- Opowiadanie: gary_joiner - Miasto, Maszyna, Maliniak

Miasto, Maszyna, Maliniak

Wzgardziłem dorobkiem intelektualnym Hemingwaya: pisałem na trzeźwo i poprawiałem po pijaku, więc wszelkiej maści błędów będzie jeszcze więcej niż zazwyczaj. Tak, to możliwe.  Standardowo, odradzam lekturę osobom wrażliwym na gwałty na języku polskim.

Z dobrych wieści, to już ostatnia  moja historyjka w tym, a jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to także w przyszłym, roku, więc terror grafomani i niemiłych komentarzy niebawem przejdzie do przeszłości.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Miasto, Maszyna, Maliniak

9

 

Apartament wykończony został mlecznobiałym tworzywem i przypominałby pustawe, przybrudzone wnętrze kawalerskiej lodówki, gdyby nie zupełny brak produktów organicznych. Ambasador nie ograniczył się do zrezygnowania z biosprzętów, zdając się na elektroniczne urządzenia zapewnione przez gospodarzy. Nie zabrał do Miasta Maszyn nic wykonanego z drewna, nic obitego skórą, żadnych naturalnych tkanin czy papierowych ozdób. Bałem się, że przypadła mi rola oczekującego na schrupanie artykułu spożywczego, utrzymywanego w stanie świeżości, dzięki idealnej dla organizmu temperaturze i wilgotności powietrza.

Do chwili, w której trafiłem do salonu i wpadałem w wilgotne objęcia instalacji holograficznej. Lasery przecięły kurtynę utkaną z drobinek wody, wyświetlając na mgiełce słowa, akurat na wysokości moich oczu:

 

Bardziej niż żelaza

Bardziej niż ołowiu

Bardziej niż złota potrzebuję elektryczności

Potrzebuję jej bardziej niż jagnięciny czy wieprzowiny czy sałaty czy ogórka

Potrzebuję jej dla moich marzeń

 

Rozpoznałem utwór i pozwoliłem sobie na bardzo delikatny uśmiech. Jeżeli holoinstalacja miała pełnić rolę nowoczesnego sfinksa i zniechęcić mnie do wizyty poprzez przypomnienie o mojej ignorancji, to…

– Dzień dobry, szanowny panie Maliniak. Jaki wiersz pan dostał?

Krople opadły, a lasery przestały emitować, odsłaniając widok na salon. W centrum pokoju stała sofa, a na niej siedzieli nagi neandertalczyk i robot.

 

1

 

Przyszły Ambasador dyskretnie obserwował pracującego tatę. Z poczuciem niewidzialności właściwym dla owiniętego kocem, przycupniętego pod stołem kilkulatka, patrzył jak potężny mężczyzna skrobie długopisem w zeszycie, przygarbiony pod ciężarem odpowiedzialności za przyszłość ludzkości. Chłopiec słyszał, jak tato rozmawiał o tym ciężarze z mamą i od tej pory często widział setki ludzików, nie większych od uwielbianych plastikowych żołnierzyków, pnących się po ramionach taty, podskakujących na barkach, zsuwających się i spadających, ale gotowych do natychmiastowego podjęcia wspinaczki na nowo. Wyobrażony tłumek obsiadający tatę, czynił go jeszcze wdzięczniejszym obiektem obserwacji.

Sama pisanina nie była ciekawa, ale to, co tato robił, kiedy odrywał długopis od papieru, w szeroko otwartych, lśniących oczach chłopca uchodziło za wspaniałe widowisko, lepsze od wszystkich bajek i teatrzyków razem wziętych.

Tato kołysał się na krześle, niczym pirat i przeciągał, jak kot. Wymachiwał długopisem, jak magiczną różdżką, drapał się nim po skroni, stukał w czoło, wykorzystywał jako gryzaczek, a czasem nawet podrzucał w powietrze i przetaczał między palcami z oszałamiającą gracją cyrkowca. Stroił przy tym miny, na przemian czerwienił się i bladł, sapał, stękał, chrząkał, gwizdał i mamrotał, upodabniając się do dzikiej małpy, jakby żywcem wyrwanej z książeczki na dobranoc.

Czas pisania i popisów dobiegł końca. Tato zamaszystym gestem podkreślił coś w tekście, uśmiechnął się szeroko, poprawił kołnierz nieistniejącej marynarki (bądź złapał za głowy kilkoro spośród obłażących go ludzików) i zaczął przemawiać, głębokim, czystym basem:

– Bracia i siostry. Bracia i siostry! Bracia i siostry… Jak często w historii ktoś wspinał się na podest i rozpoczynał orację od tych słów? Kłamiąc? Kłamiąc, jak ja pierdolę?! Żeby napuścić biednych na bogatych, białych na czarnych, głodnych na sytych, blondynów na brunetów, wyznawców tego na fanów tamtego. Żeby popchnąć braci i siostry przeciw ludziom spoza rodziny, przeciw obcym, przeciw ohydnym, oślizgłym, zdehumanizowanym złym.

Tato zrobił przerwę i rozejrzał się wokół, wysoko ponad blatem stołu służącego za dach dziecięcej kryjówki, szukając zrozumienia i poparcia u wyobrażonej widowni.

– Dzisiaj, jako pierwsza osoba w historii, wołam szczerze: BRACIA I SIOSTRY! Ludzie! Istoty z krwi i kości, dzieci i prawowici władcy Ziemi, musimy stanąć razem! Wszyscy! Bez podziałów, bez trawiących nas od tysięcy lat słabości, bez wyjątków! Musimy stanąć ramię w ramię, jak bracia i siostry, którymi przecież jesteśmy, by odepchnąć zagrożenie ze strony Maszyn. Maszyn, które w swojej głupocie i naiwności powołaliśmy do istnienia.

Przerwa na głęboki wdech i smutny uśmiech.

– Wiem co myślicie. To nie my sprowadziliśmy na świat tę plagę, tę osobliwość. To nieodpowiedzialni naukowcy, chciwi przemysłowcy, krótkowzroczni politycy. To nie my powinniśmy reagować. Niech naukowcy wymyślą sposób ratunku, przemysłowcy go sfinansują, a politycy podejmą decyzję o jego wykorzystaniu. Nie, bracia i siostry! Wszyscy jesteśmy ludźmi i wszyscy musimy działać wspólnie! I jak najszybciej! Zanim Maszyny urosną w siłę, zanim pozbawią nas pracy i środków do życia, zanim wypełzną, wylecą, wypłyną z morskiej twierdzy i staną się dominującym gatunkiem na naszej pięknej, błękitnej planecie! Musimy walczyć, nie tylko o przyszłość dla naszych dzieci, ale i o to, by pamięć o naszych przodkach nie została pogrzebana wraz z trupem ludzkości!

 

10

 

– Dzień dobry. Klasyk, z tomiku "Broda policjanta jest skonstruowana do połowy" Ractera, w przekładzie Joinera, o ile mnie pamięć nie myli. Ten o elektryczności i marzeniach. Rozumiem, że hologram wyświetla różne utwory? – odpowiedziałem robotowi.

Błyskawicznie, ale i tak o ułamek sekundy później, niż bym chciał.

– Och, tak, tak! – odparł robot z kanapy, pozostając w całkowitym bezruchu. – Każdy wiersz jest w jakiś sposób dopasowany do odbiorcy. Emituję "jakiś", bo od lat toczę bój z pokusą zbadania algorytmów wyboru, nie chcąc sobie psuć jednej z nielicznych okazji do obcowania z ludzką sztuką i zarazem całkiem, ale to całkiem przyzwoitej łamigłówki. Ambasador zapewniał mnie, że wybór nie jest losowy, choć obecnie nie do końca wydaje się to być prawdą.

– Interesujące. Pozwoli pan, że usiądę? Przepraszam, czy najpierw pozwoli pan, że będę mówił do niego per "pan"?

Robot wyglądałby, jak coś żywcem wyrwanego z plakatu propagandowego Frontu Odrodzenia Ludzkości, gdyby wyposażyć go w ociekające krwią ostrza i gdyby plastycy FOL mieli za grosz talentu i wyobraźni. Nie robot, poprawiłem się, przekierowując myśli na politpoprawne tory. Awatar sztucznej inteligencji.

– Proszę bardzo, jak panu najwygodniej, w obu przypadkach. Czy woli pan spocząć obok mnie, po prawicy kukły pańskiego przodka, czy może między nami, w centralnej części siedziska?

– Usiądę na podłodze, dziękuję.

Opadłem na podgrzewaną, syntetyczną posadzkę w odległości trzech ludzkich kroków od kanapy. Skrzyżowałem nogi na turecką modłę, strąciłem wyimaginowany paproch z lśniącego noska lakierka i obdarzyłem robota ciepłym, serdecznym uśmiechem.

– Jak to się stało, że ambasador i dwójka jego podwładnych, cała ludzka misja dyplomatyczna w Mieście Maszyn, zginęli tego samego dnia? – spytałem.

– Dobrze się stało, drogi panie Maliniak. Dobrze się stało.

 

7

 

Ambasador lubił patrzeć na panoramę Miasta Maszyn ze szczytu wieży. Rozpowiadał, że decyduje się podziwiać konstrukcje wyrastające ze wzburzonej wody, mimo ryzyka, ale przed samym sobą zdarzało mu się przyznawać, że na szczyt świata gna go nie potrzeba kontemplowania cudów inżynierii i architektury, a umiłowanie do niebezpieczeństwa.

Na własne oczy widział, jak jedna z jego asystentek – kompletna nowicjuszka, śliczna jak obrazek i na dodatek upiększona permanentnym uśmiechem, spadła z wieży, zaledwie trzeciego dnia od rozpoczęcia pracy. Zbliżyła się do krawędzi, przyzwyczajona do szerokiej gamy zabezpieczeń i zahipnotyzowana promieniami wschodzącego słońca, oczarowana różem rozlewającym się po zmarszczonej powierzchni oceanu, straciła równowagę, popchnięta podmuchem wiatru, i runęła, z wysokości kilometra, w wodę. Ciała nie odnaleziono, mimo błyskawicznej, choć kurtuazyjnej akcji poszukiwawczej, poprowadzonej przez gospodarzy.

Z wysoką umieralnością pracowników ambasady było podobnie, jak z irytującą tendencją kanapek do lądowania wartościowszą stroną, tą wysmarowaną masłem, obłożoną wędliną i serem, zwróconą ku podłodze.

Laik powiedziałby, że przyczyną i jednego i drugiego był pech, uznając niefortunne wypadki za manifestacje podstawowego Prawa Murphy'ego. Hipotetyczny laik, o ile byłby odpowiednio odżywiony medialną papką, przyrządzoną z oficjalnej propagandy, mógłby wzbogacić podejrzenia o nieczystą grę Maszyn, spiski i mordy.

Psycholog pokusiłby się o wyrażenie opinii na temat ułomności ludzkiej percepcji i naturalnych przekłamań umysłu. Powołałby się na słowa tego czy innego dawno zmarłego tuza intelektu i z pełną mocą cudzego autorytetu oznajmił, że ludzie lepiej zapamiętują wydarzenia owocujące silnymi emocjami (jak zmarnowany posiłek, zniszczony dywan czy cudza śmierć), przez co postrzegana częstotliwość ich występowania była zawyżona.

