- Opowiadanie: Dafewf - Ćma

Ćma

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Ćma

Ćma zbliżyła się niebezpiecznie blisko lampki owadobójczej. Cierpliwie czekająca Zosia nagle poczuła zastrzyk adrenaliny. Owad już od jakiegoś czasu latał dookoła lampy, lecz dopiero teraz postanowił zbadać ją z bliższej odległości.

– Ciągle patrzysz na to ustrojstwo? – usłyszała dziewczynka. Głos należał do jej matki. Oderwała wzrok od światła i spojrzała w jej stronę. Mama zajęta była podlewaniem żywopłotu otaczającego działkę. Nie było to nic nowego, każdego roku pierwszy dzień spędzony w domku letniskowym wyglądał tak samo – sprzątanie, sprzątanie i jeszcze raz sprzątanie, a wszystko to, by przywrócić staremu budynkowi zdatność do codziennego użytku. Część z tych prac obie miały już z głowy, więc teraz zajęte były luźniejszymi czynnościami. Lub, jak w przypadku Zosi, leniuchowaniem.

– Jak będziesz tak patrzeć na tę lampę, to rozbolą cię oczy!

Zosia westchnęła i zaczęła szukać wyłącznika. Już miała go kliknąć, gdy stało się coś, co zupełnie zmieniło jej plan. Ćma przybliżyła się na tyle, że dało się słyszeć skwierczenie, a w następnej chwili przykleiła się do powierzchni lampy znajdującej się pod napięciem i w akompaniamencie kilku iskier wyzionęła ducha.

Przez ciemny las przemknął mocny powiew wiatru, przypominający ponure westchnienie.

– Czemu to cię tak interesuje? – spytała matka, wchodząc po stopniach tarasu. Zafascynowana Zosia spojrzała na mamę.

– Dlaczego one to robią? Dlaczego ćmy lecą do światła, skoro wiedzą, że to je zabije?

– One tego nie wiedzą, to tylko głupie robaki. Nie wiem, dlaczego to robią. Może czują się zagubione, a światło oznacza dla nich ratunek. Wiesz, jak takie światełko w tunelu. A może one po prostu je lubią? Kto tam może wiedzieć…

– Głupie stworzenia!

– Dokładnie, dziecko, dokładnie.

Niebo pociemniało. Słońce kilkanaście minut temu schowało się już za pasmem drzew. Dookoła dało się słyszeć leśny koncert wygrywany przez świerszcze i cykady, zwiastujący zapadnięcie nocy.

– Chodź do środka, bo komary nas pogryzą! – rozkazała matka. Zosia skinęła głową i ruszyła przez taras. Nienawidziła tych małych krwiopijców. Nagle coś przykuło jej uwagę.

– Mamo spójrz! To jelonek! – Wyciągnęła rękę przed siebie i wskazała na jakiś punkt w lesie. Matka podążyła wzrokiem w kierunku wskazanym przez córkę, lecz niczego nie dostrzegła. – Idzie tutaj! – zawołała radośnie Zosia i podbiegła do zejścia z tarasu. Pokonała schodki w kilka sekund i zaczęła biec do furtki. Matka, kierowana matczynym instynktem, ruszyła za nią. Dopadła do bramki akurat, by zobaczyć, jak jej dziecina znika w krzakach.

– Mamo! On ucieka!

– Zosia! Wracaj tu!

– On ucieka! Gońmy go!

Kobieta ruszyła z miejsca. Wpadła w gąszcz krzewów i zaczęła szukać córki. Biegła przed siebie kierowana odgłosami łamanych gałęzi i szeleszczących liści.

– Zosia! Wracaj!

Zanurzała się coraz głębiej w odmętach lasu, rozglądając się dziko na boki. Nie mogła zgubić córki. Nie w tak wielkim lesie. Mijała brzozy, świerki, sosny i niezliczone mrowiska. Z minuty na minutę robiło się coraz ciemniej, a żadna z nich nie miała latarki.

– Zosia! – wykrzyknęła w las. Była jednocześnie zła, zdenerwowana i przerażona. Odpowiedział jej cichy szloch. – Zosia! – zawyła tak głośno, że poczuła zdzieranie się jej gardła.

