- Opowiadanie: Mały Słowik - Wszystkie klatki Bei Fenga

Wszystkie klatki Bei Fenga

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Wszystkie klatki Bei Fenga

Chiny stale uczyły jednej rzeczy. Każdym obrazkiem zza okna, słowem z ust boga i okrzykiem wiwatującego tłumu. Były ich tysiące, zgromadzonych na placu przed złotym pałacem: ustawionych dwoma równymi rzędami, tak żeby pozostawić wewnątrz dostatecznie wiele miejsca.

Witali wracające wojsko, reprezentacyjną kolumnę jak kolejna cegła wsuwaną między rysy muru. Wojna nie jest ani skutkiem, ani przyczyną; oddycha nią ziemia i raz do roku oddycha nią niebo. Ta noc się zbliżała.

Jeńców prowadzono środkiem, związanych ze sobą grubym sznurem krępującym dłonie. Kroczyli dumnie, wyprostowani. Czysta, mongolska krew. Brudne od trudu wędrówki ubrania lepiły się do skóry. Wyglądali karykaturalnie na tle kaskady barw i zdobionych ornamentami pancerzy, ale to na nich skupiona była uwaga ludzi. Szacowano. Ja też szacowałam.

Na samym przedzie, tuż za poganiaczem szedł jeden z rodzonych synów Temura, ostatniej gwiazdy północnej dynastii Yuan. Dowódca o spojrzeniu wypalonym w cieniu ojca. Chociaż nie różnił się fizycznie od pobratymców, to właśnie na nim spoczął wzrok cesarza.  

Mój cesarz patrzył z tronu usadowionego na tarasie, białego jak szron mandżurskich stepów. Podług słów nadwornych eunuchów wykonano go z kłów dwunastu wielkich bestii sprowadzonych zza Siedziby Śniegów. Tego dnia mój cesarz nie założył ciężkiej od klejnotów szaty ani lśniących złotem szali. Tego dnia był tylko obserwatorem, którego uwaga przeskakiwała między trzema punktami. Istniał tylko syn Temura, istniałam ja i istniał Bei Feng.

Bei Feng, Ręka Bogów, która karze, i która prowadzi; lodowaty podmuch sunący szczytami gór i ten, który wypełnia nasze płuca powietrzem. Latał teraz w przestworzach, spoglądając na niekończące się armie cesarstwa zebrane u progu stolicy. Namioty rozpięte między Żółtą Rzeką i zielenią pobliskich stepów przypominały olbrzymie kwiaty o jaskrawych barwach. Niedługo odmaszerują by nieść słowo cesarza do dalszych krain; najpierw jednak będą obecni na Festiwalu Latarni, jako ci, którzy przyprowadzili dar.

Z delikatnym podmuchem wiatru Bei Feng opadał ku uniesionej dłoni mojego cesarza. Usiadł wplatając szpony między jego palce. Był biały jak sam tron i wielki niczym sęp znad stepów środkowych Chin, a jednocześnie zdawał się ważyć nie więcej niż pojedyncze pióro. Fizjonomią przypominał jastrzębia, chociaż spomiędzy lotek wyrastały długie, błękitne narośle, w trakcie szybowania łopoczące niczym wstęgi.

Spoglądał teraz na jeńców, pochłaniał każdy szczegół i wyraz twarzy. Cieszył się, miał radość zaklętą w modrych ślepiach i tylko gdzieś w ich kąciku rosła samotna łza.

Chiny stale uczyły, jak odnosić gorzkie zwycięstwa.

 

***

 

Kochałam pałacowy ogród; przychodziłam tutaj kiedy tylko z nocnego nieba całkiem znikał księżyc. Każdy nów był jak wołanie, chłodne dłonie tradycji wciągające mnie za te mury. Wola nie miała znaczenia w obliczu samodzielnie wypracowanych zwyczajów.

Tak więc kiedy ogłoszono pierwszy dzień roku szczura, nogi same zaprowadziły mnie przed ukochane drzewo. Moja droga mume kwitła jak nigdy, kwiaty śliwy białe jak śnieg i róż bijący od wnętrza niczym serce. Zawsze wspaniała, wstaje zanim budzi się reszta ogrodu.

Sztywna i sucha od mrozu trawa kłuła dłonie, kiedy przysiadłam. W uszach rozbrzmiewał szum trąconych wiatrem bambusów i wody spływającej po krawędziach głazów, ulepionych na podobieństwo wapiennych braci znad rzeki Taihu. Różnica przebrzmiewała w ziemistej fakturze i braku imion, które nadawano tamtejszym skałom. Piękno pozbawione duszy.

Geometria jest wszędzie, zaklęta w każdym pojedynczym ruchu liści i ugięciu drzew. Na wschodzie pawilony, na zachodzie już tylko mur z bluszczem uciekającym poza granice, za pozwoleniem setek ogrodników. Wszystko odebrane naturze i pod kontrolą, tylko moja mume nie nosi śladów cięcia. Klatka wspaniała jak całe Chiny.

Między dźwiękami natury usłyszałam kroki, szelest materiału sunącego po trawie i trzepot rękawów targanych wiatrem. Stanął za mną. Nie było potrzeby odwracać się, znałam rysy zmęczonej twarzy, wiedziałam gdzie kończy się blizna na policzku, chociaż ukrywał ją pod gęstą brodą. Przez pierwszy tydzień roku zawsze miał na sobie pozłacaną szatę z dwoma smokami o lśniących czerwienią łuskach, wijącymi się wokół ramion.

Pięć długich lat z rzędu należę do niego bardziej niż Chiny. Pięć pięknych zim wygrywałam każdy Festiwal Latarni, gdzie za każdym razem przygotowana przeze mnie dusza płonie najjaśniej. Pięć gorzkich zwycięstw, które pchają w ramiona cesarza. Tak kazała tradycja, wysłowiona ustami Bei Fenga. Tak wybierano cesarzową. Tak władca musiał czekać bezowocnie na potomka, którego nie potrafiłam dać.

Usiadł obok, tak że prawie czułam oddech. Chłodny jak dłoń, którą musnął mój policzek. Przyjemnie szorstka; nie urodził się w pałacach. Szepnął tylko, że się postara. Czułam jak drżały mu palce.

 

Kiedy otulił nas mocniejszy podmuch wiatru, wiedziałam, że Bei Feng słuchał. Nie tak, jak słuchają ludzie. Był w muzyce bambusów i melodii strumieni. Był wszędzie wokół.

 

***

 

Następnego dnia zaprowadzono mnie do człowieka, którego duszę miałam przygotować na święto. Trzynaście dni do Festiwalu Latarni to wszystko co mamy i będziemy dzielić między sobą. Dwóch gwardzistów prowadziło przez lochy, gdzie mijałam inne kobiety, wybrane z ludu do posługi na rzecz tradycji. Jest to szansa na życie w pałacowych pieleszach przez co najmniej rok, ale z drugiej strony, jeśli szykowana dusza nie wzniosła się ponad ziemię, znosić musiały brzemię hańby.

Odnotowałam tylko, że wszystkie miały szerokie biodra. Mój cesarz wiedział, że może mnie to zaboleć. Wiedział też, że zrozumiem. Zimne kraty wygłuszały emocje, szacowałam. Obiecał się postarać.

Żelazne wrota, przed które mnie przyprowadzono, pożerała rosnąca od krawędzi rdza. Wnętrze atakowało wszystkim: od oślizgłego powietrza po brud i pajęczyny. Dar przyprowadzony na święto był wyjątkowo obfity, więc należało wykorzystać z dawna zapomniane segmenty więzienia.

Przed wejściem do środka wyjęłam szpilkę z włosów, które opadły do samego pasa. Miała kształt ważki o ułamanym skrzydle, zakończona ostrym szpikulcem. Schowałam ją między poły popielatej szaty, tak że palcami lewej dłoni czułam chłodny metal, a poniżej łokcia dokazywał mój mały przyjaciel. Młode pazurki rysowały skórę.

Powstały wodospad włosów związałam w prosty kucyk, którego długość również ukryłam pod materiałem. Nie chciałam żeby miał choćby cień szansy domyślić się, kto go przygotowuje. Pycha nie jest dobra dla duszy.

Otwierane drzwi ukazały nie więcej niż całkowitą ciemność. Jeden ze strażników podał mi smukłą świecę z rudymi naleciałościami jak kaniony płynącymi przez wosk. Dawała zielonkawy, łagodniejszy dla oka płomień, który nie oślepiał. Tak przygotowana, weszłam do środka.

Siedział skulony w kącie, jeden tylko dzień więzienia odebrał mu wszelkie barwy. Zareagował uniesieniem głowy, nic więcej, tylko beznamiętne spojrzenie. Był nadmiernie wychudzony, chociaż karmiono tutaj dobrze, i dostrzegalnie poraniony. Blizny wyglądały na starsze niż bitwa, w której został złapany. Musiał niedomagać już od dawna, podążać szlakiem syna Temura z życiowej konieczności. Nie miał wcale oczu wojownika, zwykła wesz na skórze każdej armii, żebrak zabłąkany w odgłosach wojny. Mój cesarz się postarał.

Uśmiechnęłam się tak, jak uczono mnie za dziecka; pięknie, ale jeszcze bez miłości. Chociaż nie wiem, czy zna mój język, zaczynam mu opowiadać historię kociej bogini Li Shou. Wiem, że mój głos ma kojący ton, rozbrzmiewa jak kołysanka, odbija się od mokrych i zimnych ścian tworząc delikatne echo. Nie musi rozumieć.

Że Li Shou była tą, której bogowie przekazali władzę jeszcze przed ludźmi, zaraz po stworzeniu świata. Że gdy Li Shou została poproszona o sprawowanie pieczy nad wszystkim co powstało, nie mogła oprzeć się potrzebie snu, i że mówiła bogom, jak to tylko raz przymknęła oczy. Wreszcie, że przyłapana po raz kolejny przekazała odpowiedzialność człowiekowi, co bogom się spodobało i ostawili ją strażnikiem czasu, tą która przesuwa słońce po niebie.

Że na pamiątkę tego z kocich oczu można odczytać porę dnia, choćby te świeciły w najgłębszych ciemnościach. Nie musi rozumieć. Wystarczy, że posłucha i spojrzy, jak spomiędzy fałd mojego rękawa wyplątuje się mlecznobiały malec i popchnięty delikatnym ruchem dłoni, podąża ku niemu.

Z początku bali się oboje, ale krótki dotyk zmienia wszystko. Uśmiechnęłam się ponownie, a było w tym uśmiechu już nieco więcej uczucia. Coś tylko drażniło ucho nieprzyjemnie, przesuwało się po ubitej ziemi oplatając celę. Cichy świst, powiew wiatru. Palcami odszukałam niewielką dziurę w murze.

Wychodząc, rozkazałam strażnikom dokarmiać również kota i zalepić ubytek gliną. Nie chciałam, żeby Bei Feng śpiewał mojemu darowi, kiedy mnie nie będzie.

 

***

 

Następnego dnia zaniosłam jeńcowi muzykę.

Rozstawione w rogach celi świece sprawiały, że cienie tańczyły między nami. Był wyjątkowo obojętny, co z jednej strony cieszyło, z drugiej mogło świadczyć o braku emocji. Wątpliwości rozwiał mały kociak, w teatrze światła błyszczący niczym żywe srebro. Przepływał między jego dłońmi, wił się i skakał wokoło.

Wołał na kociątko Li Shou, jedyne słowa jakie wydobywał z ust. Widocznie tyle zrozumiał z wczorajszej opowieści. Cieszyłam się, że nie próbował odrzucić przyjaciela, jak wielu przed nim. Z wojny nie wracają spokojni ludzie, ale już wcześniej dostrzegłam, że nie ma spojrzenia wojownika.

Dźwięk guanzi rozbrzmiewał w ciasnej przestrzeni inaczej niż bym tego chciała. Musiałam zagrać coś łagodniejszego i do głowy przychodziła tylko kołysanka, którą usypiał mnie ojciec. Delikatne trzy dźwięki, grane naprzemiennie. Nie trzeba wiele, żeby poruszyć duszę.

 

Zasnął z Li Shou w ramionach.

 

***

 

Cztery dni przed festiwalem ogród brzmiał inaczej. Rozbrzmiewało w nim więcej kroków niż powinno. Słyszałam, chociaż bambusy śpiewały głośniej niż zazwyczaj. Bei Feng był rozgniewany, ale dźwięczała w tym jakaś akceptacja. Był dobry, nie pozwoliłby skrzywdzić nikogo w występku przeciw tradycji. Więzy oplatające mnie uciskały szczególnie mocno.

Powód gniewu dostrzegłam w pawilonie czterech stron świata. O tej porze dnia zasłonięto ściany prowadzące na wschód i południe, tak żeby wzrok mógł skupić się na rozpływającym w horyzoncie słońcu. Stał tam, ubrany w odświętne szaty i podziwiał coś czego na stepach północy nie było. Geometrię, której nienawidziłam, porządek doprowadzający mnie do łez.

