- Opowiadanie: RogerRedeye - Pieczara

Pieczara

Opo­wieść fan­ta­sy, ale nie po­ru­sza się w świe­cie, stwo­rzo­nym przez An­drze­ja Sap­kow­skie­go. Fa­bu­ła na­wią­zu­je do zu­peł­nie in­ne­go uni­ver­sum, a wła­ści­wie do dwóch.

Tekst miał pre­mie­rę w ma­ga­zy­nie grozy “Hi­ste­ria”, potem uka­zał się na por­ta­lu “Her­bat­ka u He­le­ny” i zna­lazł swoje miej­sce w mie­sięcz­ni­ku li­te­rac­kim “Her­ba­sen­cja”.

W sto­sun­ku do pier­wo­wzo­ru nie­znacz­nie skró­ci­łem opo­wia­da­nie.

Spo­koj­nej lek­tu­ry o pozornie prostym za­da­niu, które przyjął były oficer SAS, Guy Wil­liam Haw­kes...

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Pieczara

 

 

Drogę do In­ver­ness prze­mie­rza­ło nie­wie­le sa­mo­cho­dów, jed­nak Guy nie śpie­szył się. Miał dużo czasu na do­tar­cie do Hi­gh­lands, gó­rzy­stej czę­ści Szko­cji, prze­by­cie ob­sza­ru West Lands, od­na­le­zie­nie pie­cza­ry i wy­ko­na­nie zle­ce­nia. Nic go nie po­pę­dza­ło, a dla niego, by­łe­go ofi­ce­ra SAS, teraz za­wo­do­we­go mor­der­cy, zre­ali­zo­wa­nie za­mó­wio­nej usłu­gi sta­no­wi­ło dzie­cin­nie łatwe za­da­nie. Przy­jął naj­zwy­klej­szą w świe­cie ro­bo­tę, bo ho­no­ra­rium oka­za­ło się za­ska­ku­ją­co wy­so­kie. Sto pięć­dzie­siąt ty­się­cy fun­tów szter­lin­gów dla każ­de­go by­ło­by nie lada grat­ką, a dla niego cał­kiem po­kaź­ną for­tu­ną. Ta kwota po­zwa­la­ła na speł­nie­nie celu, któ­rym Guy się kie­ro­wał – bar­dzo do­stat­nie­go urzą­dze­nia się. I stwo­rze­nia or­ga­ni­za­cji eli­mi­na­to­rów ludzi, któ­rzy czy­ni­li naj­gor­sze zło, prze­stęp­ców, czer­pią­cych ol­brzy­mie zyski ze zbrod­ni.

Guy Wil­liam Haw­kes my­ślał o tym od chwi­li, gdy sta­nął przed ko­niecz­no­ścią odej­ścia z SAS. Nie był jesz­cze stary, bez wy­sił­ku za­li­czał wszyst­kie testy, jed­nak w tej for­ma­cji ry­go­ry­stycz­nie prze­strze­ga­no kry­te­riów wie­ko­wych. Lubił, a może nawet ko­chał tę służ­bę. Czule wspo­mi­nał akcje w Iraku, Ira­nie, Oma­nie i Afga­ni­sta­nie. Ochro­nił wielu ludzi przed śmier­cią albo uza­leż­nie­niem od nar­ko­ty­ków. Wy­słał do Al­la­cha ko­lej­ną grupę fa­na­tycz­nych ter­ro­ry­stów, przy­go­to­wu­ją­cych sa­mo­bój­czy za­mach. Oca­lił nie­zna­nych mu bie­da­ków przed po­rwa­niem i bez­li­to­snym wy­ko­rzy­sta­niem jako daw­ców or­ga­nów.

Na tych pu­styn­nych te­re­nach Bli­skie­go Wscho­du Guy spo­ty­kał ludzi, pła­wią­cych się w bo­gac­twie, tak na­praw­dę wie­rzą­cych tylko w jedno – po­tę­gę pie­nią­dza. Z han­dla­rza­mi nar­ko­ty­ków, ko­biet i dzie­ci, wła­ści­cie­la­mi pól ma­ko­wych, pro­du­cen­ta­mi am­fe­ta­mi­ny. Po­zba­wiał ich potem życia – dla dobra Wiel­kiej Bry­ta­nii, ludz­ko­ści, wy­eli­mi­no­wa­nia źró­deł fi­nan­so­wa­nia pań­stwa is­lam­skie­go. Za­bi­jał z nie­kła­ma­na przy­jem­no­ścią, bo z całej duszy wie­rzył w to, co robił.

Gdy od­szedł z SAS, przy­ję­to go do wy­wia­du, MI5. Mocno się roz­cza­ro­wał. Więk­szość czasu spę­dzał przed lap­to­pem. Ana­li­zo­wał in­for­ma­cje, spo­rzą­dzał ra­por­ty, pro­wa­dził jeden z licz­nych zbio­rów da­nych. Nuda urzęd­ni­czych zajęć nie była jesz­cze naj­gor­sza. Szyb­ko zdał sobie spra­wę, że czeka go jedno – lata mo­no­ton­nej pracy, mię­dle­nie w kółko tego sa­me­go, oglą­da­nie tych sa­mych twa­rzy i cią­głe wra­ca­nie do daw­nych wspo­mnień. W końcu do­chra­pie się przy­zwo­itej, jed­nak nie­zbyt wy­so­kiej eme­ry­tu­ry, nie­wiel­kie­go domku z ogród­kiem i ni­ja­ko­ści życia sfla­cza­łe­go pryka.

Szyb­ko też zo­rien­to­wał się, że ci, z któ­ry­mi wal­czył na pust­ko­wiach Iraku, nie są już po­spo­li­ty­mi ban­dy­ta­mi bez przy­szło­ści. Prze­po­czwa­rzy­li się w za­go­rza­łych is­la­mi­stów i or­ga­ni­zo­wa­li ze­spo­ły mę­czen­ni­ków za wiarę. Dawni wro­go­wie przy­bra­li szaty bo­jow­ni­ków świę­tej re­li­gii, sta­jąc się fi­la­ra­mi pań­stwa mu­zuł­mań­skie­go. Hoj­nie do­to­wa­ni przez arab­skich na­ba­bów, ko­rzy­sta­li z nie­wy­obra­żal­ne­go luk­su­su. Guy miał pew­ność, że ci roz­bit­ko­wie re­żi­mu Sad­da­ma Hus­se­ina w głębi ducha śmie­ją się z wy­znaw­ców Al­la­cha, wy­sy­ła­nych na pewną śmierć. A on, bo­ha­ter zma­gań na pu­sty­ni, za­sta­na­wiał się, czy kupno raz w ty­go­dniu bu­tel­ki kil­ku­na­sto­let­niej whi­sky i wi­zy­ta w eks­klu­zyw­nym klu­bie nie na­ru­szą do­mo­we­go bu­dże­tu.

Prze­my­ślał wszyst­ko i po­sta­no­wił po­rzu­cić nowe za­ję­cie. Chciał robić to, w czym był naj­lep­szy – za­bi­jać, tyle, że na wła­sny ra­chu­nek. Mor­do­wać za dobrą opła­tą gang­ste­rów, okrut­ni­ków, psy­cho­pa­tów, sa­dy­stycz­nych gwał­ci­cie­li. Do­sko­na­le wie­dział, że bę­dzie spraw­dza­ny przez MI5 i MI6, pod­słu­chi­wa­ny, śle­dzo­ny. W końcu jed­nak dawni sze­fo­wie uzna­ją, że po pro­stu się zmę­czył. Wy­pa­lił i pra­gnie żyć spo­koj­nie. Jego do­ssier trafi do ar­chi­wum z ad­no­ta­cją „nie­szko­dli­wy”. Wtedy ktoś z daw­nych ko­le­gów, z któ­rych kilku za­wdzię­cza­ło mu życie, szep­nie o tym słów­ko.

Ponad trzy lata pra­co­wał w fir­mie, zaj­mu­ją­cej się ochro­ną pól naf­to­wych i ra­fi­ne­rii na Bli­skim Wscho­dzie. Wy­ko­rzy­sty­wał dawne do­świad­cze­nia, kon­tak­ty, zna­jo­mość te­re­nu. Sku­piał się jed­nak na czymś innym – zbie­ra­niu in­for­ma­cji o gan­gach, walce wład­ców pod­zie­mia o stre­fy wpły­wów, do­cho­dy, sieci dys­try­bu­cji nar­ko­ty­ków.

W końcu otrzy­mał upra­gnio­ną in­for­ma­cję – uzna­no, że jest czy­sty i nie sta­no­wi za­gro­że­nia.

Był już wtedy od dawna gotów do roz­po­czę­cia zu­peł­nie no­we­go życia.

 

***

 

Długa droga, a może nie­po­kój, cią­gle tlący się w głębi duszy daw­ne­go ofi­ce­ra SAS, po­wo­do­wa­ły przy­pływ wspo­mnień.

Wy­ru­szył z Lon­dy­nu w nocy. Dawno po­zo­sta­wił za sobą Bir­ming­ham, War­ring­ton, Lan­ca­ster i Car­li­sle. Szyb­ko ob­je­chał Glas­gow drogą przez Stir­ling i Perth, a potem prze­mknął przez Ca­ir­gorms. Mu­siał teraz prze­je­chać przez In­ver­ness i prze­mie­rzyć West Lands, aby w do­lin­ce mię­dzy dwoma gór­ski­mi szczy­ta­mi od­na­leźć cel – pie­cza­rę.

Pa­mięć przy­wio­dła pierw­sze zle­ce­nie.

Jed­ne­mu z sze­fów gan­gów te­le­fo­nicz­nie zło­żył pro­stą ofer­tę – wy­koń­czę bossa kon­ku­ren­cji, a ty mi za­pła­cisz. Pięć­dzie­siąt pro­cent ho­no­ra­rium przed, resz­tę po eg­ze­ku­cji.

Ofia­rę tra­fi­ło kilka po­ci­sków z ka­ra­bi­nu snaj­per­skie­go, wszyst­kie w serce. Guy do­sko­na­le strze­lał. Sco­tland Yard nie­ba­wem umo­rzył śledz­two, uzna­jąc, że ban­dy­ta padł ofia­rą we­wnętrz­nych po­ra­chun­ków mafii.