– Mama? – usłyszała nikły głosik dochodzący z oddali. Ruszyła w stronę, z której dobiegał. Biegła przed siebie, a niewidoczne w mroku gałęzie raniły ją po twarzy. Wpadła prosto w pajęczynę jakiegoś pechowego pająka, lecz nawet się tym nie przejęła.

Zobaczyła ją. Siedziała na mchu i szlochała. Zaraz przypadła do niej i przytuliła ją.

– Mamo, on uciekł! Był piękny, ale uciekł!

– Ćśś, już dobrze. Już dobrze – uciszała ją matka, tuląc do serca.

Cały las pogrążył się w mroku. Nie były w stanie już nawet dostrzec siebie wzajemnie. Po chwili wstały z ziemi i rozejrzały się dookoła. Mrok spowijał wszystko. Ledwo wyróżniały z niego pnie pobliskich drzew.

Coś przemknęło po ich lewej stronie. Nie widziały tego, raczej wyczuły lub dosłyszały jakiś odgłos. W następnej sekundzie coś poruszyło się naprzeciwko ich. Obie spojrzały w to miejsce, lecz nie były w stanie nic dostrzec.

Do ich nozdrzy wdarł się nieprzyjemny smród rozkładu zmieszany ze swądem trującej paprotki. Kombinacja drażniła układ oddechowy i wywoływała łzy w kącikach oczu.

Gdzieś z tyłu trzasnęła pojedyncza gałąź.

Gdzieś z boku kilka zeschłych liści opadło nagle na ziemię.

Gdzieś dalej zaskrzypiała kora.

Pomimo zapadnięcia nocy, las żył. Tętnił pełnią życia, przerażając tym samym obie kobiety. Zosia wtuliła się mocniej w mamę, zaczęła łkać. Jej rodzicielka przycisnęła ją do siebie i uspokajająco głaskała po głowie.

Kolejna trzaskająca gałąź. Jakieś dziwne stuknięcia. Ciche, zbliżające się, miarowe warczenie. Potępieńcze wycie gdzieś w oddali.

Coś, lub nawet kilka cosiów, zbliżało się do nich pod osłoną mroku. Im bliżej podchodziło, tym robiło się ciemniej, chociaż zdawać by się mogło, że już ciemniej być nie może. To, co nadchodziło, było mroczniejsze niż mrok. Ciemniejsze, niż ciemność. Podchodząc wysysało resztki światła z otoczenia, pozostawiając je bez realnego koloru, jakby zupełnie ich nie było, jakby ich materia zanikała wraz z pojawieniem się Złego.

Matka zaczęła szlochać. Nie wiedziała, co robić. Chciała znaleźć się gdzieś indziej i nigdy nie wracać do tego miejsca. Jednak nie widziała drogi ratunku. Zasłaniał ją mrok.

Potępieńcze wycia i warknięcia odzywały się tuż koło nich, kiedy gdzieś po boku rozbłysło światło. Oślepiło ono kobiety, lecz nie pokonało nadciągającego mroku. Ten przypominał nieprzebytą tkaninę utkaną przez cienie.

– Biegnij Zosiu! Biegnij do światła! – krzyknęła matka, ruszając z miejsca i ciągnąc za sobą córkę. Czuła, że to ich jedyna droga ratunku.

Słyszały kroki za swoimi plecami. Coś biegło tuż za nimi, lecz gdy Zosia odwróciła się, by sprawdzić, co to było, dostrzegła tylko czarną pustkę. Źródło światła było coraz bliżej. Przypominało ogromny reflektor skierowany prosto na nie.

– Biegnij, dziecko! Biegnij!

Wypadły spomiędzy drzew na małą, wyjałowioną polankę oświetloną przez białą kulę żywego ognia, lewitującą kilka metrów nad ziemią. Żadna z nich nie przejęła się tym, od razu obejrzały się za siebie, czy mrok dalej je goni. Ten jednak rozlał się na wszelkie strony, nie mogąc wejść do środka.

Dopiero po chwili zwróciły uwagę na źródło światła, które je tu przyciągnęło.

Jednak było już za późno. Kula światła eksplodowała białym ogniem, spopielając wszystko, co znajdywało się na polance.

– Dlaczego one to robią? Dlaczego ludzie gnają do światła, skoro wiedzą, że to ich zabije? – spytało młode drzewko topoli, przyglądające się całemu zajściu z fascynacją.

