- Opowiadanie: Dosia - Trood

Trood

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Trood

I

 

Kelner, powitawszy starszego gościa głębokim ukłonem, czekał cierpliwie przy stoliku na zamówienie.

– Poproszę pastę z łososiem, odrobiną suszonych pomidorów i… może jeszcze o smaku bazylii.

– Oczywiście. – odparł szczupły młodzieniec, znów pochylając się lekko – Coś na deser?

– Skomponuj coś dla mnie. Chcę widzieć, jak to przygotowujecie.

– Oczywiście. – powtórzył kelner i wyszedł do kuchni. Nie minęła minuta, gdy wrócił do eleganckiego gościa, niosąc danie. Talerz był niewielki. Mieścił się idealnie w jednej otwartej dłoni młodzieńca. Wąskie przegródki wewnątrz naczynia dzieliły je na trzy części; w każdej z nich znajdował się podłużny ślad gęstej mazi, przypominający wyciśniętą pastę do zębów. Kelner ustawił naczynie przed klientem.

– Mam nadzieję, że będzie to dwadzieścia sześć gramów rozkoszy dla podniebienia. – rzekł z lubością w głosie starszy pan, uśmiechając się półgębkiem. Ujął w dłoń długą i bardzo wąską łyżeczkę i włożył do ust odrobinę gęstej substancji, wielkości ziarna grochu. Rozpuścił ją na języku i zmrużył oczy z zadowolenia. "To jest to", pomyślał, "wirtuozerska kompozycja smaku".

Po chwili w sali jadalnej pojawił się kucharz, niosący ze sobą kilka niewielkich tubek z etykietami o pastelowych barwach. Na oczach starszego eleganta zaczął wyciskać i mieszać ich zawartość. Po paru misternych i tajemniczo wyglądających zabiegach umieścił na maleńkiej salaterce odrobinę gęstej mazi w karmelowym kolorze. Podsunął miseczkę klientowi. Była tak mała, że można było ująć ją między palec wskazujący

i kciuk.

– Proszę poczekać. – powiedział klient niskim głosem – Chciałbym ocenić ten deser. – Włożył do ust całą zawartość naczynia, zamknął oczy i przez chwilę siedział bez ruchu.

– Creme Brulee. Wspaniałe. Doskonale się spisujesz. – pochwalił pan, po czym natychmiast wstał od stołu.

– Jestem zaszczycony, panie McTucker. – odpowiedział szef kuchni pochylając z szacunkiem głowę.

Elegant opuścił lokal i ruszył w drogę powrotną do swojego apartamentu. Dzień był upalny, a w powietrzu unosiła się słodkawa woń. Na końcu alei prowadzącej do nowoczesnego osiedla zaczepił go człowiek, około szcześćdziesięcioletni, ubrany w biały frak.

– Kogo ja widzę! Ian McTucker. Skąd to wracasz? – rzekł energicznie

z nieco szyderczym uśmiechem.

– Witaj Jim. A jak myślisz, cóż ja mógłbym robić o tej porze? Byłem

w mojej restauracji. I wiesz co ci powiem? Jestem pod wrażeniem. To najlepszy lokal w całej Australii. Czuję dumę przy każdym kęsie.

– Jeśli taki sposób konsumpcji można w ogóle nazwać "kęsem". – rzucił

z przekąsem człowiek nazwany Jimem. – W czasach, kiedy "pasta" było nazwą prawdziwego, włoskiego dania, nikt nie pomyślałby poważnie

o jedzeniu "pasty" dosłownie, takiej jak te twoje papki.

McTucker wzruszył lekko ramionami, spoglądając nieobecnym wzrokiem gdzieś w dalza plecami rozmówcy.

– Nie wierzę, że nadal jesteś w stanie to robić… Jak w ogóle możesz to znieść? – ciągnął Jim poufałym szeptem i teraz ujrzał srogie spojrzenie starszego mężczyzny skupione na nim – Chcę powiedzieć, że naprawdę nie wiem, jak wytrzymujesz to psychicznie. Wiesz, co mam na myśli, prawda?

– Dość tego. Życzę miłego popołudnia. – rzucił Ian i skierował się w stronę apartamentowca.

Będąc w mieszkaniu położył się na kanapie. "Stary, poczciwy tradycjonalista Jim", pomyślał. "Nie bolą mnie jego docinki. Chyba po prostu mam do niego sentyment". Pogłaskał się po brzuchu, w którym poczuł drobne ukłucie. Jego żołądek już wiele lat temu skurczył się do bardzo niewielkich rozmiarów. Teraz nie tylko nie potrzebował normalnego jedzenia. Właściwie nie mógłby go już jeść. Fizycznie czuł pełnię zadowolenia po niedawnym kilkugramowym posiłku. Także psychiczna potrzeba konsumpcji już dawno została przez niego wyeliminowana. Wiedział jednak, że nie ten psychiczny aspekt miał na myśli Jim.

– Tak, czuję się z tym cholernie źle. – powiedział nagle na głos – Tak, mam cholerne wyrzuty sumienia.

Znów pomyślał o tamtym wydarzeniu sprzed niemal ćwierć wieku. Często zastanawiał się, czy mógłby zachować się wtedy inaczej. Zawsze wydawało mu się, że nie mógł.

 

II

 

Na drugiej półkuli Ziemi w niewielkim, europejskim miasteczku właśnie zadźwięczał szkolny dzwonek.

– Kto idzie ze mną do Yourtubes'a ? – rzucił ktoś w tłumie uczniów. Nastał gwar i grupka osób przyłączyła się do chłopaka na wózku inwalidzkim, który zadał pytanie. Drobne oczka osadzone w jego pulchnej, czerwonej twarzy zwróciły się w kierunku dwóch młodzieńców stojących pod ścianą.

– Olivier? Lucas? A wy znowu nie idziecie z nami?

Niski, otyły chłopiec, do którego skierowane było pytanie zmieszał się

i pokręcił głową.

– Nie, dzięki. Mam obiad w domu. – powiedział – Wiesz, ostatnio moja mama lubi komponować sama. – dodał naprędce.

Przywódca grupy wzruszył ramionami. "Nie ma lepszego i tańszego żarcia od Yourtubes'a.", pomyślał. Gotowe dania były tańsze niż tubki kupowane w sklepach. Odkąd pamiętał jadał tam z kolegami lunche. Teraz podejrzewał, że z Olivierem dzieje się coś niedobrego. Zachowywał się podejrzanie i unikał towarzystwa.

Uczniowie ruszyli za inwalidą i opuścili budynek szkoły, podczas gdy dwaj pozostali chłopcy ociężale zmierzali w stronę wyjścia. Stanęli na ruchomych schodach ciężko dysząc.

– Ja mam tego dość. – wysapał Olivier – Czuję się okropnie, a ta droga do domu mnie wykańcza. Powinienem przerzucić się na wózek mobilny, tak jak Sasza Starski. Koleś ma jednak szczęście…

– Daj spokój Oli. Nie jest z tobą aż tak źle. – rzekł w skupieniu pulchny kompan.

