- Opowiadanie: c21h23no5.enazet - Matki światów

Matki światów

Opowiadanie jest zwartą całością, aczkolwiek skorzystam jeszcze z tego uniwersum, jeżeli tekst się spodoba. Chciałabym napisać o szkole chłopców.

Podziękowania dla bet. Jeśli pozostały jakieś potknięcia, będę wdzięczna za ich wskazanie.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Matki światów

Mrok niewielkiego, zakurzonego gabinetu rozświetlał jedynie niebieski ognik, błądzący pod niskim sklepieniem. Pozwalał doskonale wejrzeć w pulsujące głodem dusze uczniów. Mistrzyni założyła ciężkie okulary w złotej oprawie, objęła dłońmi filiżankę gorącego naparu i zmierzyła młodą adeptkę uważnym spojrzeniem. Zlustrowała jej kwitnącego ducha i czyste pielesze serca.

– Coś ci doskwiera, dziecko? – spytała łagodnie.

– Nie śnię, szanowna Hermenegildo. Nocą zanurzam się w ciemność i pustkę. Ona wysysa ze mnie moc i nie daje odpoczynku.

Kobieta westchnęła i przyłożyła do ust naczynie. Ostrożnie odmierzyła łyk gorzko-kwaśnego płynu. Nieprzestrzeganie proporcji mogło zabić. Bladolica, jasnowłosa dziewczyna wpatrywała się w nią wielkimi, błyszczącymi oczami. Hermenegilda miała wrażenie, że niezliczony raz patrzy w dwie studnie pełne nieszczęścia. Gdyby nie śmiercionośne wywary, pichcone z miłością przez Mistrza, Mistrzyni czułaby znużenie. Nawet pracując z tak niezwykłą adeptką, jak siedząca przed nią uczennica.

– Czy przeczytałaś uważnie umowę, gdy wybierałaś naszą profesję? – spytała cierpliwie Hermenegilda. Język palił ją przyjemnie, gardło pulsowało bólem.

– Oczywiście.

– A w sposób przestępny, na skos i od tyłu?

– Tak…

– A przez wypatroszoną żabę?

Oczy uczennicy zrobiły się jeszcze większe i nieszczęśliwsze.

– Żartowałam – uspokoiła ją Hermenegilda – ale jest tam zapis, który pojawia się tylko w dormitorium. Tam pewnie nie chciało ci się już czytać.

– Och… Sprawdzałam w każdym pomieszczeniu, ale jak doszłam do sypialni… Byłam taka zmęczona…

– Rozumiem. To się zdarza. Gdybyś zerknęła na umowę w łóżku, zobaczyłabyś na pierwszej stronie prawidło głoszące, że wiedźmy śnią tylko raz w roku.

Dziewczyna otworzyła usta i potoczyła błędnym wzrokiem po pomieszczeniu. Z sufitu spłynął ku niej lękniotek, srebrzysty pająk żywiący się strachem, i zastygł na szczuplutkim ramieniu.

– Więc ta pustka… Skazałam się na nią? Nic nie da się zrobić?

– Nicość jest po to, żeby ją zapełnić, dziecko – odrzekła Mistrzyni i znaczenie owych słów wniosło chłód do jej duszy. – My pozwalamy się jej ssać, przytulamy ją do piersi niczym matka dziecko. Każda z nas jest rodzicielką nowego świata. Kiedy przybyłaś tu, by uchronić się od jarzma ról społecznych, wypchania brzucha bękartami spasionych wieprzy i zniszczenia wszelkich marzeń, nie sądziłaś, że powołamy cię do znacznie bardziej wymagającego rodzicielstwa. Prawda? O tym nigdy nie mówimy poza murami szkoły. O macierzyństwie milczą wszelkie nasze księgi.

Dziewczyna trwała przez chwilę w niemym zdumieniu. W końcu zapytała:

– Wiedźma to matka światów?

– A po cóż bezskuteczne próbować naprawiać lub dopasować się do cudzej domeny, gdy można wytworzyć własną? Zdaje ci się, że twój świat zrodziło jakieś zgorzkniałe, czarcie padalstwo. Różne są szkoły magii, a umysły bywają zepsute. A może jeszcze nie rozumiesz sensu natury świata, z którego wychodzisz? Nic nie zmienia faktu, że dzięki nam pustka już się tobą karmi i wytworzy świat, który będzie lustrzanym odbiciem ciebie samej. Kochasz się czy nienawidzisz?

– Nie znam się – szepnęła dziewczyna. Mistrzyni kiwnęła głową, znów zatapiając język w rozkosznym ogniu.

– Dlatego twoja czerń nie nabiera barw. Ale czasem po prostu musimy nauczyć się czegoś od innych. Znaleźć opiekuna. Pokażę ci, jak ja siebie poznałam. – Mistrzyni sięgnęła pod zagracony, niski stolik i wyciągnęła stamtąd srebrzystą kulę. – Weź to do łóżka, przytul do piersi i zaśnij. Tym razem nie pochłonie cię pustka. Zobaczysz moje wspomnienia. Ucz się, dziecko, bo jeśli w ciągu najbliższych dwóch tygodni nie zaczniesz poznawać siebie, uznamy twoją umysłową ciążę za zagrożoną i umieścimy ją w inkubatorze snów.

– Inkubator snów…? – wyjąkała adeptka.

Mistrzyni odłożyła filiżankę na stolik, poprawiła okulary i wychyliła się do uczennicy, wręczając jej kulę.

– Jak masz na imię?

– Zuzanna.

– Mogę mówić Zuza?

– Oczywiście, Mistrzyni.

– Droga Zuzo, umowa wyraźnie mówiła, co się stanie, jeśli zawiedziesz. „Niczego się nie nauczysz.” W praktyce oznacza to, że odbierzemy ci twój świat i pustka pochłaniać będzie cię w nocy oraz za dnia. Wyczerpie z ciebie wszelkie siły, by sprostać naszej wizji świata. Umrzesz dla dziecka.

Z oczu dziewczyny zniknęła głębia pełna zmęczenia i rozpaczy. Pojawił się upór. Mistrzyni uśmiechnęła się kokieteryjnie. Zuzanna przygryzła wargę.

 

*

 

Dormitorium wypełniały miękkie, bordowe tkaniny: niewielkie okna przesłonięte były ciężkimi kotarami, lekkie, zwiewne woale zwisały z baldachimów wokół łóżek, aksamitna pościel otulała adeptki do snu. Zuza zwinęła się w kłębek pod kołdrą i uważnie obejrzała świetlistą kulę. Nie dostrzegła w niej żadnych kształtów, przedmiot był doskonale przezroczysty, a blask zdawał się wydobywać z jego powierzchni.

Dziewczyna nie czuła się przyszłą matką, niezależnie od tego, jaką formę miałoby mieć dziecko. Groźba Mistrzyni zrobiła na niej dużo mniejsze wrażenie niż ten niespodziewany gest uprzywilejowania – otrzymanie od przełożonej wiedzy i niezwykłego, osobistego przedmiotu. Pozostałe pierwszoroczne nie zwracały uwagi na jałowość braku snów; wiele z nich rzadko dotąd sny pamiętała. Ale Zuzanna nauczyła się zapamiętywać wszystkie nocne mary, a nawet nad nimi panować. To tam uciekała od bezlitosnych rozkazów ojca, obojętności matki, zachłannych łap chłopów, brudnej kuchni i batów za nakrycie na czytaniu kradzionych ksiąg. Sny w końcu wyzwoliły, bo w jednym z nich ukazała się wyklęta z rodziny ciotka i nakazała ucieczkę ku Wiedźmowym Wzgórzom. Zuza wahała się jeszcze przez kilka dni, ale pewnego wieczoru ojciec oznajmił, że na jesieni wyda ją za owdowiałego brata sołtysa Frynasa.