– Oni tego nie wiedzą, to tylko głupie kreatury. Nie wiem, dlaczego to robią. Może czują się zagubieni, a światło oznacza dla nich ratunek? Wiesz, jak taki wschód słońca. A może oni po prostu to lubią? Kto tam może wiedzieć… – odpowiedział stary, sędziwy jesion.

– Głupie stworzenia!

– Dokładnie, dziecko, dokładnie!

Koniec

Komentarze

Zmieniłbym oznaczenie z opowiadanie na szort ale to drobiazg.

 

Witaj!

Pomysł zemsty natury na ludziach nienowy acz przystępnie podany. Pierwsza część tekstu wydaje mi się lepsza od drugiej (mam na myśli ucieczkę Zosi i scenę finałową). Sceny finałowej ni w ząb nie kupuję, nie przypadła mi do gustu. Kula ognia spopielająca całą polankę wydaje mi się nazbyt krzywdząca dla samej Matki Natury. Dość szybko można się domyślić zakończenia, nie wiedziałem tylko kto i w jaki zabije bohaterki.

W czytaniu przeszkadzają potknięcia w wykonaniu.

 

“zbadać ją z bliżej odległości.” – literówka, bliższej

 

“A może one po prostu je lubią? Kto je tam wie?” – powtórzenie, je – je

 

“– Mam spójrz! To jelonek!” – literówka, “Mamo

 

“Ledwo wyróżniały (+się) z niego pnie pobliskich drzew.” – czegoś tu brakuje, “się”?

 

Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

@Mytrix

Dziękuję za komentarz, literówki już poprawiłem. Nawet jakbym czytał swoją wypowiedź dwieście razy, to nigdy nie znajdę wszystkich błędów, czasami zastanawiam się, czy inni autorzy też tak mają. 

 

Odnośnie zakończenia i pokrzywdzenia Natury – polanka była wyjałowiona od podobnych sytuacji. Było to miejsce pułapki na ludzi, stworzone przez różne byty lasu. Możnaby rzec, że to zemsta Natury za krzywdzenie jej dzieci przez ludzi. Ciężko jest czegokolwiek dokonać nie poświęcając przy tym czegoś, w tym przypadku poświęcenie dotyczyło niewielkiej polanki.

 

Również pozdrawiam!

Inni autorzy też tak mają :)

 

Ok, wymaga poświęceń, ale skoro to Natura się mści, to czemu nie użyje jakichś bardziej naturalnych sztuczek, bo tak to nie bardzo wiadomo skąd ta kula ognia? W subiektywnej mojej ocenie, lepiej wypadłoby coś co natura spłodziła, skleciła w roli “mechanizmu” zadającego śmierć.

 

:)

 

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Całkiem ciekawy pomysł :)

 

Nie było to nic nowego, każdego roku pierwszy dzień spędzony w domku letniskowym wyglądał tak samo – trzeba było go przywrócić do codziennego użytku.

 Brzmi jakby to dzień trzeba było przygotować do codziennego użytku.

Ćma przybliżyła się na tyle, że dało się słyszeć skwierczenie, a w następnej chwili przykleiła się do powierzchni lamp znajdującej się

Literówka chyba :)

 

Dopadła do bramki akurat[+,] by zobaczyć, jak jej dziecina znika w krzakach.

– Ćśś, juz dobrze. Już dobrze – uciszała ją matka, tuląc do serca.

Literówka.

Coś przemknęło po ich lewej stronie. Nie widziały tego, raczej wyczuły lub dosłyszały jakiś odgłos. W następnej sekundzie coś poruszyło się naprzeciwko ich.

 

Do ich nozdrzy wdał się nieprzyjemny smród rozkładu zmieszany ze swądem trującej paprotki

Zapach nie za bardzo może się wdać, jeśli już, to wedrzeć :)

 

Spytało młode drzewko topoli, przyglądające się całemu zajściu z fascynacją.

– Oni tego nie wiedzą, to tylko głupie kreatury. Nie wiem, dlaczego to robią. Może czują się zagubieni, a światło oznacza dla nich ratunek? Wiesz, jak taki wschód słońca. A może oni po prostu to lubią? Kto tam może wiedzieć… – Odpowiedział stary, sędziwy jesion.

– Głupie stworzenia!

– Dokładnie, dziecko, dokładnie!