Jako dar na festiwal, syn Temura winien czekać swojego losu w lochach, tak jak to działo się z jego pobratymcami. Widziałam go jednak tutaj, patrzyłam, jak rośnie jego dusza, jak rośnie mój przeciwnik. Nie wiedziałam pod czyją opiekę trafił, ale nie miało to znaczenia, kiedy wspierało ją błogosławieństwo cesarza. Obiecał, że się postara. Dotrzymywał słowa.

Z naszej sytuacji nie było wiele wyjść. Większość umierała w cieniu Bei Fenga, który nie dopuszczał by łamano tradycję. Każde zwycięstwo przybliżało do ostatecznego rozwiązania. Mój cesarz nie mógł dłużej czekać.

 

***

 

W przeddzień święta był szczęśliwy jak poeta zamknięty w klatce z kartką papieru i atramentem. Miał o czym myśleć i czym zająć dłonie. Trzynasty i ostatni raz powtarzałam rytuał: chowałam szpilkę między fałdy rękawów i wiązałam włosy tak, żeby nie były widoczne. Wszystko z przyzwyczajenia, bo przecież już niepotrzebnie. Bardzo łatwo wpadam w objęcia drobnych tradycji. Jestem jak Chiny Bei Fenga.

Starałam się nie patrzeć w jego oczy, ale szukał mnie od kiedy tylko otworzyłam drzwi celi. Traktował mnie jak zbawienie, bo rozkochałam go w muzyce i przyjaźni, pokazałam piękno słowa i rytm baśni. Ufał mi i dlatego kiedy dostrzegł łzę płynącą po mokrym już policzku, zmartwił się.

Nic nie mówiąc, wyciągnęłam Li Shou z jego dłoni. Nie oponował. Być może domyślał się, że nigdzie z nią nie odejdę, a między myślami płynęło przeczucie. Miał rację. Spod rękawa błysnęło srebrne skrzydło ważki. Dłonie drżały mi zawsze tak samo. Wiedziałam, gdzie wbić szpilkę, żeby nic nie poczuła, ale tym razem coś poszło nie tak. Li Shou szarpała się w dłoniach, raniąc i rozchlapując krew, również moją. Nie czułam bólu, bo łzy działają jak balsam.

Nie rozumiał co się dzieje. Nie reagował, patrzył tylko i płakał razem ze mną. Płakał, kiedy zwracałam mu zwiotczałą Li Shou; płakał kiedy próbował obudzić ją, jakby ze snu; płakał kiedy wychodziłam i zapewne długo później.

W przeddzień święta nakładano na dary ostatnie szlify, gonione upływającym czasem. Wszystkie cele rozbrzmiewały muzyką i opowieściami, i tylko z mojej dobiegało ciche łkanie. Tylko ja rozumiałam, że nie szczęściem karmi się dusza.

 

***

 

Rytuał przejścia odbywa się bez udziału pielęgniarzy dusz. Nie jesteśmy potrzebni, a w moim przypadku mogło to tylko zaszkodzić. Kolejne spojrzenie na moją twarz mogło wywołać gniew: największego z pożeraczy dusz. Ważne było, żeby nie miał wiele czasu; jego myśli powinny otulać Li Shou, nie wypuszczać z ramion do samego końca.

Mogłam obserwować, z wysokiego tarasu prowadzącego na wewnętrzny dziedziniec. Jeszcze poprzedniego dnia odbywały się tutaj pokazy ognia i świateł, a ziemia lśniła jaśniej niż nocne niebo.

Na kilka godzin przed festiwalem przyprowadzono mój dar. Lampion, który na niego czekał udekorowano imieniem, które przywoływało wspomnienia. Imię to opowiadało o kobiecie, którą kiedyś znałam, wiele festiwali temu, takiej której dusza zaklęta w ten majestatyczny kawałek materiału mogła sięgnąć gwiazd. Emocje zdawały się zimne, odległe. Patrzyłam, jakbym patrzyła z chmur.

Na dwa równe rzędy włóczni trzymanych przez podobne ludziom figury. Mrugali i oddychali, jednak nie było w nich życia. Czuli mniej niż ja, bo więcej widzieli. Teraz ponownie spoglądają na człowieka o przeoranej łzami twarzy, który ledwo idzie w stronę mistrza ceremonii. Niebieskie szaty przyciągają wzrok, kradną uwagę, która powinna obejmować lampion i drobny szpikulec jak konar wyrastający z materiału.

Mistrz ceremonii musiał tylko nakierować nieświadomą dłoń daru. Żadnego oporu, bezwiedna obojętność. Tak umierają, odprowadzani na spokojną śmierć. Jeszcze kroczą, ale w połowie między cieniami; płomień świecy dzieli ich od ostatniego oddechu.

A potem będą lecieć ku gwiazdom.

 

***

 

W noc Fesiwalu Latarni niebo zawsze jest piękne, jeszcze zanim zalśni od płomieni ludzkich dusz. Na placu przed pałacem zbierają się tysiące ludzi stolicy, a wojsko patrzy spod swoich namiotów, jak ulatuje to, co przyprowadzili.

Mój cesarz obserwuje z tarasu. Patrzy na kulminację swoich starań, zna wszystkie zakończenia, których mogę się domyślać. Ma nadzieję na jedno, nawet jeśli każde oznacza wygraną. Dlatego właśnie spogląda w stronę Bei Fenga.

Który bezwładnie opada ku tłumowi, a tuż przed ziemią zgrabnie wzbija się po raz kolejny i nurkuje między balustradami. Daje się podziwiać jeszcze przez chwilę, ale skrzydła nieubłaganie prowadzą go do stojącej obok tronu klatki.

Wykonanej z kłów trzynastej bestii, siostry tych przyprowadzonych zza Siedziby Śniegu. Wchodzi do niej, bo tak nakazuje tradycja. Bei Feng jest dobry i chciałby doprowadzić do gwiazd wszystkie dusze, postawić je przed obliczem bogów. Bei Feng jest dobry i doskonale rozumie swoją słabość.

Dlatego raz do roku zamyka się, żeby świat płynął własnymi torami. Daje szansę kompetycji, która wyłania kolejne wcielenie cesarzowej, kobiety która najlepiej zaopiekuje się duszą małżonka. Tak mówi tradycja, tak śpiewa Bei Feng w szumie wiatru i szeleście liści. Ręka Bogów, która tej nocy nie obroni nikogo.

 

Kiedy drzwiczki klatki domykają się, w niebo wzlatuje ognisty wąż, sygnał, że można puścić lampiony. Ziemia rozbłyska setkami świateł, które powoli wciągane są ku chmurom. Jest pięknie, ale ronię łzy. Widzę, jak wiele lampionów spada na ziemię, po krótkim tylko locie, część nie potrafi wznieść się w ogóle. Dwa lampiony wzbijają się ponad warstwę innych, błyszczą obcymi imionami, w tym jednym gryzącym wspomnienia.

Oba jaśnieją ostrym błękitem. Wiem, że w pierwszym zamknięto duszę młodego Temura, bo dostrzegam w błysku zieleń pałacowych ogrodów. Lśni jak jadeit zatopiony w topazie; diament płynący po niebie. Drugi również wznosi się coraz szybciej, a na obrzeżach jego światła połyskuje granat tak piękny, że blaknie przy nim niebo. Była w tym Li Shou, która tańczyła na krawędziach blasku. Ronię łzy, bo pojedynek jest doskonały. Z piersi ucieka mi ciche łkanie, bo znam jego koniec.

Jest ich dwoje, stawiają kroki jak duchy. Poczułam na karku ich oddechy, bardzo sobie obce; jeden pełen miękkiego śniegu, drugi smakujący letnim deszczem. Szepnęli tylko „Wasza wysokość” i obserwowali razem ze mną. Czułam ostrze sunące po kręgosłupie do karku. Mój cesarz obiecał, że się postara, ale to mogło nie wystarczyć.

Zapewne można było rozwiązać to w inny sposób, ale nie w świecie, po którym szybuje Bei Feng, a krew władców jest święta. Płakałam, bo już nigdy nie dotknę blizny cesarza i nie utonę w tym spojrzeniu. Nie muszę patrzeć na taras, żeby dostrzec jego łzy.

Jadeit przeciwko granatowi. Nie ma znaczenia. Zbyt wiele było klatek, w których zamknął nas Bei Feng, i do których weszliśmy sami. Na koniec uśmiecham się, bo granat wygrywa, a ostrze boli coraz mocniej. Nieprzyjemny smak wybucha w ustach.

Chiny stale uczyły, jak odnosić gorzkie zwycięstwa.

Koniec

Komentarze

Zaintrygował mnie tytuł, ale chyba nie do końca zrozumiałam treść. Moim zdaniem dużo lepiej zrobiłoby opowiadaniu, gdyby narracja była w 3os a nie 1szej i ciut więcej wyjaśniała. Zmęczyły mnie te rozważania w 1os, a szkoda, bo mam wrażenie, że gdzieśtam tkwi całkiem fajny pomysł i ciekawa historia, której nie umiem wyłuskać ze słów narratorki.

A gdzie elfy? Co to za fantastyka bez elfów? Żeby chociaż jakiś wiedźmin, choćby z dyskontu…

 

Bardzo miła oku i sercu rzecz. Z językowymi niedoróbkami, kilkoma nieoszlifowanymi krawędziami i lekkim przerostem formy nad treścią, ale zdecydowanie warta lektury, choćby ze względu na sam orientalny klimat opowieści. Przede wszystkim jednak godna polecenia ze względu na fabułę – pozornie prostą, a jednak rozkosznie zniuansowaną i świetnie komponującą się ze stylem narracji.

na emeryturze

Mnie podobał się rozpoetyzowany język, ale niestety – nie zrozumiałam przekazu.  

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bardzo ładny, poetycki styl. Niektóre zdania zgrzytnęły, ale ogólnie urzekło. :)

 

 

 

Hmmm. Fajny klimat, taki chiński, spokojny, niespieszny i ceremonialny. Napisane całkiem przyzwoicie. Niestety, zrozumiałam niewiele więcej, niż gdyby tekst napisano przy pomocy chińskich literek. Szkoda, bo chyba tkwiła tu jakaś ciekawa idea.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam z trudem. Nie zrozumiałam.

 

Cho­ciaż nie wy­róż­niał się fi­zycz­nie od po­bra­tym­ców… – Cho­ciaż nie różnił się fi­zycz­nie od po­bra­tym­ców… Lub: Cho­ciaż nie wy­róż­niał się fi­zycz­nie wśród po­bra­tym­ców

 

wiel­ki ni­czym sęp znad ste­pów środ­ko­wych chin… – …wiel­ki ni­czym sęp znad ste­pów środ­ko­wych Chin

Jeszcze kilkakrotnie Chiny napisano małą literą. Dlaczego?

 

kwia­ty śliwy białe jak śnieg i róż bi­ją­ca od wnę­trza ni­czym serce. – …kwia­ty śliwy białe jak śnieg i róż bi­ją­cy od wnę­trza ni­czym serce.

 

cho­wa­łam szpil­kę mię­dzy poły rę­ka­wów… – Rękawy nie mają pół.

Za SJP: poła «dolny fragment jednej z dwóch części ubioru rozpinającego się z przodu»

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To może ja przedstawię swoją interpretację, żeby, być może, oszczędzić Anonimowi wyjaśnień, które w moim mniemaniu, nie są konieczne.

 

Głowna bohaterka jest żoną Cesarza Chin. Żona cesarza wybierana jest w corocznych zawodach organizowanych w trakcie Festiwalu Latarni. Ta z kobiet, która zadba o duszę powierzonego więźnia (a późniejszą ofiarę) najlepiej – tak, że bez pomocy Bei Fenga (zamykanego na czas konkursu wysłannika bogów, ducha wiatru) wzniesie się do zaświatów, zostaje żoną cesarza (bo cesarz potrzebuje, żeby jego duszą zająć się sprawnie). Protagonistka wygrywa zawody kilka razy z rzędu, niestety, nie może dać swemu cesarzowi potomka – co jest tragedią dla ich obojga. Niestety, nie mogą się rozstać – bo zakazuje tego tradycja, której niemalże wszechwidzącym strażnikiem jest Bei Feng. Cesarz, znając mistrzostwo swojej dotychczasowej żony, nie ma innego wyjścia, jak zlecić jej zabójstwo – w czasie, kiedy strażnik tradycji zamknięty będzie w klatce.

 

Być może coś zrozumiałem opacznie, albo nie wychwyciłem czegoś ważnego, ale usprawiedliwiam się tym, że czytałem opowiadanie w pracy i z zapaleniem zatok. Jaka jest wasza wymówka?

na emeryturze

Moja jest taka, że nie zrozumiałam, kim jest Bei Feng, ani jaki jest związek między między duszą więźnia a lampionem. Określenie z dołu, czyj lampion wzniósł się najwyżej, też nie wydaje mi się proste. “Starania cesarza” to wieloznaczne sformułowanie.

