- Opowiadanie: c21h23no5.enazet - Interferencja i superpozycja

Interferencja i superpozycja

Dj Jajko ładnie nazwał moje opowiadanie na jego słynny konkurs – sf drogi. Okazało się, że lubię takowe pisać, co też kolejny raz robiło się przyjemnie – mam nadzieję, że nie gorzej będzie się czytało. Na literkę S nie ma tu zbytnio co liczyć, ale akcja biegnie, a brzytwa Lema w starciu z tekstem jest raczej bezużyteczna. Dziękować nie ma komu, przepraszać oby nie było za co. Jeśli widzisz usterkę – krzycz!

Tytuł zapewne ulegnie zmianie pod wpływem sugestii i kombinacji, do których możesz się włączyć ;)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Interferencja i superpozycja

Wyniki loterii!!!

 

Napis płonął czerwienią na sinym niebie, a niepokój tłumu rósł. Barnaba pokręcił łysą głową i z trudem odpalił zamokniętego papierosa. Panował taki ścisk, że trudno było oderwać łokcie od tułowia. Kiedy Nancy i Barnabę otoczyła chmura gryzącego dymu, kilkoro sąsiadów zaczęło się niespokojnie wiercić.

– Hej, daj szluga!

– Tu są dzieci, proszę to zgasić!

– Oddawaj, bo wpierdolę!

– Uważaj, żebym ja ci nie wpierdolił kosy między żebra – mruknął Barnaba, a ponieważ wzrostem przewyższał wszystkich wokół, nagła awantura skończyła się na złorzeczeniu.

Ziemia znów zaczęła drżeć. Ze wschodu dobiegł potężny łoskot, jakby w grunt walił grad meteorytów. Kobieta w obszarpanym płaszczu, stojąca za plecami wielkiego łysola, przytuliła mocniej łkającą córeczkę.

– Zobaczysz, Izre, wylosują nas. Nie pójdziemy jeszcze do nieba z aniołkami.

– A gdzie, mamusiu?

– Do Panów. Panowie zabiorą nas do lepszego świata, z kwiatuszkami i kotkami…

– Nie róbże jej wody z mózgu, kobieto. – Barnaba przekrzywił głowę i spojrzał na sąsiadki. – Na waszym miejscu wolałbym umrzeć, niż dać się rżnąć kosmitom.

– Nie obrażaj Panów, głupcze! – pisnęła rozhisteryzowana matka. – Błagaj ich o łaskę!

– A w dupie mam…

– Barnaba, proszę cię. – Nancy nadepnęła olbrzymowi na stopę.

Nieopodal huknął grzmot, ogłuszając zgromadzone w dolinie mrowie ludzi i prowokując rozdzierające krzyki. Z posiniaczonego nieba znów lunął deszcz; ktoś nieopodal zaczął mamrotać o potopie. Nancy wyobraziła sobie, jak wyglądają z góry – setki tysięcy zadartych głów, śmiertelnie przerażonych twarzy, które odsłaniają przed „Panami” błyski piorunów. Poczuła gorącą złość, ale nie miała zamiaru zachowywać się jak Barnaba.

Niebo rozdarł nowy napis:

 

Statystyki finałowe:

Numer kończącego się świata: 50260

Liczba zgromadzonych: 897399

Wylosowano osób: 102

 

Tłum zawył tak, że pęknięcia, które zaczęły pożerać dolinę, mogły być równie dobrze skutkiem zbiorowej rozpaczy. Olbrzym odpalił nowego papierosa od kiepa w ustach. Nancy odgarnęła czarne, mokre włosy z czoła i zmrużonymi oczami obserwowała wybuchające na firmamencie fajerwerki oraz opadające w tłum serpentyny z gratulacjami. Starzec, który przywarł do ramienia kobiety, wcisnął jej w rękę różaniec, mamrocząc coś w amoku. Miała ochotę zapytać go, jak w takiej chwili może wierzyć w bajania o miłosiernych bożkach, ale tylko uśmiechnęła się blado i zacisnęła palce na drewnianych paciorkach.

Wschodnia ściana doliny zaczęła się zapadać. W ogłuszającym huku niknęły inne dźwięki. Ziemia falowała jak morze, podczas gdy niebo rzygało nazwiskami. Każdy, czyjego dane wykwitały na płaczących rzewnie chmurach, unosił się gwałtownie w powietrze i znikał pomiędzy czerwonymi literami.

Nancy przeszedł dotkliwy dreszcz. Przyjaciel odwrócił jej uwagę od spisu ocalonych; ścisnął mocno dłoń i mrugnął, jakby przygotowywali się do kolejnego eksperymentu, a nie gwałtownej śmierci. Ziemia pod nimi rozwarła się i stracili równowagę. Barnaba runął w dół, Nancy poszybowała w górę. Dookoła zawirowały purpurowe fajerwerki, odgradzając ją od zagłady świata, a potem wszystko zniknęło.

 

Stała na środku szarej sali. Zaskoczona nagłym odzyskaniem świadomości omal nie straciła równowagi. Była sucha, czuła przyjemne ciepło. Okręciła się powoli wokół własnej osi, ale otaczały ją tylko popielate ściany. Gdy wróciła do pierwotnej pozycji, podskoczyła na widok ludzkiej głowy. Pozbawiona ciała lewitowała naprzeciwko. Rysy twarzy nie zdradzały płci, wielkie, żółte oczy zdawały się pałać sympatią. Kobieta znała to oblicze, choć dotąd oglądała je przytwierdzone do ciała. Jeden z Panów.

– Nancy Terresi z pierwszego pokolenia ziemskich mechapsychologów – oznajmił gospodarz, jakby przedstawiał ją na kosmicznej konferencji naukowej. – Pragniemy złożyć najszczersze kondolencje i wyrazić żal, że tak krótko mogłaś zajmować się badaniem problemów sztucznej inteligencji. Twoje dociekania były obiecujące.

– Ciągle łamałam prawo… Panie. Nawet gdyby świat trwał dalej, odsunęliby mnie od badań, a może nawet zamknęli.

– Niewykluczone. – Obcy przyjrzał się dokładnie kobiecie. – Zapewne sądzisz, że trochę przesadziliśmy z tą szopką. Loteria, obiecanki, sztuczne ognie…

– Nie – stwierdziła szczerze Nancy. – Daliście nadzieję ludzkości. Zabawialiście ją do samego końca. Wyszło trochę makabrycznie, ale…

– Spoglądałaś w górę ze złością.

Kobieta wzruszyła ramionami.

– Bo nie rozumiem, skąd ta nagła apokalipsa. Koniec, którego nie mogliśmy rozszyfrować, a który wy próbowaliście załagodzić. Przybyliście, pokazaliście piękne światy, zagładę innych i powiedzieliście, że nam też przytrafi się wkrótce katastrofa. A wy uratujecie setki tysięcy. Wzięliście jedną setkę…

Obcy wydął usta.

– Tak, trochę skłamaliśmy. Z badań wynika, że większość ludzi lubi wierzyć w obietnice bez pokrycia i loterie, a kolory, fajerwerki oraz eksplozje ich cieszą. Ty jesteś inna, cenisz fakty i spokój, więc przejdę do sedna.

Szarość ścian, sufitu i podłoża zniknęła, jakby pomieszczenie było gigantycznym projektorem; przed Nancy pojawiła się pulsująca, czarna kula, w którą powoli wnikał bliźniaczy, lecz niewyraźny kształt, jakby ledwie cień.

– Następuje cykliczna interferencja Wszechświatów – oznajmiła pospiesznie głowa. – Stary eksperyment, czyli nasze uniwersum, uznano za nieudany i nie przedłużono mu terminu ważności.

– Kto nie przedłużył?

Pan zawahał się. Rzucił spojrzenie na paciorki, które Nancy wciąż ściskała w dłoni.

– Święty Jan – oznajmił zadowolony, jakby sprytnie wybrnął z opresji.

– To tylko mitologia…

Obcy skrzywił się, zniecierpliwiony.

– Droga Nancy, to nie jest w tej chwili istotne. Światy umierają, a w nowym kosmosie czekają puste, dopracowane. Życia nie da się skopiować, więc musi przejść do kolejnego modelu przez tunele. Właśnie ku jednemu zmierzamy.

Pokój wypełnił obraz kosmosu, przez który lecieli z zatrważającą szybkością; światła gwiazd przybliżały się niczym reflektory samochodów na autostradzie, ale najczęściej gasły, nim je ominęli.

– Czemu stu dwóch ocaleńców? – dociekała Nancy, obserwując niewiarygodne widoki. – Z każdego świata pobieracie tylko tyle egzemplarzy? Bierzecie tylko inteligentne gatunki?

– Każdy rodzaj życia został przerzucony w liczbie stu osobników. Dwa egzemplarze trafiają do archiwum. Wszystkie świadome nacje, posiadające odpowiednio rozwiniętą technologię, brały udział w przesiedleniu. Wy byliście wykluczeni z racji prenatalnej fazy rozwoju. Zabieramy was jako ostatnich. W nowym Wszechświecie jest pięćdziesiąt razy więcej światów. Zostaniecie dopasowani w pary i jako nowe Ewy oraz nowi Adamowie zaczniecie podróż przez portale startowe.

Nancy poczuła nagłą wesołość.

– Ach… więc w micie o pierwszych ludziach w raju jest jednak ziarnko prawdy.

Pan wyszczerzył zęby. Zrobił to trochę niewprawnie, agresywnie. Najwyraźniej wyłapał tę myśl z Nancy, bo jego uśmiech natychmiast zbladł.

– No dobrze, plan jest logiczny, racjonalny – skwitowała kobieta. – Kto wybierze nam świat? Czy tam jest nowy rodzaj ewolucji? Zrobi nam coś? Macie technologię, dzięki której nie będę zmuszać się do seksu i rodzenia w imię przetrwania gatunku?

– Dużo pytań, mało czasu. Mamy kilka minut. Zwięźle: Świat wybiera sam. Jeśli was weźmie, nie otworzy nowego przejścia. Jeśli aktywuje portal, musicie przez niego przejść, inaczej świat was zabije. Po dopasowaniu zostaniecie przekształceni według praw i natury danej krainy. Jeśli tak zdecydujesz, gdy znajdziecie dom, umożliwi on rozmnażanie pozaustrojowe. Z upływem lat zapomnisz większą część danych ze starego świata. Jego udogodnienia i inwazyjność w końcu będą musiały zniknąć.

– Możemy zginąć podczas eksploatacji światów?

– Trzydzieści procent szans. Mniej więcej jedna trzecia światów pozostaje niezamieszkała przez istoty w pełni świadome. Stanowią rezerwaty. Nie możemy tego zmienić, proces zachodzi sam. My jedynie dostarczamy materiał.

– No właśnie. Co z wami?

Pan tym razem posłał jej przekonujący, nostalgiczny uśmiech.

– Jesteśmy reliktem. Zostajemy. Widzisz, nie mamy już nawet na tyle sił, by zmaterializować choćby jedno, całe ciało, którego się nie przerazisz.

Nancy splotła ciasno ręce i spojrzała podejrzliwie na żółtooką projekcję.

– Dlaczego nie panikuję i wierzę w to wszystko? Co mi zrobiliście?

– Wzmocniliśmy niektóre funkcje twojego umysłu, a inne wyciszyliśmy, by proces interferencji przebiegł z jak najmniejszymi zakłóceniami. Wymazaliśmy większość wspomnień o bliskich, zostawiliśmy jedynie obrazy matki i ojca. Zaczynasz z superpozycji. Idź już, Nancy. Statek zaraz się rozpadnie. Miło było cię poznać.

Wyświetlany w pomieszczeniu obraz kosmosu przecięła biała droga, prowadząca do drzwi, które wyłoniły się na tle dziurawego gazowego olbrzyma. Planety rozsypywały się, gwiazdy gasły w mgnieniu oka. Nancy kręciło się w głowie, gdy szła po pasku mlecznej ścieżki, a Wszechświat przestawał istnieć.

W zasięgu wzroku mignęła olbrzymia macka. Nancy zatrzymała się, śledząc, jak fragment niewiadomej istoty wije się wokół dwóch gasnących gwiazd, porywa je, po czym znika.

– Co do…

Rozejrzała się, ale została w pomieszczeniu sama. Dotknęła drżącą dłonią powierzchni białego prostokąta i ponownie coś szarpnęło ją w górę, jakby została wystrzelona w przestrzeń kosmiczną.

Po chwili otoczył ją pierścień płynnego ognia, lecz poczuła przeraźliwy chłód. Przed sobą zobaczyła okno na błękitne niebo i strzeliste góry. Zaczęła brnąć ku niemu, ale sztywniejące nogi odmawiały posłuszeństwa. Ktoś złapał ją za ramię i wyciągnął z czasoprzestrzennego tunelu. Sturlała się z pochyłej powierzchni i wpadła w gęstą, zielonkawą ciecz. Spróbowała wstać, ale powietrze stawiało znacznie większy opór niż na Ziemi. Siedząc więc bezradnie w lepkiej, galaretowatej substancji, rozejrzała się dookoła.

Wyglądało to na górzystą wyspę, która nieustannie wznosiła się w otaczającym ją pierścieniu skał i mniejszych wysepek. Mknęła szybko, a wszystko na jej powierzchni zdawało się posiadać konsystencję gumy.

Nancy spostrzegła wpatrzone w nią oczy. Stojące kilka metrów dalej stworzenie przypominało kształtem sarnę, lecz zdawało się nieuformowane do końca, rozlazłe. Gałki oczne wystawały z za dużych oczodołów, jakby stanowiły baloniki, z których uszła część powietrza.

– Co myślisz? – usłyszała za plecami. Odwróciła się i ujrzała bladego mężczyznę po trzydziestce, który oparł się o coś w rodzaju skupiska granatowych pnączy, wyrastających z ziemi i sięgających tak wysoko, jak góry nieopodal. Na ich szczycie chybotało coś błyszczącego, trudnego do rozpoznania.

– Odwrócona rotacja, czujesz? – spytała towarzysza. Wydał jej się sympatyczny, choć niezbyt urodziwy. – Obrót następuje w prawo. Nasze galaktyki kręciły się w lewo.

– Potrafisz wyczuć rotację? – Podziw w głosie połechtał Nancy. – Ależ mi się trafiło…

– Nancy Terresi, mechapsycholog. Kosmologia i astrofizyka to moje zamiłowania. No, a co mnie się trafiło?

– Sid Forin. Filozof.

Kobieta odwróciła się od niego i przewróciła oczami. Pięknie.

– Niezidentyfikowany ciąg powoduje rzut pionowy. – Zadarła głowę i poczuła ciarki, widząc jak wyspa pędzi utworzonym kanałem ku niewiadomemu. – Na końcu musi być źródło. Ten świat się rozbije.

– Wchłaniający Poruszyciel, powiedziałby Arystoteles. Niezbyt kusząca wizja.

Ze szczytu najbliższej góry oderwało się coś niezidentyfikowanego i ruszyło ku nim. Wyglądało jak purpurowy ptak z ogromnymi, błoniastymi skrzydłami. Bardziej pływał w powietrzu niż latał. Nancy i Sid wgapiali się w niego, podczas gdy ogromna, srebrzysta kropla, która wzbierała na szczycie plątaniny pnączy, ociężale spadła im na głowy. Oboje zostali oblepieni czymś przypominającym czyste srebro, skupiającym się teraz na powierzchni zielonej galarety w owalne kryształki.

Obserwujące ich zwierzę uciekło pokracznym truchtem, gdy zdeformowany ptak opadł na uginające się podłoże, a z jego grzbietu ześlizgnął się jeździec. Choć humanoidalny, był patykowaty; ciało zdawało się przesadnie rozciągnięte, łącznie z twarzą, w której oczy stanowiły długie, pionowe szpary. Gigantyczny patyczak, pomyślała Nancy. Podczołgała się do Sida.

Patyczak wyciągnął coś z gąbczastej torby na ramieniu. Wyglądało jak różdżka do szukania żył wodnych. Zaczął dźgać jej końcem srebro, które zlepiało się w coraz większe bryły. Z urządzenia tryskały iskry. Zdawało się, że produkuje energię podobną do elektrycznej.

– Nie chcę dostać tym patykiem. Powinniśmy stąd iść. – Sid kolejny raz spróbował się podnieść, na co zbieracz natychmiast zwrócił się w jego stronę z różdżką w pogotowiu. Mężczyzna opadł nieporadnie w srebrno-zieloną galaretę, na co patyczak wrócił do pracy.

– Nikt nie mówił, że w tych światach mogą już mieszkać świadome gatunki – mruknęła Nancy.

– Mnie mówili. Zapytałem. Twierdzili też, że próby porozumienia będą raczej bezcelowe, póki nie upewnimy się, że to nasz dom.

– A skąd mamy to wiedzieć?! – Nancy z rosnącym niepokojem obserwowała zbliżającego się tubylca. – Kiedy portal powinien się otworzyć?

– Tego też ci nie powiedzieli? – Mężczyzna odwrócił się ku niej, jakby ignorowanie obecności patyczaka miało pomóc. – Każdy świat nas wypróbuje. Sprawdzi, czy możemy go zrozumieć.

– Nie chcę go rozumieć! Nie mam zamiaru zamienić się w plastelinę.

– Ach, więc o to ci chodzi. Nie o to, że się rozbijemy, tylko że stracisz figurę.

– Czy ty masz rozum?! – warknęła kobieta. – Chociaż nie, w tej chwili przydałaby się nam jakakolwiek broń…

– Mam tylko…

Różdżka wystrzeliła ku Nancy i kobieta poczuła coś zbliżonego do kopnięcia prądem. Po ciele rozeszło się uporczywe szczypanie i straciła świadomość.

 

Język przylepił jej się do podniebienia. Miała gorączkę. Przez długą chwilę nie mogła znaleźć w sobie dość sił, by się poruszyć.

– Nancy! Nancy, cholera…

Z trudem uniosła powieki. Tkwiła w wielkiej kadzi z płynnym srebrem, zanurzona w nim po szyję. Kilka metrów dalej dostrzegła Sida, którego twarz miała siny kolor.

– Musimy wyjść. To jest jak beton. Możesz się ruszyć?

Kobieta pokonała opór ciała i tężejącej cieczy, wyciągając z pułapki ręce. Adrenalina zaczynała ją pobudzać.

– Świetnie! – Sid szczękał zębami, jakby tkwił w lodzie. – Pomóż mi. Coś niedobrze ze mną.

Nancy dotarła do towarzysza, złapała go za ramię i pociągnęła w stronę najbliższej krawędzi ogromnego naczynia. Mdliło ją z pragnienia, a wysiłek wywoływał kołatanie serca, ale w końcu dobrnęła do ściany. Złapała się jej kurczowo i wyjrzała na zewnątrz. Najwyraźniej patyczak zabrał ich do wnętrza góry. Olbrzymia jaskinia była wielopoziomowa i zdawała się drążyć skałę od szczytu aż do podnóża. Przecinały ją łukowate mosty oraz owalne platformy. Najbliższa znajdowała się trzy metry poniżej kadzi.

– Możemy zeskoczyć. Dasz radę?

Sid, teraz już zielony, kiwnął głową. Wdrapał się nieporadnie na gumowatą ścianę i przewalił przez nią. Najwyraźniej uderzenie w platformę nie było zbyt bolesne, bo nawet nie jęknął. Nancy poszła w jego ślady i po chwili leżeli oboje na gąbczastej powierzchni, ciężko dysząc.

Po kilku minutach kobieta poczuła się znacznie lepiej, a palące pragnienie straciło na sile. Sid wrócił do siności i nadal wyglądał na chorego.

– Jak się czujesz?

Filozof zrobił grymas i spojrzał na nią przepraszająco.

– Miałem ranę pod kolanem. Stratowali mnie podczas apokalipsy.

Nancy przeszedł dreszcz. Substancja dostała się do krwi mężczyzny.

Usiadła i rozejrzała się po platformie, szukając pomocy. Kilkanaście metrów dalej o zbiornik ze srebrem opierało się dwóch tubylców. Podróżniczka zamarła na chwilę, ale patyczaki miały zwieszone głowy i nie poruszały się. Obok nich leżała kurtka Sida i papierowa torebka.

Nancy wskazała towarzyszowi nieruchome postacie. Ten nagle wybuchnął śmiechem.

– Ciasteczka z marihuaną – wychrypiał, trzymając się za brzuch. – Fajnie, że smakowały! Chyba zgubił ich grzech łakomstwa.

– Ciasteczka z…? – Nancy wpatrywała się w patyczaki. Nie dostrzegała oznak napięcia mięśniowego ani oddychania. – Upiekłam kiedyś takie z… nie wiem, z kim. Czułam się koszmarnie. Całą noc nie spałam.

– Widocznie spieprzyliście proporcje. Ale moje masło też było mocne. Zrobiłem sobie kopa na koniec świata.

Nancy podpełzła do porywaczy. Rzeczywiście byli zimni i martwi jak wnętrze góry. Czuła silny zapach czekolady, aż ślina napłynęła jej do ust, ale z ciasteczek zostały ledwie okruszki. Otworzyła leżącą przy zwłokach torbę. Znajdowała się w niej tylko różdżka.

Nancy powoli odwróciła się w stronę Sida. Ten spojrzał na przyrząd, po chwili skojarzył fakty i już miał zaprotestować, ale wykrztusił tylko:

– Niech to szlag. Dawaj.

Kobieta wróciła do towarzysza i poszerzyła wyszarpaną w jego dżinsach dziurę. Zobaczyła srebrno-niebieską, zaropiałą ranę na łydce. Przyłożyła koniec różdżki do odmienionej tkanki. Nic się nie stało. Obejrzała powierzchnię giętkiego urządzenia. Była gładka, bez żadnych wskazówek.

– Może chodzi o kantowski noumen. O schopenhauerowską wolę mocy. Trzeba chcieć jednej rzeczy. Samej w sobie. – Sid zabrał Nancy przedmiot, przytknął z sykiem do rany i zamknął oczy. Błysnęły iskry, pojawił się smród spalenizny, mężczyzna krzyknął przeciągle, a z jego nogi wysypały się srebrne kryształki. Kolory zaczęły plamami wracać na jego twarz.

– Nie sądziłam, że filozofia może być do czegokolwiek przydatna – stwierdziła kobieta, brnąc na koniec platformy, by spojrzeć w głąb góry.

– Dlatego mnie dostałaś.

– Zdaje się, że coś z tego świata rozumiesz.