Hmmm, chyba lepiej by brzmiało, gdyby drzewa należały do tego samego gatunku. W końcu Zosia rzeczywiście była córką Małgorzata, a topola raczej nie wyrośnie  z nasiona jesionu.

Ogólnie taki pomysł wkradł mi się do głowy podczas biegania o późnej porze koło lasu. Dostrzegłem jakieś światło w wśród drzew i pierwszą moją myślą było wtedy “Ogniki!”. Tak więc owa kula ognia miała być takim ognikiem, czy też błędnym ogniekiem, wabiącym ludzi, jak w baśniach i legendach. Jednak w nieco “powiększonej” wersji. 

@lenah

 

Dziękuję za komentarz! Literówki znalezione przez Ciebie już poprawiłem.

 

Podczas rozmowy drzew użyłem “dziecko”, jako zwrot starego do młodego. Nie chodzi tu o pokrewieństwo. Coś w stylu, kiedy mały szkrab podbiegnie na ulicy do przypadkowego starszego dziadka. Może mam co do tego błędny stosunek, ale wydaje mi się, że mimo braku pokrewieństwa ów dziadek zagadnąłby do dziecka per “dziecko” “młody człowiek” itp. Zastosowanie jesionu również nie jest przypadkowe, gdyż odnosi się to poniekąd do Yggdrasila.

 

Pozdrawiam!

Trochę ogólne to odniesienie do Yggdrasila, ciężko by to powiązać :)

 

 

Przypadkowy cytat :D

An ash I know, | Yggdrasil its name,

With water white | is the great tree wet;

Thence come the dews | that fall in the dales,

Green by Urth's well | does it ever grow.

 

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Tak sobie też pomyślałam, ale moja natura biologa wymusiła na mnie skomentowanie tego fragmentu :)

@Mytrix

Owszem, nieco ogólne, jednak w jednej z moich interpretacji, której oczywiście nie narzucam, jest to odwołanie do pogaństwa. Światło natomiast kojarzy się z chrześcijaństwem, a jak widać, jest zgubne dla bohaterek opowiadania. Nie wiemy czy mrok coś zrobiłby kobietom, możemy się tylko domyślać, ale kto wie, czy pogodzenie się na niego nie skończyłoby się dla nich lepiej. 

 

Zawsze bawiło mnie jak na polskim w szkole bawiliśmy się w “co autor miał na myśli”. I jeszcze raz powtórzę, niczego nie narzucam, proszę interpretować po swojemu :)

Szczególnie co miał na myśli ten czy tamten w swoim wierszu? (Szczegół, że jak pisał to był pijany w sztok, i sam nie wiedział o czym majaczy) a później zinterpretuj tekst na maturze i traf w klucz. Weź jeszcze pod uwagę CV autora, okolicznoàci powstania, wydarzenia polityczne w danym okresie i takie tam ;P no ale zdałem rozszerzony Polski więc nie taki diabeł straszny jak go malują ;) Też odniosłem wrażenie, że mrok by kobietom krzywdy nie uczynił ale co z tymi cosiami, co się w mroku kryły?

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Haha, dokładnie, nic dodać nic ująć! Ja będę się z tym męczył w tym roku i liczę na łut szczęścia, że trafi mi się coś, o czym potrafię powiedzieć/napisać. 

 

Owe cosie mogły nawet nie istnieć. Kiedy ogarnia nas mrok i strach nasz mózg zaczyna pracować na zwiększonych obrotach – wyłapuje nawet najcichsze odgłosy, których jak wiadomo w lesie jest wiele, gdyż ten tętni życiem zwłaszcza po zapadnięciu zmroku. Ciężko powiedzieć, czy to, wyczuwały w lesie było realnym zagrożeniem, czy tylko wytworem ich wyobraźni zmąconej przerażeniem. Można też uznać, że były to leśne zwierzęta, zarówno te groźniejsze, jak i niegroźne. Interpretacji jest od koloru do wyboru, to, co najbardziej do czytelnika przemawia, to jest tym najbardziej trafionym, gdyż każdy może dostrzec w tekście co innego. Nie wolno mi narzucać moich subiektywynych myśli, symbolika niech będzie symboliką :)

OK, jest jakiś pomysł, ciekawa klamra. Tylko tekst jest straszliwie przewidywalny. Tak mniej więcej od śmierci ćmy. Więc już przy czytaniu wyłapywałam rzeczy, które mi nie zagrały: dlaczego matka nie zamknęła furtki na noc? Dlaczego nie dogoniła błyskawicznie dziecka (wygląda na malutkie, skoro próbuje złapać jelonka)?

