- Opowiadanie: Urikan - znajome miejsce

znajome miejsce

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

znajome miejsce

Coś uderzało o okno. Pomieszczenie wypełniał dźwięk przypominający ptaka trzepoczącego w pułapce. Otworzył oko, żaluzje rytmicznie zgrzytały powiewając w przeciągu. Głowę wypełnił przeszywający ból. Spróbował obrócić się na bok, lecz wenflon zakuł w ramieniu zniechęcając do ruchu. Rozejrzał się wokoło, leżał sam w sali szpitalnej. Ciało opinał tylko kitel, pośladki ocierały się o niewygodne prześcieradło. Długo się nie zastanawiając wyciągnął igłę z żyły i zmusił odrętwiałe kończyny do zgięcia. Stopy spoczęły na zimnej posadzce, przypominając o dekadzie w której się znajduje. Podłogi nieogrzewane, pokryte dziwnymi kafelkami, wypisz wymaluj początek XXI wieku w Europie Środkowej, całość dopełniały pastelowe farby. Najlepszym rozwiązaniem było zniknięcie niezauważonym, ominięcie jakichkolwiek świadków. Okno wyglądało wprost na stary dąb, jeden z niewielu pięknych symboli tych ponurych czasów. Niestety patrzył na sam jego czubek, musiał się znajdować przynajmniej na trzecim piętrze, połamane nogi podczas skoku nie pozwoliłyby na ucieczkę. Poszukiwanie drogi wyjścia przerwało mu delikatne swędzenie w nosie. Sięgnął ku niemu i odruchowo chwycił za czarny, gruby włos wystający z narządu węchu. Od kiedy mógł wyrywał owłosienie z nosa, taka dziwna słabość. Przyglądał się grubej cebulce tego zabawnego wytworu naskórka. Odruchowo dotknął zakoli, żałował, że tak silnej nasady nie mają włosy na jego głowie.

Chwilę konkluzji przerwał zgrzyt otwierających się drzwi. Niczym dzikie zwierze wybiegł im naprzeciw. Pielęgniarka stojąca w progu trącona jego ramieniem, poleciała na posadzkę pokrytą obrzydliwym linoleum. Musiał jak najszybciej wydostać się ze szpitala, kierował się zasadą „im mniej cię widziało, tym łatwiej będzie wrócić”. Nie zwracał uwagi na mijane osoby, lekarzy, pacjentów, nawet matki z dzieckiem, wpadł na kilka osób. Zaalarmowany personel gonił za nim, oszołomiony, półnagi pacjent rzucał się w oczy. Starał się utrudnić zadanie pościgowi, popychając w ich stronę ruchome obiekt, schody zatarasował przenośnym łóżkiem. Z trudem dostał się na klatkę schodową, zdjął jedyne odzienie i zawiązał nim drzwi, wiedział, że zyska kilka minut. Nagi zbiegał po schodach, zatrzymał się dopiero na parterze. Spodziewając się obecności komitetu powitalnego przy wyjściu, otworzył okno na klatce schodowej i wyskoczył. Wylądował na zeschłych krzakach, mimo wczesnej wiosny nie czuł zimna, był zbyt podniecony. Miał zamiar dostać się do rzeki, tam najłatwiej się ukryć. W zaniedbanych trzcinach mógłby spokojnie wezwać pomoc. Nie znając miejsca położenia, ani dokładnej topografii miasta tylko oddział miał szansę wyciągnąć go z tego bajzlu. Na horyzoncie zobaczył betonowy plac wypełniony samochodami, w jednym z nich chciał przeczekać pościg. Biegnąc w ich kierunku czuł jak podłoże się zmienia. Nigdy nie stąpał boso po trawniku, beton na parkingu też był dla niego nowością. Nie interesował się historią, tym bardziej zamierzchłą architekturą, szara substancja pokrywająca większość ciągów komunikacyjnych zdawała się brzydka, a do tego nieprzyjemna w dotyku. Nie mógł otworzyć żadnego z samochodów, aż znalazł się przy małej przyczepie z dużym napisem „Klub kartingowy”. Odchylił niezdarnie zamontowane blaszane drzwi i wsunął się do środka. Przykurczony siedział w zdezelowanym gokarcie. Znajdował się wprawdzie bardzo odległych czasach, lecz nawet przedstawiciele tej cywilizacji mogliby źle zareagować na widok nagiego faceta przyczajonego w dziecięcym pojeździe.

Postanowił uporządkować swoje myśli. W pobliżu nie widział rzeki, nie wiedział, czy zgubił pościg, co gorsze nie miał kontaktu zresztą swojego oddziału. Na głowie miał kilka szram i jedną głębszą ranę, wcześniej owiniętą bandażem prawdopodobnie zgubionym podczas ucieczki. Czas płynął nieubłaganie, wiedział, że do zmroku reszta grupy będzie musiała wykonać skok bez niego. Nawet nie sprawdzał czy działa ferix w jego głowie, od momentu obudzenia nie otrzymywał żadnych danych, urządzenie zapewne uszkodziło się podczas wypadku. W obliczu tak niesprzyjających faktów postanowił jak najszybciej dostać się do rzeki. W przyczepce znajdował się zapomniany przez cały świat kanister z tajemnicza substancją, wlał zawartość do baku gokarta. Ku jego zdziwieniu mimo wieku pojazd po kilku operacjach z okablowaniem odpalił. Zawsze miał smykałkę do mechaniki, a wehikuły z tej epoki nie należały do zbyt skomplikowanych. Szybkie odświeżenie wiedzy z Kółka Konstruktora pozwoliło na jazdę tym archaicznym pojazdem. Silnik wydał zgrzytając odgłos i wręcz wyskoczyli z przyczepy wprost na dwóch policjantów zbliżających się do kryjówki. Długo się nie zastanawiając wykonał gwałtowny skręt, wyminął zaskoczonych jego widokiem stróży prawa i skierował się w stronę głównej drogi. Włączył się do ruchu bez jakichkolwiek kompleksów, manewrując wśród mijających go samochodów. Kierowcy na widok golasa sterującego tak małym pojazdem zwalniali by zrobić zdjęcie lub zwyczajnie zrozumieć czego są świadkami. Niczym się nie przejmując były pensjonariusz szpitala wypatrywał elementów charakterystycznych dla ujścia wody. Jednak na chodniku przy drodze zauważył gitarzystę, grajek w białym obcisłym stroju podobnym do Elvisa wyginając swe plecy grał na czerwonej gitarze. Kilka metrów dalej stał kolejny taki jegomość, kropla w kroplę podobny do pierwszego, a potem następny. Linia muzyków nie miała końca ciągnąc się poza zasięg wzroku. Kojarzył z skądś tego człowieka, widział go kiedyś na koncercie, fakt, że zobaczył jego nieskończoną ekspozycję był złym sygnałem. Samochody zniknęły, niespodziewanie znalazł się całkiem sam na pustej ulicy otoczonej z obu stron chodnikami wypełnionymi klonami pseudoelvisów. Zatrzymał się, był kompletnie zdezorientowany, coś zaburzało się w rzeczywistości i nie znał źródła tej sytuacji. Wysiadł z gokarta i ruszył w kierunku szpaleru gitarzystów. Gdy zbliżył się do jednego spostrzegł, że ma on znajomą twarz. Wyglądał jak Norbert Adamicz sierżant z jego oddziału, to z nim wyruszył na ekspedycję.