Potem po­stę­po­wał tak samo – wy­bie­rał cel, osoby za­in­te­re­so­wa­ne li­kwi­da­cją wroga i pro­po­no­wał mor­der­stwo. Wielu od­ma­wia­ło, bo Guy się cenił, jed­nak pie­nię­dzy sys­te­ma­tycz­nie przy­by­wa­ło. Nie na­po­ty­kał też trud­no­ści z za­bój­stwa­mi zbio­ro­wy­mi, bo i takie wy­ko­ny­wał – pla­styk był bar­dzo sil­nym i efek­tyw­nym ma­te­ria­łem wy­bu­cho­wym, do tego ła­twym w uży­ciu.

Wi­dział już schlud­ne ulicz­ki In­ver­ness. Zza rogu wy­nu­rzy­ła się grupa Szko­tów w kil­tach i be­re­tach, dmąca w kobzy. Pew­nie, osą­dził Guy, miej­sco­wi na­cjo­na­li­ści świę­to­wa­li rocz­ni­cę ja­kie­goś zwy­cię­stwa nad An­go­la­mi. Mu­siał się za­trzy­mać. Znowu dys­po­no­wał cza­sem na roz­wa­że­nie wszyst­kie­go, bo w sercu cią­gle go­rzał ognik nie­po­ko­ju.

Za­pła­ta była nie­bo­tycz­nie po­kaź­na… Jej wiel­kość zmu­sza­ła do za­sta­no­wie­nia. Za­gu­bio­ną w gó­rach ja­ski­nię ob­ró­cił­by w ru­mo­wi­sko za znacz­nie mniejs­zą kwotę, nawet za pięć ty­się­cy fun­tów i zwrot kosz­tów. Zle­ce­nio­daw­cy bar­dzo za­le­ża­ło, żeby w od­lud­nym miej­scu, od­wie­dza­nym tylko przez stada dzi­kich kró­li­ków, znisz­czyć coś, o czym tylko on wie­dział. Nie­zwy­kle sta­ran­nie za­bez­pie­czył też grotę przed od­kry­ciem. To było naj­bar­dziej nie­zwy­kłe.

Guy chciał jesz­cze raz prze­my­śleć wszyst­ko. Zdzi­wie­nie bu­dzi­ła ła­twość, z którą go od­na­le­zio­no. I pew­ność, że bez­błęd­nie wy­ko­na pro­po­no­wa­ną ro­bo­tę.

Star­szy, sa­dząc po gło­sie, męż­czy­zna, który do niego za­te­le­fo­no­wał, czę­sto uży­wał pra­wie już za­po­mnia­nych ar­cha­izmów. Guy z tru­dem przy­po­mi­nał sobie ich zna­cze­nie. Przed­sta­wił się jako ma­jor­do­mus, emi­sa­riusz swego chle­bo­daw­cy.  Nie miał nawet cie­nia wąt­pli­wo­ści,  że dawny ofi­cer SAS z ła­two­ścią wy­ko­na za­da­nie.

Ma­jor­do­mus wie­dział o nim dużo, bar­dzo dużo. To nie było jesz­cze zbyt dziw­ne – zle­co­no ja­kiejś re­no­mo­wa­nej wy­wia­dow­ni do­ko­na­nie roz­po­zna­nia i wy­ty­po­wa­nie naj­lep­szych wy­ko­naw­ców. Za­ska­ku­ją­ce było coś in­ne­go – z wiel­ką pie­czo­ło­wi­to­ścią szu­ka­no do­świad­czo­ne­go dy­na­mi­tar­da do ro­bo­ty, którą znacz­nie ta­niej zre­ali­zo­wał­by eme­ry­to­wa­ny gór­nik strza­ło­wy.

Pod­czas ko­lej­nej roz­mo­wy Guy za­py­tał, czemu za­mie­rza­ją ob­ró­cić w perzy­nę miejs­ce, o któ­rym nikt nie wie. Jakąś skal­ną dziu­rę, po­ło­żo­ną da­le­ko od ludz­kich sie­dliszcz, dobrą kry­jów­kę dla łasic. Po dłu­giej chwi­li mil­cze­nia padła wy­po­wie­dzia­na z wa­ha­niem od­po­wiedź:

– Mój pan zmę­czył się tym wszyst­kim… Po­zby­wa się pew­ne­go wa­dzą­ce­go mu cię­ża­ru. On go wiąże, wisi u szyi ni­czym młyń­ski ka­mień.

Wtedy ma­jor­do­mus na­tych­miast podał wy­so­kość ho­no­ra­rium. Płat­ne­go z góry.

Guy na kilka se­kund stra­cił od­dech. Taka suma i ze­bra­ne oszczęd­no­ści po­zwa­la­ły na ku­pie­nie nie­wiel­kiej po­sia­dło­ści na jed­nej z wy­se­pek Morza Śród­ziem­ne­go, z pięk­ną willą i luk­su­so­wym ba­se­nem. Tylko krok dzie­lił­by go od stwo­rze­nia or­ga­ni­za­cji, wy­mie­rza­ją­cej za sutą opła­tą spra­wie­dli­wość.

Ma­jor­do­mus po­stę­po­wał po­dob­nie jak Guy – za każ­dym razem zmie­niał te­le­fon na nowy, roz­ma­wiał krót­ko, nie mówił ni­cze­go o sobie i swoim pryn­cy­pa­le. Dzwo­nił z róż­nych miejsc, aby unie­moż­li­wić lo­ka­li­za­cję. Firma de­tek­ty­wi­stycz­na, pro­wa­dzo­na przez daw­ne­go to­wa­rzy­sza Guya, szyb­ko jed­nak na­mie­rzy­ła dziw­ne­go roz­mów­cę. Ten czło­wiek za­rzą­dzał wiel­kim ma­jąt­kiem bar­dzo sta­re­go rodu. Jego ko­rze­nie się­ga­ły nie­wia­ry­god­nie głę­bo­ko, co naj­mniej kilka stu­le­ci przed na­jaz­dem Wil­hel­ma Zdo­byw­cy. Hi­sto­ria dy­na­stii Elż­bie­ty II w po­rów­na­niu z ge­ne­alo­gią tej ro­dzi­ny przy­po­mi­na­ła wątłą opo­wieść o zy­ski­wa­niu zna­cze­nia przez nu­wo­ry­szy.

Ród zwierzch­ni­ka ma­jor­do­mu­sa za­wsze po­zo­sta­wał w cie­niu. Nie włą­czał się do krwa­wych walk o wła­dzę, za to stale się bo­ga­cił. Za­le­d­wie kilku jego człon­ków dało głowy pod­czas wojen we­wnętrz­nych, i to zu­peł­nie przy­pad­ko­wo.

Stali z boku i do ni­cze­go się nie mie­sza­li… Guy od­no­sił nie­od­par­te wra­że­nie, że ktoś się nimi cią­gle opie­ko­wał. Kto? Może spad­ko­bier­cy osoby, która prze­ka­za­ła ro­dzi­nie chle­bo­daw­cy ma­jor­do­mu­sa cenny de­po­zyt? Dar, spo­czy­wa­ją­cy, pew­nie przez wieki, w ni­ko­mu nie­zna­nej ja­ski­ni w od­le­głej czę­ści Hi­gh­lands…

Guy zda­wał sobie spra­wę, że sfor­mu­ło­wał ab­sur­dal­ne wnio­ski. Prze­cież taka sy­tu­acja nie mogła trwać setki lat, co naj­wy­żej dwa-trzy po­ko­le­nia. Na­tu­ral­ną ko­le­ją rze­czy de­po­zyt w końcu stra­cił­by zna­cze­nie, jeśli w ogóle je miał. Nikt i nic nie mogło za­pew­nić nie­prze­rwa­nej ochro­ny naj­star­sze­mu ro­do­wi An­glii, tylko dla­te­go, że kie­dyś stał się opie­ku­nem dziw­nej ta­jem­ni­cy.

Ostat­nia wy­mia­na zdań z ma­jor­do­mu­sem trwa­ła krót­ko.

– Wy­sła­łem po­słań­ca z pro­po­no­wa­nym ho­no­ra­rium. – Głos brzmiał sucho. – On wie tylko, że ma do­star­czyć prze­sył­kę. Spory pa­ku­nek, mimo, że do środ­ka wło­ży­łem bank­no­ty o du­żych no­mi­na­łach. Żad­nych kont, żad­nych prze­le­wów pie­nię­dzy… Po­wiedz jedno – bie­rzesz zle­ce­nie?

Zanim od­po­wie­dział „tak”, Guy mi­nu­tę się za­sta­na­wiał. W końcu uznał, że prze­sa­dza z wąt­pli­wo­ścia­mi. Zwa­rio­wa­ny szkoc­ki lan­dlord chciał się cze­goś po­zbyć albo za­spo­ko­ić dzi­wacz­ną, dla niego tylko zro­zu­mia­łą za­chcian­kę. Pro­ste i jasne wy­tłu­ma­cze­nie spra­wy.

Guy zadał jesz­cze jedno py­ta­nie, nie mogąc po­skro­mić cie­ka­wo­ści:

– Nie wmówi mi pan, że ta grota zieje pust­ką albo za­mier­za­cie znisz­czyć sie­dli­sko szczu­rów.  Co ukry­wa­cie w środ­ku?

Po chwi­li ma­jor­do­mus od­po­wie­dział po­waż­nym tonem:

– Pe­wien przed­miot. Bar­dzo stary. On na pewno panu nie za­gro­zi.  On ni­ko­mu nie za­gra­ża…

Znowu za­pa­dła cisza.

– Guy, jesz­cze jedno – kon­ty­nu­ował po chwi­li roz­mów­ca. – W ja­kiejś pro­te­zow­ni zrób skan dłoni z opusz­ka­mi pal­ców. Podam adres ma­ilo­wy do wy­sła­nia pliku. W ten spo­sób wej­dziesz do środ­ka. To je­dy­na moż­li­wość. Wi­dzisz, my na­praw­dę do­brze strze­że­my tego przed­mio­tu… Tak do­brze, że nikt nie wie, że on na­praw­dę ist­nie­je.

Tlący się w sercu nie­po­kój, po­my­ślał Guy, wiąże się wła­śnie z tym żą­da­niem ma­jor­do­mu­sa. Po raz ko­lej­ny zadał sobie py­ta­nie:

 – Czemu wej­ście do pie­cza­ry za­bez­pie­czo­no ni­czym drzwi głów­ne­go sejfu po­tęż­ne­go banku?

I cią­gle nie znaj­do­wał na nie od­po­wie­dzi.

 

***

 

Sta­ran­nie otrze­pał za­piasz­czo­ne dło­nie, a potem wy­tarł je chu­s­tecz­ką. Przed chwi­lą po­ło­żył ostat­nie głazy na brze­gach płach­ty ka­mu­fla­żo­wej. Sporo wa­ży­ły.

Za­wsze wszyst­ko pie­czo­ło­wi­cie przy­go­to­wy­wał, jak naj­mniej zo­sta­wia­jąc przy­pad­ko­wi. Sa­mot­nie sto­ją­cy land rover wzbu­dził­by wiel­ką cie­ka­wość wie­śnia­ka, który aku­rat po­sta­no­wił za­po­lo­wać na dzi­kie kró­li­ki. Na pewno stał­by się też obiek­tem do­cie­kli­wo­ści ja­kie­goś zwa­rio­wa­ne­go tu­ry­sty, wę­dru­ją­ce­go z na­mio­tem i po­dzi­wia­ją­ce­go pięk­no su­ro­wej przy­ro­dy. Tra­fia­li się tutaj i tacy lu­dzie.

Na­le­ża­ło się za­bez­pie­czyć. Te­re­no­we auto wy­glą­da­ło teraz na  ni­czym się nie wy­róż­nia­ją­cy, ska­li­sty wzgó­rek.

Spraw­dził sprzęt. Trzy ne­se­se­ry pełne ko­stek pla­sty­ku, czte­ry de­to­na­to­ry elek­trycz­nie, zwój kabli, młot, łomy i na­pę­dza­ny aku­mu­la­to­rem duży świ­der. Spora ba­te­ria umoż­li­wia­ła dłu­go­trwa­łą pracę wier­tła. Guy za­mie­rzał wy­drą­żyć w skle­pie­niu pie­cza­ry siat­kę głę­bo­kich dziur, żeby eks­plo­zje ro­ze­rwa­ły jak naj­grub­szą war­stwę gra­ni­tu. Ru­mosz wy­peł­ni ja­ski­nię, nisz­cząc wszyst­ko.  

Spoj­rzał na plan. Przy­po­mi­nał ba­zgro­ły, skre­ślo­ne ręką ma­łe­go dziec­ka, był jed­nak wy­jąt­ko­wo do­kład­ny. Strzał­ki po­ka­zy­wa­ły kie­run­ki jazdy. Za In­ver­ness podłą drogą na wschód. Skrę­cić przy ka­mien­nym krzy­żu w polny go­ści­niec, kie­dyś łą­czą­cy kilka nie­ist­nie­ją­cych już za­gród. Potem za­głę­bić się w West Lands le­d­wie wi­docz­ny­mi dróż­ka­mi, daw­niej uży­wa­ny­mi do prze­go­nu bydła. Je­chać dalej bez­dro­ża­mi, kie­ru­jąc się bu­so­lą i po­da­ny­mi punk­ta­mi orien­ta­cyj­ny­mi. Na ko­niec od­na­leźć do­lin­kę mię­dzy dwoma wznie­sie­nia­mi, za­zna­czo­ną czer­wo­nym krzy­ży­kiem.

Zna­lazł się tam, gdzie po­wi­nien – u pod­nó­ża wy­so­kie­go wzgó­rza o stro­mych sto­kach. Ciszę za­głu­szał tylko szur­got ka­my­ków, osy­pu­ją­cych się ze znisz­czo­ne­go ero­zją zbo­cza. Guy do­strze­gał wy­ku­ty w skal­nej opoce nie­wiel­ki krzyż, po­ro­sły mchem, a jed­nak do­brze wi­docz­ny.

Ide­al­ne miej­sce na kry­jów­kę – po­my­ślał, przy­ty­ka­jąc pło­mień za­pal­nicz­ki do planu. – Pust­ko­wie, omi­ja­ne przez ludzi, gdzie nawet latem chłód prze­ni­ka dresz­czem ciało, nie na­da­ją­ce się do wy­pa­su bydła. Przez stu­le­cia nikt tu nie za­glą­dał i nie zaj­rzy.

Wgniótł w zie­mię spo­pie­la­łe reszt­ki kart­ki i roz­tarł ob­ca­sem.

Cóż tam jest? – Nagle po­czuł przy­pływ pod­nie­ce­nia. – Na Boga, co oni chcą znisz­czyć za taką kupę szma­lu? Co, spo­czy­wa­ją­ce w tej nie­wi­docz­nej dla ludzi pie­cza­rze, tak ich zmę­czy­ło?  

Guy nie do­strze­gał nawet śladu wej­ścia. Pa­trzył na po­fał­do­wa­ną, wy­da­wa­ło­by się, jed­no­li­tą ścia­nę gra­ni­tu z kil­ku­na­sto­ma wą­tły­mi kęp­ka­mi trawy, ro­sną­cy­mi w za­głę­bie­niach. Ktoś jed­nak oczy­ścił re­lief w kształ­cie dłoni, umiej­sco­wio­ny po­ni­żej krzy­ży­ka, wy­raź­nie wi­docz­ne pię­cio­pal­cza­ste wgłę­bie­nie na wy­so­ko­ści jego bar­ków.

Już się nie za­sta­na­wiał. Uło­żył w wła­ści­wych miej­scach palce – silne, wy­ro­bio­ne la­ta­mi ćwi­czeń kłyk­cie, zdol­ne zmiaż­dżyć komuś gar­dło –  i mocno na­ci­snął.

Część skały ob­ró­ci­ła się z lek­kim szur­go­tem, jakby w środ­ku wiel­kie­go ka­mie­nia umiesz­czo­no pio­no­wą oś.

Wej­ście do pie­cza­ry stało otwo­rem.

 

***

 

Za­sko­czy­ło go, że nie mu­siał przy­sto­so­wy­wać pa­trze­nia do mroku. Nie po­trze­bo­wał włą­czać sil­nej la­tar­ki.

W głębi pie­cza­ry czer­wo­ną barwą go­rza­ło świa­tło. Plama in­ten­syw­ne­go bla­sku, roz­świe­tla­ją­ca ciem­ność, po­ka­zu­ją­ca kon­tu­ry wą­skie­go ko­ry­ta­rzy­ka i wnę­trze roz­le­głej ja­ski­ni, otu­lo­nej na ze­wnątrz gru­bym płasz­czem skały. Krwi­sta ja­sność wy­do­by­wa­ła się z cze­goś, co wy­glą­da­ło na dziw­ny po­jem­nik.

Blask prze­sła­nia­ły cie­nie, przy­po­mi­na­ją­ce ludz­kie syl­wet­ki.

 

***

 

Prze­nie­sie­nie sprzę­tu i ma­te­ria­łu wy­bu­cho­we­go po­szło pra­wie w oka­mgnie­niu.

Ktoś inny może cof­nął­by się, jed­nak nie Guy. W cza­sach służ­by dla bry­tyj­skiej ko­ro­ny kilka razy czoł­gał się pod­ziem­ny­mi tu­ne­li­ka­mi, żeby do­trzeć do środ­ka pil­nie strze­żo­nej sa­dy­by pu­styn­ne­go szej­ka. W pół­mro­ku cia­snych przejść wi­dy­wał wiele cieni i ża­rzą­cych się czer­wo­na­wo ślepi. Ocie­rał się o szczu­ry, wiel­kie ni­czym koty, spra­wiają­ce wra­że­nie pod­ziem­nych du­chów.  

Teraz za­le­d­wie kątem oka zer­kał w głąb groty. Za parę minut wszyst­kie­go się dowie. Usta­li, czym jest źró­dło świa­tła. Cią­gle ema­no­wa­ło silną, ciem­no­czer­wo­ną barwą, bez zmia­ny na­tę­że­nia.

Kop­nię­ciem od­su­nął nie­wiel­ki głaz, blo­ku­ją­cy wej­ście. Uło­żył go tuż przed uczy­nie­niem pierw­sze­go kroku. Ka­mien­ne drzwi za­trza­snę­ły się z tym samym cha­rak­te­ry­stycz­nym szur­go­tem.

Nie­daw­no spa­lo­na kart­ka nie kła­ma­ła. Z tej stro­ny wrót też znaj­do­wał się re­lief w kształ­cie dłoni. Przy­ło­że­nie ręki spo­wo­do­wa­ło, że wej­ście po­now­nie się ob­ró­ci­ło.

Guy uśmiech­nął się skąpo. Li­czył się z tym, że ktoś wy­my­ślił chy­try plan, ma­ją­cy wcią­gnąć go w pu­łap­kę, w któ­rej sko­nał­by z głodu i pra­gnie­nia, wyjąc z roz­pa­czy. Komuś mógł za­leźć mocno za skórę. To było bar­dzo mało praw­do­po­dob­ne, zbyt per­fek­cyj­ne i sta­now­czo za dro­gie, jed­nak nie wy­klu­czał ta­kiej moż­li­wo­ści.

Drą­żył teraz otwo­ry w gra­ni­to­wej masie dziw­nych wrót. Za dru­gim razem wrota mogły się nie otwo­rzyć, od­ci­na­jąc go od świa­ta ży­wych. Tak jak zwy­kle, sta­ran­nie za­bez­pie­czał drogę ewa­ku­acji.

For­mu­jąc dłoń­mi ko­lej­ne kost­ki, Guy mógł wresz­cie przyj­rzeć się temu, co wkrót­ce ob­ró­ci w proch. Prze­tra­wiał pierw­sze spo­strze­że­nia.

Od­dy­chał swo­bod­nie. Oce­nił, że w gó­ro­two­rze ist­nia­ły szcze­li­ny, stwo­rzo­ne przez na­tu­rę albo wy­sił­kiem czło­wie­ka, wen­ty­lu­ją­ce skal­ną kry­jów­kę.

Przed nim roz­po­ście­rał się wy­so­ki na ja­kieś sie­dem stóp prze­smyk, po­grą­żo­ny w pół­mro­ku. Przej­ście wio­dło w dół, tam, gdzie mrok naj­in­ten­syw­niej roz­świe­tla­ła plama czer­wo­ne­go świa­tła. Ko­ry­tarz roz­sze­rzał się w skry­tą w głębi ka­mien­ne­go wznie­sie­nia wiel­ką pie­cza­rę.

I było tam coś jesz­cze…

Przy­zwy­cza­jo­ny do czer­wo­nej sza­rów­ki wzrok Guya wi­dział wszyst­ko o wiele wy­raź­niej. Po­środ­ku stał po­tęż­ny stół. Wła­śnie na jego bla­cie go­rza­ło źró­dło krwi­ste­go bla­sku. Mebel ota­cza­ły pro­ste zydle, przy­po­mi­na­ją­ce re­lik­ty cza­sów śre­dnio­wie­cza. Z boku spo­strzegł rant mniej­sze­go stołu i kilka drew­nia­nych ław.

I tuzin nadal nie­wy­raź­nych syl­we­tek, o twa­rzach zwró­co­nych w jego stro­nę. Stali w mil­cze­niu. Tylko jeden z nich sie­dział przy  mniej­szym meblu, ob­ra­ca­jąc w pal­cach coś, co wy­glą­da­ło na kubek.

Guy dwu­krot­nie prze­tarł oczy. Obraz nie zni­kał. To nie był omam, może spo­wo­do­wa­ny zgro­ma­dzo­ny­mi tutaj ga­za­mi.

To była rze­czy­wi­stość, na razie nie­zro­zu­mia­ła. Nie­po­ję­ta.

Naj­wyż­sza z syl­we­tek nie­spo­dzie­wa­nie po­ma­cha­ła dło­nią.

– Przyjdź do nas. – Chro­pa­wy głos miał roz­ba­wio­ne brzmie­nie. – Rób swoje… Nic z tego nie wyj­dzie, spró­buj jed­nak wy­ko­nać za­da­nie. 

Nie­wy­raź­nie wi­dzia­ny męż­czy­zna wolno po­ki­wał głową.

– Naj­pierw jed­nak – dodał po chwi­li – mu­sisz nas po­ko­nać.

Głow­nia pod­nie­sio­ne­go z ławy mie­cza od­bi­ła blask czary i za­mi­go­ta­ła smugą pur­pu­ry.

 

***

 

Tego na­praw­dę nie mo­głem prze­wi­dzieć – z prze­peł­nia­ją­cą duszę wście­kło­ścią po­my­ślał Guy. –  Zbyt sza­lo­ne, żebym na to wpadł.

Już ro­zu­miał, z kim się spo­tkał. Nie ist­nia­ło inne wy­tłu­ma­cze­nie.

Zjawy cze­ka­ły na niego. Wie­dzia­ły, że przy­był, by znisz­czyć pie­cza­rę. Zle­ce­nio­daw­cy – tych kil­ka­na­ście po­sta­ci, sto­ją­cych przed nim – do­kład­nie go roz­pra­co­wa­li, a teraz za­pro­po­no­wa­li walkę na śmierć albo życie. Wła­śnie o to szło tym wy­na­tu­rzo­nym bo­ga­czom.  O sy­cą­cą ich chore umy­sły mor­der­czą grę.

Jedna z po­sta­ci pod­nio­sła rękę. W dłoni trzy­ma­ła kubek. Po bla­cie stołu za­grze­cho­ta­ły rzu­co­ne kości do gry.  

– Witaj, chłop­cze. – Czło­wiek z mie­czem po­stą­pił dwa kroki na­przód.  – Po­znaj­my się. Je­stem Lan­ce­lot. Dawno temu na­zy­wa­no mnie Lan­ce­lo­tem z Je­zio­ra. Lan­ce­lot du Lac… Mamy czas na za­ła­twie­nie spra­wy.

Guy w mil­cze­niu kiw­nął głową. Ba­czył na jedno – za­cho­wa­nie  bez­piecz­ne­go dy­stan­su do czło­wie­ka o dziw­nym imie­niu.

Nie wszyst­ko jesz­cze ro­zu­miał. Stół z po­jem­ni­kiem, bez dro­bin­ki kurzu, błysz­czał nie­ska­la­ną czy­sto­ścią. Po­środ­ku gład­kiej po­wierzch­ni stała czara – me­ta­lo­we na­czy­nie, wy­ko­na­ne, jak oce­nił, z mo­sią­dzu. Może z mie­dzi. Ono roz­świe­tla­ło grotę czer­wo­nym bla­skiem. Ema­no­wa­ło świa­tłem, jakby za­wie­ra­ło w sobie ła­du­nek, roz­pra­sza­ją­cy ciem­ność.

Czara dziw­nie przy­cią­ga­ła wzrok.

Guy spoj­rzał uważ­niej. Po­kaź­ny kie­lich wy­peł­niał płyn, gęsta ciecz krwi­sto­czer­wo­nej barwy. Wy­glą­da­ła jak krew. Prze­by­wał w pie­cza­rze już sporo czasu, po­win­na więc za­schnąć, skrzep­nąć, prze­isto­czyć się w grudę ma­te­rii. A jed­nak lśni­ła wspa­nia­łym ko­lo­rem, jakby jej ist­nie­nia nic nie ogra­ni­cza­ło. Jakby, raz wlana do czary, ist­nia­ła poza i ponad ludz­kim cza­sem i pra­wa­mi ma­te­rii.

Guy wes­tchnął. Nie ro­zu­miał tego fe­no­me­nu. Uznał, że wy­ja­śni sobie to póź­niej.

Prze­niósł spoj­rze­nie na to­wa­rzy­szy Lan­ce­lo­ta. Torsy okry­wa­ły kol­czu­gi, wzmoc­nio­ne pła­ta­mi me­ta­lu. Ręce chro­ni­ły tu­le­jo­wa­te osło­ny.

Rzu­co­ne kości znowu za­grze­cho­ta­ły. Męż­czy­zna sie­dzą­cy przy bocz­nym sto­li­ku ze­brał je i wło­żył do skó­rza­ne­go kubka.

– Same szóst­ki, i to trze­ci raz pod rząd! – rzu­cił, nie­spo­dzie­wa­nie błogo się uśmie­cha­jąc. – Chyba znak… On cza­sa­mi tak po­stę­pu­je.

Jed­nym ru­chem ze­rwał się na równe nogi, spraw­nie i gibko, jak ktoś nie­by­wa­le silny.

– Za­cznij­my! – W gło­sie brzmia­ła dziw­na ra­dość. – Sprawdź­my, czy na­resz­cie do­cze­ka­łem od­ku­pie­nia! Prze­ko­naj­my się!

Ujął w dłoń przed­miot, le­żą­cy na ławie, topór na dłu­gim, eso­wa­to wy­gię­tym sty­li­sku. Za­to­czył bro­nią łuk nad głową.

– Przy­by­łeś, aby znisz­czyć schro­nie­nie świę­tej czary. I ją. – Lan­ce­lot cof­nął się o krok. – Naj­pierw nas po­ko­naj, cho­ciaż ostrze­gam, że to nie­moż­li­we.

Wła­śnie tego Guy się spo­dzie­wał. Wszyst­ko się po­twier­dza­ło. Wcze­śniej zna­lazł już wy­tłu­ma­cze­nie tej sy­tu­acji, wy­ja­śnie­nie ba­nal­nie pro­ste i oczy­wi­ste.

Ci lu­dzie upra­wia­li wy­na­tu­rzo­ny, eks­tre­mal­ny sport. Przy­go­to­wa­li krwa­wą za­ba­wę, bez­li­to­sną grę w za­bi­ja­nie, da­ją­cą pod­nie­tę ich cho­rym umy­słom. A on zo­stał zwie­rzy­ną, prze­zna­czo­ną na rzeź. Grup­ka roz­ka­pry­szo­nych bo­ga­czy, łak­ną­ca eks­cy­tu­ją­cych do­znań, wy­my­śli­ła za­ba­wę. Pew­nie umie­ści­li gdzieś ka­me­ry, żeby potem roz­ko­szo­wać się wi­do­kiem jego śmier­ci. W cza­rze ukry­li źró­dło świa­tła, a płyn sta­no­wił mie­sza­ni­nę sta­ran­nie do­bra­nych che­mi­ka­liów, łu­dzą­co po­dob­ną do krwi.

Nie po­nie­śli też du­żych kosz­tów, je­że­li wspól­nie zło­ży­li się na sfi­nan­so­wa­nie wcią­gnię­cia go w pu­łap­kę. Wy­da­tek pa­ru­na­stu ty­się­cy fun­tów na głowę za­ak­cep­to­wa­li bez mru­gnię­cia okiem, cze­ka­jąc na przy­jem­ność po­wol­ne­go za­bi­ja­nia go po ka­wał­ku.

Jed­ne­go Guy był cie­kaw – ilu ludzi już wy­pra­wi­li na tam­ten świat.

I jed­ne­go był też pewny – za­wio­dą się. Pew­nie po raz pierw­szy, ale ostat­ni. Za­wio­dą się i sami skosz­tu­ją smaku umie­ra­nia.

Po­my­li­li się, bo on za­wsze prze­wi­dy­wał naj­gor­sze sce­na­riu­sze. I sta­ran­nie się za­bez­pie­czał.

 

***

 

W ka­bu­rze pod pachą miał trzy­na­sto­strza­ło­wą be­ret­tę, a za­pa­so­wy ma­ga­zy­nek ob­cią­żał kie­szeń. W ol­strze przy pasku spodni tkwił re­wol­wer z długą lufą. Nóż ze świet­nej stali spo­czy­wał w wcię­ciu kurt­ki.

Guy wie­dział, że nadal świet­nie strze­la z broni krót­kiej, trzy­ma­nej w obu rę­kach. Z tej od­le­gło­ści trafi tam, gdzie trze­ba. Zanim te gnoje zo­rien­tu­ją się, że na­de­szły ostat­nie chwi­le ich mar­ne­go ist­nie­nia, wy­bi­je wszyst­kich do ostat­nie­go. W razie po­trze­by po­de­rżnie ran­nym gar­dła.

A potem z dziką roz­ko­szą wy­ko­na zle­ce­nie, grze­biąc ciała w skal­nym ru­mo­wi­sku. Czę­ści pi­sto­le­tu i re­wol­we­ru wy­lą­du­ją w ba­gnach i rze­kach. Nikt nie od­kry­je skal­ne­go grobu, bo sami się o to po­sta­ra­li. A je­że­li ktoś go znaj­dzie, po­li­cja nie po­łą­czy z dziw­nym mor­dem czło­wie­ka, który nie znał żad­nej z ofiar, zmie­nił toż­sa­mość i stał się po­wa­ża­nym miesz­kań­cem jed­nej z uro­kli­wych wy­se­pek Morza Śród­ziem­ne­go.

Nie­spo­dzie­wa­nie męż­czy­zna z to­po­rem z dzi­kim wrza­skiem rzu­cił się do ataku.

Kciuk prze­su­nął bez­piecz­nik. Pierw­szy strzał tra­fił na­past­ni­ka w głowę, drugi w serce. Ko­lej­ne dwa ude­rzy­ły w Lan­ce­lo­ta. 

Guy na­ci­skał spust do chwi­li, gdy jego serce prze­bił rzu­co­ny z wiel­ką siła pu­gi­nał. Gdy nie­spo­dzie­wa­nie ogar­nę­ła go ciem­ność, po­sęp­ny, bez­brzeż­ny mrok, w który się za­nu­rzył. W ostat­nich chwi­lach świa­do­mo­ści czuł, że spada w prze­paść, w cze­luść dziw­nej ot­chła­ni, nie­ma­te­rial­nej i bez­cza­so­wej. Wie­dział, że ogar­nia go ot­chłań śmier­ci.

A jed­nak gdzieś, na końcu tej prze­pa­ści znowu bły­snę­ła plama czer­wo­ne­go świa­tła.  

Blask na­ra­stał.

 

***]

 

Świa­do­mość po­wra­ca­ła po­wo­li. Nic go nie bo­la­ło, tylko dziw­nie stę­ża­łe mię­śnie i ścię­gna z tru­dem się roz­luź­nia­ły.

Guy wolno pod­niósł się ze skal­ne­go pod­ło­ża. Nie po­szło łatwo, jakby przy­po­mi­nał sobie opa­no­wa­ne w dzie­ciń­stwie ruchy. Czuł dziw­ne zmę­cze­nie. I coś jesz­cze. Miał pew­ność, że stał się kimś innym. I że tę od­mien­ność do­pie­ro pozna i na­uczy się z nią żyć.

Coś za­chrzę­ści­ło pod bu­ta­mi. Spoj­rzał w dół. Na­dep­nął na łuski od na­bo­jów. Jedna z nich, wzię­ta w palce, jesz­cze tro­chę pa­rzy­ła.

Przyj­rzał się uważ­nie temu, co go ota­cza­ło. Nic się nie zmie­ni­ło, tylko le­żą­ce obok stołu ciało prze­mie­ni­ło wy­gląd ja­ski­ni. Czło­wiek, nie­daw­no cie­szą­cy się z szczę­śli­wych rzu­tów ko­ść­mi, a potem na­cie­ra­ją­cy z furią, był teraz tru­pem.

Ktoś wstał od stołu. Guy przy­po­mniał sobie jego imię – Lan­ce­lot.

– Sta­łeś się nowym straż­ni­kiem świę­tej czary Gra­ala. – Nie­daw­ny prze­ciw­nik po­ło­żył rękę na jego ra­mie­niu.  – Per­ce­val za­znał od­ku­pie­nia. Od­szedł. Już jest szczę­śli­wy. Za­stą­pi­łeś go.

Guy mil­czał. Oglą­dał swoje dło­nie. Nie zmie­ni­ły się. Silne ni­czym szczę­ki ima­dła dłu­gie palce, kłyk­cie ofi­ce­ra re­gi­men­tu spa­do­chro­no­we­go z Sus­sex, a potem do­wód­cy grupy sztur­mo­wej SAS. Jed­nak, tak jak całe ciało, były inne…

Coś się z nim stało. Coś nie­po­ję­te­go. Jesz­cze nie wie­dział, co.

Jed­no­cze­śnie czuł i dziw­ną lek­kość, i nie­zro­zu­mia­łą ocię­ża­łość. W tej nie­daw­nej ot­chła­ni bez­czu­cia, mroku, kli­nicz­nej śmier­ci zmie­nił cie­le­sność. W umy­śle na­ro­dzi­ła się na­dzie­ja, że pew­nie na krót­ko.

Bo prze­cież żył… Żył!

– Szyb­ko się przy­zwy­cza­isz. – Lan­ce­lot zda­wał się ro­zu­mieć jego od­czu­cia. – Kie­dyś ktoś cię zmie­ni, tak jak za­stą­pi i mnie. Kie­dyś… Nie wiemy, kiedy, jed­nak tak się sta­nie. 

Tę­sk­nie się uśmiech­nął.

Guy pa­trzył na niego bez słowa. Za­mie­ra­ły na war­gach. Wszyst­ko, co prze­żył, nie mogło być prze­cież snem. Pusta gilza spa­rzy­ła mu palce. Mu­siał wie­rzyć, że to, co go ota­cza­ło, było oma­mem. Ułudą dziw­nej rze­czy­wi­sto­ści. Pew­nie jakiś bez­won­ny gaz po­wo­do­wał ha­lu­cy­na­cje.

Na­ro­dzi­ła się nowa myśl.

Wróci do wyj­ścia, otwo­rzy wrota, za­czerp­nie świe­że­go po­wie­trza. Za­ło­ży maskę – za­rzu­cał sobie, że nie zro­bił tego wcze­śniej – i wy­ko­na za­da­nie. Mylił się, są­dząc, że na­po­tkał grupę ad­mi­ra­to­rów krwa­we­go spor­tu. Ci lu­dzie nie ist­nie­li. Jego umysł two­rzył dziw­ne ma­ja­ki. I to jego umysł roz­ma­wiał sam ze sobą, ze stwo­rzo­nym wy­two­rem wy­obraź­ni.  Rzu­cił okiem na le­żą­ce przed nim ciało.

Blak­nę­ło. Po­wo­li roz­wie­wa­ło się. Su­ro­we rysy twa­rzy za­ma­zy­wa­ły się. Nie za­cie­rał się tylko szczę­śli­wy uśmiech, sze­ro­ko roz­chy­la­ją­cy wargi.

– On nie umarł. Sko­nał już dawno temu, tak jak i my. – Głos Lan­ce­lo­ta znowu prze­rwał ciszę. – On tylko od­szedł. Nie wiemy, dokąd – kon­ty­nu­ował ze sły­szal­nym na­my­słem. – Może do tego, któ­re­go krew chro­ni­my. Może otrzy­mał inne za­da­nie, tam, skąd przy­by­łeś, i po­now­nie znaj­du­je się wśród ży­wych. Tak jak i ktoś, kogo na­zy­wa­my ma­jor­do­mu­sem… Ty zgi­ną­łeś nie­daw­no i pew­nie długo bę­dzie­my razem, cho­ciaż tylko przez okru­szek wiecz­no­ści…

Kości znowu za­grze­cho­ta­ły. Po­zo­sta­li miesz­kań­cy pie­cza­ry roz­sie­dli się przy małym stole. Przed każ­dym leżał sto­sik ka­my­ków.

– On strze­że czary na ze­wnątrz – Du Lac mówił tak, jakby oznaj­miał ważną no­wi­nę. – On i jesz­cze kilku. Cho­ciaż jeden z nich za­wiódł, zwąt­pił, nie zmie­nio­no wy­bo­ru. Wy­bo­ru cie­bie… Ten ułom­ny du­chem straż­nik pew­nie już po­ku­tu­je, tylko gdzie in­dziej.

Guy nie za­mie­rzał dalej po­zo­sta­wać w świe­cie zwi­dów, nie­ist­nie­ją­cych po­sta­ci, to­czyć w umy­śle we­wnętrz­ne­go dys­kur­su. Mu­siał uczy­nić jedno – wy­do­stać się na ze­wnątrz i od­zy­skać świa­do­mość. Wró­cić do re­al­ne­go ist­nie­nia i za­cząć śmiać się z sie­bie.

Wtedy na­resz­cie wy­ko­na zle­ce­nie. Do­brze pa­mię­tał, że prze­cież za­wsze je re­ali­zo­wał.

 

***

 

Z nie­do­wie­rza­niem oglą­dał swoje palce. Nie pa­mię­tał już, który raz. Bez trud­no­ści zgnia­tał nimi orze­chy wło­skie – pę­ka­ły ni­czym cho­in­ko­we bomb­ki. A teraz nie po­tra­fi­ły uchwy­cić świ­dra. Spraw­dzić, czy prze­su­wa się dźwi­gnia de­to­na­to­ra.

Dło­nie stały się bez­cie­le­sne. Słu­cha­ły go, jed­nak nie ra­dzi­ły sobie z ma­te­rią. Spra­wia­ły wra­że­nie or­ga­nów ducha. W ze­spo­le­niu ze skal­nym re­lie­fem wrót też oka­za­ły się bez­sil­ne. Wej­ście bez­li­to­śnie trwa­ło nie­ru­cho­mo, jak po­tęż­ne wieko pod­ziem­ne­go gro­bow­ca.  

Guy zro­bił to, co jesz­cze mógł zro­bić – wró­cił do wnę­trza pie­cza­ry.

– Gdzie się zna­la­złem? – zadał Lan­ce­lo­to­wi py­ta­nie, które drą­ży­ło umysł. – Kim je­ste­ście?

Lan­ce­lot nie uczest­ni­czył w grze. Sie­dział na zydlu, opar­ty ple­ca­mi o ścia­nę, jakby cze­kał na Guya. Wstał.

– W czyść­cu – od­po­wie­dział z ni­kłym uśmie­chem. – On go tu urzą­dził. Dla nas, a teraz dla cie­bie. On…

Wska­zał na czarę.

– Dawno temu wy­zna­czył nam za­da­nie: chro­nie­nie tej świę­to­ści. Od­by­wa­my tutaj po­ku­tę. Ty ją do­pie­ro roz­po­czą­łeś.

Lan­ce­lot miał dłu­gie, białe włosy, się­ga­ją­ce do ra­mion, szczu­płą twarz, po­kry­tą bruz­da­mi zmę­cze­nia. Duże, nie­bie­skie oczy wpa­try­wa­ły się teraz uważ­nie w roz­mów­cę. Nadal ciało osła­nia­ła cięż­ka kol­czu­ga. 

Do­pie­ro teraz Guy za­uwa­żył, że na pan­ce­rzu i kształt­nej gło­wie du Laca nie osia­dła nawet smuż­ka kurzu. Nie do­strzegł też ran, a prze­cież tra­fił bia­ło­wło­se­go. Blat stołu z czarą cią­gle lśnił nie­ska­la­ną czy­sto­ścią. Lan­ce­lot i po­zo­sta­li wy­glą­da­li, jakby ziem­ski brud nie miał do nich do­stę­pu. 

Guy już nie wie­dział, co my­śleć.

– Ka­wa­łek czyść­ca tutaj, na tym zim­nym pust­ko­wiu, po­śród krów, za­ję­cy i dzi­kie­go ptac­twa? – Po­trzą­snął głową. – To majak. Kie­dyś się od niego uwol­nię. Po­wiedz praw­dę!

– Skąd wiesz, ze kła­mię? Skąd wiesz, że nie za­czą­łeś po­za­ziem­skiej kary, cho­ciaż nigdy o tym nie my­śla­łeś? – Oczy daw­ne­go ry­ce­rza Okrą­głe­go Stołu bły­snę­ły. Mówił z dziw­ną mocą, z żarem, prze­bi­ja­ją­cym z każ­dej wy­po­wia­da­nej sy­la­by. – Skąd wiesz, że ten, któ­re­go krew chro­ni­my nie­kie­dy nie prze­no­si ot­chła­ni cier­pie­nia do re­al­no­ści? Skąd wiesz – cią­gnął sil­nym gło­sem, nagle od­bi­ja­ją­cym się echem od skal­nych ścian – że to, czego do­świad­cza­my: wojny, wy­bi­ja­nie ty­się­cy ludzi, głód, za­ra­zy, nie są czę­ścia­mi czyść­ca, stwo­rzo­ne­go wokół nas, żeby po­skro­mić naszą pychę i mor­der­cze in­stynk­ty… Sam się prze­ko­nasz, gdzie do­sze­dłeś.

Gra­cze w kości ki­wa­li gło­wa­mi. Pary zydli nikt nie zaj­mo­wał. Zda­wa­ły się cze­kać na dwie po­sta­cie, sto­ją­ce obok czary.

Guy nie po­tra­fił zna­leźć od­po­wie­dzi. Może rze­czy­wi­ście prze­szedł przez gra­ni­cę życia i śmier­ci, i zna­lazł się po dru­giej stro­nie?

Zadał ko­lej­ne py­ta­nie, bo cią­gle pra­wie ni­cze­go nie poj­mo­wał:

– Do czego ona po­słu­ży? Znasz cel jej ist­nie­nia?

Lan­ce­lot przez chwi­lę mil­czał. Nie­spo­dzie­wa­nie uśmiech­nął się.

– Tego też nie wiemy, kie­dyś jed­nak po­zna­my prze­zna­cze­nie czary – stwier­dził tym samym, sil­nie brzmią­cym tonem. Tonem bez­gra­nicz­nej uf­no­ści i nie ma­ją­cej wąt­pli­wo­ści wiary. – Ona trwa przez tyle wie­ków! Teraz cier­pi­my za ziem­skie grze­chy, a jed­nak zo­sta­li­śmy wy­brań­ca­mi. Nawet sobie nie wy­obra­żasz, jak sroga jest kara.

Przez kil­ka­na­ście se­kund mil­czał, może zbie­ra­jąc myśli. Może pra­gnąc prze­ka­zać wszyst­ko do­kład­nie.

– Zo­sta­ło nam tylko opo­wia­da­nie o daw­nych czy­nach – kon­ty­nu­ował, teraz już cicho. – O na­szych po­tycz­kach, bi­twach, za­bój­stwach. Ten, kto wygra w kości i zbie­rze ka­my­ki, za­czy­na. Potem je znowu dzie­li­my, gramy po­now­nie… Znowu opo­wia­da­my swoje życie, w nie­skoń­czo­ność, bez chwi­li prze­rwy…

Po­trzą­snął głową.

– Znamy swoje hi­sto­rie na pa­mięć, jed­nak snu­je­my je aż do wy­rzy­ga­nia be­be­chów – kon­ty­nu­ował wolno. – Nic in­ne­go nam nie po­zo­sta­ło. Tutaj nie ma dnia ani nocy – ota­cza nas bez­cza­so­wa wiecz­ność. Nie masz po­ję­cia, jak szyb­ko dawne wspo­mnie­nia za­czy­na­ją do­skwie­rać. Za­czy­na­ją ranić, w końcu palić. Roz­ma­wia­my o prze­szło­ści i nagle ro­zu­mie­my, jak nędz­ne życie wie­dli­śmy. Nie­go­dzi­wie mor­der­cze. Za­bi­ja­li­śmy w imię ho­no­ru, zasad, dla próż­nej chwa­ły… By­li­śmy nędz­ny­mi okrut­ni­ka­mi.  

Lan­ce­lot prze­sy­py­wał w dło­niach garść skal­nych okru­chów, po­ły­sku­ją­cych czer­wo­na­wo w bla­sku czary.

Kości znowu za­grze­cho­ta­ły. Guy wie­dział już, co ozna­cza ten dźwięk.

– Aż w końcu za­zna­my odku­pie­nia. Per­ce­val tego już do­stą­pił… – Lan­ce­lot uśmiech­nął się. – Do­wie­my się, do czego po­słu­ży kie­lich z krwią, otrzy­ma­my inne za­da­nie.

Guy słu­chał w na­pię­ciu. Nie po­tra­fił od­wró­cić wzro­ku od czary.  Ten blask jakby go przy­zy­wał. Pro­sił, aby oparł dło­nie o pu­char i zaj­rzał w głąb. Ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że nie śmie tego uczy­nić. Nie bał się, po pro­stu czuł, że dotyk jego pal­ców skala pu­char.

Spu­ścił wzrok. U jego stóp nie­daw­no spo­czy­wa­ło ciało Per­ce­va­la.  Pra­wie już nie ist­nia­ło – po­zo­sta­ło tylko pasmo bla­sku i twarz. Twarz z coraz bar­dziej szczę­śli­wym uśmie­chem.

Guy nie wie­rzył wła­snym oczom i uszom, jed­nak to mogła być praw­da. Praw­da o czymś, o czym nigdy nie my­ślał.

Lan­ce­lot wy­cią­gną rękę.

– Weź, chłop­cze. – Wsy­pał skal­ne okrusz­ki w nad­sta­wio­ne dło­nie Guya.. – Nie­ba­wem opo­wiesz nam swoje życie. Wy­spo­wia­dasz się tak wiele razy, że nie bę­dziesz pa­mię­tał chwi­li roz­po­czę­cia no­we­go ist­nie­nia.  A kie­dyś, tak jak ten, któ­re­go wy­pra­wi­łeś w drogę, otrzy­masz nowe za­da­nie…

Kości znowu po­to­czy­ły się po stole.

Lan­ce­lot prze­gła­dził włosy. Ten sam tę­sk­ny uśmiech roz­świe­tlił su­ro­we rysy twa­rzy.

Guy z całej siły za­ci­snął pię­ści. Nie czuł bólu. Ostre kra­wę­dzie nie wbi­ja­ły się w skórę. Nie po­ja­wi­ły się kro­pel­ki krwi.

Ta rze­czy­wi­stość trwa­ła, jak obraz świa­ta, wi­dzia­ny umy­słem schi­zo­fre­ni­ka. Może w tym za­wie­ra­ła się od­po­wiedź – w na­głym ataku cho­ro­by, która wy­wró­ci­ła na nice jego zmy­sły.

Po czasz­ką mi­gnę­ła mu roz­pacz­li­wa kon­sta­ta­cja, że Lan­ce­lot jest jego dru­gim uoso­bie­niem, psy­chicz­nym alter ego, ucie­le­śnio­nym jako omam wy­rzu­tem su­mie­nia, od dawna pod­świa­do­mie gry­zą­cym duszę. To dru­gie ja zwy­cię­ża­ło, za­własz­cza­ło umysł, try­um­fo­wa­ło.

I na­stęp­na re­flek­sja, do­szczęt­nie ni­we­czą­ca po­przed­nią. Prze­cież, gdyby jego umy­słem nagle za­wład­nę­ła cho­ro­ba, nie po­wi­nien o niej wie­dzieć. Nie mógł zda­wać sobie z tego spra­wy.

Nagle Guya ogar­nę­ło dziw­ne uko­je­nie.

Kie­dyś wszyst­kie­go na pewno się dowie… Kie­dyś otrzy­ma nowe, nie­zwy­kle ważne za­da­nie. Lan­ce­lot, nowy to­wa­rzysz, nie miał nawet cie­nia wąt­pli­wo­ści.

W prze­peł­nio­nym nie­pew­no­ścią umy­śle Guya zro­dził się pro­myk na­dziei. Kie­dyś prze­ko­na się, czy Lan­ce­lot ma rację.

Sam nie wie­dział, dla­cze­go, jed­nak ode­tchnął z ulgą i ucie­szył się z tego, że  ten pło­myk otu­chy, nowej na­dziei, go­rze­je krwi­stym bla­skiem.

 

24 stycz­nia 2016 r. Roger Re­deye

 

Ilu­stra­cja – Mar­cin Czar­nec­ki

Koniec

Komentarze

Czytałem już jakiś czas temu w Histerii. Autor tez już zna moją opinię:

Bardzo dobry warsztat, szczególnie początkowe fragmenty przypadły mi do gustu. Domyśliłem się dość szybko, że będzie chodziło o Graal, szkoda że nie dodałeś króla Artura (chociaż to pewnie on był tajemniczym zleceniodawcą). Trochę zgrzytnął mi opis pierwszego spotkania z Lancelotem i sama walka w której Hawkes ginie. Ciekawy bohater, jego historia warta jest rozwinięcia :)

Bel­haju  – dzięki za komentarz. Tak, pamiętam Twoją ocenę tekstu. Miło, ze ponownie odniosłeś bardzo dobre wrażenie.

Co do walki – uznałem, że nie ma potrzeby zbytnio rozszerzać jej opisu. Hawkes miał zginąć i zginął, chociaż łudził się, ze zwycięży. W normalnych warunkach pewnie tak by było, ale to nie były zwykłe warunki. A że Lancelot i jego towarzysze przenieśli się do świata pieczary bardzo dawno, posługiwali się orężem, którego używali za życia.  To mi bardzo odpowiadało, bo refleksja Guya z oceny tej sytuacji jest jak najbardziej naturalna.

Pewnie, że tekst można by rizwinąć o jeszcze jeden wątek, a nawet kilka, ale limit znaków był nieubłagany.

Pozdrawiam.

Przeczytałam, niestety, bez satysfakcji, albowiem opowiadanie zdało mi się dość monotonne i nużące, by nie rzec nudne – mnóstwo słów, niewiele zdarzeń. Wykonanie przyzwoite, choć nie pozbawione usterek.

 

Drogę do In­ver­ness prze­mie­rza­ło nie­wie­le sa­mo­cho­dów, jed­nak Guy nie śpie­szył się. Miał dużo czasu na do­tar­cie do Hi­gh­lands, gó­rzy­stej czę­ści Szko­cji, prze­mie­rze­nie ob­sza­ru West Lands… – Czy to celowe powtórzenie?

 

Szyb­ko zdał sobie spra­wę, ze czeka go jedno… – Literówka.

 

sta­jąc fi­la­ra­mi pań­stwa mu­zuł­mań­skie­go. – Literówka.

 

czy kupno raz w ty­go­dniu bu­tel­ki kil­ku­na­sto­let­niej whi­sky i wi­zy­ta w eks­klu­zyw­nym klu­bie nie na­ru­szy do­mo­we­go bu­dże­tu. – Ponieważ piszesz o dwóch czynnikach, raczej: …nie na­ru­szą do­mo­we­go bu­dże­tu.

 

ja­ski­nię ob­ró­cił­by w ru­mo­wi­sko za znacz­nie mniejs­żą kwotę… – Literówka.

 

Był pe­wien, że były ofi­cer SAS… – Nie brzmi to najlepiej.

Może: Miał pewność, że były ofi­cer SAS

 

czemu za­mie­rza­ją ob­ró­cić w perzy­nę miej­ce… – Literówka.

 

Sa­mot­nie sto­ją­cy land lover… – Literówka.

 

Tra­fia­li się tutaj i tacy ludze. – Literówka.

 

Ciszę za­głu­szał tylko szur­got ka­my­ków… – Czy ciszę na pewno można zagłuszać?

A może miało być: Ciszę zakłócał tylko szur­got ka­my­ków

 

spra­wią­ce wra­że­nie pod­ziem­nych du­chów. – Literówka.

 

spró­buj jed­nak wy­ko­nać za­da­nie. j! – Dlaczego po kropce jest litera z wykrzyknikiem?

 

Po­kaź­ny kie­lich wy­peł­niał płyn., gęsta ciecz… – Zbędna kropka.

 

ze­bral je i wło­żył do skó­rza­ne­go kubka. – Literówka.

 

z broni krót­kiej, trzy­ma­nej w w obu rę­kach. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

***[i] – Co to jest?

 

Nie wiemy, dokąd – kon­ty­nu­ował z sły­szal­nym na­my­słem. – …kon­ty­nu­ował ze sły­szal­nym na­my­słem.

 

Guy nie za­mie­rzał dalej po­zo­sta­wać w świe­cie zwid… – …w świe­cie zwidów

Zwid jest rodzaju męskiego.

 

szczu­płą tawrz, po­kry­tą bruz­da­mi zmę­cze­nia. – Literówka.

 

Zda­wa­ły się cze­kać na dwie po­sta­cie, sto­ją­ce obok czary. . – Jeśli miał być wielokropek, brakuje jednej kropki, a jeśli miała być kopka, jest o jedną kropkę za dużo.

 

Wy­spo­wia­dasz się tek wiele razy… – Literówka.

 

ucie­le­śnio­nym jako zwida  wy­rzu­tem su­mie­nia… – …ucie­le­śnio­nym jako zwid wy­rzu­tem su­mie­nia

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dobra praca korektorska, bardzo mi się przyda. Dzięki.

A to nie jest opowiadanie akcji… 

Ciekawy pomysł, spodobał mi się. Belhaj ma rację – tożsamość czary bardzo szybko staje się oczywista. Ale budzi to pewne refleksje.

Literówki ciągle w tekście są. Zdaje się, że po jednej, wskazanej przez Reg, został nawias kwadratowy.

Wydaje mi się, że warto byłoby uzupełnić grono strażników o jakichś innych ludzi, kogoś między Lancelotem a protagonistą. Na pewno jacyś kandydaci w historii Wielkiej Brytanii by się znaleźli. ;-)

Babska logika rządzi!

Służę uprzejmie, Rogerze. :)

Nie spodziewałam się opowiadania akcji. Miałam nadzieję na ciekawe opowiadanie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tak, mrówcza praca korektora, łapiącego literówki, błędy ortograficzne, zbędne spacje albo brak spacji, źle postawione przecinki lub brak przecinków  jest bardzo potrzebna.

A czy opowiadanie jest ciekawe? A to zależy od czytelnika. Dla jednych tak, dla innych nie.

Już kiedyś pisałem, że, jeżeli opowiadanie mnie nie wciąga, nudzi, to go nie czytam. Oszczędza to czas. Proponuję podobne podejście.

Czemu w wyrazie land rover jest literówka? W sprawie pisowni tego wyrazu oraz wyrazu semteks miałem małą dyskusję.

Finklo, chyba nieMoże zabrakło zdania, że są jedynymi strażnikami czary, bo oni jej szukali, a jeden z nich znalazł.

Dzięki za przeczytanie i komentarz. Miło,  ze “Pieczara” się podobała.

Pozdrówka

Och, ale chyba różni ludzie szukali? Może nie aż tak intensywnie jak sir Lancelot, ale wydaje mi się, że chętnych nie brakło.

Babska logika rządzi!

Szukali wszyscy, legendy mówią, że znalazło trzech. Wśród nich nie było Lancelota. Był jego syn, Galahad, ale on nie wrócił. Ale w opowiadaniu jeden ze znalazców czary jest wymieniony z imienia… To Perceval, tyle, że imię jest podane jako imię francuskie. To było normalne, i Lancelot bardzo często występuje jako Lancelot du Lac – Lancelot z Jeziora. Może dlatego Perceval  odchodzi pierwszy?

Chciałem trochę pociągnąć ten wątek, ale adresatem opowiadania był magazyn grozy, więc sobie odpuściłem.

Link, bota bene jeden z wielu – https://pl.wikipedia.org/wiki/Parsifal_(posta%C4%87_literacka)

Pozdrówka.

Czemu w wyrazie land rover jest literówka?

Podejrzewam, Rogerze, że dlatego, iż ją popełniłeś: Samotnie stojący land lover wzbudziłby wielką ciekawość wieśniaka

 

Mam taki zwyczaj, Rogerze, że staram się czytać wszystkie opowiadania dodane w dni moich dyżurów. Owszem, czasem się zdarza – jeśli tekst jest wyjątkowo nudny i męczący – że przerywam lekturę. Z Pieczarą uporałam się bez przykrości, tyle że satysfakcji nie zaznałam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ach, rzeczywiście, przy zmianie szyku zdania literę  r zmieniłem na  l… Albo sama się zmieniła, bo Word niekiedy płata takie figle.

Chodziło wtedy o pisownię tego wyrazu – małymi czy dużymi literami. Poprawiałem i znowu zmieniałem te wyrazy. Ostatecznie zostały małe litery, tak jak proponowałem, ale w land roverze coś mogło sie pokićkać.. Podobnie było przy  semteksie.

Ano, przykry obowiązek, czytania tekstu, który nie sprawia satysfakcji. Współczuję, ale – sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało…

Bywa i tak. 

Przeczytałem, na szczęście literówki i inne błędy nie miały znaczącego wpływu na moje odczucia względem tekstu. Niestety moim zdaniem w opowiadaniu jest za mało akcji, a za dużo jej opisów i nawiązań do przeżyć głównego bohatera, mimo to bez większych przeszkód czytałem dalej, aż do śmierci Guya, od niej lektura była raczej męcząca.

 

Podsumowując wiele ciekawych pomysłów, fabuła warta dopracowania i rozwinięcia, ale nie podoba mi się zakończenie oraz ilość akcji.

Nie dałam rady skończyć

przebycie obszaru West Lands,

nie powinno być Westlands? Tylko nie jestem pewna, czy geograficznie to ma sens.

Pewnie, osądził Guy, miejscowi nacjonaliści świętowali rocznicę jakiegoś zwycięstwa nad Angolami

Hmm… były agent M15 nie zna historii Wielkiej Brytanii? Jakoś mi trudno w to uwierzyć.

Zapłata była niebotycznie pokaźna…

nawet za pięć tysięcy funtów i zwrot kosztów

Hihi! Widać autor researchu nie zrobił.

Powiedz jedno – bierzesz zlecenie?

Jestem pewna, że majordomus starego rodu nie zwracałby się do rozmówcy per „ty”

On na pewno panu nie zagrozi.  

O! A tu mówi per „panie”. To jak w końcu?

W jakiejś protezowni zrób skan dłoni z opuszkami palców.

Dlaczego w protezowni?!

napędzany akumulatorem duży świder. Spora bateria umożliwiała długotrwałą pracę wiertła

To nie mógł kupić maszyny na silnik spalinowy? Na dłużej by mu starczyło, moc byłaby większa. No, chyba że nasz bohater to nie tylko zabójca islamistów, ale i zwolennik partii zielonych?

eksplozje rozerwały jak najgrubszą warstwę granitu

Zastąpiłabym „granit” skałą, żeby uniknąć nieprzychylnych opinii geologów.

Ocierał się o szczury, wielkie niczym koty,

Tu wymiękłam.

Hmm... Dlaczego?

Krikos, dzięki za przeczytanie i komentarz. Literówki pousuwałem. Było ich trochę, ale niewiele. Chyba nie wprowadziłem do tekstu wszystkich uwag korekcyjnych przy korekcie redakcyjnej.  Szkoda, ale usterki zostały poprawione.

W tym opowiadaniu nie miało być wiele zdarzeń… I nie ma, co wcale nie znaczy, moim zdaniem, że fabuła jest uboga. Opowiada o całym życiu. I jeszcze trochę więcej. 

A tak, lektura tekstu po śmierci Hawkesa miała być męcząca. Bo to nie jest love story, tylko opowiadanie grozy. Albo fantasy. To był świadomy zabieg pisarski.

Pozdrówka.  

 

 

 

Sorry, jeszcze odpowiedź na komentarz Drewian.  Zapomniałem ją wpisać.

Bardzo dobrze, że przestałaś czytać, jeżeli tekst ci nie odpowiadał, albo, po prostu, nie okazał się wciągający.

A co do uwag – zaciekawiła mnie ostatnia. Chyba po raz pierwszy określenia “szczur wielki niczym kot” użyłem w “Przesmyku”. I wtedy sprawdziłem, czy to możliwe. Pewnie, że tak. Napotkano szczura wielkiego niczym pies, i to, nota bene, w Londynie. Są zdjęcia.

A w kraterze pewnego wulkanu na pewnej bardzo urokliwej wyspie grasował szczur wielki niczym kot…

Link – http://www.se.pl/wiadomosci/ciekawostki/szczur-wielki-jak-kot_109704.html

Wielkie szczury jada się i podobno nieźle smakują.

Trzeba jednak było chwilę się zastanowić…

Hawkes nie był oficerem MI5 od początku. Był oficerem SAS, a to zupełnie inna formacja, wykonującym samodzielne zadania. Pracownikiem MI5 został później, i, jak wynika z tekstu, otrzymał coś w rodzaju synekury za zasługi. Dość nędzną, jak oceniał. Mógł nie mieć pojęcia, co tam zacni Szkoci akurat świętują.

I tak dalej…

Przeczytałem to opowiadanie. Połączenie sił specjalnych i fantastyki trochę się gryzie. Z karabinu snajperskiego nie strzela się seriami z uwagi na niezwykle precyzyjny gwint i specjalne, ręcznie szlifowane pociski. Nie jestem fanem legend o rycerzach okrągłego stołu. Członek sił specjalnych raczej nie popełnia morderstw, raczej zabójstwa. Bohater nie zabijał terrorystów– samobójców, lecz niedoszłych terrorystów samobójców. Niektóre fragmenty opisowe bardzo dobre. Krajobraz północnej Szkocji opisany ze znajomością rzeczy. Opowiadanie niezłe, ale czytałem lepsze. Pozdrawiam.

zie – dzięki za komentarz i cenne uwagi. Poprawiłem. Tak, to prawda, obecnie standardowy karabin snajperski jest bronią samopowtarzalną, ale nie automatyczną. Takim karabinem jest przykładowo rosyjski SWD, chyba nadal pozostający na uzbrojeniu WP. Jednak w takim karabinie za każdym strzałem trzeba nacisnąć spust, chociaż zamek przeładowuje broń automatycznie. 

Jestem zadowolony z tego opowiadania, chociaż, jak zwykle, pewnie tekst można byłoby jeszcze dopracować. Jak na grozę – opowiadanie nietypowe, jak na fantasy – prawdę powiedziawszy, bardzo rzadko napotykam współczesne motywy arturiańskie. No, a jeszcze połączone z wątkiem sensacyjnym… 

Dzięki za kliknięcie biblioteki.

Pozdrawiam ciepło.

Dokładnie tę samą czarę z wątkiem sensacyjnym połączył Brown. Ale fakt – bez takiego nacisku na króla Artura (ale różne legendy są chyba wspomniane), raczej na Templariuszy.

Babska logika rządzi!

rogerze.

Polecam Ci doskonałą powieść pt. “Kardynał z Kremla”. (autora znajdzziesz w Internecie). Tam znacznie poszerzysz swoją wiedzę o broni snajperskiej i technice oddawania strzałów z amerykańskich modeli karabinów snajperskich o torze pocisków, o prędkościach wylotowych, o urządzeniach celowniczych firmy Remington, będącej liderem światowym w tej branży. Pozdrowienia.

Ry­szardzie – czytałem. Zresztą, oglądałem kiedyś film dokumentalny o amerykańskim snajperze, który zastrzelił z takiego karabinu arabskiego szefa grup terrorystycznych Al-Kaidy, z odległości chyba ponad dwóch kilometrów. W komentarzu chodziło mi o standardowy karabin snajperski, powszechnie używany w danej armii.  SWD był i jest takim karabinem. Powstał dawno, i w chwili  powstała specyfikacja wymagała, żeby nowy karabin pozwalał  przeciętne wyszkolonemu żołnierzowi na trafienie celu wielkości człowieka z odległości tysiąca metrów. To jest bardzo dobry wynik, tym bardziej, że SWD miał być i jest karabinem używanym na szczeblu plutonu piechoty, a nawet drużyny. Też do tej broni opracowano specjalny nabój. 

Finklo –  Dana Browna czytałem, chociaż chyba tylko dwie pozycje. Ciągnął chłop tematy… Jednak templariusze to nie rycerze Okrągłego Stołu.

Ciekawą ilustrację do “Pieczary” opracował Marcin Czarnecki.  

Pozdrówka.

Podobało mi się osadzenie w klimacie Szkocji i tajemnicza w pierwszej części opowiadania. Połączenie takiego bohatera z postaciami z legend arturiańskich wydało mi się dziwne, w drugiej części opowiadania emocje opadły.

Ciekawe, że co czytelnik, to inna opinia… Ale tak często bywa.

Teraz, patrząc na “Pieczarę”, chyba nieco skróciłbym końcówkę. Pewnie z dwóch ostatnich rozdziałów zrobiłbym jeden. Ale “Pieczara” żyje już swoim własnym życiem. I całkiem dobrze się ma.

Dzięki za przeczytanie i komentarz.

Pozdrówka.

PS  Dzięki za kliknięcie biblioteki.

Sorry za dodatkowy komentarz, ale jakoś nie zwróciłem uwagi, że Fasoletti zerknął na “Pieczarę”, ocenił i kliknął bibliotekę.  A to miłe dla autora.

Dzięki.

Pozdrawiam.

Lubię arturiańskie klimaty, także ten motyw bardzo mi podszedł. Osobiście pokusiłbym się o więcej akcji, ale koniec końców jestem zadowolony z lektury. Tekst jak zwykle dopracowany, więc czyta się to niezwykle gładko. Pozdrawiam!

Hanzo – dzięki za przeczytanie i komentarz. No i za kliknięcie. Cieszę się, że “Pieczara” się podobała.

Możliwe, ze jednak należało nieco skrócić końcówkę, a – na przykład – rozbudować scenę walki i ją udramatyzować, co zresztą byłoby logiczne. Może też należało jeszcze dopisać zakończenie, wyjaśniające, kim jest chlebodawca. Tyle, że trochę gonił mnie termin przesyłania tekstu do “Histerii”, a ograniczał limit znaków.

Cóż, “Pieczara” żyje już własnym życiem… Jest samodzielnym bytem literackim. Nie da rady.

Serdecznie pozdrawiam.

Guy zadał jeszcze jedno pytanie, nie mogąc poskromić ciekawości:

– Nie wmówi mi pan, że ta grota zieje pustką albo zamierzacie zniszczyć siedlisko szczurów.  Co ukrywacie w środku?

Zawodowstwo i doświadczenie super żołnierza tak mocno gryzie się z jego dziecięcą naiwnością, że kładzie całe opowiadanie.

 

Przemyślenia Guy’a dotyczące ostatniego zlecenia, byłego agenta MI5 i tak dalej, na poziomie Harry’ego Pottera, a liniami papilarnymi zabezpieczony jest teraz byle laptop, nie mówiąc o skarbcach, bo w bankach są skarbce, a sejfy co najwyżej w pokojach hotelowych lub domach.

 

Pomysł opowiadania bardzo dobry, ale jeśli chcesz pisać o weteranach wojennych, zawodowych zabójcach, karabinach i zabezpieczeniach, musisz znacznie pogłębić swoją wiedzę.

Pozdrawiam.

Dlaczego kładzie? Do tej pory to Hawkes wybierał cele. Po raz pierwszy – i to wyraźnie zaznaczam – on został wybrany. Nie miał zlecenia zabójstwa, otrzymał zlecenie wykonania zwykłej roboty, takiej dla górnika strzałowego. No więc, czemu nie miałby dowiedzie się czegoś więcej? To naturalne i wcale ie takie nieprofesjonalne.

A tu nie chodziło tylko o opuszki palców, o linie papilarne… Wrota się otwierały, jeżeli system otrzymał pełny skan dłoni, łącznie z układem kostnym. Pełny skan dłoni. Tego na laptopie się nie zrobi. Z tego powodu majordomus wyraźnie zaznacza, że musi to zrobić w protezowni.

Może inna historia, ale też związana z nietypowym zadaniem. Link – http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/12757

Dzieki za przeczytanie i komentarz. 

Pozdrówka.

Nowa Fantastyka