U dołu schodów masywna nauczycielka zatrzymała chłopców i ujęła Oliviera za ramię spoconą dłonią.

– Olivierze Ryan, tyle razy zapraszałam cię do szkolnego dietetyka, który skomponowałby dla ciebie odpowiednią dietę w tubkach. Widziałam twoje drugie śniadanie dzisiejszego dnia. Przekaż swojej matce, że jeśli będzie cię dalej żywiła troodem, szkoła podejmie interwencję

i zawiadomi odpowiednie instytucje. To jest poważne ostrzeżenie.

Chłopcy odpowiedzieli na te słowa pełną napięcia ciszą i gdy nauczycielka oddaliła się, jeden z nich rzekł konspiracyjnym szeptem:

– Ty poważnie wierzysz w to, co mówiła twoja matka? To dlatego nie wychodzisz już po lekcjach ze Starskim i resztą? – wlepił szeroko otwarte oczy w okrągłą twarz kompana. Olivier zatrząsł tłustą brodą ze zdenerwowania, a jego pulchne policzki poczerwieniały. Zacisnął pięści, by opanować złość.

– Wierzę… – wydusił – Wierzę i wręcz jestem pewien, Lucas. Żałuję, że tak późno to zrozumiała. Zresztą i tak nie mamy pieniędzy, żeby się tego trzymać. Ale zachowanie pani Fettermann tylko potwierdza to, że moja matka ma rację. Zastanów się. Nie widzisz, co się z nami dzieje? Tylko spójrz na nas. – powiedział szybko i z wysiłku oparł się o mur otaczający szkolne podwórze. Poczuł, jak mocno bije mu serce i kazał koledze zostawić go w spokoju, po czym ruszył powolnym krokiem w stronę domu.

Puszysta nauczycielka minęła chłopca raz jeszcze w szkolnej bramie.

– Sam widzisz, w jakim jesteś stanie, Olivierze. Powinieneś już dawno poruszać się na wózku mobilnym. Ale niech twoi rodzice nie liczą na dofinansowanie. Skoro robią ci krzywdę na własne życzenie, szkoła odpowiednio im to uniemożliwi. – wydęte wargi pani Fetterrmann rozciągnęły się w szyderczym uśmiechu.

Olivier aż gotował się w środku. Już od pewnego czasu był przekonany

o tym, jaka jest prawda. Poczuł mrowienie w lewej dłoni i lekką duszność. Jeszcze raz zatrzymał się na chwilę.

 

*

 

Lucas wieczorem miał dziwne przeczucie, które nasiliło się po kilku nieodebranych przez Oliviera połączeniach. Zatelefonował także do rodziców przyjaciela, jednak numer był zajęty. Usłyszał tylko głuchy, przykry dźwięk.

W tym samym czasie na linii odbywała się bowiem inna rozmowa.

– Witam, panie Ryan. Mówi dyrektorka gimnazjum. Czy syn przekazał panu ostrzeżenie? Proszę niezwłocznie zapisać go do szkolnego dietetyka.

– Nie mogę teraz rozmawiać. Olivier jest w szpitalu.

– Słucham?

– Miał zawał serca. – po drugiej stronie nastała krótka cisza.

– Właśnie przed tym usiłowaliśmy państwa uchronić. – powiedziała

w końcu nauczycielka – Widzicie, do czego doprowadziły wasze szarlatańskie metody. Zgłosimy tę sprawę…

Ojciec Oliviera Ryana rzucił słuchawką.

Godzinę później Lucas zadzwonił raz jeszcze i wiadomość, którą usłyszał, przeszyła go lodowatym dreszczem.

 

III

 

Do jednego z niemieckich barów szybkiej obsługi, należącego do sieci Yourtubes wszedł pierwszy tego dnia klient. Krzesło ugięło się

z głośnym trzaskiem pod ciężarem potężnego człowieka. Było bardzo wcześnie, a lokal, służący jako przyszpitalna stołówka kliniki kardiologicznej był jeszcze pusty. Telewizor w kącie emitował najświeższe wiadomości, zakłócając poranny spokój. Rosły lekarz odpoczywał właśnie po całonocnym dyżurze. Po chwili dosiadł się do niego znajomy mężczyzna o wydatnym, krągłym brzuchu. Trzymał przed sobą miskę pełną gęstej papki.

– Co tam słychać? – rzucił.

– Kiepsko – burknął lekarz.

– Rzeczywiście, wyglądasz dość ponuro.

– W nocy miałem zgon.

– To zawsze jest przykre. Ale powinieneś się przyzwyczaić. Taki nasz zawód.

– Chłopak miał czternaście lat…

Zapadła chwila milczenia. Rozmówca spojrzał na lekarza wzrokiem pełnym współczucia. Jednak zaraz przerodziło się ono w zaciekawienie. Zmrużył oczy i przyłożył palec do ust, a drugą dłonią wskazał na telewizor:

– Czy to nie o tym mowa?

W wiadomościach lokalnych prezenterka poważnym głosem nadawała właśnie komunikat: "Najmłodszy zmarły na atak serca pacjent w klinice Immanuel w Brenau. Chłopiec niebawem miał skończyć czternasty rok życia. Rodzice prawdopodobnie żywili go produktami, powszechnie znanymi jako trood."

– No to wszystko jasne. – skomentował brzuchaty mężczyzna.

– Nie powinieneś wierzyć we wszystko, co słyszysz w mediach. – odparł kardiolog.

"Nasza ekspertka, sławna w regionie dietetyczka, Katherin Luge wypowie się w tej sprawie." – na ekranie pojawiła się atrakcyjna, szczupła kobieta około trzydziestki. Zaczęła wypowiedź głosem pełnym emocji:

"Jestem oburzona skrajną nieodpowiedzialnością rodziców. Unia Europejska dba o edukację na temat odżywiania i dietetyki. Europejski Urząd do spraw Bezpieczeństwa Żywności przykłada wszelkich starań, by informować obywateli o zagrożeniach płynących ze spożywania produktów true food, zwanych potocznie trood. Jak zawiadamia EFSA skażenie gleb nie tylko na terenie naszego kontynentu, lecz na całej kuli ziemskiej jest aktualnie bardzo wysokie. Powodem tego są odpady emitowane z zakładów patochemicznych, hut i elektrowni, oraz sztuczne nawozy – słowem, grzechy naszej cywilizacji z początków XXI wieku. Są to rzeczy oczywiste, o których powinien wiedzieć każdy wykształcony Europejczyk. True food jest niebezpieczne dla zdrowia i życia, o czym dobitnie świadczy wczorajsza tragedia! Jednak wielu ludzi nadal żyje

z klapkami na oczach i wierzy w przestarzałe zabobony i dietetykę alternatywną – o czym także świadczy wczorajszy incydent. Ile takich spraw musi się jeszcze wydarzyć?"