– Mówiłaś o grawitacji, o rotacji. Umiem słuchać i wnioskować. Ta bomba srebra nie spadła naturalnie. Wydaje mi się, że nasz martwy przyjaciel pomyślał, że już czas, więc się oderwała.

Nancy wystawiła głowę nad przepaść. Pod nimi pełno było kadzi podobnych do tej, w której wylądowali. Na samym dole zdawał się zalegać stos ogromnych sztab srebra. Kobieta nie dostrzegła żadnego ruchu.

– Myślisz, że przybyli tutaj i zostali, bo zrozumieli wyspę? – spytała niepewnie. – Po co gromadzili tę substancję? Próbowali wyhamować lot?

– Widocznie dogadali się z galaretką, skoro ciężko tutaj pracowali. Ale mechanizm zatrzymania latającego kawałka gumowatej skały to raczej twoja działka, nie moja.

Nie tylko Sid uważnie słuchał Nancy, ona także analizowała jego słowa. I zrozumiała coś. Zamknęła oczy.

– Zostali, co nie znaczy, że wybrali to miejsce na dom – stwierdziła podnieconym szeptem. – Wydaje mi się, że w każdej chwili mogli…

Usłyszała szum, a pod powiekami zobaczyła pomarańczowy blask. Uniosła je i okazało się, że właśnie otworzyła przed sobą portal.

– Wola mocy – mruknęła z satysfakcją. – Doczołgasz się tu?

– Dam radę. Spadajmy. Maltretowałem się z rok, żeby chociaż trochę wyrzeźbić klatę. Nie mam ochoty stać się rozlazłym plackiem. Ani oglądać ciebie po przemianie. Teraz wyglądasz doskonale.

– Nie myśl, że usłyszysz ode mnie to samo.

Kiedy wciągnęli się do wnętrza lodowatego tunelu, wreszcie mogli wstać. Sid kulał, więc teraz to Nancy złapała go pod ramię i wyprowadziła w nowy świat.

 

Wyszli na oblodzone urwisko, a przed nimi rozpostarła się mleczna przepaść. Jakby stanęli na krańcu istnienia. Wpatrywali się w porażającą biel i pustkę, podczas gdy portal za nimi znikał, a do ich uszu dochodziły coraz głośniejsze huki oraz… ludzkie krzyki.

Odwrócili się i zobaczyli dwa śniegowe olbrzymy – jeden przypominał androida, drugi niedźwiedzia. Zderzały się z pasją wśród niewielkich wzniesień i dolinek, pokrytych białymi czapami. W okolicach karku na każdym z monstrów siedział człowiek, sterujący potworem za pomocą oblodzonych wodzy. Nancy rozpoznała sylwetki kobiety i mężczyzny, a nawet wydawało jej się, że dostrzega grymasy na ich twarzach, świadczące o gniewie i nienawiści. Za każdym razem, gdy jeden olbrzym uszkodził drugiego – na przykład oderwał mu ramię – okaleczona postać zanurzała kikut w zaspie i po chwili wyciągała stamtąd nowe łapsko.

– Ty przebrzydła lafiryndo! – wydarł się mężczyzna, szarpiąc wodze, w związku z czym jego bałwan-android kopnął bałwana-niedźwiedzia w pierś. – Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego i gówno mnie obchodzi, że zależy od tego los świata!

– Zabiję cię, ty prymitywie! To dopiero będzie ulga dla świata – odparła kobieta, rzucając się na przeciwnika i przygniatając go do ziemi.

– O co tu chodzi? – mruknęła Nancy, zaplótłszy ręce ciasno na piersi i przestępując z nogi na nogę. – Śnieżne wierzchowce muszą być jakąś emanacją sterujących, bo skąd tu android? Ale po co im one? Dlaczego walczą? Rozumiesz coś z tego, myślicielu?

Nie otrzymała odpowiedzi, więc oderwała wzrok od starcia i spojrzała na towarzysza. Ze zmarszczonymi brwiami przyglądał się ziemi pod swoimi stopami. Topniał tam śnieg, jakby Sid stanowił promień słońca. Spod niknącej, białej masy ukazywała się sprężysta trawa i kwiaty. Zieleń pełzła w kierunku Nancy, lecz wokół niej śnieg wzbierał; stała na powiększającej się zaspie i było jej coraz zimniej.

– Och. – Spłonęła rumieńcem, zrozumiawszy, o co tutaj chodzi. Skłóceni Adam i Ewa przerwali bitwę i patrzyli na to, co działo się wokół Sida. Ziemia kwitła już w promieniu jakichś piętnastu metrów, lecz nie dosięgała wciąż unoszącej się Nancy.

Mężczyzna uśmiechnął się z rozbawieniem, podszedł do kobiety i wyciągnął rękę, by ściągnąć ją z powstającego wierzchowca. Za jego plecami otworzył się tunel.

– Chodź, Nancy. To nie dla nas.

Kobieta podała mu dłoń i, wciąż zawstydzona, przeszła do kolejnej krainy.

 

Wyszła na brzeg jeziora, z jednej strony okolonego wysokimi drzewami, z drugiej gładką równiną. Nad głową miała dwa słońca, większe i mniejsze. Oba były zielone, a niebo przybrało barwę ciemnej wody.

– Jak to wyjaśnisz, królowo lodu? – Sid wskazał na gwiazdy. – Jesteśmy na zgniłej Tatooine, czy co?

– Pewnie skład atmosfery wpływa na kolor. A planeta w podwójnym układzie to nic niezwykłego.

Nancy z ulgą chłonęła ciepło tego świata. Rozwiązała zasupłaną na wysokości pępka koszulę. Zasłoniła jej ciało do połowy ud. Zdjęła spodnie i weszła do jeziora. Woda była letnia, kojąca. Napiła się łapczywie, podobnie jak Sid, który jednak pozostał na brzegu.

– A nieznana fauna i flora? – zawołał. – Nie zachowujesz się nazbyt beztrosko?

– Kosmici coś mi zrobili. Tobie nie? Mniej się zastanawiam, działam instynktownie. Jestem przekonana, że wokół nas nie ma żywej duszy.

– Ja żyję z tego, że się zastanawiam. Nie mogli mi tego zabrać.

Mężczyzna wahał się jeszcze chwilę, po czym rozebrał się do naga i wszedł do wody. Nancy spojrzała mu w oczy dopiero, gdy był zanurzony po szyję. Macał się po twarzy, na której gościł wielodniowy zarost.

– Te portale zjadają czas. Nam wydaje się, że mija ledwie chwila, a tu broda jak po tygodniu. I noga znacznie mniej mi doskwiera. Ciebie też tak obrosło? – Puścił do niej oko.

– Mógłbyś popłynąć na drugą stronę? Chciałabym się umyć.

Sid westchnął ostentacyjnie, ale ruszył tam, gdzie wskazała. Kobieta zostawiła na brzegu resztę ubrania i położyła się na tafli wody, podziwiając morski kolor nieba oraz słońca, oba większe od ziemskiego.

Poczuła się zmęczona i zdezorientowana. Czemu ją wybrano? Od dawna nie myślała o mężczyznach, a o dzieciach nigdy. Na Ziemi znalazłyby się miliony kobiet lepiej nadających się do tego, by ratować gatunek. Ale Nancy nie miała zamiaru narzekać na darowane życie. Popłynęła wzdłuż brzegu, rozglądając się i oceniając krajobraz. Żałowała, że nie ma żadnej aparatury badawczej. Sama stanowiła jedyny przyrząd do oceny.

A ta pustka wokół ją niepokoiła.

Umyła ciało i włosy, wyszła z wody, założyła koszulę, po czym ruszyła w stronę drzew, szukając pożywienia. Po drugiej stronie Sid przemierzał wysokie, żółte szuwary, najwyraźniej w tym samym celu. Nancy natknęła się na niebieskie owoce podobne do jabłek, leżące pod najwyższymi drzewami. Skórka była słona, szary miąższ słodki jak diabli. Zjadła dwa, zabrała kilka i wróciła na brzeg. Filozof płynął ku niej na plecach, położywszy sobie na brzuchu wielki liść, na którym leżał stos niewielkich kształtów.

– Grzyby! – zawołał. – I to jakie! Smakują jak rydze w karmelu.

Przez jakąś godzinę jedli, pili i obserwowali hipnotyzujące gwiazdy.

– Więc czym zajmuje się mechapsycholog? – zagadnął Sid. – Wiesz, raczej stroniłem od nowinek technologicznych.

– Bada psychikę maszyn. Wiem jak to brzmi – uprzedziła rozmówcę, bo już otworzył usta, by jej przerwać. – Na tyle rozwinęliśmy i skomplikowaliśmy technologię, że w SI pojawiają się tak zwane algorytmy samosiejki. Musieliśmy się ich uczyć, rozszyfrowywać je, żeby wciąż bezpiecznie było użytkować SI i nie hamować postępu.

– I jak ci szło?

– W moim instytucie uważano, że daję maszynom zbyt dużą swobodę. Nie kontrolowałam ich, tylko się z nimi przyjaźniłam, stawałam w ich obronie. Wojskowi nienawidzili mnie tak samo, jak samodzielności sztucznej inteligencji. Szykowali przeciwko mnie pozew o działanie na szkodę państwa. Właściwie ten koniec świata uratował mi skórę.

Mężczyzna zamyślił się.

– A ty? – podjęła po chwili Nancy. – Jaki dział filozofii?

– Grecka. Szukam mitycznej mądrości i sądzę, że tkwi w starej filozofii przyrody. Ale może się mylę? Może odnalazłbym ją w tych twoich samosiewnych algorytmach? Skoro nauczyliśmy coś myśleć, a to myśli po swojemu…

Cisza raptownie zgęstniała i Sid niepewnie rozejrzał się na boki. Nancy za to uporczywie gapiła się na dwa słońca.

– Nie poruszyły się nawet o cal. Ta planeta obraca się jak ślimak albo wcale, a przecież jest maleńka. Widać po nachyleniu powierzchni.

– Ale zrobiło się ciemniej – mruknął Sid. – A przecież to wielkie słońce jest w zenicie.

Nancy wstała gwałtownie. Po chwili gorączkowego przeszukiwania horyzontu zobaczyła to nad równiną. Widok porażał, zabrakło jej tchu, choć zjawisko nie powinno być zagrożeniem.

Wschodził olbrzymi księżyc. Konary zaczynały lekko trzeszczeć, reagując na satelitę i odchylając się. Na jeziorze zalśniły nieśmiałe fale. Miesiąc był ciemny; gdy zajął połowę nieba, dało się dostrzec czarne plamy kraterów.

Wielki skok w ciemność – szepnął filozof. – Ostatnie słowa Thomasa Hobbesa.

Trzaski i szum narastały. Zapadał mrok, wiodąc z sobą niewytłumaczalną grozę. Nancy czuła, że coś zbliża się od strony, z której wschodził księżyc.

– Wejdźmy na drzewa.

Pospieszyli na skraj lasu, nieustannie oglądając się na wypełniającego firmament olbrzyma. Kobieta wspięła się na szeroką gałąź i pomogła Sidowi wejść na drugą. Obserwowali niknący horyzont szeroko otwartymi oczami i wsłuchiwali się w narastający dźwięk, kurczowo obejmując pień.

Wyglądało na to, że w ich kierunku biegnie olbrzymie stado. Na równinie zaczęły pojawiać się błyski światła. Wreszcie księżyc przesłonił cały firmament i kobieta odniosła wrażenie, że satelita zaraz spadnie na ziemię, miażdżąc ich. Nie mogła się powstrzymać i zasłoniła rękami głowę.

Nad jezioro dotarli mieszkańcy planety. W niezrozumiałym pośpiechu pili wodę, umierali pod drzewami, kopulowali w trzcinach. Część świeciła, rzucając blask na nierozpoznawalne istoty, zdające się utkane z cienia. Te świetliste przypominały kształtem wielkie koty, zgarbione psy, ptaki o długich szyjach, futrzaste ośmiornice i nagie małpy. Te cieniste, gdy padało na nie światło, wyglądały niepokojąco humanoidalnie.

Stworzenia niedługo zabawiły nad jeziorem i pędem ruszyły dalej. Były ich tysiące. Sid i Nancy nagle poczuli się senni; jednostajne tąpnięcia łap, nóg i kopyt zadziałały jak hipnoza. Kobiecie zdawało się, że przymknęła powieki tylko na moment, a tu już trwał zielonkawy dzień i nic nie mąciło ciszy.

Podniosła rękę i przetarła oczy. Okazało się, że skóra ją piecze, a w zetknięciu palców z twarzą wyczuwalna jest chropowatość i tkliwość. Spojrzała na swoje dłonie i krzyknęła. Sid, ocknąwszy się gwałtownie, spadł z drzewa. Nancy skoczyła za nim i przyglądała się to jemu, to własnemu ciału.

Z zewnątrz postarzeli się o kilkadziesiąt lat. Kobieta była przekonana, że czuje się tak jak wczoraj, jakby jej organy wciąż miały dwadzieścia dziewięć lat. Skóra natomiast stała się pomarszczona i wysuszona, straciła niemal całą elastyczność, w dodatku mieniła się obrzydliwym, zielonym połyskiem. Włosy pojaśniały i przetkała je siwizna. Sid miał mętne, pokryte kataraktą oczy, szarożółtą, obwisłą twarz, jęczał też, trzymając się za nogę. Rana okazała się zaropiała, pełna zrostów i odstręczających narośli, a mężczyzna był rozpalony.

Nancy posłała dwóm słońcom nienawistne spojrzenie.

– Światło jest toksyczne. Dlatego cała fauna zapieprza po planecie pod tarczą księżyca.

Poczuła, jakby ktoś wbił spojrzenie w jej kark. Odwróciła się i w leśnej gęstwinie zobaczyła dobrze już znane, pomarańczowe światło portalu. Sid też się w nie wpatrywał, choć wzrok miał mętny.

– Ten zgniły świat nas nie chce – wystękał. – Daliśmy się pokonać. Nie zrozumieliśmy na czas.

– No i świetnie! Idźmy stąd, zanim zaczniemy wyglądać na stulatków.

Pomogła wstać filozofowi i powlekli się do portalu. Rzucili ostatnie spojrzenia na szmaragdowe gwiazdy, przeszli przez dokuczliwy chłód i…

 

…znaleźli się przed niebotyczną, pulsującą rośliną. Miała setki lekko drżących macek i wydawała z siebie jęk podobny ludzkiemu, przepełniony rozkoszą. Zdawało się, że podłoże, na którym stanęli podróżnicy, splecione jest z jej korzeni, a sklepienie z listowia pełnego purpurowych żyłek. Nie zdążyli dobrze się rozejrzeć, gdy przestrzeń rozdarł krzyk. Nancy chwyciła mocniej Sida i ruszyli w kierunku, z którego dobiegał wrzask.

Potężnie zbudowana kobieta o rozwichrzonych blond włosach darła się wniebogłosy. Walczyła z czymś na roślinie, jakby przezroczystą naroślą, w której tkwił mężczyzna o azjatyckich rysach. Wyglądało na to, że istota złączyła krwiobieg schwytanego z własnym, wewnętrznym systemem, wpuszczając zielone kanaliki w jego żyły.

Sid i Nancy podeszli ostrożnie do próbującej rozerwać barierę kobiety. Zwróciła na nich uwagę dopiero, gdy filozof osunął się na ziemię i zaczął kląć na nogę, która przybrała fioletowy odcień. Gdy blondynka zamilkła, okazało się, że tkanka wokół pułapki Azjaty… szepcze.

Jest mu tu dobrze. Posłuchaj mnie, Claire. To najwspanialsze miejsce we Wszechświecie. Pozwolę wam rozmnażać się i żyć, otoczę opieką, odgrodzę od niebezpieczeństwa…

– Ludzie! Cudownie – stwierdziła podniesionym głosem Claire, odwracając się plecami do rośliny. – Wyglądacie strasznie, ale i tak jesteście lepszym towarzystwem niż ten chwast. Yori, idiota, dał się wciągnąć. 

– Cóż to jest? – Na twarzy Sida gościły jednocześnie ból i oczarowanie.

– Coś, co podróżowało przez światy, aż samo zaczęło takowy stanowić. Zamiast fotosyntezy zdaje się przeprowadzać inny proces. Twierdzi, że karmi się energią i myślą. I że posiada wszelką wiedzę. – Blondynka zakończyła wypowiedź pogardliwym prychnięciem.

Claire, czemu musisz być taka uparta… Można zostać w ciepłym łonie na zawsze. Nie trzeba miotać się wśród pustych przestrzeni… Narodziny są ewolucyjnym błędem, lepiej wrosnąć. Rozrastać się. Sid, przyjdź do mnie, uleczę cię. Nigdy już nie umrzesz, nie poczujesz bólu…

Yori miał półprzymknięte powieki i uśmiechał się błogo. Powietrze wokół jego pułapki zamigotało, wypełnił je złoty pył. Nancy poczuła zawroty głowy. Claire znów zaczęła wrzeszczeć, na co świetliste drobiny oddaliły się. Sid podniósł rękę, uciszając krzyk.

– Czemu nie chcesz spróbować się z tym porozumieć? Nie używa siły, tylko nęci. To inteligentne zachowanie. – Przyłożył dłoń do najbliższego pnącza. – Czym jesteś, gospodarzu?

Jestem ucieczką do początku. Nazwij mnie pramatką. Lubię przedrostek pra.

– Więcej niż inteligentne – rzucił Sid w stronę towarzyszek.

Żaden świat was nie weźmie. Zostańcie ze mną. Wdrożę was w jedność.

– Jaki masz w tym interes?

Jestem znudzona. Nie postrzegam czasu. Wszystko dzieje się we mnie naraz. Wy dzielicie przestrzeń na obszary. To bardzo miłe. Nie krzywdzę tego, co miłe. Ale jestem jedna, ostatnia. Tylko ja, Sid. Nancy nie wierzy. Nawet jej nie namawiam. Nancy jeszcze nie szuka sensu. Claire poszukuje odkupienia. Nie doznają tu ulgi. Ty tak, Sid. Chodź…

– Czy jest jakiś sposób na wyciągnięcie Yoriego?

Tylko, gdybym go wypuściła. Nie zrobię tego. Ze mną możecie być samorodni. Nie przekonasz do was żadnego świata, Sid. Ten Wszechświat jest doskonalszy niż poprzedni. I umrzesz. Już wkrótce oddasz energię temu, co jej nie chce. Cóż za marnotrawstwo…

– Kim jesteś? – filozof zwrócił się niespodziewanie do Claire. – Z zawodu, z zamiłowania?

– Biotechnologiem wojskowym.

– A Yori?

– To inżynier. Konstruktor statków kosmicznych.

Sid nagle się roześmiał. Nancy od dłuższego czasu patrzyła na niego ze zmarszczonymi brwiami. Sądziła, że jego zachowanie to wynik wysokiej gorączki i właśnie miała zamiar ukrócić te fanaberie, żądając opuszczenia świata.

– Wprowadziłem cię w błąd, Nancy. Panowie źle się wyrazili. Nie chodziło im o zrozumienie świata. Mamy odkryć, jak przetrwać. Jak go podbić. Czy twój towarzysz był ranny albo chory, zanim trafił do kokonu? – znów skierował pytanie do blondynki. Nawet nie spojrzał na swoją towarzyszkę. Claire pokręciła głową.

– Nie ma mowy. – Nancy złapała Sida za ramię. – Ta roślina wabi cię jak muchę. Gada to, co jest dla niej wygodne.

– Potrzebujecie świata z surowcami, by zbudować od nowa technologię – instruował mężczyzna, nie zwracając uwagi na jej słowa. – Od nowa, Nancy! Możecie poprowadzić ją zupełnie innym torem. Nie naśladujcie, dajcie się ponieść. Stwórzcie nowe kody kulturowe. Zróbcie wszystko inaczej.

– Co ty pieprzysz! Nawet nie wiesz czy to coś zgodzi się…

– Już się zgodziłam. Nancy, on kocha mądrość. Ja mam ją całą.

– To bez sensu! – Kobieta ze zdziwieniem usłyszała nutę dziecięcego roszczenia w swoim głosie. Nie miała pojęcia, co się z nią dzieje. Przez pnącza pramatki przeszedł dreszcz podniecenia.

Jesteś więźniem suchych faktów, Nancy. Cóż ty wiesz o sensie…

– Zamknij się już! – krzyknęła rozhisteryzowana kobieta. Yori został wypluty z czułych fałdów rośliny, co wcale mu się nie podobało, sądząc po wręcz groteskowym rozczarowaniu na twarzy. Nancy nie chciała puścić Sida. Filozof wreszcie spojrzał jej w oczy.

– Zobacz, pramatka cię uleczyła.

Rzeczywiście, jej skóra i włosy wróciły do normy. 

– Jestem uwolnieniem od bólu…

– No to ulecz też jego i daj nam odejść!

Coś za coś… Wzajemność…

– Nie idź – poprosiła kobieta. Sid jednak zdawał się nieobecny, jakby słuchał głosu w swojej głowie. Po kilku sekundach otrząsnął się i uśmiechnął do towarzyszki.

– Rozumiem, Nancy. Ja też. Innym razem.

Padł na nią pomarańczowy blask. Ktoś pociągnął ją do tyłu. Macka zabrała filozofa. 

 

Claire wywlokła towarzyszy w kolejną krainę. Nancy zobaczyła kopię Ziemi – zwyczajne słońce, niebo, góry i lasy, choć drzewa były w nich większe niż zapamiętała. Obraz szybko przesłoniły łzy, co wytrąciło ją z równowagi. Płakała i chodziła w tę i z powrotem po polanie, zaciskając pięści.

– Co się ze mną dzieje?! – warknęła w przestrzeń, ze złością ocierając policzki rękawem koszuli. Claire obserwowała ją z uniesionym brwiami, a Yori siedział w trawie ze spuszczoną głową.

– Zakochałaś się – poinformowała blondynka. Nancy prychnęła.

– Raczej byłam świadkiem bezbrzeżnej głupoty!

Prześlizgnął się po nich cień. Spojrzeli w górę i zobaczyli ogromnego orła, który zataczał nad nimi koło.

– Skrzydła rozpięte na jakieś pięć metrów – ocenił Japończyk. – Kiedyś jastrząb porwał mi kota. To bydle mogłoby podnieść mnie.