Językowo całkiem nieźle, ale dopracuj zapis dialogów.

Babska logika rządzi!

@Finkla

Naprawdę jest aż tak przewidywalne? Nieco może owszem, ale nie wydaje mi się, żeby już od podanego przez Ciebie momentu. Co do dalszej części, to możliwe, że niektóre części mi umykały, lub nie przywiązywałem do nich zbyt wielkiej wagi. Ucieczka Zosi rozgrywała się chwilę po schowaniu się słońca za koronami drzew, był to raczej późny wieczór, a nie noc. 

Gonitwę za dzieckiem potraktowałem z większą dozą mistycyzmu. Zdawać by się mogło, że matka powinna dogonić Zosię gdy ta znikła wśród drzew i krzewów, jednak specjalnie zniknęła z tego miejsca, by wzbudzić napięcie. Jeśli zaś chodzi o dogonienie ją, zanim wyszła za furtkę, to wyobrażając sobie tę scenę widziałem, jak dziecko biegnie przez taras, byle tylko jak najszybciej dostać się do zwierzęcia, podczas gdy matka czuje jakiś niepokój i nie biegnie za córka, tylko idzie. Przyśpieszyła dopiero, gdy ta wyszła poza bramę. Możliwe, że nie ująłem tego w tekście, a by wypadało, więc pewnie jeszcze ten fragment poprawię, dziękuję za zwrócenie uwagi :)

Co masz na myśli poprzez dopracowanie zapisu dialogów? Chodzi o zapis zapis czy ich brzmienie?

Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

No, sorry, wiedziałam, co się święci, kiedy przez las przemknął cień, czy jakoś tak. Widać było, że las szykuje się do zemsty za bezsensowną śmierć ćmy. Dialog o głupocie ciem tylko potwierdzał podejrzenia. Btw, ćma leci w stronę źródła światła, bo ewolucja nie przewidziała świeczek i innych latarek.

– Czemu to cię tak interesuje? – Spytała matka,

W tym przypadku “spytała” małą literą, bo to dalszy ciąg zdania, opis wypowiedzi. Później też masz analogiczne błędy. Co najmniej jeden.

Babska logika rządzi!

W sumie coś w tym jest. Nic to jednak nie zmienia, gdyż od początku uważałem to opowiadanie za bardziej symboliczne, o czym możesz przeczytać we wcześniejszych komentarzach, niż “zaskakujące” czy nieprzewidywalne. 

Wiem dlaczego ćmy lecą do światła, zawsze, jak o czymś pisze, to zagłębiam się w temat mniej lub bardziej. Z fizyki dobry nie jestem, ale zapamiętałem, że one kierują się polami magnetycznymi, które bodajże kierują się w nocy w stronę księżyca, a sztuczne źródła światła typu własnie lampa, są dla nich pułapką taką, jak czarna furgonetka “Darmowe cukierki” na dzieci. Aczkolwiek niewiele osób o tym wie, dlatego nie miałem zamiaru uczynić z matki dziewczynki jakiejś wszechwiedzącej. Ona po prostu nie wiedziała.

 Okej, rozumiem już. Chyba dość często robiłem ten błąd zarówno w tym, jak i w innych tekstach, bo nikt nigdy nie zwrócił mi na to uwagi i myślałem, że tak jest dobrze. No, ale od teraz będę wiedział :)

Nie rozumiem zachowania bohaterek. Piszesz: …każ­de­go roku pierw­szy dzień spę­dzo­ny w domku let­ni­sko­wym wy­glą­dał tak samo – sprzą­ta­nie, sprzą­ta­nie i jesz­cze raz sprzą­ta­nie, a wszyst­ko to, by przy­wró­cić sta­re­mu bu­dyn­ko­wi zdat­ność do co­dzien­ne­go użyt­ku. Część z tych prac obie miały już z głowy… więc przyjmuję, że Zosia nie jest malutka, pewnie ma już swoje naście lat i powinna wiedzieć, że do leśnych zwierząt nie biegnie się, a już szczególnie do tych, które podchodzą do ludzi.