– To jest bzdura. – burknął ponury doktor, zakładając ręce pod pachy. Nachylił się lekko ku rozmówcy i rzekł:

– Chłopak miał paskudnie zatkane tętnice wieńcowe. Tego nie można było uratować. Oczywiste, że powodem była jego otyłość. Wyobraź sobie nastolatka o wadze dwustu osiemdziesięciu dziewięciu funtów…

– No tak, ale czy to nie właśnie efekt diety trood? Rzeczywiście wszędzie huczą o tym, jakie to niebezpieczne. Coś w tym musi być. – odparł drugi lekarz, mieląc w ustach dużą ilość pasty.

– Nie chce mi się wierzyć, że zbilansowana dieta trood powoduje otyłość, chorobę wieńcową i raka, jak to usiłują nam wmówić. Przecież to po prostu tradycyjne jedzenie, produkowane tak, jak dawniej.

– Ale skażone w wyniku degradacji gleby. Myślę, że to ma sens.

– Nie wiem jaki to możesz mieć wpływ na przyrost tkanki tłuszczowej. Zresztą spójrz na nas. Nie jadłem niczego z trood od dobrych dwudziestu lat i, jak mniemam, ty też. A raczej nie należymy do chudzielców. – odpowiedział doktor, zerkając znacząco na wypukły brzuch kolegi.

– Cóż. Mój ojciec i dziadek z tego co pamiętam też byli takiej postury,

a jednak żyli zanim powstało żarcie w tubkach. Zresztą spójrz na tę kobitkę. – wskazał łyżką w stronę ekranu – Figurkę ma elegancką,

a wnioskując po tym, co mówiła, mogę się założyć, że w życiu nie miała

w ustach niczego z tradycyjnej hodowli.

– Nie zdziwiłbym się, gdyby było zupełnie odwrotnie. – rzekł kardiolog

z westchnięciem. – Ona może sobie pozwolić finansowo na takie produkty, zapewniam cię.

Telewizor w dalszym ciągu wyświetlał wywiad ze specjalistką dietetyki,

a u dołu ekranu przewijał się szybko drobny, wręcz niezauważalny napis: „Lokowanie produktu”.

„Ciesze się zdrowiem i witalnością dzięki diecie złożonej wyłącznie z past w tubkach firmy Yourtubes, które zapewniają odpowiednie odżywienie organizmu, dostarczają niezbędnych witamin, minerałów oraz mikro

i makroskładników. Są rekomendowane przez WHO, FAO

i EFSA” – nieskazitelnie białe zęby ekspertki zabłysnęły w szerokim, dobrze wypracowanym uśmiechu.

„Jak skomentujesz żywieniową rewolucję, jaka w przeciągu ostatnich dwóch dekad wydarzyła się w społeczeństwie europejskim?” – zadała kolejne pytanie prowadząca programu.

„Cóż… To cena, jaką płacimy za zaniedbania działań ekologicznych i walki z globalnym ociepleniem na początku XXI wieku. Jednak uważam, że powinniśmy być naprawdę wdzięczni panu Ian'owi McTucker'owi, założycielowi fabryk oraz sieci barów Yourtubes. Ten wybitny człowiek podarował nam perfekcyjny substytut tradycyjnego pożywienia, jakim jest pokarm w tubkach.”

– Ha, a ten gość musi już być miliarderem. – bąknął jeden z lekarzy

z szyderczym uśmieszkiem – Dosłownie zmiażdżył niegdysiejszy sukces McDonald's.

– Porównywać braci McDonald z McTuckerem to tak jakby postawić dziewczynkę, sprzedającą lemoniadę obok fabryki Coca Coli. – skwitował drugi – Swoją drogą, co dzień przyczyniamy się do jego sukcesu.

W stołówce zaczęło robić się gwarno i ciasno. Grupa pracowników szpitala i lekarzy po całonocnym dyżurze czekała

z niecierpliwością przy dozowniku z pastami o różnych smakach. Smukłe pojemniki, zawierające ofertę śniadaniową, oznakowane były etykietami

z napisami „jajko”, „frytki”, „smażona kiełbaska”. Po prawej stronie znajdowały się również bardziej wysublimowane kompozycje smakowe, takie jak „owsianka z jabłkiem i rodzynkami”. Klienci podchodzili powoli do maszyny i naciskali przycisk przy wybranej tubce, nakładając sobie porcję gęstej, smakowitej mazi w zaskakująco niskiej cenie.

– Zaczynam cholernie wątpić w to wszystko. – wymamrotał kardiolog

z ustami pełnymi bekonowej pasty.

 

IV

 

Lucas Logain podniósł wzrok znad książek i zapatrzył się w dal. Z okien biblioteki akademickiej, znajdującej się na dwudziestym trzecim piętrze drapacza chmur w centrum dawnego Berlina roztaczał się przepiękny widok na ogromną panoramę miasta, spowitą w różowym, popołudniowym blasku. Różnobarwne chmury potęgowały przytłaczające wrażenie ogromu i potęgi nieba. Student westchnął ciężko. Po raz kolejny powrócił myślą do tamtych zdarzeń. Minęło już osiem lat, ale nie było dnia, w którym nie pomyślałby o przyjacielu

z dzieciństwa. „Eh, Olivierze… gdybym tylko mógł się stąd wyrwać i to wszystko zrozumieć.” – pomyślał z goryczą, odsuwając od siebie stos podręczników.

Odkąd w roku 2060 powstało ZRE, czyli Zjednoczona Republika Europejska dostęp do informacji stał się bardzo ograniczony. Szczególnie literatura naukowa, poruszająca zagadnienia z dziedziny chemii, dietetyki oraz gastrologii była trudno dostępna. Popularne i szeroko reklamowane były natomiast pozycje wydane po roku 36'. Te dawniejsze zutylizowano lub ocenzurowano w miejscach niezgodnych

z najnowszymi odkryciami naukowymi z zakresu tych specjalizacji. Datę tę, nazywano więc umownie „granicą prawdy” na znak zażegnania błędnych teorii i zerwania z „nieaktualnymi archaizmami naukowymi”.

W opinii Lucasa nazwa ta była adekwatna. „Istotnie, była to granica prawdy.” – pomyślał z przekąsem – „Data, po której odcięto nas od jakiejkolwiek możliwości jej poznania”.

Po śmierci Oliviera Ryana miało miejsce jeszcze wiele podobnych incydentów. Ludzie umierali tysiącami z powodu różnych powikłań oraz chorób spowodowanych otyłością. Kondycja społeczeństwa była w opłakanym stanie. Jednak sprawa Ryana stała się ikoną opozycji. Okazała się przełomowa – była motorem do działania przeciwko niezrozumiałym decyzjom władzy i podejrzanym zachowaniom rządzących. Matka Oliviera, podniósłszy się z depresji po stracie syna, postanowiła ujawnić światu swój punkt widzenia i stanęła na czele konspiracyjnego Ruch Rodziców, mającego na celu informowanie społeczeństwa o propagandzie sianej przez władze ZRE i media. Organizowano protesty, tajne spotkania, drukowano ulotki, akcje pro-troodowe. Wszystkie działania zostały jednak stłumione w zarodku. Nagonka prowadzona na „szarlatańskie teorie spiskowe, uderzające

w rozwój i postęp europejskiej cywilizacji”, wzmożone interwencje władz i służb porządkowych, a także szeregi nieoficjalnie stosowanych środków perswazji wyniszczyły nawet najzacieklejszych działaczy. Już wtedy nastoletni Lucas Logain poprzysiągł dokonać wszystkiego, by dowiedzieć się, co za tym stoi.