Babska logika rządzi!

Bei Feng, Ręka Bogów, która karze, i która prowadzi; lodowaty podmuch sunący szczytami gór i ten, który wypełnia nasze płuca powietrzem. – to zdanie może sugerować, kim jest Bei Feng, ale oczywiście nie musi.

 

Moja interpretacja jest podobna do interpretacji garego. Dodałbym jeszcze, że istotną jest Li Shou i symboliczne uśmiercenie kotki, jakby bohaterka chciała zatrzymać czas. No i jeszcze zatkanie dziury w murze celi skazańca… Im dłużej myślę o tym tekście, tym bardziej misię. Styl oczywiście jest dobry do krótkiej formy, jak tu. W dłuższej mógłby już zmęczyć. 

@Finkla

 

Informacja na temat tego, kim jest Bei Feng jest podana wprost:

 

Bei Feng, Ręka Bogów, która karze, i która prowadzi; lodowaty podmuch sunący szczytami gór i ten, który wypełnia nasze płuca powietrzem.

I często, gęsto przypominana:

 

Kiedy otulił nas mocniejszy podmuch wiatru, wiedziałam, że Bei Feng słuchał. Nie tak, jak słuchają ludzie. Był w muzyce bambusów i melodii strumieni. Był wszędzie wokół.

Wychodząc, rozkazałam strażnikom dokarmiać również kota i zalepić ubytek gliną. Nie chciałam, żeby Bei Feng śpiewał mojemu darowi, kiedy mnie nie będzie.

Tak mówi tradycja, tak śpiewa Bei Feng w szumie wiatru i szeleście liści

 

Odnośnie związku między duszą więźnia, a lampionem to został opisany co najmniej kilkukrotnie:

 

Pięć pięknych zim wygrywałam każdy Festiwal Latarni, gdzie za każdym razem przygotowana przeze mnie dusza płonie najjaśniej.

Następnego dnia zaprowadzono mnie do człowieka, którego duszę miałam przygotować na święto. Trzynaście dni do Festiwalu Latarni to wszystko co mamy i będziemy dzielić między sobą. Dwóch gwardzistów prowadziło przez lochy, gdzie mijałam inne kobiety, wybrane z ludu do posługi na rzecz tradycji. Jest to szansa na życie w pałacowych pieleszach przez co najmniej rok, ale z drugiej strony, jeśli szykowana dusza nie wzniosła się ponad ziemię, znosić musiały brzemię hańby.

Jako dar na festiwal, syn Temura winien czekać swojego losu w lochach, tak jak to działo się z jego pobratymcami. Widziałam go jednak tutaj, patrzyłam jak rośnie jego dusza, jak rośnie mój przeciwnik. Nie wiedziałam pod czyją opiekę trafił, ale nie miało to znaczenia, kiedy wspierało ją błogosławieństwo cesarza.

W przeddzień święta nakładano na dary ostatnie szlify, gonione upływającym czasem. Wszystkie cele rozbrzmiewały muzyką i opowieściami, i tylko z mojej dobiegało ciche łkanie. Tylko ja rozumiałam, że nie szczęściem karmi się dusza.

Jeszcze słowo wyjaśnienia, dlaczego jestem marudny i czepliwy. Nie chciałbym, żeby autor/autorka pomyślała, że czterokrotnie zadeklarowany brak zrozumienia treści jest jego/jej winą, podczas gdy odpowiedzialność leży po stronie czytelników (w moim odczuciu: ewidentnie).

na emeryturze

Gary, nie twierdzę, że to wina Autora. Owszem, mam problem z wydłubywaniem informacji z poezji. Podczas czytania nie dotarło do mnie, że “Ręka Bogów” to precyzyjne określenie, a nie pusty tytuł urzędnika, a potem nie mogłam się połapać.

Lampiony i dusze. Nadal nie wiem, w jaki sposób dusze przemieszczają się do lampionów. Pewnie trzeba zabić więźniów, ale co dalej? Jak dusza trafia do lampionu? Odebrałam to jako coś zbliżonego do realizmu magicznego – abrakadabra i myk! dusza w lampionie. Jedni wierzą, że to dusze, racjonaliści widzą w tym przypadek. Tak się składa, że należę do tych drugich. Mogę zawiesić niewiarę (przy sprzyjających okolicznościach), ale potrzebuję informacji, że o, właśnie teraz mam to zrobić. Najlepiej informacji podanej wprost, bez udziwnień.

W micie o wiatrach zawiązanych w supełkach chusteczki było to podane wprost i jakoś łyknęłam. W tym tekście zdanie o zamknięciu Bei Fenga w klatce jakby zaprzeczało jego związkom z wiatrem.

Babska logika rządzi!

OK, Gary, czyniąc zadość Twojej sugestii, odpowiedzialność za niezrozumienie biorę na siebie i wstydzę się, że nie pojęłam tak prostej, chińskiej opowieści.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Finkla

 

Podczas czytania nie dotarło do mnie, że “Ręka Bogów” to precyzyjne określenie, a nie pusty tytuł urzędnika, a potem nie mogłam się połapać.

Cały akapit następujący po przedstawieniu “Ręki Bogów” jest poświęcony jego opisowi. Ilu znasz szponiastych, pierzastych, przypominających jastrzębia urzędników? Z całym szacunkiem i sympatią: w tym konkretnym przypadku to ty masz problem z czytaniem ze zrozumieniem, a nie autor z pisaniem w sposób zrozumiały (jak zasugerowałaś w komentarzu).

 

@regulatorzy

OK, Gary, czyniąc zadość Twojej sugestii, odpowiedzialność za niezrozumienie biorę na siebie i wstydzę się, że nie pojęłam tak prostej, chińskiej opowieści.

Nie ma powodów do wstydu, każdemu może się zdarzyć! Gdybyś potrzebowała kiedyś wyjaśnień dotyczących jakichś innych, prostych opowieści to nie krępuj się i pytaj – a nuż razem uda nam się dotrzeć do sedna, ostatecznie, co dwie głowy, to nie jedna!

na emeryturze

Ilu znasz szponiastych, pierzastych, przypominających jastrzębia urzędników?

Tyle samo, co szponiastych, pierzastych, przypominających jastrzębia wiatrów. A może to raczej o żywioł powietrza chodzi, bo co wspólnego ma wiatr z szumem strumienia?

Nie sugerowałam, że Autor ma problem, tylko że nie zrozumiałam. Ja nie zrozumiałam. Bez orzekania o winie.

Babska logika rządzi!

Dziękuje, Gary, za ofertę współpracy. Będę pamiętać i nie omieszkam skorzystać, jeśli zajdzie potrzeba. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tyle samo, co szponiastych, pierzastych, przypominających jastrzębia wiatrów.

Ale Bei Feng nie jest ani urzędnikiem, ani wiatrem. Teraz to ja się pogubiłem. Usprawiedliwiam się konsumpcją dżinu z tonikiem.

A może to raczej o żywioł powietrza chodzi, bo co wspólnego ma wiatr z szumem strumienia?

To, że i wiatr i szum są w istocie ruchem powietrza?

Nie sugerowałam, że Autor ma problem, tylko że nie zrozumiałam. Ja nie zrozumiałam. Bez orzekania o winie.

Przepraszam, mylnie zinterpretowałem twoje słowa, jako kiepsko zawoalowany zarzut.

“Niestety, zrozumiałam niewiele więcej, niż gdyby tekst napisano przy pomocy chińskich literek.“

Nadal jednak uważam, że jeżeli jesteś świadoma, że masz problem z odbiorem tego typu tekstów, to rzeczą elegancką i właściwą byłoby zaznaczenie tego w komentarzu, żeby autorowi/autorce ułatwić interpretację krytyki.

 

na emeryturze

OK, powinnam napisać, że utonęłam w poetyce. Jeśli Anonim jest stałym bywalcem (a tekst napisany naprawdę ładnie, nie wygląda na debiut) i już to wie, to głupio powtarzać po raz kolejny. Może nawet już to kiedyś Anonimowi pisałam. :-)

Babska logika rządzi!

Oj, oj. Trochę niepotrzebna dyskusja, bo wywołuje równie niepotrzebne spięcia ;). Mam świadomość tego co tekst zawiera i cieszę się, że jest to dostrzegalne, nawet jeśli nie dla wszystkich. Gary – wszystko w punkt. Blackburn też dobrze kombinuje z Li Shou, chociaż w jej kwestii trzeba by połączyć wszystkie związane z nią sceny – nie jest to też główny temat historii, więc nie jest to nadmiernie eksponowane. Ot, taki dodatkowy smak, który może dopełniać wrażeń i w pełni malować narratorkę, ale danie jest jadalne i bez niego (mam nadzieję).

 

Wyjaśniając, czemu opowiadanie wrzuciłem anonimowo – pisanie w pierwszoosobowej narracji kobiecej jest dla mnie zupełną nowością i chciałem sprawdzić, czy pojawią się głosy w postaci “zbyt sztucznego pierwiastka kobiecego” narracji. Stąd jako autor chciałem też pozostać bezpłciowy, na tych przynajmniej kilka pierwszych opinii.

Teraz jak się już tak zastanawiam, nie wiem czy dowiedziałem się czego chciałem, bo poetyka mogła przysłaniać cechy płciowe narratora. Inna sprawa, że mężczyźni wychwycili bezbłędnie treść, kiedy kobiety miały jednak problem (to żaden seksizm! staram się tylko wyciągać wnioski na rzecz ulepszania własnych opowiadań). To może, chociaż wcale nie musi, oznaczać że niewiele mam wspólnego z kobiecą logiką i nie potrafię z tego punktu budować historii.

 

Bellatrix – narracja trzecioosobowa odebrałaby historii większość charakteru i pewną baśniowość (bo tak też traktuję opowiadanie). Przemycenie niektórych treści byłoby również awykonalne w takiej konwencji. Szkoda, że nie dotarłem do Ciebie z historią. Może innym razem :).

Finklo, a wiesz, że ja tutaj próbowałem nawet ratować czytelników? :P Chińska mitologia jest dość specyficzna, szczególnie w stosunku do bóstw (już nawet pomijając niesamowity przekrój religii i kultur przewijających się przez ten kraj na przestrzeni dziejów). Stąd rzeczywistego boga “Fei Lian” (lub inaczej: “Feng Bo”), który tłumaczony jest dosłownie jako “latająca kurtyna/kotara/zasłona(sam nie jestem tutaj pewien)” (a wygląda jak… no cóż, smok z głową jelenia, ogonem węża i wieloma innymi ozdobnikami, polecam googlowskie grafiki dla jakiegokolwiek punktu odniesienia) zastąpiłem bliższym rodzimej logice Bei Fengiem, zbudowanym na pewne podobieństwo swojego pierwowzoru. Li Shou z kolei występuje w mitologii rzeczywiście, chociaż raczej marginalnie i była wystarczająco bliska kulturze europejskiej, żeby jej nie zastępować. Nie chciałem, żeby orientalność opowiadania nazbyt przytłaczała.

Regulatorzy, tradycyjnie dziękuję za wskazanie potencjalnych błędów (zwłaszcza, jeśli czytanie rzeczywiście sprawiało przykrość). Przysiądę nad nimi w wolnej chwili.

 

Dziękuję wszystkim :).

Och, Anonimie, owszem, czytałam z trudem, bo starałam się pojąć niezrozumiałe, ale w żadnym razie nie z przykrością! ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Coś w tym jest, że mężczyźni zrozumieli a kobiety nie ;)

No ujawnij się, Anonimie, bo mnie ciekawość konsumuje. ;)

A, no tak. W sumie już nic nie stoi na przeszkodzie.

Żaden ze mnie wielki/stały bywalec. Ot, bywam i korzystam z Waszej pomocy :).

O, i wszystko jasne. Gdybym mógł, kliknąłbym bib. Gratuluję dobrego tekstu. :)

Taaa, jedyne, co można powiedzieć o mitologii chińskiej, to że jest egzotyczna i stanowi jakiś tam konglomerat wierzeń wielu ludów.

Płciowy podział ze zrozumieniem ciekawy. :-)

Babska logika rządzi!

Aaaaa, ja się jeszcze chciałem odnieść do słusznej w swoich założeniach walki Gary_Joinera pod moim skromnym opowiadaniem. Nawet jeśli tutaj nie była potrzebna, bo autor jest jakkolwiek świadomy tego co pisze (no, w każdym razie ufa palcom stukającym w klawiaturę), to gdyby rzeczywiście chodziło o świeży narybek, który po dupie jeszcze od publiczności nie dostał, mogłoby go to lekko skrzywdzić.