Jakkolwiek rozumiem, co chciałeś opowiedzieć, zaczynając od ćmy, a kończąc rozbłyskiem na polanie, to muszę wyznać, że szort niespecjalnie do mnie przemówił. W dodatku nie wiem, czym obie panie zasłużyły sobie na zemstę lasu.

 

Ćma zbli­ży­ła się nie­bez­piecz­nie bli­sko lamp­ki owa­do­bój­czej. – Nie brzmi to najlepiej.

 

Głos na­le­żał do jej matki. Ode­rwa­ła wzrok od świa­tła i spoj­rza­ła w jej stro­nę. – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

więc teraz za­ję­te były luź­niej­szy­mi czyn­no­ścia­mi. – Co sprawia, że czynność jest luźniejsza?

 

i w akom­pa­nia­men­cie kilku iskier wy­zio­nę­ła ducha. – Akompaniament, to dźwięki towarzyszące czemuś, a iskry chyba nie wydają dźwięków.

 

– Czemu to cię tak in­te­re­su­je? – Spy­ta­ła matka… – – Czemu to cię tak in­te­re­su­je? – spy­ta­ła matka

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Bie­gła przed sie­bie, a nie­wi­docz­ne w mroku ga­łę­zie ra­ni­ły ją po twa­rzy. – Czy istniała możliwość, by biegła inaczej, nie przed siebie? Czy można ranić po czymś?

Proponuję: Bie­gła, a nie­wi­docz­ne w mroku ga­łę­zie ra­ni­ły jej twa­rz.

 

smród roz­kła­du zmie­sza­ny ze swą­dem tru­ją­cej pa­prot­ki. – …smród roz­kła­du zmie­sza­ny ze swę­dem tru­ją­cej pa­prot­ki.

Ponieważ swąd kojarzy się raczej z zapachem spalenizny, proponuję: …smród roz­kła­du zmie­sza­ny ze wonią tru­ją­cej pa­prot­ki.

 

zbli­ża­ło się do nich pod osło­ną mroku. Im bli­żej pod­cho­dzi­ło, tym ro­bi­ło się ciem­niej, cho­ciaż zda­wać by się mogło, że już ciem­niej być nie może. To, co nad­cho­dzi­ło, było mrocz­niej­sze niż mrok. Ciem­niej­sze, niż ciem­ność. Pod­cho­dząc wy­sy­sa­ło reszt­ki świa­tła z oto­cze­nia, po­zo­sta­wia­jąc je bez re­al­ne­go ko­lo­ru, jakby zu­peł­nie ich nie było, jakby ich ma­te­ria… – Domyślam się, że cześć powtórzeń jest celowa, ale takie ich nagromadzenie nie wygląda najlepiej.

 

kiedy gdzieś po boku roz­bły­sło świa­tło. – Raczej: …kiedy gdzieś z boku roz­bły­sło świa­tło.

 

Ten przy­po­mi­nał nie­prze­by­tą tka­ni­nę utka­ną przez cie­nie. – Co to znaczy, że tkanina jest nieprzebyta?

 

od razu obej­rza­ły się za sie­bie, czy mrok dalej je goni. – Masło maślane. Czy mogły obejrzeć się przed siebie?

Wystarczy: …od razu obej­rza­ły się, czy mrok dalej je goni. Lub: …od razu spojrzały za sie­bie, czy mrok dalej je goni.

 

Ten jed­nak roz­lał się na wszel­kie stro­ny, nie mogąc wejść do środ­ka. – Do środka czego?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy

Przykro mi, że opowiadanie się nie spodobało :(

Zosia ma 7-8 lat, żadne tam naście. Nic w tekście nie wskazuje na to, by miała powyżej 10 lat. Jej zachowanie właśnie miało być wyznacznikiem wieku. Sprzątać działke może byle dziecko, które dostanie szmatkę w rękę i będzie robić to samo co mamusia i cieszyć się, że pomaga.

Co do zemsty lasu – lamp owadobójczych przeważnie nie kupuje się, żeby tylko rozświetlić sobie otaczający mrok. Sama ich nazwa mówi, że jest to narzędzie do zabijania owadów. Zapewne wyposażyły się w taką lampę ze względu na komary i inne uprzykrzające życie latające gnojki. Według mnie to wystarczający powód do zemsty. Oko za oko. 