Jako student biologii na uniwersytecie Humboldta w dawnym Berlinie miał okazję poznać na wylot szczegóły najnowszych badań i zasad tak zwanej „nowej nauki powtórzonej”. Studiował intensywnie, by poznać tajniki tej wiedzy, ale z każdą chwilą utwierdzał się w przekonaniu, że jest to odgórnie sterowane kłamstwo. Nie mógł tylko zrozumieć, co ma ono na celu. Usiłował prowadzić własne badania na produktach spożywczych, ale w przeciągu pięciu lat od śmierci Oliviera wszelkie pokarmy typu true food zupełnie wyeliminowano z rynku europejskiego, wprowadzając zakaz dystrybucji pożywienia naturalnego i nakładając embargo na pozostałe kontynenty.

Odwiedzenie kolosalnej europejskiej republiki było ekskluzywną rozrywką dla najbogatszych ludzi z zewnątrz. Jednak wyjazd z terenów ZRE dla biednego studenta pozostawał jedynie w sferze marzeń. Piętrzące się problemy, konieczne dokumenty, opłaty powodowały, że w praktyce wydostanie się stamtąd było niemożliwe. Bardzo intensywna polityka wewnętrzna i promocja przemieszczania się obywateli w obrębie kraju odciągały uwagę od ograniczeń stawianych przed emigrantami.

– Tak… Właśnie, czas na mnie. – mruknął pod nosem Lucas. Za dwie godziny miał odebrać z lotniska Lisę, swoją dziewczynę, powracającą

z rodzinnej miejscowości, leżącej w okolicach dawnej Warszawy. Wstał powoli, ruszył w kierunku windy ociężałym krokiem. Wyszedłszy

z okazałego budynku udał się na parking i wsiadł do samochodu. Odkąd rok temu zdał test na prawo jazdy i zaczął poruszać się w ten sposób, jego poważna nadwaga przestała mu tak bardzo doskwierać.

Przemierzał powoli ruchliwe ulice miasta. Już od pewnego czasu czuł brak jakiejkolwiek nadziei na zrozumienie otaczającej go rzeczywistości. Z każdym dniem wypełniało go coraz silniejsze poczucie bezsensu i zniewolenia, coraz gorsze samopoczucie fizyczne i psychiczne. „Już tylko moja Lisa mi została.” – pomyślał ze wzruszeniem – „Tylko dzięki niej się jakoś trzymam”. Była jego jedyną ostoją.

 

*

 

Po dotarciu na lotnisko, uświadomił sobie, że ma jeszcze wystarczająco dużo czasu, aby się posilić. Udał się więc do baru szybkiej obsługi sieci Youtubes, znajdującego się w terminalu pasażerskim i nałożył sobie porcję pasty tiramisu. Wziął ze stolika czasopismo naukowe i ze sceptyczną miną analizował zamieszczone tam treści. Po chwili skupienia, zirytował się pewnym fragmentem artykułu i kiedy oderwał oczy od gazety, jego wzrok powędrował w stronę tajemniczego mężczyzny siedzącego kilka metrów dalej, zupełnie na wprost. Człowiek ten wyglądał na sędziwego, Lucas ocenił jego wiek na ponad osiemdziesiąt lat. Musiało być w nim coś wyjątkowego, skoro pośród tego nieustannie poruszającego się, gwarnego tłumu skupił na sobie uwagę studenta. Był ubrany niezwykle elegancko, zgodnie z obecnie panującymi zasadami dress code i mimo podeszłego wieku był wyjątkowo szczupły. Tak, to właśnie wyróżniało

z tłumu starszego, siwego jegomościa o ogorzałej, pomarszczonej twarzy – uświadomił sobie Lucas. Mężczyzna siedział na niskim krześle z rękami wyciągniętymi lekko w przód i dłońmi opartymi na hebanowej, rzeźbionej lasce. Jego oczy, duże, błękitne i wilgotne, jakby z nadmiaru emocji, błądziły po sylwetkach znajdujących się na lotnisku osób. Naraz to przeszywające spojrzenie padło wprost na Lucasa. Mężczyźni przez chwilę mierzyli się wzrokiem w skupieniu, po czym starzec zmrużył powieki

i pochylił głowę, jakby właśnie zastanawiał się nad podjęciem trudnej decyzji. Nagle wstał i zadziwiająco żwawym krokiem podszedł do stolika, przy którym siedział student i zajął miejsce obok niego.

– Witaj, chłopcze. Czytasz "Uranię". Widzę, że interesujesz się astronomią? – rzekł suchym, lekko ochrypłym głosem, który jednak budził sympatię. Lucas poczuł do tego człowieka pozytywne uczucia. "Pewnie nie ma już nikogo z kim mógłby porozmawiać i szuka towarzystwa. Czemu by nie uciąć sobie pogawędki?" – pomyślał.

– A owszem. – odrzekł – Ale sądzę, że to podrzędna gazeta. Jak podejrzewam, wiele materiałów jest raczej dalekich od prawdy i ma na celu jedynie wzbudzenie sensacji. – rzekł, odkładając magazyn z powrotem na stolik.

– Widzę, że krytycznie spoglądasz na otaczający cię świat. – zauważył nieznajomy.

– Powiedziałbym, że wręcz nieufnie. – dodał młody człowiek z przekornym uśmiechem, spoglądając na twarz rozmówcy.

– Ależ to dobra cecha, młodzieńcze! Cecha ludzi sukcesu, żądnych wiedzy i prawdy, dążących do zrozumienia wszystkiego, co ich otacza. Ludzi, których nie zadowala powierzchowne poznanie; którzy nie są bierni wobec dotyczących ich spraw. To naprawdę cenne. – rzekł uroczyście starzec.

W jego drżącym głosie słychać było wzruszenie. Nerwowo zaciskał spocone dłonie na rękojeści drogocennej laski.

– Podbudowujące słowa, dziękuję. – powiedział Lucas, unosząc do ust miskę z porcją pasty.

– To tiramisu. – zauważył starszy pan – Smakuje ci? – Lucas spojrzał na niego dużymi oczyma. Zachowanie nieznajomego gościa wydawało mu się trochę dziwne i niezrozumiałe. Postanowił jednak podejść do staruszka wyrozumiale i z dystansem.

– Tak, to mój ulubiony deser. – odpowiedział po chwili, uśmiechając się sympatycznie.

Starzec wyprostował się i jego postawa przybrała dumny wyraz. – Też za nim przepadam. – powiedział cicho, spoglądając w zamyśleniu na dozowniki z pastami. – Jedzenie to jedna z najbardziej przyjemnych rzeczy w życiu, nieprawdaż?