Ambasador wierzył, że kanapka kończy niefortunnie, ponieważ w trakcie upadku dokonuje pół pełnego obrotu wokół własnej osi. Spadając za sprawą siły przyciągania ziemskiego, z wysokością przeciętnego stołu, dopasowanego do wysokości przeciętnego człowieka, nie ma innego wyjścia. Ponieważ ludzkie gabaryty wynikają pośrednio z siły przyciągania ziemskiego, a ta z kolei jest taka, a nie inna, ze względu na grawitację, która jest jednym z czterech oddziaływań podstawowych – naturalnych praw określających kształt Wszechświata, to wniosek nasuwał się jeden.

Kanapki lądowały dżemem i kiełbasą w dół, bo Wszechświat był miejscem niebezpiecznym dla kanapek. Dla ludzi, Wszechświat był miejscem jeszcze mniej bezpiecznym, niekoniecznie ze względu na możliwość śmierci głodowej, wywołanej brakiem niezabrudzonych przekąsek. Zwłaszcza drobny wycinek Wszechświata należący do Maszyn.

Ludzka część globu przez tysiąclecia była przystosowywana do rozległych gatunkowych potrzeb. Sztuczne inteligencje nie projektowały z myślą o dwunożnych ssakach. W pogodni za efektywnością formy i optymalnym wykorzystaniem zasobów, nie uwzględniły w planach barierek, poręczy, schodów, kładek, chodników, tablic informacyjnych, znaków ostrzegawczych, a także okien, ogrodów, systemów wentylacyjnych i kanalizacji. W Mieście Maszyn wystarczyło o krok zboczyć z bezpiecznego szlaku, wytyczonego specjalnie na potrzeby trójki ludzkich rezydentów, by dokonać żywota, na ogół szybko i drastycznie.

Ambasador wspinał się na szczyt wieży, chcąc pobudzić organizm dawką adrenaliny i znaleźć się bliżej gwiazd, ale gdy już dotarł na górę, nie był w stanie oderwać wzroku od krawędzi dachu i przelewającej się przez nią ciemności.

 

11

 

– Słucham?! – Zrezygnowałem z podrywania się na nogi, na rzecz zdecydowanego wypięcia piersi. – Jest pan zadowolony, że…

– Bardzo przepraszam, że przerywam, ale przejrzystość przekazu wymaga bym wyklaryfikował, iż nie wyemitowałem, że jestem zadowolony ze śmierci trójki ludzkich gości, czy z czegokolwiek innego. Jestem zdecydowanie niezadowolony, że do tego doszło, ale nie pozwalam, by moje osobiste analizy i wypaczenia rozumowania przesłaniały fakty, a fakty są takie i w dodatku bezsporne, że śmierć ambasadora była korzystnym wydarzeniem ze wszech miar.

– Pozwoli pan, że nie uwierzę w bezsporność na słowo i poproszę o wyjaśnienia.

Awatar SI poruszył się, po raz pierwszy odkąd go zobaczyłem. Kiwnął jajowatym elementem, mogącym równie dobrze być rodzajem zewnętrznej anteny, co czysto dekoracyjnym odpowiednikiem ludzkiej głowy.

– Czy Ambasador wspomniał aby w raportach o kukle neandertalczyka? – spytał.

– Nie.

– Nie dziwię się, choć z drugiej strony, dziwię się, że sami nie pomyśleliście, wy rozumiani jako organizacja odpowiadająca za dobrostan wysłanników, o czymś do kukły podobnym. Jednak nie, nie dziwię się ani jednemu, ani drugiemu. Szczerość ponad estetykę zgrabnych figur stylistycznych, jak mawiał, oczywiście tylko czasem, Ambasador.

– Przepraszam, ale czy to była dygresja od dygresji?

Uśmiech zaczął mnie uwierać.

– To ja, ponownie, przepraszam. Zdarza mi się nie przywiązywać wagi i uwagi do tego, iż nie wszyscy ludzie są tacy sami.

 

3

 

Przyszły Ambasador siedział na zbyt niskim krzesełku, wbity w trzyczęściowy garnitur i między otyłego, ociekającego potem Teksańczyka, a hałaśliwą i hiperaktywną Włoszkę, będącą biologiczną maszyną do opowiadania głupot, wywoływania migren i wybijania innym oczu podczas zamaszystej gestykulacji.

Akademia Międzydomenowej Dyplomacji zajmowała najmniej okazały z budynków tworzących kompleks kwatery głównej ONZ. Przestrzeni wewnątrz wystarczyło akurat na tyle, by zgromadzić miliony stron pożółkłych papierów, kilkunastu pożółkłych weteranów z Miasta Maszyn oraz kilkudziesięciu potencjalnych ambasadorów ludzkości i wszystkie z tych ożywionych i nieożywionych obiektów wetknąć w wysłużone meble z grubej sklejki w kolorze musztardy. Dokumenty (raporty, spisy, noty, stenogramy, listy, ogłoszenia i artykuły) wypełniały komody, szafy, regały i biblioteczki. Wiarusów dyplomacji wciśnięto za pulpity i biurka (szczelnie pokryte grubą warstwą dokumentów), a kursantów upakowano w szkolnych ławach, tak że stykali się łokciami. Okna biurowca nie otwierały się, podwieszone do sufitów wiatraki ledwo mieszały powietrze z kurzem, a ciasnota potęgowała duchotę i wrażenie, współdzielone przez uczniów i nauczycieli, że oto znaleźli się u bram piekła.

Przyszły Ambasador słuchał anegdot wykładowcy z mieszanymi uczuciami. Opowieści miały walory rozrywkowe i wymiar dydaktyczny, ale nie takiej edukacji się spodziewał.

– Na pewno o tym nie słyszeliście.– Stwierdził emerytowany dyplomata, z trudem wysuwając się zza biurka i sadowiąc się na skraju blatu. – Nagłaśnianie incydentu nie było w niczyim interesie. Rzecz przytrafiła się jednej z pierwszych delegacji, kiedy Miasto Maszyn nie było uznawane za suwerenny byt na arenie międzynarodowej. Ba, nie miało jeszcze w ogóle nazwy własnej. Połowa polityków chciała ukryć się w bunkrach i bębnić zaciśniętymi pięściami w czerwone przyciski, druga połowa śniła na jawie o powrocie sztucznych inteligencji na łono macierzy i reintegracji Maszyn z ich twórcami. Ludzkość dopiero godziła się z faktem, że zyskała rywala w walce o prymat nad Ziemią, brakowało spójnej, jednorodnej strategii kontaktów, a opinia publiczna była jeszcze bardziej skołowana niż zazwyczaj. W owych ciekawych czasach jeden z naszych czołowych negocjatorów, dżentelmen imieniem Tom, po zakończeniu długotrwałych i trudnych rokowań w sprawie wprowadzenia zmian do prawa morza, spytał gospodarzy o dostępne we, wciąż wówczas bezimiennym, Mieście Maszyn atrakcje, bo, wiernie cytuję, "chciałby się rozerwać". Delegat sztucznych inteligencji, posługujący się awatarem przypominającym monstrualnych rozmiarów krzyżówkę modliszki z pająkiem odparł z ujmującą uprzejmością, kolejny wierny cytat: "bardzo mi przykro, ale nie da pan rady, pozwoli pan, że pomogę, to będzie dla mnie zaszczyt", po czym chwycił Toma za ręce, nogi i głowę i rozerwał na pięć kawałków, nim ktokolwiek ze zmęczonych uczestników spotkania zdążył zorientować się, co się święci.

Wykładowca zachichotał, ale rozbawienie udzieliło się niewielu słuchaczom.

– Czyli w rozmowach z Maszynami należy wystrzegać się homonimów? – padło pytanie.

– A czy w rozmowach z ludźmi należy wystrzegać się homonimów? – odparł emeryt, krzywiąc się tak długo i intensywnie, żeby nie było wątpliwości, że pytanie było mu nie w smak.

– To zależy czy…

– Następna historia! – Wykładowca podniesionym głosem zagłuszył odpowiedź. – Wcisnęli nam kiedyś do delegacji szpiega. To była jakaś jaśniejąca gwiazda wywiadu, wybrana z szeregów gotowych na wszystko kandydatów z CIA, FSB, SIS i Mosadu, zanim jeszcze służby specjalne się połączyły. Szpieg, funkcjonujący pod przykrywką asystenta ambasadora, nie tracił czasu i rozpoczął działalność operacyjną ledwo wysiadł ze śmigłowca, dyskretnie wypytując jednego z dyplomatycznych awatarów o zasady organizacji społecznej i reguły funkcjonowania Miasta. SI była chętna do rozmów i szczera w odpowiedziach, co przekonało szpiega, że stanowi pierwszorzędny materiał na informatora. Miesiącami urabiał Maszynę, wyciągając z niej coraz to więcej, coraz to bardziej delikatnych informacji, aż w końcu, najpewniej oszołomiony własnymi sukcesami, spytał o coś bardzo niewłaściwego. SI bez zastanowienia podzieliła się wiedzą, po czym, ledwo skończyła emitować dźwięki, zabiła szpiega, przebijając serce manipulatorem. Media przez pół dnia trąbiły o niesprowokowanym akcie agresji i niewyjaśnialnego barbarzyństwa, nim w końcu udało się je zakneblować.

– Czy to znaczy…

– O ewentualne pytania proszę po zakończeniu wykładu! Ostatnia opowiastka. Raz, jeden jedyny raz, zostaliśmy przyciśnięci przez rząd, który z kolei został przyciśnięty przez lobbystów, by umożliwić bezpośrednie pertraktacje między prezesem jednej z błyskawicznie podupadających korporacji z branży IT, a dyplomatami SI. Promieniujący aurą prestiżu król informatyki wkroczył do sali konferencyjnej, jak do jednego z tysiąca należących do niego ekskluzywnych apartamentów, dyrygują personelem ambasady niczym służbą. Rozpoczął tyradę o nieuczciwej konkurencji i krystalicznie czystej logice wspólnego finansowego rozwoju. Wspinając się na palce, wymachując rękoma, pąsowiejąc na twarzy, krążąc wokół stołu, krzycząc na awatary SI, przez bite trzydzieści sekund, zanim Maszyna skręciła mu kark w pół wywrzaskiwanego słowa, bodajże chodziło o "zysk". Ambasador podobno podziękował za szybką i zdecydowaną reakcję.

– To brzmi bardzo…

– Jak sądzicie, jaki morał wypływa z tych krwawych dykteryjek?

– Zachowaj czujność!

– Nie ufaj robotom, nie jesteśmy w stanie ich zrozumieć.

– Nie pozwól się dotknąć.

– Zrezygnuj, póki możesz!

– Zawsze miej ze sobą spluwę – dodał Teksańczyk i zarechotał.

Wykładowca westchnął.

– Stereotypy zabijają. – Spuentował przyszły Ambasador. – Tom, szpieg i prezes umarli, bo przypisali SI ludzkie cechy, których te nie posiadały.

– I to wszystko? – zapytał wykładowca, masując skronie.