– Norbert! – zawołał przerażony – co tutaj się dzieje?

– Frank widzisz mnie? – zapytał zdziwiony gitarzysta.

– Tak, co się dzieje? Gdzie jest statek?

– Frank tak czasem jest, przyjdę po Ciebie i zrobię to jak trzeba!

– Norbert! Co się dzieje?!- krzyknął Frank

Jednak na jego dramatyczne pytanie nikt nie odpowiedział. Dziwna, nad wyraz rzeczywista projekcja zniknęła, a na jej miejscu znów pojawili się ludzie i samochody. Nieoczekiwany powrót realności zmusił Franka do kontynuowania ucieczki. Wyminął otaczający tłum i ruszył w kierunku gokarta. Drogę tarasowały samochody, przez chwilę, gdy zobaczył Adamicza zgromadzili się wokół niego obserwatorzy, zbyt wielu by swobodnie dotrzeć do pojazdu. Wykonał gwałtowny zwrot i ostatkiem sił przecisnął się wśród gapiów. Biegł w nieokreślonym kierunku, w głowie dźwięczało mu jego imię „Frank”, niby tak bliskie, własne, a jednak wręcz obce. Czuł, że nie jest już „Frankiem”, od kiedy się ocknął nie czuł się nikim konkretnym, miał wrażenie, że jest z tego świata, tylko do końca nie wiedział dokładnie kim.

Przeskoczył płot posesji, postanowił przedzierać się z dala od drogi. Spotkanie z Norbertem prędzej, czy później musiało doprowadzić do przybycia grupy. Zdał się na szeroką gamę umiejętności nabytych podczas służby w wojsku. Podskoki, pompki, przysiady i setki innych czynności powtarzanych podczas porannych zapraw otwierały drogę przez każdą prymitywną zaporę tego świata. Zasady były jasne, nie można nikogo zostawiać, postanowił się tylko ukryć. Mijał ceglane i betonowe konstrukcje przypominające budowle odkrywane na zapomnianych planetach. Szukał idealnej kryjówki. Wybrał najbardziej zasłoniętą posesję i wykonując akrobatyczny skok przeskoczył przez jej płot. Bez chwili zawahania przyczaił się w drewnianej, dziecięcej zjeżdżalni sąsiadującej z jednorodzinnym domem. Posiadłość wyglądała na pustą, mógł tutaj spokojnie zaczekać na pomoc. Odpoczywając, próbował zbadać rany, sprawdzić ile ich ma, macając ciało natrafił na ślad po oparzeniu. Dotykał zranionej skóry dokładne w miejscu wczepienia ferixa. Wzdrygnął się, cofnął dłoń, poczuł ciarki na plecach. W szpitalu mogli mu usunąć urządzenie, a bez niego oddział nie miał szans go namierzyć. Na takie sytuacje obowiązywały odpowiednie procedury, lecz negatywny stan rzeczy wpływał również na przedłużenie misji. Wszystkie priorytety uległy zmianie, od tej pory sam musiał wyjść naprzeciw jednostce. Zeskoczył na wilgotną trawę i zbliżył się do przeszklonych drzwi. Tak jak podejrzewał były zamknięte, chwycił jeden z kamieni zalegających w nieco kiczowatym ogródku wypełnionym ceramicznymi krasnalami i zabrał się do uderzenia. Zamach przerwał mu jednak niecodzienny dźwięk. Świst połączony z miauczeniem kota. Zaraz za jego plecami lewitował niewielki pojazd przypominający skuter wodny i kierowany przez drobną dziewczynę. Jej jaskrawe ubranie było bliskie zimowemu kostiumowi. Cała w różu i jasnych paskach spoglądała spod narciarskich gogli na Franka, co chwilę poprawiając długie, blond, kręcone loki.

– Frank nie uciekaj – odezwała się delikatnym, bardzo cieńkim głosem – musimy to dokończyć.

Po dłuższym momencie poznał swoją towarzyszkę, Aneta niedawno przydzielona do oddziału. Pomimo młodego wieku posiadała doskonałą wiedzę na temat XX i XXI wieku, a do tego bardzo pracowita. Po części również za jej sprawą znaleźli się w tym miejscu. Tak się kończą sytuacje, gdy zamiast dorosnąć facet zachowuje się jak nastolatek. Starał się ukryć przed sobą fakt, że zadurzył się w niej. Spotykali się często, lecz nie pamiętał szczegółów tych schadzek. Od wypadku niektóre wspomnienia stały się niedostępne.

– Pomimo mojej sytuacji – zaczął dość pewnie uciekinier – chciałbym stwierdzić, że pierwszy raz widzisz mnie nago.