– Ależ tak. – uśmiechnął się Lucas i nieco zdziwiony zerknął na wychudzoną sylwetkę mężczyzny.

– Może mogę panu zaproponować coś do jedzenia? – zapytał niepewnie.

– Nie, nie, naprawdę dziękuję. – odrzekł szybko i bardzo nerwowo staruszek. – A wracając do astronomii. Wyobraź sobie, młodzieńcze, że

w przestrzeni kosmicznej pożywianie się nie jest w najmniejszej mierze tak wygodne ani przyjemne jak tutaj, na Ziemi. Sporym problemem była niegdyś forma konsumpcji w stanie nieważkości. Możesz wyobrazić sobie jak to wyglądało. – zachichotał pan – Ale znaleziono perfekcyjny sposób, by temu zaradzić. Jeden australijski fizyk, jakieś trzydzieści pięć lat temu opracował doskonałą metodę maksymalnego kondensowania makroskładników w specjalnej gęstej paście. Udało mu się dojść tak daleko w technologicznym procesie zagęszczania białek, węglowodanów

i tłuszczy, że opracował substancję, która w stu gramach zawiera pełne zapotrzebowanie dla dorosłego mężczyzny ważącego 75 kilogramów. Interesujące prawda? – Lucas pokiwał głową. Był zainteresowany usłyszaną ciekawostką, ale jednocześnie nie bardzo rozumiał sytuację,

w której się znajdował oraz pobudki, dla których starzec udzielał mu właśnie wykładu na temat kosmicznego pokarmu.

– Astronauci po krótkim, kilkumiesięcznym kursie byli w stanie przejść na tę dietę, która pomagała im odpowiednio odżywić organizm,

a jednocześnie nie marnować czasu i energii na konsumowanie kilku posiłków dziennie trudnych warunkach. Nie mówiąc już o tym, że na międzyplanetarne wyprawy mogli zabrać ze sobą o wiele więcej pożywienia, niż pozwalała na to tradycyjna forma jedzenia. To był wspaniały wynalazek. – staruszek pokiwał głową z uznaniem

i zamknąwszy oczy zamilknął na chwilę, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiając. Nagle bardzo gwałtownie odwrócił się i nachylił w stronę zaskoczonego studenta – Dobrze, chłopcze. – wypowiedział bardzo szybko – Skup się teraz i posłuchaj uważnie, co mam ci do powiedzenia. Wykorzystaj te informacje najlepiej jak tylko możesz, rozumiesz? – nagły szok spowodował pustkę w głowie Lucasa. Spojrzał na staruszka wytrzeszczonymi oczami, podczas gdy tamten ciągnął konspiracyjnym, szeleszczącym szeptem – Substancja, o której przed chwilą mówiłem właśnie znajduje się w twoim żołądku. Tak, młody człowieku. Rozumiesz, co to oznacza? – Lucas otworzył usta, ale nie potrafił wydusić z siebie słowa, przytłoczony natłokiem dziwnych wydarzeń, które od paru minut rozgrywały się z jego udziałem. Po chwili jednak otrząsnął się. „Bzdura, bzdura…” – pomyślał. Życie w świecie pełnym propagandy nauczyło go sceptycyzmu i filtrowania wszelkich zasłyszanych informacji. „To nie ma przecież najmniejszego sensu”. Ileż takich teorii spiskowych słyszał już

w swoim życiu? Opowieść staruszka niczego nie udowadniała. Zresztą niczego nie można być pewnym.

– Czy rozumiesz co to oznacza? – powtórzył elegancki pan. – To, co właśnie skonsumowałeś powinno wystarczyć ci na kolejne trzy do pięciu dni życia w zależności od podejmowanej przez ciebie aktywności.

A podejrzewam, że nie jest to twój pierwszy, ani ostatni posiłek tego dnia.

– Cóż, wszystkie specjalistyczne podręczniki dowodzą, że firma Yourtubes produkuje najzdrowsze i najlepiej dostosowane do potrzeb ludzi substytuty prawdziwego jedzenia. – zaoponował niepewnie Lucas. Sam się sobie dziwił, że argumentując powołał się na znienawidzone opracowania, znane mu ze studiów. Dodał jednak:

– O wartościach smakowych i odżywczych zbliżonych do normalnego pożywienia, czyż nie?

– Spójrz na wielość smaków tych past. – rzekł mężczyzna, wskazując ręką na dozownik z jedzeniem – Wygląda to atrakcyjnie, prawda? Ale każda, zapewniam cię, każda z nich ma identyczną wartość kaloryczną. Baza jest dokładnie tą samą syntetycznie wyprodukowaną i zagęszczoną substancją, a te doskonale skomponowane smaki i aromaty również są w pełni wytworzone chemicznie. Nie zastanawiałeś się nigdy dlaczego 90% społeczeństwa ma poważną nadwagę, w tym większość cierpi na zaawansowaną otyłość?

– To nie ma przecież najmniejszego sensu. – powiedział już na głos Lucas zupełnie zdezorientowany. „Stary pewnie ma demencję i zaspokaja go wygłaszanie przypadkowym ludziom swoich dziwacznych teorii”, dodał

w myślach przyglądając się skupionej twarzy nieznajomego.

– Ma sens, chłopcze. Słyszałeś o założycielu tej firmy?

– Ian McTucker. Owszem. Wiele mówi się o nim w mediach.

– Ale rzadziej się go tam widuje, nieprawdaż? – uśmiechnął się staruszek. – I pewnie nie wiesz, że to właśnie ten człowiek wyprodukował pierwszą pastę dla kosmonautów, a po paru latach wpadł na perfekcyjny pomysł na biznes i wprowadził ten produkt na rynek, jako bardzo egzotyczną alternatywę dla bogatych smakoszy? Tak, wyobraź sobie, że pierwsze australijskie restauracje Yourtubes były najdroższymi i niezwykle ekskluzywnymi lokalami, a porcje, które tam podawano liczyły kilkanaście gram. Tak, to była niesamowita innowacja. Ludzie za odrobinę tej kosmicznej pasty wielkości ziarenka grochu byli w stanie zapłacić… istnie kosmiczne ceny. – zaśmiał się nerwowo z własnego żartu, po czym spojrzał uważnie na chłopaka.

– Wyjaśni mi pan, co to wszystko ma oznaczać? – wyjąkał Lucas, usiłując ułożyć sobie ten natłok informacji w głowie.

– Tak. To właśnie jest moim celem. Słyszałeś pewnie o Air Force Flight Test Center, Detachment 3. – usłyszawszy to, młody człowiek uznał, że to nie najlepsze wyjaśnienie, powoduje bowiem jeszcze większy chaos

w jego głowie.

– Miejsce powszechnie znane jako Strefa 51. – dodał starszy mężczyzna, widząc konsternację młodzieńca, który teraz pokiwał energicznie głową na znak zrozumienia. – Amerykańska baza, w której prawdopodobnie prowadzone były prace o najwyższym stopniu tajności. Przestrzeń powietrzna nad tym miejscem była jednym z najpilniej strzeżonych obszarów na świecie. – Student zerknął ukradkiem na zegarek

i zobaczywszy, że ma jeszcze sporo czasu, postanowił uzbroić się

w cierpliwość i wysłuchać historii nieznajomego pana, licząc na interesującą puentę.