– Do lasu! – zawyrokowała Nancy, rada, że może wyładować frustrację w biegu. Gdy schronili się w cieniu potężnych koron, Claire zaczęła badać poszycie i korę. Pozostała dwójka przysiadła pod krzewem aronii, której owoce miały rozmiar pomarańczy.

– Więc… jak było w tej roślinie? – mruknęła Nancy, byleby nawiązać rozmowę i nie pogrążyć się w smutku.

Mężczyzna uśmiechnął się szeroko.

– Przyjemnie. Dała mi wytchnienie. Pozwoliła w siebie wniknąć. Wiesz, my tak się nie łączymy. Seks nie ma co się z tym równać.

– Co to w ogóle jest?

– Wyrzutek. Karmi się myślą. Nie zaistniała taka cywilizacja, która zaakceptowałaby fakt, że roślina pobiera od niej całą, wielopokoleniową mądrość. Dlatego tkwi pomiędzy światami i zbiera inne wyrzutki. Widziała wiele interferencji. Jest przekonana, że żaden świat nas nie weźmie. Wciąż to w sobie czuję.

– Bzdura – żachnęła się Nancy. – Musi istnieć dla nas jakiś dom.

– Twój Adam w to nie wierzył, prawda? Inaczej by nie został. Chujowo, że cię zostawił. W końcu dobrano nas na jakiejś podstawie.

Nancy zacisnęła na chwilę powieki, by powstrzymać nową falę łez. Wciąż wypełniał ją miszmasz gniewu i rozczarowania.

– Te drzewa są inne od naszych – rzuciła w ich stronę Claire, tkwiąc nieopodal na czworakach przy poskręcanych korzeniach. – Nasze walczą między sobą, zawiązują sojusze, mają rodziny, żłobki, a nawet Internet pod postacią grzybów. Są i samotniki, ale nie na taką skalę. Tutaj każde drzewo jest nieme i głuche, a w glebie brak jądrowców. Korzenie poszczególnych osobników się nie łączą. To nie jest las. Drzewa nie mają ze sobą nic wspólnego.

– To ma jakiekolwiek znaczenie? – spytał sceptycznie Yori. Kobieta prychnęła.

– Chciałbyś tu przeżyć na czuja, czy może przypadkiem? Pewnie, że ma znaczenie.

– Niestandardowe powiązania – włączyła się Nancy, obserwując to, co wychynęło zza wzniesienia po drugiej stronie polany. – Inna logika ekosystemu. Zobaczcie, orzeł był tylko zwiadowcą. Ptaki i cholernie wielkie pumy zmierzają ku nam, jakby stanowiły zespół. 

Po trawie sunęły cztery atramentowe kształty, a nad nimi szybowały trzy brązowe ptaszyska. Cisza pozostała niezmącona. Drapieżniki poruszały się wprost ku miejscu, w którym zastygli ludzie.

– W głąb lasu i na drzewa. – Claire ponownie złapała towarzyszy za fraki i postawiła na nogi. Yori pokręcił głową, zrezygnowany.

– Bez szans. Spójrz na te potwory. Koty się wdrapią, orły spadną z góry…

– Mówiłam ci już, żebyś nie podważał moich kompetencji – syknęła kobieta. – W NOGI!

Rzucili się w mrok puszczy.

Nancy bolały zatoki i gardło. Przetrwanie straciło dla niej na atrakcyjności. Ale biegła, bo to było łatwe. Po prostu pędzić przed siebie. Gałęzie smagały ją po spuchniętej twarzy, igły bólu wwiercały się w świadomość, ale gnała, wyprzedziwszy pozostałych. Słyszała zbliżający się dźwięk miękkich łap, uderzających o grunt. Usłyszała za plecami natarczywy głos Claire:

– Teraz na drzewa! Wejdźcie do połowy!

Nancy niemal bezmyślnie odbiła się od ziemi i złapała gałęzi najbliższego olbrzyma. Adrenalina pomagała jej wspinać się coraz wyżej. Przystanęła w największej gęstwinie, z dala zarówno od korony jak i podstawy drzewa. Zamarła, przytulona do pnia, i spojrzała w dół.

Lśniące, przerośnięte pumy przebiegły pod nią, jakby zawiódł je węch. Zerknęła w górę; orły także poleciały dalej. Puls kobiety powoli wracał do normy. Czekała, przycisnąwszy ucho do kory; nawiedziło ją nieprzyjemne doznanie pustki.

– Zejdź, Nancy! – usłyszała po chwili łagodne wołanie Yoriego.

Droga w dół okazała się znacznie trudniejsza niż w górę, ale kobieta opadła w końcu na ziemię. Claire śmiała się i błądziła między drzewami, dotykając ich czule.

– One się nie widzą i nie przekazują między sobą informacji. Zwierzęta stają się tutaj tak ślepe, jak one.

– Czyli moglibyśmy tu przetrwać – skwitowała Nancy. – Schronić się wśród drzew.

– Jak małpy – prychnął Yori.

Claire zdawała się zachwycona pomysłem. Jednak nim dała upust swojemu entuzjazmowi, zapłonął przed nią portal. Radość na jej twarzy ustąpiła miejsca rozczarowaniu.

– Nie, zaraz… – Odsunęła się od przejścia, kręcąc głową. – Możemy tu żyć! To pierwszy tak obiecujący świat… 

Nancy przestała czuć się podle. Przetrwać, tylko to się liczyło. Nie żadne sentymenty. Stanęła między towarzyszami i wyciągnęła ku nim ręce.

– Nie zeszliśmy z drzew po to, żeby na nie wrócić, Claire. Chodźmy. I tak nie mamy wyjścia.

– Ten świat nas nie chce – poparł Yori, chwytając jej dłoń. – Zostać oznacza umrzeć. Widzieliśmy to już, Claire. 

– Tak. Irena i Seth – mruknęła kobieta i westchnęła z żalem. – No dobra, trudno. Chodźmy.

Weszli w chłód i płomień.

 

Kamień i szarość. Krajobraz pod zwartą powałą chmur nie składał się z niczego więcej. Przywitał ich martwy świat. Gdy portal się zamknął, ujrzeli dziesiątki ludzi, zgromadzonych w niewielkim kraterze, w którym urządzono prowizoryczną osadę. Wszyscy na nich patrzyli – niektórzy z rozbawieniem, inni ze znużeniem i rezygnacją.

– Nowi. Super. Witajcie na wysypisku. – Ruda nastolatka skłoniła się, po czym zatoczyła ręką półkole. – Oto nasze królestwo, ziemia obiecana przez Panów! Jestem Jasmine.

Łysy mężczyzna z jasną brodą szybko wymienił dziesiątki imion, głównie żeńskich, wskazując na poszczególne osoby. Siebie przedstawił jako Freda. Gdy skończył, spojrzał wyczekująco na przybyszów. Nancy drgnęła i odchrząknęła. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewała.

– Nancy, Claire, Yori.

Jasmine podbiegła do nowo przybyłych kobiet, otoczyła je ramionami i poprowadziła w głąb grupy, nieustannie szczebiocząc:

– Niektórzy siedzą tu od tygodni. Wyjście się nie pokazuje. Próbowaliśmy stąd wyskoczyć portalami, które sprowadzały kolejne osoby, ale kicha, nie dało się do nich wejść. Na początku paliliśmy ubrania, ale szkoda łachów, tutaj ciągle jest ta sama temperatura. Musicie nauczyć się jeść surowe mięso.

– To jest tu jakaś fauna? – spytała z nadzieją Claire. Ruda błysnęła zębami.

– Oczywiście. 

Zza ich pleców dobiegł przeciągły wrzask. Nancy odwróciła się gwałtownie. Fred wbił Yoriemu wyszczerbioną maczetę powyżej łokcia. Dwóch innych mężczyzn chwyciło inżyniera, podczas gdy zbryzgany krwią napastnik usiłował odciąć mu rękę. Rozwścieczoną Claire trzymało już pięcioro ludzi. Jasmine mocno ściskała za ramię oniemiałą Nancy.

– Przecież nie będziemy się trzymać z żółtkiem – wyjaśnił Fred, przekrzykując Yoriego. – Od dwóch dni nikogo nowego nie było, więc zjedliśmy całego czarnucha. A temu dziś ciachniemy ręce, jutro nogi…

– Pojebało was, wy chore skurwysyny! – Claire dzielnie próbowała się wyrwać; przytrzymywało ją już siedmioro osadników.

– Proszę, idź na to pustkowie, poszukaj innego pożywienia! – zakpił oprawca. – Nie zabijamy kobiet i nie mamy zamiaru was więzić. Uspokoicie się, to możecie albo zjeść z nami, albo iść w cholerę.

– Zabiję was, zatłukę… – warczała Claire. Jasmine zwróciła się do Nancy:

– Przemów jej do rozsądku albo ją wypędzimy. Chyba że chcesz iść z nią, wtedy wyprowadzimy was obie w las skał.

Nancy jeszcze raz zerknęła na Yoriego, który zawisł bezwładnie w rękach tubylców, pozbawiany właśnie drugiej kończyny. Spojrzała w oczy towarzyszki.

– Myślę, że sobie pójdziemy – oznajmiła cicho, ale zdecydowanie. Fred kiwnął głową. Nowo przybyłych przeszukano, po czym dziesięcioosobowa drużyna opuściła obóz, wlokąc ze sobą furiatkę i prowadząc zasępioną Nancy. Misja zasiedlenia nowego Wszechświata zdawała jej się coraz bardziej karkołomna, niedorzeczna, a nawet groteskowa.

– Gdybyś się zdecydowała, możesz do nas wrócić – usłyszała przy uchu szept rudej. – Widać, że jesteś rozsądniejsza. Panujesz nad sobą. Szkoda, żebyś umarła, za towarzyszkę mając tylko ją. – Wskazała na Claire, która właśnie ugryzła w nos krótko ostrzyżoną szatynkę.

– Przemyślę to.

Marsz trwał jakieś pół godziny. Wkrótce zagłębili się w wielkie zbiorowisko skał, poprzecinane strumykami wody. Czas jakiś kluczyli, aż zatrzymali się przy niewielkiej sadzawce, usytuowanej w pierścieniu wysokich, gładkich kamieni. 

– Tutaj was zostawimy. – Jasmine przyszpiliła Claire wzrokiem. Była dwa razy mniejsza od niej, ale spojrzenie miała harde. – Pozwól nam wrócić do obozu. Przeżyj żałobę. Jeśli pragniesz zemsty, lepiej obmyśl ją dobrze.

Blondynka splunęła, ale nie poruszyła się, gdy osadnicy puścili ją i odeszli. Po kilku minutach zapadła uciążliwa cisza, lecz kobiety jeszcze długo jej nie przerwały. Nancy nie potrafiła myśleć o stratach, które poniosła w tak krótkim czasie. Była wykończona; uklękła przy sadzawce, napiła się i obmyła twarz.

Nagle parsknęła śmiechem. Rżała przez chwilę, trzymając się za brzuch i nie mogąc przestać. Claire zwróciła w jej stronę spuchniętą od płaczu twarz.

– Woda! – wykrztusiła Nancy. – Zamiast kąpieli, bąbelków, toników oczyszczających pory, kremów na zmarszczki, zamiast wina i kawy pieprzona woda!

Towarzyszka też wybuchnęła śmiechem. Gdy zabrakło im sił, przestały rechotać i znów zapadła cisza. Nancy ułożyła się pod jednym z kamieni i szybko pogrążyła w chaotycznych snach, pełnych pomarańczowych błysków płomieni i dotkliwego zimna.

Nie wiedziała, po jakim czasie się ocknęła. Przez chwilę czuła jedynie wypoczęcie i głód. Dopiero gdy rozejrzała się i napotkała uporczywe spojrzenie Claire, spadła na nią lawina wspomnień ostatnich wydarzeń. Energia ulotniła się, a ssanie w żołądku przybrało na sile.

– Co zrobimy? Yori tam umiera. 

– Spałaś? – zagadnęła wymijająco Nancy.

– W ogóle.

Kobieta rozejrzała się, wspominając wszystkie słowa Sida. Skała i woda. Co powiedziałby o tym miejscu? Co miałaby zrozumieć, patrząc na martwotę wokół?

– Woda jest krystalicznie czysta – podjęła pustym głosem Claire. – Źródła biją wprost z kamienia. Brak oznak życia. Możemy iść dalej, ale co zrobimy, jak więcej nie natrafimy na wodę? Co zjemy? To bez sensu. Równie dobrze możemy umrzeć tutaj. Albo walczyć. Ale jakie mamy szanse z pięćdziesięcioma kanibalami? Zabiją nas i zjedzą. A Yori… Biedak jeszcze żyje…

– Kochasz go? – mruknęła towarzyszka.

– Nancy, jesteś jak nastolatka. Zakochać można się w nieznajomym. Kochać można tylko tego, kogo się zna. Nie wystarczy do tego kilka dni podczas interferencji zasranych Wszechświatów.

– A może jednak wystarczy, Claire – upierała się Nancy, sama siebie nie poznając. Za wszelką cenę chciała dodać towarzyszce otuchy. – Nie mamy już rodzin, domów, przyjaciół. Nawet świata. Jeśli w takich okolicznościach nie można się pokochać, to na co w ogóle to uczucie? Przecież nabyliśmy empatię w toku ewolucji. Żeby przetrwać. To fakt naukowy. Dobrze o tym wiesz.

– Gówno! Chcesz, żebym poczuła się jeszcze gorzej?

– Chcę… żeby to wszystko miało jakikolwiek sens.

– O, widzisz! Przemądrzała roślina, która zabrała ci Sida, bardzo by się ucieszyła, że zaczęłaś szukać sensu.

– A co z twoim odkupieniem? – warknęła Nancy. – Co zrobiłaś?

Oczy blondynki roziskrzyły się.

– Może wynalazłam najnowszą broń biologiczną?

– Najnowszą… Trupi jad? To gówno, które ktoś przekazał Palestyńczykom, a oni wytruli Żydów?

Claire schowała twarz w dłoniach.

– Ja zrobiłam nową, inteligentną trutkę na insekty. Spodziewałam się, jak to może się skończyć, ale byłam taka dumna… Trucizna, którą można zaprogramować na konkretny cel… marzył mi się za to Nobel! Zapoznałam z wynalazkiem przełożonych.  Kombinowali przy nim. Finał znasz.

Tym razem cisza, jaka zapadła, stanowiła dla nich wybawienie. Siwy strop z chmur był idealnie gładki, kamień wszędzie ciemnoszary. Nancy przepatrywała horyzont, próbując znaleźć plamę jakiegokolwiek koloru.

“Panowie źle się wyrazili. Nie chodziło im o zrozumienie świata, tylko tego, jak przetrwać. Jak go podbić”.

– Pójdę do osady – stwierdziła nagle. – Powiem, że chcę się dogadać. Posiedzę z Yorim. Żeby nie był sam wśród tych…

Claire popatrzyła na nią z niedowierzaniem, a potem zwiesiła głowę.

– Idź. Dziękuję.

– Zostań tutaj. Wrócę na pewno.

Podróż zdawała się znacznie dłuższa niż za pierwszym razem. Krajobraz i mdlący głód przygnębiały, lecz kobieta szła żwawo przed siebie i pogwizdywała melodię ojca, którą ten nucił przy pracy. Był uznanym cukiernikiem. Nancy oczami wyobraźni oglądała makowo-pistacjowe rolady, wuzetki oblane karmelową czekoladą, torty bezowe z wiśniami, czekoladowo-waniliowe przekładańce i choć to tylko podsycało łaknienie, czuła się lepiej. Starała się ignorować fakt, że zapomniała większości nazw ojcowskich przysmaków. Najwyraźniej proces czyszczenia śladów po przeszłym Wszechświecie już się rozpoczął, ale starała się na tym nie skupiać. Przypomniała sobie za to, jak matka – chemiczka – pokłóciła się z ojcem i sprawiła, że tort, który ten przygotował na urodziny głowy państwa, wybuchł, mażąc prezydenta od stóp do głów lukrem.

Gdy dotarła do osady, udało jej się obdarzyć tubylców uśmiechem. Jasmine przytuliła ją i zaproponowała kawałek dłoni.

– Nie, dziękuję – odparła Nancy tonem, jakby odmawiała ciasteczek do kawy. – Chciałam porozmawiać z Yorim. Może powie coś, dzięki czemu Claire pogodzi się z sytuacją.

– Niegłupie! – Ruda poklepała ją po plecach. W zębach trzymała kosteczkę. – Twój przyjaciel jest tam, pod rozwieszonym praniem. Tylko bez numerów.

Yori miał już tylko jedną nogę. Kikuty mocno związano i zawinięto w szmaty. Patrząc na niego, Nancy miała ochotę odwrócić się i rozszarpać tyle osób, ile zdąży. Nienawiść walczyła w niej z próbą nadania ich zachowaniu logiki. Gdy wreszcie opanowała emocje i usiadła przed okaleczonym, spojrzał na nią szklistym wzrokiem i skrzywił się, co chyba miało stanowić uśmiech.

– Cześć. Nie przejmuj się, traktują mnie świetnie. Proponowali mi własne palce. I nie jedzą na moich oczach.

Kobieta spuściła głowę i wgapiła się w swoje dłonie. Dobry nastrój prysł.

– Wybacz, że wyciągnęliśmy cię z pramatki. To moja wina.

– Dajże spokój – prychnął Yori. – Sid na pewno jest dla niej lepszym towarzystwem. Ja już nie żyję, Nancy. Wiedziałem o tym, co się stanie, zanim opuściłem pramatkę. Powiedziała mi, jak to się skończy.

– I mimo to… – zaczęła z niedowierzaniem Nancy, ale mężczyzna jej przerwał:

– Tak. Powiedziała, że potrzeba nam więcej wsparcia superpozycji. Dała mi to. – Przez chwilę wykrzywiał usta, jakby szukał w nich czegoś językiem. Siłował się z czymś chwilę, rozejrzał po osadnikach, a potem wypluł na podkoszulek dwa drobne kształty. – Wybacz, że zaślinione.

Nancy chwyciła w dłoń okrągłe nasiona. 

– To z jabłek. Daj jedno nasionko Claire. Wrzućcie je do wody, razem z kroplami waszej krwi. Pramatka twierdziła, że wyrosną na tym miejscu drzewa, choćby wokół był tylko kamień. Pierwsze jabłko, które każda z was zerwie i ugryzie, spełni po jednym życzeniu. Ty masz swoje, Claire swoje. Nie możecie ich sobie zdradzić, bo się nie uda.

– Dobra bajka, Yori…

– Uprzedzę od razu, że interferencji nie da się cofnąć. Ale będziecie mogły przenieść się do innego świata. Takiego, w którym przetrwanie jest łatwe. Który jest piękny.

Nancy parsknęła śmiechem, ale powstrzymała cisnące się na usta komentarze. Czy można było winić człowieka za szaleństwo, gdy znajdował się w takim położeniu? Długo patrzyła mężczyźnie w oczy.

– Zrobię, jak mówisz. Chcesz coś przekazać Claire?

– Daj jej nasiono. To wszystko – odparł bez wahania Yori. Musiał naprawdę wierzyć w to, co naopowiadała mu roślina. Nancy położyła mu rękę na kolanie.

– Mogę to zakończyć – mruknęła.

– Nie. Za późno. Niech jedzą. Niech przeżyją.

– Wrócę jeszcze.

– Nie ma po co. Wkrótce będą musieli wybierać pożywienie spomiędzy siebie. Was zabiją łatwiej, bo z wami nie żyją. Zasadź drzewo. Zjedz jabłko. Ja jestem trup.

– Czemu nie mówiłeś o tym wcześniej? – Mimo wysiłku, Nancy zaczęła się irytować zachowaniem towarzysza. Yori uniósł brwi.

– Spanikowałybyście. 

Kobieta schowała podarunek w kieszonce na piersi i opuściła osadę, informując Jasmine i Freda, że idzie przemówić Claire do rozsądku. Maszerowała, miotana sprzecznymi emocjami. Yori zatruł jej umysł niedorzeczną wizją kwitnącej jabłoni i chciała jak najszybciej zdemaskować jej fałszywość. Łatwo odnalazła Claire, siedzącą tam, gdzie ją zostawiła. Wcisnęła jej w dłoń nasionko.

– Czy to ma znaczyć, że ci skurwiele mają jabłka?

– Yori mi to dał. Po jednym dla każdej. Mamy je wrzucić do wody i skropić swoją krwią. Wyrosną z nich jabłonie, a pierwszy owoc, który zerwiemy i zjemy, spełni nam życzenie. Nie możemy ich konsultować. Tak mu powiedziała pramatka.

Blondynka spojrzała na towarzyszkę jak na wariatkę, po czym cisnęła ze złością pestkę przed siebie. Ta odbiła się od jednej ze skał i wpadła do wody.

– Myślałam, że odcinają mu nogi, nie kawałki mózgu.

– Jeszcze krew! – Nancy zatopiła swoje nasionko i przycisnęła palec do jednego z guzików koszuli, który był niewprawnie wykończony. Ostrym kantem przecięła skórę i zanurzyła krwawiący palec w wodzie.

– Odbiło ci.

– Kropla krwi, Claire, albo sama ci ją utoczę.

– Kompletnie ci odbiło. Ale dobrze, rozumiem. To musiało być traumatyczne doznanie. – Kobieta ugryzła się w palec, strzepnęła posokę do sadzawki, po czym zwinęła się w kłębek na brzegu. – Spróbuję usnąć, a potem pójdę poszukać czegoś, czym rozpierdolę osadę. Szkoda, że nie mam swojej trutki.

– To ostatni ludzie, Claire – odparła Nancy, jak głupia wgapiając się w taflę.

– W takim razie lepiej, żeby ludzi w ogóle nie było. Chrzanić Panów.

– Proponowałam Yoriemu, że go zabiję, ale mi nie pozwolił. Chce, żeby osadnicy przeżyli.

– Nie mów mi, co chce rozczłonkowany człowiek w agonii.

Zapadła cisza. Powoli robiło się ciemno; krajobraz przybierał barwę ołowiu. Nancy podciągnęła kolana pod brodę i patrzyła na niknącą w mroku wodę, choć coraz trudniej utrzymywała ciężar powiek.

Ocknęła się nagle, z policzkiem na chropowatej skale, otumaniona i obolała – musiała spać bardzo długo. Wokół znów panowała jasna szarość. Kobieta zerwała się i obejrzała sadzawkę. Jak można się było spodziewać, żadne drzewo w niej nie wyrosło. Claire gdzieś zniknęła.

