wielka metafora. Ponieważ jednak składa się ona z wielu mniejszych, tych już nie rozgryzłam do końca i nie wszystkie. Bardzo ładnie napisana opowieść, ale raczej dość trudna w odbiorze. Obcojęzyczne (hiszpańskie?) wtręty trochę mnie denerwowały. Nie znam języka, znaczenie większości słów odgadywałam z kontekstu. A największym dla mnie minusem jest to, że nie widzę uzasadnienia dla nich. Taka fabuła mogła być umiejscowiona gdziekolwiek, więc dlaczego nie u nas?

Ładnie spełnione założenie czarno-białego świata. To mi się spodobało.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Wystarczyło skojarzyć wpis Naz, który gdzieś niedawno zrobiła tu na portalu, że papla się w farbach, i styl. Jest jeszcze jeden tekst konkursowy o malowaniu, ale poznałem, że nie wyszedł spod ręki Naz. ;P

O nieeee, co się stało z moim opowiadaniem?! Naz, Ty hakerko! ;P

 

No dobra, skoro konspirację szlag trafił, najwyższy czas skomentować również ten tekścik ;)

Pomimo drobnych niejasności, bardzo mi się podobało i tylko serce krwawiło, gdy patrzyłem, jak powoli zdobywa punkty do biblioteki…

Poetyckość obrazowa i na tyle piękna, że rekompensuje braki fabularne, z tym że… tego właśnie mi brakowało. Akcji. Cóż z tego, że obraz jest wspaniały, skoro pozostaje obrazem? A chciałoby się jakiejś zaskakującej opowieści w tej scenerii, nawet kosztem metafor (których, swoją drogą, jest nieco za dużo).

Warsztatowo ekstra, jak to Naz. W kilku miejscach przecinki mi nie grały, ale może już poprawione…

Podsumowując – bardzo mi miło, że użytkownicy przypisywali mi to opowiadanie! :D

 

Tyle ode mnie, trzymaj się sojuszniczko ;)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Ech, miałam przez chwilę żonę. I nie miałam słuchu. Miałam też pracę! :D (trolololo) Fajnie było.

 

Dziękuję, droga śniąco, za zacny konkurs, lekturę i jakże trafne uwagi. Sojuszniku, tobie też dziękuję za lekturę i współpracę :) Akcja, zgadza się, nie za wiele jej. Cóż, odmalowałam obraz w głowie, jak mogłam, w zastępstwie za opowiadanie, które naprawdę mogło być niezłe, ale mnie przerosło – jest po prostu trochę za bardzo intymne, a żeby odejść od intymności, zaczęłam udziwniać. Mam nadzieję, że uda mi się je w przyszłości wygładzić i wrzucić.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

No i co z tym malowaniem, Naz?

No męczę się, bo nie wiem, czy już skończyłam, czy jeszcze; poza tym zdjęcie słabo oddaje rzeczywistą strukturę obrazu. Obiecuję jutro wrzucić, może nowym telefonem lepsze zdjęcie zrobię. A jak nie, wrzucam co mam.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Który to Ogon, a który Kieł?

 

Ładnie zróżnicowałaś walory barwne na niebie, ponad górami i przy samej tarczy słońca, trochę brakuje mi tego we wnętrzu kotliny. Bo góry chyba powinny być takie monolityczne.

Nie zastanawiałam się nawet nad dopasowaniem szczytów ;< Czy to jakiś rodzaj autoignorancji?

Natomiast to wręcz niesamowite, jak bardzo nie umiałam dogadać się z farbami i pędzlami… Ale nie przeszkadzało m to z radością dziecka babrać wszystkiego ;) Dzięki, że przeczytałeś, pamiętałeś i przypomniałeś! Wnętrze kotliny wyobrażałam sobie na sto sposobów, finalnie (na trzeciej warstwie) wyszło, jak wyszło. Na następny raz podetnę sobie wszystkie pędzle i spróbuję bardziej szczegółową scenę z innego opka namalować.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Mnie się to podobało i nie dostrzegłam nadmiaru poetyckości – ja tam lubię takie teksty. Kreacja zamknięta w szorcie nie nuży, intryguje i daje pole do interpretacji. Pierwsze skojarzenie miałam z Pietnem z “Domu dziennego, domu nocnego” Tokarczuk, dopiero potem zobaczyłam, że nie tędy droga. Idea wiecznej pracy i tęsknoty za kolorami super, ale muszę przyznać, że nie do końca zgadzała mi się ta święta cykliczność z linearnym pojmowaniem czasu – w końcu oni sobie odliczają dni, mają też blednące wspomnienia z życia. I w sumie nie wiem, czy umarli tworzą świat codziennie na nowo, mając za zapłatę jedynie ekstazę ciągłej śmierci i narodzin, czy też jest tu wymiar historyczny i oni ten świat tylko podtrzymują, tudzież tworzą wciąż nowe światy (”utkane ze śmierci”). Przyznam, że to było dla mnie niejasne.

 

Miałam pewną zagwozdkę z grabarzami – z jednej strony to dobrze, że są, bo jednak sporo naświetlają, z drugiej naświetlają nieco za dużo i w zbyt odmiennym od reszty stylu. Może gdyby to nie był dialog grabarzy, tylko opis martwych ciał, albo jeszcze inaczej? Mnie trochę zgrzytnęło. Chociaż może miało zgrzytnąć?

 

Wielcem zadowolona z lektury.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Nowa Fantastyka
Patronujemy