– Spójrz, to zabawne. – parsknął siwowłosy mężczyzna – Najpilniej strzeżony teren na kuli ziemskiej, a jednak każdy o nim coś niecoś słyszał, prawda? – uśmiechnął się – Otóż, istnieje bardziej tajne miejsce

i prawdopodobnie to jedyna rzecz w ostatnim stuleciu, w której Europa wyprzedziła Amerykę. Strefa 50. Zgaduję, że o czymś takim nie słyszałeś? – zapytał, a chłopak w milczeniu pokręcił głową. – Tak myślałem. – skomentował staruszek – W tym przypadku szefowie UE mieli godny podziwu pomysł. Właściwie nie można powiedzieć, że to najpilniej strzeżone miejsce na powierzchni ziemi, bowiem olbrzymią i rozległą bazę umiejscowiono pod ziemią. Tak. Ciągnęła się kilometrami pod powierzchnią Europy i nikt nie miał o tym zielonego pojęcia! – parsknął staruszek, kiwając głową z uznaniem – Ja sam nie wiem, co tam się odbywało, ale fakt umiejscowienia tej bazy sugeruje, że z całą pewnością coś podejrzanego. Ale do rzeczy. Jakoś w marcu trzydziestego piątego roku miał miejsce szereg wybuchów w podziemnych laboratoriach rozsianych pod terenem różnych europejskich państw. Pamiętasz trzęsienia ziemi, które przeszły w tym czasie przez te tereny?

– Wtedy jeszcze nie było mnie na świecie, ale o tej katastrofie słyszałem na jednym

z wykładów na pierwszym roku studiów. – rzekł z namysłem Lucas.

– Z pewnością opowiedzieli wam jakąś bajeczkę o zintensyfikowanych ruchach tektonicznych. Ale mniejsza o to. Teraz najważniejsze. Promieniowanie po podziemnych wybuchach było tak silne, że skażenie gleby na terenach rolnych w całej Europie przekroczyło dopuszczalny poziom. Spowodowało to, że w przeciągu roku od tamtej katastrofy gleby stały się zupełnie nieurodzajne, a uprawa roli – niemal niemożliwa. Nie mam pojęcia, jak władzom udało się zatuszować prawdziwą przyczynę tragedii…

– Odkąd pamiętam, od małego uczono nas, że jest to spowodowane wzmożoną działalnością hut, elektrowni i kopalń na wszystkich kontynentach, że jest to wynikiem zanieczyszczających środowisko poczynań człowiek; że działania ekologiczne mogą pomóc nam

w przyszłości powrócić do dawnych norm, ale aktualnie nie można pozwolić na uprawę roli, ani nie można ufać firmom zagranicznym oferującym takie produkty… – odparł powoli Lucas.

– Ha! – zaśmiał się ostentacyjnie staruszek – Niemożliwe, jak doskonale potrafią robić ludziom wodę z mózgu. Przecież takie ogólniki na kilometr śmierdzą parszywym kłamstwem. Żadna działalność fabryk nie spowodowałaby tak doszczętnej degradacji gleby w tak krótkim czasie! Przecież to nonsens! Uważaj teraz chłopcze, bo powiem ci coś co cię zaskoczy. – powiedział już nieco wolniej i ciszej – Na pozostałych kontynentach uprawa zbóż, owoców i warzyw oraz hodowla zwierząt nie zmieniła się od początku XXI wieku poza drobnymi nowinkami

w zakresie technologii rolnictwa. Poza tym obrzydliwym miejscem jakim jest ZRE można konsumować wszędzie normalne jedzenie. Najbardziej znanym i największym producentem żywności organicznej jest amerykańska firma Trood. Swoje produkty sprzedaje na całym globie oprócz, ma się rozumieć, ZRE. – Lucas otworzył usta ze zdziwienia. Osiemdziesięcioletni mężczyzna mówił pewnie i płynnie, wydawał się być zupełnie pewny swych słów i absolutnie przekonany o swojej racji. To wszystko zbiło chłopaka z tropu. Postanowił zadać pytania, które od jakiegoś czasu cisnęły mu się na usta.

– Dlaczego w takim razie po tej serii wybuchów nie sprowadzono tutaj żywności zza granicy? Po co nam to zrobili?! I właściwie skąd pan to wszystko wie i po co mi pan to mówi? – prawie wykrzyczał, jąkając się.

– Cicho, młody człowieku. Uspokój się i nie zwracaj na nas ich uwagi. Cóż… – zciszył głos do świszczącego szeptu – Przecież nie mogli ujawnić prawdziwego powodu. Jak już mówiłem Strefa 50 była najściślej chronioną bazą. Mogli zapłacić każdą cenę za dochowanie tej tajemnicy. Gdyby wprowadzili na rynek produkty firmy Trood, Ameryka mogłaby zainteresować się sprawą nagłego upadku europejskiej gospodarki rolnej

i zareagować. Ryzyko było zbyt duże, dlatego w przeciągu kilkunastu lat skutecznie wycofano wszystkie zagraniczne wpływy i nagłośniono bardzo silną nagonkę na produkty typu „trood”. – Lucas chciał zadać kilka pytań jednocześnie, ale coś ścisnęło go w gardle i nie wypowiedział ani słowa. Rozmówca prędko kontynuował swoją opowieść:

– W 2035 roku szef istniejącej jeszcze wtedy Unii Europejskiej, Unsin Bagatelle udał się w pokojowej delegacji, w bardzo sympatycznej obstawie, do Australii, do założyciela Yourtubs’a i złożył mu propozycję nie do odrzucenia. Właściwie nie złożył, ale przyłożył tę chłodną ofertę do jego skroni. Układ wydawał się korzystny. On sprzeda im za wysoką sumę przepis na swoją pastę, która zaczynała wtedy osiągać w Australii szczyty popularności i udzieli im możliwości otwarcia podobnych restauracji

w Europie. Jednak nie była to umowa na zasadzie franczyzy. Chcieli prowadzić działalności niezależnie od niego i według własnej koncepcji dostosowywać firmę do europejskich potrzeb i standardów. Obiecano mu także, że wypromują go, jako założyciela i producenta, nie dojdzie więc do kradzieży praw autorskich. Cóż, jak się domyślasz, zgodził się. Cena, którą miał ponieść była jednak wysoka. Miał wszakże oddać obcym ludziom prawo do decydowania o jego życiowym arcydziele. Jednak mimo wszystko życie było cenniejsze. – Lucas Logain przełknął ślinę. Zupełnie zmienił zdanie. To, co mówił ten człowiek było przerażająco spójne

i sensowne. Nie mógłby przecież wymyślić sobie tych wszystkich szczegółów. Jednocześnie chłopak nie miał powodu, żeby wierzyć na słowo przypadkowo spotkanemu na lotnisku staruszkowi, który nawet nie podał źródła przekazywanych informacji. Nie wiedział co myśleć. Rozejrzał się nerwowo.