Stary myśliwy był tak otyły, że nie ruszał się z domu w innym celu niż biesiadnym, a i to tylko jeśli posługiwały mu młodziutkie niewiasty bez bielizny. Zatapiał tłuste paluchy w ich wnętrzach, a potem pożerał dziczyznę takimi usmarowanymi dziewiczymi sokami dłońmi i oblizywał je zapamiętale, co zawsze przyprawiało Zuzannę o mdłości. Ojciec nigdy nie posłał jej do usługiwania jakiemukolwiek mężczyźnie, robiła to wyłącznie względem dam. Apetyt ich mężów był znacznie większy wobec niedostępnego. Tatko Zuzy doczekał się wreszcie upragnionej śmierci żony młodszego z Frynasów i pożytku z córki. A dziewczyna zyskała pewność, że chce wziąć los we własne ręce.

Przycisnęła do piersi chłodny podarunek, przypominając sobie wielotygodniową podróż i błądzenie wśród gór. Wilki oraz niedźwiedzie zdawały jej się mniejszym zagrożeniem niż głodne oczy mężczyzn i milczenie pomarszczonej, zgarbionej matki. Rodzicielka zdawała się dziewczynie jedynie pustą skorupą, wyzutą ze snów i marzeń. Zuza nie chciała tak skończyć.

Uciekinierka spała na drzewach, zastawiała sidła na zające, zbierała zioła i owoce – radzenie sobie w lesie to jedyna przydatna nauka, jaką otrzymała od rozczarowanego brakiem męskiego potomka ojca. Paskudnie rozharatała nogę, uciekając przed lochą; kiedy rana zaropiała i Zuza ledwo mogła chodzić, natknęła się na długo poszukiwany trakt do szkoły wiedźm.

Na nieszczęście wpadła prosto na książęcy patrol, który próbował wyłapywać wymykające się na wzgórza ochotniczki. Rycerze zwyzywali ją, związali, obmacując przy tym, i wsadzili na konia.

Wtedy pojawił się Mistrz.

Zuzanna rozpoznała go bez trudu, nasłuchawszy się od sąsiadek niezliczonych legend. Mężczyzna nie wyglądał jak mag, a młody wojownik zakuty w czarną zbroję i dzierżący potężny miecz z czerwonej stali. Twarz miał gładką, lecz posępną, czoło wysokie, spiczastą brodę i wydatne kości policzkowe. Wąskie oczy bez zainteresowania omiotły oddział i zatrzymały się na dziewczynie. Mistrz wydął z niezadowoleniem usta. Wskazał ostrzem na Zuzę.

– Wybrała mnie. Tyle razy mówiono księciu, by nie deptał losu tych, których jestem wybrankiem.

– Ona nie ma wyboru, magu – stwierdził rycerz z bażancim piórem przytwierdzonym do hełmu. – To wiejska dziewka, jej prawem jest słuchać ojca i rodzić naszemu panu poddanych. Widać, że twarda, nawykła do roboty, a nie kumoterstwa z czartem. Książę oddaje wam rozpuszczone, dworskie panienki. Czemuż wciąż sięgacie po nie swoje?

– Moje jest to, co sięga ku wolności – odparł ze znużeniem Mistrz. – Dawaj ją, chłopcze, albo pożałujesz. Na postoju nabijecie sobie parę guzów i powiecie, żeście dzielnie walczyli ze strasznym magiem z gór, ale was poszczuł demonem. Krucyfiksy połamał.

Spoczywające na napierśnikach ciężkie, srebrne krzyże rycerzy popękały i spadły pod końskie kopyta. Wojak zazgrzytał zębami, ale nakazał rozwiązać Zuzannę. Podjechał bliżej Mistrza, dbając jednak, by pozostać poza zasięgiem miecza.

– Wiejskie dziewki nie od myślenia są. Zawiedzie cię ona, magu. Obaj stratni będziecie z księciem.

– Pozostań w zdrowiu, rycerzu, i bacz na córkę, czy przypadkiem niemyślenia jej nie uczysz.

Mężczyzna w gniewie spiął konia i ruszył przed siebie wraz z oddziałem, mijając wpatrzoną w Mistrza Zuzę. Mag schował miecz do pochwy, podszedł do dziewczyny i przyjrzał się jej nodze.

– Naprawić to? Mamy kawałek do przejścia.

– Bardzo proszę…

Ból w kończynie zniknął, pojawił się za to w ustach, ostry, przenikliwy, rozdzierający. Zuzanna krzyknęła i wypluła na dłoń zakrwawiony ząb. Podniosła oczy na Mistrza, który spoglądał na nią wyczekująco i z lekkim znużeniem. Nie chciała zawieść swojego wybawiciela, więc zepchnęła na bok urazę, przyjrzała się nodze, na której nie było śladu po rozcięciu i przez chwilę rozmyślała w napięciu.

– Coś za coś – stwierdziła. Wybawiciel bez słowa wskazał jej kierunek wędrówki i ruszyli zaniedbanym traktem ku skrytemu we mgle szczytowi wzgórza. Zuza nie wiedziała, czy powinna rozmawiać z magiem, zresztą, darzyła mężczyzn nieufnością. Wiedziała, że są dobrzy mężowie, jak ojciec Sabinki Posłowieckiej, który pozwolił córce udać się do miasta na nauki i zaakceptował poznanego tam panicza. Zuza czasem dostawała słodkie bułki w piekarni Posłowieckich i musiała jeść je wszystkie błyskawicznie za ich domem, żeby nikt nie przyuważył i nie doniósł tatkowi. Nie spotkała zbyt wielu mężczyzn podobnych do dobrotliwego piekarza. Mistrz, choć łaskawy dla niej, mógł uważać ją tylko za towar. Postanowiła jednak skomentować zdarzenie, w którym przed chwilą uczestniczyła, gdyż jedna rzecz nie dawała jej spokoju.

– Dlaczego Mistrz przestrzegł tego rycerza, by nie uczył córki bezmyślności?

– Nie opuszczałaś nigdy wsi, zgadza się? Nikt nie opuszczał. A jeśli jednak uciekł, nie miał powrotu.

Zuzanna pokiwała lekko głową; szczęka pulsowała rwącym bólem. Mag podał jej piersiówkę ze słodkim, aromatycznym alkoholem, zupełnie odmiennym od bimbru ojca. Ziołowy trunek natychmiast złagodził cierpienie.

– U was wiedźmią profesję uważa się za hańbę – kontynuował Mistrz. – Babki karmią dziatwę opowieściami o staruchach kanibalkach, szpetnych i zgorzkniałych, spaktowanych z diabłem. Głowy twojego kraju prowadzą starą jak świat politykę: motłoch ma być głupi, zdjęty strachem, zajęty płodzeniem robotników i pędzeniem gorzały, co tydzień na klęczkach zwierzający się klechom ze śmiesznych przewinień. Złapana za pysk i zapędzona w ciemnicę masa zapewnia spokój, dobrobyt, przyrost naturalny, panowanie spryciarzom. Wiedźmy wam czasem pomagają, jeśli tylko mogą, podsyłają leki, wykonują zabiegi, rozwiązują konflikty. Wchodzą między was w postaci znanej powszechnym wyobrażeniom lub też jako piękne damy, przez nikogo niedemaskowane. Natomiast w wyższych warstwach społecznych czarownice otaczane są najwyższą czcią. Możni tego świata pchają do nas córki, przedstawiciele średniej kasty wychodzą ze skóry, by podwyższyć atrakcyjność swoich pociech. Mamy adeptek na pęczki.

– Ale przyszedł Mistrz po mnie – zauważyła nieśmiało Zuzanna. Z mlecznej mgły wyłoniła się brama, a udeptana końskimi kopytami droga zmieniła się w wybrukowaną równymi kamieniami alejkę. Po bokach majaczyły sylwetki pochylonych wierzb. – Przyszedł Mistrz po zwykłą wieśniaczkę.

– My nie zwracamy uwagi na podziały. Dawno temu przekonaliśmy się, że przynosi to wielką jakość wiedzy, moralności i komfortu życia absolwentów. Gdy pozwalamy istotom zdolnym do myślenia rozwijać się swobodnie i decydować, selekcji dokonuje natura. – Doszli do rozwidlenia i przewodnik wskazał na prawo, na niski budynek, z którego okien sączyło się ciepłe światło. W drzwiach stała wysoka dziewczyna o kasztanowych włosach, obserwując Mistrza i nowoprzybyłą. – Idź do stołówki. Najedz się, a potem ktoś zaprowadzi cię do dormitorium.

Mężczyzna odbił w lewo. Zuzanna krzyknęła jeszcze za nim, złakniona nowej wiedzy:

– Mistrzu! Czyli to natura jest sprawiedliwa, a nie ludzkie podziały?

– Sprawiedliwość to złudzenie! Natura go nie zna! Silne radzi sobie w świecie, a naturze jedynie na silnym zależy. Słabszym zawsze możemy się zaopiekować, pozwolić nabrać sił. Można wyjść na drogę po zwykłą wieśniaczkę. Z naturą nie ma co walczyć, można za to stać się jej udoskonaleniem, moja droga!

I zostawił ją zdjętą strachem, radością, ulgą, zaskoczeniem, z pustą piersiówką w ręce, z której trunek orzeźwił zamiast ogłupić.

Teraz, leżąc w łóżku, wyciągnęła naczynie spod poduszki. Objęła je jednym ramieniem, a drugim kulę i wkrótce zasnęła.

Obrazy przyszły szybko, napłynęły jakby z daleka i początkowo były rozmazane, niepojęte. Zuza męczyła się, by coś dostrzec, szukała wyraźniejszych kształtów, słuchała zniekształconych dźwięków i próbowała je zidentyfikować. W pewnej chwili poczuła, jakby dopasowała się wreszcie do odpowiedniej formy i wszystko nabrało wyrazistości. Oto była rosłym mężczyzną z maczugą, którą rozgniatał czaszkę wroga. Gdy z głowy ofiary pozostała tylko odstręczająca miazga, Zuza zawyła dziko w cudzej skórze i ogłosiła się panem nowych włości, władcą schwytanych kobiet, katem ich dzieci. Wizja zmieniła się i tkwiła już w skórze zmaltretowanego niewolnika, któremu trzewia wyrywał wygłodniały lew na arenie wypełnionej wrzaskami podnieconego tłumu. Ból nie zdążył wwiercić się w jej świadomość, a zalegała już w łożu sułtana, wypełniona poczuciem triumfu i jego nasieniem; za chwilę rodziła w potwornych mękach i żałowała swoich ambicji. Była natchnionym duchownym, dziesiątkami lat zamkniętym w klasztornych murach, odmieniającym los rzeszom ludzi, których trudów życia nawet sobie nie wyobrażał. Dziewczyną w dziwnym, męskim stroju, w wielkim, szklanym budynku, dyrygującą zespołem ludzi. Chorą na serce, pełną dzikich emocji poetką. Żołnierzem przekonanym przez przełożonych, że niektóre narody to robaki, przybijającym dzieci do stołu za języki. Hermetycznie zamkniętym w jednej wizji świata, pływającym w złocie podbitych ludów dyktatorem…

Ocknęła się z bólu i braku tchu. Siedziała na niej Nina, dziewczyna ze szlacheckiego rodu, która kilka dni wcześniej serdecznie przywitała Zuzę w stołówce. Teraz wszystkimi palcami zgniatała jej krtań. Wokół zgromadziły się pozostałe, świeże adeptki, a choć niektóre miały przerażone miny, żadna nie próbowała powstrzymać napastniczki.

– Nie masz prawa tu być – mruczała mściwie. – Rozmowy z Mistrzami to nie przywilej dla łachudry. Mogłaś zostać przy przerzucaniu gnoju…

Zuza czuła się odrobinę jak wtedy, gdy na złość ojcu legła na sianie z wędrownym bardem i ten dusił ją podczas stosunku. Ktoś znowu próbował wycisnąć z niej życie, narzucić podległość. Wtedy uderzyła agresora w głowę kamieniem, teraz drżącą dłonią odnalazła kulę i wyrżnęła nią w skroń Niny. Ucisk ustąpił, w płuca wdarł się płomień powietrza, wbijając ciernie w uszkodzone gardło. Krzyki przywołały Mistrzynię, która omiotła wzrokiem pole walki, wzięła na ręce nieprzytomną uczennicę i wyszła.

Zuza długo przewracała się w łóżku, walcząc ze złością i bólem. W końcu ponownie przytuliła podarunki i spróbowała zasnąć. Gdy podniosła piersiówkę odkryła, że ta jest pełna. Znajdował się w niej ten sam ziołowy, słodki trunek, którym raczyła się pierwszego dnia. Ugasił płomień w gardle i szybko przyniósł sen, pełen to niepokojących, to zachwycających obrazów, razem tworzących wachlarz walki silnego ze słabym.

 

*

 

Po popołudniowych zajęciach z historii prześladowań wiedźm, Mistrzyni wezwała Zuzę do nieznanej dziewczynie części szkoły. Okrągły budynek otoczony przez szklarnie nazywano osobliwością, lecz nikt dotąd nie wyjaśnił nowej adeptce, co się w nim znajduje. Przeszła przez ogrody, przyglądając się żółknącym liściom i zastanawiając nad losem Niny. Choć Zuza wielu ludzi darzyła niechęcią, a nawet żywiła do niektórych nienawiść, nie czuła się na siłach czynić innym krzywdę. Kiedy ojciec kazał jej zarżnąć świnię, z przerażenia nie mogła spać i w końcu zastąpiła ją kuzynka.

Doznania z poprzedniej nocy, gdy wcielała się w okrutników, były obce; może odrobinę pociągające, lecz nie do zaakceptowania. Zuza chciała być „udoskonaleniem natury”, o którym wspominał Mistrz. Zostać opiekunką uciśnionych, wyzyskiwaczką butnych i krnąbrnych – wszystkim, czym nauczycielki mówiły, że stanie się, jeśli pilna nauka pochłonie ją bez reszty. Gdy myślała o tym, że Nina mogła przez nią umrzeć, czuła się nieszczęśliwa. Może zachowałaby się tak samo jak szlachcianka, będąc w jej skórze?

Doszła do kamiennej budowli, otoczonej porosłą bluszczem kolumnadą. Przy potężnych, drewnianych drzwiach stał Mistrz. Jego twarz intrygowała i pociągała Zuzannę tak samo jak w dniu, w którym ją uratował. Wyszczerzyła zęby do mężczyzny, a ten odwzajemnił uśmiech.

– Witaj, Zuziu. Mistrzyni na ciebie czeka. – Uchylił drzwi. Adeptka zatrzymała się w progu. Przecież nie mógł stać tam tylko po to, by pełnić rolę odźwiernego.

– Czy chce Mistrz…

– Och, zatrzymaj piersiówkę, moja droga. Jeszcze nieraz ci się przyda.

– Dlaczego Mistrz jest dla mnie taki dobry?

Mężczyzna patrzył na nią przez chwilę. Potem odwrócił wzrok.

– Pospiesz się, Zuziu. Hermenegilda nie lubi czekać.

Dziewczyna posłusznie zagłębiła się w korytarz, który po chwili zamienił się w ostro opadające schody. Najpierw proste, potem kręte, niknące w mroku i jaśniejące niebieską poświatą zdawały się prowadzić do nieznanego świata. Dziewczyna myślała intensywnie o swoich przełożonych i o tym, ile od nich otrzymała, choć nie była nikim szczególnym. W końcu stanęła na równym gruncie i ruszyła ku błękitnemu światłu, które wylewało się z pomieszczenia na lewo. To była niska, długa sala pełna zawieszonych w powietrzu pęcherzyków, jakby zatrzymanych w czasie mydlanych baniek. Wewnątrz wielu z nich tkwiły okrągłe kształty, zupełnie takie jak kula, którą Zuzannie dała Mistrzyni, tyle że te rozświetlało lazurowe, intensywne światło. Adeptka ujrzała nieopodal sylwetkę przełożonej i ruszyła ku niej. Czuła, że w miarę jak zagłębia się pomiędzy rzędy świetlistych przedmiotów, jej serce przyspiesza, oddech staje się płytki, a skóra i język cierpną. Mistrzyni stała przy jednej z baniek, w której tliło się ledwie niewielkie światełko o granatowej barwie.

– Zuzo, spójrz. To sen Niny. Musieliśmy umieścić go w inkubatorze. Z dala od niej będzie mu lepiej.

– Czy ona wyzdrowieje?

– Uleczyliśmy ją, choć obrzęk mózgu był poważny. Musi wykarmić ten świat. – Hermenegilda zwróciła twarz ku uczennicy. Jej spojrzenie było nieprzeniknione. – Dowiedziałaś się czegoś o sobie? Czy kula się przydała?

– Wiem, że potrafię przetrwać – odparła po chwili Zuza, ważąc słowa. – Wiem… że atakuję tylko w ostateczności. Mogłabym być niewidzialną opiekunką.

– Czy dałabyś wolność istotom swojego świata, czy też nakazałabyś im, by były dobre? By zostawiły cię w spokoju?

Dziewczyna przymknęła na moment oczy, próbując wejrzeć we własne wnętrze.

– Dałabym im wolność.

– Tak? – spytała chytrze Mistrzyni. – Właśnie w takim świecie żyjemy. Jego stwórczyni się wycofała. Zawiesiła go w przestrzeni bez opieki. To dopiero doskonałe, powołać perpetuum mobile! Ten świat jest wieczny, wciąż cofa się z doskonałości, by nadal istnieć. Wiesz, co finalnie zawsze tutaj wygrywa, mimo że prym przez dziesiątki tysięcy lat wiedzie argument siły?

Zuzanna wpatrywała się wyczekująco w Mistrzynię.

– Rozum. Zmiłowanie. Ten świat może ci się wydać przegniły, ale tylko dlatego, że tkwi obecnie w takiej fazie. Jego matka żyje własnym życiem, kształci się dalej. Albo odpuściła, zajęła się sobą, zwykłym trwaniem. Może być matką wielu światów, podczas gdy większość naszych adeptek to rodzicielki jednego, który przeważnie ginie. – Zmierzyła Zuzannę surowym spojrzeniem. – Widzę w tobie potencjał.

– Do bycia matką wielu światów?

– Tak. Chcesz spróbować? – nęciła Hermenegilda. – Chcesz zobaczyć zalążek świata Niny i się nim zaopiekować? Możemy cię wyszkolić, byś ratowała światy. Czyniła je nieśmiertelnymi.

Zuza popatrzyła w szafirowe światełko, sen, który szlachcianka bezpowrotnie straciła. Nie czuła się kompetentna do tak wielkich zadań. Ale może właśnie dlatego, pomyślała, jestem odpowiednia?

– A mój świat? – spytała z nadzieją. – Mogę go zobaczyć?

– Póki dziecko tkwi w tobie, nie widzisz go. Musielibyśmy ci je odebrać, umieścić w inkubatorze, byś je zobaczyła. Ale wtedy już nie miałabyś ku temu okazji.

Adeptka pokiwała głową.

– Spojrzę na Niny.

– Połóż się.

Zuzanna legła posłusznie na chłodnej podłodze pod inkubatorem. Mistrzyni wzniosła nad nim rękę i przeniosła go tuż nad głowę dziewczyny, a potem opuściła tak, że granatowy ognik wniknął w czaszkę uczennicy. Zuza kolejny raz pogrążyła się w cudzych wizjach.

Znalazła się na olbrzymiej plantacji, ubrana w bajeczną suknię, podpisując kolejny kontrakt na farmę niewolniczą. Nad zgarbionymi postaciami latały szczerozłote smoki, smagając plecy pracującego pospólstwa językami czarnego ognia. W tej wizji Nina z mężczyzn uczyniła reproduktorów i błaznów, z kobiet bez herbów posługaczki i towary na wymianę, a z arystokratek bałwochwalcze królowe świata. Oto skazała kolejne tysiące istnień i już wyruszała na czele pstrokatego orszaku na polowanie, by wytrzebić srebrzyste wilki i jako jedyna dama świata ozdobić całą swą siedzibę niezwykłymi futrami. Lecz gończe psy nie pobiegły naprzód, zwróciły się ku niej, bo rozpoznały w skórze Niny obcą obserwatorkę. Rzuciły się na konia, pozrywały skórę z ud i łydek królowej, sięgnęły do piersi, do gardła, ale Zuza nie czuła bólu. Gdy pomyślała, że to rodzicielka świata może właśnie odczuwać atak ogarów, wzniosła bat i miała smagnąć wściekłe zwierzęta, lecz te nagle odstąpiły od niej i podkuliły ogony.

Obraz zmienił się, była małą dziewczynką zamkniętą w ciemnym lochu, a nad nią stała jej starsza wersja, wysoka, o ślicznej, lecz wiecznie skrzywionej twarzy, i wrzeszczała:

– Nie wolno się mazać! Nie wolno kochać! Jesteś sama, jedna, doskonała, niezwyciężona!

Za zakratowanym oknem góry chwiały się i zapadały, by za chwilę na ich miejscach wzniosły się olbrzymie posągi Niny, błyszczące szlachetnymi kruszcami i kamieniami, dumne, wyniosłe, przerażające.

– Jeśli ty jedna będziesz na piedestale, wysoko ponad innymi, to z tobą jedną wszyscy będą walczyć! Ciebie jedną nienawidzić! – krzyknęła Zuzia głosem więzionej dziewczynki. Nina zamarła, patrząc na nią zdezorientowanym spojrzeniem. Obraz zniknął, pochłonęła go czerń zdająca się wygłodniała, roszczeniowa, wszechogarniająca…

– Już w porządku, Zuzo! Obudź się!

Uczennica niezgrabnie wstała i rozmasowała sobie skronie.

– Czy na pewno to pomoże mi poznać siebie? Zaczynają mieszać mi się wątki…

– Spokojnie. Im więcej poznasz świata, tym lepiej zrozumiesz siebie. Możesz odejść. Będę cię obserwować.

 

*

 

Mistrzyni moczyła się w wannie wypełnionej wywarem z piołunu, waleriany, lebiodki i naparstnicy, podtruwając organizm dzięki tajemniczym olejkom od Mistrza. Przypiekana skóra mogła w każdej chwili zacząć pękać, mózg tonął w zdradzieckich woniach, powodując bolesną ekstazę. Podczas gdy Zuzanna spała, kobieta oglądała jej świat pełen naturalizmu, urzeczywistnianych dziecięcych idei, tęsknoty za miłością. Czuła zachwyt, lecz czaił się w nim smutek.

Do łaźni wślizgnął się Mistrz. Uklęknął przy głowie Mistrzyni, pochylił się ku jej szyi i głęboko zaczerpnął powietrza. Hermenegilda przemówiła, nie otwierając oczu, wciąż obserwując naiwne wizje:

– Zbyt często opuszczasz swe wzgórze, Asmodeuszu. Nie boisz się, że twoim adeptom zmiękną serca? Tak jak tobie?

– Sam nie wiem, po co przyszedłem – szepnął Mistrz.

– Przyszedłeś, bym mogła podziękować ci za wspaniałą uczennicę. Jak trudno taką znaleźć, pozyskać, przemycić.

– Odmieniła resztkę mojego serca – wymamrotał Asmodeusz. – Nie umiem już niszczyć światów.

– Dosyć zrobiłeś. Tak jak ja. Przekwitanie musiało cię dopaść, mój drogi.

– To nie przekwitanie. Zdradziłem zakon. Uwierzyłem w nieśmiertelne światy. Odbieram domenę zagłady własnym uczniom.

– Zawsze będzie istnieć morze niedoskonałości. Tandety. I tylko pojedyncze krople doskonałości. Twoi chłopcy przyniosą apokalipsę wielu wymiarom, planetom, uniwersom.

Mistrz zanurzył palce w parującym wywarze, musnął ramię Mistrzyni.

– Nienawidzisz mnie, prawda? Moje kwiaty pożerają twoje. Mówimy, że nic się z tym nie da zrobić, lecz czy nie jest tak, że moglibyśmy wszystko? Wszystko razem…?

– Nie złączymy narodzin ze śmiercią, Asmodeuszu. Przecież wiesz. Życie jest zbyt piękne, by nie pozwolić mu wciąż zaczynać od nowa. Musi umierać. Wyrwaliśmy się z zastałej, cuchnącej wieczności nie po to, by do niej wracać.

– Chciałbym z tobą… – zaczął znów Mistrz, ale Mistrzyni złapała jego dłoń i przyłożyła do swojego czoła. Otworzyła oczy i zaskrzyły się w nich łzy.

– Popatrz na twoje znalezisko. Popatrz, jakie to ładne.

Asmodeusz i Hermenegilda przymknęli powieki. Na ich twarzach zawitały identyczne uśmiechy. Zuzanna spała, brzemienna w świat.

Koniec

Komentarze

Misie. Światotwórstwo bardzo ładne. Słabiej z fabułą. Mam wrażenie, że to dopiero wstęp do właściwej historii, ale wstęp ciekawy. Pozostawia czytelnika z pytaniem, co też wyrośnie z Zuzy…

ciężkie kotary zasłaniały niewielkie okna,

Taka konstrukcja jest dwuznaczna. OK, z kontekstu lub słów zwykle wynika, co zasłania, a co jest zasłaniane, ale uważam, że lepiej takich rzeczy unikać. Przynajmniej ja potykam się na takich zdaniach.

Okrągły, szeroki budynek

Czy o kole można powiedzieć, że jest szerokie? Raczej małe albo duże.

Babska logika rządzi!

Finklo, dziękuję za lekturę i punkt. Poprawiłam wskazane rzeczy. Faktycznie, we wskazanym zdaniu następuje niezamierzona równorzędność znaczeń.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Jeszcze gdzieś wcześniej masz podobnie, ale za pierwszym razem nie podnosiłam rabanu, dopiero przy recydywie. ;-)

Babska logika rządzi!

Czytało się dobrze, zainteresowało, ale podobnie jak Finkla, mam wrażenie, że to dopiero wstęp do większej historii. Zbyt otwarte, zbyt dużo pytań bez odpowiedzi. Za to koncepcja, że kobiety tworzą po to, żeby faceci mieli co niszczyć… hmm :) ciekawa :)

Bella, ale coś w tej koncepcji jest… W ilu książkach pada sugestia, że matki powinny rodzić więcej żołnierzy? ;-)

Babska logika rządzi!

Jeszcze nie raz ci się przyda. – nieraz

w ostro opadające w dół schody. – nie da się opadać w górę

Widzę tu szablon (odwrotny niż u belhaja) – biedna, wątła kobietka dostaje kopa, kiedy ojciec chce ją wydać za oblecha, porzuca wszystko i… Takie sytuacje były już opisywane wiele razy, szczególnie w literaturze dla młodszych dorosłych. To nie znaczy, że źle. Chcę Ci tylko pokazać, że wybrałaś i bohaterkę i drogę dla niej na swój sposób, który uznajesz za właściwy. Natomiast belhajowi, który wybrał odwrotną stronę monety, zarzuciłaś sztampę.

Jak zwykle u Ciebie dobrze napisane, ciekawie, a niektóre zdania miodzio, jak choćby tutaj: Zuzanna spała, brzemienna w świat.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bellatrix, dzięki za lekturę. Faktycznie, zaczęłam coś, co mogłoby być większą koncepcją…

 

Bemik… ;) Chyba nie uwolnię się od tego tematu nigdy :P A kto powiedział, że ja tu nie robię sztampy? Ja na pewno nic takiego nie zasugerowałam. I nikt nie powiedział, że cokolwiek z zachowania bohaterki uznaję za właściwe. Czemu niby mają tu być poglądy autora? Ani u belhaja, ani u mnie ich nie ma. To historie poprowadzone różnymi szablonami, przemycające odmienne, znane od zarania dziejów wzorce. A jeden z nich trafnie zauważyły Finkla i Bellatrix.

Błędy już poprawiam. Dziękuję za punkt!

 

Edit: Aaa, żeby pokazać różnicę między postawionymi naprzeciwko siebie opkami – u mnie mężczyźni mają głos, wybór, uczucia (niektórzy), stanowią istotnych bohaterów. I (chyba) nie każdy jest sztampowy. Nie torturuję ich też. 

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Moje zdanie znasz, więc wpadłam tylko przykliknąć :)

Dziękuję, Teyami, polecam się na przyszłość i czekam na coś nowego spod twojej ręki :P

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Zainteresował mnie ten świat i chętnie dowiem się więcej. Dobrze napisane. Ostatnie zdanie przepiękne, ale cała ostatnia scena nie do końca dla mnie jasna, albo raczej – nie wszystko z niej.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Dzięki za punkt, fleur. Świetnie, że jest powód, by napisać więcej :)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Heroino, znowu głosy zbierasz? ;-)

Babska logika rządzi!

Niech to, kompletnie nie wiem, o co chodzi :P Luby przeważnie pyta, czy znowu słyszę głosy, ale że zbieram?

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Piórko, Loża, a teraz się zastanawiasz, czy pisać dalej. ;-)

Babska logika rządzi!

Ach, w tym sensie! To chyba tak. Może zdobywanie przychylności uzależnia…

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Po raz drugi publikujesz na moim dyżurze, więc tym razem wypadało przeczytać :) Niee, to nie moja złośliwość, po prostu Ty i tak znajdziesz czytelników, a ja staram się czytać przede wszystkim to, co ignorowane.

Takie to opowiadanie pół na pół. I trochę ciekawe, i trochę nie. I trochę ładnie napisane, i trochę nie. Ale po kolei. Najfajniejsze motywy to lękniotek (poza tym, że wyrwał się z innej bajki i w ogóle tu nie pasuje), mam na myśli jego funkcję, nie urok, a drugi motyw to oczywiście ząb – świetne. Resztę czytało mi się hm… nie że źle, ale z oporami. Tekst nie chce płynąć, dialogi dość pompatycznie-nienaturalne. Do tego początek brzmi tak, jakby wszyscy byli w nim wściekli (łącznie z lękniotkiem), choć nie ma ku temu, w danej chwili, powodów. “Wypchania brzucha bękartami spasionych wieprzy“ – kto używa takich słów bez dobrego, choćby skojarzeniowego, uzasadnienia? Brzmi to, jakby Hermenegilda właśnie wyładowywała swoją złość, ale nie wiadomo, skąd ta się wzięła. No, chyba że wiedźmy (?) tak mają, ale..

Potem, o dziwo, to wszystko znika. Słońce świeci, ptaszki śpiewają, opowieść toczy się dalej. 

I te wiedźmy… ja bym proponował wybrać jeden z dwóch kierunków:

[!!!SPOILER!!!]

a) nikt o nich nie wie, matki światów są wielką rzadkością, wyłuskiwaną na sztuki w skali globu, jest to wielka odpowiedzialność, wymaga olbrzymiej pracy (a nie że dziewczynki pierwszoroczne…), nauki, połowy życia spędzonej na zgłębianiu tajników sztuki

b) zupełnie inny świat, żadnych wiedźm, żadnych klechów, żadnego pomagania uciśnionym – matki światów są powszechnie znane, niczym innym się nie zajmują, wszyscy o nich wiedzą i chcą nimi być, to wielki prestiż dla rodziny, ale selekcja jest zabójcza; taki klasztor Shaolin ;) W takim settingu to sobie dopiero można poszaleć!

Bo w tej chwili to trochę jest tak: no, wiecie, szukamy dziewczynek, żeby rodziły światy, ale to w sekrecie, musimy udawać, że zajmujemy się podsyłaniem leków i zabiegami. No i rozwiązywaniem konfliktów, bo ludzie tego oczekują. A tak naprawdę mamy te szkoły i duużo dziewczynek nam robi te światy, głównie z dobrych rodzin, lecz ciii, to sekret. No, chodźmy na sabat, bo chłopy z widłami już się zebrali, raz raz. Gotowi w nas jeszcze przestać wierzyć.

Może przesadziłem z przerysowaniem, ale mam nadzieję, że wyjaśniłem tę niespójność, którą mam na myśli. Oczywiście to mój gust, który nie musi się pokrywać ze zdaniem większości odbiorców.

Przy oznaczaniu spoilera przyszło mi jeszcze jedno do głowy – po co to robię, przecież tu nie ma żadnych zagadek czy nowych faktów. Wszystko (niemal) wiadomo właściwie od początku. Wyłącznie samo zakończenie jest czymś now(sz)ym. To może powodować to uczucie niekompletności.

Do strony językowej nie mam zastrzeżeń, mam za to miejscowy podziw.

Ale oceniam na 4.5.

Dobrze wyjaśniłeś swoje odczucia, nawet się śmiałam (nie to, żeby twoje odczucia były śmieszne, po prostu świetnie ubrałeś je w słowa). Zupełnie nie zauważyłam, że początek można odebrać jako pełen złości… Może kompletnie nieświadomie zamontowałam tam taki pierwiastek? Fakt, że kiedy pisałam ten tekst, byłam absolutnie wściekła.

Muszę porządnie zastanowić się nad twoimi spostrzeżeniami, bo są bardzo cenne. Dziękuję, że zdecydowałeś się przeczytać opko i napisać ciekawy, pouczający komentarz. Wycelowany w logikę, a logika – rzecz święta. Zwłaszcza dla filozofa.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

No wiesz, Nazulko!? Na taki stres mnie naraziłaś tę swoją poczytnością… ledwo zdążyłem pomashować przycisk ZAGŁOSUJ, wróciwszy z mikołajkowej domówki ;D

 

Ale tekst z pewnością zasługuje – fabuła interesująca i na swój sposób piękna, postacie odznacza indywidualizm, konstrukcja świata ładnie harmonizuje :D Zgodzę się z poprzednikami, że koniecznie musisz coś więcej o Zuzi napisać ;)

 

Z dialogami nieco gorzej – zgodzę się z Vargiem, że brzmią nieco nienaturalnie, podobnie ta opinia odnośnie miejsca wiedźm w świecie… Cenna. Muszę nauczyć się takie pisać ;D

Trochę nie przypasowało mi przejście do przeszłości Zuzi – zbyt gładkie, subtelne… Choć wpływ na odbiór mógł mieć zapewne mój aktualny stan… Cóż, jestem zmęczony ;P

 

Tyle ode mnie, na koniec pojedyncza uwaga, sojuszniczko:

To dopiero doskonałe, powołać perpetum mobile!

Perpetuum przez dwa “u”, Lękniotku ;D

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Poprawiam! Dziękuję!

Hm, w dobę w Bibliotece? Opkiem spisanym w dwa dni na Kwiatkowską? O_o To mi się jeszcze nie zdarzyło i jestem szczerze zszokowana.

Aż żal, że pompuję ostatnio siły w książki i nic z tego ramienia dla was nie mam. Robiliśmy tu z betaczytaczami opko związane z powieścią, która zaraz się ukaże, ale przesłałam je _mc_ i ma on decydować o losie tekstu. Jeżeli siły mnie najdą, spróbuję wyskrobać jeszcze jedno → dla was.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Ja i wszystkie moje alter ego będziemy cierpliwie czekać :3

No, prawie. Øystein Ivar Haveldstad może się zbuntować, on zawsze był niepokorny…

 

Trzeba wychodzić na salony Naz, nawet kosztem zaniedbania gniazda ;) Zobaczymy, co powie MC!

Rany, wielce szczęśliwy ze mnie człowiek, że mam sojuszniczkę o tak bogatej wyobraźni! <3

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Lecz gończe psy nie pobiegły na przód, zwróciły się ku niej

 

Czy nie powinno być “naprzód”? Tak tylko pytam ;). 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

To bardziej wstęp niż pełnoprawne opowiadanie. Rozpoczynasz wiele wątków, zaciekawiasz, a potem zostawiasz czytelnika bez odpowiedzi. Podejrzewam, że zamierzasz kontynuować przygody Zuzanny.

 

Podobały mi się: pomysł na tworzenie (i niszczenie) światów, dwie szkoły, spotkanie z Mistrzem, ostatnia scena.

Nie do końca zrozumiałem sny Zuzy (choć pierwszy zestaw ciekawy, to raz są okrutne, raz pełne miłości) i ten pomysł na opiekowanie się obcym światem i noszenie w sobie własnego. To znaczy dorabiam sobie do tego znaczenia, ale za mało znajduję tropów, żeby wiedzieć czy są zgodne z intencją autorki.

Nie podobały mi się: “pielesze serca”, “ciąża umysłowa” (jak ociężałość) i “czerń roszczeniowa” (protestujący górnicy?).

Czekam niecierpliwie na komplementarne opowiadanie o Akademii Wojskowej.

 

Przeczytałem. 

Lektura nie sprawiła przykrości, ale nieco zmęczyła mnie cukierkową formą. W pewnym momencie zacząłem mieć dosyć, miałem już przesyt kolorów, słodyczy, bajkowości. Aczkolwiek, przyznaję, klimat był, opowiadanko miało charakterystyczny ryt. 

Zostawiam ocenę i przeczytam kontynuację, jeśli rzeczywiście nastąpi. 

Pozdrawiam.

Nevazie, tak tylko pytasz, ale pytasz trafnie. ;) Poprawione.

 

Belhaju, coboldzie, Łukaszu, dzięki za lekturę i uwagi. I zainteresowanie zapowiedzianą kontynuacją. To fakt, opowiadanie ma przesłodzony styl (i może męczyć pompatycznością), próbowałam napisać <coś nowego> na Kwiatkowską, w jakkolwiek klasycznym klimacie, odbiegającym chociaż trochę od moich standardowych. I tak nie udało mi się w gusta wpasować (któryś rok z rzędu), ani radosną twórczością “własną”, ani próbami trzymania się jakichkolwiek kanonów. Ten konkurs najwyraźniej nie jest dla mnie ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Klimat był ciekawy, nie powiem. Na pewno się wyróżniał. Ot, może akurat nie miałem ochoty na bajki?

Opowiadanie było warte przeczytania.  

“Sprawiedliwość to złudzenie! Natura go nie zna! Silne radzi sobie w świecie, a naturze jedynie na silnym zależy. Słabszym zawsze możemy się zaopiekować, pozwolić nabrać sił. Można wyjść na drogę po zwykłą wieśniaczkę. Z naturą nie ma co walczyć, można za to stać się jej udoskonaleniem, moja droga!”

 

Niesamowicie przyjemny cytat :) Poza nim wyłapałem jeszcze kilka miłych dla oczu fragmentów, jak chociażby opis Hermenegildy podziwiającej świat Zuzi podczas kąpieli.  Uwielbiam dobre opisy, mądrze (ale nie przemądrzale) brzmiące zdania. Ten klimat!

 

Największym atutem opowiadania stały się zdecydowanie postaci Mistrzyni i Mistrza. Świetnie udało ci się wykreować ich jednocześnie na nieco nadprzyrodzone, boskie istoty i równocześnie obdarzyć interesującymi cechami osobowości. Nadal zastanawiam się, skąd w Hermenegildzie taka tendencja do szpikowania się toksynami :D Jako wadę mogę potraktować to, że charakter głównej bohaterki wypada przy mistrzowskiej parze nieco słabo. Podejrzewam jednak, że jest to bardziej kwestia pewnego ograniczenia dotyczącego postaci “dojrzewających”, niż Twojego zaniedbania. 

 

W przeciwieństwie do części komentujących wcale nie miałem wrażenia, że urwałaś fabułę w najciekawszym momencie. Opowieść jest prowadzona równo (może poza retrospekcją z młodości Zuzy DO momentu spotkania Mistrza) i trzymała mnie w zaciekawieniu od początku do końca, bez potrzeby robienia sobie przerw/ucieczki. 

Przeszłość bohaterki wydawała mi się nie tyle schematyczna (z tego, co widziałem, to mniej więcej taki był twój plan), co … uboga? Brakowało mi jakiegoś soczystego szczegółu, który dodałby smaku całemu temu fragmentowi. Na ten moment jest tam opis młodości dziewczyny, której w sumie nie było tak źle, ale jak ją ojciec chciał wydać za mąż (w tym miejscu plus za obleśnego Frynasa, który nie przypadł mi do gustu dokładnie tak, jak powinien ;) ), to jednak stwierdziła, że mimo wszystko jest źle i trzeba by uciec… a zupa była za słona. Brakuje wydarzenia, które ukształtowałoby w Zuzi jakąś nową, interesującą cechę.

 

Jest jeszcze jedna mała wada przeszkadzała mi w czytaniu. Jestem zaprzysiężonym wrogiem textwalli i rzuciły mi się w oczy przeskoki, jakie wykonujesz pomiędzy poszczególnymi scenami. W pewnym momencie spotkałem się z mniej więcej taką sytuacją:

Patrząc na bukłak od Mistrza Zuza poszła do jadalni.

[AKAPIT} Miło jej się wspominało ten moment, ale musiała zasnąć, więc przytuliła kulkę i zamknęła oczy.

[AKAPIT] Była barbarzyńcą, wybijającym wioski i takie tam.

 

Zacytuję:

“[..] I zostawił ją zdjętą strachem, radością, ulgą, zaskoczeniem, z pustą piersiówką w ręce, z której trunek orzeźwił zamiast ogłupić.

Teraz, leżąc w łóżku, wyciągnęła naczynie spod poduszki. Objęła je jednym ramieniem, a drugim kulę i wkrótce zasnęła.

Obrazy przyszły szybko, napłynęły jakby z daleka i początkowo były rozmazane, niepojęte[…]

 

Te trzy dziejące się w różnych miejscach wydarzenia “przeskakują” trochę za szybko, jak dla mnie :D Podobnie “momenty (mojego subiektywnego) zagubienia” występują przy każdym śnie i retrospekcji… Może przesadzam, ale czy nie dałoby się tego wyraźniej rozgraniczyć (na przykład enterem :D )?

 

***

 

Znowu zalewam kogoś wypominaniem minusów XD . Przepraszam… Sam tekst był świetny! Czytało mi się bardzo przyjemnie i poproszę o więcej, najlepiej w formacie A5 na 500 stronach. Polubiłem ten świat i mam nadzieję, że ma w sobie wiele więcej  genialnych elementów na poziomie szkoły dla czarownic.

Przechodząc do meritum…

Naz, w matkach światów trochę za mało było o światach, a za dużo o potencjalnych matkach. Momentami miałem wrażenie, że za chwilę pojawi się wątek prasłowiańskiej gruszy dającej w swoich konarach schronienie plebejskiej uciekinierce. Czyli powiało znanym aromatem wędzarniczym znad stosów. Cały wątek prześladowania czarownic był już w końcu wielokrotnie odgrzewany, więc pozostało odczucie, że ta część tekstu, która bardziej kusiła, nie pozwoliła się sobą nasycić. 

Nie zrozum mnie źle – jak zauważył Fajrom, postać Frynasa, sztampowatego, patriarchalnego oblecha faktycznie wyszła Ci całkiem nieźle, ale uwagi Varga co do spójności świata przedstawionego też są na rzeczy. Btw, nie lekceważyłbym też vargowych zastrzeżeń co do dialogów – przy czym inaczej oceniam wypowiedzi Mistrzów, a inaczej głównej bohaterki. 

Warsztatowo na fajnym poziomie, przyjemność z lektury jak najbardziej była. Myślę, że sięgnąłbym po komplementarne opowiadanie o chłopcach : ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Znalazłam tu opisanie specyficznego, magicznego świata, do którego trafiła Zuzanna, pewne prawa i założenia nim rządzące, i w zasadzie niewiele więcej. Pewnie dlatego odnoszę wrażenie, że coś się zaczęło i zaraz skończyło, ale nie mogę powiedzieć, że ciekawi mnie, jak potoczyłyby się losy dziewczyny, gdyby jej historia miała być kontynuowana.

Zuzanna, jak na wieśniaczkę, zdaje mi się dość nietypowa. Zastanawiam się, kto nauczył ją czytać i komu kradła księgi.

 

Babki kar­mią dzia­twę opo­wie­ścia­mi o sta­ru­chach–ka­ni­bal­kach… – Babki kar­mią dzia­twę opo­wie­ścia­mi o sta­ru­chach ka­ni­bal­kach

 

szu­ka­ła wy­raź­niej­szych kształ­tów, ło­wi­ła znie­kształ­co­ne dźwię­ki… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Zu­zan­na legła po­słusz­nie na chłod­nej ziemi pod in­ku­ba­to­rem. – Czy w pomieszczeniu nie było podłogi?

 

Jak ciężko taką znaleźć, pozyskać, przemycić.Jak trudno taką znaleźć, pozyskać, przemycić.

 

Po­kwi­ta­nie mu­sia­ło cię do­paść, mój drogi. – Co to znaczy, że Mistrza dopadło pokwitanie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To zawsze mnie zadziwia, że się ludzie pochylają z uwagą nad tekstem i każdy zawsze wskaże coś cennego.

 

Fajrom, wielkie dzięki za obszerny komentarz. Skakanie w scenach nadal mi się zdarza, ale walka o płynność i brak dezorientowania czytelnika jest zażarta. Trafnie wskazałeś miejsce skuchy. Wyłapanie przez ciebie “miłych dla oczu fragmentów” jest dla mnie sukcesem i przyjemnością, nie wspominając o twoich roszczeniach względem kontynuacji :) 

 

Nevaz, prasłowiańska grusza…? :D Absolutnie nie lekceważę komentarzy (nie tylko varga) o dialogach, znam się doskonale od strony tego problemu i zdarzającej się nienaturalności wypowiedzi. Przy redakcji książki i ciężkiej pracy z _mc_ myślę, że problem tkwi w samej pompatyczności mojego sposobu myślenia, a źródło to długoletnie kształcenie filozoficzne – język filozofii jest pompatyczny, nienaturalny i nieprzystępny, i jak się zapomnę, wrażam zwykłym bohaterom jakieś horrendalne formy, treści i style. O ile muszę je usuwać w książce, to tu już zostawię, ale pracuję nad szczególnym zwracaniem na to uwagi.

Dziękuję za lekturę i, jak to Finkla określiła, głos do kontynuacji ;)

 

Reg, racja, jeśli już jakieś księgi i czytanie, pasowałoby to jakoś uwiarygodnić. Dziękuję za wnikliwą lekturę i już wywalam błędy. A co do pokwitania, to miało być takie mało oficjalnie określenie na przejrzałość magiczną.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

A co do pokwitania, to miało być takie mało oficjalnie określenie na przejrzałość magiczną.

Enazet, pokwitanie, to dojrzewanie płciowe, osiąganie zdolności do rozrodu. Tobie pewnie chodziło o przekwitanie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję… Dokładnie tak miało być :P

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Naz, mam podobny problem, czasem mam wrażenie, że formułuję myśli w swoim własnym języku : ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevazie, piszesz o jakichś emporach i jeszcze się dziwisz… Tak, długo Ci tego nie zapomnę. ;-)

Babska logika rządzi!

Czasem kiedy człowiek już się dowie, jak nazywa się coś, o czym myśli, ciężko nazwać to inaczej :P.

Empora emporą, ale jasność przekazu bywa u mnie ciemnością.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Bardzo przyjemny tekst. Lubię klimaty szkolono-akademicko-uczelniane, to chyba za sprawą nostalgii, więc nietrudno było mnie kupić :) Wątek tworzenia światów dość ciekawy, chciałby się więcej o nim dowiedzieć, ale nie przysłaniał reszty tekstu. Również mam wrażenie, że tekst najlepiej sprawdziłby się jako wstęp do czegoś większego.

Dziękuję, że zajrzałeś, zygfrydzie i cieszę się, że nie straciłeś czasu.

Coś się z tym tekstem zrobi, ale w tej chwili tyle projektów do dokończenia i pomysłów do zrealizowania… Przydałyby się cztery ręce i dwa życia!

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Bardzo przyjemna historia Naziu. Twój styl jest taki lekki i trudno się oderwać, teksty które piszesz mają ciekawe przekazy. Opowiadanie spodobało mi się przez wzgląd na Zuzę, która mimo pochodzenia walczy z przeciwnościami i dąży do czegoś więcej niż egzystowanie jako żona chłopa z gromadą dzieci. Zakończenie najbardziej mi się podobało! Ta niemożliwa do osiągnięcia miłość między Mistrzem, a Mistrzynią wzruszył mnie nieco. Ech, co ja się będę produkował, przecież wiadomo, że piszesz genialnie.

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

No, no, Wilku, doceniam miłe słowa, a jeszcze bardziej cieszę się, że tekst przypadł ci do gustu :) Pięknie zinterpretowałeś i wychwyciłeś to, na czym mi zależało!

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Wychwyciłem może dlatego, że sam mam coś co Zuza. Uciekam ze wsi, żeby trafić na jakiś uniwerek. Egzystencja hydraulika bez matury, który skończył technikum nie za bardzo mnie pociąga. Jestem takim wyjątkiem w rodzinie o chłopskich korzeniach i uparcie dążę do tej cholernej polonistyki i dziennikarstwa. Taki ze mnie polonista ze wsi co w kaloszach idzie podbijać Warszawę ;P

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Bardzo dobrze! Spełniaj swoje ambicje. Potencjał widać, bo chcesz się uczyć i masz pasję, a to najważniejsze. A urok wsi jeszcze będziesz miał czas kiedyś docenić, jak już będziesz mógł odpocząć ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Doceniam, ale na wsi uczelni nie ma, więc tymczasowo się z nią rozwodzę. Uwielbiam lato u babci, kiedy to wychodzę na łączkę za domem i w cieniu drzew delektuję się literaturą.

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Nowa Fantastyka
Patronujemy