W moim jednak odczuciu – nie da się całkowicie wyeliminować takich przypadków ze względu na różnorodność odbiorców (tak, niektórzy pragną niezobowiązującej pod żadnym względem lektury, w której przeskoczenie kilku zdań wzmocni dynamikę a nie urwie ważną cegiełkę z historii – ha wyolbrzymiłem :P), w każdym razie nie inaczej niż poprzez większą ilość komentarzy pod tekstami, znaczy większy przekrój czytelników, żeby autor mógł wyłuskać z tego jakieś rozsądne kąski.

Dodatkowo uważam, że każdy autor to musi być jednak jednostka inteligentna – co implikuje dojrzałe spojrzenie na własne twory, przynajmniej gdy te trochę odleżą. W każdym razie, bardzo chciałbym żeby tak było (i to nie tylko ze względu na implikacje wobec samego siebie :P).

@Mały Słowik

 

Aaaaa, ja się jeszcze chciałem odnieść do słusznej w swoich założeniach walki Gary_Joinera pod moim skromnym opowiadaniem. Nawet jeśli tutaj nie była potrzebna, bo autor jest jakkolwiek świadomy tego co pisze (no, w każdym razie ufa palcom stukającym w klawiaturę), to gdyby rzeczywiście chodziło o świeży narybek, który po dupie jeszcze od publiczności nie dostał, mogłoby go to lekko skrzywdzić.

Przypisujesz mi szlachetne intencje, podczas gdy ja “walczę” z pobudek czysto egoistycznych. Nie lubię, gdy autorzy tłumaczą każdy szczegół i prowadzą czytelnika za rączkę, żeby się nierozgarnięty biedaczek przypadkiem nie zgubił. Wolałbym żebyś ty, i każdy inny, pisał tak, jak ja lubię – nie jak lubi Finkla i Regulatorzy, co niekoniecznie znaczy, że to byłoby dla Ciebie i każdego innego, najlepsze (jestem marną grupą docelową).

 

Dodatkowo uważam, że każdy autor to musi być jednak jednostka inteligentna – co implikuje dojrzałe spojrzenie na własne twory, przynajmniej gdy te trochę odleżą. W każdym razie, bardzo chciałbym żeby tak było (i to nie tylko ze względu na implikacje wobec samego siebie :P).

I w idealnym świecie dotyczyłoby to także autorów komentarzy, bo na krytykę także trzeba patrzeć krytycznie.

 

na emeryturze

Słowiku, mnie się wydaje, że nikt tu nikogo nie będzie niańczył, więc nowy narybek musi zdawać sobie strawę, że trzeba mieć i twardy tyłek, i utrzymać dystans do komentarzy użytkowników. Nie widzę też niczego złego w tym, gdy ktoś napisze, że nie rozumie, bo nie od dziś wiadomo, że ludzie mają różne filtry, przez które patrzą na świat. Mają też różne oczekiwania.

 

Odniosę się do stwierdzenia o tłumaczeniu przez autora swojego tekstu. Czy to dobre (tłumaczenie autora), czy nie, to też kwestia oczekiwań i autora i użytkowników. To portal warsztatowy i napisanie przez autora, co chciał wyrazić albo o co mu chodziło, implikuje dyskusję, w której czytelnicy/użytkownicy piszą dlaczego nie zrozumieli, jak by to inaczej widzieli. Taka dyskusja jest po prostu ciekawa i użyteczna – oczywiście, niektóre komentarze nie są przydatne. Ale rozumiem, że niektórym osobom może to nie pasować albo wydawać się śmieszne, choć takie nie musi być w opinii innych. Poza tym, ogólnie, mam odmienne zdanie – jeżeli czytelnik nie zrozumie, to jest wina autora, a nie czytelnika, bo autor nie trafił w oczekiwania, albo filtr kompletnie inny.

Gary, jak to szło, dobro złem poczynione? ;)

Świat idealny byłby nudny. A i pisać w takim i dla takiego byłoby nudno (pomijając już nawet różne postrzeganie “ideału” przez jednostki).

 

Blackburnie, wydaje mi się, że generalnie napisałem to samo co Ty :). W tym co robił Gary nie chodziło mi o walkę z autorami innych komentarzy (tą już w swoim pierwszym tutaj komentarzu uznałem za niepotrzebną), a o próbę uświadamiania samym autorom opowiadań pewnych prawideł, które przy pierwszych krokach mogą nie być oczywiste. A twardy tyłek przydaje się wszędzie, nie tylko w pisaniu.

Odmiennego (choć nie przeciwbiegunowego) zdania jestem przy winie autora. Nie można oczekiwać, że trafi do wszystkich, bo to logicznie niemożliwe, a i kontroli nad doborem czytelników mieć nie może (a która na takim forum byłaby dodatkowo bezsensowna, bo każda pojedyncza opinia jest ważna). Z dokładnie tych samych powodów nie można winić czytelników. Szukanie tutaj czyjejkolwiek winy jest jak szukanie kozła ofiarnego dla zasady, że musi taki istnieć, (oczywiście pomijam sytuacje, w których autor ewidentnie nie przekazuje swoich myśli w żaden sposób – ale do tego musi z reguły dojść sam albo po odpowiednim przekroju komentarzy).

Nie można oczekiwać, że trafi do wszystkich, bo to logicznie niemożliwe, a i kontroli nad doborem czytelników mieć nie może (a która na takim forum byłaby dodatkowo bezsensowna, bo każda pojedyncza opinia jest ważna). Z dokładnie tych samych powodów nie można winić czytelników.

I w sumie o to chodzi. Ująłeś to lepiej. Pozdrawiam.

Zauroczyło mnie od pierwszego akapitu i tak trzymało do końca. Subtelne i cudownie wieloznaczne. Kapitalna stylizacja (tak ludzie Zachodu wyobrażają sobie Chiny, a mężczyźni – kobiety). Konstrukcyjnie tez bez zarzutu – świetna klamra.

Duże serducho Małego Słowika zabiło szybciej :).

To opowiadanie jest tak dobre, że jeżeli nie uzyska akceptacji czynników decyzyjnych, to ja przestaję tutaj pisać!

Albo gorzej: będę pisał tak długo, aż dostanę piórko za całokształt. Wtedy przyznam Bei Fengowi gwiazdkę. A potem zmienię nick i powtórzę (ja lub moi potomkowie) całą procedurę do skutku.

Apeluję zatem do chcących uniknąć zalewu koboldziej grafomanii: Ad bibliothecam subito!

 

No dobra, nadal tego opowiadania do końca nie rozumiem, ale w imieniu głosu ludu (i coby cobold się nie przemęczał:P) zagłosuję na bibliotekę. Przypominam, że każdy z Was może zgłosić to opowiadanie do nominacji na wyróżniający się tekst miesiąca (tu: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17131) – wtedy większa szansa, że zajrzy ktoś z piórkowych/lożowych.

Jestem na równi zaskoczony, przerażony i szczęśliwy ;).

 

Coboldzie, cieszę się, że opowiadanie wywarło dobre wrażenie, jednak nie popadajmy w przesadę. Chcesz żeby mi poziom ego niezdrowo podskoczył? Już mi ściany obija, tu i tu i tu – nie mieszczę się z nim w pokoju. No i nie mieszajmy do tego dzieci, niczym przecież nikomu nie zawiniły :P.

 

Bellatrix, to oczywiście Twoja decyzja i nie powiem, że nie cieszy mnie klik – nawet jeśli wolałbym żeby sprawy toczyły się normalną koleją rzeczy. To opowiadanie i tak dostało już dużą dawkę uwagi, niemalże biblioteczną. Nie ukrywam, że nad bibliotekę preferowałbym wizytę na dywaniku u redaktora, ale na to chyba jednak jestem jeszcze za słaby. Tak przynajmniej czuję (to samo czułem wycofując się z wygranego miejsca w konkursie do antologii metra, gdzie takowa miała być drukowana na papierze – miałem wewnętrzny sprzeciw przed papierowym debiutem na ówczesnym poziomie mojej pisaniny. Jak patrzę wstecz, wciąż uważam to za dobrą decyzję i podziwiam swoją ówczesną dojrzałość (czy to już zalatuje narcyzmem, czy jeszcze nie?). Od tamtej pory raczej zdziecinniałem ;) ).

Całkiem oryginalny pomysł i klimatyczne wykonanie. Przekazu też nie złapałem do końca ale komentarz Garego wszystko wyjaśnił.

Kolejne spojrzenie na moją twarz mogło wywołać gniew[-,] największego z pożeraczy dusz.

Zbędny przecinek.

No rest for the Wicked

Cholera. Jeszcze tylko musi znaleźć się kobieta, która opowiadanie zrozumie i cała moja teoria płci wierzga pośmiertnie w gruzach ;).

Mam zdecydowane opory przed usuwaniem tego przecinka. Przyjrzę mu się.

 

Dziękuję uprzejmie.

Usuń, usuń, nie jest tam potrzebny.

Babska logika rządzi!

Znaczy, wydaje mi się, gdyby go nie było, to “gniew największego z pożeraczy dusz” dotyczyłby podmiotu nie znajdującego się w zdaniu. A mnie w zdaniu chodzi o to, że to “gniew” jest “największym z pożeraczy dusz”. Ewentualnie, jeśli ten przecinek nie spełnia swojego zadania, można by wstawić tam dwukropek.

Proszę o korektę mojego myślenia, jeśli jest błędne :). Z góry dziękuję, bo mały rozumek Małego Słowika nie ogarnia przecinkologii :P.

 

EDIT: To właściwie jest dość ważne. Podmiot poza zdaniem mógłby sugerować czytelnikowi, że to Bei Feng jest pożeraczem dusz, a ja przecież bardzo starałem się sportretować go jako istotę z natury dobrą, jednak zamkniętą we własnych klatkach (co jest dość przewrotne, bo żeby z takowych, metaforycznych klatek uciec, musi zamknąć się w klatce całkiem materialnej).

W tym wypadku wypadałoby napisać “Gniew” z dużej litery, dla odróżnienia pomiędzy personifikacją a emocją samą w sobie.

No rest for the Wicked

Nie jestem pewien, czy nakreślenie zwyczajnej emocji z wielkiej litery (to nie jest personifikacja, chodzi stricte o samą emocję) nie mąciłoby dodatkowo czytelnikowi (”O, a dlaczego tak? Kim jest ten cały Gniew?”). Myślę, że po prostu przerobię w jakiś sposób zdanie, co by pozbyć się jakichkolwiek niejasności :).

Dziękuję za zwrócenie uwagi.

Aaaa, o to chodzi… To ja bym napisała: wywołać gniew, największy z pożeraczy dusz.

Babska logika rządzi!

albo ‘największego z pożeraczy dusz: gniew’. Zaraz się okaże, że kobiety nie zrozumiały opowiadania z powodu złego umieszczenia przecinków ;)

“Ponad wszelkie wasze uroki…”

Jeżeli to zdanie ma znaczyć to, co Mały Słowik zamierzył, to najlepiej jest chyba tak, jak było. Ewentualnie przecinek do zastąpienia myślnikiem.

 

A poza tym uważam, że Kartagina zasługuje na zburzenie a ten tekst na bibliotekę ;)

Bo ja już piszę!

Jedno zdanie, tak wiele możliwości! ;)

 

Bellatrix, to by sugerowało, że potrafię wytrenować przecinki tak, żeby szczekały tylko na pierwiastek kobiecy. A ja nie potrafię zmusić tych diabełków nawet do stania na właściwym miejscu. Żaden ze mnie treser.

Przeczytałam opowiadanie, wciągnięta jak rzadko w tak poetyczny tekst.

Potem zaczęłam przeglądać komentarze i – zdziwiona – zorientowałam się, że wielu komentujących nie zrozumiało, o czym ono jest. Podczas czytania historia wydawała mi się jasna i klarowna, więc zaczęłam się martwić, że może jednak czegoś nie dostrzegłam i czegoś powinnam była nie zrozumieć. Na szczęście natknęłam się jeszcze na interpretację Gary’ego i jej potwierdzenie przez Autora. Uff… :)

Więc, jeszcze raz – mnie się bardzo to opowiadanie podobało. Nie jest tak łatwo rozpisać rytuał na 17 tys. znaków, czyniąc z niego historię pełną emocji.

Widziałam, że w wątku z nominacjami Twój tekst, Słowiku, został już zgłoszony do nominacji. Na wszelki wypadek jednak nominuję go również w wątku loży, żeby się z nią tak ładnie pożegnać. :)

Podobnie jak ocha muszę przyznać, że i mnie zdziwił brak zrozumienia czytających. Tym samym masz już, Słowiku, drugą kobitkę, która burzy Ci teorię ;)

Opowiadanie urzekające, piękne. Zachwyciło mnie poetyką, orientalnością, zmysłowością, a także tym subtelnym sposobem podawania informacji, który, jak sądzę, pewnie przyczynił się do tego braku zrozumienia. Mnie taki styl akurat bardzo odpowiada, choć rzeczywiście trzeba czasem pewne rzeczy wyłuskać. Nic to, jeśli łupinki stanowią tak piękne zdania. Niektóre z nich czytałam po dwa razy, żeby nasycić się brzmieniem :) Gratuluję, Mały Słowiku, świetny tekst.