Nancy poczuła gorzki zawód i zalała się łzami, myśląc o tym, jaka stała się żałosna. Zawsze racjonalna, wieczna kujonka pewna mocy nauki, teraz była tak bezsilna, że próbowała wierzyć w magię.

Szlochając z twarzą ukrytą w dłoniach, poczuła szarpnięcie za ramię. Rozejrzała się, ale wciąż była sama.

– Ja pierdolę – usłyszała nad sobą głos Claire. Zamarła, przerażona. Świetnie, kolejny świat czymś ją struł i zwariowała…

Jeszcze jedno szarpnięcie i okazało się, że towarzyszka potrząsa nią brutalnie, próbując obudzić.

– Ja pierdolę, Nancy! Jabłka!

Kobieta wreszcie obudziła się naprawdę. Za plecami roztrzęsionej blondynki rosły dwie niskie, rozłożyste jabłonie, splecione konarami, obsypane setkami czerwonych owoców. Nancy otworzyła usta, lecz nie miała pojęcia, co powiedzieć. 

– No, dalej! Słuchajmy szalonej pramatki. Jabłko, życzenie. Bez konsultacji.

Claire podeszła do swojego drzewa i z uwagą wybrała owoc. Nancy dźwignęła się na słabe nogi i zrobiła to samo. Czuła się przy tym o wiele idiotyczniej niż wczoraj, gdy sadziła jabłoń. Wyciągnęła dłoń w stronę dorodnego, błyszczącego jabłka, czując ślinę napływającą do ust.

– Ewa w raju – mruknęła.

– Raczej na pustkowiu. Bez węży. Bez Adama. – Claire zerwała upatrzoną zdobycz. Nancy także. Spojrzały na siebie.

– A jeśli poprosimy o to samo? Zmarnujemy życzenie.

– Wczoraj byłaś wariatką, dziś jesteś wybawczynią. Robimy tak, jak mówił Yori, trudno.

Nancy przyłożyła jabłko do ust. Miała w głowie dziesiątki życzeń. Bajeczna kraina stała na ich czele. Cofnięcie czasu zaraz za nią. Odjęła jednak owoc od warg i wwierciła się w niego spojrzeniem.

Te pragnienia miały poprawić jej sytuację, pozwolić na przetrwanie, przynieść przyjemność. Pragnęła przywrócić do swego boku Sida, bo brakowało jej wsparcia i opiekuna. Chciała dostać się do idealnego świata, by nie czuć już bólu ani zagubienia. Myślała nawet o tym, żeby też znaleźć się w pramatce. Wszystko miało przynieść jej ulgę. A gdyby pomyślała o innych? Nakarmiła osadników, zamiast fantazjować o ich unicestwieniu? Gdyby tak z tej krainy zrobić raj? Albo uszczęśliwić Claire…

Claire. Yori.

Kobieta powstrzymała się przed spojrzeniem na towarzyszkę. To, co miała zamiar zrobić, wydawało jej się miłe, ale lekkomyślne i głupie. Zupełnie jak oczekiwanie spełnienia życzeń po jabłkach.

Ugryzła słodki, cudownie soczysty owoc. Po chwili został skąpy ogryzek, a Nancy rzuciła się na następne jabłko.

– Hej, pani mechapsycholog, bo dostaniesz skrętu kiszek. Przecież tam jest masa błonnika.

Kobieta odwróciła się, nie wierząc własnym uszom. Stał za nią Sid, zdrowy, uśmiechnięty i nawet ogolony. Rzuciła na ziemię jabłka i przytuliła go, oszołomiona. Claire wirowała nieopodal, unosząc w ramionach drobnego Yoriego. Gdy się wreszcie zatrzymała, obdarzyła towarzyszkę szerokim uśmiechem.

– Wiesz, tak sobie pomyślałam, Nancy, że chciałabym, by ludzie byli dla siebie życzliwi. A nie zjadali się i marzyli o cudzej śmierci.

Kobieta odwzajemniła uśmiech, wciąż nie puszczając Sida.

– Fajnie, dziewczyny, macie teraz dwa razy więcej gęb do wykarmienia, dwie małe jabłonki i bandę zdesperowanych ludzi, którzy zapewne zechcą mieć te drzewka na wyłączność. Słaby plan – stwierdził filozof, odsuwając od siebie Nancy.

– Skąd wiesz? Co w ogóle… Ta roślina…

– No właśnie. Żartowałem tylko. Doszliśmy z pramatką do porozumienia. Zobaczyła wielokrotnie, jak bezinteresownie sobie pomagamy, więc też coś dla nas przygotowała.

– Ten zalążek świata jest jej tworem – dodał Yori.

Nancy poczuła ruch pod stopami. Kamień wokół drzew zaczął przekształcać się w ziemię, a ta pokrywać szorstką trawą. Nad jabłoniami błysnął kawałek ciemnobłękitnego nieba. Życie i światło rozłaziło się dookoła, pochłaniając skały i niszcząc sklepienie z chmur.

– Chodźmy w kierunku osady – zaproponował Sid.

Ruszyli niespiesznie, dając naturze się wyprzedzać i rozkoszując dotykiem trawy. To tu, to tam wyrastały z niej znane i obce wędrowcom drzewa, kwiaty, pojawiały się pstrokate owady i głośne ptaki. Nancy śmiała się jak mała dziewczynka, Claire z zadziwiającą gracją pląsała wokół nich. Zobaczyli, że kanibale spieszą w ich kierunku, oczarowani znikąd pojawiającą się przyrodą i czystym niebem. Ale marsz życia jakby natrafił na niewidoczną, kolistą barierę, otaczającą osadę. Ominął ją, pozostawiając jej mieszkańców na martwym podłożu.

Nancy zatrzymała się na granicy i wyciągnęła rękę, którą wyczuła opór. Po drugiej stronie Jasmine i Fred bezskutecznie napierali na bańkę. Mówili coś, lecz żaden dźwięk nie docierał na drugą stronę.

– Trzeba było okazać serce, nie okrucieństwo – warknął Yori, z odrazą patrząc na stłoczonych osadników.

– To kara? – spytała z satysfakcją Claire.

– Raczej lekcja – odparł Sid. – Jeśli w tej pułapce staną się dla siebie lepsi, pramatka ich wypuści. Właśnie “naiwną, dziecinną zdolność do dobra” w nas ceni i twierdzi, że takie gatunki jak nasz nigdy nie przetrwają bez pomocy. 

– A jeżeli nie zrozumieją? – Nancy patrzyła w przerażone oczy Jasmine.

– Pramatka zabierze ich do siebie. Wtedy wreszcie pojmą, ale więcej z niej nie wyjdą.

– Trzeba im pokazać…

– Nie, Nancy. To ich walka. My po prostu… chodźmy dalej. Znaleźliśmy swój świat. Już po wszystkim.

– Ale…

– Taki był warunek pramatki. Ona też musi coś jeść.

Kobieta pozwoliła się poprowadzić wzdłuż bariery. Jasmine szła po drugiej stronie, nie odrywając od niej oczu. Nancy mocniej ścisnęła dłoń Sida i, upewniwszy się, że żaden z towarzyszy nie patrzy, powiedziała bezgłośnie ku rudej:

– Miłość.

Zostawili uwięzionych kanibali i poszli w kierunku wstającego, pomarańczowego słońca.

 

Pramatka przeciągnęła się ostrożnie, prostując macki. Pożarła poprzedni Wszechświat nieco przedwcześnie, ale nie mogła już walczyć z głodem. Zabawiła się mieszkańcami trawionego uniwersum i kazała tytułować się Panami, by nieco odetchnąć przed tym, co teraz ją rozrywało.

Z trudem rodziła nowy Wszechświat. Tym razem nie miała zamiaru inwestować w nic poza agresją i dominacją. Choć uwielbiała obserwować romanse i akty heroizmu, obecnie nie pozwalała sobie na świat, w którym byłyby możliwe. W ostatnim projekcie owe przyjemności zostały zmiażdżone przez mord i zawłaszczanie, i trzeba było zakończyć go przedwcześnie, by ostatnie, zdolne do dobra i miłości gatunki nie zostały odmienione.

Pramatka miała zamiar spróbować z dobrotliwym światem jako następnym w kolejności, jeśli ten surowy i gwałtowny nie wypali. Płodziła nie to, co się jej podobało, a to, co dobrze rokowało. Chciała być też wreszcie należycie hołubiona, a że lubiła pożerać, mieszkańcy nowego Wszechświata powinni wielbić żądzę zniszczenia. Ze światem miłosierdzia musiałaby głodować aż do samego jego końca, by zyskać akceptację. Lub znosić nienawiść. A ta już ją znużyła; to przez nią krążyła, wygnana i wzgardzona, pomiędzy światami, zjadając je i rosnąc, aż w końcu jej głód mógł zaspokoić jedynie cały kosmos.

Doglądnęła uważnie kokonów Sida, Nancy, Claire i Yoriego, a potem znów pogrążyła się w ich wspólnym śnie, łagodząc nim porodowe bóle.

Koniec

Komentarze

Przeczytałam jednym tchem i jestem zachwycona wykreowanym przez ciebie światem, a właściwie światami. 

Z jednej rzeczy się cieszę jeszcze bardziej niż z lektury: z tego, że istnieją młodzi ludzie, tacy jak Ty, Naz, którzy wierzą w potęgę miłości i poświęcenia.

Gdzieś tam było brakujące “się” i coś tam jeszcze wypatrzyłam, ale powiem szczerze – nie chciało mi się przerywać lektury, żeby to wypisywać.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Pięknie dziękuję, bemik. Warto pisać dla takiego zadowolenia czytelnika :)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Oho, Nazulka w dobrej formia ;)

Bardzo dobry początek – plastycznie wymalowałaś uczucie zagrożenia i odpowiednio zachęciłaś do kontynuowania lektury.

Opowieść satysfakcjonująca – mimo długości nie nużyła, kolejne planety były ciekawe, każda wyróżniała się czymś charakterystycznym. Wykonałaś solidną robotę przy researchu, te elementy fizyki chyba nie należą do Twojej wiedzy zawodowej, Naz ;)

Bohaterowie również na plus, chociaż pod względem charakteru nie podobała mi się postać Sida – Nancy cały czas musiała go niańczyć, ratować…

Zakończenie dobre, pomysł na Pramatkę taki “Twój” i całe szczęście, że uwidoczniłaś tę “krwiożerczość” mackowatego istnienia :D Gdyby opko zakończyło się na pląsających wśród kwiatków i motylków ludziach, byłbym zawiedziony ;P

Nasunęły mi się pewne podobieństwa do Interstellar, ale to chlubne porównanie ;)

Stempel jakości należy się zdecydowanie, a może i więcej, sojuszniczko! <3

 

Tyle ode mnie, na koniec szczypta wykonawczego dziegciu:

Dookoła zawirowały purpurowe fajerwerki, odgradzając od zagłady świata, a potem wszystko zniknęło.

“odgradzając ją”?

Ty jesteś inna, cenisz fakty i spokój, więc przechodzę do sedna.

Może “przejdę”? Chyba lepiej by tu pasowało.

przed Nancy pojawiła się pulsująca, czarna kula, w którą powoli wnikał bliźniaczy, lecz niewyraźny kształt, jakby ledwie cień.

Tego za bardzo nie rozumiem, szczególnie “ledwie cienia” :D Że niby, taki blady?

Planety rozsypywały się, Słońca gasły w mgnieniu oka.

Tu właściwie nie jestem pewien… Być może to zupełnie chybiony zarzut, ale czy można użyć Słońca jako synonimu gwiazdy? Nie jest to przypadkiem nazwa własna?

W sumie nie mam pojęcia, ale jeśli jesteś pewna swego, albo ktoś bardziej ogarnięty oświeci mnie w tej kwestii, to będę wdzięczny :D

Choć humanoidalny, było patykowaty; ciało zdawało się przesadnie rozciągnięte, łącznie z twarzą,

“był”

Przyczołgała się do Sida.

Zastanawiam się, czy “podczołgała” nie będzie lepsze. Takie dziwne to słowo :/

Niemniej, tu uwaga z gatunku tych “przesadnie upierdliwych” :D

Obejrzała powierzchnię giętkiego urządzenia. Była gładka, bez żadnych wskazówek.

“wskaźników” byłoby chyba lepsze w tym przypadku…

Usłyszała przed sobą szum, a pod powiekami zobaczyła pomarańczowy blask.

Szum jest raczej cichy, ja bym wywalił to określenie kierunku

Ciebie też tak obrosło?

Dziwnie to brzmi.

– Mógłbyś popłynąć na drugą stronę? Chciałabym się umyć.

Sid westchnął ostentacyjnie, ale popłynął tam, gdzie wskazała.

Powtórzenie

Może odnalazłbym ją w tych twoich samosiewnych algorytmach.

Proponuję zakończyć zdanie znakiem zapytania ;P

Kobieta wspięła się na szeroką gałąź i pomogła Sidowi. Obserwowali niknący horyzont szeroko otwartymi oczami i wsłuchiwali w narastający dźwięk, kurczowo obejmując pień.

Nazulko!!! :D Ależ to śmiesznie musiało wyglądać, gdy siedząc na TEJ SAMEJ gałęzi, obejmowali TEN SAM pień <3

Nie mogła się powstrzymać, by nie schronić głowy pod ramieniem.

Ja też czasem nie mogę się powstrzymać, by nie wsadzić głowy pod pachę <3

Nancy skoczyła za nim i przyglądała to jemu, to własnemu ciało.

“przyglądała się” + literówka.

Skóra natomiast stała się zmarszczona i wysuszona

“pomarszczona”? Zmarszczyć to można, na przykład, freda ;D

Miała setki macek, nieruchomych teraz, jedynie lekko drżących

To w końcu nieruchomych, czy drżących, hmm? :P

Narodziny są ewolucyjnym błędem, lepiej wrosnąć. Rozrastać.

“rozrastać się”

Fred stał za Yorim, któremu wbił nóż w rękę powyżej łokcia.

Jest i wspomniany Fred! :D

Jak dla mnie, słabo skonstruowane to zdanie, do przeredagowania.

(…)zamiast wina i kawy pieprzona woda

Konsekwentnie w stosunku do poprzedniej części wypowiedzi, zakończyłbym wykrzyknikiem ;)

Krajobraz i mdlący głód przygnębiały, lecz kobieta szla żwawo przed siebie

Literówka

Najwyraźniej proces czyszczenia śladów po przeszłych Wszechświecie

“przeszłym”

Patrząc na niego[+,] Nancy miała ochotę odwrócić się i rozszarpać tyle osób, ile zdąży.

Przecinek tutaj, hmm? ;) Jakoś tak mi pasował w rytmie zdania, ale będziesz wiedziała lepiej!

Nancy wzięła w dłoń okrągłe nasiona. 

A nie do ust? To chyba dobry sposób transportowania nasion, skoro Yori tak przekminił ;)

Proponowałbym: “chwyciła”.

Wrzućcie je do wody, razem z kroplą waszej krwi.

Może: “z kroplami własnej krwi”. A przynajmniej liczba mnoga by się tu przydała…

Mimo wysiłków[+,] Nancy zaczęła się irytować zachowaniem towarzysza.

Dziwne zdanie, trochę niezrozumiałe. Może “wysiłku”? A później nie powinien być przecinek?

że idzie przemówić Calire do rozsądku.

Literówka :)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Wojskowi nienawidzi mnie tak samo, jak samodzielności SI.

 

Nancy jeszcze raz zerknęła na Yoriego, który zawisł bezwładnie w rękach tubylców, pozbawiany właśnie drugiej kończyny. – zemdlał? Mało prawdopodobne – to zbyt duży ból.

 

Ogólnie zaparło dech w piersi, choć czasami miałem dość dialogów, zwłaszcza tych z Panami na początku. Pomysł na zakończenie sprawy z kanibalami – “miłość” – wstrząchnął mną :) Świetna końcówka i dużo nienachalnej filozofii.

F.S. - 14.08 - 03.09 - Motocyklowa Pielgrzymka Św. Szczepana - Wrocław - Jerozolima

“tort, który ten przygotował na urodziny prezydenta, wybuchł, marząc głowę państwa od stóp do głów lukrem.“ – mam wrażenie, że nie o marzenia tu chodziło ;)

Wizje światów ładne i plastyczne, chociaż dużo bardziej fantastyczne niż science ;) w szczególności świat z “toksycznym światłem” – chyba najładniej namalowany z najbardziej skopaną fizyką (i biologią;)). Skoro planeta zwrócona jest cały czas tą samą stroną do obu gwiazd, to po kiego wuja całe stado gna w cieniu księżyca (i nie, satelita nie może być większy niż ciało obiegane), zamiast spokojnie sobie leżeć po drugiej stronie planety?

Uuu, a ja myślałem, że tekst jest jednak nieco stabilniej osadzony w science ;P

A jak to jest z tymi “Słońcami”, Bella? Można używać jako synonimu gwiazd? Wg definicji PWN chyba nie, ale brzmi w sumie dobrze…

 

Hehe, przy tym “marząc” też się zatrzymałem, ale po chwili stwierdziłem, że chyba jest ok XD

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Tytuł dużo obiecywał, nasuwał skojarzenia z fizyką, zwłaszcza kwantową. Oczekiwania pozostały niezaspokojone.

Faktycznie, opko drogi. Niezły popis fantazji przy kreacji światów. Ciekawa końcówka.

Jak można wyczuwać rotację? Przecież to kwestia punktu widzenia – wskazówki zegara obserwowane od tyłu, od strony koperty, chodzą przeciwnie do wskazówek zegara.

Jeśli to wszystko było ściemą, to po co fatygować się, urządzać przedstawienie z losowaniem, budować portale dla setki wybrańców? I tak wszyscy lądują w jednym miejscu.

– Rozprężona grawitacja i niezidentyfikowany ciąg powoduje rzut pionowy i brak skupienia w ciałach stałych.

Ale o co chodzi w tym zdaniu?

Potrzebny jest inny rodzaj grawitacji dla wytworzenia tego typu szkieletu.

A jakie znasz rodzaje grawitacji?

marząc głowę państwa od stóp do głów lukrem.

Ortograf.

Babska logika rządzi!

Co do “Słońc” to jeśli jako synonim gwiazd, to widziałabym małą literą.

i nie, satelita nie może być większy niż ciało obiegane

Zasadniczo, Bella, masz rację. Ale tego bym się bardzo nie czepiała. Jeśli akurat obserwator stanął sobie na księżycu (a jest jakiś zakaz?), to będzie mu się wydawało, że planeta lata dookoła niego. Tylko to nie może być nasz Księżyc. ;-)

Babska logika rządzi!

Tu nie zachodzi ten przypadek, bo obserwator jednocześnie obserwuje nie zmieniające pozycji na niebie dwa “słońca” (notabene, wniosek ‘planeta się nie obraca’ też jest nie na miejscu, bo wniosek raczej powinien brzmieć ‘obrót planety jest zsynchronizowany z obiegiem wokół słońc’, chyba, że to miała być planeta trojańska w punkcie Lagrange’a z wymuszonym siłami pływowymi zatrzymaniem obrotu – no ale wtedy satelita by na nią spadł :)).

Brzydki błąd ortograficzny poprawiłam jeszcze wczoraj na telefonie (co było karkołomne), teraz nie mogę spać, to już biorę się za resztę.

 

No przecież napisałam, że S to tutaj mrzonka, więc skąd pretensje? ;)

Bellatrix, pisałam gdzieś w książce o planetach, które nie obracają się podczas ruchu wokół swoich gwiazd i są “leniwe”, a mc takie określenia chyba zostawił.

(Edytka po sprawdzeniu: leniwe planety = nieobracające się, nie wolno krążące, więc ok)

Jeśli chodzi o bieganie pod księżycem, to możliwości mogą być różne (fantastyczne) – może po drugiej stronie też dobiega z czegoś światło (planeta w układzie potrójnym miałaby inaczej, ale opcje jakieś są)? Może tam nie ma wody?

Co do księżyca krążącego wokół takiej planety, czy nie wszystko zależy od barycentrum i precesji? Faktem jest oczywiście, że satelita z definicji jest mniejszy od planety. Ale tutaj w ogóle nie mamy realnego świata. Macka na początku kradnie dwa słońca i to tylko imaginacja, model, jak wszystkie pozostałe światy. Wiem, jak proste jest to rozwiązanie, ale chodziło mi właśnie o ładną i dziwaczną imaginację. Wszystkie światy były rebusami.

 

Finklo, co do sensu całego przedsięwzięcia w starciu ze ściemą: pramatka twierdzi, że zabawiła się mieszkańcami Wszechświata. Ale też niańczyła i zabawiała ich u końca uniwersum. Nie każdy człowiek jest skłonny do dobra i cała szopka była rodzajem selekcji, odłożeniem odpowiedniego materiału na przyszły świat. Mamy w ostatniej krainie połowę wybranych – tylu przetrwało i nastąpiła ostateczna selekcja na agresywnych i altruistycznych – materiał na dwa różne światy. Jak można wyczuć rotację? ;D Jeśli jest gwałtowna, może i można… Jeszcze z “podrasowanym” instynktem. F się pręży. Rodzaje grawitacji, rzuty pionowe itd. – F się kłania.

 

Foloin, miło mi bardzo, o zapieraniu dechu czyta się z radością. Dzięki za ocenę i wskazówki.

 

Sojuszniku, bardzo dziękuję za uważną lekturę. Skojarzenie ciekawe i widzę, co tam za podobieństwa mogłeś zobaczyć, choć sama chyba bym na to nie wpadła (ostatnia część filmu jakoś mi się nie podobała, ale w niej też było podobieństwo – mocne odejście od S). Siadam do łapanki!

 

Edit: Foloin, możesz rozwinąć to z mdleniem? Granice bólu? Kiedy się mdleje, a kiedy nie?

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Naz, istnieje określenie “leniwe planety” – dotyczy ono planet, które bardzo wolno obracają się wokół *własnej osi* (i są stale zwrócone tą samą półkulą do ciała obieganego, tak jak Księżyc w stosunku do Ziemi) a nie wokół gwiazdy (jeśli mc zostawił Ci “leniwą planetę” która wolno obiega gwiazdę, to masz w tekście błąd). Tyle, że taki wolny obrót jest niemożliwy przy posiadaniu dużego satelity, – z fizyki wynika, że ciała niebieskie obiegają środek masy (który znajduje się przy masywniejszym obiekcie). Jeśli z kolei mała planetka miałaby być bardzo masywna (a duży satelita lekki), to planeta by go “wyssała”/zleciałby na nią.