Aneta zdjęła gogle i wyłączyła silnik w pojeździe.

– Frank wiesz jakie są procedury – zaczęła mówić delikatnie sprowadzając pojazd ku ziemi – razem analizowaliśmy wycinki prasowe oraz inne materiały.

– Jakie wycinki?

– Jesteś elementem tej rzeczywistości, a ja jestem tylko halucynacją. Kolejną, ale było lepiej. Brałeś leki, słuchałeś się zaleceń lekarzy. Niestety znów myślałeś, że jesteś zdrowy. Miałeś atak.

– O czym ty mówisz? Przecież znamy się, jesteśmy w jednej jednostce!

Dziewczyna wycelowała długą antenę w stronę uciekiniera. Urządzenie było źródłem towarzyszącego im dźwięku. Dziwaczny pisk wypełnił głowę Franka, by gwałtownie ucichnąć.

– Nie, jestem twoją halucynacją. Zobacz.

Dziewczyna zbliżyła się do Franka, spoglądała głęboko w jego oczy i nagle znikła. Mężczyzna przerażony upadł na kolana. Był zdezorientowany, nie wiedział kim jest, coraz mniej czuł się Frankiem,a coraz bardziej jakimś bliżej nieokreślonym mężczyzną z tych czasów. Rozejrzał się po okolicy, nie widział pięknej dziewczyny, ani jej pojazdu. Położył się na trawie, nie wiedział co ma począć.

Patrzył na błękitne niebo tak obce, a jednak znajome. Tam skąd wydawało mu się, że pochodzi przeważała pomarańcz, kilka słońc i wieczny dzień. Inny świat, urodził się daleko od Ziemi, która była legendą. Lata szkolenia, kilka międzyplanetarnych wojen i piękna kariera zaprowadziły go tutaj, całkiem nagiego na powierzchnię porośniętą zamierzchłą roślinnością. Chciał wyciągnąć jakieś wnioski, lecz jego mózg szwankował, wspomnienia wydawały się snami i mieszały się ze zdarzeniami, których do tej pory nie pamiętał. Przed oczami miał dwie matki i dwóch ojców, dwie pary ludzi jedna z Xenzis, a drugą z Ziemi. Pracował dwóch miejscach, na dodatek na Ziemi w XXI wieku miał rodzinę, czuł, że przynajmniej jeszcze niedawno ją widział. W tej całym labiryncie faktów tylko jedno odbicie mogło być prawdziwe. Chciał się połączyć z oddziałem, lecz nie wiedział jak, Aneta zniknęła, lecz gdy leżał pod tym pustym domem nie był w stanie rozwikłać, czy tego wszystkiego sobie nie wymyślił.

Od strony wjazdu na posesję usłyszał dźwięk parkującego samochodu. Zerwał się, był pełen wątpliwości, lecz również nie miał ubrań. Jedno było pewne, jakkolwiek bycie kosmicznym żołnierzem, czy zbiegiem ze szpitala, nie uratowałoby go przed konsekwencjami ekshibicjonizmu.

– Kochanie – zabrzmiał wysoki, męski głos z drugiej strony budynku – idę pierwszy, sprawdzę mieszkanie. Policja prosiła o uwagę, niby jakiś kretyn może się tutaj kręcić.

Frank nasłuchiwał kroków, nie chciał awantury. Odwrotnie od dochodzących odgłosów przesuwał się wzdłuż ścian budynku. Na skórze odciskał się chropowaty tynk, co wydawało się całkiem komiczne uciekinierowi. Uśmiech z jego ust ustąpił, gdy przy samym rogu, pół metra od bramy jego oczy zetknęły się z spojrzeniem czteroletniej dziewczynki. Istota, która prędko nie osiągnie metra wysokości spoglądała niewinnie, jakby patrzyła na jelonka wybiegającego z pobliskiego lasu. Przestraszył się, lecz nie denuncjacji, po prostu nie chciał zawstydzić dziecka. Mała widząc popłoch w oczach nagiego mężczyznę zakryła ręką twarz, ku jego uldze nie wydając przy tym, ani jednego pisku. Sytuacja go trochę przerastała, nie czekając ani chwili więcej, wykorzystał swoje akrobatyczne umiejętności. Wziął największy możliwy rozbieg i przeskoczył przez pobliski płot. Potem przedarł się jeszcze przez kilka ogrodzeń, żywopłotów i dzikich róż, nie raz kalecząc się, aż znalazł się na skraju osiedla.

Spoglądał na rozłożysty szpaler drzew, widok zapierając dech w piersiach dla człowieka z odległej przyszłości. W jego świecie większość ziemskich gatunków roślin wyginęło, to co uratowano z pożogi wojen galaktycznych na stałe zagościło w zamkniętych rezerwatach. Mało kogo było stać na luksus wypoczynku w takich miejscach, tylko wybrani, elita elit dostępowali takiego zaszczytu. Udana kariera wojskowa mogła zaowocować pobytem w jednej z puszcz na orbicie Jowisza. Frank od dziecka marzył o poznaniu pierwszej galaktyki, tajemniczej dla pokoleń pokolonialnych. Błękit i zieleń uchwycona w filmach przyrodniczych wypełniała jego wyobraźnie przesączając się do snów. I w końcu, gdy staną naprzeciw swych marzeń, niezliczonej liczby drzew, różnorodności utraconej przyrody, nie czuł radości, był rozdarty. Wędrował między oszołomieniem pięknem natury, a poczuciem przynależenia do miejsca, wręcz znudzenia nim.

Myśli rozpędził tajemniczy syk. Zbliżył się w stronę lasu, wtem zmaterializował się przed nim atletyczna sylwetka ledwie mieszcząca się w obcisłym, czarnym kombinezonie. Postać mierząc laserem w stronę Franka, odsłoniła maskę.

– Ona ma opory, żeby zrobić to jak należy – powiedział Norbert ocierając spoconą twarz.