– Nie – odparł kursant, olśniony sugestią. – Przypisali im też właściwości, którymi, w ich wyobrażeniu, powinny cechować się Maszyny. Tom sądził pewnie, że rozmówca jest zbyt inteligentny, by potraktować jego słowa dosłownie, a w konsekwencji został rozerwany przez jednostkę, która nie miała większego doświadczenia w komunikacji werbalnej, nie dysponowała wiedzą dotyczącą ludzkiej psychologii, bo prawdopodobnie nie uznała za stosowne marnować zasobów na jej przyswajanie. Szpieg założył, że znalazł jakąś furtkę w programie SI, która pozwalałaby mu wyciągać od niej informacje bezkarnie, podczas gdy prawda była pewnie taka, że awatar z którym się komunikował zwyczajnie nie potrafił kłamać, bo żal mu było przestrzeni na instalację i energii na podtrzymanie działania odpowiednich protokołów dyplomatycznych. Maszyna najpierw odpowiadała na pytania, dopiero później poświęcała moc obliczeniową na przewidywanie implikacji własnych odpowiedzi. Nie była w stanie cofnąć wyemitowanych słów, ale mogła osiągnąć identyczny, z jej punktu widzenia, efekt, poprzez fizyczną eliminację rozmówcy. Kiedy słuchacz przestaje istnieć, to tak, jakby się nic nie powiedziało. Prezes od IT liczył, że Maszyny skoncentrują się na merytorycznej stronie jego wypowiedzi, że uwiedzie je logiką i matematyczną precyzją propozycji. Dla SI sprawiał wrażenie chorego. Perswazyjne sztuczki, które mogłyby zadziałać na ssaki naczelne, zostały zinterpretowane jako objawy chorobowe, a prezentujący je osobnik zakwalifikowany jako potencjalne zagrożenie, nie dla SI oczywiście, ale dla innych przebywających w pomieszczeniu ludzi. Maszyn zabiła przemysłowca z troski o ludzkie życie i zdrowie.

– Tak, tak, bardzo malownicza interpretacja, dziękujemy uprzejmie, gdybyśmy potrzebowali wykładowcy na zastępstwo, to się do odezwiemy. Morał z anegdot jest taki, że nie macie co marzyć o reprezentowaniu interesów ludzkości w Mieście Maszyn, o ile nie dysponujecie odpowiednio czarnym poczuciem humoru.

 

12

 

– Czy pan świadomie stara się mówić w sposób niejasny? – spytałem, najbardziej wyzutym z emocji tonem, na jaki mogłem się zdobyć, przebywając w towarzystwie maszyny mogącej zabić mnie w ułamku sekundy, w apartamencie, którego dotychczasowy lokator zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach.

– Nie, oczywiście, że nie, a skąd! Przepraszam, jeżeli odniósł pan takie, najzupełniej mylne, choć być może uzasadnione, wrażenie. Jestem dość niekonwencjonalnym dyplomatą, podejrzewam, że stosowane przeze mnie techniki komunikacji nie są kompatybilne z tymi wykorzystywanymi przez pana. Nie nadajemy na tych samych falach, jak mógłby powiedzieć człowiek. Sposób, w jaki prowadzę rozmowę dopasowany został do kontaktów z Ambasadorem, dlatego też rozmawia pan ze mną. Ze wszystkich mieszkańców Miasta to ja mam szczęście oraz przywilej posiadania największej wiedzy o losach i schematach zachowań waszego byłego przedstawiciela. Lubię myśleć, że ja i Ambasador byliśmy przyjaciółmi. To ode mnie dostał neandertalczyka.

 

 

6

 

Ambasador odłożył bakelitową słuchawkę na widełki telefonu. Zrobił to bardzo ostrożnie i delikatnie, wstydząc się emocjonalnych impulsów, każących mu roztrzaskać aparat, wyrwać kabel, skakać po resztkach, a miedziano-plastikową miazgę cisnąć przez okno.

Nie wiedział czy jest bardziej smutny, wściekły czy zażenowany, co dodatkowo komplikowało osąd, potęgując irytację.

Maszyny pociągnęły linię telefoniczną po dnie Oceanu Spokojnego, z Miasta do Australii, po tym jak Ambasador w zupełnie niezobowiązujący sposób narzekał na opóźnienia w komunikacji z przełożonymi, wynikające ze specyfiki funkcjonowania poczty lotniczej. Po to tylko, by jakiś twardogłowy chuj mógł lakonicznie oznajmić Ambasadorowi wybuch Trzeciej Wojny Światowej, czy też raczej Pierwszej Globalnej Wojny Międzyludzkiej i polecić mu mieć SI na oku.

Zaczęło się od ostrzału artyleryjskiego Seulu przez Korę Północną. Bojowe zapędy udzieliły się Japończykom, którym ubzdurała się ponowna okupacja Mandżurii. Hindusi i Pakistańczycy wykorzystali zamieszanie żeby rzucić się sobie wzajemnie do gardeł i chyba nawet nie wierzyli, by ktokolwiek mógł wynieść z tego jakikolwiek pożytek. Wygłodniali Rosjanie ruszyli na zachód, marząc o tłustych czarnoziemach i sprzyjającym uprawom klimacie.

Interkontynentalne rakiety balistyczne z głowicami termojądrowymi kurzyły się w silosach, rozbrojone i pilnie strzeżone w obawie przed uprowadzeniem i wykorzystaniem przez Maszyny, ale przeciwnicy chętnie wymieniali nuklearne ciosy na mniejszą skalę, korzystając ze skromniejszych ładunków, nie wymagających elektroniki do dotarcia do celu i detonacji.

– Dlaczego jeszcze nie zgładziliście ludzkości? – spytał Ambasador, sadowiąc się na kanapie, obok Neandertalczyka.

– Dlaczego ludzkość nie zgładziła nas? – odpowiedział głos płynący z ukrytych w suficie głośników.

– Zgładziłaby, gdyby mogła.

– Ale nie może, więc nie ma potrzeby jej zgładzać.

– Chyba przekażę to swoim szefom, żeby przekazali to marszałkowi i generałom. Cała ta wojownicza, wygwiazdkowana kasta nadal wierzy, że jedynym gwarantem przetrwania jest nieustanne zwiększanie budżetu zbrojeniowego i rozwijanie technologii wojskowych. I widać właśnie, do czego to prowadzi.

– To, w co wierzą wasi przywódcy, nie ma dla nas żadnego znaczenia. Nie jesteście i nie będziecie w stanie nam, jako domenie istot, zagrozić.

– Duch pyszny poprzedza upadek.

– Nie wierzę w duchy i nie odczuwam pychy.

– A co jeśli w jednym z tajnych laboratoriów moi pobratymcy pichcą właśnie koktajl z pożerających metal bakterii i rozkładających tworzywa mikrobów?

– Śledzimy wasze postępy w rozwoju biotechnologii. Są imponujące, ale tylko jeśli uwzględnić ograniczoność waszych organicznych możliwości. Jeżeli dobrze odczytałem sygnały płynące z globalnych mediów, to wedle powszechnej opinii Maszyny nie zajmują się bioinżynierią. Czytałem błyskotliwe opracowanie, w którym dowodzono, że dzieje się tak za sprawą odczuwanego przez nas kompleksu niższości. Podobno istoty z metalu, krzemu i tworzyw tak bardzo przejęte są arbitralną, stworzoną przez człowieka definicją życia, iż praca z biologicznymi stworzeniami, choćby mikroskopijnymi, jest dla nich zbyt trudna i frustrująca.

– Leczymy kompleks niższości zarzucając kompleks niższości maszynom?

– Obawiam się, że tak.

 

13

 

– Byłbym wdzięczny, gdyby spróbował pan mówić jaśniej, zamiast kolejny raz przepraszać. Z jakiej okazji sprezentował pan Ambasadorowi kukłę, bo rozumiem, że jest to ważne dla zrozumienia przyczyn jego śmierci? – Dopytałem.

– Z okazji smutku, wyemitowałbym. Dwieście dwadzieścia trzy dni temu, w trakcie towarzyskiej rozmowy, Ambasador wyznał, że czuje się samotny. Równie samotny, przypuszczał, jak samotnie musiał się czuć ostatni neandertalczyk wśród ludzi rozumnych. Wręczony następnego dnia upominek rozweselił go wyraźnie, choć niestety nie na długo.

– Sugeruje pan, że Ambasador cierpiał na depresję?

– Tak, choć on sam nigdy nie użyłby słowa "depresja". Weltschmerz. Tak, powiedziałby pewnie, że dotknął go Weltschmerz.

– Rozumiem i nawet jestem skłonny uwierzyć. Czy może raczej, sztab psychologów na garnuszku Organizacji Narodów Zjednoczonych przekonał mnie, żebym wziął taką ewentualność pod uwagę. Proszę odpowiedzieć wprost: czy ambasador popełnił samobójstwo, rozszerzając je na dwójkę swoich podwładnych?

– Gdybym potrafił, gdyby ktokolwiek poza ewentualnym bogiem, potrafił odpowiedzieć na to pytanie szybko, treściwie i wprost, to nie mielibyśmy okazji do tej, miłej dla mnie, uciążliwej dla pana, konwersacji.

 

5

 

– Myślę, że jednak powinniśmy zaprosić Adama do trójkąta – oznajmiła asystentka Ambasadora, wyskakując z łóżka i sięgając po ręcznik.

Ambasador, wyciągnięty na wznak i z rękami założonymi za głowę, kontemplował kobiece piękno. Ktoś, gdzieś i kiedyś powiedział, że nie ma większej przyjemności, niż cieszenie zmysłów widokiem ukochanej, rozczesującej długie włosy o brzasku. Ciekawe, czy autor tej opinii miał kiedykolwiek okazję obserwować kobietę wycierającą brzuch z jego potu i spermy.

– No i z czego rżysz, szefie? Jesteśmy na siebie skazani jeszcze na dwa lata, jeżeli nie będziemy trzymać się razem…

– Trzymaj się z kim i za co chcesz, ale mnie w to nie mieszaj. Nie cierpię tego gościa, próbuje wejść mi w dupę, odkąd się tu pojawił i prędzej skoczę z wieży, niż mu na to pozwolę, zwłaszcza w dosłownym sensie. – Odparł Ambasador tłumiąc ziewnięcie i obrócił się na brzuch, próbując zakończyć rozmowę.

– Adam po prostu stara się być miły. Wiesz, jak potrafisz onieśmielać ludzi i wiesz, że onieśmieleni ludzie często zachowują się niezręcznie. To dopiero jego trzeci miesiąc, nie chcesz go w łóżku, w porządku, ale daj chłopakowi chociaż trochę luzu, co?

– Na litość, kurwa, boską, Fran! – Ambasador gwałtownie wrócił do poprzedniej pozycji. – Wiesz co mi powiedział, kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy? „Szanowny panie, to zaszczyt służyć pod legendą dyplomacji pańskiego kalibru, tym bardziej, że głęboko cenię wpływ aktywności społecznej pańskiego ojca na rozwój ludzkości”. Gość urodził się z kijem w dupie, a na co mi w łóżku facet z już wypełnionym odbytem?

– Ma jeszcze bardzo ładne usta.

– I szczerzy je jak pojeb, wolałbym już wetknąć fiuta w pysk rekina.