Mam mieszane uczucia. Sens zrozumiałam – choć w sumie wymyka się mojemu pojmowaniu samo wysyłanie “zadbanych” dusz lampionami do nieba… Treści w sam raz w stosunku do objętości; odrębną kwestią jest to, czy danemu czytelnikowi przypadnie do gustu, czy nie, oczywiście. Język ładny, aczkolwiek nie w moim stylu.

 

Tutaj mi zgrzytnęło:

“…po krawędziach ulepionych z ziemi głazów.“ – Od kiedy kamienie są zrobione z ziemi? ; p

 

Tak czy owak, generalnie muszę się z tym przespać. Tekst jest niewątpliwie jako całość porządny, klikam Bibliotekę, ale jeszcze nie rozstrzygnęłam, czy mi się spodobał, czy nie.

 

EDIT: Aha, no i oczywiście masz u mnie ogromny minus za [SPOILER] zabicie kotka [/SPOILER] : (

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jak wujek cobold obiecał, że załatwi, to załatwił :) Gratuluję!

Nie rozpisując się zbytnio –> dziękuję. Szpony lodowatego podmuchu wiatru subtelnie splotły się z moimi neuronami. Poszybowałem z lampionami, pozostając jednocześnie wśród żywych… :)

 

O żesz w konewkę :o.

Skrzydełka mi urosły! Jeszcze tylko dziób i trochę masy, a będzie jaszczomb jak malowanie, co trochę świergoli.

 

Ocho, Werweno – dziękuję. Zarówno za kliki i prowadzenie za rączkę do dyrektora przybytku :P, ale przede wszystkim za obalenie teorii. Zwykle bym się martwił, że stawiam chybione tezy, ale tym razem pomyłka oznacza, że jestem w stanie pisać dla kobiet. Grono moich potencjalnych czytelników poszerzyło się w ten sposób jakoś dwukrotnie!

 

Joseheim – również dziękuję za bibliotekę. Kotek jest poniekąd katalizatorem historii. Dostał niezwykłą rolę, a potem nawet tańczył pośród gwiazd, związany z duszą jeńca. Myślę, że oddałem mu pełne honory. Ba, ja jestem takim potworem, że bardzo chętnie zżyłbym czytelnika z malcem dużo mocniej, żeby wydźwięk był jeszcze mocniejszy – na co nie pozwoliła mi konstrukcja i wyważenie tekstu. Tak więc, przyjmuję minusa na twarz z pełną odpowiedzialnością, ale bez skruchy :P.

Z kolei – co do głazów. Za czasów dynastii Song skały i głazy (traktowane zresztą jako swoiste, ogrodowe dzieła sztuki) często wykonywane były właśnie z ziemi. Wynikało to między innymi z kosztów takich “rzeźb” oraz większej kontroli nad formą. Chociaż idąc za wikipedią, zdarzyło się jednemu cesarzowi prawie uwalić chińską gospodarkę, bo burzył mosty w całym kraju po to tylko, żeby upiększać ogrody.

 

Coboldzie – https://www.youtube.com/watch?v=Do1Y8kY5m3Q . Na tą chwilę tylko melodia na guanzi (co by utrzymać opkowe klimaty), bo na orkiestrę mnie jeszcze nie stać. Wielki ukłon dla Ciebie, bo to chyba twój post w pewnym wątku (oraz w drugim szeregu głosy Garego i Blackburna, którym z tego miejsca również dziękuję :)) zwrócił dodatkową uwagę na opowiadanie.

 

Banshee – Hmmm, proszę nie odlatywać za wysoko. Gwiazdy są najpiękniejsze z daleka :). Dzięki.

Słowiku, mnie chodzi o kwestię językową, nie kulturową… Skoro głaz to “bardzo duży kamień”, a kamień też ma określoną definicję, to siłą rzeczy głaz nie może być “ulepiony” z ziemi. Warto by znaleźć jakieś inne słowo na określenie takiego tworu, o jakim piszesz…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Doprecyzowaniem byłoby chyba określenie “sztuczna skała” (korzystałem raczej z angielskich, względnie rosyjskich opracowań i tłumaczeń w celu budowy otoczki opowiadania, ale chyba można tak na jana przetłumaczyć “Artificial Rocks”). W kwestii językowej masz oczywiście pełną rację, bezsprzecznie. Określenie jednak zupełnie nie pasuje do otoczki (brzmi jakoś współcześnie) , a przede wszystkim do narratorki. W sumie – przesadzam. Chyba nawet gdzieś w tekście użyłem podobnego zwrotu, ale w odniesieniu do całego ogrodu. W związku z czym cały opis mi lekko zgrzytnął :o. Biorę się za naprawy.

Najlepiej chyba będzie jak jeszcze raz zanurkuję w materiałach i może wyłowię coś odpowiedniego.

Dziękuję za odpowiednie spojrzenie :).

 

 

Pieczołowicie kształtowane podobizny głazów, lepsze od naturalnych/ dzikich bo… (nie wiem – piękniejsze, prowadzące myśl w pożądanym kierunku)?

Babska logika rządzi!

O nie, to odpada zdecydowanie. Narratorka nie odmawia ogrodowi piękna, ale piętnuje właśnie sztuczność i całkowitą kontrolę nawet nad detalami. To bezpośrednie odniesienie do jej własnego życia – ogród chiński jest taką klatką gdzie każdy jeden kamyczek ma swoje konkretne miejsce i przeznaczenie. Stąd przywiązanie narratorki do śliwy, która jako jedyna nie jest poddawana obróbce. Ale tu już chyba zaczynam wchodzić w zbytnie szczegóły opka ;).

Wracam grzebać.

Poprawione. Nie wiem, czy jest lepiej, ale z pewnością poprawniej i być może nawet klimatyczniej. Jeszcze raz dziękuję Joseheim :).

No to przyjdzie mi przeczytać opowiadanie raz jeszcze, teraz już ze zrozumieniem i pełną świadomością, i zastanowić się nad decyzją, co z piórkiem, bo Mały Słowik bez piórka wygląda, że tak powiem, trochę łyso… ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oj tam. Bluza z kapturem i jest Słowik z Wrocławskich Doliniarzy. Tylko co by latać muszę mocniej machać skrzydełkami ;).

W sumie jeszcze jedna obserwacja – nie rozumiem tytułu. Wiem, że bohaterka jest pozamykana w licznych przenośnych klatkach, ale czy to Bei Feng je budował? Myślałam, że on był ten dobry? Sam z własnej woli raz na rok wchodził do klatki…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Problem z tytułami jest taki, że doskonałe (w moim odczuciu) nie istnieją. I mówię tutaj raczej o tym, że historia dotyczyła bardziej bohaterki, niż Bei Fenga, jednak:

 

Bei Feng jest inaczej nazywany Ręką Bogów. Wykonuje ich wolę zapisaną w kultywowanych obrzędach i tradycjach – z tej klatki nie jest w stanie się wydostać, bo sam jest jednym z jej prętów. Wszystkie pozostałe klatki są pochodną tej właśnie jednej – za wyjątkiem tych kilku, które powstają z woli bohaterów, jak chociażby odwiedzanie śliwy przez bohaterkę (własnoręcznie zbudowana tradycja). Daje im to poczucie kontroli nad własnym życiem: posiadanie klatek, które mogliby z siebie zrzucić.

 

Stąd wynika, że wszystkie klatki, w których zamknięci są bohaterowie, pochodzą od tej wielkiej nałożonej na Bei Fenga. Stąd można uznać, że poniekąd są jego własnymi. Tytuł nie precyzuje, czy chodzi o te, w których sam jest zamknięty, czy w których zamknął innych. Działa to w obie strony.

 

Sam Bei Feng jest rzeczywiście dobry. Bardzo pragnąłby na własnych skrzydłach zanieść wszystkie dusze przed oblicze bogów. Wie, że nieskrępowany, nie byłby w stanie się powstrzymać, więc dla własnego i ludzkiego dobra, unika gniewu bogów poprzez zamykanie się w klatce bardzo dosłownej.

 

W skrócie: Nawet jeśli niektórych klatek nie zbudował Bei Feng, to i tak jest z nimi ściśle powiazany. W tych okolicznościach myślę, że tytuł jest usprawiedliwiony :). W każdym razie, wszystko to jest zawarte w tekście.

 

Mówiłem kiedyś, że lubię dużo pisać? Nawet w komentarzach :P.

Estetycznie bardzo fajne, jeśli chodzi o złożoność sądzę, że tekst może wymykać się mniej uważnemu czytelnikowi. Wydaje mi się, że szerokimi zakosami dotarłem mniej więcej do sedna, ale dla świętego spokoju chciałbym zapytać autora:

czyje dusze znajdowały się w dwóch lampionach – czy bohaterka dodała jeden lampion ekstra, aby zamieszkała w nim dusza kotka – jeśli tak, czy było to zgodne z zasadami?

Czy wynik pojedynku dwóch lampionów nie miał znaczenia?

Czy ostateczny wynik konkursu ma związek z zabójstwem bohaterki – zabójcy czekali aż wygra, żeby uchronić cesarza od kolejności zaprzepaszczenia kolejnego roku starań o potomka?

Bohaterka i tak musiała dać z siebie wszystko w konkursie, bo była tradycyjną perfekcjonistką, a poza tym tekst opowiada o gorzkim zwycięstwie?

To trudna sztuka pisać teksty piękne, niebanalne, a jednocześnie zrozumiałe dla “przeciętnego” czytelnika. Nawiązując do tematu tekstu – trzeba chyba odnaleźć państwo (złotego) środka ;).

 

Nie miał wcale oczu wojownika, zwykła wesz na skórze każdej armii, żebrak zabłąkany w odgłosach wojny.

Na koniec dodam, że bardzo przypadło mi do gustu to zdanie.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Zamiarem moim było oprzeć historię na stosunkowo prostym szkielecie, który byłby zrozumiały dla każdego (wyszło takie pół na pół :P). Szkielet z ten z kolei miał być obudowany niuansami bardziej subtelnymi, zazębiającymi się z główną historią (lub nawet dopełniającymi jej kształtu). Myślę, że stopniowanie wyszło – inna sprawa z jakiego pułapu wystartowała ta złożoność.

 

Zastanawiam się czy nie pozwolić… mam nadzieję, że nikt nie zagląda najpierw w komentarze, przed czytaniem. Jest ich w sumie więcej niż tekstu. Mogę więc chyba odpowiedzieć. (Nie będę robił skrótów, jak już pisać co miałem na myśli, to pisać).

 

1 Obydwa konkurujące ze sobą (lecące najwyżej) lampiony zawierały po jednej duszy (nie sprecyzowałem czy w rytuale istnieje inna możliwość, ale myślę, że to niepotrzebne). Duże znaczenie miała kolorystyka i przyrównanie do kamieni szlachetnych. Zieleń pierwszego (jadeit) symbolizowała pałacowe ogrody, do których wpuszczony został Temur, już wcześniej mający zresztą piękną duszę (stąd jadeit zatopiony w topazie). Odbiły się na jego duszy, zostawiły swój refleks. Drugi lampion, to oczywiście jeniec pielęgnowany przez bohaterkę. Granat symbolizuje tutaj właśnie smutek po Li Shou. Zostawiła na duszy jeńca bardzo wyraźny ślad (stała się jej częścią), który odbija się blaskiem w trakcie festiwalu.

 

2 Właściwie tak. Wygrana oznaczała śmierć. Przegrana, życie bez cesarza jako wyprana z duszy osoba (poświęciła wszystko dla wygranych, przestała być dawną kobietą). Druga opcja była dla bohaterki dobra dlatego, że nie obciążała tak boleśnie sumienia cesarza.

 

3 Tak. Ostateczne rozwiązanie, którego cesarz starał się uniknąć (to zresztą są jego ludzie) za wszelką cenę (nawet naginając delikatnie zasady festiwalu). To akurat szkielet opowiadania. Jeśli był niezrozumiały, to coś mi nie pykło :P.

 

4 Taka się stała dla cesarza. Miłość wiele zmienia. Może wciąż wierzyła w jakieś rozwiązanie, którego nie dostrzegała. Gorzkie zwycięstwo wynika z tego, co musi poświęcić, żeby je osiągnąć. Za każdym zresztą razem. Przede wszystkim ta wola wygranej wynika z jej charakteru (który starałem się zbudować wieloma partiami tekstu) i faktu, że żadne z rozwiązań które sobie wyobrażała, nie było wiele lepsze od innych.

 

Chyba tyle. Długo, bo ja tak lubię.

Dziękuję za komentarz.

Rzeczywiście, wszystko jest w tekście : ). Mógłby być odrobinkę prostszy, ale nie można Ci zarzucić, że o czymś nie wspominałeś. Poza tym dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak dobrze wykorzystałeś mniej niż dwadzieścia tysięcy znaków do pokazania tak niebagatelnej historii. 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Fizjognomią

Ale po co tak? Przecież tam nie ma archaizacji, a tu nagle takie coś, jakbym jakiego Słowackiego czytał.

pośniedziały od rdzy.

Tu się zdziwiłem, bo przecież rdza to nie śniedź (żelazo vs miedź). Więc sięgnąłem do googla i tam mówią, że potocznie może być. Niemniej jakoś mi to nie pasuje do poziomu, który chyba chciałeś osiągnąć.

patrzyłam jak rośnie jego dusza

przecinek przed jak – a, no rzuciło mi się

 

Również w moim wypadku te interpretacje były bardzo bolesne, między innymi dlatego, że samo słowo dusza potrafi wywoływać u mnie torsje. Niestety, nie umiem traktować mitologii, jak faktów. O ile interpretowałem mniej więcej jak Gary (z małą gwiazdką, o czym niżej), na końcu zostałem z wątpliwościami podobnymi do tych Nevaza oraz owym niezrozumieniem przelewania dusz do lampionów. Może właśnie, jak pisała bodaj Finkla, zabrakło jakiegoś jasnego hasła – wyłącz rozum. A potem nastąpiło to nagle, może za późno, wszystko zaczęło się gwałtownie plątać, włącznie z interpretacją, że bohaterka w istocie sama jest tylko duszą (bo czy to nie jej imię jest w końcu na lampionie?). Szybko uświadomiona nieznajomość tej mitologii spowodowała poszukiwanie nawiązań również tam, gdzie ich nie było, np. myślałem, że to cesarz wykonał lampion, w którym znalazła się bohaterka – i to dlatego chciał się postarać. Słowo starać jako klucz do (…) moim zdaniem sprawdza się średnio. Z dziury w celi też wypłynął ciąg z pewnością nietrafnych skojarzeń – acz równie dobrych, bo kto powiedział, że musi ona oznaczać to samo, co u nas?

Zostałem z poczuciem, że nie dałeś mi szansy wszystkiego zrozumieć, a tego nie lubię. Za to wiem, że jest bardzo wielu ludzi, którzy tak lubią (jakoś nasuwa mi się porównanie z Borgesem, choć to nie do końca to samo) i nie przeszkadza im, że coś im umknęło, mój dociekliwy umysł niestety obraża się w takich wypadkach na Autora ;)

Technicznie – całkiem, całkiem, choć mocno mi się kojarzyło z Werwenową “Cesarzową…”, a to jeszcze nie ten level. Miałem wrażenie, że w tekście wiele informacji się powtarza, rozumiem, że to przez próbę podsunięcia wskazówek, ale stylistycznie mnie to irytowało. Wolałbym bardziej wprost, lecz to oczywiście kwestia gustu.

Ja z jakiegoś powodu na początku zlałem w jedno syna Temura i podopiecznego głównej bohaterki – dlatego potem miałem problem ze zrozumieniem sceny w ogrodzie i sceny finałowej. Wina ewidentnie leżała po mojej stronie.

 

Po lekturze całej dyskusji nasuwa mi się wniosek, że w tekstach – nazwijmy je – egzotycznych i oryginalnych, nie trzeba bać się odrobiny łopatologii i czasem walnąć prosto z mostu. O ile przeciętnemu XXI-wiecznemu polskiemu czytelnikowi nie trzeba wyjaśniać w jaki sposób prowadzi się samochód lub gotuje wodę w czajniku, chińskie rytuały z duszami mogą już być trudniejsze do uchwycenia ;)). Ale to czy i ile wytłumaczyć, to już decyzje, które każdy autor podejmuje sam. Rozważając Klatki Bei Fenga, nie mogę też oprzeć się wrażeniu, że meritum tekstu stanowią przeżycia wewnętrzne bohaterki w klamrze gorzkiego zwycięstwa. Najlepiej gdyby nic nie odciągało czytelnika od refleksji nad wyborami żony cesarza.

To rzekłszy, podtrzymuję nominację : ).

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Aj, Vargu. Niedobrze. Pracuję nad opowiadaniem mocno cyberpunkowym (może użyłbym zwrotu: dukajowym, co byłoby bliższe prawdy) o roboczym tytule Neony tego duszy. Już chyba wiem, że jeśli zamieszczę tutaj tekst, to na starcie mam czytelnika mniej :P.

 

Moją główną nadzieją (zamiarem, właściwie), jak napisałem wcześniej, było postawienie rdzenia historii, który trafiłby do wszystkich. I miał nim być właśnie trójkąt Bohaterka-Cesarz-Bei Feng, gdzie ten trzeci był raczej cieniem padającym na wcześniejszą dwójkę (czyli poniekąd Nevaz ma rację co do tego, czego historia dotyczy). Reszta treści, dopełniająca bohaterów i nadająca dodatkowe smaki historii – miała być wyławiana przez czytelników w miarę ich własnych potrzeb/dociekliwości/może nawet wrażliwości (ha, teraz to poleciałem. Jak słowik na zimę.).

Jako, że jestem kiepski w stawianiu prawdopodobnych tez, zgodnie z internetową mantrą, postawię jeszcze jedną. W sensie, że nie jest tak, jak mówisz: “że nie dałem szansy wszystkiego zrozumieć”, ale że “dałem szansę zrozumieć zbyt wiele” (w sensie, że na takiej małej powierzchni). Ładnie brzmi. Takie tezy są najlepsze. Bezsensowne, ale ładnie brzmiące.

 

Co by nie było. Przyjrzę się scenie z lampionem i, być może, potraktuję łopatą. Za uwagi techniczne również dziękuję, poprawię w wolnej chwili.

 

Tak, ja też splątałem w jedno jeńca i syna Temura. Nie pisałem o tym, bo w zasadzie jest to podane w tekście, choć w miejscu, w którym być może spodziewałem się jeszcze jakichś wyjaśnień, więc tego typu informacje upychałem w głowie z metką “do zrozumienia później”. Ale że na synu koncentruje się od początku uwaga cesarza/bohaterki/czytelnika, to jakoś już tak zostaje.

Natomiast – i to być może najlepszy komplement dla Autora – nie można odmówić Twoim tekstom oryginalności, czytam z zaciekawieniem, więc z pewnością nie będę ich domyślnie spisywał na straty, spokojnie :)

Podobało mi się. I styl, i klimat, i treść. Połapać jakoś specjalnie trudno mi nie było :) Nie jestem pewna, czy jest to tekst piórkowy, choć z drugiej strony na pewno jeden z lepszych w miesiącu. Zastanowię się.

EDIT: A dlaczego musze się zastanowić? Bo z każdy elementów mi się nawet podobał, ale żaden nie powalił mnie na kolana ;)

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Natomiast – i to być może najlepszy komplement dla Autora – nie można odmówić Twoim tekstom oryginalności, czytam z zaciekawieniem, więc z pewnością nie będę ich domyślnie spisywał na straty, spokojnie :)

No, ten, tego. Dzięki, Vargu.

(swoją drogą, widzę, że komentarz już trochę ma, a mnie się gwiazdka wtedy nie wyświetliła, że coś nowego przyszło :< . Moje ego czuje się obrabowane z kilku chwil przyjemności!)

 

Tenszo, następnym razem wyposażę opko w podcinacze nóg. Na tą chwilę mechanizm podaje whisky z colą zamiast ucinać stopy, ale pracuję nad tym (żeby chociaż coli nie dolewał, profan jeden) :P.

Osobiście cieszę się już z tego, że Wszystkie klatki… trafiło pod głosowanie. Małymi kroczkami do celu. Tym razem, być może, tylko głosowanie. Następne, być może, trafi pod oko redaktora, które łypnie i zionie ogniem z niestrawności (plująca płomieniami gałka oczna przemawia do mojej wyobraźni). Jeszcze następne może nawet się spodoba. A po piórku już droga dla następnych opowiadań prosta. Zajdel, potem Nebula, a na koniec może nawet wyzbędę się zazdrości w stosunku do Teda Chianga.

Żartowałem. Głupio byłoby wyrzucać wtedy cały ten papier toaletowy, którym planuję obrzucić jego dom. A reszta, oczywiście, małymi kroczkami ;).

Dziękuję.

Może pewnego dnia opublikujesz zbiór kreatywnych komentarzy, Mały Słowiku : )

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

A myślisz, że Chiangowi skoczyłby wtedy gul? Bo to może być decydujący czynnik motywacyjny.

I mógłbym rozpisać co bardziej kwieciste kawałki na rolkach papieru. Tak. To jest to. Przekaz artystyczny i zemsta w jednym. Przekonałeś mnie, Nevazie ;).

Słowiku, taki nośnik dla idei to prowokacja. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie będę miał nic przeciwko, jeśli poczuje się sprowokowany. Ręka mu zadrży, jak zobaczy, że na papierze gęsto przewija się jego nazwisko :P.

Hmmm. Coś w tym jest… ;-)

Babska logika rządzi!

Wiesz, Słowiku, już pierwszy akapit wydał mi się zapowiedzią decyzji, jaką przyjdzie mi podjąć w kwestii piórka dla Bei Fanga. I nie rozczarowałem się – jestem całkowicie na NIE.

Po pierwsze, bardzo nie podobał mi się totalny chaos narracyjny. Już właśnie ten pierwszy akapit doskonale go zaprezentował:

Chiny stale uczyły jednej rzeczy. Każdym obrazkiem zza okna, słowem z ust boga i okrzykiem wiwatującego tłumu. Były ich tysiące, zgromadzonych na placu przed złotym pałacem: ustawionych dwoma, równymi rzędami, tak żeby pozostawić wewnątrz dostatecznie wiele miejsca.

Piszesz o jednym, a zaraz potem, bez żadnej przerwy, odstępu, czy oddzielenia w jakikolwiek sposób, przeskakujesz do czegoś zupełnie, ale to zupełnie innego, a ja zostaje ze zmarszczoną brwią sumiastą i wyrazem mordy, który raczej nie przysporzyłby mi wielbicielek.

Podobne cudeńka, ku mojej irytacji, powtarzały się w tekście tak często, że niemal się do tego przyzwyczaiłem. A maniera, by nie mówić rzeczy wprost i nie nazywać ich po imieniu (jak na przykład z tym kotkiem, którego nazywasz w tekście “małym przyjacielem” – zresztą również w momencie wyrwanym mocno z kontekstu, bo myślałem, że to ma coś wspólnego ze spinką-ważką – a potem jeszcze jakoś podobnie, wprawiając mnie w konsternację, choć ukrywanie tożsamości owego przyjaciela nie służy tak naprawdę niczemu, prócz poetyzowania tekstu) też w niczym mi życia nie ułatwiała, ani nie zwiększała przyjemności z czytania.

Samo poetyzowanie też – do pewnego stopnia – na minus, bo jest przedobrzone. Po pierwsze, nużyło, bo przeciągało i tak już statyczną i prawdę mówiąc niezbyt zajmującą opowieść w nieskończoność, a po drugie trafiały Ci się zdania tak ładne, że aż brzydkie, jak choćby to: Jeden ze strażników podał mi smukłą świecę z rudymi naleciałościami jak kaniony płynącymi przez wosk – ni chu chu z tego nie zrozumiałem. Przeczytałem to więc ponownie i ponownie, czego efekt jest taki, że – cytując za jedyną prawdziwą Boginią na tym portalu, a nie jakimś tam chińskim kotem^^ – nie zrozumiałem tego zdania trzy razy bardziej, niestety.

 

Są też oczywiście i plusy. Ot, choćby – i znów: do pewnego stopnia – poetyzowanie właśnie. Bo tak to już w świecie bywa, że nawet pasztety mają ładniejsze i dużo ładniejsze siostry. Tutaj takich siostrzyczek – zdań-perełek – jest całkiem sporo, a każda zmusza człowieka, by przystanąć, popatrzeć, powzdychać…

Pomysł, ogólnie, też jakiś jest, choć a) jak już pisałem – niezbyt zajmujący, przynajmniej w takiej formie i b) myk z tymi cesarskimi staraniami rozgryzł się sam zdecydowanie wcześniej, niż powinien. Poza tym wykonanie – przeciąganie, przegadanie, przepoetyzowanie i trochę też przedramatyzowanie – położyły go po całości. Słowem, pomysł to za mało, żeby tekst udźwignął własny ciężar (powtarzam się, wiem).

Trochę pomógł tu klimat, będący – obok zdań-perełek – chyba najmocniejszą stroną tekstu. Miało być nostalgicznie, nawet smutnie, a wyszło wręcz depresyjnie. A to i dobrze, i za dobrze, jeśli wybaczysz mi takie podsumowanie.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Trochę zastanawiające. Odnoszę po prostu wrażenie, że nam się logiki (w sensie ciągłości myśli) rozjeżdżają. No bo spójrzmy na zdanie, w którym zwracasz uwagę na przeskok narracyjny:

 

“Chiny stale uczyły jednej rzeczy. Każdym obrazkiem zza okna, słowem z ust boga i okrzykiem wiwatującego tłumu. ----> Były ich tysiące, zgromadzonych na placu przed złotym pałacem: ustawionych dwoma, równymi rzędami, tak żeby pozostawić wewnątrz dostatecznie wiele miejsca.”