Uciekinier zdziwił się na widok przyjaciela, widok znajomego go uradował. Gesty przybysza nie były jednak przyjazne, zawahał się czekając na rozwój wydarzeń.

– Nic nie pamiętasz? – zapytał kolega – Nic dziwnego, wyszło prawie idealnie.

– Nie wiem o czym mówisz Norbercie? Możesz mnie stąd zabrać? – odparł Frank próbując zrozumieć bieg zdarzeń.

Przybysz wykonał delikatny ruch zmierzający do pociągnięcia za spust, lecz nim zdążył instynkt Franka nakazał unik. Mężczyzna rzucił się w bok, minimalnie mijając wiązkę lasera. Następne dwa strzały również chybiły, a Frank wykorzystując swoją ponad przeciętną zwinność zbliżał się ku napastnikowi. Niczym prymitywne stworzenie, odbijał swoje dłonie od ziemie wykonywał dziwaczne susy uchylające się od strzałów. Norbert przecenił swe umiejętności, nim spostrzegł jego ofiara zaczęła okładać go pięściami. Nagie ciało metodycznie powtarzało uderzenia pokonując gardę rywala. Kopnięcie w korpus próbowało przerwać dominację atakującego, lecz nawet celne trafienie w wątrobę nie przerwało szaleńczej nawałnicy ciosów. Po chwili postać w kombinezonie leżała obezwładniona, spoglądając spod spływającej krwi.

– Czemu chciałeś mnie zabić? – wydyszał Frank, starając się uspokoić oddech.

– Nie zabić kretynie, chciałem tylko Cię tutaj zostawić zgodnie z rozkazem. To jest dezintegrator zwojów, miałeś tylko zapomnieć.

– Czemu, jaki rozkaz? Mów!

Zdenerwowany Frank chwycił laser i przyłożył do skroni leżącego.

– Co tutaj się dzieje, mów bo wystrzelę!

Spoglądał w beznamiętne oczy, brak jakiejkolwiek reakcji. Zamiast strzelić w stronę żołnierza, szybkim ruchem odwrócił ustawienia urządzenia i przystawił lufę do swej głowy. Wiedział jak się obchodzić z tym cudem, nieodzowną częścią jego pracy wywiadowczej były przesłuchania. Za pomocą na pozór archaicznego urządzenia mógł sprawić, że dowolna osoba zapomni o ostatnim dniu, tygodniu, czy miesiącu, lecz przy odpowiednim manewrowaniu pozwalało również na przypominanie i odzyskiwanie straconych wspomnień. Pociągną za spust. Uderzenie nie było zbyt silne, jedynie lekko go oszołomiło. Myśli zawirowały, wypełniając luki i składając się w logiczną całość. Wszystko sobie przypomniał, w jego jaźnie zmaterializowała się scena lotu. Przekraczali barierę czasową i wehikuł zwolnił by ochłodzić powłokę. Oddział szykował się do lądowania, a Norbert w celu zaczerpnięcia świeżego powietrza uchylił drzwi. Zawołał Franka do siebie i gdy ten znalazł się przy nim wypalił w niego całą wiązkę z dezintegratora. Nikt nie zareagował, tylko Aneta miała łzy w oczach, reszta obojętnie patrzyła na jego ciało wyrzucane z pojazdu.

Norbert wykorzystując nieuwagę złożył dwa palce na dłoni wciskając przycisk, powietrze gwałtownie się ociepliło i wiązka ognia musnęła plecy uciekiniera. Nim spostrzegł Frank oponent wskoczył na unoszący się nad nimi latający skuter. Nie miał innego wyjścia, znów przemanewrował urządzenie i oddał wiązkę prosto w bok pojazdu. Towarzysz z jednostki z trudem zdołał ruszyć, nie zważał na dym wydobywający się spod niego. Franki wykorzystując uszkodzenia podbiegł i złapał za uchwyt licząc, że strąci kierowcę. Maszyn wydała jednak stłumiony syk i z pełną mocą poleciała ciągnąc za sobą nieproszonego pasażera. Lecieli kilka metrów nad ziemią, Norbert co rusz próbował strącić nagi balast, lecz w niewyjaśniony sposób Frank zawsze unikał kontaktu z przeszkodami wyrastającymi z ziemi.

– Oszalałeś, ale się Tobą zajmę – krzyknął kierujący – za te wszystkie lata oszustw, kłamstw, skończysz marnie, w dupie mam przyszłość, ty i tak nie jesteś w stanie nic zmienić.

– To ty oszalałeś, zaraz się rozbijemy, a do tego nie wiem nawet o czym mówisz. Czemu chcieliście mnie tutaj porzucić?

Ledwie utrzymując się spoglądał kątem oka pod siebie, znów cała sytuacja wydawałaby się dość zabawna, gdyby nie szansa na rychła śmierć. Zaciekawieni ludzie podziwiali niecodzienny widok, wskazując co rusz palcami w stronę dziwacznego pojazdu i jeszcze bardziej zastanawiającego pasażera onieśmielającego ich swymi klejnotami. Frank mozolnie wspinał się, końcówkami palców chwytając za siedzenie. Gdy jego ramię znalazło się wystarczająco blisko Norberta złapał go za pas kombinezonu. Pilot poczuł obciążenie, lecz było już za późno, dodatkowy pasażer wdrapał się na pojazd i wsunął swe ramię prze szyję oponenta. Założone mocne duszenie, obezwładniło kolegę z jednostki, który zdołał jeszcze ostatkiem sił wcisnąć czerwony guzik przyśpieszenia. Uszkodzony, ledwie lecący skuter nie sprawował się zbyt dobrze i po wzmocnieniu mocy przeraźliwe zacharczał gwałtownie nabierając prędkości, by po chwili momentalnie się zatrzymać i skierować prosto ku ziemi. Przed makabryczną śmiercią, będąc wbitym w środek drogi uratował ich system bezpieczeństwa. Chwilę przed uderzeniem otworzyła się silikonowa sfera pochłaniająca nagromadzoną siłę i pozwalająca ludziom zatopić się w jej miękkiej strukturze, sam pojazd zaś odbił się od niej, przekoziołkowując kilka metrów poprzez pobliski chodni. Zatrzymał się dopiero na żywopłocie jednej z posesji, gdzie zaczął płonąć. Powietrze wypełnił ciemny dym, zasłaniający całą okolicę. W oddali rozbrzmiewały syreny i odgłosy ludzi zbierających się w panice.