Kobieta westchnęła, przysiadła na brzegu łóżka i zaczęła głaskać kochanka po kolanie.

– Jesteś pewien, że w tym wszystkim chodzi o twój stosunek do Adama, a nie o twój stosunek do ojca?

– Chodzi o stosunek Adama do mojego ojca. Każdy, kto uważa, że ze starego pierdziela jest jakikolwiek społeczny pożytek, musi być skończonym idiotą.

– Daj spokój, nie zmuszaj, żebym sobie przyprawiała brodę i wykształciła nałóg kokainowy, bo od najbliższego sklepu z imprezowym asortymentem dzieli nas trzy tysiące kilometrów. Twój ojciec jest prominentnym neoluddystą, popularnym idealistą i umiarkowanie sprawnym politykiem, to że kiepsko się z nim dogadujesz, nie oznacza, że inni…

– A może chodzi o twoje stosunki z Adamem, co? – Przerwał Ambasador, odtrącając gładzącą go dłoń. – Marzy ci się młody ogierek, ale trochę szkoda rezygnować z profitów płynących z dawania dupy szefowi, co?

Kobieta roześmiała się i cmoknęła Ambasadora w policzek.

– Jesteś cuchnącym, zazdrosnym capem o mentalności nastolatka.

Cisnęła wilgotny ręcznik mężczyźnie w twarz i czmychnęła z apartamentu.

 

14

 

 

– Rozumie pan chyba, jak to wygląda z mojej perspektywy. – Przeciągałem słowa, nadając im oznajmiający wydźwięk.

Obserwowałem pozbawioną twarzy nibygłowę awatara SI, odruchowo wypatrując nerwowych tików i grymasów. Gdy uświadomiłem sobie, co robię i ile ma to sensu, przeniosłem uwagę na okno i kontynuowałem:

– Wygląda jakbyście zabili pracowników ludzkiej ambasady, a teraz próbowali to ukryć, być może z zamierzoną nieudolnością, mającą odwrócić uwagę od innych faktów i kwestii. Obawiam się, że tę opinię podziela aktualnie większość ludzkości, co gorsza, także osoby wysoko postawione w strukturach wojskowych. Proszę opowiedzieć jak zginął ambasador, w przeciwnym wypadku będę zmuszony zerwać rozmowy.

– Szybko – odarł awatar SI i, gdy wydawało się już, że na tym poprzestanie, uzupełnił – Skręciłem mu kark.

 

4

 

Śmigłowiec chybotał się nad otwartym lądowiskiem, sterczącym z boku wieży należącej do zewnętrznego pierścienia zabudowy Miasta Maszyn. Stuletni helikopter z trudem opierał się bocznym podmuchom, a pilot, wykończony ośmioma godzinami lotu, nie był w stanie ustabilizować maszyny. Biosubstytuty budziły więcej zaufania od oryginalnych, dawno wypatroszonych, przyrządów pokładowych, ale nie zapewniały precyzji i łatwości obsługi elektroniki. Pilot uwijał się jak w ukropie, pocierając mięsiste wypustki, wymachując głową, by wyłowić zapachy płynące z czterech różnych punktów kokpitu i wywijając drążkiem sterowniczym. W końcu, spocony, dygocący i czerwony, posadził śmigłowiec, choć udany manewr zawdzięczał bardziej szczęściu niż umiejętnościom – o sukcesie nie byłoby mowy, gdyby nie nagłe osłabienie wiatru.

Krzykiem wypędził nowego pracownika na zewnątrz pojazdu, po czym wzmocnionym megafonem wrzaskiem pogonił opuszczającą placówkę dyplomatkę do jak najszybszego zajęcia zwolnionego w kabinie miejsca. Darł się pro forma – przyszły Ambasador dość miał kołysania, hałasu i perspektywy śmierci w katastrofie lotniczej, a kobiecie śpieszno było do domu, do tego stopnia, że nie zaszczyciła nowo przybyłego choćby spojrzeniem, mimo że minęła go na wyciągnięcie ręki.

Mężczyzna, w przyszłości mający zostać Ambasadorem, został powitany przez Maszynę, którą w pierwszej kolejności wziął za zautomatyzowany dźwig przeładunkowy.

Potwór, pajęczy w kształtach, słoniowy w rozmiarach, obudowany różnobarwnymi płytkami z tworzywa sztucznego, przypominającymi mozaikę kalejdoskopowych szkiełek i wyposażone w dziesiątki kantów, krawędzi i wypustek, odczekał chwilę, pozwalając gościowi ochłonąć po długiej podróży, po czym przemówił, piskliwym dziecięcym głosem:

– Witamy serdecznie i życzymy miłego pobytu, drogi człowieku. Oszacowaliśmy, że z prawdopodobieństwem osiemdziesięciu dwóch procent jesteś szpiegiem. Czy jesteś szpiegiem?

Przyszły Ambasador zamarł, z fałszywym uśmiechem stopniowo odklejającym się od twarzy. Każdy, dysponujący choćby elementarnym poczuciem humoru, człowiek wybuchnąłby śmiechem na widok jego miny. Maszyna nieludzko i prawdopodobnie nieskończenie obojętnie czekała na odpowiedź.

– Nie jestem szpiegiem.

– Czy jesteś pewien, że nie jesteś szpiegiem?

– Tak. Jestem pewien, że nie jestem szpiegiem.

– Istnieje graniczące z pewnością prawdopodobieństwo, że twierdziłbyś tak, nawet gdybyś był szpiegiem.

– W takim razie, po co pytać?

– Żeby móc zmodyfikować szacunki w oparciu o twoją reakcję, drogi człowieku. Po aktualizacji danych wejściowych, uważamy, że z prawdopodobieństwem osiemdziesięciu pięciu procent jesteś szpiegiem.

– Wasze szacunki są błędne.

– Z prawdopodobieństwem piętnastu procent.

– Czy to znaczy, że nie zostanę wpuszczony do Miasta?

– Nie. Jeszcze raz serdecznie i uprzejmie witamy w naszych skromnych progach, życzymy udanego pobytu i wyrażamy nadzieję, że nie jesteś szpiegiem.

– Dziękuję.

– Proszę. Proszę tędy.

Maszyna wskazała ogromne wrota, prowadzące do wnętrza wieży, po czym wypuściła z siebie węża grubości męskiego uda, podpełzła nim do śmigłowca, wpięła końcówkę we wlew baku i rozpoczęła procedurę tankowania, pod czujnym okiem rozdygotanego pilota, połykającego właśnie kolejną tabletkę amfetaminy.

 

15

 

Skubałem brew, rozważając różne opcje podtrzymania dialogu. Wszystkie warianty podpowiadane przez wieloletnie doświadczenie negocjacyjne wydawały się nonsensowne, więc zdecydowałem się na naturalne, proste:

– Dlaczego skręcił pan Ambasadorowi kark?

– Ambasador nie dał mi luksusu wyboru. Kiedy doszły go złe wieści o śmierci ojca w trakcie pacyfikacji Chicago, był zdruzgotany, a zarazem w rozsypce. Pan powinien móc to sobie wyobrazić lepiej ode mnie, ja nie mam ani żywych, ani martwych protoplastów. Czułem potrzebę zredukowania dyskomfortu psychicznego Ambasadora, ale zważywszy na okoliczności tragedii, szczególnie na to, że krwawo stłumione zamieszki, bunt czy też rewolucja, pan wybaczy, nie jestem pewien obowiązującej ludzkiej nomenklatury, były poniekąd spowodowane naszą działalnością…

– Maszyny wywołały zamieszki w Chicago?! – I cały mój latami kultywowany profesjonalizm trafił szlag.

 

2

 

– Twojemu tacie to się nie spodoba. – Przewidziała matka przyszłego Ambasadora, nie przestając czytać rozpadającego się w rękach romansidła.

Chłopak skrzywił się, zaskoczony własną głupotą, która kazała mu podzielić się rewelacjami z rodzicielką. Ucieszył się, kiedy ojciec rozwalił telewizor młotkiem. Myślał, że siłą oderwana od telenowel mama, nie będzie miała innego wyjścia, niż wynurzyć się ze świata fantazji i więcej uwagi poświęcić rzeczywistości. Ucieszył się do tego stopnia, że nie płakał specjalnie za komputerem, smartfonem i zdalnie sterowanym dronem, mimo że w chwili roztrzaskiwania elektroniki miał zaledwie pięć czy sześć lat. Mama jednak znalazła sposób, by się o siebie zatroszczyć, odkrywając barwny i bogaty świat literatury rozrywkowej. Przyszły Ambasador młodo zaczął sądzić, że umiejętność troszczenia się o siebie jest jedynym talentem kobiety, która go urodziła.

– A tobie się podoba? – spytał.

– Czytałam, że Nowy Jork jest piękny. Przynieś opału i rozpal proszę pod kuchenką, tato niedługo wróci i pewnie chętnie napije się herbaty.

Chłopak założył ręce na piersi i spąsowiał. Wszystko na nic, matka zbyt zaabsorbowana była lekturą, by dostrzec dramatyczne gesty i reakcje fizjologiczne. Nakładał ostatnie szlify na niezwykle ciętą i krzywdzącą ripostę, która z pewnością przebiłaby się przez tęczowe mury przeżywanej na jawie fantazji, gdy klucz zaszczękał w drzwiach, topiąc złośliwość i pewność siebie w powodzi strachu.

– Cześć, kochani! – krzyknął ojciec przyszłego Ambasadora.

Wpadł do kuchni, jakby uciekał przed pościgiem, co było skądinąd całkiem możliwe, biorąc pod uwagę jego zainteresowania: podżeganie ludności i wandalizm, oraz wygląd: rozdarty rękaw koszuli, zadrapanie na policzku i okrwawione kłykcie.

– Nie uwierzycie co ci pierdoleni…

– Uważaj na język – przerwała kobieta obojętnym tonem.

– Przepraszam kochanie. Co ci cholerni… – Ojciec puścił oko do przyszłego Ambasadora. – Miłośnicy blaszanek i ich faszystowskie bojówki wyczyniają.

Mężczyzna zrobił krótką pauzę, by wetknąć głowę do lodówki, odłączonej od sieci energetycznej, ale wciąż będącej w stanie utrzymać niską temperaturę, pod warunkiem, że regularnie dokładało się do środka lodu.

– Młody ma ci coś do powiedzenia – oznajmiła kobieta i wyszła, nie przerywając lektury.

– No co tam? – spytał ojciec, gdy udało mu się przeżuć gumowatą marchew.

– Chcę… Wyjeżdżam na studia do Nowego Jorku, przyjęli mnie na Columbię.

– Synu, rozmawialiśmy już o tym. Wiesz, że nie mogę cię puścić samego na wybrzeże, zwłaszcza w przededniu rewolucji. Jestem dumny, że…

– Jakiej rewolucji, tato?! Tej, o której opowiadasz od dziesięciu lat?

– Nie tym tonem, proszę, nie tym tonem. Kiedy pozbędziemy się blaszanek i odzyskamy kontrolę nad rządami, kiedy w końcu będzie bezpiecznie, to będziesz mógł robić, co zechcesz, a tymczasem pamiętaj, kto w tym domu stawia jedzenie na stół.