Rozumiem wizję artystyczno-plastyczną, natomiast Count napisał, że widzi science i dobry research, więc zmuszona byłam sprostować ;)

Bo Count się na tym nie zna, a zabrzmiało mądrze ;(

 

W sumie, świadomość, że to wszystko jest raczej nie mającym oparcia w rzeczywistości wymysłem, nie zmniejsza satysfakcji z lektury, jednak… czuję się lekko zawiedziony ;P

Proponowałbym Ci jednak, droga Naz, w tego typu tekstach iść właśnie w stronę Interstellar czy Star Wars – posługiwać się obrazami, a nie “mądrymi” zdaniami, bo z tego nic dobrego raczej nie wyniknie…

 

Szczególnie, że główne walory tekstu leżą głównie w uczuciowości i filozofii :)

 

EDIT: Uwaga Foloina jak dla mnie niezrozumiała. Ból (również jego skala) są subiektywne, gość mógł omdleć, mógł też zachować świadomość… Pod tym względem tekst  jest ok.

Zastanawiałbym się raczej, czy się nie wykrwawi – przed ucięciem ręki Japończykowi, oprawcy powinni fest zacisnąć mu ramię jakimś paskiem, a później wypalić ranę, albo starannie podwiązać naczynia, jednak… nie podałaś za wielu szczegółów, więc jak dla mnie może pozostać jak jest.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Selekcja, powiadasz? A jakie to ma znaczenie, skoro żadne z nich się nie rozmnaża? Zwłaszcza ta większa grupa. Zresztą, nawet gdyby mieli dzieci, to kolejne pokolenia mogą być całkiem inne od rozpłodowców na starcie – dobór naturalny, zajmowanie różnych nisz, mutacje…

No, przyjmijmy, że można wyczuć rotację, niech Ci będzie. A teraz wyobraź sobie, że stoisz na biegunie północnym. Ziemia pod Twoimi stopami obraca się przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. A teraz przenieś się na drugi biegun. Ta sama planeta obraca się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Pytanie za sto punktów: co o ziemskiej rotacji powiedziałaby Twoja bohaterka – w prawo czy w lewo?

Rodzaje grawitacji, rzuty pionowe itd. – F się kłania.

Nawet w F wszystko powinno być logiczne. Jeśli wkładasz bzdurne i bełkotliwe zdania w usta fachowca w swojej dziedzinie, to tylko go ośmieszasz.

Babska logika rządzi!

Dzięki za wyjaśnienie, Bellatrix. Zajrzę do części, gdzie jest o tych planetach, i skonsultuję sprawę, żeby wszystko było dobrze :)

 

Count, jesteś kolejnym, który chyba darował sobie wstęp :P Mówiłam, że na S nie ma co liczyć!  Twojemu rozczarowaniu sam sobie jesteś winny. Porada co do obrazów mądra.

 

Edit: Finklo, ma to sens, żeby jej wypowiedzi nie tylko sprawiały wrażenie fachowych, ale i takie były. ;) Hmmm czy mutacje itp. mają coś do wybierania jednostek skłonnych do poświęceń do jednego świata, a tych poświęcających innych do drugiego? Jeszcze się nie rozmnażają, ale będą.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Przeczytałem wstęp zrozumiałem, że science nie będzie, a później czytam… i science jest! :D

Koniec końców, stwierdziłem, że chodziło Ci o niewielką zawartość w stosunku do całości tekstu ;)

 

Ech, w ostatnich dwóch zdaniach Finkla mądrze prawi… Musisz z tym uważać, by część osób (na przykład ja), nabierze się, ale u innych, bardziej obeznanych, stracisz wiarygodność :(

 

A, jeszcze o tytule miało być. Zapomniałem.

Brzmi fajnie, ale nie jest spójny z zawartością. Prezentowałby się lepiej, gdyby jedno słowo było z nurtu fizyki a drugie – filozofii. Powstałby dobrze korespondujący ze związkiem Nancy i Sida mariaż ;)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Mutacje dają różnorodność, dzięki nim ewolucja dostaje urozmaicone opcje do wyboru. Było kilka teorii wyjaśniających “altruistyczne” geny i chyba żadna nie robiła tego doskonale.

Babska logika rządzi!

A kto kazał wierzyć w to, co mówi Nancy? ;< Dobra, zapamiętam, żeby nie naginać ;)

 

No nie, jeszcze mi będzie filozofię wciskał w tytuł! :P Zastanowię się.

 

Edit: Prawda, co do tych teorii. Tutaj jednak nie może zajść zupełna dowolność mutacji, bo jest zarządca, a życie, wedle zasady z tekstu, jest nie do skopiowania, więc trzeba je przenosić. Dlatego zarządcy raczej zależy na oryginalnym materiale, choć na pewno musi dopuszczać ewolucję.

 

Edit 2: Zlikwidowałam wątpliwe wypowiedzi. Nad rotacją jeszcze myślę, jak to usprawnić. Reszta informacji jest ok.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

 Rzeczywiście trochę fantastycznie, szczególnie przy tych wszystkich niesamowicie wykreowanych światach, ale moim zdaniem umilało to tekst:) Opowiadanie świetne i zakończenie zadziwiające, i trochę straszne ;)

Nie wiem sam, co mi się marzy, jaka z gwiazd nade mną świeci - J.Kaczmarski

Mimo ostrzeżenia w przedmowie, żeby zbytnio nie liczyć na literkę S, nie spodziewałam się, że opowiadanie będzie aż tak baśniowe. Początek tego nie zapowiadał, więc kiedy zaczęła się wędrówka przez kolejne światy – jakkolwiek malownicze i pięknie opisane – byłam zdumiona jej mocno fantastycznym charakterem. Choć podróżnikami uczyniłaś panią mechapsychlożkę i pana filozofa, by przy zmaganiu się z przeciwnościami mogli korzystać z posiadanej wiedzy, a potem dodałaś im towarzystwo równie uczonej pary, to, moim zdaniem, jednak baśniowość i magia dominują w tej historii.

Trochę irytowało mnie, że Nancy i Claire, mimo pewnych słabości, w zasadzie zawsze są dzielne i zaradne, a Sid i Yori popadają w tarapaty. Nie zachwyciło mnie też zakończenie, jasno wykładające dość oczywistą bajkową prawdę, że dobro zostaje nagrodzone, a zło ukarane.

Jednakowoż, mimo powyższych zastrzeżeń, lektura była całkiem przyjemna i odprężająca. ;-)

 

– Czemu sto dwóch oca­leń­ców? – – Czemu stu dwóch oca­leń­ców?

 

Wdra­pał się nie­po­rad­nie na gu­mo­wa­tą ścia­nę i zwa­lił w dół. – Czy istniała możliwość, by zwalił się w górę?

 

Pod nimi pełno było po­dob­nych kadzi do tej, w któ­rej wy­lą­do­wa­li. – Raczej: Pod nimi pełno było kadzi po­dob­nych do tej, w któ­rej wy­lą­do­wa­li.

 

czło­wiek, ste­ru­ją­cy po­two­rem za po­mo­cą ob­lo­dzo­nych lej­ców. – Nie wiem, jak się ma sprawa z potworami, ale w naszym świecie lejce służą do kierowania końmi w zaprzęgu. Jeździec używa wodzy.

 

Zie­mia kwi­tła już w pro­mie­niu jakiś pięt­na­stu me­trów… – Zie­mia kwi­tła już w pro­mie­niu jakichś pięt­na­stu me­trów

 

prze­szła do ko­lej­nej kra­iny.

Wy­szli na brzeg je­zio­ra… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Szy­ko­wa­li na mnie pozew o dzia­ła­nie na szko­dę pań­stwa.Szy­ko­wa­li przeciwko mnie pozew o dzia­ła­nie na szko­dę pań­stwa.

Wydaje mi się, że pozew sporządza się przeciw komuś, nie na kogoś.

 

Ob­ser­wo­wa­li nik­ną­cy ho­ry­zont sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi i wsłu­chi­wa­li w na­ra­sta­ją­cy dźwięk… – Czy nie powinno być: …i wsłu­chi­wa­li się w na­ra­sta­ją­cy dźwięk… Lub: …oczami, wsłu­cha­ni w na­ra­sta­ją­cy dźwięk

 

Na twarzy Sida gościł jednocześnie ból i oczarowanie. – Piszesz o dwóch odczuciach, więc: Na twarzy Sida gościły jednocześnie ból i oczarowanie.

 

Jestem uwolnieniem od bólu… – Zamiast dywizu powinna być półpauza. Ta usterka pojawia się jeszcze dwukrotnie.

 

Pozostała dwójka przysiadła pod krzewem aronii, których owoce miały rozmiar pomarańczy.

Skoro pod jednym krzewem, to: …pod krzewem aronii, której owoce

 

Serce kobiety powoli zwalniało. – Brzmi to fatalnie.

Może:  Serce kobiety pomału zwalniało. Lub: Serce kobiety powoli uspokajało się. Albo: Serce kobiety stopniowo zwalniało.

 

Jak go podbić.” – Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

proces czyszczenia śladów po przeszłym Wszechświecie już sioę rozpoczął… – Literówka.

 

a potem wypluł na podołek dwa drobne kształty. – Obawiam się, że Yori nie mógł niczego wypluć na podołek.

Za SJP: podołek daw. «wgłębienie tworzące się z przodu w spódnicy, w sukni lub w fartuchu przy uniesieniu ich brzegów lub przy siadaniu»

 

Maszerowała szybko, miotana sprzecznymi emocjami. Yori zatruł jej umysł niedorzeczną wizją kwitnącej jabłoni i chciała jak najszybciej zdemaskować jej fałszywość. Szybko odnalazła Claire… – Powtórzenia.

 

oczarowani znikąd pojawiająca się przyrodą i czystym niebem. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, bardzo się cieszę, że lektura – obszerna – była satysfakcjonująca. A niech to, naprawdę, wyszło szowinistycznie względem mężczyzn? :o Ja na to patrzyłam tak, że roślina ich wzięła i to z nimi się dogadała, więc klasycznie wychodzą na opiekunów. Ale faktycznie, tu noga Sida, tu Yori… Może gdyby odwrócić rolami jedną z par, wrażenia by nie było.

Jak tylko dotrę do komputera, zaraz wprowadzę twoją łapankę, dziękuję.

 

Edit: lenah, umknęłaś mi, dziękuję za wizytę! :)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Jeśli w czymkolwiek pomogłam, bardzo się cieszę. ;-)

 

Enazet, dodam jeszcze, że zastanawia mnie postać Jasmine. Piszesz, że jest nastolatką a odniosłam wrażenie, że to właśnie ona w przewodzi kanibalom. To Jasmin wita przybyszów, ona odciąga kobiety, by pozostali mogli zająć się Yorim. Ona sugeruje Nancy, by ta wpłynęła na Claire. Ona grozi wypędzeniem. Choć nie sama, to w końcu ona odprowadza obie kobiety w nowe miejsce i jeszcze rzuca pogróżki.

Kanibale, jak zrozumiałam, to ludzie dorośli, tak mężczyźni jak i kobiety, dlatego dziwna, zbyt wyeksponowana wydała mi się rola małolaty.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Może należy do samca alfa. ;-)

Babska logika rządzi!

Samca alfa nie zauważyłam. :(

Odzywa się tylko jeden łysy z brodą. Wiem, że broda nie czyni mędrcem, ale czy samcem alfa…?

 

edycja

Jestem przekonana, że w opowiadaniu Enazet, żadna kobieta nie należałaby do mężczyzny. Jej kobiety są wolne i samodzielne. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tam chyba dużego wyboru nie było…

Dobra, wiem, że alfowatość to coś więcej niż pierwsze miejsce w kolejności dziobania.

Babska logika rządzi!

Kanibalom przewodził Fred razem z nastolatką. Uznałam, że nastolatka łatwo ulega manipulacji i też łatwo dostosowuje się do warunków, no i jest najatrakcyjniejsza, co postawiło ją w takiej a nie innej pozycji. Kobiet nie jedli z wiadomego powodu – mogą być matkami, a mężczyzna do tego wystarczyłby (teoretycznie) tylko jeden (w dodatku robi się pierwotnie, najsilniejsi samce przetrwają i przekazują geny). To on decydował, kogo, w jakiej ilości i kiedy zjadają. Kiwnął do Jasmine głową, zanim odprowadzono Nancy i Claire, więc to on dał zgodę. Wyszłam z założenia, że kiedy dajemy przestraszonym/wkurzonym babom do negocjacji drugą kobietę, a nie faceta, który przed chwilą kroił im towarzysza, efekt może być lepszy, więc to Jasmine próbuje z nimi nawiązać jakąś więź.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Fred kiwnął głową dopiero wtedy, kiedy Nancy i Claire już podjęły decyzję o odejściu. Wcześniej panoszyła się tylko Jasmine.

Jeśli kanibale też zostali w jakiś sposób wybrani, tak jak bohaterowie opowiadania, to przypuszczam, że byli to ludzie, że tak powiem, z głową. Dlatego zastanawia obecność i tak wysoka pozycja niemal dziewczynki. Co, poza młodością, atrakcyjnością i arogancją było jej walorem?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Może rezygnacja? Trafiają do martwego świata, w którym nic nie ma i muszą zjadać się nawzajem. Może reszta z nadzieją wyczekiwała, aż w końcu ten cholerny portal się otworzy, albo stracili ją i dawali się już tylko karmić? Nie wiadomo, co tam się dokładnie działo, nim przybyli bohaterowie. Może przewodził ktoś inny, może poszli na wyprawę, próbowali coś wytworzyć, trzymać się jakiegoś kodeksu, może się skłócili i porozdzielali. Finalnie tkwią razem, bo nic innego zdaje się nie mieć sensu. Głód na pewno miał na nich wpływ, podobnie jak doświadczenia ze światów (światy-rebusy pobudzały do pewnych odruchów – a jeśli u większości pobudzały odruchy agresji i dominacji, nie jak u bohaterów?). Kogo jeszcze zabili? Może Fred zabił oponentów i nakarmił nimi resztę, na co ta stwierdziła, że lepiej siedzieć cicho? 

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Przyjmuję Twoje wyjaśnienia, choć nie czuję się w pełni przekonana. Nie da się jednak ukryć, że to przecież Twoje opowiadanie, Ty stworzyłaś wszystkie światy, więc niech dzieje się w nich tak, jak wymyśliłaś. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A ja dziękuję za dyskusję, bo zawsze logika świata jest filarem i trzeba się nad takimi rzeczami zastanawiać. I następnym razem zwrócę uwagę, żeby motywy i hierarchie były wyraźnie ugruntowane ;) I wyważone parytety.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie znalazłem żadnego brakującego przecinka, ale w moim wypadku to jednak chyba nie jest jakaś poważna rekomendacja ;-)

A tak na serio to mnie akurat skojarzyło się najbardziej z twórczością Dicka – tak z głowy nie pamiętam tytułu, ale była taka książka gdzie grupa ludzi była uwięziona w kolejnych swoich wyobrażonych światach. dawno nie zaglądałem do jego twórczości, więc trudno mi powiedzieć dlaczego jeszcze, ale jakoś tak ogólnie Dickowo. Może te damsko-męskie relacje, może sposób prowadzenia narracji a może ktoś wie lepiej dlaczego mi się tak kojarzy…

A tak podsumowując – jesztem zdecydowanie na tak – dawno nie czytało mi się nic tutaj tak dobrze. Normalnie jak zacząłem na okienku w szkole miałem problem, żeby nie zaglądać w czasie lekcji ;-)

Czyżbyś miał na myśli “Ubika”?

Babska logika rządzi!

Stojące kilka metrów dalej stworzenie przypominało kształtem parzystokopytne zwierzę,

Skąd Nancy wiedziała, że zwierzę jest parzystokopytne? Nie określiła jego gatunku, a ponadto podział na parzysto– i nieparzystokopytne jest baaaardzo gruby i w sumie zamyka się na liczbie rozwiniętych palców kontaktujących się z podłożem. Wątpię, żeby w takiej sytuacji Nancy liczyła, czy to, co przed nią stoi, ma jeden, dwa, a może trzy palce u racicy. :D

 

Ziemia kwitła już w promieniu jakiś piętnastu metrów

A nie “jakichś”? Jakiś metr, ale jakichś metrów.

 

Zgrzytnęło mi na początku, gdy Nancy zamiast spodziewanej śmierci, dostaje drugie życie i spotkanie z Panem, że jej stosunek jest taki bardzo nonszalancki. Z tego, co zrozumiałem, to na samym początku mieszkańcy umierającego świata nie wiedzą o “programie przesiedleń”, że się tak wyrażę :p i odbierają to, co się dzieje, za wolę bóstw. No więc spodziewałbym się, że Nancy będzie choć odrobinę wystraszona, powściągliwa i wycofana, a nie bezczelnie będzie pyskować do tworu, który, według jej ówczesnej wiedzy, zdołał zniszczyć cały jej poprzedni świat, a nie wytłumaczył jeszcze, o co chodzi. To niuans, ale mam nadzieję, że wiesz, do czego piję. ;)

Całość mi się spodobała. Światy ciekawe, druga połowa tekstu wydała mi się bardziej wciągająca niż pierwsza. W pewnym momencie poczułem się nieco znużony tą piękną, ale trochę zmierzającą donikąd wędrówką. Niektórzy wyżej narzekali na finał, z tego co widziałem, ale chociaż prosty, to jak dla mnie, pasuje do całości.

Pozdrawiam!

Nie wiem czy to wstyd, ale nie czytałam Dicka. Jak powiecie, że wstyd, to niechybnie przy następnej wizycie w bibliotece go wezmę. Elvisie, komentarz – miód na moje serce.

 

Jasna strono, jakichś już poprawiłam po komentarzu Reg, musiałeś trafić do tekstu, zanim dorwałam komputer. Z parzystokopytnym racja, palnęłam, a chodziło mi po prostu o cztery nogi. Modyfikuję. Co do Nancy, która nie jest wystraszona – pyta o to “Panów”, a oni na to, że zmodyfikowali jej mózg, żeby interferencja szła gładko. Potem się to jeszcze pojawia w toksycznej krainie – Nancy mówili, że czuje ten wpływ, że mniej się zastanawia, a więcej działa. Dziękuję za lekturę, doceniam z racji obszerności i cieszę się, że znużyło tylko trochę ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Parzystokopytne wystarczy zamienić na kopytne i będzie cacy. ;)

I nie uważam lektury za nużącą, wręcz przeciwnie. Zwróciłem jedynie uwagę, że jak na 60k znaków, trochę zabrakło mi wnoszącej coś do fabuły akcji. Ale niewiele. Pewnie tak ględzę, żeby ględzić. :D

Finklo – sprawdziłem – chodziło mi o "Oko na niebie"

A, to nie znam.

Babska logika rządzi!

Dick (w lepszych momentach) był naprawdę plodnym pisarzem. A że miałem dość dobrze zaopatrzoną bibliotekę w czasach liceum i na początku studiów zaczytywałem się jego twórczością.

Nie chodziło im o zrozumienie świata, tylko tego, jak przetrwać.

Tylko o to? Chyba że nie rozumiem zdania…

Dobra, przy powtórzeniu zrozumiałem. Ale daję znać, że w tym miejscu poczułem się zagubiony. 

 

Nie zeszliśmy z drzew po to, żeby na nie wrócić, Claire. Zrobiliśmy to, by dosięgnąć gwiazd.

Paulo Coelho by się nie powstydził ;)

 

mażąc głowę państwa od stóp do głów lukrem.

Głowę głowy państwa? ;D Ogólnie cała retrospekcja z wybuchającym tortem zalatuje slapstickiem. 

 

Ale te wskazane ewentualne rzeczy do poprawki to tak naprawdę odwołanie się do treści opowiadania, by móc je nominować :D 

Przeczytałem z przyjemnością. Fajne, trochę odjechane SF. Początek dobry, mocny. Scena rozmowy z obcym chyba najsłabsza (co nie znaczy, że jakaś zła, po prostu reszta była lepsza). Potem coraz lepiej. Podobały mi się pomysły na różne światy. Bohaterowie faktycznie tacy nierozbudowani, ale byli ok. Rozwiązanie z nasionami, życzeniami, drzewem – super. Językowo bez szału, ale nie mówię tego jako zarzut. Wszystko przyzwoicie, po prostu nie ma magii w samych słowach. Za to jest “magia” w historii, obrazach, oryginalności. 

Myślę, co mógłbym zaproponować, żeby opowiadanie wprost powaliło na kolana, ale nic nie przychodzi mi do głowy, bo też czytałem dla przyjemności, a nie z zamiarem wymądrzania się na temat technikaliów jak przy betowaniu ;)

Na koniec się jeszcze przyczepię: tytuł słaby. Dwa mądre słowa. Wiem, że mają swoje uzasadnienie w tekście. Ale po prostu w księgarni ominąłbym wzrokiem. A gdyby nie Twój wyjątkowy nick, to na widok “Superpozycja i interferencja” (albo na odwrót…) przewróciłbym oczami i pomyślał coś nieładnego. 

No dobra, ale żeby zakończyć na plus to jeszcze raz powiem, że mi się podobało. Idę nominować. 

 

Przypominam o tej możliwości także innym. Na przykład dyżurnym. Na przykład takim, którzy wystawili szóstkę i mają nick brzmiący FoloinStephanus. 

Mnie z kolei tytuł przyciągnął, ale widząc go liczyłam na sci-fi w wersji hard i się ciut rozczarowałam ;)

 

Olbrzym odpalił nowego papierosa od kiepa w ustach. – Tak się nie odpala, pokombinuj. ;)

 

Zaprezentowałaś ciekawe wizje innych światów, choć odnoszę wrażenie, że bardziej fantasy niż science. Z całego opowiadania najbardziej podobały mi się fragmenty, kiedy opisywałaś świat pramatki. W tamtych miejscach momentami coś fajnie zagrało, potem to pojawiło się jeszcze przy opisywaniu jabłoni, a reszta to fajna fabularna historia – raczej fantasy. Ogólnie czytało się przyjemnie, ale Mostu na rzece Chan nie przebija. A, i jeszcze: chłopaki wyszli w tym wszystkim fatalnie – mimozy pierdoły jakich mało. ;)

 

I jeszcze taka sprawa (widzimisię) – przykład zdania:

Napis płonął czerwienią na sinym niebie, a niepokój tłumu rósł. – nie mam przekonania, że umieszczenie dwóch kolorów i emocji (choć emocji nie wywołujesz, bo to tylko słowo mające pewne znaczenie, a nie wywołujące emocję) w tak krótkim zadaniu, daje jakikolwiek efekt – jak dla mnie zerowe wrażenia, a nawet miszmasz.