Frank wygramolił się z ratunkowego tworzywa i nie czekając ani chwili omiatał wzrokiem okolicę w poszukiwaniu towarzysza z oddziału. Obawiał się, że ten zbiegł, znów używając kamuflażu z kombinezonu.

– Co z syf – burknął pod nosem.

– Co tutaj się dzieje – tym razem krzyknął – Ja pierdolę…

Na horyzoncie ujrzał różowy kształt, który przeszywając powietrze pędził w jego stronę. Po kształcie poznał pojazd Anety. Podbiegł do wraku, zakrywając twarz przed dymem szukał lasera by unieszkodliwić kolejne zagrożenie. Im pojazd był bliżej, tym jego myśli skupiały się mocniej na życiu w obecnej rzeczywistości. Przypominał sobie członków rodziny, żonę wiecznie zapracowaną i dzieci bawiące się gdzieś na poddaszu. Płonący skuter też budził stare uczucia, lecz nic tak konkretnego by móc odtworzyć z nimi związane wspomnienia. Aneta zeskoczyła z pojazdu widząc zamyślonego Franka wystającego z chmury dymu.

– Dlaczego chciałaś mnie tutaj zostawić? – dławiąc się oparami, krzyknął Frank.

– Frank nic nie rozumiesz – mówiła kobieta próbując osłonić się przed dymem – Tak musiało być, znaleźliśmy zapiski, wszytko się zgadzało. Zgodnie z informacjami z centrali byłeś tutaj i przynależysz do tych czasów.

– Że co? – odparł idąc w stronę Anety – jak to przynależę, przecież znasz mnie od 10 lat, nie urodziłem się na Ziemi, przecież tutaj mamy XXI wiek.

– Tak, ale Frank mamy raporty, nie podano tego do publicznej wiadomości, ale dzisiejsze wydarzenia zostały zarejestrowane przez władzę i podlegały klauzuli tajności. Twoja obecności i pozostanie w tej rzeczywistości nieodwracalnie odmieniły losy świata. Latami badano skąd pochodził ten człowiek, lecz dopiero od kilku miesięcy jesteśmy pewni, że to Ty.

– Jaki człowiek?

– Kazimierz Wester – odparła łapiąc w ramiona ledwie przytomnego Franka.

Dym wypełniał jego płuca, zaś myśli wędrowały w kierunku szaleństwa. Kazimierz Wester był nie byle kim, to prawdziwy prekursor badania czasu i nowoczesnej teorii fizyki. Mężczyzna, który stał za niezwykle radykalnymi teoriami. Naukowcy latami sprzeczali się o jego dziedzictwo, jak to możliwe, że pojedyncza osoba mogła znikąd pojawić się z tak spójnymi poglądami na strukturę czasu. Franka paraliżowała jednak inna prawda, ten samorodny geniusz stanowił wielką tajemnicę, lecz jedna kwestia nie ulegała niewątpliwości. Kilka miesięcy przed pierwszy kontaktem z Tomaszem Więckowskim, studentem, który w późniejszych latach zajął się popularyzowaniem tych szokujących odkryć nauki, Wester został osadzony w zakładzie psychiatrycznym za podpalenie domu, w którym mieszkała jego rodzina. Frank wyczuwał przerażające wspomnienia, to dym przypominał mu o zbrodni, lecz nie mógł ich zabić, nie było go wtedy w tamtym domu, przecież on nigdy nie spotkał swojej żony, ani dzieci.

Aneta spoglądała na bezradnego przyjaciela, ciało pozbawione woli i siły by dalej walczyć. Przyłożyła dezintegrator do jego skroni, musiała dokończyć zadanie. Po chwili za jej plecami zdematerializował się Norbert. Miał uszkodzony kombinezon, pokryty dziurami ujawniającymi liczne rany na ciele. Ciągnąc prawą nogę przyczłapał do Franka.

– Oddaj mi dezintegrator – krzyknął do Anety.

– Co chcesz zrobić, kończę zadanie.

– Zmiana planów, wiem o Was.

– Norbert o czym Ty mówisz?

– Mieliście romans, dowiedziałem się.

– To nie było tak…

Kobieta nie zdążyła dokończyć, dłoń Norberta zacisnęła się na jej szyi, a druga ręką wyrwała broń.

– Nie łżyj, pieprzyłaś się z nim i pewnie z wieloma innymi.

– Nie, Norbert, nie rozumiesz, to tajne – wyjęknęła dusząc się.

Mężczyzna stracił panowanie nad sobą, miał dość znoszenia upokorzeń, pragną wycisnąć z niej życie. Tracąc rozsądek nie zwrócił uwagi na wstającego Franka. Pierwszy cios zachwiał go, a kolejne uderzenia rozlewają ce się po ciele wytrąciły z równowagi. Puścił Anetę, samemu wywracając się na plecy. Uciekinier rzucił się w stronę ofiary, by dokończyć dzieła, lecz szarżę przerwał wystrzał z dezintegratora. Wiązka lasera przeszyła klatkę piersiowa, zostawiając za sobą dymiącą dziurę. Strzelec oszołomiony spoglądał na ranę, nie dostrzegł krwi, ani rozszarpanych tkanek, spod grubej warstwy ciałopodobnej powłoki wystawały nadpalone, metalicznoorganiczne przyrządy, spalone kable idealnie imitujące naczynia krwionośne.

– On jest cyborgiem? – krzyknął rozpaczliwie spoglądając na towarzyszkę.

Frank zatrzymał się, spoglądał równie przerażony na swoje ciało. Uszkodzenia na jego korpusie samoczynnie się leczyły, przerwana skóra sklejała. Po chwili nie było śladu po obrażeniach, jedynie powierzchowna rana. 