– Nie bez powodu wybrali niszową australijską firmę, znaną tylko na terenie kontynentu. Przedsiębiorstwo, którego szefem był skromny człowiek, pragnący tylko spokojnie żyć i cieszyć się swoim świetnym pomysłem na biznes. – ciągnął osiemdziesięciolatek – Tak więc wprowadzono ten „doskonały substytut tradycyjnego pożywienia”

w Europie i, aby uniknąć protestów, nie ujawniono jego prawdziwego składu. Ludzie nie mieli innego wyjścia. Bez przejścia odpowiednich testów; zupełnie nie przyzwyczajeni do spożywania pasty, stworzonej do lotów w przestrzeni kosmicznej w ilościach zgodnych z jej przeznaczeniem, pochłaniali ją w takich porcjach, w jakich zwykli jadać normalne pożywienie. To przyniosło rządowi UE i późniejszego ZRE kolejną korzyść. Społeczeństwo chore i upośledzone można bowiem łatwiej kontrolować, łatwiej ulega manipulacjom. Pięknie to sobie wymyślili. – zakończył z uśmiechem. – Mam nadzieję, że zrobisz z tych informacji najlepszy użytek. Zostałeś wybrany. Tymczasem czas na mnie, zaraz mam samolot. – dodał naprędce i usiłował wstać, opierając się

o hebanową laskę.

– Proszę poczekać! – powiedział głośno Lucas – Proszę mi wytłumaczyć, po co mi pan to wszystko powiedział?! – jęknął młodzieniec i spojrzał żałosnymi oczami na starszego mężczyznę. Ten usiadł z powrotem na chwilę i powiedział spokojnie, w skupieniu:

– Mój czas się zbliża, wiem o tym. Postanowiłem przyjechać tutaj

i powiedzieć to pierwszej osobie, którą uznam za godną posiadania tej wiedzy. Chciałem choć trochę ulżyć swojemu sumieniu. – Lucas zamrugał nerwowo oczami.

– A tak. Nie przedstawiłem się – dodał mężczyzna – Ian McTucker. – rzekł niskim głosem, wyciągając smukłą, pomarszczoną dłoń w kierunku młodzieńca. Lucas poczuł słabość w całym ciele i delikatnie odwzajemnił uścisk dłoni.

– Ach, i jeszcze coś. – rzekł na odchodne mężczyzna – Mam coś dla ciebie, chłopcze. – wsunął rękę do wewnętrznej kieszeni marynarki i bardzo szybkim, zręcznym gestem włożył krągły przedmiot w dłonie Lucasa, zaciskając na nich silnie swoją prawicę. Następnie spojrzał mu

w oczy, wstał i odszedł, podpierając się laską.

Lucas otworzył dłoń, spojrzał na rzecz, którą w niej ściskał, a na jego twarzy pojawił się szeroki, szczery uśmiech.

 

*

 

Taki sam uśmiech rozświetlił piękną, gładką twarz Lisy, gdy po czułym powitaniu spojrzała na drobny prezent, który wręczył jej ukochany. W smukłych palcach trzymała, niewielkie, krągłe, pachnące i rumiane jabłuszko z gatunku Paula Red z zieloną naklejką z napisem „Trood ®”. Lucas objął dziewczynę i pierwszy raz od dawna poczuł spokój w sercu. Ruszyli powolnym krokiem w stronę wyjścia na parking.

 

*

 

„Potworna tragedia wydarzyła się dziś wieczorem w porcie lotniczym Schönefeld.” – głos spikerki radiowej drżał, nieprofesjonalnie przepełniony emocjami. Lucas i Lisa spojrzeli na siebie zdumionymi oczyma i dziewczyna szybko podkręciła dźwięk w samochodowym radio.

„Wybitny australijski profesor Ian McTucker, założyciel bijącej rekordy popularności sieci barów Yourtubes, odbywający podróż po Zjednoczonej Republice Europejskiej zasłabł dzisiaj na berlińskim lotnisku. Osiemdziesięcioczterolatek zmarł podczas transportu do szpitala. Powodem zgonu był zawał serca. W marynarce zmarłego znaleziono nadgryzione jabłko. To kolejny dowód na śmiercionośne działanie produktów trood.”

 

* * *

Koniec

Komentarze

Dosiu, wrzuciłaś dwa opowiadania, w tym jedno dość długie. Mam nadzieję że liczysz się z tym, iż w tej sytuacji, możesz nie mieć zbyt wielu czytelników.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pomysł mało fantastyczny, opisana historia zgoła niewiarygodna. Nijak nie chce mi się pomieścić w głowie odseparowanie kontynentu od reszty świata i karmienie ludzi jakimiś substytutami, doprowadzającymi do przedwczesnych zgonów. Komu i do czego potrzebne jest chore, otyłe społeczeństwo?

Opowiadanie napisane bardzo źle. W czytaniu najbardziej przeszkadza fatalna edycja tekstu i nieprawidłowo zapisane dialogi, że o pozostałych usterkach nie wspomnę.

Dosiu, mam wrażenie, że zamieściwszy opowiadanie na stronie, nawet go nie przejrzałaś. :(

 

– Oczywiście. – odparł szczupły młodzieniec, znów pochylając się lekko – Coś na deser? – – Oczywiście – odparł szczupły młodzieniec, znów pochylając się lekko – coś na deser?

Źle zapisujesz dialogi. Skorzystaj z wątku, który podałam w poprzednim opowiadaniu.

 

Ujął w dłoń długą i bar­dzo wąską ły­żecz­kę… – Czy istniała możliwość, by ujął łyżeczkę inaczej, nie w dłoń?

 

umie­ścił na ma­leń­kiej sa­la­ter­ce odro­bi­nę gę­stej mazi… – …umie­ścił w ma­leń­kiej sa­la­ter­ce odro­bi­nę gę­stej mazi

 

– Creme Bru­lee.  – Crème brûlée.

 

za­cze­pił go czło­wiek, około szcze­ść­dzie­się­cio­let­ni… – …za­cze­pił go czło­wiek, około sze­ść­dzie­się­cio­let­ni

 

– Jeśli taki spo­sób kon­sump­cji można w ogóle na­zwać "kęsem". – Czy sposób zjadania posiłku można nazwać kęsem?

 

spo­glą­da­jąc nie­obec­nym wzro­kiem gdzieś w dalza ple­ca­mi roz­mów­cy. – Brak spacji.

 

Na­stał gwar i grup­ka osób przy­łą­czy­ła się do chło­pa­ka na wózku in­wa­lidz­kim, który zadał py­ta­nie. – Zgubiłaś podmiot. Ze zdania wynika, że pytanie zadał wózek. ;-)

 

Odkąd pa­mię­tał jadał tam z ko­le­ga­mi lun­che.Odkąd pa­mię­tał, jadał tam z ko­le­ga­mi lancz.