Dziękuję za szczegółowe opisanie błędów. Widać, że dużo jeszcze przede mną nauki w pisaniu.

Pozdrawiam!

Skoro Zosia kolejny rok spędzała w leśnym domku i sprzątała go jak zwykle, założyłam, że ma właśnie jakieś dziesięć albo jedenaście lat. Ale faktycznie, młodsze dziecko uzbrojone w ściereczkę lub zmiotkę, plączące się pod nogami, będzie przekonane, że sprząta.

Czy i jak las mścił się za używanie pacek i lepów na muchy? Czy na zbierających grzyby i leśne owoce, także wydawał wyroki? Co z myśliwymi? A może to tematy na kolejne opowiadania… ;-)

 

Cieszę się, Dafewfie, że uznałeś uwagi za przydatne. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Btw, ćma leci w stronę źródła światła, bo ewolucja nie przewidziała świeczek i innych latarek.

Ewolucja nie przewidziała ognia? To dlaczego automatycznie cofasz rękę, gdy włożysz ją w płomień?

 

Wiem dlaczego ćmy lecą do światła, zawsze, jak o czymś pisze, to zagłębiam się w temat mniej lub bardziej. Z fizyki dobry nie jestem, ale zapamiętałem, że one kierują się polami magnetycznymi, które bodajże kierują się w nocy w stronę księżyca, a sztuczne źródła światła typu własnie lampa, są dla nich pułapką taką, jak czarna furgonetka “Darmowe cukierki” na dzieci.

To jedna z teorii, ale prawda jest taka, że jednak nikt nie wie. Jak dotąd nikomu nie udało się naukowo wyjaśnić dlaczego ćmy lecą do światła. Nadaje to opowiadaniu dodatkowego smaczku. Szkoda tylko, że zdecydowałeś się na losową kulę ognia znikąd, a nie ogniki wabiące nieszczęśnice na mokradła, kolonię krwiożerczych świetlików, czy coś mającego więcej fabularnego sensu.

na emeryturze

Ewolucja nie przewidziała ognia? To dlaczego automatycznie cofasz rękę, gdy włożysz ją w płomień?

Wyrywasz fragment dyskusji z kontekstu. Z teorii, którą czytałam, wynika, że ćma wykorzystuje światło Księżyca, żeby lecieć w miarę prosto. Na przykład leci tak, żeby Księżyc był na drugiej. Praktyczny sposób na utrzymanie azymutu. Tylko, kiedy w nocy pojawia się jakieś inne źródło światła, o wiele bliżej ćmy, system się rozwala, a ćma wpada w spiralę.

Nie chodziło mi o to, że ewolucja nie przewidziała ognia – tego nie musiała przewidywać, bo już był. Nie przewidziała sztucznych źródeł światła.

A wydaje mi się, że rękę cofam, żeby uniknąć bólu. Mechanizm prosty, ale diablo skuteczny. Nie sądzę, że lęk przed płomieniem jest wrodzony. Ale się nie znam.

Babska logika rządzi!

W szczegółową analizę bawić się nie będę, żeby nie dublować uwag, ale jedną powtórzę – dla mnie też zakończenie było przewidywalne od rozmowy o śmierci ćmy. To plus tytuł spowodowały, że łatwo domyślić się jak ogólnie całość się skończy.

I jeszcze zastrzeżenie co do dziewczynki. Siedmio czy ośmiolatka raczej nie poleci bezrefleksyjnie nocą w las za jakimkolwiek zwierzakiem. Jest już na to za duża. A przynajmniej żadne z dzieci w tym wieku, które znam, by tego nie zrobiło. Odbieram ją więc jako trzy– czterolatkę. 

Poza tym czytało mi się spokojnie, jest co szlifować, ale tragedii nie ma. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie mogę zdecydować, czy tekst jest:

  1. tendencyjny i wydumany (bo nakazuje bohaterom robić idiotyczne rzeczy, tylko po to, aby Autor mógł dojść do zamierzonej puenty);
  2. napisany na kolanie, nieuważnie i bez przemyślenia (bo bohaterowie robią idiotyczne rzeczy i, w rezultacie, fabuła nie ma sensu).

Zaznaczam, że za bohaterów uważam zarówno postacie ludzi jak i drzew.

Hmm... Dlaczego?

Fajne :)

Nowa Fantastyka