– Frank, posłuchaj, zaraz zakończymy te szaleństwo – mówiła kobieta – taka jest Twoja misja, do tego zostałeś stworzony. Nie ma innego wyjścia, nie stawiaj oporu, przeszedłeś liczne testy i próby i jesteś idealną jednostką do tego zdania.

Frank niewiele pamiętał, w myślach majaczyły mu urywki statków kosmicznych, walk na przeróżnych planetach, lecz większości jego wspomnień stanowiły proste zdarzenia. Nauka w szkole, rodzice, żona, dzieci i olbrzymi pożar. Spoglądał na ludzi w dziwacznych strojach z przerażeniem. Przed chwilą wypalili mu dziurę, a teraz coś krzyczeli, nie był w stanie ich zrozumieć, musieli być szaleńcami.

– Po licznych dochodzeniach i wędrówkach w przeszłość, okazało się, że Kazimierz Wester nie istnieje i nigdy nie nadejdzie – kontynuowała nieznajoma dziewczyna – musieli jakoś zaradzić tej wadzie czasu. Inaczej mogłoby dojść do katastrofy. Rada Najwyższa postanowiła stworzyć jednostkę, która wyposażona w prace Westera stanie się jego substytutem. Frank to Ty, przepraszam za to co robiłam, za te halucynacje, dkutki uboczne, ale muszę wyczyścić Ci resztkę wspomnień.

Cybrog się nie poruszył, stał obojętnie wpatrując się w nieznajomych. Mężczyzna w dziwnym stroju wycelował w niego tajemniczy przedmiot.

 

Ocknął się w szpitalu, leżał w białej sali, przykuty do łóżka. Ciało Kazimierza pokrywały liczne oparzenia, nie pamiętał wiele, lecz świadomy swej słabości do płomieni nie czuł zdziwienia. Pewnie znów coś spalił, kolejny raz stracił kontrolę, wyszło jak zwykle. Jedyną nadzieją było poskładanie swej wiedzy do kupy i zapobiegnięcie tym wszystkim tragediom, ale do tego potrzebował wspólnika, kogoś kto mu uwierzy. Do tego czasu pozostało mu jedynie oglądanie, starego, pięknego dębu. 

Koniec

Komentarze

Okej, generalnie dlaczego tylko trójka, dlaczego tak nisko i o co chodzi…

 

… Dokładnie to pytanie zadałem sobie po skończeniu tekstu. Rozumiem, że to opowiadanie, że fabuła jest siłą rzeczy ograniczona przez liczbę znaków, niemniej na koniec zostawiłeś mnie z poczuciem “WTF”. Końcówka wyglądała dla mnie na wymuszoną – Norbert odgrywa scenę a la Anakin i Padme w “Zemście Sithów”, tyle że Norbert nie jest Jedi i może dusić dziewczę od tyłu. Główny bohater okazuje się cyborgiem – tutaj przypomniał mi się “Terminator: Apokalipsa”. W ogóle cały wątek jest zrobiony nieco na chybcika, chociaż przyznam się szczerze, że nie wyłapałem jakichś większych luk. Jeszcze w tle gdzieś tam mówisz o wojnie galaktycznej, o jakimś systemie Ferix w głowie… Rozumiem, że zarysowujesz w ten sposób punkt dla jakieś szerszego tła – tła, którego jednak w opowiadaniu nie ma. Co przez to rozumiem? Momentami czułem się zagubiony. Nie dlatego, że nie rozumiałem o co chodzi, ale zabrakło tego, żebyś to w miarę przejrzyście wyłożył albo chociaż zgrabniej wplótł w fabułę, chociaż tutaj akurat odzywa się pewnie moje czepialstwo. 

Dialogi mają różny poziom. Jeżeli akurat nie błyszczą, to przynajmniej trzymając pewien poziom, poniżej którego raczej nie schodzisz, więc tutaj duży plus. Trochę mi ich brakowało na początku, uderzyłeś w czytelnika blokiem teksu, ale tego się nie czepiam, bo i nie wiem jakby to wyglądało w szerszym formacie, tj. czy na papierze a4 nie byłby ten blok po prostu mniejszy. Tak czy inaczej: dialogi raczej na plus, ale musisz uważać, bo momentami ocierały się o niższy poziom.

Postaci są wiarygodne, może i bym je nawet polubił, gdyby nie były tak przeciętnie opisane pod względem technicznym. I zastanawiam się, czy to właśnie nie w warsztacie leży pies pogrzebany. Zobacz sam: 

Coś uderzało o okno. Pomieszczenie wypełniał dźwięk przypominający ptaka trzepoczącego w pułapce. Otworzył oko, żaluzje rytmicznie zgrzytały powiewając w przeciągu. Głowę wypełnił przeszywający ból.

 

Nie masz wrażenia, że coś już we wstępie jest nie tak? Porównania może i trafne, ale zdania wydają się cokolwiek toporne.

 

Dobra, krótkie podsumowanie:

 

Na plus:

– Dialogi mają momenty

– Fabularnie trzyma się w sensownej całości (choć przeciętnie napisanej)

– Postaci są wiarygodne

 

Do poprawy:

– Budowa zdań

– Generalnie techniczne szczegóły, które jako całość kłują w oczy.

 

Nie uważam, żebym zmarnował swój czas, ale uważam, że jeszcze trochę pracy Cię czeka. Trzymam kciuki ;)

  •  

 

Przykro mi, Urikanie, bo choć dodałeś opowiadanie w dzień mojego dyżuru, Znajomego miejsca, jako że to bizarro, nie przeczytam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Bohater nie wie, co się dzieje, ja też nie. Tylko mnie nikt nie usuwał wspomnień. Mam wrażenie, że tekst jest bardzo chaotyczny, że nie przekazałeś czytelnikowi wszystkich danych, które tkwiły Ci w głowie.