Osobiście dostrzegam dość naturalne i płynne przejście. Zgodne z moją logiką myślenia i nie wykluczające się scenowo. Ale jak powiedziałem, możemy się w tej kwestii rozjeżdżać i nic na to nie poradzę :).

 

“A maniera, by nie mówić rzeczy wprost i nie nazywać ich po imieniu (jak na przykład z tym kotkiem, którego nazywasz w tekście “małym przyjacielem” – zresztą również w momencie wyrwanym mocno z kontekstu, bo myślałem, że to ma coś wspólnego ze spinką-ważką – a potem jeszcze jakoś podobnie, wprawiając mnie w konsternację, choć ukrywanie tożsamości owego przyjaciela nie służy tak naprawdę niczemu, prócz poetyzowania tekstu”

Kot został w ten sposób zaintrodukowany przed swoim “wyjściem na scenę”. Inaczej wyskoczyłby jak diabeł z pudełka, a przekazanie jego obecności wprost, jeszcze przed sceną opowieści o Li Shou, odebrałoby jej jakąkolwiek moc (i nie twierdzę, że teraz jakaś jest – to już decyzja czytelnika).

 

“bo przeciągało i tak już statyczną i prawdę mówiąc niezbyt zajmującą opowieść w nieskończoność“ i tak cieszę się, że historię zawartą w tekście zrozumiałeś. Rozumiem też odbiór. Szkielet historii miał być jasny i prosty. Inna sprawa, że wcześniej zwrócono uwagę, że ilość treści w opowiadaniu jest większa niż ilość znaków – stąd to przedłużanie “niczego” w tym wypadku jest dla mnie dość niezrozumiałe.

 

Nie mam czego wybaczać, zarówno w opinii jak i podsumowaniu :). Nie odnosiłem się również do fragmentów Twojego komentarza dla obrony tekstu. W żadnym wypadku. Pokazuję tylko, że wszystko to (no, za wyjątkiem przepoetyzowania – zdarza mi się tutaj przegiąć, to prawda) zostało w jakiś sposób przemyślane i jeśli chodzi o zamysł autora, to jest na swoim miejscu.

Nie trafiłem pod Twój gust i nie jestem zdziwiony, bo zarówno konstrukcja tekstu jak i język balansują na dość cienkiej krawędzi jeśli o takowe chodzi.

Dzięki za rozległy komentarz (które to, jeśli chodzi o głosowanie pod piórko, są chyba najfajniejszą tegoż częścią :D).

Jak już wałkujemy pierwszy akapit. Czego właściwie uczyły Chiny i czego było tysiące?

Babska logika rządzi!

*Chiny stale uczyły – są tutaj klamrą zamykającą całą scenę i mającą bezpośrednie do niej odniesienie oraz klamrą na całe opowiadanie. Chodzi oczywiście o gorzkie zwycięstwo. Pierwsza scena = powrót wojsk z wygranej bitwy, okupionej ofiarami. Całość = historia bohaterki.

*Tysiące wiwatujących w tłumie ludzi. Wydaje mnie się logicznie zrozumiałe w kontekście poprzedniego zdania.

 

Ale naprawdę, wolałbym nie rozkładać całego opowiadania, bo wróci mi do pamięci i będzie krzyczeć, że chce dla siebie więcej miejsca. Swego czasu zajęło mi już wystarczająco dużo zasobów. Druga sprawa – to świadectwo porażki w dotarciu do niektórych czytelników. Cieszę się, że do niektórych trafiło, a jednocześnie jest mi szkoda pozostałych, których opowiadaniem zmęczyłem. Takie osobiste, gorzkie zwycięstwo.

Ale w poprzednim zdaniu nie ma ludzi. Są tylko tłumy, okrzyki, bogowie, usta, słowa, okna i obrazki. Niby jest z czego wybierać, ale nic nie pasuje.

Hmmm. Może przez poetykę się odbiłam od tekstu? Frapuje mnie ta kwestia.

Babska logika rządzi!

Z czego składa się tłum? :) Podobne zabiegi łączenia zdań w wynikowe ciągi logiczne widywałem bodajże u Dukaja, czasem Joyca (przy czym ten bywał ciężki również dla mnie :F) i chyba Kazantzakisa (mogę się mylić, nie mam przy sobie żadnej jego literatury w tej chwili, żeby sprawdzić). Nie to, że się do któregokolwiek porównuję (taaaaa, to by było bezczelne – mam trochę papieru co by obrzucić również ich domy (no, w dwóch przypadkach może być ciężko ;P – profanacja nagrobków), ale wszystkim po kolei). Chodzi tylko o to, że nie jestem chyba jedyny.

Albo poetyka, albo, co może pokazywać pierwszy akapit – rozbieżność logik, może odmienny styl myślenia. Wtedy by wychodziło, że ja to jakiś inny jestem. Cholera, i po co było tyle ćwierkać.

Wtrącę się jednak, jako osoba, która nominowała ten tekst w wątku lożowym. Owszem, pierwszy akapit być może powoduje pewien dyskomfort w kategoriach hiperpoprawności gramatycznej. Jednak pozostaje jeszcze kontekst i logika. Gdy czytam teraz książki, nie jestem w stanie już ich czytać “normalnie”. Co pół strony łapię się na tym, że gdzieś jest zgubiony podmiot, gdzieś powtórzenie czy co tam jeszcze. I jak bardzo ta książka zostałaby u nas, na portalu, rozłożona na czynniki pierwsze. To nie zawsze ma sens. Już nie mówiąc o tym, że – bywa – hiperpoprawność gramatyczna potrafi zabić klimat. Czasami błąd jest pozorny, bo autor doskonale wie, jaki efekt chciał uzyskać. I mu/jej się to udaje, dopóki ktoś nie zdecyduje się przyjść z narzędziami do dekonstrukcji. ;)

Co do kotka – też zauważyłam tego “małego przyjaciela” i też mnie on początkowo zirytował. Ale już po sekundzie uznałam, że zaraz się wyjaśni i że Autor nie bez przyczyny użył tego sformułowania, nie informując od razu, o co chodzi. Miałam rację.

O, to to to! Finkla uchwyciła sedno problemu. A nawet dwóch problemów (głęboki składam ukłon, madame).

Więc jeszcze raz pierwszy akapit:

“Chiny stale uczyły jednej rzeczy. Każdym obrazkiem zza okna, słowem z ust boga i okrzykiem wiwatującego tłumu. ----> Były ich tysiące, zgromadzonych na placu przed złotym pałacem: ustawionych dwoma, równymi rzędami, tak żeby pozostawić wewnątrz dostatecznie wiele miejsca.“

Pierwsze zdanie to taka myśl przewodnia, którą narzucasz i opowiadaniu, i czytelnikowi, a drugie zdanie jest jego rozwinięciem, a nie samotnym bytem, więc przejście z tego właśnie punktu do zdania trzeciego (były ich tysiące…) jest przeskokiem narracyjnym. Najpierw mówisz o tym, czego uczą – i JAK (poprzez co) uczą – Chiny, a zaraz później jest już oderwany od kontekstu opis tłumu.

Kolejne pytanie Fifi: “czego były tysiące?”, jest nawiązaniem do tego, co pisałem o kocie, będącym zresztą tylko przykładem maniery językowej, która w tekście mnie drażniła, tego unikania prostych, logicznych i jasnych opisów. Jakichś Ich były tysiące, a kot zamiast kotem, został małym przyjacielem. Podobnych przypadków rzucania zaimkami i niejasnościami jest w tekście sporo. A pucąc jeszcze na moment samego kotka, jestem daleki od twierdzenia, że ukrywanie jego “tożsamości” w jakikolwiek sposób zniszczyłoby moc opowieści o kociej bogini, bo i dlaczego miałoby to robić? I nie mam tu na myśli wyłącznie faktu, że dla mnie historia, choć ładna, praktycznie żadnego znaczenia w tekście tak naprawdę nie miała, zwłaszcza, że nie wiemy nawet, czy więzień w ogóle ją zrozumiał. A kto wie, czy nie lepiej by to wszystko wyglądało, gdyby cesarzowa opowiadała historię Li Shou trzymając kotka na rękach i głaszcząc go.

Poza tym wcale nie musiałeś tego kotka introdukować – plusik za bogactwo słownika – bo i bez tego można było uniknąć efektu diabła i pudełka, krótkim opisem, jak cesarzowa wyjmuje szamoczące się, znudzone przymusowym więzieniem zwierzątko i podaje je więźniowi. Ciut naciągane, ale dla mnie i tak byłoby lepsze niż wrażenie, że spinka jest “małym przyjacielem” cesarzowej.

 

Inna sprawa, że wcześniej zwrócono uwagę, że ilość treści w opowiadaniu jest większa niż ilość znaków – stąd to przedłużanie “niczego” w tym wypadku jest dla mnie dość niezrozumiałe.

To już chyba kwestia gustu i indywidualnego odbioru tekstu, a o gustach… – wiadomo. Niemniej osobiście uważam, że jest wręcz odwrotnie; przyjęty styl był po prostu nadmiernym rozwlekaniem historii; historii niekoniecznie zaraz o niczym, tego nie twierdzę, ale jednak na tyle statycznej, że trzeba szukać sposobu na utrzymanie zainteresowania czytelnika gdzie indziej. Ty przerzuciłeś ciężar tekstu na styl i to jest jak najbardziej okey, ale musisz liczyć się z tym, że albo zrobi on czytelnikowi opowiadanie, albo je położy. A dla mnie je położył.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Hmmm. Dukaja lubię. Naprawdę On też tak robi?

Babska logika rządzi!

Nie. Przynajmniej na tyle, na ile ja go znam. Ale ja czytałem tylko “Lód”, więc się nie wypowiadam. Z drugiej strony Lód zmęczył mnie na tyle, że po nic więcej sięgać nie zamierzam, więc może coś w tym jest?

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

A przyrzekłbym, że to właśnie w Lodzie przyuważyłem rzecz kilka razy. I to raczej z tego powodu, że lektura mnie miejscami męczyła i nie płynąłem po tekście wzrokiem w zachwycie, jak to zazwyczaj robię u tegoż autora. Stąd, dałem radę wychwycić.

Mam przy sobie zresztą, ale jest tak gruba, że szukanie przykładów nieco mnie w tej chwili przeraża :o.

Czytałem to kilka lat i pewnie z kilka setek książek temu, a przy tym miałem powody, by nie pamiętać dokładnie, wiec… zostańmy może po prostu przy “nie wypowiadam się”^^.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

O Bei Fenga walczyłem od początku i powalczę jeszcze trochę:

To było pierwsze opowiadanie Małego Słowika, które przeczytałem i kupiło mnie ono od razu świetną synergią formy i treści. Niespieszna opowieść, poetyckie opisy, wieloznaczność, czy nawet elementy, które pozostają tajemnicą, doskonale sprawdzają się w opisie Dalekiego Wschodu. Myślę nawet, ze ewentualne manieryzmy (bo błędów nie widzę) gramatyczne, czy składniowe dodają tekstowi orientalnego klimatu. Teraz już wiem, że Mały Słowik ma taki właśnie styl. Można to lubić (jak ja), można nie. Ale uważam, że właśnie w opowiadaniu, które rozgrywa się na chińskim cesarskim dworze, taka narracja “odpowiednie daje rzeczy słowo”.

Nie mogę odmówić racji i Finkli i Cierniowi. ;)

Jak pisałem w pierwszym komentarzu, niektóre zdania zgrzytnęły.

 

Ale mam podobnie jak Ocha:

Gdy czytam teraz książki, nie jestem w stanie już ich czytać “normalnie”. Co pół strony łapię się na tym, że gdzieś jest zgubiony podmiot, gdzieś powtórzenie czy co tam jeszcze.

I takie kwiatki można zauważyć u najlepszych pisarzy.

 

Niezmiennie oceniam, że tekst mnie urzekł i dlatego zgłosiłem go do nominacji.

Chyba każdy, kto udziela się na tym portalu, już tak ma. :-)

Mam jedynie nadzieję, że u najlepszych pisarzy kfjatki pojawiają się bardzo rzadko.

Babska logika rządzi!

Uff… czyli w “zdziwaczeniu” nie jest się osamotnionym.

Tak, można zauważyć, że ilość kfjatków jest wprost proporcjonalna do doświadczenia autora, a może i korektora albo osoby przekładającej tekst z, przykładowo, języka chińskiego. ;)

 

Mnie też NF okradł z radości bycia “po prostu czytelnikiem”, niestety. No, ale coś za coś.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Oj tam, od razu okradł… Po prostu pokazał inny kąt patrzenia na tekst.

Babska logika rządzi!

Czyli mówicie, że to co podpatrzyłem i co niesamowicie mi się spodobało, to zwyczajny byk był? Już Was nie lubię. Tak mi poczucie estetyki zbesztać. Tak mi je przekopać.

Nie poprawiam już pierwszego akapitu, bo chociaż byk, to jednak zamierzony i niech już leży na świadectwo mojego anarchicznego podejścia do gramatyki. Nie będę usuwał pomników własnej głupoty, niech stoją, żebym się bał zrobić krok w tył, czy nawet zerknąć za plecy.

 

PS. Cieniu, osobiście czytałem Lód prawie pół roku. Nie wiem, czy z tych samych powodów, co Ty. Mnie odpychały na dłuższy przedział czasowy niebotycznie rozepchane przemyślenia i wywody semi-polityczne. No za piątym razem nie zdzierżyłem i zacząłem przy każdej takiej okazji robić przerwy :F.

Przeczytałam z przyjemnością choć nie wszystko zrozumiałam. Trochę rozjaśniły mi obraz komentarze i coraz bardziej składa się zawarta treść w całość. Zdaje mi się, że tekst zyskuje też na tym, że nie jest przesadnie długi, bo wtedy zapewne pogubiłabym się kompletnie. Ale ogólnie jestem kontent z lektury. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nie pamiętam, Słowiku, ale pewnie powody były te same. Przegadane, przepolitykowane i generlanie przekombinowane. Pamiętam doskonale tylko to w sumie, że mocno trzymałem kciuki, by opowieść nie wychodziła już z Kolei Transsyberyjskiej. A wyszło jak wyszło.

W każdym razie to nie była książka, dla której rezygnowałbym chętnie ze snu, życia i innych tego typu drobnostek.

 

Peace!

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

ustawionych dwoma, równymi rzędami

Zbędny przecinek. 

 

Ładnie napisane, ale chyba nie jestem targetem tego opowiadania. Mam wrażenie, że czegoś nie zrozumiałam, nie pojęłam ukrytych znaczeń, które dodałyby lekturze przyjemności. Przeczytałam  komentarze czytelników, którzy zrozumieli i tylko upewniam się w przekonaniu, że zrozumienie Twojego tekstu nie było mi po prostu pisane ;)

Zaczął mnie też nużyć pod koniec i choć język jest piękny – taki, wiesz, do pozazdroszczenia i powzdychania nad urodą zdań – to w pojedynkę tekstu w moich oczach nie obroni. Dlatego nie mogę powiedzieć, bym była lekturą usatysfakcjonowana. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Morgiano, miło mi :).

 

Gravel

Doszedł mi kolejny podpunkt do odhaczenia po zdobyciu Nebuli. Co by nie było wtedy nudno, spróbuję napisać tekst klarowny fabularnie :P. To może być zadanie najtrudniejsze.

 

Dziękuję za komentarz i wychwycenie usterki.

Przyznam, że zabierałam się za ten tekst kilka razy i nie mogłam wyjść poza pierwszą część. Dzisiaj za to dosłownie poleciałam i dałam się ponieść opowieści. Najwyraźniej musiała trafić na właściwy nastrój, który potrafił zgrać się z klimatem. Bo klimatu nie można opowiadaniu odmówić.

Historię cesarzowej i te wszystkie klatki tradycji opisałeś też ładnym, chociaż nie najprostszym stylem (vide – moje wcześniejsze podejścia, gdy nie mogłam przetrawić początku). Może i nie jestem specem od dalekiego wschodu, ale narracja, opisy i charakter wydarzeń odpowiadają moim wyobrażeniom o dawnych Chinach.

Jednym słowem (no dobrze, kilkoma) – pełna  satysfakcja z lektury.

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

O, z tym nastrojem to ciekawa rzecz.

Kłaniam się i cieszę.

Dziękuję.

Mnie się, ogólnie rzecz biorąc, podobało.

 

Statyczna narracja, ozdabiana wieloma nie podawanymi wprost informacjami i dygresjami korespondowała z moim, gaijinowym wyobrazeniem o Chinach.

A niedawno znów leciało “Zawieście czerwone latarnie”…

Sama fabuła, odkrywana stopniowo (pojedynek przygotowywania dusz jako konkurencja wyłaniająca cesarzową) i główna oś dramatu (kochana, acz bezpłodna? miłościwie panująca, jak tu ocalić Chiny nie łamiąc tradycji i zostawiając ją przy życiu?) – jasne. Niejasne było rozdzielenie Temura od więźnia, którym zajmuje się protagonistka, po scenie w ogrodach musiałem wracać i główkować – to bym poprawił, uwypuklił. Pomóc mógłby tez jakiś detal, w stroju, w zapachu, w ostrzach przypominający czytelnikowi, że to zabójcy cesarza i mają być jak protagonistka i kotka, skoro już muszą – zadac jak najmniej bólu.

Tu i ówdzie pewnie można by ostrugać rozpasana podpoetyzowanie (przy dłuższym opowiadaniu uwierałoby mnie potężnie), ale pomimo mojej organicznej niechęci do takiej formy przyznaję, że spełnia swoje zadanie przednio i jestem zadowolony z lektury. 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Hmm. Wychodzi na to, że określenie “syn Temura” jest niewystarczające (i faktycznie, jak się zastanowię, może być potraktowane jako określenie człowieka z północy/sługi Temura). Dookreślę jakoś, że chodzi o rzeczywistego syna władcy.

Wtedy opis pierwszej sceny będzie silniej korespondował/antagonizował z tym z trzeciej, dotyczącym więźnia:

Musiał niedomagać już od dawna, podążać szlakiem syna Temura z życiowej konieczności. Nie miał wcale oczu wojownika, zwykła wesz na skórze każdej armii, żebrak zabłąkany w odgłosach wojny

Byłem pewien, że zaznaczyłem to w tekście wystarczająco, zanim padło tych kilka komentarzy tego dotyczących :F.

 

Dziękuję.

Ay. Czytelnik może odnieść wrażenie, że ów dowódca z pierwszej sceny i więzień, którym opiekuje się protagonistka, to jedna i ta sama osoba. Rozgranicz to bardzo wyraźnie, a będzie łatwiej zinterpretować tekst.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przeczytałem i mam bardzo ambiwalentne wrażania… Z jednej strony język elegancki, wysmakowany, z drugiej – czasem przesadzony w kwiecistości porównać (jak te całe koleiny wosku…)

Fabuły niby nie zrozumiałem (mimo wszystko preferuję literaturę prostszą w odbiorze), jednak po zapoznaniu się z interpretacją Gary’ego – doceniam ją. Fajna jest, no i klimat opowiadania charakterystyczny.

Zgadzam się również z Cieniem odnośnie tego początku – “tłum” to liczba pojedyncza, “ludzie” zaś – mnoga. Choć nie ma problemu z domyśleniem się, czego dotyczy zdanie, to jest ono nieintuicyjne, nieco kulawe. Niemniej, to jedyna tego typu nieścisłość w tekście ;)

Reasumując – w trakcie czytanie niezbyt mi się podobało, ale teraz jak najbardziej doceniam pomysł i wykonanie :)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Hmmm. Może trzeba było napisać to wierszem? ^^

Wtedy byłbym nie grafomanem, a niezrozumiałym artystą.

 

Żartowałem. Żadnego obrażania poetów na moim rewirze. Wciąż mam szansę wyewoluować w jednego.

 

Dzięki za komentarz :).

Fajne opowiadanie. Ciekawy, orientalny klimat. Podobało mi się, nic dziwnego, że zostało wyróżnione.

Ho, ho, ho…

“Chiny stale uczyły jednej rzeczy. Każdym obrazkiem zza okna, słowem z ust boga i okrzykiem wiwatującego tłumu. Były ich tysiące, zgromadzonych na placu przed złotym pałacem: ustawionych dwoma równymi rzędami, tak żeby pozostawić wewnątrz dostatecznie wiele miejsca.

Witali wracające wojsko, reprezentacyjną kolumnę jak kolejna cegła wsuwaną między rysy muru. Wojna nie jest ani skutkiem, ani przyczyną; oddycha nią ziemia i raz do roku oddycha nią niebo. Ta noc się zbliżała.”

No i tak – mamy początek. Pytanie brzmi – kogo/czego były tysiące? Tłumów? Odpada, na jednym placu jest jeden tłum, jeżeli zapełnia cały. A zapełniał, tak wynika z tekstu. Ludzi? Bardziej prawdopodobne,.tylko – a gdzież jes wcześniej wskazanie podmiotu do “Ich”? Trzeba uważać z używaniem podmiotu domyślnego i wcześniej wyraźnie określić, kogoi/czego dotyczą dalsze partie tekstu.  No i dwa pierwsze zdana wyszły niejasno, ergo słabo. 

Szkoda, bo początek jest najważniejszy.

Pozdrówka. 

PS. Sorry, w jednym wyrazie komentarza wkradły się literówki – poprawiłem.

 

Dzięki Sicario ;).

 

Ho, ho, ho Rogerze ;). Błąd ten pozostał w tekście jako monument głupoty w mojej zabawie stylem. Wciąż wydają mi się te dwa zdania jak najbardziej przejrzystymi, chociaż zwrócono na nie uwagę niejednokrotnie i naprawdę szczerze się z tymi uwagami (po wyjaśnieniach) zgadzam. Szkoda, że odpadłeś tak szybko, aczkolwiek nie daję przecież gwarancji, że dalej byłoby lepiej :).

Raczej zrozumiałem, ale musiałem się potem upewnić, zerkając do komentarzy. Pięknie napisane, naprawdę. Pewnie już to słyszałeś. Mimo wszystko wydaje mi się, że przy następnych tekstach powinieneś nie opierać się tylko na formie, ale uzupełniać nią ciekawe i ciut bardziej przystępne treści. Poetyckość nie musi przecież wybrzmiewać w każdym zdaniu. Wystarczy, że raz na jakiś czas dowalisz czymś mocnym, jakąś ładną metaforą. 

 

Bardzo łatwo wpadam w objęcia drobnych tradycji. Jestem jak Chiny Bei Fenga.

No np. to. Czytam, czytam i tu taki bang. Może to tylko moje odczucia, ale jako piszący wiem, że czasem czuje się, że jakieś zdanie naprawdę siądzie. Szczególnie warto odpuścić z ozdobnikami przy opisach jakichś akcji – ważne, żeby czytelnik wiedział, co się dzieje, kto gdzie i czemu wchodzi. 

Ogólnie bardzo pozytywne wrażenie. Czekam na nowy tekst. 

A, i dziwi mnie to, że w piórkowym tekście pogubiłeś tyle przecinków, głównie przed “co”. 

 

 

Nadrabiam zeszłoroczne piórka. Straszliwa tu lawina komentarzy. Przeczytałam parę i zrezygnowałam, żeby sobie odbioru nie psuć.

 

Niedługo odmaszerują(+,) by nieść słowo cesarza do dalszych krain

Usiadł(+,) wplatając szpony między jego palce.

Nie chciałam(+,) żeby miał choćby cień szansy domyślić się

Większość umierała w cieniu Bei Fenga, który nie dopuszczał(+,) by łamano tradycję.

ale szukał mnie(+,) od kiedy tylko otworzyłam drzwi celi.

Nie rozumiał(+,) co się dzieje.

Mogłam obserwować, z wysokiego tarasu

 

Język – piękny, ujmujący. Treść – przeokrutnie smutna. Uchwyciłeś klimat, który dobrze znam z filmów azjatyckich, zwłaszcza koreańskich (Południowa Korea to po prostu kinematograficzny mistrz). Od razu skojarzyły mi się Kwiaty Mrozu. Cały czar regionu, odmiennego od naszego sposobu myślenia, a nawet opis rzeczywistości temu odpowiadający, został tutaj zawarty. Zawsze denerwuje mnie Ostatni Samuraj i myślę sobie: ludzie Zachodu, do ciężkiej cholery, nie bierzcie się za opowieści Wschodu, bo gówno rozumiecie. Tutaj tego nie pomyślałam. Udało się :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Nie jestem pewien, czy wszystko zrozumiałem. Historia wydaje się być prosta, chociaż potwornie zawoalowana formą – może i przerośniętą, ale za to całkiem ładną. Duży plus za orientalny klimat i ukazanie mentalności osoby pochodzącej z tak różnej kultury od naszej i tak innych, jak mniemam, czasów.

Nie wiem czy to minus, ale specjalnie lekko mi się tego nie czytało. Dłuższy tekst w takim stylu mógłby okazać się wyzwaniem. Niemniej, podobało mi się.

Pozdrawiam!

Mnie się podobało.

Bardzo ładne opowiadanie, takie poetyckie, z klimatem. Przeczytałam z przyjemnością :)

Nowa Fantastyka