A, zapomniałem dodać, że też zwróciłem uwagę na tę przewagę kobiecych charakterów nad męskimi. Ale patrząc na nowe “Gwiezdne Wojny” i “Grę o tron”, chyba nie powinno się czepiać ;)

Wiecie, to zabawne, ale kiedy męskie charaktery dominują nad kobiecymi, czepiam się tylko ja (i jeszcze inni czepiają się mnie, że się czepiam), więc wnioskuję, że do stereotypu przyzwyczajenie jest i akceptacja, a jak go odwrócić, to w oczy kole więcej osób :P Mogę wręcz zrobić z tego badania i użyć w pracy doktorskiej…

 

Fun, dzięki za opinię i nominację. Kolejne zarzuty do tytułu, chyba naprawdę muszę z nim coś zrobić. Wszystkie porady cenne. Proszę, po kątach rozstawiasz dyżurnych! ;D Wojowniczy charakter. A Foloin wciąż mi nie wyjaśnił, co z tym mdleniem.

 

Blackburn, jedyne co żałuję, że za Most nie mam piórka ;< Dziękuję za odwiedziny i wskazówki.

Wrócę z uczelni, to poprawię. I może wymyślę, co z tym tytułem.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Naz, zwróć uwagę, że mi nie przeszkadza dominacja kobiecych charakterów. Nawet wcześniej tego nie zauważyłem – nie porównywałem, które charaktery dominują. Napisałem tylko, że faceci są pierdołami w tym opowiadaniu – co trzeba czytać tak, że te postacie w opowiadaniu mi się nie podobały. Oczywiście takie postaci mogą występować w tekstach, ale wtedy dobrze dać im jakieś inne atuty – żeby zainteresowały czytelnika.

Wiem, Blackburn, moja wypowiedź dotyczyła sumy komentarzy nawiązujących do pierdołowatości facetów i dominacji kobiet. Kilkoro zwracających na to uwagę użytkowników kontra ja samotna, zwracająca uwagę w odwrotnej sytuacji :P Chociaż czasem zdarza się, że ktoś mnie wesprze.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Kombinatoryka z interferencją:

Adam, Ewa i interferencja Wszechświatów

Macka interferencji

 

Kombinatoryka mitologiczna:

Nowe Ewy, Nowi Adamowie /ew. liczba pojedyncza

Zrozumieć raj

Drzewo szeptów

 

Kombinatoryka filozoficzna:

Nie mam kompletnie pomysłu, ale sojusznik chciał coś z filozofią…

 

Jakbyście mieli chęć, wspomóżcie, w którą stronę tytuł mógłby iść.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

“Zrozumieć raj” nieźle brzmi.

Babska logika rządzi!

“Raj zrozumiany”

“Drzewo poznania wszechświatów” 

“– Zjedz jabłko, Ewo – powiedział Adam”

Może Cię coś zainspiruje :D

A jeśli miałbym wybierać z Twoich, to “Nowe Ewy, nowi Adamowie”. 

Raaanny, chyba się trochę pogubiłaś, Nazulko ;(

Wspomniałem o tytule, jednak nie pod kątem zmiany… Tak bardzo w opublikowane dzieło innego autora nie zwykłem wnikać ;P

Przyznać jednak muszę, że po usunięciu tych elementów “science” opko rzeczywiście opłacałoby się nazwać inaczej, a i tag zmienić na fantasy…

Mnie również “Zrozumieć raj” chyba najbardziej pasuje. “Drzewo szeptów” brzmi czadowo, ale słabo odnosi się do treści, zaś “Macka interferencji”… Hahaha :D Toś mnie serdecznie ubawiła, frywolna sojuszniczko :D Trochę jak inspirowany Lovecraftem horror klasy C ;)

“Nowe Ewy…” też fajne, choć, moim zdaniem, zbyt dosłowne.

 

Jeszcze słówko odnośnie zarzucania “pierdołowatości facetów” ;)

Wydaje mi się, że dużo ludzi o tym wspomina, gdyż dla Ciebie samej jest to ważny aspekt, Nazulko. Zwracasz na to uwagę w innych tekstach, stąd przekonanie, iż sama nie chciałabyś w ten sposób postponować* którejś płci ;)

A inna sprawa, że cipka z tego Sida wyszła i tyle. Ja żem myślał, na Twoim chociażby przykładzie (haha, trochę wazelinki, coby argument trafił ;) ), że filozofowie to jednak silniejsze charaktery, mocniejsze osobowości…

Mam zarazem gorącą nadzieję, że nikt o tym nie wspomina “z zemsty”, w takim przypadku z pewnością zażądałbym od niego satysfakcji, ha! :P

 

 * – Ach, ostatnio zdecydowałem się zabrać za “Szubienicznika” Piekary i nie dość, że cały czas mam ochotę żreć bigos, kapłony, żłopać winko i miód, to jeszcze na mowę mi się rzuca… XD

 

 

Fun – Powiedz, bom ciekaw. Czy Ty, jako autor, chciałbyś by inni ludzi wymyślali nazwy dla Twoich opowiadań? Domyślam się, że raczej nie i wierz mi – nie stanowisz wyjątku :)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Count, nie chciałbym, ale Naz jasno napisała: “Jakbyście mieli chęć, wspomóżcie, w którą stronę tytuł mógłby iść.” No to rzuciłem trzy propozycje i napisałem, że dalej może kombinować. Może opacznie zrozumiałem prośbę. Ale mi czasem pomaga, jak ktoś coś proponuje, a ja z tego adaptuję pomysł na swoje potrzeby. 

Prośba o pomoc dotyczyła raczej sugestii odnośnie “kombinatoryki” oraz wskazanie najlepszej opcji, daleki jednak jestem od krytykowania kogoś, kto w dobrej wierze wspiera mą sojuszniczkę.

 

Fajnie, żeś przeczytał opowiadanie pomimo długości. Z tekstami Naz czas spędza się bardzo przyjemnie – mnie tylko wstyd, że nie znam jeszcze Mostu na rzece Chan ;(

Akurat, gdy go publikowała, trwałem w swym zimowym śnie…

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Tytuł jest ważny, ma być trafiony w punkt. Jak rzadko do tytułu są zastrzeżenia, więc jestem skłonna go zmienić. Tytuł to chyba nie jest sacrum, zwłaszcza jeśli nie siada :P 

 

Sojuszniku, filozofowie to w wielkiej mierze aspołeczne dziwaki. Jak na wykład Schopiego nikt nie przyszedł, a wszyscy poszli do Hegla (Schopi sam tak ustawił zajęcia), wziął się obraził i przestał nauczać. Zajmują się całkowitą abstrakcją i często nieżyciowość to ich domena, chyba że są interdyscyplinarni, podróżują itp. Sid to trochę jak Sokrates, łazi, gada, rozmyśla, a jak ma styczność z rządzącymi, podkłada się i daje zjeść.

 

Co do tagu – mimo wszystko jestem przekonana, że to nie jest ani czyste fantasy, ani czyste SF, ale wolę drugi tag. Elementy SF – przyszłość, technologia, kosmici, eksperymenty społeczne z perspektywą moralną, eksperymenty z czasem i interferencja Wszechświata. Elementy f – baśniowa podróż, biblijna mitologia.  Pramatka chyba jest na pograniczu. Brakuje przeszłej perspektywy, wyraźnego antagonizmu (dobro-zło)…

 

Edit: Most polecam z całego serca <3

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Początek jak dla mnie najsłabszy na tle całego tekstu (co nie znaczy, że słaby;)). Dość opornie się go czytało. Właściwie dopiero od momentu wędrówki Nancy i Sida przez światy historia mnie wciągnęła. Postacie ciekawie zarysowane, światy intrygujące – fajnie, że w stosunkowo krótkich fragmentach udało ci się zarysować je wyraziście. Lubię charakterne i zaradne bohaterki, więc postać Nancy przypadła mi do gustu. Sid na początku troszkę mnie irytował, ale, że budujesz postać konsekwentnie wraz z rozwojem historii, nie zgrzytało. Najsłabiej w moim odczuciu wypadła Claire, ale myślę, że jest to związane z faktem, iż przypadło jej w udziale znacznie mniej “czasu antenowego”. No i może dlatego, że nie lubię wydzierających się wniebogłosy blondynek :P.

Co do słów wstępu, ja bym tego tekstu nie zakwalifikowała jako opowiadanie drogi; nie zauważyłam żeby bohaterowie przeszli jakąś wewnętrzną przemianę (i to nie jest zarzut). Owszem, Nancy się zakochuje, lub myśli, że się zakochuje, ale jest to raczej wynik wspólnych przeżyć oraz arbitralnego doboru Ewy i Adama, a nie zmian, jakie w niej zaszły. Dla mnie jest to raczej wariacja na temat toposu “życie jest teatrem”, szczególnie biorąc pod uwagę zakończenie.

Warsztatowo – tu i ówdzie jest nieco chropowatości i niezręcznych sformułowań, w którymś miejscu pojawia się teraźniejszy czas narracji, czasem jakiś przecinek się zapodział. Ale, że doświadczenie czytelnicze zaliczam do jak najbardziej udanych, nie chciało mi się go przerywać, żeby te drobne usterki wynotowywać.

Jeśli chodzi o element science – przyjęłam, że w przedstawionych światach obowiązują takie a nie inne zasady fizyki i nie doszukiwałam się błędów czy nielogiczności. Informacje “naukowe” w opowiadaniu są spójne w obrębie świata przedstawionego i mnie, jako czytelnikowi, to wystarczy. Pewnie gdybym była astronomem bądź fizykiem patrzyłabym na tę kwestię inaczej ;)

Co do tytułu – ani nie zachęcił, ani nie zniechęcił. Choć rzeczywiście chyba nie do końca oddaje to, o czym jest opowiadanie. Ja bym pewnie połączyła w tytule element science z elementem bardziej nawiązującym do treści opowiadania. O ile interferencja jest w tekście opowiadania dość wyraźnie obecna tak superpozycja już niezbyt, dlatego jeśli już miałabym się pozbyć jakiegoś członu to superpozycji. Zawsze też możesz dodać podtytuł. Coś w stylu Interferencja i superpozycja. W poszukiwaniu światów/raju.

 

"Punctuation is used to indicate delivery, not to conform to the rules of grammar". Sarah Kane

Jeśli chodzi o tytuł to mam swoją propozycję Adamy i Ewowie

Rzeczywiście baśniowo, po tytule, tagach i początku (który przypadł mi do gustu bardzo, pierwszy kontakt, zagłada planety/wszechświata, wybieranie przedstawicieli gatunku, to wszystko miłe mi motywy) spodziewałem się kosmicznej przygody w bardziej klasycznym stylu. Sprawnie napisane, ciekawe pomysły i odpowiedni stosunek ilości dialogów do opisów. Ten ostatni wniósł dużo, czytało się płynnie, a zaciekawienie nie uleciało mimo braku większej akcji. Nie przemówili do mnie tylko bohaterowie, nie umiałem ich polubić. Kwestia preferencji.  

 

Hegel? Schopenhauer?

No to wykształconych, doświadczonych wykładowców niejedna uczelnia by Ci pozazdrościła! ;D

 

A Sokratesa to akurat jednego kojarzę. Pracujący w Żabce kumpel tak gościa nazwał…

Był to jegomość ubogi, pełen jednak egzystencjalnego sznytu oraz prezencji przywołującej na myśl właśnie greckiego filozofa. Co prawda w niektórych kręgach ów myśliciel mógł być określany mianem kloszarda, jednak kumpel widział w nim człeka pełnego większych idei oraz marzeń wykraczających poza butelkę Harnasia, którą regularnie, co kilka godzin, gdy tylko uzbierał drobne, wymieniał na świeżego browca.

Sokrates, poza tym, że dzielił się z kumplem własną wiedzą o świecie oraz trafnymi spostrzeżeniami, próbował również naciągnąć “kierownika” na darmową butelczynę, tudzież turlał owe “piwerka” po sklepowej podłodze, budząc tym zdegustowanie pozostałych klientów.

Wiele cennych, unikalnych wspomnień zdobył kolega obcując z tymże człekiem, historia jednak zakończyła się niedługo później, gdy to Sokrates oznajmił, iż czas mu wybywać na północ, nad morze. Zapragnął on kojącego szumu fal, ciepła grzejącego skórę słonecznego blasku, wreszcie – przyjemnego ciężaru puszek, które wypełnione w pewnej mierze piaskiem, podczas sprzedaży pozwalały zdobyć kilka dodatkowych “zaskórniaków”. 

 

Historia owa może nie ma wiele wspólnego z filozofią, jednak zawsze wprowadza mnie w rozrzewnienie, gdy ktoś pomni imię Sokratesa :D

 

Most z pewnością przeczytam, Naz, podobnie jak inne Twoje opowiadania. Szkoda tylko, że nie mam ich w formie tomiku, poszłoby sprawniej… ;)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Count, ależ to wypisz wymaluj drugie wcielenie Sokratesa! :D

Właśnie, chyba czas zacząć naśladować innych i robić kilka wersji tekstów (pdf itd.), które będą gdzieś gromadzone.

 

dogsdumpling, w opowiadaniu drogi chodziło raczej o podróż niż przemianę. Przynajmniej na pewno o to chodziło djowi. Super, że wciągnęło, mimo wskazanych mankamentów (cenne rady, jak zwykle zbieram sobie wszystkie w grupę i zapisuję). Dziękuję, że odniosłaś się do science. Propozycja tytułu też rozsądna, podobnie jak funa. Muszę podjąć jakąś mądrą decyzję, ale od wczoraj marnie mi idzie.

 

Reinee, dziękuję za odwiedziny (a coś kojarzę, że są rzadkie :P), punkt, opinię. Bardziej przysiadłam do światów i historii niż do bohaterów przyznaję. Ale i tak chyba jest to bardziej wyważone niż zwykle właśnie dzięki dialogom i światom w pigułce.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Naz, co do opowiadania drogi domyśliłam się, że chodziło o nawiązanie do podróży ;) Z reguły jednak określa się tym mianem utwory, w których droga poza znaczeniem dosłownym ma jeszcze znaczenie metaforyczne, drugie dno. Często też wędrówce towarzyszy przemiana wewnętrzna bohaterów. Ty wyeksponowałaś raczej aspekt budowanych światów oraz rolę pramatki, dlatego mi to określenie zgrzytnęło :) Ale jak już pisałam wcześniej, to nie jest zarzut.

Tytuł zawsze możesz zostawić jak jest dopóki nie przyjdzie Ci do głowy taki, z którego będziesz całkowicie zadowolona. Czasami wymyślanie “na siłę” daje gorsze efekty niż zostawienie czegoś na trochę w spokoju. Przynajmniej ja tak mam… Możesz też zastosować się do propozycji Elvisa ;P

"Punctuation is used to indicate delivery, not to conform to the rules of grammar". Sarah Kane

Prawda. Jak ma się wyklarować inny tytuł, to się wyklaruje.

 

Bellatrix, wracając na moment do dyskusji, bo właśnie sprawdziłam, zdanie w książce brzmi tak: Ponadto ciała niebieskie bywały "leniwe" – ciągle zwrócone jedną stroną ku swojej gwieździe, drugą chowały w nieustającym mroku. Chyba wszystko ok.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Ja mam taki zbindowany dokument, do którego dokładam tekściki ;P

Problem jest tylko ze skopiowaniem tekstu stąd – a gdy Reg zrobi czystkę, to nie ma innego wyjścia…

W każdym razie, czasem się przydaje. Na przykład moja babcia chce czytać tylko i wyłącznie na papierze ;D

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Naz, nie do końca. To, o czym napisałaś to obrót synchroniczny /rotacja synchroniczna.

Count, mój dziadek też sobie coś takiego zażyczył ostatnio…

 

Bella, czyli według twojej wiedzy leniwe nie są tożsame z synchronicznymi? Znasz jakąś publikację poruszającą tę sprawę? Redakcja jeszcze trwa, to mogę to poprawić.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Interferencja do mnie przemówiła, superpozycja milczała → cóż, tak to jest, że dla mnie różniczka to wyniczek odejmowanka :) niezałatane dziury matematyczne, bywa.

Opko mnie wciągnęło, pochłonąłem błyskawicznie. Dziękuję za podróż NAZ :) Też uważam, że świetnie Tobie te klimaty wychodzą.

Zgrabna kombinacja elementów, które osobno są mi znane z książek/filmów. Brak jakichkolwiek negatywnych odczuć w tym stwierdzeniu, każda kompozycja jest inna a w tej odnalazłem mnóstwo uroku :)

Dominujące Nancy i Claire – fakt, mnie to ani nie dziwi, ani nie irytuje. Pierdołowaci Sid i Yori – shit happens. Zagadką pozostają czasem kryteria, na podstawie których ludzie dobierają się w pary, a co dopiero mówić o wyborach obcej rasy :D

Ciekawi mnie nieco, jak zwierzęta ogarnęły reprodukcję, jeśli brak było jakiejkolwiek komunikacji? Nie chodzi o aspekt techniczny oczywiście.

Finał dobry, choć odgadłem, a może po prostu zbieżnie pomyślałem.

I – o macko! – przepraszam, muszę nadrobić Most :)

Dziękuję Naz:)

 

Serce me rośnie, Banshee. To ja dziękuję za wizytę, komentarz, ocenę i satysfakcję :)

Co do zwierząt, czy one nie ogarniają reprodukcji tak po prostu, instynktownie? 

 

 

Co do feralnego zdania, które jest tutaj offtopem: “Ponadto ciała niebieskie bywały leniwe albo też /lub /whateva (łącznik) obracały się synchronicznie – ciągle zwrócone jedną stroną ku swojej gwieździe, drugą chowały w nieustającym mroku”. ← chyba pozbyłabym się w ten sposób wątpliwości.

 

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Naz, leniwe nie są tożsame z rotacją synchroniczną. Np. Wenus – jej obrót wokół własnej osi jest dłuższy niż obieg wokół Słońca, na pewno jest “leniwa”, na pewno nie ma rotacji synchronicznej (obie półkule widują Słońce). Jak chcesz źródeł naukowych, to guglnij po angielsku: rotacja synchroniczna to tidal locking; leniwe planety – slow rotators.

Dzięki!

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Napisane, jak zwykle, bardzo sprawnie. Tekst, choć zupełnie nie w moim guście, nie znudził mnie wcale. Proponowałabym dodać nieco więcej didaskaliów względnie dopracować istniejące, gdyż miejscami nie byłam pewna kto mówi do kogo.

Co do idei przekazywanych w tekście, nie będę się wypowiadać, jako że są to pomysły i konkluzje zupełnie mi obce sad

Hmm... Dlaczego?

Lubię podróże przez różne światy. Czytało mi się dobrze. Tylko jednak jestem trochę rozczarowana, że to było takie… proste: dobro zwycięża, a mężczyźni są głupi? 

Bo ja wiem, czy dobro zwyciężyło… IMO, tylko dłużej przegrywało.

Babska logika rządzi!

“Zwyciężyło” w sensie: pomyślałaś o innych, to Ci trawa z kamienia wyrasta. Ostatecznie tu chyba nie ma zwycięzców. :/

Anet, miło, że przeczytałaś opowiadanie :) Dobro właściwie nie zwycięża, bo przecież świat agresji może się udać, a wtedy bohaterowie na zawsze pozostaną wszczepieni w pramatkę, bo będzie powielać ten niegościnny dla nich świat w nieskończoność. Ponadto pramatka pożera Wszechświaty, bo uczyniono ją wyrzutkiem. Nie widzę tu w ogóle dobra… Tylko narzucane bohaterom mary, żeby byli gotowym materiałem pod ewentualną, kolejną próbę. Nie widzę tu także sugestii, że mężczyźni są głupi – jako filozofka uważam Sida za najmądrzejszego z tej całej ekipy ;) Mężczyźni o wiele lepiej rozumieli pramatkę. Wydaje mi się, że podsumowałaś tekst nieco powierzchownie.

 

Drewian, dzięki za wizytę, jak już przebrnę przez nadrabianie piórek, dodam didaskalia i przerobię fragment, o którym gadałam na pirvie z Foloinem (odcinanie rąk). Cieszę się, że nie znudziło!

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Być może podsumowałam powierzchownie. Być może nie wszystko zrozumiałam. Być może za bardzo uprościłam/źle się wyraziłam. Dla mnie mężczyźni w tym tekście są tacy… niemęscy. Poddają się temu, co się dzieje, nie walczą o lepsze (nie szukają go), zadowalają się tym, co dostają – nie lubię tego.

Ale to nie zmienia faktu, że opowiadanie mi się podobało.

A można wiedzieć, jakież to wątpliwości ma Foloin odnośnie tego odcinania rąk, Naz? Szkoda, że tu nie wyłuszczył, bom ciekaw :<

Mnie jedynie to “piłowanie nożem” niezbyt przekonało…

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Yori dał się pokroić wiedząc, do czego to wszystko zmierza. A Sid, czy nie zachował się bohatersko i pragmatycznie? Skoro tak odebrałaś (nie ty jedna), wina leży po mojej stronie, niemniej zupełnie nie było moją intencją robić z mężczyzn ciap. 

 

Edit: Count, wyjaśnił mi, o co mu chodziło z mdleniem – stwierdził, że mdlenie bierze się z braku dopływu krwi do mózgu (a więc jeśli zemdleje, to z upływu krwi, ale już się nie obudzi, skoro mu jej nie uzupełnią), a takie niszczenie zakończeń nerwowych raczej doprowadzi do szaleństwa, a nie utraty świadomości. Kojarzę, że ludzie mdleją z bólu, ale czy z aż takiego – Foloin ma swoje argumenty. Do noża też miał zastrzeżenia i trzeba to narzędzie zmienić na lepsze.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Na początek małe wytłumaczenie: 60K to spory kawał tekstu, żeby go uczciwie przeczytać potrzebowałem czekać do urlopu. I tylko dlatego nie zdążyłem z klikiem do biblioteki.

Jak ja się bałem od pewnego momentu, że to pójdzie w kierunku Sexmisji – zostaną dwie silne kobiety i same sobie ułożą porządny świat! A tu tak ładnie (nie bójmy się tego słowa!): miłość, empatia, odstąpione życzenia – naprawdę, bardzo budujące zakończenie, którego nie tłumi nawet epilog. Zaczęłaś od postapo a doszłaś do bajki – i ja to kupuję. W scenie, w której pada słowo “miłość” byłaś nawet blisko kiczu (sam poprzestałbym chyba na geście), ale mnie i tak ścisnęło za gardło.

Chciałbym pochwalić też za subtelność – zestawiając ze sobą przedstawicieli różnych profesji, łatwo popaść w stereotypy. Ty wykorzystałaś ich specyfikę (po coś w końcu są bohaterowie), ale bez popadania w karykatury; zrobiłaś to w dobrym stylu złotego wieku SF.

Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to podobnie jak funthesystemowi, nieco brakuje mi magii języka. Magiczne światy aż proszą się o nutkę poezji w opisach. Ja wiem, że perspektywa bohaterki jest raczej racjonalna, ale jako czytelnik mam poczucie niewykorzystanego do końca potencjału.

Pozdrawiam!

Nie jestem pewna, czy chciałabym bazować na opisach poety przy poznawaniu obcego świata.

Ile oni już bzdur o Wenus i Marsie natworzyli… ;-)

Babska logika rządzi!

Ech… W sumie spodziewałem się czegoś podobnego. Fajnie że radzi, tylko warto byłoby jeszcze doczytać.

Omdlenie może być spowodowane utratą krwi, ale przecież nie tylko. Jest w cholerę powodów.

Oczywiście, że możesz omdleć z bólu. Albo szoku. Przecież niektórzy mdleją przy pobieraniu krwi! I nie jest to spowodowane jej utratą, tylko równowagą hormonalną i wazokonstrykcją. Przejściowym niedokrwieniem mózgu.

Jeśli nie podwiążą mu tętnicy ramiennej to chłopina wpadnie we wstrząs hipowolemiczny, omdleniem nie ma co już tego nazywać…

A szaleństwo? Przecież to nawet nie jest termin medyczny.

 

Wybacz upierdliwość, ale wkurza mnie takie ściemnianie na podstawie jakiegoś strzępu wiedzy.

Możesz sobie poczytać na WIKI, te informacje i tak w większości przepisano z zasłużonego podręcznika do interny.

O centralizacji krążenia też możesz sobie poczytać…

 

Wydaje mi się, że lepiej, Nazulko cna, byłoby tu uogólnienie niźli pójście w hiperdokładność. Jeśli miał przeżyć do rozmowy z Nancy, musieli mu te rany jakoś zabezpieczyć. To się wydaje mało prawdopodobne, jeśli jednak nie dopowiesz, można pozostawić tę kwestię spekulacjom.

W rzeczywistości, pewnie od razu by go zarżnęli… Przecież trochę luda tam było, a mięsa z jednego, chudego Japończyka i tak za wiele nie uzyskasz ;P

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

“Nie jestem pewna, czy chciałabym bazować na opisach poety przy poznawaniu obcego świata.

Ile oni już bzdur o Wenus i Marsie natworzyli… ;-)”

 

Finklo – a czy to nie są właśnie korzenie fantastyki? Nie podcinajmy korzeni…

 

Techniczno-patofizjologicznym analizom odcinania kończyn mówię natomiast zdecydowanie: nie! Japończycy to twardzi ludzie i tyle.

A nie wystarczyłoby pozakładać opaski uciskowe nad miejscem odcięcia? Arabowie ucinali złodziejom dłonie, chyba się z tym zbytnio nie ceregielili, a zdaje się, że ofiary przeżywały…

 

Edytka: Coboldzie, ile tysiącleci można się żywić korzonkami? ;-) Owoce dużo słodsze.

Babska logika rządzi!

Naczynia w okolicach nadgarstka są już znacznie cieńsze, Finklo… Łatwiej zaopatrzyć je w ten sposób, by zainicjować krzepnięcie.

Pewnie i ramienną można by jakoś inaczej skoagulować, niekoniecznie zaraz bawić się w szycie. Opaska – to pewnie zależy od tego, czy łapę miał przypakowaną czy nie :D

Ważne jest po prostu staranne zabezpieczenie przerwanego naczynia – lepiej przycisnąć palcem w tym właściwym miejscu, niż przyłożyć dziesięć koszul, które stopniowo będą zamakać…

 

Jeśli Yori był twardzielem, to mógł oczywiście wkurzyć się, poprzeklinać, zaś świadomości nie tracić – to rzeczywiście w znacznej mierze zależy od zmienności osobniczej ;D

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Dobra, bo trochę namieszałem, to się wtrącę.

CountPrimagen – ja nie jestem lekarzem, nie piszę z medycznego punktu widzenia, tylko z własnego doświadczenia. Widziałem jak komuś urywa nogę i wiem, że chłopak nie zemdlał z bólu, tylko z braku krwi (czyt. tlenu), i niestety też po sobie wiem, że nie mdleje się z bólu, tylko z niedotlenienia. Chcesz szczegółowej wiedzy i szczegółowego nazewnictwa – idź do lekarza, najlepiej wojskowego, który widział urwanie na żywca kończyny.

Pisałem Naz, że moje słowa są bardzo subiektywne.

A szaleństwo? Przecież to nawet nie jest termin medyczny.

Nie jestem lekarzem, a mimo to wiem, że nagłe uszkodzenie (bez uśmierzenia bólu) głównych nerwów może doprowadzić do upośledzenia centralnego ośrodka układu nerwowego. To akurat wiadomość z pierwszo-medycznej ręki. Widziałem kobietę, której obcięto na wysokości łokcia rękę, sam miałem podrażniony nerw pośrodkowy do tego stopnia, że siedziałem nafaszerowany lekami, z bezwładną ręką na temblaku.

 

Rada by nie iść w szczegóły jest bardzo dobra.

 

Jeszcze raz podkreślam – wszystko to jest do cna subiektywne.

Tyle ode mnie. Nie będę się wdawać w więcej szczegółów.

Na tym kończę. Może jest na sali lekarz, który wam w tej kwestii pomoże bardziej.

 

F.S. - 14.08 - 03.09 - Motocyklowa Pielgrzymka Św. Szczepana - Wrocław - Jerozolima

A ja jestem lekarzem, Foloinie, i zwracam ino uwagę, byś pisząc o kwestiach medycznych oparł się mimo wszystko o fakty, nie subiektywne spostrzeżenia. Tętnica udowa ma jeszcze większą średnicę, nic więc dziwnego, że chłopak wpadł we wstrząs, skoro był to wypadek, a nie interwencja na bloku. Mdlejesz ze względu na wpływ hormonów stresu (wydzielanych chociażby podczas bólu ), które powodują skurcz obwodowych naczyń. Sam sobie sprawdź jak to wpłynie na rzut serca i krążenie mózgowe. Tego o głównych nerwach i upośledzeniu… czegoś tam, bo coś takiego jak centralny ośrodek układu nerwowego nie istnieje, nie wypowiem się… Nie chcę być złośliwy ani chamski, ale prosiłbym Cię o sprzedawanie sprawdzonych informacji, Foloinie.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Jestem dzisiaj nie do życia, z katastrofalną migreną, odpiszę wam jutro, bo literki na monitorze mi się rozmazują ;< Przychodzi mi tylko na myśl, że kobiety rodzące nie mdleją i ciekawi mnie, dlaczego – jest to przecież gigantyczny stres, ból, wysiłek (czasem porównywany do ucinania kończyn, choć polemizowałabym). Jeśli znasz na to odpowiedź, sojuszniku, chętnie się dowiem. Z tym progiem bólu i mdleniem widzę, że to kolejne zagadnienie, które klasyfikuje się do dokładnego sprawdzenia, podobnie jak ta czarna krew u CountPrimagena. Coboldzie, do twojego komentarza też się odniosę jutro, teraz już się wylogowuję.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Nie czuję się, jakbym pisał o kwestiach medycznych, tylko jakbym pisał o własnych odczuciach… rozumiem, że to źle. Widziałem to co widziałem i wiem, że człowiekowi wszytko jedno czy umiera od wstrząsu, od braku krwi, czy dlatego, że mu urwało nogę. Z mojej perspektywy wyglądało to dużo prościej… może właśnie dlatego, że nie jestem lekarzem.

Naz chciała moich wyjaśnień, a że potraktowała je tak jak potraktowała to jej sprawa. Ja od początku zaznaczałem, że to prywatne doświadczenia i że nie jestem lekarzem.

(Układ, powinien być układ, prawda? – to był z mojej strony okrutny gwałt na nauce )

Pozdrawiam Count – dzięki Tobie na pewno pogłębię wiedzę, mając nadzieję, że mi się nie przyda.

 

F.S. - 14.08 - 03.09 - Motocyklowa Pielgrzymka Św. Szczepana - Wrocław - Jerozolima

Ufam, iż wybaczysz mi ostrość w wypowiedziach, Foloinie – mam przecież świadomość, że nie chciałeś nikogo (a już w ogóle mej zacnej sojuszniczki Nazulki! ;D ) wprowadzić w błąd.

Generalnie, trochę żałuję sprokurowania tej dyskusji, bo tak naprawdę to Yori mógł omdleć, mogło mu się zrobić słabo, mógł też zawisnąć w rękach prześladowców z powodu utraty woli walki. Nie to jest przecież istotne w opowiadaniu…

Nie chcę tu offtopować za bardzo Nazulce, dlatego dodam Ci tylko, że przerwanie nerwu pośrodkowego, łokciowego czy promieniowego OUNu nie uszkodzi. Bóle fantomowe, te sprawy… A Twoje dolegliwości wiązały się pewnie z jakimś zapaleniem samego nerwu lub tkanek przyległych.

Mam nadzieję, że urazy nie chowasz :)

 

Skoro wywołujesz do tablicy, Naz, to jeszcze kilka słów o tym porodzie (iście szatańskie to pytanie wymyśliłaś… ;P):

– wypełnienie łożyska jest lepsze, gdyż w ciąży fizjologicznie występuje zwiększona produkcja krwi.

– kobieta jest zabezpieczona przeciwbólowo, dobrze nawodniona.

– wzrost wydzielania katecholamin przez dłuższy czas (poród to sprawa wieeelu godzin, choć nie wydaje się ;) ) → skurcz naczyń obwodowych, wzrost ciśnienia skurczowego → lepszy napływ krwi do mózgu.

– pozycja leżąca, nogi w górze: lepszy napływ krwi do głowy, przeciwdziałanie niedotlenieniu.

 

Ale nie dałbym głowy, czy to prawda absolutna, szczerze mówiąc ;)

 

Raaany, czy dyskusje, w których biorę udział, zawsze muszą kończyć się na kobiecych narządach rodnych?! :P

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Councie, ostrość? Byłeś łagodny jak owieczka :D

Rękę miałem przebitą nożem i nie wiem dokładnie o co chodziło (lekarz tylko powiedział, że miałem dużo szczęścia) – jeśli o mnie chodzi po prostu wyparłem się tego. Natomiast kobieta bez ręki – to podobno stres po urazowy (ja wiem, że to trochę wór na śmieci, ale kobieta koszmarnie wyglądała).

Urazy nie chowam. Tylko zazdroszczę lekarzom – ja nie mam szans się schować za terminami medycznymi. Może dlatego tak bronię tego co widziałem i przeżyłem.

 

 

F.S. - 14.08 - 03.09 - Motocyklowa Pielgrzymka Św. Szczepana - Wrocław - Jerozolima

Sojuszniku, może twoim przeznaczeniem jest ginekologia, a ty je zignorowałeś i teraz się mści? ;D Dzięki za wyjaśnienia.

Nie ma co żałować, że dyskusja wywołana, bo jest bardzo ciekawa – dwa różne punkty widzenia, można się czego dowiedzieć. A zarówno swojej wiedzy, jak i doświadczeń broni się najczęściej jak lew, więc tutaj wszystko jest ok ;)

 

coboldzie, bardzo ucieszyłam się, czytając: zrobiłaś to w dobrym stylu złotego wieku SF. Co do niewykorzystania magii języka, zgadzam się. Ale chyba nie mam kontroli nad tym, jakim językiem tekst popełniam :o Może zależy od chwili – ten pisałam obok szlifowania artykułów naukowych, może rzuciło mi się na mózg. I czas poczytać poezję ;) Dziękuję pięknie za lekturę i komentarz.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Ach, jak Ty wspaniale gasisz waśnie, uwielbiam Cię, Nazulkoooo!!! <3

Ginekologia? Kto wie? Choć to mało prawdopodobne.

 

Hmm… I zsumuj raz jeszcze ;)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Dziękuję pięknie! :)

A ja już nóż na bardziej wiarygodne narzędzie zmieniłam i drobne poprawki wprowadziłam, jeszcze zostały didaskalia gdzieniegdzie :)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Widzę, że dosłownie potraktowałaś poradę klasyka suspensu, niejakiego A. Hitchcocka, który orzekł, że film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.

 

Poszukiwanie miejsca do zamieszkania przez dwojga ludzi wśród pełnych pułapek i zagrożeń światach to świetny pomysł na te niemal 60 tys. znaków.

 

Pisanie na wysokim poziomie abstrakcji rodzi ryzyko znudzenia czytelnika posługiwania się metajęzykiem i ogólnikami. Wchodziłaś w ten zakręt parokrotnie (np. dialog z Panami), ale moim zdaniem dość sprytnie z niego wychodziłaś, od razu rzucając sfatygowaną bohaterkę w wir akcji.

 

Filozof jest do bólu filozoficzny, wypowiadając kwestię:

– Wchłaniający Poruszyciel, powiedziałby Arystoteles. (…)

Później na szczęście spuścił z tonu, dzięki Ci, że nie spłaszczałaś go, wkładając podobne wypowiedzi w usta.

 

– Nikt nie mówił, że w tych światach mogą już mieszkać świadome gatunki.

Wiem, że to słowa Nancy, ale inteligencja nie jest równoważna ze świadomością. Odwołałbym się raczej do tego pierwszego (chyba, że mówimy o umiejętności rozpoznawania własnego wizerunku w lustrze).

 

Nancy i Sid kojarzą mi się z historią toksycznego związku basisty Sex Pistols z zwichrowaną fanką, która, mówiąc kolokwialnie, ściągnęła go w dół. Był chyba nawet film "Sid i Nancy", a Robert Gawliński napisał piosenkę o takim tytule. "Sid i Nancy" jest zapowiedzią dość burzliwego związku z heroiną (o Heroino!) w tle… Symbolika chyba niezamierzona, miej jednak świadomość, że taki zestaw imion może budzić silne skojarzenia.

 

Walka androida i niedźwiedzia sterowanych przez kobietę i mężczyznę w obcym świecie – to według mnie zaskakujący, humorystyczny i bardzo udany fragment. Damsko-męskie tematy moim zdaniem pobrzmiewają w tle przez cały tekst.

Algorytmy samosiejki, cała fauna zapieprzająca po planecie, uciekająca przed toksycznym światłem dwóch słońc, głuche i nieme drzewa, kanibale, poszukiwanie sensu istnienia – to wyborne motywy i epizody.

Przy niektórych wypowiedziach pramatki włos się jeży:

– (…) Wdrożę was w jedność.

– Jestem znudzona. Nie postrzegam czasu. Wszystko dzieje się we mnie naraz. Wy dzielicie przestrzeń na obszary. To bardzo miłe. Nie krzywdzę tego, co miłe.(…)

– Jesteś więźniem suchych faktów, Nancy. Cóż ty wiesz o sensie…

 

Skorom się rozpisał, pozwolę sobie na ogólną refleksję. Bohaterowie Twoich historii nierzadko są podstawieni pod ścianą, znajdują się w sytuacji bez wyjścia, a często przetrwanie nie jest kwestią ich wyborów, tylko szczęścia, albo siły wyższej. Mając tę wiedzę z tyłu głowy, staram się podświadomie nie wiązać zbytnio z tymi postaciami. Może w drodze wyjątku przydałby się jakiś mdły, cukierkowy happy end? ;)

 

Moim zdaniem bardzo udane opowiadanie. Poruszyłaś niebo i ziemię, by poruszyć moją wyobraźnię. I udało Ci się.

“Nancy odgarnęła mokre, czarne włosy z czoła…” → Tym, co w pierwszej kolejności opisuje postać jest kolor jej włosów, nie ich stan. Wydaje mi się, że “czarne” powinno stać pierwsze, przed “mokrymi”.

 

Sid i Nancy, ładnie ;P

 

“Nancy dobrnęła do towarzysza, złapała go za ramię i pociągnęła w stronę najbliższej krawędzi ogromnego naczynia. Mdliło ją z pragnienia, a wysiłek wywoływał kołatanie serca, ale w końcu dobrnęła do ściany.“

 

Nie ogarniam o co chodzi ze srebrną substancją, kadziami i patyczakami w pierwszym świecie. Niektóre opisy mi umykały – jakoś nie potrafiłam zobaczyć tej gumowatej, dziwnej rzeczywistości.

 

“Śnieżne wierzchowce muszą być jakąś emancypacją sterujących“ – Emancypacją? Przepraszam, ale nie rozumiem tego słowa w tym kontekście ; / Za to nawet nie mrugnęłabym okiem na “emanację”…

 

Zjadanie surowych grzybów wydaje mi się średnio rozsądne ; p

 

“Nasze walczą między sobą, zawiązują sojusze, mają rodziny, żłobki, a nawet Internet pod postacią grzybów.“ XD

 

“…Ptaki i cholernie wielkie pumy zmierzają ku nam, jakby stanowiły zespół. 

Po trawie sunęły cztery atramentowe kształty, wielkie jak konie…”

 

“Ale biegła, bo to było proste. Po prostu…”

 

“– Przemów jej do rozsądku[-,] albo ją wypędzimy.“

 

“karmelową czekoladą“ – co to jest? Wydawało mi się, że karmel to karmel, a czekolada to czekolada…

 

Wydaje się, że w kamiennym świecie niczego nie ma, tylko kamień i woda. Jak kanibale utrzymali Yoriego po amputacji kończyn w relatywnie “dobrym” zdrowiu, przytomnego, nie krwawiącego jak prosię…? Brakuje mi wiarygodnego wyjaśnienia w jaki sposób został np. opatrzony.

 

W sumie nie nazwałabym tego SF ; )

 

Muszę się zastanowić. Ale generalnie rzecz biorąc podoba mi się sam pomysł na fabułę, podoba mi się wędrówka przez światy, podoba mi się wizja pramatki, podoba mi się zakończenie… Czyli całkiem sporo mi się podoba ; ) Przeczytałam dość sprawnie za jednym zamachem, to też mi się podoba. Udany tekst i tyle.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nimrod, wielkie dzięki za wszystkie uwagi. Właściwie, do Nancy dobrałam Sida właśnie przez Sex Pistols, ale to nie miało nic znaczyć, jedynie imiona miały do siebie pasować. Piosenkę Gawlińskiego też znam i właśnie dlatego Sid i Nancy kojarzą mi się jako osoby ze sobą silnie zespolone. Cieszę się niezmiernie, że udało mi się twoją wyobraźnie poruszyć :) Cukierkowy finał byłby, jakbym skończyła na miłości i odejściu w stronę słońca… Ale kto tam lubi happy endy :P

 

jose, chyba jestem już całkiem spaczona przez ten feminizm na uczelni… Faktycznie chodziło mi o emanację, a napisałam emancypacja… 

Opatrunki zrobili z ubrań – tam ciągle była jedna temperatura, więc mogli część ubrań poświęcić na posłania, “bandaże”… Zwłaszcza że mieli nadwyżkę różnych ciuchów po tych osobach, które zjedli. Może naiwne tłumaczenie, ale ubrania to jedyne, co mieli przy sobie w dużej ilości, więc one musiały w osadzie dominować, jeśli chodzi o organizowanie sobie miejsca do życia. Dochodzą paski, gumki i rzeczy, które mogli zabrać ze sobą, zdobyć w światach czy mieć w kieszeniach.

Co do zdania z “XD” :D Jest zgodne z treścią “Sekretnego życia drzew”… Żadna to publikacja naukowa, ale jednak gościa, który twierdzi, że na drzewach się zna i głosi, że grzyby to Internet lasu… I że drzewa mają żłobki itd.

Dziękuję za poprawki, już wprowadzam. I jestem zadziwiona, że się podobało ;)

 

A, jeszcze co do surowych grzybów, to jada się surowe pieczarki… Ale chodziło o to, że chronił ich ten podrasowany przez kosmitów instynkt i podobnie jak zwierzęta nie zjedliby tego, co mogłoby im zaszkodzić.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Zdanie z XD wynotowałam, bo mnie po prostu rozbawiło, nie dlatego, że mam do niego jakieś uwagi ; )

 

Surowe grzyby – fuj! ;p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo dobrze, obrazowo i sugestywnie opisana wędrówka dziwnymi światami. Podziwiam wyobraźnię i kunszt wykonania. Piękny motyw jabłoni i całej historii owiniętej wokół niej. Przyznaję, że zaskoczyło mnie zakończenie. Jednak jest jedno ale – tekst nie wzbudził we mnie żadnych emocji. I sama nie wiem, z czego to wynika. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Na wstępie zaznaczę, że nie lubię sci-fi. Przebrnęłam przez Dicka, Lema i Wattsa (no dobra, “Ślepowidzenie” tego ostatniego połknęłam), ale entuzjastką nie jestem i zwykle trzymam się od tych klimatów z daleka. Ale Twój tekst wciągnął na początku na tyle, bym zdecydowała się kontynuować. A to już swego rodzaju komplement ;) Lubię psychodelię w takim wydaniu, jak tutaj. 

Bardzo ładnie opisana podróż bohaterów – chociaż Sid i Nancy wydają mi się tutaj ledwie statystami. Mało są wyraziści, szczególnie Sid; jako czytelnik nie kibicowałam im, nie przejmowałam się ich losami, nie poczułam, żeby byli w ogóle ważni. Ale patrząc na ogólną wymowę opowiadania, chyba rzeczywiście nie byli. 

Za to zakończenie miód. (Prawdopodobnie w tym miejscu powinien się włączyć SPOILER ALERT). Od dłuższego czasu fascynuje mnie pomysł świata będącego wymysłem jakiejś potężnej, lecz złej istoty, która zabawia się ludźmi jak marionetkami i generalnie pomysł kupuję.  Chociaż mam lekki ból dupy, bo od prawie roku sama morduję się z opkiem opierającym się na bardzo podobnym koncepcie ;)

Tytuł taki se; szczególnie ta “superpozycja” nie odgrywa chyba zbyt dużej roli w tekście. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

śniąca, dziękuję za lekturę i komentarz. Brak emocji chyba wyjaśniła właśnie gravel – nie rozbudowałam bohaterów. W zamyśle ich wewnętrzne życie, wspomnienia itp. miały być zupełnie nieistotne, ale mogło to spowodować, że stali się mało wyraziści i to, co się działo, ich przyćmiło.

 

gravel, miło mi niezmiernie, że podróż i koncepcja siadły. Twoja diagnoza bohaterów trafna. Kolejna rzecz do wypisania sobie i pamiętania o niej przy kolejnych tekstach. Koncept stary jak świat, ale chyba można z niego jeszcze coś wycisnąć. Ale żeby rok się mordować z opowiadaniem…? Książkę przez ten czas można napisać! :P

 

Z tytułem nadal nie wiem, co uczynić. A skoro nie wiem, to jeszcze zostawiam w tej formie. Dojrzeję w końcu do zmiany.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Bo ja wiem? Chyba nie całkiem to, przynajmniej w moim przypadku. Ale przeczytałam jeszcze raz i dochodzę do wniosku, że Panowie za bardzo “znieczulili” ludzi :) Mam wrażenie, że oni sami mają momentami emocje przytłumione. Co ich dziwi, to dziwi, co porusza, to porusza, ale nad wieloma sprawami przechodzą do porządku dziennego. 

Tak, czy inaczej, podróż świetna. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Lektura nabawiła mnie mocnych skojarzeń z “Cudownym światem Apeironów” niejakiej bemik.^^ I nie jest to, prawdę mówiąc, najlepsze z możliwych skojarzeń. Twój tekst jest jednak jakiś taki bardziej – bardziej wiarygodny, prawdziwy i – być może – głębszy. Albo po prostu bardziej gorzki.

Literacko kawał dobrej roboty. Sci-Fi i w ogóle, a do tego wciąż dużo (lecz nie za dużo) filozofowania i przeggadywania, ale pokazujesz obrazy coraz mniej kubistyczne i bardziej przystępne w odbiorze, ładne i, w większości, ciekawe.

Natomiast to, co innym się podobało, mi nie podeszło ani trochę. Czyli finał. Z ciekawej opowieści o wędrówce między światami zrobiłaś nagle półinfantylną bajeczkę o magicznych owockach, dobrze, złu i potędze miłości. A potem, na koniec, okazało się, że znowu ktoś się po prostu dobrze bawił podczas całej tej hecy. I to też mi się nie spodobało. Niby jakiś przewrót, ale bez przewrotu, ogólnie uproszczenie i deus ex czy może bardziej imperatyw.

Nie kupuję też zachowania ludzi w przedostatnim świecie. Abstrahując już od tego, że na samym mięsie (szczególnie ludzkim, dla naszego gatunku toksycznym) nie mieli prawa przeżyć w tak dobrej kondycji psychofizycznej kilku tygodni lub więcej, ta ich rasistowska wybiórczość w doborze pokarmu nie ma zupełnie sensu. W szczególności w wydaniu męskiej części populacji, która musiała liczyć się z tym, że w końcu też trafi do gara. Racjonalnie i sensownie na ich miejscu byłoby raczej nastawiać swoich przeciwko obcym i zapewnić sobie w ten sposób przetrwanie. Kolejną bzdurą jest feministyczno-utopijne podejście do tematu: “kobiet staramy się nie zjadać”. Nie zamierzam wdawać się w spory o równościach i nierównościach (chyba, że tych kształtnych), ale za pizzę na ostro nie uwierzę, że faceci – jakby nie spojrzeć fizycznie silniejsi i szybsi przedstawiciele homo sapiens – dali się tak potulnie spacyfikować i wpisać w menu. Jeśli chodzi o przetrwanie (szczególnie, gdy stawką jest powolne konanie wskutek coraz wyraźniejszych ubytków na powłoce fizycznej), dżentelmenów znajdzie się raczej niewielu.

Sam napad na Yoriego i reakcje wszystkich zainteresowanych też nie bardzo mnie przekonały.

 

Generalnie, było bardzo dobrze, momentami świetnie, ale skończyło się już zupełnie tak sobie, więc średnia, choć nadal działa na Twoją korzyść, jest zaniżona.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Feministyczno-utopijne? Co za bzdura? :P Chodziło o to, że kobiety mogą rodzić, a do zapłodnienia wielu kobiet wystarczy niewielu mężczyzn, podczas gdy na odwrót będzie raczej słabo. Najsilniejsi przekazują geny, więc likwidują innych. Tak jest w całym świecie przyrody.

Mięso ludzkie toksyczne? Gadałam na ten temat między innymi w wątku pomocy merytorycznej i nikt nie mówił, że nie można przeżyć na ludzkim mięsie, zwłaszcza z powodu jego toksyczności ;> Na wyspie, gdzie wywieźli bodajże ruskich, zjadali się nawzajem i żyli. Oglądałam o tym dokument.

 

Dziękuję za lekturę i opinię, rozumiem zastrzeżenia.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Z tym mięsem, to jest tak, że mamy w sobie jakieś białko, które jest po prostu szkodliwe dla człowieka. Dokładnie jak z chorobą wściekłych krów. Zaczęło się od tego, że karmili zwierzaki mączką kostną zrobioną z innych krów i to im siadło na mózg. Z ludźmi jest tak samo, od żarcia naszych własnych prionów – bo tak się te białka nazywają – można się dorobić creutzfeldta-jakoba. Szczegółów już nie pamiętam, więc bardzo możliwe, że to proces długotrwały albo mylę jakieś szczegóły, ale coś na rzeczy było. Poza tym nie twierdzę, że nie mieli prawa przeżyć, tylko wydali mi się w trochę… zbyt dobrej formie, szczególnie psychicznej. Kolejna rzecz, że człowiek potrzebuje zbilansowanej diety, nie tylko białka i tłuszczu – ponoć awitaminoza może prowadzić do takich samych zmian i degradacji w organizmie jak promieniowanie; nie wiem, ile w tym prady – więc, mimo wszystko trochę to naciągane.

Co do utopii feministki^^, nawet mimo ewolucyjnie racjonalnego podejścia (którego ja, nota bene, nie zauważyłem w tej grupie; dla mnie to raczej degenerująca się społeczność desperatów walczących o każdy dzień, a nie myślących o przetrwaniu gatunku), wciąż wydaje mi się, że nie powinno to przebiegać tak spokojnie.

Dobra, nie czepiam się już, bo bilard. No i, mimo wszystko, mój głos dostałaś.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, to niezupełnie tak. Jedzenie skażonej prionami ludziny (a chyba szczególnie mózgów) jest szkodliwe, tak samo jak jedzenie zakażonych krów. Bo priony tworzą swoje kopie w tym, co je zeżarł(o). Ale to nie znaczy, że każda wołowina i każda ludzina jest toksyczna.

 

Skoro już się odezwałam: Heroino, mój głos znasz. Byłam na NIE. Spowodował to w bardzo dużej części tytuł, który obiecywał znacznie więcej (z mojego punktu widzenia) niż opowiadanie dostarczało. A ja mam taki feler, że bardzo nie lubię, kiedy mnie tytuł oszukuje.

Nie pomogły też przejściowe kłopoty z S w SF.

Wyobraźnia niezła, wykreowane światy bardzo interesujące, ale dla mnie SF nie samą wyobraźnią stoi. Dużo nie brakło.

Babska logika rządzi!

Znam i cenną naukę w związku z tym otrzymałam :) Każda opinia – a zwłaszcza krytyczna – pomaga, dlatego cenię te z zastrzeżeniami bardziej, mimo że, jak wiadomo, pochwalne mile łechcą ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

A, przy okazji, feministyczne to by było, gdyby kobiety i mężczyzn zjadano po równo. Ale mylenie pojęć, zwłaszcza ideologicznych, jest niestety częste ;<

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

O! A dlaczego po równo byłoby feministycznie?

Babska logika rządzi!

Z tego, co ja wyczytałem – ale powtórzę: to było dawno, a mnie się takie rzeczy trzymają jak martwa mucha ściany – że dla człowieka jedzenie ludzkich prionów jest szkodliwe, dla krów – krowich, i tak dalej, bo to jakaś ewolucyjna forma zabezpieczenia przed kanibalizmem. Niemniej kłócić się nie zamiaruję.

I podpinam się do pytania o feminizm.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

A pamiętasz panikę z okazji choroby wściekłych krów? Myślisz, że to z myślą o biednych bydlątkach wybuchło? Ludzie się zarażali.

Babska logika rządzi!

Żeby już Counta nie denerwować i nie przywoływać, to ja się wtrącę.

szczególnie ludzkim, dla naszego gatunku toksycznym

Cieniu, trochę wtopiłeś. Polecam zajrzeć do wątku, o którym wspomniała Naz :D 

Zajrzałem i mam tam jedynie garść niepotwierdzonej wiedzy – więc ani gorszej, ani lepszej niż moja.^^

Staruch wspomniał coś o kanibalach i o tym, że mieli się dobrze. I to zapewne racja, ale – z tego co kojarzę – oni jedli tylko wrogów pokonanych w bitwach, więc nie był to stały ani tym bardziej jedyny składnik menu. Więc sytuacja trochę jakby inna. Ale to tak zupełnie na marginesie

Co do całej reszty, to tak na serio, naprawdę nie zamierzam się kłócić ani dyskutować. Nie mam do tego żadnych porządnych podstaw edukacyjnych, a grzebać i weryfikować Was mi się zwyczajnie nie chcę. Wygodniej – i rozsądniej – jest założyć, że skoro trzech mądrych ludzi, w tym Mr Brightside, o którym wiem, że jest mocno związany z medycyną, twierdzi, że bez spiny można zeżreć sąsiada, to widocznie można.

Ergo – czegoś się właśnie nauczyłem. Przyda się na apokalipsę.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Naz, jak dla mnie zjadanie mężczyzn i kobiet po równo pachnie trochę komunizmem ;) O ile biologiczna płeć jest w feminizmie istotna, tak wydaje mi się, że ważniejsze jest dążenie do zniesienia nierówności wynikających z kulturowych ograniczeń płci. Choć oczywiście te sprawy są powiązane.

Wracając do tekstu, podejścia feministycznego w kanibalach nie widzę, choć rozumiem (chyba), o co chodzi Cieniowi. W zaistniałej sytuacji przetrwanie “tu i teraz” wydawałoby się bardziej uzasadnione niż przetrwanie rasy jako takiej. Szczególnie że tych ludzi nie łączyły jakieś głębsze więzy, zostali odgórnie dobrani i wyselekcjonowani. Z drugiej strony kryteria selekcji też mogły mieć wpływ na takie a nie inne zachowanie kanibali. Jeśli zostali dobrani właśnie pod kątem przetrwania gatunku to zjadanie słabych mężczyzn oraz ludzi innej etniczności ma sens.

"Punctuation is used to indicate delivery, not to conform to the rules of grammar". Sarah Kane

Feminizm ← emancypacja i równouprawnienie. Skoro mamy bardzo ograniczony katalog praw na owej ziemi, kobiety też powinny walczyć o zwalczenie słabych genów, to jest też powinny się zjadać. Pomijam postrzeganie w kategoriach rozrodczych, bo, jak mówiłam, o biologię i oczywiste różnice biologiczne nie chodzi w większości nurtów feministycznych (a jest to ogromna gama często sprzecznych stanowisk, bo feminizm nie jest jeden: od zbudowania świata na nowo po wyśmiewanie takich pomysłów i mówienie, że uprzedmiotowienie jest zjawiskiem raz, wydumanym, dwa, pozytywnym ← notabene napisałam o tym artykuł naukowy, wkrótce się ukaże, wrzucę wam na pochwal się: pokazuję poglądy akademickich badaczek feministycznych, które są całkowitym zaprzeczeniem postmodernistycznego obrazu wojujących z mężczyznami bab. Pokazuję też bardzo fajne funkcje języka (perlokucja Austina nie jest zbyt znana w Polsce, generalnie niemal wszystkie moje źródła artykułu są anglojęzyczne, więc polecam). Dlatego mówię, że gdyby było po równo, byłoby feministycznie, tzn. – gdyby prawo selekcji genowej dotyczyło wszystkich (a w przyrodzie właśnie tak jest). Jeśli są wątpliwości co do tego: no jak to, oni myślą przyszłościowo, podczas gdy umierają z głodu na jałowej ziemi – raz, podkręcony instynkt, dwa, związane z tym przeświadczenie, że jest to ostateczna selekcja i próba.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Oczywiście, że emancypacja i równouprawnienie, ale sprowadzenie feminizmu do zjadania po równo mężczyzn i kobiet wydało mi się zbytnim uproszczeniem. Szczególnie że w tekście mamy sytuację, w której grupa ludzi została nie dość że sztucznie dobrana to jeszcze nie w stanie, że się tak wyrażę, pierwotnym a zmodyfikowanym. Ich decyzje nie są do końca ich decyzjami, pramatka mogła sobie dowolnie podkręcić jedne cechy a wyeliminować czy zminimalizować inne. Dlatego podejście feministyczne nijak mi tutaj nie pasuje, nawet jak by się zaczęli zjadać po równo.

Zakładasz, że kobiety też powinny walczyć o zwalczanie słabych genów, a przedstawiasz sytuację, w której niewielka grupka ludzi ma nikłe szanse na przetrwanie; nawet jeśli dobór naturalny by zadziałał (a wcale nie jestem przekonana, że by się tak stało skoro podróżnicy zostali odgórnie dobrani parami) to przy tak niewielkiej ilości ludzi, nawet licząc tych przybywających portalami, prędzej czy później mutacje genetyczne doprowadziłyby do degeneracji gatunku, jeśliby się w ogóle rozwinął. Nie jestem też pewna czy ciąże w przedstawionych warunkach nie kończyłyby się poronieniami, wadami płodu itp.

"Punctuation is used to indicate delivery, not to conform to the rules of grammar". Sarah Kane

Poza tym jeśli pary zostały dobrane na zasadzie kompatybilności to czy kobiety nie powinny protestować przeciwko zabijaniu ich partnerów??

 

EDIT: Teoria Austina jest znana w Polsce i została po polsku wydana. Z tego, co kojarzę, o wypowiedziach performatywnych pisała też Anna Wierzbicka.

 

"Punctuation is used to indicate delivery, not to conform to the rules of grammar". Sarah Kane

Nie wiemy , co tam się działo, zanim przybili bohaterowie. Nie wiemy, jak to się stało, że zdaje się rządzić wszystkimi chłop z nastolatką. O feminizmie się zgadało, bo Cień zaczął nieadekwatnie używać pojęcia, a stworzony w ten sposób żart mnie, jako badaczki, nie rozbawił – że utopijno-feministyczne to wtedy, gdy mamy “dżentelmenów”, którzy nie zjadają kobiet → bzdura. Nie doszukujmy się feminizmu w tekście, bo go tam nie ma, chyba że koniecznie doszukiwać się śladów po pierwszej i drugiej fali, czyli że panie są naukowcami. Ale nie ma to sensu, bo współcześnie nie jest to żadnym ewenementem.

Idziesz, droga dogsdumpling, w bardzo ciekawe dywagacje na temat symulacji społecznej, jaka zaistniała w opowiadaniu. Moim zamysłem, którego nie uwypukliłam, było przeświadczenie wszystkich na jałowej ziemi, że to musi się wkrótce skończyć – a do tego czasu należy przetrwać. Przeświadczenie, że portal się otworzy/świat się zmieni dla tych, którzy przetrwają. Oni nie uprawiali seksu, nie szwendali się, nie zadomowili – czekali, jedząc tych, których udało im się zaskoczyć / najsłabszych / tych, do których byli uprzedzeni.

 

Edit: to się cieszę, ja ową analizę na gruncie filozofii analitycznej i spięcia jej z analitycznym feminizmem znalazłam wyłącznie po angielsku ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Tekst zaczął żyć własnym życiem. Choć ja akurat uważam, że to dobrze ;)

 

Co do Austina, nie wiem na ile jest obecny “po polsku” akurat na gruncie filozofii analitycznej, ale w lingwistyce już się raczej zadomowił ;)

 

EDIT: “Mężczyzn zjada się najpierw” – taka definicja feminizmu byłaby nawet zabawna, gdyby nie była szkodliwa…

"Punctuation is used to indicate delivery, not to conform to the rules of grammar". Sarah Kane

:D Podejrzewam, że mógłby to być radykalny odłam postmodernistycznego feminizmu w alternatywnym wymiarze kanibali…

 

Dzięki za nazwisko, chętnie sobie sprawię polskie przekłady / książki dotyczące teorii Austina.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Co do Wierzbickiej, wydaje mi się, że pisała o teorii Austina w Język, umysł, kultura, ale mogę się mylić. Ona trochę różnych rzeczy napisała. W każdym razie mądra babka :)

"Punctuation is used to indicate delivery, not to conform to the rules of grammar". Sarah Kane

Chciałem przeczytać całą dyskusję pod tekstem, ale nie dałem rady ;-)

Zdążyłem się tylko zorientować, że zupełnie inaczej niż niektórzy odebrałem zakończenie opowiadania, znając życie, pewnie niezgodnie z intencją autorki. Napiszę tylko tyle, że nie dopatrzyłem się w nim szczęśliwego zakończenia, bo główni bohaterowie zostali w mojej wyobraźni więżniami-pokarmem pramatki.  

Nie dziwię się zawiedzonym fanom hard sci-fi. Bardziej widziałbym tę historię w jakiejś oryginalnej scenerii fantasy. Niemniej, chylę czoła za próbę okraszenia F z pomocą S. To niełatwe zadanie…

 

Tekst wywołał u mnie bardzo pozytywne wrażenia. Zrobiłaś użytek z wyobraźni i – moim zdaniem – całkiem nieźle Ci to wyszło. Kolejne światy budziły we mnie żywe zainteresowanie, nieprzyjemności spotykające mężczyzn dodawały opisywanym wydarzeniom szczypty dramatyzmu. I nie mam nic przeciwko, że to panie cechowały się większą inicjatywą i zaradnością :-). Spodobała mi się pramatka i zakończenie, tylko nie wiem, czy zrozumiałem je tak, jak powinienem był ;D.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Wędrówka przez światy jak dla mnie nierówna – ten świat “gumowy” zupełnie mi się nie spodobał, natomiast ten z księżycem – kapitalny, chciałbym przeczytać kiedyś o nim cały tekst. Fabuła niezła, choć pod względem emocji i kreacji postaci nie dorównuje “Mostowi na rzece Chan“. Zakończenie czepiać się nie będę :)

Nevazie, co za ulga, czytać taki słowa ;) Owszem, szczęśliwego zakończenia nie ma, a pramatka żeruje na bohaterach, inwestując w zupełnie co innego niż wizje, którymi ich mami. Właściwie odebrałeś tekst dokładnie tak, jak chciałam. Przy różnych innych interpretacjach rozwodziłam się nad rolą poszczególnych rzeczy i możliwymi scenariuszami – przy twojej nie muszę ;) Dziękuję za lekturę i twoje słowa.

 

zygfrydzie, dziękuję za odwiedziny, nierówność zapisuję sobie w swoich cennych uwagach do tekstów. Ech, Most na rzece Chan… :) Zawsze mnie roztkliwia, jak ktoś wspomina o tym tekście. Jeśli podobał ci się świat z księżycem, mogłoby ci przypaść do gustu opowiadanie, które będę miała w antologii “X” CF. Ale trzeba jeszcze trochę poczekać, zapowiadali publikację na ten kwartał.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Zbierałam się do tego komentarza zdecydowanie za długo. Ogólnie z tekstów nominowanych ten był według mnie najlepszy, ale to nie znaczy, że podobał mi się bez zarzutu. Wręcz przeciwnie – zarzutów mam zdecydowanie więcej niż przy pozostałych nominacjach. Tamte teksty mi się średnio podobały, ale były w tym dosyć równe (rety, jak to brzmi), ten z kolei jest niesamowicie nierówny. Po świetnym początku wciągnęło mnie na całego, ale potem te wszystkie bzdury, jak wyczuwanie ruchu planety (to jakby powiedzieć, że skoro jestem adminem, umiem powiedzieć, że w kablu “jest Internet”, nie patrząc nawet na niego) sprawiły, że byłam na wielkie tłuste NIE. Aż do finału, a raczej tego, co stało się pod koniec, bo to, co napisałaś, najzwyczajniej w świecie mnie poruszyło :) Tamtych tekstów już nie pamiętam za dobrze, a twój wciąż tkwi mi w głowie. To też o czymś świadczy.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Tenszo, świetnie, że w końcu komentarz powstał, bo nauki nigdy dość, zwłaszcza jak się jest publikującym szczylem. Zapamiętuję nierówność i bzdury (udany początek i koniec też, wszak to znacznie więcej niż gdyby wszystko było do kitu, ale i tak wciąż za mało).

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Musiałam się chwilę zastanowić, co sądzę o tym tekście ;) Po pierwsze, jest bardzo Twój – i bynajmniej nie jest to wada. Są podróże, są niesamowite światy, niekoniecznie przemyślane pod względem fizyki, ale za to przyciągające fantazją. Jest słodko-gorzkie zakończenie.

 

Początek jest świetny, podobał mi się też pomysł z pramatką (ech, te religioznawcze wątki ;)), nie mogłam nie polubić Sida-filozofa. Mam wrażenie, że ta nagła miłość między “pierwszymi rodzicami” jest trochę na wyrost, poza tym zasady rządzące szukaniem światów były dość zawiłe i przypominały grę komputerową. Jednak kupiłaś mnie ciekawą scenografią i głębszymi, niż to zazwyczaj w fantastyce bywa, rozważaniami. No i uniknęłaś galopującej końcówki z wieloma informacjami naraz – czegoś, co zazwyczaj mi w Twoich tekstach przeszkadzało. Zasłużone piórko.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Dziękuję za lekturę i opinię, Mirabell. Cieszę się, że z jakichś swoich wad/wpadek się wyswobodziłam, choć nie uniknęłam wszystkiego. Bardzo mi miło, że lektura była zadowalająca i dorzucam uwagi do mojej cennej puli rad/zażaleń/pochwał :)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Nowa Fantastyka
Patronujemy