Do tego warsztat wymagający szlifowania. Masz pełno literówek, interpunkcja kuleje (wołacze, Urikanie, oddzielamy przecinkami od reszty zdania), podmioty się gubią, powtórzenia…

Pomieszczenie wypełniał dźwięk przypominający ptaka trzepoczącego w pułapce. Otworzył oko,

Dźwięk otworzył oko? Pierwszy zgubiony podmiot. Potem jeszcze było ich wiele.

Spróbował obrócić się na bok, lecz wenflon zakuł w ramieniu

Ale w kajdany? Sprawdź w słowniku, co znaczy “zakuć”.

Nie znając miejsca położenia, ani dokładnej topografii miasta tylko oddział miał szansę wyciągnąć go z tego bajzlu.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo okazuje się, że oddział nie znał topografii.

Babska logika rządzi!

Wybacz, Autorze, mimo dyżuru bizarro czytać nie będę.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Pomysł jakiś był, chyba nawet całkiem ciekawy, niestety zaginął w gąszczu najróżniejszych słabości. Akcja poprowadzona bez polotu, wszystko było tu pobieżne, chaotyczne, nieskładne… Szkoda, bo opisując spotkania Franka z Anetą i Norbertem, wydawało się, iż miałeś, Autorze, niezły zamysł.

Bizarro, to poza sceną z włosem z nosa, ja tu za bardzo nie widziałem. To całe bieganie nago znamionowało raczej absurd, swoją drogą, niekoniecznie potrzebny. A może nawet – niepotrzebny.

No i te długie bloki tekstu – gdybyś rozbił to na więcej akapitów czytałoby się sprawniej, zaś akcja sprawiałaby przynajmniej pozór bardziej wartkiej.

 

Tyle ode mnie, na koniec kilka uwag (na które i tak, najpewniej, nie zwrócisz uwagi…):

Spróbował obrócić się na bok, lecz wenflon zakuł w ramieniu zniechęcając do ruchu.

To był chyba wenflon wielkości pałeczki perkusyjnej… A poza tym – zakuwać to można do egzaminu…

W pobliżu nie widział rzeki, nie wiedział, czy zgubił pościg, co gorsze nie miał kontaktu zresztą swojego oddziału.

“z resztą”

Kojarzył z skądś tego człowieka,

“skądś” wystarczy…

Pracował dwóch miejscach, na dodatek na Ziemi w XXI wieku miał rodzinę,

“w dwóch miejscach”. 

Tak musiało być, znaleźliśmy zapiski, wszytko się zgadzało.

Literówka

– Że co? – odparł idąc w stronę Anety – jak to przynależę, przecież znasz mnie od 10 lat, nie urodziłem się na Ziemi, przecież tutaj mamy XXI wiek.

Liczebniki słownie, przynajmniej w dialogach.

lecz jedna kwestia nie ulegała niewątpliwości.

“wątpliwości” ;P

Frank to Ty, przepraszam za to co robiłam, za te halucynacje, dkutki uboczne, ale muszę wyczyścić Ci resztkę wspomnień.

Literówka.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Wybacz, Autorze, mimo dyżuru bizarro czytać nie będę.

Ale za to dodam komentarz, co by mi się w grafiku miejsce zapełniło? : )

Co złego jest w tym, że dyżurny informuje Autora, dlaczego nie przeczyta jego opowiadania?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wolałbym nie dyskutować na ten temat pod czyimś opowiadaniem, a i nie wydaje mi się to jakimś poważnym problemem w tym momencie, ale odpowiem – wydaje mi się, że w sytuacji, w której grafik dyżurnych zlicza komentarze pod opowiadaniami i w ten sposób podsumowuje ich aktywność niewskazane jest, by dyżurny bez przeczytania opowiadania komentował tekst. Równie dobrze ktoś, kto nie miał w danym miesiącu czasu i wyrobił faktycznie 2/10 normy, mógłby przejść się pod każdy tekst i napisać “Wybacz, Autorze, ale świąteczne przygotowania tak mnie wciągnęły, że pomimo dyżuru nie mogłem przeczytać Twojego tekstu” i w ten sposób zrobiłby sobie 10/10, a grafik stałby się bezużyteczny. Mieliśmy zresztą niegdyś członka Loży, który pod każdym anonimowym tekstem pisał “anonimowych tekstów nie czytam”, więc może jestem nieco przeczulony.

Wdaje mi się, że jeżeli ktoś nie czyta horrorów, ciężkiego sf, czy bizarro, może je po prostu pomijać.

Nie skomentowałam nieprzeczytanego tekstu. Nie zaznaczyłam, że przeczytałam opowiadanie. Nie mam wpływu na to, jak funkcjonuje grafik.

Poza tym chyba nie można mi zarzucić, że postem z informacją dla Autora usiłuję łatać dziury, bo nie wyrabiam normy.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziewczyny, w tym akurat tekście bizarro praktycznie nie ma (chyba że chaos się liczy ;-) ). Myślę, że możecie zaryzykować i przeczytać.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za uwagi i bardzo mnie cieszy, że ktokolwiek czyta moje teksty. Faktycznie mają one wiele mankamentów, lecz w tej dziedzinie najważniejszy jest trening. Liczę, że z czasem się poprawię, sam dostrzegam progres. Bardzo dziękuję za pomoc, gdyż bez krytycznych uwag nie dostrzegałbym wad.

Przeczytałam za namową Finkli. Niestety, niewiele pojęłam. Opowiadanie jest napisane w sposób szalenie utrudniający śledzenie wyjątkowo bezładnej akcji. Ponieważ trudno skupić się na czymkolwiek, postanowiłam zająć się usterkami, jako że i wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.

Zastanawiam się, Urikanie, dlaczego oznaczyłeś opowiadanie jako bizarro.

 

dźwięk przy­po­mi­na­ją­cy ptaka trze­po­czą­ce­go w pu­łap­ce. – Raczej: …dźwięk przy­po­mi­na­ją­cy ptaka trze­po­czą­ce­go się w pu­łap­ce.