Używamy pisowni spolszczonej.

 

Wi­dzia­łam twoje dru­gie śnia­da­nie dzi­siej­sze­go dnia.Wi­dzia­łam dzisiaj twoje dru­gie śnia­da­nie.

 

po­wie­dział szyb­ko i z wy­sił­ku oparł się o mur ota­cza­ją­cy szkol­ne po­dwó­rze. Po­czuł, jak mocno bije mu serce i kazał ko­le­dze zo­sta­wić go w spo­ko­ju… – Czy dobrze rozumiem, że chłopiec poczuł jak mocno bije serce muru i kazał koledze zostawić mur w spokoju? ;-)

 

pro­duk­ta­mi, po­wszech­nie zna­ny­mi jako trood." – Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

…Ka­the­rin Luge wy­po­wie się w tej spra­wie." – na ekra­nie po­ja­wi­ła się atrak­cyj­na, szczu­pła ko­bie­ta około trzy­dziest­ki. Za­czę­ła wy­po­wiedź… – Powtórzenie.

 

Cie­sze się zdro­wiem i wi­tal­no­ścią… – Literówka.

 

do­star­cza­ją nie­zbęd­nych wi­ta­min, mi­ne­ra­łów oraz mikro i ma­kro­skład­ni­ków. – …do­star­cza­ją nie­zbęd­nych wi­ta­min, mi­ne­ra­łów oraz mikro- i ma­kro­skład­ni­ków.

 

„Jak sko­men­tu­jesz ży­wie­nio­wą re­wo­lu­cję, jaka w prze­cią­gu… – „Jak sko­men­tu­jesz ży­wie­nio­wą re­wo­lu­cję, która w prze­cią­gu

 

Odkąd w roku 2060 po­wsta­ło ZRE, czyli Zjed­no­czo­na Re­pu­bli­ka Eu­ro­pej­ska… – Literówka.

 

Po­pu­lar­ne i sze­ro­ko re­kla­mo­wa­ne były na­to­miast po­zy­cje wy­da­ne po roku 36'. – Co to znaczy, że pozycje wydano po roku trzydzieści sześć minut?

 

Widzę, że in­te­re­su­jesz się astro­no­mią? – Dlaczego na końcu zdania, które nie jest pytaniem, postawiono pytajnik?

 

Sta­rzec wy­pro­sto­wał się i jego po­sta­wa przy­bra­ła dumny wyraz. – W jaki sposób postawa przybiera wyraz?

 

dla do­ro­słe­go męż­czy­zny wa­żą­ce­go 75 ki­lo­gra­mów. – …dla do­ro­słe­go męż­czy­zny wa­żą­ce­go siedemdziesiąt pięć ki­lo­gra­mów.

Liczebniki w dialogach zapisujemy słownie. Ten błąd pojawia się także w dalszej części opowiadania.

 

na kon­su­mo­wa­nie kilku po­sił­ków dzien­nie trud­nych wa­run­kach. – Czegoś tu zabrakło.

 

nie po­tra­fił wy­du­sić z sie­bie słowa, przy­tło­czo­ny na­tło­kiem dziw­nych wy­da­rzeń… – Brzmi to fatalnie.

 

Nie za­sta­na­wia­łeś się nigdy dla­cze­go 90% spo­łe­czeń­stwa… – Nie za­sta­na­wia­łeś się nigdy dla­cze­go dziewięćdziesiąt procent spo­łe­czeń­stwa

Liczebniki w zapisujemy słownie, nie używamy symboli.

 

por­cje, które tam po­da­wa­no li­czy­ły kil­ka­na­ście gram. – …por­cje, które tam po­da­wa­no li­czy­ły kil­ka­na­ście gramów.

 

pod te­re­nem róż­nych eu­ro­pej­skich państw. Pa­mię­tasz trzę­sie­nia ziemi, które prze­szły w tym cza­sie przez te te­re­ny? – Powtórzenie.

 

bo po­wiem ci coś co cię za­sko­czy. – po­wie­dział już nieco wol­niej i ci­szej… – Powtórzenia.

 

Cóż… – zci­szył głos do świsz­czą­ce­go szep­tu– Cóż… – ści­szył głos do świsz­czą­ce­go szep­tu

 

jęk­nął mło­dzie­niec i spoj­rzał ża­ło­sny­mi ocza­mi na star­sze­go męż­czy­znę. – Można spojrzeć żałośnie, ale nie można mieć żałosnych oczu.

 

Lucas za­mru­gał ner­wo­wo ocza­mi. – Oczy nie mrugają, mrugają powieki.

 

ru­mia­ne ja­błusz­ko z ga­tun­ku Paula Red… – …rumia­ne ja­błusz­ko z ga­tun­ku paulared

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A mnie pomysł na opowieść się spodobał.

Owszem, tanie teorie spiskowe zwykle wydają mi się bardzo naciągane i tak samo jest z otoczką Twojej opowieści – co decydenci mieli z okłamywania społeczeństwa; jak mocno musiano zryć Europę, skoro wszystkie ziemie szlag trafił; jakim cudem można odizolować cały kontynent (mamy lądową granicę z Azją, trochę morskich, na upartego można próbować dostać się na Alaskę po lodzie…); jak można ocenzurować całą dziedzinę nauki?

Nie wyjaśniasz, po co organizuje się tę mistyfikację, a to ważna kwestia.

To opowiadanie spodobało mi się o wiele bardziej niż pierwsze – coś się dzieje, nie nudziłam się, tekst nie tonie w niepotrzebnych szczegółach, jest interesująco. Tylko zakończenie IMO zbyt otwarte, ale to już pewnie kwestia gustu.

Gorzej z wykonaniem. Masz te same błędy, co w poprzednim tekście. Dlaczego ich nie poprawiasz? Może warto dać sobie dłuższą chwilę między publikacjami na ogarnięcie uwag?

Babska logika rządzi!

Witaj!

Podejrzewam ze autorka ręcznie łamała w edytorze zdania przerzucając z, w, i z końca zdania do następnej linijki i stąd to zamieszanie w formatowaniu, utrudniające czytanie i dość irytujące.

Sama historia zaś po przymróżeniu oka dość wciągająca i nie najgorzej napisana pomijając błędy i nieszczęsne formatowanie. Po doprowadzeniu opowiadania do stanu używalności, chyba można by pokusić się kliknąć bibliotekę.

Tylko właściwie dlaczego nie zmodyfikowali pasty tak aby była mniej skondensowana kalorycznie?Taki produkt byłby tańszy do wyprodukowania a i efekty uboczne by zniknęły. W zasadzie nie rozumiem czemu sprzedawali to tak tanio. Państwo musiałoby do tego procederu dokładać, zamiast czerpać. Poza tym ok, łatwiej steruje się głupim społeczeństwem ale otyłe jest mniej produktywne. A zarabianie na paście było by bardziej efektowne gdyby ją zubożyć.

Pozdrawiam! ☆

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Fajny pomysł, tylko źle się czyta. Zedytuj to.

Nowa Fantastyka