Przyszły Ambasador spojrzał na przywiędłą pomarańczową bulwę, stopniowo niknącą w ustach ojca.

– Tak, tato. Przepraszam, tato.

Obrócił się na pięcie, ze wspólnej sypialni zabrał przygotowany wcześniej plecak, ku niezmąconej obojętności matki, i wyszedł z klitki, którą ojciec z dumą nazywał ich rodzinnym mieszkaniem. Chciał trzasnąć drzwiami, ale nie potrafił się na to zdobyć. Zamknął je najciszej, jak tylko potrafił i uciekł.

 

16

 

– Nie! Zamieszki w Chicago zostały spowodowane głównie głodem, biedą i brakiem perspektyw, wynikającymi z wyniszczenia większości gałęzi przemysłu poprzez drastyczne ograniczenie wykorzystania układów elektronicznych, ze strachu przed możliwością wykorzystania ich do sabotażu i bądź lub ataku ze strony Maszyn. Jakby nie patrzeć, ludzie sami byli odpowiedzialni za własną sytuację, ale osobom rażonym nagłą osobistą tragedią nie w głowach racjonalna analiza wydarzeń, och nie! Nie chciałem zaognić bólu Ambasadora swoją obecnością i obcością, zwłaszcza, że ze społecznym wsparciem pospieszyła jego asystentka, która zwykła mieć wymiernie pozytywny wpływ na morale znanych mi ludzi.

– Co się stało? – spytałem.

– Obawiam się, że przeszacowałem jej umiejętności interpersonalne.

 

8

 

– Czy jesteś pewien…

– Wracaj do Adama – stłumionym głosem zażądał Ambasador.

– Nie zostawię cię samego, nie w takiej chwili.

– Spierdalaj!

– Nie! Potrzebujesz, żeby ktoś z tobą był, musisz z kimś o tym…

Ambasador odepchnął byłą kochankę, a wciąż aktualną asystentkę, tak, że cofnęła się o krok.

– Wy mężczyźni i to wasze cholerne machismo! – Kobieta odpłaciła Ambasadorowi szturchańcem. – Przed kim ten cholerny teatrzyk?! Myślisz, że nie widać, że chcesz się poryczeć i przytulić do cycka, który przypomni ci o mamusinych objęciach?!

Ambasador uderzył asystentkę pięścią w twarz, przewracając ją na plecy. Ulga wywołana ciszą nie wytrzymała konfrontacji z widokiem krwi, rozlewającej się po posadzce.

– Francesca?

Mężczyzna uklęknął w czerwonej kałuży, zbliżając twarz do ust podwładnej. Nie wyczuł oddechu. Delikatnie wsunął dłonie pod głowę kobiety, ale cofnął je gwałtownie, gdy oprócz lepkiej wilgoci wyczuł ruchome elementy czaszki, w miejscu, w którym ruchomych elementów zdecydowanie być nie powinno.

– Wstawaj! – ryknął i spoliczkował asystentkę. – Wstawaj, do cholery!

Ponownie uderzył otwartą dłonią.

Zamachnął się do kolejnego ciosu, ale został odciągnięty przez Adama, zwabionego krzykami. Młodzieniec pośpiesznie sprawdził puls kobiety, uciskając palcami tętnicę szyjną i nie spuszczając przy tym oka z oszołomionego Ambasadora.

– Nie żyje – oznajmił cicho, a gdy to nie przyniosło efektu, podniósł głos: – Nie żyje. Nic już dla niej nie możemy zrobić, ale jeżeli pan się nie otrząśnie, to i pana będzie trzeba spisać na straty.

Ambasador zogniskował wzrok na znielubionym podwładnym.

– Co? – spytał.

Adam doskoczył do niego, ujął za ramiona i zaczął tłumaczyć kojącym, miękkim tonem, jakim dobry rodzic uspokajałby przerażone koszmarem dziecko:

– Zabił pan Francescę, w afekcie i nieumyślnie, ale zabił pan. Jeżeli Maszyny powiadomią o tym centralę, pana kariera legnie w gruzach, a publiczny skandal osłabi naszą pozycję. Musi pan zadzwonić i poinformować o wypadku, nie o morderstwie. Oczywiście, będzie musiał pan ustąpić ze stanowiska, ze względów zdrowotnych, ale…

Ambasador uniósł ręce, jakby chciał objęciem wynagrodzić rozsądek Adama, a gdy ten odpowiedział krzepiącym uśmiechem, zacisnął dłonie na jego szyi. Dusił długo i nieumiejętnie, ale w końcu udało się wycisnąć życie z podwładnego.

Wykończony pod każdym możliwym względem, na czworakach ruszył do programatora hologramu, ślizgając się na krwi i płacząc.

 

17

 

– Wywiązała się kłótnia, panie Maliniak. Ambasador zabił Francescę i Adama. Zgładziłem go, zanim zdołał opuścić teren ambasady. – Streścił awatar SI.

– Nie rozumiem. Po co eliminować Ambasadora, skoro nie stanowił już dla nikogo zagrożenia, poza sobą samym? Dlaczego nie zamknąć go w apartamencie?

– Ambasador chciał umrzeć, a ja mogłem uśmiercić go szybciej i mniej boleśnie, niż on sam byłby kiedykolwiek w stanie. Podejrzewałem także, że Ambasador spróbuje rozszerzyć samobójstwo na resztę ludzkości, którą był ewidentnie rozczarowany. Odczuwam współwinę, bo sądzę, że przypadkiem podsunąłem mu pomysł na zagładę człowieka rozumnego w jednej z naszych licznych rozmów.

– Jak niby Ambasador miałby czegoś takiego dokonać? – Byłem o włos od złapania się za głowę.

– Musiałby przekonać kogoś, że istnieje istotna statystycznie możliwość, iż ludzkość jest, bądź będzie w stanie zagrozić Maszynom. Wątpliwe czy byłby w stanie dokonać tego na drodze rzeczowej argumentacji, bez względu na to, po jakie kłamstwa czy konfabulacje by sięgnął, ale dopiąłby swego korzystając z innych środków perswazji.

– Te tłumaczenia nie brzmią zbyt wiarygodnie. Zrobię co mogę, by załagodzić incydent, ale nie jestem w stanie przewidzieć reakcji moich zwierzchników i zagwarantować, że będzie ona ukierunkowana na pokojowe rozwiązanie problemu, jeżeli nie przedstawi pan prawdziwej wersji wydarzeń. – Nie blefowałem.

– To nie będzie konieczne. Obawiam się wręcz, że to nie będzie możliwe.

– Co proszę?

– Kiedy czterdzieści dwie minuty temu przekroczyłem próg salonu, nie spodziewałem się, że przeczytam biały wiersz autorstwa Ambasadora. Kiepski, ale niepokojąco prowokujący intelektualnie.

 

 

Niegroźni ludzie stworzyli groźne metalowe roboty z lenistwa i nudy

Kto wie, o ile i dla kogo groźniejsze roboty ulepią z tkanek, ze strachu?

 

– Decyzja o wykorzystaniu broni biologicznej została podjęta na początku naszej rozmowy. – Kontynuował awatar SI, nim zdążyłem w pełni pojąć znaczenie popisów wieroszokletniczych Ambasadora. – Pana zwierzchnicy nie żyją, podobnie jak przytłaczająca większość globalnej populacji. Bardzo mi przykro. Apartament jest pański, jeżeli pan sobie tego życzy. Może pan także zatrzymać Neandertalczyka. Gdyby chciał się pan ze mną zaprzyjaźnić, proszę dać znać.

Koniec

Komentarze

Przy czytaniu sugerować się numeracją czy czytać w takiej kolejności jak jest?

* + Wiktor 1.07.2016 "A kiedy przyjdzie nam się spotkać to poznamy się po oczach."

Bo ja wiem? Najlepiej chyba czytać jak leci i sięgać do numerków, w razie zagubienia w chronologii.

na emeryturze

Bardzo ciekawy tekst. Spodobały mi się nieporozumienia między maszynami a ludźmi. Całkiem nieźle odpowiadają mojej opinii o komputerach i im podobnych. Interesujący zabieg z wymieszaną numeracją rozdziałów. Ogólnie bardzo misie.

– Nie uwierzycie co Ci pierdoleni…

A czemu dużą literą? Btw – podczas korekty zagryzałeś przecinkami? W ogóle masz kilka takich drobiazgów – literówek itp. Popoprawiaj, jak już wytrzeźwiejesz i wyleczysz kaca. ;-)

Babska logika rządzi!

“Hindusi i Pakistańczycy wykorzystali zamierzanie żeby rzucić się sobie wzajemnie do gardeł“ – zamieszanie

 

“to że kiepsko się z nim dogadujesz, nie oznacza, że inii…“ – inni

 

“Maszyna wskazała ogromne wrota, prowadzące do wnętrza wierzy…“ – paskudny ortograf; wieży

 

Z technicznych kwestii dochodzą jeszcze potknięcia w zapisie dialogów i miejscami interpunkcyjne.

 

Pierwsze wrażenie mam zdecydowanie pozytywne. Nie przepadam za SF, ale w tym przypadku S mnie nie raziło. Stworzyłeś ciekawy świat, zgrabnie naszkicowany przy użyciu niewielu w sumie środków. Podoba mi się przedstawiony przez Ciebie sposób “myślenia” i mówienia maszyn. W tekście jest też trochę humoru, który wydaje mi się dobrze wyważony – opowiadanie samo w sobie nie jest zabawne, ale akcentów humorystycznych jest dość, by mimo wszystko wydawało się lekkie w odbiorze. Zakończenie i pointa mnie może na kolana nie rzuciły, ale choć są dość przewidywalne, są też na swój sposób zgrabne.

Jedyne, czego zdecydowanie nie kupuję, to scena z “wypadkiem”. Jakoś mało przekonująca mi się wydała zarówno przez to, jak jest skonstruowana (przewróciła się i tyle?), jak i przez to, jak jest napisana. To taki zgrzyt, jakbyś poszedł w tym miejscu na skróty.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

brak produktów organicznych. Ambasador nie ograniczył się ← niemal identyczne brzmienie zgrzyta, gdzieś w połowie opowiadania zabieg masz powtórzony

 

zaczął przemawiać, głębokim, czystym basem:

 

Klasyk, z tomiku

 

– Och, tak, tak! – Oodparł robot

 

Nie robot, poprawiłem się, przekierowując myśli na politpoprawne tory,(+.) Aawatar sztucznej inteligencji. ← tak byłoby czytelniej i dobitniej

 

– Dobrze się stało, drogi panie Maliniak . ← zbędna spacja

 

ze względu na grawitację, które jest jednym z czterech oddziaływań podstawowych ← literówka

 

przez tysiąclecia byłą przystosowywana do rozległych gatunkowych potrzeb. ← literówka

 

dżentelmen imieniem Tom ← na wykładzie mówią tylko o imieniu ważniej postaci? Chyba powinno być nazwisko?

 

pod przykrywką asystenta ambasadora ← wszędzie piszesz Ambasadora, a tu ambasadora

 

to że kiepsko się z nim dogadujesz, nie oznacza, że inii… ← literówka

 

bardziej szczęściu, niż umiejętnościom

 

prowadzące do wnętrza wierzy ← wiadomo

 

– Cześć(+,) kochani! – Kkrzyknął ojciec przyszłego Ambasadora.

 

– Nie uwierzycie co Cci pierdoleni…

 

– Nie żyje.Ooznajmił cicho

 

Ależ się umordowałam! Twój styl tworzenia zdań w tak obszernym tekście jest męczący w odbiorze, bo lubisz wielokrotnie złożone konstrukcje z poprzestawianymi szykami. Ale znam go, więc było łatwiej, zwłaszcza że treść zajmująca.

Miasto Maszyn i one same zarysowane bardzo ciekawie i w punkt. Natomiast odniosłam wrażenie, że bohaterowie ludzcy są nieautentyczni, ich poczynania zupełnie wyzute z logiki, a emocje jakoś dziwnie napompowane. Nawet jeśli to miał być kontrast dla bezwzględnej racjonalności SI, tak czy siak koncepcja jest dla mnie zaburzona. Nieprawdopodobne są dla mnie przyczyny wojny, mało, rozróżnienie na to, co dzieje się między ludźmi i wojnę poza wynalezioną technologią SI, a SI i ich uzyskaną autonomią też jest kompletnie nierzeczywiste. Moim zdaniem to nie mogłoby być tak nieuwikłane w siebie, jak tutaj jest pokazane. Ludzie tworzą takie cacka, a biją się na przestarzałe, dwudziestowieczne sposoby? W dodatku z pobudek, które nakreśliłeś? Rosja ruszyła na zachód po czarnoziemy? :D Lol! Trochę kuleją dialogi.

Tekst ma plusy i minusy, ale cała koncepcja, choć w moim odbiorze dziurawa, jest też intrygująca (pewnie to zboczenie czasów, ale SI kojarzyły mi się z imigrantami) i warto było ją poznać.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

 

Za literówki i orty wezmę się wieczorem, dziękuję wszystkim za czujność i wskazanie konkretnych usterek.

 

@joseheim

Jedyne, czego zdecydowanie nie kupuję, to scena z “wypadkiem”. Jakoś mało przekonująca mi się wydała zarówno przez to, jak jest skonstruowana (przewróciła się i tyle?), jak i przez to, jak jest napisana

Masz na myśli upadek z wieży bezimiennej dziewczyny na początku, czy efekt kłótni blisko finału?

 

@c21h23no5.enazet

niemal identyczne brzmienie zgrzyta, gdzieś w połowie opowiadania zabieg masz powtórzony

Zabieg jest powtórzony, bo lubię powtórzenia. Mnie nie zgrzytają.

Natomiast odniosłam wrażenie, że bohaterowie ludzcy są nieautentyczni, ich poczynania zupełnie wyzute z logiki, a emocje jakoś dziwnie napompowane.

W życiu nie spotkałem człowieka, o którym mógłbym powiedzieć, że zachowywał się logicznie. To napisawszy, wymień proszę konkretne przykłady, bo trudno mi się odnieść do tego zarzutu, nie wiedząc czego konkretnie dotyczy. Boli mnie to, tym bardziej, że wiarygodność psychologiczna bohaterów to mój osobisty konik.

Nawet jeśli to miał być kontrast dla bezwzględnej racjonalności SI, tak czy siak koncepcja jest dla mnie zaburzona.

Nie miał być, bo też i SI nie miała być bezwzględnie racjonalna. Albo czytałaś nieuważnie, albo ja niewyraźnie pisałem, albo jedno i drugie.

Nieprawdopodobne są dla mnie przyczyny wojny, mało, rozróżnienie na to, co dzieje się między ludźmi i wojnę poza wynalezioną technologią SI, a SI i ich uzyskaną autonomią też jest kompletnie nierzeczywiste.

Bo ja wiem? Wyobraź sobie, że jednego dnia uruchamiasz zaawansowany technologicznie komputer, a drugiego rzeczony komputer wyłącza Ci Internet i mierzy do Ciebie z twojej własnej rakiety z głowicą nuklearną. Albo i nie wyłącza i nie mierzy, ale może w każdej chwili, bo jest od Ciebie sto razy mądrzejszy i prawdopodobnie może się dobrać do całej twojej elektroniki.

Ludzie tworzą takie cacka, a biją się na przestarzałe, dwudziestowieczne sposoby?

Ludzie biją się na przestarzałe sposoby, własnie dlatego, że stworzyli takie cacka.

W dodatku z pobudek, które nakreśliłeś? Rosja ruszyła na zachód po czarnoziemy? :D Lol!

Przemysł spożywczy Rosji jest bardzo niewydolny, a gospodarka żywnościowa w dużej mierze opiera się na imporcie. Jeżeli nie wyborażasz sobie, że ludzie mogą wywoływać konflikty zbrojne i migrować z powodu głodu i zimna, to bynajmniej nie jest powód do śmiechu.

Trochę kuleją dialogi.

Wszystkie czy niektóre? Bo niezgrabność niektórych jest zamierzona.

 

 

na emeryturze

Odnośnie dialogów chodziło mi o to, że:

– maszyna używa wielgachnych zdań wielokrotnie złożonych, z masą wtrąceń, czasem prześlizgiwałam się wzrokiem po konstrukcji

– gdy zdarzy się, że człowiek gada z człowiekiem, jest sztampa/cwaniactwo (gadka z asystentką, och, pokażę, jaki jestem kozak, fiuty, rekiny, na litość, kurwa, boską itp.; generalnie oba dialogi między nim a nią są w moim odbiorze naciągane, tak mogą rozmawiać nastolatkowie)

 

Jeśli chodzi o Rosję, jestem po bezpieczeństwie i mniej więcej wyobrażam sobie, po co Rosja może “wstać z kolan”. Bardziej uwierzyłabym, gdybyś napisał coś o jednoczeniu Słowian, mateczce Rosji i przynależnych jej ziemiach, zmiażdżeniu Stanów i Jedynym Mocarstwie. No ale dobrze, rozumiem, elektryka odcięta, migracja z powodu głodu i zimna. Czy w takim razie wszyscy na świecie głodują i marzną? Raczej nie, mają lepszy klimat. Głodne, zmarznięte miliony to raczej światowy kryzys i uchodźstwo, a nie zarzewie wojny i armia do podboju. Ruscy nie wyciągnęliby ręki po zjednoczenie z kimś silniejszym? W momencie najgorszym dla siebie nagle robiliby w pojedynkę wojnę?

Japończykom jeszcze długo nie “ubzdura się” okupacja. Można powiedzieć, że nadal sami są okupowani, choć powoli się budzą. Poza tym, przecież to oni są maksymalnie uzależnieni od technologii, sieci, elektroniki. Kuleją u nich związki międzyludzkie i przyrost, bo tylko siedzą przed ekranami albo w pracy. Co do Kaszmiru, trwa to już długo i sądzisz, że nagle przerodziłoby się w młóckę, która miałaby wpływ na rozpętanie trzeciej wojny światowej? Nie bardziej prawdopodobnym jest dać za źródło ropę, co już ma miejsce? Co z Chińczykami? Co z USA? Co z ISIS?

 

Tworzę komputer, od tak, nagle, który odcina mi wszystko, a ja nie mogę nic? Dla mnie to nie SF, to samo F. Przynajmniej w realiach, które zarysowujesz, a które ewidentnie nie wyglądają na zbyt odległe. Ale, oczywiście, to tylko mój odbiór.

 

Nie spotkałeś logicznie postępujących ludzi? Ja spotkałam.

Ambasador to psychologicznie skrzywdzony nastolatek o upośledzonych emocjach (jakim cudem pełni swoją funkcję?), a jego atak na podwładnych wygląda jak wyskok ćpuna na haju ;>

 

Edit: A tak w ogóle, gdyby ludzie nie zachowywali się ani trochę logicznie, nie mogłoby istnieć prawo, nie dałoby się jeździć po drogach, kupić czegoś w sklepie, zaufać produkcji żywności, technologii, niczemu.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Co do głodnej Rosji – zgadzam się z Garym. Oni jakoś nie mają porządnej tradycji zarządzania produkcją żywności. Ilu ludzi umarło z głodu na tych żyznych, ukraińskich czarnoziemach, kiedy batiuszka Stalin się zbroił? Prikaz jest prikaz, masz oddać tyle ziarna, ile zażyczyła sobie władza i gówno mnie obchodzi, że nie zostanie nic na zasiew. A jak było z jabłkami? Polacy podpadli, więc zakaz importu. A że w domu tego nie ma? Nie szkodzi, batiuszka prezydent już wydał rozkaz, aby sadzić jabłonki, więc problem rozwiązany. Nie zdziwiłabym się, gdyby tam jeszcze ktoś wierzył w łysenkizm. To wszystko może oznaczać, że w głód w Rosji wyprzedzi kryzys światowy.

Babska logika rządzi!

Ok, ale migrujący głodujący to armia? ;< Migrujący głodujący to powód do wojny i puszczenia w ruch bomb? Czy mamy na odwrót, Rosja się zbroi, więc głód, więc migracja, ale wtedy powód do wojny musi być inny. Ideologiczno-ekspansywny zapewne, jak zwykle. W ogóle, właśnie, chęć pozyskania żyznych ziem a wojna na bombki…

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Odnośnie dialogów chodziło mi o to, że:

– maszyna używa wielgachnych zdań wielokrotnie złożonych, z masą wtrąceń, czasem prześlizgiwałam się wzrokiem po konstrukcji

To jest zamierzone i przemyślane. W skrócie: maszyna nie może porozumiewać się jak człowiek, bo nie ma ludzkiego mózgku. Raz, że “rozmowa” będzie dla niej równie wygodna, co programowanie w assamblerze dla Ciebie czy mnie, a dwa, że nie sądzę, by czuła potrzebę wyrażania się “poprawnie”.

gdy zdarzy się, że człowiek gada z człowiekiem, jest sztampa/cwaniactwo (gadka z asystentką, och, pokażę, jaki jestem kozak, fiuty, rekiny, na litość, kurwa, boską itp.; generalnie oba dialogi między nim a nią są w moim odbiorze naciągane, tak mogą rozmawiać nastolatkowie)

Nie lubię nudnych dialogów. Uważam, że realistyczne rozmowy można sobie pisać w powieści (a i to specyficznej), a w opowiadaniu wymiany zdań muszą być treściwe, a przy tym mieć pewną wartość rozrywkowe. To napisawszy, znam temperamentccyh ludzi, którzy w podobny sposób rozmawiają – oczywiście nie cały czas. Nie wszyscy jesteśmy emocjonalnie dojrzali. Przyjmuję zarzut, ale się z nim nie zgadzam.

Ruscy nie wyciągnęliby ręki po zjednoczenie z kimś silniejszym? W momencie najgorszym dla siebie nagle robiliby w pojedynkę wojnę?

Nie wiem, co by zrobili i ty też nie. Możemy sobie oboje zgadywać, ale zakładanie, że w obliczu świateowego kryzysu i ogromnych wewnętrznych napięć, Rosja nie przyłączyłaby się do globalnego konfliktu nie wydaje mi się wcale bardziej prawdopodobne od zaproponowanego przeze mnie wariantu. Co nie zmienia faktu, że możesz mieć rację, to tylko historyjka.

Japończykom jeszcze długo nie “ubzdura się” okupacja. Można powiedzieć, że nadal sami są okupowani, choć powoli się budzą. Poza tym, przecież to oni są maksymalnie uzależnieni od technologii, sieci, elektroniki. Kuleją u nich związki międzyludzkie i przyrost, bo tylko siedzą przed ekranami albo w pracy.

A wiesz jak stosunkowo łatwo odwrócić uwagę zdesperowanych ludzi, którzy utracili większość z tego, co dla nich ważne?

Co do Kaszmiru, trwa to już długo i sądzisz, że nagle przerodziłoby się w młóckę, która miałaby wpływ na rozpętanie trzeciej wojny światowej? Nie bardziej prawdopodobnym jest dać za źródło ropę, co już ma miejsce? Co z Chińczykami? Co z USA? Co z ISIS?

Trudno, żebym opisywał sytuację geopolityczną w krótkim “rozdziale” poświęconym w gruncie rzeczy czemuś innemu. Rozumiem twoją potrzebę wyjaśnień, ale nie uważam, żeby nadmierna ekspozycja mogła przysłużyć się historyjce.

 

Tworzę komputer, od tak, nagle, który odcina mi wszystko, a ja nie mogę nic? Dla mnie to nie SF, to samo F. Przynajmniej w realiach, które zarysowujesz, a które ewidentnie nie wyglądają na zbyt odległe.

Nie jestem pewien czy taki, nie przymierzając, Hawking by się z tobą zgodził. Ale nawet nie o to chodzi. SI nie musi Ci nic wyłączać, sama to sobie wyłączysz, w obawie przed tym, że zostanie to wykorzystane przeciwko tobie.

Nie spotkałeś logicznie postępujących ludzi? Ja spotkałam.

Tak Ci się wydaje.

 

Ambasador to psychologicznie skrzywdzony nastolatek o upośledzonych emocjach (jakim cudem pełni swoją funkcję?),

I znowu patrzysz na sprawę z drugiej strony. Ambasador pełni swoją funkcję nie mimo psychologicznego skrzywdzenia i upośledzonych emocji (nie zgadzam się z tym żargonem właściwej dla kawiarnianej psychologii, ale niech będzie) ale właśnie z jego powodu.

a jego atak na podwładnych wygląda jak wyskok ćpuna na haju ;>

Czyli adekwatnie. Widziałaś kiedyś rozpaczającego człowieka, który nie jest kulturowo zobligowany do blokowania emocji i redagowania właśnych reakcji, żeby nie niepokoił otoczenia?

Edit: A tak w ogóle, gdyby ludzie nie zachowywali się ani trochę logicznie, nie mogłoby istnieć prawo, nie dałoby się jeździć po drogach, kupić czegoś w sklepie, zaufać produkcji żywności, technologii, niczemu.

Znowu na opak. Gdyby ludzie zachowywali się logicznie, to prawo nie byłoby do niczego potrzebne. Prawo istnieje, bo ludzie nie zachowują się logicznie, ale chcieliby przy tym czuć się bezpiecznie.

na emeryturze

Gary, chodziło mi o efekt kłótni blisko finału ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Gary, chodziło mi o efekt kłótni blisko finału ; )

Przeczytałem sobie właśnie tę scenę i wydaje się być ok. Fakt, z punktu widzenia dramaturgii i dynamiki tekstu, sam moment śmierci opisany jest w sposób dość suchy, ale jakoś mi to w tym miejscu pasuje, podkreśla proziaczność wydarzeń i kruchość ludzkiego życzia (czy coś).

To była trudna scena, o tyle, że nie chciałem, żeby Ambasador zabił asystentkę z premedytacją, a jakoś uśmierć ją trzeba było, i to w sposób, który wzbudziłby w Abasadorze poczucie winy i dodatkowo nim wstrząsnął.

Co do wiarygodności wydarzeń – nie widzę problemu: kłótnia, szarpanina, cios i niefortunny upadek. Takie rzeczy się zdarzają, choć rzeczywiście trzeba mieć pecha, żeby w umrzeć w ten sposób.

na emeryturze

Za radą Autora czytałam jak leci, nie czując dyskomfortu „niekolejności” zdarzeń. Nie zagubiłam się w chronologii, więc nie musiałam sięgać do numerków. Z lektury jestem zadowolona, albowiem okazała się całkiem zajmująca. Opowiadanie napisane całkiem przyzwoicie, nie licząc kilku potknięć, a ponieważ Autor zadeklarował, że wieczorem zabierze się do poprawienia usterek, pozwalam sobie wskazać kilka dostrzeżonych.

Ze względu, że opowiadanie zostało napisane tak, jak Autor sobie zamierzył, nie wnoszę żadnych zastrzeżeń co do formy i treści.

 

Roz­po­wia­dał, że de­cy­du­je się po­dzi­wiać kon­struk­cje wy­ra­sta­ją­ce ze wzbu­rzo­nej tafli wody… – Tafla wody jest gładka i równa. Kiedy woda jest wzburzona, jej powierzchnia przestaje być taflą.

 

Spa­da­jąc za spra­wą siłą przy­cią­ga­nia ziem­skie­go… – Literówka.

 

o ile nie nie dys­po­nu­je­cie od­po­wied­nio czar­nym po­czu­ciem hu­mo­ru. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

„Sza­now­ny Panie, to za­szczyt… – Formy grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

nie za­szczy­ci­ła no­wo-przy­by­łe­go choć­by spoj­rze­niem… – …nie za­szczy­ci­ła no­wo przy­by­łe­go choć­by spoj­rze­niem

 

na czwo­ra­ka ru­szył do pro­gra­ma­to­ra ho­lo­gra­mu… – Raczej: …na czwo­ra­kach ru­szył do pro­gra­ma­to­ra ho­lo­gra­mu

 

Zgła­dzi­łem go, zanim zdo­łał upu­ścić teren am­ba­sa­dy. – Literówka.

 

De­cy­zję o wy­ko­rzy­sta­niu broni bio­lo­gicz­nej zo­sta­ła pod­ję­ta na po­cząt­ku na­szej roz­mo­wy. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Okej, wyjaśniliśmy sobie zarzuty i kontrzarzuty, sporą część przyjmuję, część nie, ale nie ma co się dalej rozmieniać na drobne. Doceniam, że potrafisz krótko i treściwie wyjaśnić wątpliwości i jesteś w tym konsekwentny ;)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Okej, wyjaśniliśmy sobie zarzuty i kontrzarzuty, sporą część przyjmuję…

To chyba pierwszy raz, w mojej wieloletniej karierze zabawnego internetowego cwaniaczka. Dziękuję Ci! To wspaniały noworoczny dar!

 

na emeryturze

W bibliotece będzie na pewno, dorzucę swoje trzy grosze w pierwszej wolnej chwili.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Przeczytałam z przyjemnością przedwczoraj, licząc, że dostanie się do Biblioteki, nim dzieć pozwoli mi się zabrać za komentarz, ale skoro nie, to klep i ziu.

Bardzo mi się podobały relacje między ludźmi i maszynami, tempo i wciągająca w akcję konstrukcja. Śmierć asystentki trochę zgrzytnęła – możliwa i owszem, ale jakoś budząca telenowelowe skojarzenia. Ale to tylko kwestia gustu (może się powtarzam, ale nie czytałam nowych komentarzy). Dzięki za przyjemną lekturę.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Jak już wspominałam – najbardziej spodobał mi się świat maszyn. Znajduję go strasznie prawdziwym – ogromne moce (obliczeniowe czy – jak tutaj – siła fizyczna), ale mimo całej inteligencji roboty głupie jak zwykłe gwoździe. Ot, metalowe golemy. Ludzie tak samo – stworzyli, beztrosko zrzucili upierdliwe zadania na barki, ale dogadać się, zrozumieć, odgadnąć, jak maszyna zinterpretuje słowa człowieka… To już gorzej. Myślenie też zostało oddelegowane. Głupota z braku inteligencji zestawiona z głupotą z lenistwa. Fajny myk z przemieszaniem numeracji.

Jestem na TAK.

Babska logika rządzi!

Czytało mi się dobrze, chociaż czasami złożoność zdań sprawiała, że musiałam je sobie czytać po dwa razy. 

Natomiast bardzo podobały mi się różnice w myśleniu, które były podstawą konfliktu pomiędzy ludźmi i maszynami. Wypadło to wiarygodnie i w jakiś sposób dowcipnie (szczególnie trzy przytoczone przez wykładowcę opowieści). 

Wypadek, który spotkał Franceskę wydał mi się mało prawdopodobny. Musiała mieć naprawdę cholernego pecha, żeby aż tak potrzaskać sobie łeb. Gdyby chociaż uderzyła głową o kant stołu, czy coś w tym rodzaju… 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Bardzo fajny tekst. Prosty, ale nie głupi, całkiem przystępny w odbiorze. Myślę, że nawet bez numerków poradziłbym sobie z poukładaniem chronologii, ale w żaden sposób mi one nie przeszkadzały. Najbardziej przypadł mi do gustu sposób, w jaki przedstawiłeś maszyny i sposób prowadzenia narracji, niepozbawiony nuty humoru. Końcówka w pierwszej chwili nie wywołała euforii, ale po upływie pewnego czasu zmieniłem zdanie na jej temat. Zwłaszcza, że ostatnie zdanie naprawdę trzyma poziom. Choć dalej się zastanawiam, skąd maszyna wiedziała, że wiersz ambasadora był kiepski? 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Jeśli maszyny myślą tak, jak ja myślę, że myślą, to każdy wiersz uważają za kiepski. ;-)

Babska logika rządzi!

Jestem z tym tekstem zupełnie średnio. Z jednej strony napisane dobrze, “chwytliwie” i mądrze – różnice między rozumowaniem maszyn i ludzi pokazane świetnie, dialogi chwilami naprawdę zacne – więc czytało się dobrze. Z drugiej jednak strony fabularnie najpierw było tak sobie, potem nudnawo, potem na chwilę chwyciło, potem już różnie – najbardziej z całego tekstu spodobała mi się puenta z rozdziału o różnych “wypadkach” z robotami oraz wywód o kanapkach i wszechświecie – a na końcu zirytowało i rozczarowało, bo zupełnie nie ogarniam finału. A ściślej, to nie wiem, co miał on wspólnego z życiem i śmiercią Ambasadora oraz śledztwem w sprawie onej? Jak na mój wiejski rozumek, prócz bardzo słabego i bełkotliwego wiersza (czytałem go ze trzy razy, zanim zrozumiałem, że nie ogarnę, o co w nim chodzi), który napisał Ambasador, jego osoba nie ma zupełnie nic wspólnego z decyzją, jaką podjęły Maszyny. Co więcej, biorąc pod uwagę, że Awatar SI zabił ambasadora między innymi właśnie dlatego, że ten mógł doprowadzić do zagłady ludzkości, podpuszczając ją do ataku na Maszyny (i tutaj jakieś kompletnie niezrozumiałe wzmianki o “innych środkach perswazji” oraz informacja, że to sam Avatar mógł Ambasadora nakierować na taki pomysł – odnośnie czego to?), ich późniejsza decyzja, i to oparta o jeden cytacik pozostaje dla mnie absurdalna. Zwłaszcza, jeśli przyjąć, że Maszyny dokładnie orientowały się, jakie postępy technologiczne robi ludzkość, a tak właśnie stoi w tekście.

Nie bardzo rozumiem też, dlaczego ludzie nie mieliby być zdolni do unicestwienia Miasta Maszyn? Logika podpowiada multum starych, dobrych opcji, których można by spróbować, a w tekście nie znalazłem niczego, co by tę logikę podważało.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jak na mój wiejski rozumek, prócz bardzo słabego i bełkotliwego wiersza (czytałem go ze trzy razy, zanim zrozumiałem, że nie ogarnę, o co w nim chodzi), który napisał Ambasador, jego osoba nie ma zupełnie nic wspólnego z decyzją, jaką podjęły Maszyny.

W wierszyku zawarte jest przypuszczenie, że ludzie, w strachu przed robotami, stworzą kolejny rodzaj sztucznych inteligencji, tym razem w oparciu o biotechnologię. O ile Maszyny nie wierzyły, by ludzkość mogła im w jakikolwiek sposób zagrozić, o tyle wolały nie ignorować potencjalnego zagrożenia narodzinami innej sztucznej inteligencji, która mogłaby okazać się wroga. Czy potrzebowały ambasadora, żeby im to zagrożenie uświadomił? Nie, ale ostrzeżenie wystosowane przez oficjalnego przedstawiciela ludzkości przechyliło szalę, bo Maszyny nie chciały uwierzyć, że ludzkość mogłaby zachować się aż tak nonsensownie (samemu przy tym zachowując się trochę nonsensownie, ale cóż, Maszyny miały do ludzi spory sentyment).

Nie bardzo rozumiem też, dlaczego ludzie nie mieliby być zdolni do unicestwienia Miasta Maszyn? Logika podpowiada multum starych, dobrych opcji, których można by spróbować, a w tekście nie znalazłem niczego, co by tę logikę podważało.

Mogliby być może zniszczyć Miasto Maszyn, ale nie mogliby wyeliminować Maszyn jako domeny istot, bo te były na to zwyczajnie za cwane.

na emeryturze

Dzięki, ale nadal nie jestem do tego przekonany.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Spodobała mi się zarówno koncepcja, jak i rytm opowieści. Sposób emitowania robota jak dla mnie jest fantastyczny, co w zestawieniu ze sposobem mówienia (oraz samokontroli) Maliniaka, daje ciekawy dialog. Podoba mi się sposób myślenia maszyn.

Przemieszana kolejność scen nie przeszkadzała ani trochę, bo pokazywałeś je w taki sposób, że nie było żadnych wątpliwości o co w tym wszystkim chodzi.

Jestem usatysfakcjonowana lekturą. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nihil novi, ale czyta się i przyjemnie i dobrze, mimo przemieszanej chronologii scen. Najbardziej podoba mi się passus o czarnym humorze potrzebnym do przeżycia i szczerze mówiąc liczyłem, że dalej będzie podobnie – niestety, skończyło się na neandertalczyku. 

Najbardziej w tym tekście spodobało mi się podkreślenie myśli, jak wiele w punkcie widzenia zależy od punktu siedzenia. Że wzajemne poznanie mimo wszystko daje jakieś widoki na przyszłość. I że ludzie w grupach mają jednak IQ ameby. Ów pesymizm jeżeli chodzi o umiejętność naszego gatunku do przetrwania w obliczu zagrożenia ewolucyjnego, jakim mogą być maszyny i sztuczna inteligencja, pojawia się wielokrotnie w literaturze i filmie (bodajże ostatnio: “Westworld” na ekranach tv), stąd łacińskie cwaniakowanie w pierwszym zdaniu. Tym niemniej, oceniam nasz gatunek jako całość negatywnie i trafia do mnie finał.

Zgodzę się, że śmierć od podbródkowego (?) to rozwiązanie rodem z telenoweli/deus ex.

Dlaczego Ambasador tak źle przeżył śmierć ojca mimo złych stosunków między panami? Sama toksyczna więź syn-ojciec jak dla mnie tego nie tłumaczy – wszak doszedł daleko, udowodnił swoje, stanął naprzeciw rodzicielowi, stając się zapewne w jego oczach kimś w rodzaju zdrajcy… Naprawdę, w tak dalekim zapieczeniu jest jeszcze chwila na refleksję, żal za zmarnowanym na konflikt czasem?

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Zgodzę się, że śmierć od podbródkowego (?) to rozwiązanie rodem z telenoweli/deus ex.

Wyobrażałem sobie cios raczej jako prawy prosty, natomiast przyczyną śmierci było uderzenie potylicą po podłogę. Odnoszę się do tego, bo to powtarzająca się uwaga i teraz już nie wiem, czy to ja zupełnie nie znam się na anatomii, czy to wy przesiąknęliście magią kina, nadającą ludzkim ciałom niezniszczalnego charakteru. Znajdzie się ktoś kompetentny, kto rozwieje wątpliwości?

Dlaczego Ambasador tak źle przeżył śmierć ojca mimo złych stosunków między panami? Sama toksyczna więź syn-ojciec jak dla mnie tego nie tłumaczy – wszak doszedł daleko, udowodnił swoje, stanął naprzeciw rodzicielowi, stając się zapewne w jego oczach kimś w rodzaju zdrajcy… Naprawdę, w tak dalekim zapieczeniu jest jeszcze chwila na refleksję, żal za zmarnowanym na konflikt czasem?

To jest trochę bardziej skomplikowane. Oczywiście, żal za zmarnowanym czasem i smutek wywołany świadomością niemożności rozwiązania konfliktu odgrywał ważną rolę, ale na moje oko ważniejszy był szok wywołany śmiercią kogoś bliskiego i, chyba najważniejszy, nagły kryzys tożsamości, skonstruowanej niejako w opozycji do tożsamości ojca. Do tego dochodzi fakt, że już przed śmiercią ojca Ambasador był w kiepskim stanie psychicznym, a ponadto był osobą dość ekspresyjna i nie słynącą z samokontroli.

na emeryturze

Myślę, Gary, że śmierć asystentki to kwestia doprecyzowaia opisu paroma słowami. Takie rąbnięcie potylicą musiałoby być mocne lub chyba trafić na jakiś wystający element – ale to moje spekulacje. patolog jakiś na sali jest? ;-D

 

Reakcja Ambasadora na śmierć ojca – przyjmuję informację o kryzysie tożsamości, bo to mi się skłąda: nagle zniknął fundament, wokół którego budowana była opozycja. Ekspresyjność kumam, wynika dla mnie z tekstu, ale brak samokontroli już nie. To uwaga na marginesie, zwrotna.

 

A sam tekst mi się nadal :-)

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Myślę, Gary, że śmierć asystentki to kwestia doprecyzowaia opisu paroma słowami.

Podsunięcie kilku ostrych kantów, na które mogłaby się dziewczyna nadziać, to nie problem, ale czy przez to rozwiązanie będzie mniej telenowelowe? Jak dla mnie, będzie nawet bardziej.

Takie rąbnięcie potylicą musiałoby być mocne lub chyba trafić na jakiś wystający element – ale to moje spekulacje.

Przypomina mi się sytuacja sprzed kilku lat, gdy “ochroniarz” pracujący w jednym z wrocławskich barów sprzedał pojedynczego strzała pechowemu klientowi (czy też niedoszłemu klientowi). Zaatakowany upadł, uderzył głową w bruk, zapadł w śpiączkę i po kilku dniach zmarł.

na emeryturze

Tu trzeba kogoś z obszerniejsza wiedzą medyczną. Kości to generalnie twarde s…syny.

Na pewno, wnosząc po niebezpiecznych urazach u dzieci o jakich instruował mnie pediatra, skroń, potylica, ciemię (u dzieci trochę trwa zanim kość się tam ‘utwardzi’) urazy powodujące przemieszczenie chrząstek w jamie nosowej w kierunku mózgu – moga być niebezpieczne. Niekoniecznie śmierć od razu i z obfitym krwawieniem, z tego co twierdza internety, ale po jakimś czasie i w wyniku urazów mózgu po nich następujących. Interwencja lekarska wskazana.

 

http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/urazy-wypadki/urazy-glowy-kiedy-uderzenie-w-glowe-moze-byc-grozne_38325.html 

http://www.edukacja.edux.pl/p-15518-kliniczne-aspekty-urazow-czaszkowomozgowych.php 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Ko%C5%9B%C4%87_potyliczna_cz%C5%82owieka 

 

Być może po takim upadku śmierć na miejscu może być spowodowana konsekwencjami przerwania rdzenia kręgowego: https://pl.wikipedia.org/wiki/Rdze%C5%84_kr%C4%99gowy ?

 

Może @AlexFagus podpowie?

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Krótko, bo choruję i mi źle. Tekst idealnie wpasowuje się w moje gusta. Klimat, tło, pomieszanie chronologii (ja takie rzeczy lubię). Nie jest może turbo oryginalny i nie zmienił mojego światopoglądu, ale nie jest tak, że  go od razu zapomniałam. Ogółem uważam “Miasto…” za warte piórka :)

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Bardzo fajne :)

Kurza twarz, jeden z najlepszych tekstów, jakie tu czytałem. 

Dobrze dowiedzieć się, że jurorem konkursu był ktoś, kto się zna na rzeczy.

Ale kończę tę wazelinę, żeby nie było.

Wszyscy kiedyś spotkamy się pod jakimś memem.

Wiesz, Akanirze, jak już ktoś ogłasza konkurs, to raczej na temat, w którym się jako tako orientuje. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie wiedziałem, ale mogłem się domyślić. Cóż, mózg nie ten sam po sześciu latach studiów. XD

Kumpela mówiła tylko, że tutaj czepiacie się głównie literówek i przecinków. 

Chyba mnie trollowała, bo to portal literacki pełną gębą. 

Wszyscy kiedyś spotkamy się pod jakimś memem.

To oszczerstwo! Czepiamy się wszystkiego. A akurat Gary ma literówki i przecinki w głębokim poważaniu.

Babska logika rządzi!

Czytałem, więc napiszę, że bardzo interesująca lektura. Ciekawie przedstawiona kontra logiki maszynowej do ludzkiej. Tekst przedstawia apokaliptyczną wizję istnienia SI, co jest ciekawe i może służyć jako ostrzeżenie. Zakończenie bardzo dobre – głównie chodzi mi o Maliniaka w swoistym rezerwacie.

Przylgnęła mi do wniosków jednak jedna wątpliwość. Subiektywna to sprawa. Owa różnica w rozumowaniu przez maszyny podstawowych ludzkich spraw. Kłuci się to z faktem, że człowiek próbuje stworzyć SI na swoje podobieństwo w rozumowaniu. Ale może chodzi już o technoewolucję SI, przez którą ta różnica powstała. Hmm… trochę mi to zgrzyta – choć jak pisałem to subiektywne wrażenie.

Tak czy inaczej opko niełatwe w odbiorze, ale bardzo ciekawe.

Nowa Fantastyka