 

Ciało opi­nał tylko kitel, po­ślad­ki ocie­ra­ły się o nie­wy­god­ne prze­ście­ra­dło. – Czy leżący na pewno był ubrany w kitel?

 

ca­łość do­peł­nia­ły pa­ste­lo­we farby. –Podejrzewam, że nie było tam farb, a: …ca­łości do­peł­nia­ły pa­ste­lo­we ściany.

 

Okno wy­glą­da­ło wprost na stary dąb… – Ze zdania wynika, że okno, jako żywo, przypominało stary dąb. Można wyglądać oknem, ale okno nie wygląda.

Proponuję: Okno wychodziło wprost na stary dąb

 

Ni­czym dzi­kie zwie­rze wy­biegł im na­prze­ciw. – Literówka.

 

tym ła­twiej bę­dzie wró­cić”. Nie zwra­cał uwagi na mi­ja­ne osoby… – Nie brzmi to najlepiej.

 

W za­nie­dba­nych trzci­nach mógł­by spo­koj­nie we­zwać pomoc. – Czy bywają też trzciny zadbane?

 

Po­sta­no­wił upo­rząd­ko­wać swoje myśli. – Zbędny zaimek. Czy porządkowałby cudze myśli?

 

gra­jek w bia­łym ob­ci­słym stro­ju po­dob­nym do Elvi­sa… – Co to znaczy, że strój był podobny do Elvisa?

 

– Frank tak cza­sem jest, przyj­dę po Cie­bie… – – Frank tak cza­sem jest, przyj­dę po cie­bie

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

– Nor­bert! Co się dzie­je?!- krzyk­nął Frank – Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza. Brak kropki na końcu zdania.

 

co chwi­lę po­pra­wia­jąc dłu­gie, blond, krę­co­ne loki. – Masło maślane. Loki są kręcone z definicji.

 

ode­zwa­ła się de­li­kat­nym, bar­dzo cień­kim gło­sem… – …bar­dzo cienkim gło­sem

 

Po­mi­mo mło­de­go wieku po­sia­da­ła do­sko­na­łą wie­dzę na temat XX i XXI wieku… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Bra­łeś leki, słu­cha­łeś się za­le­ceń le­ka­rzy.Bra­łeś leki, słu­cha­łeś za­le­ceń le­ka­rzy.

 

coraz mniej czuł się Fran­kiem,a coraz… – Brak spacji po przecinku.

 

Tam skąd wy­da­wało mu się, że po­cho­dzi prze­wa­ża­ła po­ma­rańcz… – Jeśli masz na myśli kolor, to przeważał pomarańcz, a jeśli owoce, przeważała pomarańcza.

 

W tej całym la­bi­ryn­cie fak­tów… – W tym całym la­bi­ryn­cie fak­tów

 

Uśmiech z jego ust ustą­pił, gdy przy samym rogu, pół metra od bramy jego oczy… – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

jego oczy ze­tknę­ły się spoj­rze­niem czte­ro­let­niej dziew­czyn­ki. – …jego oczy ze­tknę­ły się ze spoj­rze­niem czte­ro­let­niej dziew­czyn­ki.

 

Spo­glą­dał na roz­ło­ży­sty szpa­ler drzew widok za­pie­ra­jąc dech… – Pewnie miało być: Spo­glą­dał na szpaler roz­ło­ży­stych drzew, widok za­pie­ra­jący dech

 

Błę­kit i zie­leń uchwy­co­na w fil­mach przy­rod­ni­czych wy­peł­nia­ła jego wy­obraź­nie prze­są­cza­jąc się do snów.Błę­kit i zie­leń uchwy­co­ne w fil­mach przy­rod­ni­czych, wy­peł­nia­ły jego wy­obraź­nię, prze­są­cza­jąc się do snów.

 

wtem zma­te­ria­li­zo­wał się przed nim atle­tycz­na syl­wet­ka… – Literówka.

 

wy­ko­rzy­stu­jąc swoją ponad prze­cięt­ną zwin­ność… – …wy­ko­rzy­stu­jąc swoją ponadprze­cięt­ną zwin­ność

 

od­bi­jał swoje dło­nie od zie­mie wy­ko­ny­wał dzi­wacz­ne susy uchy­la­ją­ce się od strza­łów. – …od­bi­jał dło­nie od zie­mi, wy­ko­ny­wał dzi­wacz­ne susy, uchy­la­ją­c się od strza­łów.

 

wdra­pał się na po­jazd i wsu­nął swe ramię prze szyję opo­nen­ta. – Literówka.

Zrobił mu dziurę w szyi?

 

i po wzmoc­nie­niu mocy przeraźliwie zacharczał… – Nie brzmi to najlepiej.

 

będąc wbi­tym w śro­dek drogi ura­to­wał ich sys­tem bez­pie­czeń­stwa. – Dlaczego system bezpieczeństwa był wbity w środek drogi?

 

prze­ko­zioł­ko­wu­jąc kilka me­trów po­przez po­bli­ski chod­ni. – Literowka.

 

prze­cież znasz mnie od 10 lat… – …prze­cież znasz mnie od dziesięciu lat

 

Po chwi­li za jej ple­ca­mi zde­ma­te­ria­li­zo­wał się Nor­bert. Miał uszko­dzo­ny kom­bi­ne­zon… – Pewnie miało być: Po chwi­li za jej ple­ca­mi z­ma­te­ria­li­zo­wał się Nor­bert.

 

dłoń Nor­ber­ta za­ci­snę­ła się na jej szyi, a druga ręką wy­rwa­ła broń. – Literówka.

 

miał dość zno­sze­nia upo­ko­rzeń, pragną wycisnąć z niej życie. – …pragnął wycisnąć z niej życie.

 

Pierw­szy cios za­chwiał go… – Pierw­szy cios za­chwiał nim

 

ko­lej­ne ude­rze­nia roz­le­wa­ją ce się po ciele… – Zbędna spacja.

 

spo­glą­da­jąc na to­wa­rzysz­kę.Frank… – Brak spacji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka