- Opowiadanie: syf. - W południe

W południe

Gratulując autorom, którzy przeszli przez etap eliminacji, zapraszam do przeczytania również mojego opowiadania ; ) 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

W południe

 

 

 

 

 

Słońce ziemią kołysze

Chmury z nieba wytarło

Zda się słychać jak w ciszy

Z kłosów sypie się ziarno

 

K. Grześkowiak

 

 

prolog

 

Dostrzegł ją z daleka.

Zdawała się płynąć skrajem obsianego żytem pola. Jej welon łopotał na wietrze, zlewając się z brzuchatą chmurą, niespiesznie sunącą na tle przeraźliwie błękitnego nieba. Odziana w wypłowiałą sukienkę, to nikła, to znowu wyłaniała się z toni rudziejącego od skwaru zboża. Śpiewała, ale słowa ginęły pośród szelestu wyschłych kłosów.

Wiedźmin wstrzymał konia i się rozejrzał. Stąd aż po horyzont ciągnęły się falujące i szumiące łany, poprzetykane tu i ówdzie popielatym ugorem, upstrzone makiem i chabrem. W oddali majaczyły wsie – plamki bielonych chałup. Słońce stało w zenicie, wszelkie życie umknęło w poszukiwaniu cienia.

Nawet wiatr zamarł.

– Nie podoba ci się, koniku? – mruknął, czując drganie medalionu. – Mnie też.

Uspokoił zwierzę znakiem i zeskoczył na ziemię. Zrobiło się nagle nieznośnie duszno, puls zadudnił w uszach. Zamroczyło go, jak gdyby ktoś nasadził mu wór na głowę. Próbował zaczerpnąć powietrza. Chciał wyciągnąć miecz. Co u licha, myślał, nie mogąc odzyskać kontroli nad ciałem.

– Nie jesteś młodzieńcem – stwierdziła dziewczyna. Zmaterializowała się obok niego w mgnieniu oka. – Lubię młodzieńców.

Twarz skryła za dzierganą woalką, czoło przyozdobiła wiankiem z polnych kwiatów. Na barkach dźwigała koromysło z dwoma wiadrami. Pachniała wykrochmalonym płótnem i gotowanym mięsem.

– Nie jestem – stęknął.

Medalion szarpał jak oszalały. Skórę przeszyły dreszcze. Pot gryzł w oczy.

– Starcy nie powinni chodzić w południe po polu. Mogą umrzeć.

– Nie jestem też… starcem…

– Jesteś… – zawiesiła głos – Jesteś spragniony. Pij.

Podsunęła mu do ust kubek. Na palcu miała pierścionek z brylantem w kształcie serca. Skaleczyła go nim w wargę.

– Nie chcę – syknął.

Poczuł słonawy smak mięsnego wywaru. Tłuszcz oblepił mu wargi. Zupa wlała się do nosa, pociekła po szyi i za koszulę. Drobiny mięsa przywarły do zębów. Zaczął kaszleć.

– Dałam ci jeść, starcze. Teraz ty mnie zabaw. Zadam na zagadkę. Odpowiedz, co to. W dzień jest jak obręcz, w nocy jak wąż, kto to odgadnie, będzie mój mąż.

Wiedźmin wiedział, czym skończy się udzielenie złej odpowiedzi. Znał też zagadkę, ale akurat rozwiązania nie potrafił sobie przypomnieć. W jego głowie panowała całkowita pustka.

– Nie wiem – wypalił. – Nie chcę być twoim mężem.

– Tak mi się odwdzięczasz za pomoc? – Zawyła mu prosto w twarz.

Zrzuciła z ramion koromysło, wypięła z niego wiadra i wzięła zamach. W tym samym momencie samotna chmura, błąkająca się po niebie, rozpostarła nad nimi cień i wiedźmin odzyskał władzę nad swoim ciałem. W ostatniej chwili złożył palce i rzucił znak obronny. Uderzenie mimo to cisnęło nim w zboże. Geralt zerwał się na równe nogi i wyszarpnął miecz, ścinając półkole kłosów. Na spieczoną ziemię posypało się ziarno. Nikogo już jednak przy nim nie było.

Nadal czuł w ustach smak wywaru. Zemdliło go, zwymiotował. Potem znów stracił przytomność.

 

I

 

Otrząsnął się ze wspomnień o południowym demonie. W ostatniej minucie człowiekowi całe życie przelatuje przed oczami, pomyślał. Wiedźminowi również.

Geralt umierał.

Słońce prażyło niemiłosiernie. Nad traktem unosiła się chmura pyłu, włażącego do oczu, zgrzytającego między zębami, oblepiającego skórę. Powietrze było jak zepsuta śmietana: gęste, z trudem wchodziło do płuc, cuchnęło. Nawet najlżejszy podmuch nie poruszył liśćmi schnącymi na drzewach.

Geralt umierał z gorąca, zakutany w czarną kurtę, stojąc w kolejce do mostu. Nie miał innego ubrania – ostatnią koszulę zapaskudził krwią wypływającą spod źle założonego opatrunku. Mimo spowolnionego metabolizmu czuł potne bagno na plecach i pod pachami. Uznał jednak, że wizerunek to podstawa – najemnemu zabójcy potworów, który od paru dni nie jadł ciepłego posiłku, nie wypada wyglądać nieprofesjonalnie w miejscu, dającym nadzieję na złapanie jakiegoś zlecenia. Na szczęście kolejka do budki mytnika ruszyła.

Droga na Rawę wreszcie stanęła przed nim otworem.

– Panie, coś pan taki blady? – zapytał urzędnik. – Z jamy pana wypuścili?

– Tak. Takiej z bazyliszkiem.

– Heh. Zabawne. – Mytnik zarechotał, dostrzegłszy znak cechowy. Potem zauważył chłopa niosącego klatkę z kurami, który po skarpie schodził do koryta rzeki. – Ej, ty tam! Gdzie leziesz?

– Toć wody ni ma.

– Ale płacić trzeba!

– Na chuj mnie płacić za most, kiedy w rzece wody ni ma?

– Bo przepis każe! Pałką przez łeb nie chcesz?

Chłop zeskoczył i zaczął biec po błotnistym dnie w kierunku drugiego brzegu.

– Mietko, Bolko! – Mytnik wrzasnął na strażników. – W dyby bandytę! Kury skonfiskować!

Wiedźmin westchnął.

– Piętnaście orenów za przejazd.

– Panie mytnik, przecież nie ma wody – Geralt powtórzył chłopską śpiewkę. – Most się tak nie zużywa.

– Nie mam do was siły. Dobra, niech będzie dziesięć.

– Geralt! – W ciżbie oczekujących zrobiło się zamieszanie i rozległ się znajomy głos. – Geralt!

Jakaś postać wyrwała się z kieratu kolejki i pchała się do przodu.

– Gdzie leziesz, cudaku! – warknął popchnięty kmieć. – Widzieliście go? Co za buc!

– Pan tu nie stał – syknęła przekupka.

– Naruszył święte prawo kolejki!- Załamał ręce wędrowny kapłan proroka Lebiody. – Kara boża…

– Zapłać pan, to pana wpuszczę. – Cwaniaczek wystawił rękę. – Tylko pięć…

Pośród ogólnego oburzenia bard, rozpychając się łokciami, dotarł na czoło kolejki.

– Geralt!

– Jaskier!

– Naprzód, obwiesie! – ryknął krasnoludzki piwowar. – Tarasujecie przejście!

– Jeszcze piętnaście się należy – wtrącił mytnik.

– A nie dziesięć?

– Pan to jesteś wiedźmin, a ten to jakiś obszczymur.

– Oburzające – skwitował bard. – To artyście należy płacić za przybycie. Zwłaszcza do takiej pipidówy. Geralt, masz pożyczyć?

 

*

 

– Zobacz – powiedział Jaskier. – Ani kropli. Duppa zupełnie wyschła. – Wychylił się przez balustradę. – Geralt, ile tam jest śmieci!

Na środku mostu smród odpadów, zalegających w korycie rzeki, był nie do zniesienia. Gryzący odór ryb, które posnęły w zatęchłych kałużach, mieszał się ze słodką wonią puchnących trucheł zwierzęcych i nadjedzonych ludzkich trupów, pozaczepianych pośród konarów i głazów. Tu i ówdzie na patykach, jak smętne żagle rozbitych statków, wisiały porwane koszuliny i portki. Słońce skrzyło w dziurawych nocnikach, rozbitych hełmach i połamanych nożach. Między odpadami buszowały szczurze rodziny, psy, ptactwo i lokalni zbieracze skarbów.

Dwaj grabarze z mozołem znosili trupy na wózek stojący na brzegu.

– Gdzie są śmieci, tam znajdą się i zeugle – mruknął Geralt. – Robota będzie.

– Ponoć to w tej rzece utopiła się królewna Vanda, co Nilfgaardczyka nie chciała. Nie tak to sobie wyobrażałem…

– Jaskier. Za grosz w tobie poety. Zobacz, masz niepowtarzalną okazję z bliska obejrzeć, jak również poczuć historię ludzkiej głupoty i lenistwa, a tylko narzekasz. Wyobraź sobie ciało pięknej Vandy w kremowej sukni, płynące w pianie odpadów z miejscowej garbarni, obok martwego psa i szlamu z miejskich rynsztoków. Jesteś świadkiem dramatu właściciela nocnika, któremu owo naczynie pękło podczas porannej potrzeby, więc cisnął je ze złości do rzeki. Tej samej, z której zaczerpnie następnego dnia wody. Możesz podziwiać zmyślność gospodarza, któremu zaraza wkradła się do chlewa, a który nie chciał powiadomić o tym sąsiadów, żeby mu nie wytłukli reszty zwierząt, więc padłe świnie postanowił zatopić…

– Coś ty taki mrukliwy?

– Bazyliszek mnie dziabnął w plecy. Piecze jak cholera.

– Jad?

– Nie. Pot.

– Zdejmij kurtkę. Przecież jest czarna.

– Żebym wyglądał jak jakiś obszczymur? – rzucił Geralt.

– Bardzo zabawne.

W milczeniu przeszli przez most.

– Przyjechałeś na konferencję? – Przerwał ciszę Jaskier.

– Nie, za zarobkiem. O jakiej konferencji mówisz?

– Jutro się zaczyna. De monstrorum natura et cetera… – wydeklamował, a potem wziął głęboki oddech. – O naturze potwora oraz potwornościach natury, a także nowych zagrożeniach wynikłych z wybryków natury. Myślałem, że przyjechałeś tu z tego powodu. Kto jak kto, ale ty masz w tej materii ogromną wiedzę. Książę Krak, słynny kultywator tradycji naukowych, zawezwał największe autorytety Temerii, by poczynić krok milowy w poznaniu świata, a przy okazji rozwiązać tajemnicę tej suszy. Przybędzie druid Raszczur, który ponoć potrafi zamienić się w niedźwiedzia, kilkoro czarodziejów, między innymi słynna Vesmaya, przedstawiciele uniwersytetu Oxenfurckiego, w tym członkowie katedry meteorologii duchowej, nie wspominając nawet o dziesiątkach badaczy, odkrywców i eksperymentatorów…

– Przednie towarzystwo.

– Nie myślałeś może, by również stawić się na dworze?

– Uczestniczyć tym cyrku?

– Owszem. Na moście rzuciłem okiem do twojego mieszka. Jest w nim niewiele więcej niż w moim. A na konferencji zapewniają wikt i opierunek.

– To zmienia postać rzeczy – odparł Geralt, szczerząc zęby. – Prowadź.

Rawskie fortyfikacje już z daleka witały przybyłych czerwonym odwłokiem barbakanu, zza którego wystawały zielone gonty Bramy św. Lebiody. Nad miastem od drugiej strony górował zamek. Na basztach obok proporców z temerskimi liliami powiewały smocze pyski.

– Mówią, że tę suszę spowodowała klątwa… – zaczął Jaskier.

– W ostatnich czasach klątwa stała się przyczyną wszystkich nieszczęść – przerwał mu Geralt. – Nikt się nie zastanawia, czy czegoś po prostu nie spieprzono, tylko od razu w płacz, że czary, i szukać czarownic. I szykować stosy, oczywiście.

– Chcesz mi powiedzieć, że taki kataklizm mógł sprowadzić człowiek?

– Nie wiem. Chciałem tylko zauważyć, że szukanie nadnaturalnych wyjaśnień to ostateczność.

– Ale skwar – wysapał Jaskier. – A do miasta jeszcze kawał drogi…

– Przypomniała mi się pewna historia sprzed lat. Było równie gorąco i pojawiła się klątwa w tle. – Geralt rozpoczął opowieść. – Na zlecenie łukomorskich wieśniaków ubiłem ghula, który harcował im po cmentarzu. Jadąc później przez pola, napotkałem południcę…

– Nieprawda. Przed chwilą mówiłeś…

– Że magia to ostateczność w tłumaczeniu świata. Nie przerywaj, tylko słuchaj…

Geralt zrelacjonował spotkanie.

– Kiedy się ocknąłem, pojechałem do wsi po zapłatę…

 

II

 

Jak zwykle nadjechał pod wieczór.

Jak zwykle przywitały go nienawistne spojrzenia powracających z pól chłopów, ryki zaniepokojonych zwierząt, poszczekiwania psów i prychanie kotów. Matki zasłaniały córkom oczy, ojcowie straszyli niegrzecznych synów, a starcy spluwali na ziemię. Jeden kruk pozostał niewzruszony, dziobiąc truchło jakiegoś wdeptanego w dukt zwierzęcia.

Przejechał przez osadę – szarzały bielone wapnem fronty chałup, zachodzące słońce lało czerwoną poświatę na słomę strzech – i zatrzymał się w obejściu sołtysa. Czterej starcy siedzieli na ławce, popijając wódkę. Młoda dziewczyna zamiatała podwórze.

– Halszka! – krzyknął gospodarz. – Do dom!

– Ale ja chcę popatrzeć…

– Won, powiedziałem! – Sołtys smagnął ją po nogach rózgą. – Won!

Przybysz zaczekał, aż płacząca dziewczyna zniknie za drzwiami, a potem zrzucił z grzbietu konia martwego potwora.

– Zgodnie ze zleceniem.

– A tak – mruknął sołtys. – Tak.

– Jeszcze trzydzieści koron się należy – dodał przybysz.

– Masz tu pięć, dwie kaczki i gąsior gorzały na drogę – odpowiedział, stukając rózgą w stopę.

Wokoło począł gromadzić się tłumek kmieciów. Niektórzy wchodzili na podwórze, inni tylko wyglądali zza sztachet. Szeptali między sobą, odgarniali z pomarszczonych czół tłuste włosy, nerwowo poprawiali serdaki. Zaciskali spracowane palce na grabiach, widłach i kijach do poganiania bydła. Przysłuchiwali się jego słowom.

– Nie tak się umawialiśmy.

– Więcej ni ma.

– To znajdźcie.

– Powiedziałem, że ni ma. – Sołtys wreszcie spojrzał w kocie oczy. – Odmieńcu.

Przez moment słychać było jedynie szelest liści jesionów i płytkie oddechy.

– Bo co nam zrobisz? – Ciszę przerwał jeden ze starców, zrywając się z ławki. – Potniesz nas jak tych w Blaviken?

– Wszyscy pamiętają – dodał drugi, rozkładając ręce na boki. – Stąd aż do Pontaru.

– Wyjm to zielastwo – wyseplenił trzeci – a będą ciekali na ciebie z widłami i kłonicami w kaźdej jednej łukomorskiej wsi.

– Zaraza. Wy oszuści – syknął, zrywając derkę z potwora. – Nadstawiam za was karku…

– Nadstawiaj, nadstawiaj. – Roześmiał się sołtys, rzucając w jego kierunku mieszek. – Naści!

Starsi rozeszli się, a co poniektórzy chłopi zaczęli się śmiać, inni wpatrywali się w niego z czystą nienawiścią w oczach. Nikt nie zwrócił uwagi na spuchłego potwora. Przybysz schował mieszek, zabrał worek z jedzeniem i ruszył przed siebie. Dzieci rzucały za nim zgniłymi jabłkami.

Jak zwykle nie pozwolili mu nawet przenocować.

 

*

 

– Siwy! – Od strony wsi galopem jechał jeździec. – Stój, siwy!

– Czego chcesz? – Wiedźmin wstrzymał konia i rzucił okiem na natręta. Dostrzegł dłonie nawykłe do robienia mieczem, żylaste ramiona wystające spod kapoty z wypłowiałym herbem, brzydką bliznę na brodzie i dobry kawał żelaza przy pasie. – Kolejny, który chce się pojedynkować ze słynnym rzeźnikiem z Blaviken?

Tamten zeskoczył na ziemię i, rozsznurowując pludry, stanął plecami do wiedźmina, a twarzą w kierunku zachodzącego słońca. Zaczął oddawać mocz.

– Ja? – odparł po chwili, z ulgą w głosie, obracając głowę. – Co ty, siwy, za cienki bolek jestem… Kurwa, myślałem, że mi pęcherz rozsadzi. Jadę za tobą po tych zadupiach i jadę. Usłyszałem we wsi, że cię pognali, i bałem się, że znów znikniesz gdzieś na rozdrożu.

– Chcesz czegoś konkretnego, czy postanowiłeś urządzić tu konkurs szczania na odległość?

– Zabawny z ciebie gość – zaśmiał się. – W tym akurat możemy się zmierzyć.

– Irytujesz mnie już.

– Robota dla ciebie jest.

– Jaka robota?

– Wiedźmińska.

– Giną ludzie na polach?

– Nie tam, nic z tych rzeczy. Kto by się kmiotkami przejmował. Dworskie sprawy.

– Dlaczego nie ma ogłoszeń?

– Mój chlebodawca nie chce rozgłosu.

– Kto jest tym chlebodawcą?

– Jego miłość książę Rodeon.

– Ten książę Rodeon? – zapytał wiedźmin.

– Tak. Brat miłościwie nam panującego króla Audeona.

– Przecież on nie żyje.

– Siwy, nie bądź taki mądry. Książę może i się przekręcił, ale księstwo dalej działa, a w szczególności kancelaria. Słuchaj, co my tu tak będziemy język strzępić. Jak się uwiniemy, to przed północą staniemy na zamku. Rano pogadasz z kanclerzem i wszystkiego się dowiesz. – Mężczyzna wskoczył na koń. – Ja się nazywam Sękacz. No, ręki ci nie podam.

 

*

 

Stół zastawiono sutym śniadaniem. Wiedźmin, wyspany i umyty, z radością usiadł na wygodnym krześle i nałożył sobie tłustej jajecznicy. Naprzeciw niego siedział mężczyzna o przedziwnej aparycji buraka wyposażonego w bystre sokole oczy. Kanclerz Renwald wbił widelec w smażoną kaszankę, nałożywszy sobie uprzednio smażonych ziemniaków w rozmarynie.

– Straszna szkoda się dla pana stała, panie Geralt, i dla pańskich kolegów po fachu, że pan tych obwiesiów w Blaviken pochlastał. Po wsiach aż huczy, że wiedźmin zarżnął niewinnych ludzi.

– A co pan tak o mój los przejęty?

– Szanuję pańską profesję – odparł Renwald, polewając wina. – Jest cenna i potrzebna. A poza tym gmin burzy się, że władcy wiedźminowi-zabójcy wybaczyli wymordowanie tuzina ludzi, a zwykły kmiot zbiera baty za kradzież byle królika z królewskiej łąki. – Przedrzeźniając chłopską mowę dodał: – Samosądy kcą robić, na widły brać!

– Było ich siedmioro.

Geralt wstał i wyjrzał przez okno na ciasny dziedziniec, otoczony białym kamiennym murem, po którym snuły się kłącza bluszczu. Dostrzegł Sękacza, podszczypującego dziewki służebne, kilku znudzonych strażników, grających w kości, oraz stadko kur, grzebiących w hałdzie końskiego gnoju.

– A czy to ważne, ile? U nas mówią: tuzin, w rybaków w Kaczych Bukach że tylko trzy trupy padły, natomiast w ostatni dzień targowy na rynku w Reggen herold ogłosił, że pół Blaviken pod nóż poszło. Nawet straże przy bramach wzmocnili…

– Reggen leży na skraju Kaedwen.

– Właśnie, panie Geralt. Plotka szybko się rozchodzi. I puchnie jak trup w rzece. Nie mówię jednak tego panu z czystej dobroci serca, ale by podkreślić, że potrzebuje pan pieniędzy. Szybka podróż na południe jest dość kosztowna.

– Miło mi, że ktoś się tak o mnie troszczy. Troska taka jednak, jak uczy doświadczenie – wiedźmin, mówiąc, pochłaniał jajeczniczę – nigdy nie jest bezinteresowna. Zawsze wymaga szczególnego zaangażowania ze strony obdarowanego, zwłaszcza wiedźmina. Nie mówiąc już o wiedźminie, którego, jak to pan ujął, pół królestwa chce wziąć na widły.

– Wobec tego możemy przejść do konkretów – odparł Renwald, uśmiechając się. – Mogę mówić po imieniu?

– Oczywiście. Geralt.

– Dziękuję. Jan. – Kanclerz skinął głową. – Wracając do sprawy. Nasze Łukomorskie królestwo wchodzi niespiesznie w dziejowy zakręt. Król Audeon jest coraz starszy i wciąż nie doczekał się potomstwa, choć w jego łożnicy goszczą wszystkie stołeczne szlachcianki. Gedeon, pierwszy w kolejce do objęcia tronu, ale również bezdzietny, w zeszłym roku tak niefortunnie spadł z konia, że obecnie jego podstawowym środkiem komunikacji ze światem jest smród gówna. Medycy mówią, że jeszcze mu się poprawi, jednakże nie ma co im wierzyć. Tym sposobem docieramy do Rodeona i jego siedmiu synów.

– Plotki mówią – wtrącił Geralt – że na rodzinę spadło jakieś nieszczęście.

– Dokładnie. W tym miejscu nadmienię, że bezwzględna dyskrecja jest wliczona w cenę usługi, Sękacz natomiast to moja prawa ręka. Możesz z nim o wszystkim rozmawiać, ale tylko z nim. – Renwald gestykulował tłustymi dłońmi. – Poza tym masz rację, nieszczęście, klątwa. Ty zaś, jak mniemam, masz wprawę w zdejmowaniu klątw.

– Słusznie mniemasz. Na czym polega ta klątwa?

– Synowie Rodeona zamienili się w kruki…

 

*

 

– Znam tę historię! – Jaskier przerwał Geraltowi opowieść. – Myślałem, że to tylko ludowe bajanie dla dzieci.

Siedzieli w sali karczmy „Smok Babelski”, przeznaczonej na potrzeby gości konferencji. Bard, dzięki swoim rozlicznym koneksjom w światku temerskiej nauki, załatwił przepustkę również dla Geralta. Na stole przed nimi stały na wpół zjedzona kaczka oraz beczułka piwa.

– I co niby słyszałeś?

– Dobremu księciu urodziła się córka, ale była słabego zdrowia, tedy wysłał swoich siedmiu synów z dzbanem do źródła przy kapliczce Melitele. Chciał ją bowiem obmyć w świętej wodzie, nim zemrze. Chłopcy pokłócili się o to, kto zaczerpnie ze zbiornika i rozbili dzban. W złości, nie mogąc się doczekać ich powrotu, książę przeklął synów: „obyście się w kruki przemienili”, a oni pfff i z furkotem w powietrze…

– Nie, to nie tak było – stwierdził Geralt, upiwszy piwa. – Siedź i nie przerywaj. Po pierwsze Rodeon nie był żadnym dobrym księciem, a zwykłym skurwysynem, jak zresztą większość książąt. Jego synowie zmienili się w kruki mniej więcej wtedy, kiedy wydalono z dworu księżniczkę Nestę, to znaczy jakieś dwa miesiące przed moim przybyciem.

– Tę najmłodszą?

– Właśnie nie. – Geralt podrapał się po brodzie. – Rodeon miał dwie żony. Pierwsza urodziła mu Nestę i zaraz potem umarła. Potem przyszła Inga ze Skellige, kawał baby, i ta dała mu siedmiu chłopaków.

– Dlaczego Rodeon przeklął własnych synów? – Jaskier się zafrasował. – Zrobili coś przyrodniej siostrze?

– Jaskier. – Wiedźmin westchnął. – Po kolei…

 

III

 

– Chodź, siwy – rzucił szeptem Sękacz. – Zobaczysz przyszłą rodzinę królewską. Uważaj tylko, bo to złośliwe skurwysyny. Specjalnie srają na głowę. A walą takie kloce, że potem trudno domyć.

Zeszli z dziedzińca w kierunku dworu i ogrodów. Ścieżka wiodła przez stary bukowy lasek. Drzewa dawały przyjemny cień. Zabudowania znajdowały się za wysokim ceglanym murem.

– Skąd wiecie, że to są synowie Rodeona? – zapytał Geralt.

– Stara, znaczy się, nasza księżna pani, od początku tak twierdziła i chyba ma rację, bo ptaszysk jest siedem sztuk, trzymają się razem, siedzą w ogrodach i nie żrą byle ścierwa. Tylko cielęcinka i marcepanki. I są nadzwyczaj spokojne.

– Gdzie jest teraz księżna?

– W stolicy.

– Wzywaliście już kogoś do tej sprawy?

– Nie. Renwald kazał rozgłosić, że synowie pokłócili się z ojcem i wyjechali do Temerii. O dziwo, udało się utrzymać prawdę w tajemnicy. Szukał jakiegoś zaufanego maga, ale akurat ty się napatoczyłeś.

– A pokłócili się?

– A, kurwa, tu wszyscy o wszystko się ostatnio kłócili. – Sękacz otworzył kluczem żelazną furtę, wiodącą do ogrodów. – Inga chciała się czym prędzej pozbyć Nesty, bo ta miała być córką Czarnego Słońca, czy jak to się zwie. Wiesz o czym mówię, przecież dlatego zajebałeś Renfri w Blaviken.

– Nie dlatego.

– Nie?

Geralt chciał chciał coś odpowiedzieć, ale słowa nie przeszły mu przez gardło.

– Chłopacy też byli przeciwko siostrze, ale ojciec ich wszystkich trzymał w ryzach. Do czasu. Z Nesty wyrosła niezła dupa, tylko trochę dziwna; wiesz, zaczepiała w nieprzyzwoity sposób służki i takie tam. Stary wysłał ją nawet na jakiś czas do Wyzimy, żeby zmieniła klimat, przewietrzyła głowę. Nesta jednak tam coś nawywijała, wdała się w jakiś romans, i wróciła w wielkiej złości do domu. Od powrotu widywano ją czasem, jak odchodzi na ubocze i sama ze sobą gada. Później zaczęli pojawiać się pod bramą adoratorzy, lepsi lub gorsi, starsi albo młodsi, lecz ona wszystkich zbywała. Nawet nie raczyła spojrzeć kto zacz i ile przywiózł w kuferku. W pewnym momencie poszła fama, że nasza Nesta może być dziedziczką całego Łukomorza i wtedy przyjechali poważni gracze. A ona dalej swoje. Potem z kolei wypłynęła ta historia z Czarnym Słońcem i wszystko się spierdoliło. Inga w końcu pojechała do barona de Rais, toussainckiego szlachcica, który łaskawie się zgodził wziąć Nestę za żonę, ale w zamian za duży posag. Dziewczyna na to urządziła taką awanturę, rozumiesz, ciskała kryształami, groziła podcięciem żył, że Rodeon nie wytrzymał i wykrzyczał w gniewie, że odda ją pierwszemu, kto się stawi u bram. I wiesz, kto akurat wtedy zakołatał do drzwi?

– Skąd mam wiedzieć.

Ogrody sprawiały wrażenie nieco zaniedbanych. Na klombach obok kwiatów wyrastały chwasty, przy drzewkach leżały gnijące owoce, nad którymi kłębiły się osy. Trawy na dróżkach dawno nikt nie przyciął. Najwyraźniej zabroniono służbie kręcić się w pobliżu ptaków. W lesie, okalającym ogrody, migały co jakiś czas czerwone chusty najemnych wojów – zapewne bardzo drogich i równie małomównych.

– Kurwa jego mać, dziad powsinoga. Stał u podnóża zamku i napierdalał dzwonkiem, bo chciał coś do żarcia, bo się głodny zrobił w drodze nad morze. Na połów ostryg, wyobrażasz sobie, szedł, dureń jeden. Żeśmy tedy mu zostawili koszyk z kiełbasą i chlebem oraz księżniczkę w prezencie. Jak wyła, a jak płakała, ale stary był nieugięty. Jej służka, Reszka, dobrowolnie wraz z nią poszła.

– Zaraza – skomentował Geralt. – Paskudna historia.

– Żebyś wiedział. Inga dostałą pierdolca, kiedy wróciła od de Raisa. Z nerwów niedługo później kitę odwalił Rodeon. Ale nie ma tego złego – zakończył opowieść Sękacz. – Minęło parę dni i przyszła wiadomość, że baron dziewczę odnalazł, poślubił, więc uprzejmie prosi o wydanie posagu. Na dowód tego załączył taki wisior z herbem rodowym, który Nesta zawsze nosiła. Księżna podskoczyła z radości jak baran, kiedy zobaczyła akt małżeństwa, a potem zapakowała złoto w kuferek i mu wysłała. W sumie Nesta chyba jednak nie skończyła tak źle.

– Z Nestą również z chęcią porozmawiam.

– Jasne – odparł Sękacz. – Zawiozę cię do posiadłości serojada. No, dziateczki są w pawilonie.

Geralt wszedł do niskiego budyneczku z częściowo przeszklonym dachem. Dominował smród ptasiego gówna. Przed pojawieniem się kruków musiały tu rosnąć warzywa i zioła. Teraz donice i stojaki znikły, a w ich miejsce pojawiły się grzędy i pojemniki na mięso.

– Kra! Kra!

– Krakrakrakra!

– Cicho, kurwa – syknął Sękacz.

Kruki siedziały w obrębie słonecznej plamy na podłodze. Wpatrywały się w mężczyzn czarnymi ślepiami. Na ziemi walały się krwawe strzępy mięsa. Jeden z ptaków odleciał na grzędę, inny nieustannie krakał.

– Nie boicie się, że wam stąd wyfruną? – zapytał Geralt, zobaczywszy, że Sękacz po prostu otworzył drzwi i wszedł.

– Krakrakra!

– Gdzie tam, siedzą potulne jak trusie. Same łapią, że tu jest bezpieczniej. – Po chwili dodał: – Geralt, myślisz, że one nas rozumieją?

– Wątpię. Podejrzewam, że są jak człowiek, zamknięty w głębokim lochu. Niby słyszy jakieś hałasy, rozumie, że coś się dzieje na zewnątrz, potrafi odróżnić głos człowieka od powiedzmy rżenia konia. Ale nie wie, czy idą dać mu żreć, w mordę, uwolnić, czy też szykują dla niego szafot.

– Krakrakra!

– Straszna sprawa, ale to dobrze. Uspokoiłeś mnie. – Sękacz spojrzał na ptaka i ryknął: – Przestań, kurwa, kłapać tym dziobem!

Kruk zamachał skrzydłami i również odfrunął na grzędę.

– Wkurwiający jako ludzie, wkurwiają jako ptaki. Ten, co się tak drze, to moim zdaniem najmłodszy, Berion. Nie znoszę go. Pozostałych też, ale jego najbardziej. Mały, kurwa, gnojek. Masz jakiś pomysł, jak je odczarować?

– Pomysł mam, ale wolałbym wpierw ustalić, co się dokładnie stało.

 

IV

 

Korytarzami Rawskiego zamku przechadzał się kwiat temerskiej nauki. W wyznaczonych salach odbywały się poranne panele dyskusyjne, mimo że oficjalne otwarcie konferencji miało się odbyć w południe. Tu i ówdzie słychać już było pierwsze odgłosy awantur.

– Śmierdzi jak w gorzelni – zwrócił uwagę Geralt.

– Umysł potrzebuje paliwa – odparł Jaskier, popijając z gąsiorka. – In vino veritas.

Gęgające jak gąski oxenfurckie studentki zaczęły chichotać, zobaczywszy barda. On ukłonił się im, zamaszyście zamiatając kapelusikiem po kamiennej podłodze. Nagle, jak spod ziemi, wyłoniła się wielka postać opiekunki grupy i spiorunowała go wzrokiem.

– Chodź, Jaskier. Nie przyszliśmy tutaj oglądać się za dziewczętami – powiedział Geralt, zaciekawiony wiezionym na wózku wypchanym potworem.

– Widać, że nigdy nie byłeś na uniwersytecie – odparł bard. Powiódł wzrokiem za Geraltem, podszedł, a potem zapytał właściciela kreatury: – A co to za paskuda?

– To słynny mahakamski Człowiek Gór, szanowny panie – odparł krasnolud. – Jestem Tavois Verrero di Mangaldo, podróżnik i łowca osobliwości. Panie Jaskrze, wieczorem zapraszam na kufel przedniego krasnoludzkiego piwa. Opowiem panu historię pochwycenia tego monstrum. A teraz przepraszam, czas je godnie zaprezentować.

– Co o tym sądzisz, Geralt?

– O Człowieku Gór? – odparł rozbawiony wiedźmin. – Dostrzegłem w nim co najmniej trzy potwory. Nogi pochodzą od wilkołaka, zgadując po jakości sierści, ubitego bardzo dawno temu. Łeb wygląda mi na bobołaka, rąk zaś użyczył troll. Ale mogę się mylić – dodał, klepiąc przyjaciela po ramieniu. – Może to naprawdę Człowiek z Gór. Jedyny przedstawiciel swego rodzaju, ubity przez słynnego Vero-jakiegoś tam.

– Ech – rzucił Jaskier. – Sam nie wiem, co gorsze. Wiesz co, myślałem wczoraj o twojej opowieści i stwierdziłem, że nie rozumiem, dlaczego małżeństwo Nesty było tak ważne. Przecież niechciane księżniczki zamykano w odosobnieniu w samotnych wieżach.

– Nie wiem, kanclerz Renwald unikał tego tematu, a ja nie dopytywałem.

– Chodź, gdzieś tu powinien być mój znajomy, pracownik Collegium Iuridicum, pan Bardacius.

 

*

 

W sali zajętej przez jurystów w najlepsze trwała dyskusja na temat wzajemnego przenikania się praw elfich oraz zwyczajów pierwszych nordlingów na gruncie restytucji mienia. Brało w niej udział ośmiu starszych panów przy wsparciu – nic dziwnego – pustej widowni. Towarzystwo wyraźnie się ożywiło, widząc pierwszych słuchaczy. Geralt jednak szybko przysnął. Obudziło go szturchnięcie; pozostali paneliści zdążyli już się rozejść.

– Witam szanownego pana Jaskra – zaczął starzec w pomiętej todze uniwersyteckiej.

– Dzień dobry, panie profesorze. Sprowadza nas tutaj chęć zdobycia pewnej wiedzy, którą z całą pewnością posiada tylko pan.

– Tak, tak – odparł ukontentowany naukowiec.

– Chodzi mianowicie o prawa dziedziczenia na ziemiach Łukomorza za czasów szaleństwa klątwy Czarnego Słońca.

– Tak, tak – mruczał coraz bardziej zadowolony historyk prawa. – Spłodziłem na ten temat obszerną monografię. Od czego by tu zacząć…

W trakcie kolejnej godziny wykładu poświęconego rozwojowi łukomorskich praw wiedźmin walczył jak lew, by nie usnąć. Nie potrafił sobie wyobrazić, jak można zmarnować kilka lat życia na słuchaniu smętnych opowieści leśnych dziadków, którzy przywarli do uniwersyteckich katedr jak grzyb do muru. Przetrwał do końca, ale nie był w stanie wyłuskać z potoku słów żadnych wartościowych informacji.

– Reasumując, szanowny panie profesorze – powiedział Jaskier. – Kobiety co do zasady dziedziczyły na północy na równi z mężczyznami. Wychodząc jednak naprzeciw potrzebom szlacheckich rodzin, dotkniętych przekleństwem Czarnego Słońca, prawo wypracowało umowę małżeńską z klauzulą zrzeczenia się praw do tronu przez małżonka niewiasty, rzekomo dotkniętej klątwą, przez co ona również traciła możność odziedziczenia korony.

– Tak, tak. Byłby z pana świetny prawnik, szkoda, że wybrał pan sztukę. Taka treść kontraktu małżeńskiego kreowała stan przeszkody nieusuwalnej na drodze do objęcia tronu. Uzus zapoczątkowany został przez przypadek księżnej Vernamiry, której Trybunał Królewski Koviru odmówił przyjęcia skargi na decyzję rady regencyjnej. W doktrynie podnosi się, że przyczyną takiego orzeczenia de facto były oskarżenia o nosicielstwo klątwy i w innym przypadku trybunał z pewnością przyznałby jej koronę. Tamtejsi juryści poczuli jednak ducha czasu…

– Reasumując – wtrącił wiedźmin. – Prawo w służbie bezprawia.

– Nie ma bezprawia, jest tylko konstruktywna wykładnia.

Rozległ się dzwon, wzywający na uroczyste otwarcie konferencji.

 

V

 

Geralt siedział na werandzie i czekał na przybycie gospodarza, barona de Rais. Służąca przyniosła mu wody z z gałązką i dyskretnie znikła. Wiedźmin spoglądał na pola mieniące się złotem i błękitem polnego kwiecia. Hipnotyczny szum płynął wraz z wiatrem, tuląc do niespokojnego snu. Szum, poza tym cisza.

– Witam w moich skromnych progach. – Baron de Rais, odziany w kontusz, wyszywany złotem i srebrem, skłonił się i mocno uścisnął rękę wiedźmina. – Nie wolno za długo patrzeć, bo można utonąć jak w zdradzieckim morzu.

Był wysoki, o głowę wyższy od wiedźmina. Po siwiźnie włosów, dziwacznej siności brody i licznych zmarszczkach na twarzy można było wnioskować, że jest stary, ale postury i mięśni mógłby mu pozazdrościć niejeden młody mężczyzna. W zestawieniu z wyglądem spokój i głębia jego głosu budziły niepokój.

– Słucham?

Geralt nie nazwałby posiadłości skromną. Ogrody na modłę beauclairską, pełne rzeźb i fontanienek, wiodły przed pałac – pełen zdobień i architektonicznych detali rodem z elfich siedzib. Przepych, ale jak mu się zdawało, gustowny przepych.

– Widziałem, że uległ pan urokowi tutejszych krajobrazów. Zaiste nie ma drugiej takiej krainy w królestwach północy. Ta surowość, jak gdyby świat składał się tylko ze złota łanów i błękitu nieba.

– Racja – odparł Geralt, myśląc o południcy, czyhającej na nierozważnych wędrowców gdzieś w głębi tych pól.

– Cóż pana sprowadza na ten skraj świata?

– Praca – rzekł wiedźmin. – A konkretnie księżniczka Nesta, którą raczył pan poślubić. Chciałbym z nią pomówić.

– Nesta… – baron zawiesił głos. – Niedawno umarła.

Geralt zmrużył oczy.

– Doprawdy?

– Niestety. – Baron na chwilę zamknął oczy. – Przygoda z tym bandziorem, który porwał ją z zamku rodzinnego, tak nadszarpnęła jej zdrowie, że biedaczka niedługo później odeszła z tego świata. Nie nacieszyliśmy się zbyt długo szczęściem małżeńskim.

– Nie powiadomił pan rodziny?

– Nie – odparł z pobłażliwym uśmiechem.

Zapadła chwila ciszy. Geralt zorientował się, co budziło jego niepokój – z pałacu nie docierały żadne odgłosy prócz krzątaniny służki.

– Nie rozumiem. – Pokręcił głową.

– Podczas negocjacji na temat ożenku księżna Inga wyraziła prośbę, by nie informować jej o życiu i śmierci pasierbicy. Uszanowałem wolę pani.

– Dawno umarła?

– Jakiś miesiąc temu.

– Jak udało się wytropić tego włóczęgę?

– Widzi pan, trakt w kierunku wybrzeża wiedzie przez moje ziemie. Jak tylko się dowiedziałem o tym porwaniu, wysłałem moich łowczych. Znaleźli ich na jednej z bocznych dróg. Włóczęga zawisł, a Nesta wróciła na mój dwór.

– Niezwykłe szczęście. Pan wybaczy, że spytam. Można być szczęśliwym, poznawszy małżonka dopiero na ślubnym kobiercu?

– Myślę, że mam w sobie odrobinę uroku osobistego – odparł de Rais, gładząc brodę. – Zyskuję przy bliższym poznaniu.

Geralt pomyślał chwilkę i zadał pytanie:

– A co się stało z rzeczami osobistymi Nesty i służbą?

– Nie miała zbyt wielu przedmiotów. Ubrania kazałem spalić, a biżuterię zabrała do grobu. Jak mówiłem, Inga nie chciała mieć nic wspólnego z pasierbicą, tym bardziej nie zapewniła jej żadnej służby.

– Na mnie już czas – powiedział Geralt, wstając. – Dziękuję.

– Proszę zejść tymi schodami. Obejrzy pan ogród.

– Na co dokładnie zmarła Nesta?

– Nie chciałbym o tym mówić. – De Rais opuścił wzrok. – Proszę nie mówić o tym jej rodzinie. Nesta została skalana i wolała odebrać sobie życie…

– Skonsumowaliście małżeństwo? – zapytał, patrząc w głębię pól.

Geralt poczuł na sobie wzrok barona, tak ciężki jak jego pięści.

– Na pana już czas. Żegnam.

 

*

 

– Jak tam rozmowa z serojadem? – rzucił Sękacz. Siedział w cieniu przydrożnej jabłonki przy kamieniu granicznym ziem baronii i ostrzył nożem patyk.

– De Rais powiedział, że Nesta zmarła – odparł Geralt. – Zabiła się.

– O, skurwysyn. Kiedy i dlaczego?

– Niby miesiąc temu, ale baron nie jest zbyt wiarygodny. Rzekomo miał ją zgwałcić ten żebrak.

– Kurwa, no nie wierzę. A może to on sam ją zatłukł. Nesta nie była delikatną dzierlatką.

– O czym ty mówisz?

– Chodzą takie plotki, nic konkretnego. Po prostu serojada nikt nie lubi.

– A powiedz ty mi – zaczął wiedźmin. – Widziałeś tego dziada?

– Tak. Mały taki, chudy, zgarbiony, z gilem u nosa i lagą w ręce. Żal patrzeć. Po chuj taki nad morze szedł… – Sękacz zawiesił głos. Potem uderzył dłonią w dłoń. – Ha! Już, kurwa, rozumiem! Że niby on nie mógł zgwałcić naszej Nesty, tak?

Wiedźmin milczał.

 

VI

 

– Panie szanowny! – Mały, gruby człowieczek z wielkimi okularami i zmierzwioną brodą szarpnął Geralta za rękaw.

Inauguracja konferencji na szczęście była dość krótka – ograniczyła się do zwięzłej przemowy księcia Kraka, pouczającego wykładu oxenfurckiego profesora Miodusa na temat etymologii ważnego a nadużywanego słowa „kurwa” oraz występu nadwornych minstreli, śpiewających pieśń „o Vandzie, co w rzece nadobna…”. Potem zaś, co wiedźmin przywitał z radością, zaproszono wszystkich na panele popołudniowe oraz obiad.

– Czego?

– Ja pana bardzo przepraszam, ale ja słyszałem, że pan był świadkiem zdarzeń, będących przyczyną wcielenia Łukomorza do Redanii.

– Może i byłem – burknął wiedźmin, odsuwając się od natręta. – A co panu do tego?

– Nazywam się doktor Pietrus Rufus Tagenhamler.

– I?

Im dłuższe nazwisko, tym głupszy, pomyślał Geralt.

– I jestem autorem wielotomowej publikacji pod tytułem „Wiek agresji. Ekspansjonistyczne zapędy Redanii, a bezpieczeństwo królestw północy” – z dumą odparł historyk.

– Zapewne finansowanej z temerskich grantów?

– Oczywiście, król Foltest jest znanym mecenasem nauki. Spotkanie z panem jest dla mnie niepowtarzalną okazją do pozyskania relacji naocznego świadka… Żywy pomnik historii.

– Nie teraz – wtrącił Jaskier. – Pan Geralt jest tu nadzwyczaj rozchwytywanym specjalistą, więc trzeba się zapisać do kolejki.

– Oczywiście, oczywiście – odparł historyk. – A gdzie to można uczynić?

– U mnie. Za opłatą w wysokości pięćdziesięciu orenów.

– Hmm. Jak mus, to mus – wymamrotał, szykując pieniądze.

– Chodź, Geralt. – Jaskier wskazał ręką na dużą salę. – Dyskusja o powodach suszy już się zaczęła. Najtęższe umysły Temerii. Kto wie, jakie idee narodzą się podczas tej debaty.

 

*

 

Dysputa trwała w najlepsze.

Strażnicy rozdzielali młodych druidów szarpiących się z przedstawicielstwem cechu hutników z Gulety, którzy chcieli otworzyć filię na zachód od Mahakamu, ale potrzebowali koncesji na wycinkę drzewa opałowego. Oxenfurccy badacze rozłożyli na wielkim stole mapę, którą ktoś w mig zalał winem. Astrolodzy tłumaczyli wpływ księżyca na moce witalne wodników u źródeł rzeki Duppy, różdżkarze przeciwnie – że to z powodu aktywności żył wodnych księżyc krąży niżej, demonologowie podchwycili temat wodników, wyjaśniając, że susza jest wynikiem przedłużającego się okresu godowego tych stworów.

Kapłani Lebiody wzywali księcia Kraka, by wraz z dworem i doradcami zorganizował modlitwę o deszcz.

– Natura oszalała – mówił Raszczur, waląc kosturem w blat – dlatego, że oszaleli ludzie. Nie ma szacunku dla lasu, dla wody, dla powietrza…

– Sam nie masz szacunku dla powietrza – ryknął starszy cechu młynarzy – po tej kapuście, co ją wczoraj na obiad dali!

– Zamień się w niedźwiedzia i zarycz – zawołał kolejny uczony, tym razem o wyglądzie świniopasa.

– Twoja żona ryczała, jak ją ostatnio spotkałem! – odkrzyknął krewki druid. – Nie ma szacunku!

Sala wybuchła śmiechem.

– Co my tu robimy? – Geralt szepnął do Jaskra.

Wiedźmin spojrzał na księcia, zasiadającego u szczytu stołu, którego twarz wyrażała perfekcyjną obojętność. Potem zauważył dwa wolne miejsca obok równie znudzonej, ale za to nader urodziwej kobiety. Pociągnął Jaskra za rękaw.

– Można? – spytał, kiedy przedarli się przez tłum.

Kobieta skinęła głową.

Dotarcie do krzeseł zajęło im kilka minut. W międzyczasie dyskusja zeszła z naukowych prób wyjaśnienia suszy na wątki o charakterze historyczno-genealogicznym. Starszy pan z brodą, w czapce z gwiazdkami, klarował na temat związku między mezaliansem praprababki księcia z redańskim szlachcicem, a przekleństwem Jeroberta, dotykającym zdrajców Temerii…

– Słyszał pan o tym Jerobercie? – spytała wiedźmina kobieta.

– Tak, to ten dziadek. Wymyśla różne spiski i nazywa je imieniem odkrywcy, czyli swoim.

– To by wiele wyjaśniało. – Zaśmiała się, podając mu rękę. – Vesmaya.

– Geralt. Miło mi. Słyszałem o tobie.

– Ja o tobie też. Jesteś tym słynnym wiedźminem, który w ostatniej chwili zaszczycił ten zjazd?

– Właściwie to jestem tu incognito. To znaczy jako ekspert historii. Żywy pomnik, samodzielnie chodzący.

– Nie rozumiem. – Vesmaya niepewnie się uśmiechnęła.

– Zapraszam na prelekcję na temat upadku Łukomorza.

– Geralt, nie przedstawisz mnie? – wtrącił się Jaskier, przyniósłszy kufle z piwem.

– Bard Jaskier, największy poeta na tym zjeździe – odparł wiedźmin. – Czarodziejka Vesmaya, perła pośród umysłowych miernot.

– Nie przesadzajmy.

– O! Jakież to przekleństwo spowodowało tę suszę? – zapytał Jaskier.

– Piwo – odparła tajemniczo.

– Nie może być! – obaj spojrzeli na gęsty, pyszny, pieniący się trunek.

– Rzeczka o uroczej nazwie Duppa spływa z gór Mahakamu. – Pstryknęła i nagły przeciąg przyniósł w ich stronę fragment mapy. – O tu, zobaczcie. Tędy przepływa, a właściwie przepływała, przez Puszczę Czarnowieską.

– Przepływała? – zapytał wiedźmin. – Zmieniło się koryto rzeki?

– Nie. – Czarodziejka zakreśliła na mapie spory okręg. – Tutaj puszczy już nie ma. Torfowisk też nie ma. Źródełek, strumyków i bajorek też. A więc znikła i woda.

– Jak to nie ma? – spytał Jaskier.

– Krasnoludy z rodu Bianchinich wykupiły z banku Vivaldich zadłużenie Foltesta i w zamian za umorzenie zobowiązań zażądały prawa do wycinki drzew i założenia upraw chmielu na potrzeby ich browarów. Drzewo zaś sprzedają do hut. Brzegi rzeki wyrównali i umocnili.

– Dlaczego nikt cię nie słucha? – zapytał bard.

– Jaskier, rozejrzyj się – rzucił wiedźmin. – Kto bierze udział w tej dyspucie… Przemysłowcy z Mahakamu i Aedirn, których mało co obchodzi los tutejszej natury, stado oszołomów z wariatem Raszczurem na czele, który zaraz stąd wyjdzie i wraz z akolitami będzie przywiązywał się do przypadkowych drzew pod wycinkę. A na dokładkę luźna zbieranina przygłupów, snujących spiskowe teorie, mających do cna rozwodnić tę dyskusję. Opowiadają o klątwach, czarach-marach, a w rzeczywistości kamuflują skurwysyństwo.

– Dokładnie – podsumowała Vesmaya. – Tu nie ma argumentów i przemyślanej polityki, a tylko interesy.

– Biedny Krak – odparł Jaskier. – Wszyscy go robią w konia. Próbowałaś z nim rozmawiać?

– Tak, ale nie przedarłam się przez mur jego zauszników i doradców.

– Miałeś rację, Geralt – z żalem rzucił bard. – Żadnej klątwy, tylko bezmyślność.

 

VII

 

– Co udało się ustalić? – zapytał Renwald.

Jak zwykle spotkali się przy jedzeniu. Na stole stały ociekające tłuszczem żeberka duszone z cebulą, pieczone kapłony, ziemniaki w rozmarynie oraz karafka z winem.

Geralt pałaszował kapłona, kanclerz – oczywiście żeberka.

– To i owo. Klątwa jest do zdjęcia.

– Dobrze – rzekł Renwald. – Napijesz się, prawda?

Nie czekając, nalał wina.

– Najprostszym sposobem zdjęcia takiej klątwy jest zrobienie koszulek z pokrzyw i odzianie nimi przeklętych – mówił wiedźmin.

– W czym problem? Szwaczki są, o pokrzywy też nie ma się co martwić. – Klasnął w tłuste dłonie kanclerz.

– Jak to przy czarach, najważniejsze jest, kto te ubranka uszyje. Idealną osobą byłaby Nesta, ale niestety – Geralt zastanawiał się, czy mówić o jej śmierci. Zdecydował jednak, że lepiej nie wyrywać się przed szereg z takimi nowinami. – Niestety Nesta wyjechała.

– Noż, kurwa! Geralt, wymyśl coś sensownego.

– Jest możliwość wykonania zastępczego.

– Przez Ingę?

– Nie, przez matkę lub córkę Nesty. Córek nie ma, więc zostaje matka.

– Przecież ona nie żyje.

– Jej ciało gdzieś leży, prawda?

– Tak, w grobowcu.

– Trzeba otworzyć trumnę i wyjąć dłonie.

– Nie przy jedzeniu… – Renwald serwetą zasłonił usta. – Rób, co chcesz. Nie mogę już patrzeć na te żeberka. Jak chcesz, to dalej jedz sam.

 

*

 

– Siwy, kurwa, ale to jest dobry pomysł?

– Nie, głupi – odparł Geralt. – Co ty, Sękacz, południcy się nie boisz, a pietrasz przed truposzem w trumnie?

Mężczyźni w świetle pochodni zrywali plomby z wejścia do rodowej krypty. Żalnik znajdował się w sporym oddaleniu od zamku, na środku uroczyska. Okalający go mur oraz położone niżej nagrobki powoli zapadały się w wilgotnej ziemi. Tu i ówdzie czerń nocy rozświetlały bagienne wyziewy. W oddali jak latarnia błyszczało światło na szczycie zamkowej wieży.

– To co innego. Południe czas święty. Czas bogów. Słońce wtedy zatrzymuje się na niebie i spogląda, kto go nie szanuje, i karze. Wiesz, że nie możesz wtedy pracować, więc chowasz się w cieniu. Południca nie zaczepia tych, co przestrzegają świętego czasu. Tak samo tu. Zamkniętego grobu się nie otwiera… Tym bardziej o północy…

– Otwierałem niejeden.

– Ale ty jesteś inny, odmienny. Tacy jak ty robią rzeczy zakazane – mówił Sękacz. – Jak kat. Ludzi zabijać nie lza, a on im ucina łby. Pieniędzy od dziwek za nierząd brać nie lza, a on chodzi do nich za dukatem. Tak samo wiedźmin. Włóczy się po nocy po pustkowiu, rozkopuje groby, w południe rusza na pole…

– Dzięki, że mnie oświeciłeś.

– Zabija Dzierżbę…

– Odpierdol się.

– Poszedłem z tobą grzebać w grobach jak hiena cmentarna – rzucił Sękacz. – Chyba możesz mi odpowiedzieć.

– Dobrze – odparł zirytowany wiedźmin. – Co chcesz wiedzieć?

– Dlaczego zabiłeś tych w Blaviken?

– Myślałem – Geralt zawiesił głos, w ogniu pochodni z sykiem spłonęła ćma – że wybieram mniejsze zło. Nie opowiem ci o szczegółach, bo gówno cię one obchodzą. Śmierć Renfri i jej kompanów miała ochronić wszystkich przed większym złem. Okazało się, że nikogo przed niczym nie ocaliła.

– Po chuja się do tego mieszałeś?

– Chciałem powstrzymać rzeź, którą planowała zgotować Renfri.

– Nie, nie o to pytałem – odparł Sękacz. – Po chuja wiedźmin, zabójca potworów pchał się w konflikt między ludźmi?

– Uznałem, że mam prawo ocenić, czy człowiek jest potworem…

– Widać nikt nie poznał się na twoim prawie, skoro połowa Łukomorza żąda, by cię powiesić.

Dalej pracowali w milczeniu. Wrota do krypty w końcu ustąpiły. Z wnętrza dobył się ohydny smród gnijącego drewna i stęchlizny, lepki jak przypalony smalec. Sękacz zwymiotował.

– Mam nadzieję, że nie zalało trumien – mruknął Geralt.

Wiedźmin usłyszał niepokojący hałas.

– Zaraza. Coś tu lezie. – Szarpnął Sękacza za ramiona. – Właź do krypty i zablokuj drzwi. Ja sprawdzę, co się dzieje. Z życiem.

Wiedźmin wcisnął mu swoją pochodnię i wyciągnął miecz. Jego kompan zatrzasnął wrota krypty i zrobiło się ciemno. Geralt kucnął za nagrobną płytą, gdzie nie sięgało nawet słabe światło gwiazd. Wyciągnął z kieszonki w pasie fiolkę i wypił jej zawartość. Poczekał, aż oczy przyzwyczają się nocy, a oddech wyrówna. Potem zaczął nasłuchiwać.

Kreatura również musiała przystanąć. Wiatr szumiał liśćmi grabów i świszczał pośród zmurszałych rzeźb. Wiedźmin ruszył w miejsce, gdzie ją ostatnio słyszał.

 

*

 

Geralt skoczył. Jedną dłonią zaatakował usta, drugą – dłoń, w której zaczynała się gromadzić energia magiczna, kolanem docisnął do ziemi klatkę piersiową. Potem dopiero sprawdził, na kogo się rzucił.

W chaszczach okalających cmentarz zakotłowało się, a ptaki, śpiące dotychczas na drzewach, zerwały się z jękiem do szalonego lotu.

– Puść – piszczała zduszonym głosem kobieta. – Puść mnie.

– Zamknij się! – syknął Geralt. – Odsłonię ci usta, ale jak zaczniesz krzyczeć, to zbiegną się ghule. Kim ty jesteś i po co tu przyszłaś?

– Zejdź ze mnie, bandyto… – szeptała.

– Po co czarodziejka włóczy się po opuszczonym cmentarzu, na który akurat przez przypadek zapuścił się również wiedźmin?

– Nic ci nie powiem!

– Tak? A co powiesz na wizytę na zamku… Nesta będzie się niepokoić – mówił wprost do jej ucha, dłonią ugniatając krtań.

– Nesta nie żyje – wyszlochała dziewczyna.

– Nie żyje, powiadasz. Pójdź więc na jej mogiłę i przekaż, że pojutrze odczynię urok, więc jeżeli chce mi coś przekazać, to powinna wyleźć z grobu i przyjść tutaj po zmierzchu.

– A ghule?

– Ty się nie bałaś tu przyjść. – Wiedźmin zerwał dziewczynie kaptur i przyjrzał się jej twarzy, ona zaś zapiszczała z przerażenia, zobaczywszy z bliska efekt działania eliksiru. – A teraz zmiataj.

 

*

– Otwieraj! – Geralt walił w zaryglowane drzwi krypty.

Uchyliły się ze skrzypieniem drzwi.

– O kurwa twoja mać! – wrzasnął Sękacz, w świetle pochodni ujrzawszy białą jak kreda skórę wiedźmina, oczy czarne jak u kruka i fioletową siateczkę żył. – Zjawa.

– Zabierz w cholerę tę pochodnię. Razi mnie.

– Ale żeś mnie przestraszył. Co ci się stało?

– Ryzyko zawodowe.

– Był potwór?

– Nie.

– No tak… Znalazłem w międzyczasie nasz sarkofag – odparł Sękacz. – Wygląda dobrze.

– To bierz łom i do dzieła – mruknął Wiedźmin. – Ręce wyłam w łokciach, ostrożnie, żeby się kości nie rozsypały. Potem włóż je do futerału. Do grobu włóż łodygi dziewanny.

– Dobra, dobra – szepnął drżącym głosem Sękacz, podważając łomem kamienne wieko sarkofagu.

W migocącym świetle pochodni oczy nagrobnej rzeźby zdawały się mrugać, palce złożone na modlitewniku – poruszać, ciało – szykować do obrony pośmiertnego spokoju.

Geralt skrył się w mroku krypty.

 

VIII

 

– Przecież Nesta umarła – rzekł zaskoczony Jaskier.

Vesmaya z zaciekawieniem przysłuchiwała się opowieści. Siedzieli we trójkę na jednym z tarasów zamkowych, popijając touissanckie wino. Widok rozciągał się na pożółkłe pola i lasy, glinianą wstęgę rzeki, ciągnącą się aż od górującego na horyzoncie Mahakamu.

– Nie słuchałeś uważnie.

– Oświeć mnie – odparł bard, spoglądając kątem oka na rozbawioną czarodziejkę.

– Sękacz mówił, że dziadunio był chudy i wątły, a z Nestą zabrała się jej służka.

– Może służkę od razu zabił, a dziewczynę na postronek i hajda gwałcić?

– Myślisz, że dałby radę dwóm kobietom, w tym tak krewkiej jak Nesta?

– Nie wiem.

– Ja też nie wiedziałem, ale dziadek przyszedł akurat wtedy, kiedy Rodeon nieopatrznie wypowiedział w gniewie przysięgę. Wybrał akurat taką drogę, by znaleźć się na ziemiach de Raisa. Szedł sobie z dziewczyną traktem, jak gdyby nigdy nic.

– Kto jak kto, Geralt, ale ty pierwszy powinieneś szanować potęgę słów.

– Od początku tej konferencji rozmawiamy o tym, że cudowne wyjaśnienia to ostateczność. A w tej opowieści jest zbyt wiele dziwnych zbiegów okoliczności, wręcz sugerujących, że stanowią realizację jakiegoś planu. Gdyby dziadek zabił służkę, to nie szedłby za dnia ze świadkiem mordu, tylko Neście również ukręciłby łeb i zatopił w jakimś bagienku. A jeżeli nie zabił, to co się stało ze służką, uciekła?

– No już, nie torturuj nas – powiedział Jaskier. – Zresztą to de Rais mówił, że dziewczyna umarła.

– Uwierzyłbyś mu?

– Ja bym mu nie wierzyła – powiedziała Vesmaya. – Przecież to ewidentny łowca posagów. Coś jest z nim nie tak. Albo on kłamał, kiedy mówił, jak znalazł Nestę, albo cała historia z dziadkiem została ukartowana.

– Widzisz, Jaskier? – Zaśmiał się Geralt. – Wystarczy słuchać.

 

*

 

Jak poprzedniej nocy, wiedźmin ukrył się w głębokim cieniu za nagrobkiem i czekał. Nie był pewien, czy ma rację i czy swoją propozycją nie spłoszył dziewczyny. Warto było jednak spróbować.

W końcu usłyszał, że idą. Przyglądał im się przez pewien czas. Dostrzegł zdenerwowanie i pewną czułość w gestach obu postaci.

– Witaj, Nesta – powiedział do zakapturzonej kobiety, wyłażąc z ciemności. – I ty, czarodziejko.

– Nazywam się Amelia.

– Jak na rozgryzłeś? – zapytała dziewczyna. – I czego chcesz?

Była wysoka i, na ile mógł to ocenić w nocy, całkiem ładna.

– Zgubiła się gdzieś księżniczki służąca, Reszka. Zadałem więc sobie pytanie, czy to możliwe, by ten żebrak pod bramą zamku nie był jednak dziełem zrządzenia losu. Przecież księżniczka nagle zaczęła sama ze sobą rozmawiać po gwałtownym zakończeniu wyzimskiego romansu. Wczoraj poznałem księżniczki przyjaciółkę, czarodziejkę, która była niezwykle zainteresowana, co też wyczynia wiedźmin, bez wątpienia najęty, by zdjąć klątwę z kruków.

Obie milczały. Wiedźmin zrezygnował z grzecznościowych tytułów. Mówił dalej:

– Zaklęcie komunikacyjne na małą odległość dość łatwo rzucić. Uwzględniając waszą bliską relację, zakładam, że od kiedy padło hasło ożenku i przerwania pięknej miłości, Amelia czatowała pod zamkiem, czekając na dogodną okazję, by cię z niego wyciągnąć. Dzięki zaklęciu słyszała dyskusję pomiędzy tobą a ojcem i szybko zareagowała na wypowiedzianą przysięgę, dając parę groszy jakiemuś dziadowi powsinodze, by udał się na zamek. Zapewne nie przytrafiłaby się lepsza okazja, by uciec. Panna darowana mocą przyrzeczenia włóczędze. Romantyczne – mówił wiedźmin. – Ale nie udało się do końca… Dziad zażądał więcej pieniędzy i nie chciał cię puścić?

Dziewczyny porozumiewawczo wymieniły się spojrzeniami. Zza chmury wyszedł księżyc. Zahukał puchacz.

– To Amelia po mnie przyszła w czarodziejskim przebraniu – z uśmiechem odparła Nesta. – Dziada znalazłyśmy później.

– Zaraza. Nie rozumiem. Poświęciłyście przypadkowego człowieka?

– Musiałyśmy zmylić de Raisa. Ty nie wiesz, co na mnie czekało w jego pałacu! – Nesta podniosła głos, w jej oczach pojawiły się łzy. – To jest potwór w ludzkiej skórze!

– Cicho bądź – przerwała jej Amelia, chwytając za dłoń.

– Niech wie, komu służy. De Rais to morderca, a Inga chciała wydać mnie za niego za mąż, by i mnie zabił. Ona i jej najstarsi synowie zaczęli rozsiewać plotkę o przekleństwie Czarnego Słońca, bym nie mogła objąć tronu. Ojciec jednak stał po mojej stronie. Niestety on też zaczął naciskać na zamążpójście, a ja nie chciałam! Nie chcę korzyć się przed jakimś obleśnym typem, pozwalać mu w siebie wchodzić, rodzić jego dzieci. Wtedy Inga znów zaatakowała z tym śmiesznym kontraktem małżeńskim. Ale ja się nie dałam, o nie.

– A de Rais?

– Morderca, już mówiłam. Amelia dowiedziała się, że ten potwór żył z posagów, które obejmował wraz z dziewczętami, rzekomo urodzonymi pod znakiem Czarnego Słońca. Młoda żona szybciutko umierała, a on brał sobie następną. I tak raz po razie.

– Czemu nikomu o tym nie powiedziałyście? – Wiedźmin zacisnął pięści.

– A kto to potwierdzi. To tylko nasze domysły. Wszyscy są zadowoleni, że czarne owce znikają z rodziny. Trupy zaś głosu nie mają.

Wiedźmin poczuł rosnącą złość, gniew zaczął w nim pulsować jak nabity guz.

– Z kim więc wziął ślub de Rais? Gdzie jest Reszka?

– Ona była taka słodka – odparła Nesta. – Kochała się we mnie, a ja też dałam trochę miłości. Przyszła ze wsi, podobały się jej książki, więc nauczyłam ją czytać, dałam sukienki, zabrałam ją z kuchni, by służyła tylko mnie. Kiedyś musiał przyjść dzień zapłaty.

– Trzeba było zrobić przedstawienie o żebraku i księżniczce – wtrąciła Amelia. – De Rais z pewnością by nas szukał. Ja nie mam środków i umiejętności, by go zatrzymać, więc trzeba było coś rzucić jego łowczym. Inaczej prędzej czy później by nas wytropili, a tak zaniechali pościgu na dostatecznie długo, byśmy mogły urządzić sobie bezpieczną kryjówkę.

– Reszka przez lata upodobniła się do mnie – kontynuowała Nesta. – Znała moje życie, umiała zachować się jak ja. Dałyśmy jej moje ubrania, biżuterię…

– Pierścionek z brylantowym serduszkiem?

– Tak, też, szkoda mi go było. Potem kazałyśmy powędrować z tym dziadkiem. Stolica aż huczy, że wujek Audeon umiera, więc nie mogłyśmy opuścić krainy.

– Wydałaś Reszkę na pewną śmierć? – w końcu wydusił z siebie Geralt.

– Nie. – Widać było, że pytanie wytrąciło dziewczynę z równowagi. – Przecież to były nasze domysły. A Reszka zawsze chciała być…

– Najczystsze skurwysyństwo. Ale zaraz – wziął głęboki oddech, by się opanować. – Nie po to się z wami spotkałem. Czy to ty rzuciłaś klątwę na braci?

– To było przypadkiem – odpowiedziała dziewczyna, mając łzy w oczach. – Chłopacy wmieszali się w moją kłótnię z ojcem, a kiedy on powiedział, że mnie wyda za pierwszego lepszego, ja się bardzo przestraszyłam, i wtedy coś na nich krzyknęłam. A oni nagle zamienili się w ptaki i zaczęli się kotłować pod sufitem.

Geralt spojrzał na Amelię. W jego głowie krążyło pytanie, czy to prawda i na ile zdolności czarodziejki przyczyniły się do przemiany chłopaków. Miał jednak dość, nie chciał wiedzieć.

– Pomożesz mi zdjąć tę klątwę?

Nesta przez chwilę milczała.

– Nie. Przyszłam tu, by ci powiedzieć, że nie powinieneś ich odczarowywać. Zasłużyli na to. Chcieli mnie pozbawić korony. Powiedzieli, że jestem przeklęta…

Geralt obrócił się i odszedł w milczeniu.

– Wiedźminie! – krzyczała na opuszczonym cmentarzu Nesta. – Czy ja naprawdę jestem przeklęta?

 

IX

 

– Jak wyglądało zdjęcie klątwy? – zapytał Jaskier.

Siedzieli w salce przygotowanej przez historyka na potrzeby wykładu.

– Renwald przyprowadził najsprawniejszą szwaczkę – zaczął Geralt. – Przerażonej kobiecie przywiązaliśmy do rąk kości matki Nesty. Za cholerę nie chciała, ale uspokoiłem ją znakiem. Potem zaczęła szyć. Na początku tragicznie to szło, ale potem się wdrożyła. Całą noc dziergała te krucze wdzianka z pokrzywy. Wyszły całkiem ładne. Nad ranem zaczęliśmy odczynianie czaru. Sękaczowi zostawiłem wątpliwą przyjemność ubierania ptaków. Wyrywały się, a jak dziobały, jak srały. Zwierzęcy instynkt był silniejszy niż pierwiastek ludzki.

– Ale sama transformacja?

– Paskudnie. I z pewnością bardzo boleśnie. Kruk w ubranku nagle padał na ziemię, zaczynał się wierzgać i rosnąć. Pazury zamieniały się z sykiem w palce, pióra w dłonie…

– Chciałbym to zobaczyć.

– Uwierz mi – odparł Geralt. – Nie chciałbyś.

– Oho, przychodzą pierwsi słuchacze.

 

*

 

Na wieczornym spotkaniu z wiedźminem zebrało się sporo osób, zachęconych zapewne bardziej jego osobą, aniżeli tematem referatu. Geralt snuł opowieść, konsekwentnie pomijając swój udział w wydarzeniach oraz redukując do minimum wątki związane z klątwą. Niektórzy ziewali, ktoś dyskretnie uciekł z sali.

– Panie, nie będzie opowieści o potworach?

– To jest opowieść o potworach – wtrącił Jaskier.

– To spotkanie historyków – dodał doktor Tagenhamler. – Proszę kontynuować.

– O czym ja… Tak, w dniu, kiedy odczyniłem klątwę nałożoną na synów Rodeona, przyjechali gońcy z wiadomością, że Audeon odszedł z tego świata. Niedługo później na zamek zaczęli zjeżdżać się kolejni posłańcy, poczty honorowe, juryści, szlachcice; słowem wszyscy, którzy liczyli, że ugrają coś przy okazji ustalania, kto dziedziczy tron. Problem pojawił się, kiedy na zamku stanęły Nesta wraz z Amelią.

Popatrzył po zebranych, którzy teraz się ożywili.

– Wybuchła dość zażarta awantura pomiędzy stronnictwami, popierającymi to najstarszego syna Rodeona imieniem Wareon, to Nestę, to wreszcie tych, którzy krzyczeli o niedzieleniu skóry na niedźwiedziu, gdyż, widzą państwo, Gedeon może i srał pod siebie, ale jeszcze żył. Traf natomiast chciał, że pojawiło się paru Redańczyków, optujących za przyznaniem korony Neście.

– A pan, panie Geralt, po której stronie się pan opowiedział?

– Zgodnie z kodeksem wiedźmińskim zachowałem neutralność i, odebrawszy nagrodę, oddaliłem się z zamku…

O tym, jak było naprawdę, nikomu nie opowiedział.

 

*

 

W południe w ruch poszły miecze.

– Geralt, kurwa, pomóż nam! – krzyczał Sękacz.

Mężczyzna stał z bronią w dłoni naprzeciw trzech najstarszych synów Rodeona, którzy – kiedy już nieco otrzeźwieli po przemianie na powrót w ludzi i zrozumieli powagę sytuacji – chwycili w mig za żelazo, by zemścić się na siostrze. Za Sękaczem stały Nesta i Amelia. Po obu stronach zaczęli gromadzić się zwolennicy. Większość przybyłych jednak zdawała się być niezdecydowana, nikli w pomieszczeniach zamkowych lub tłoczyli się w rogach dziedzińca.

– Odsuń się, Sękacz! – zawołał Wareon. – Oddaj nam tę czarownicę!

– Spierdalajcie! To jest wasza siostra! – odwarknął Sękacz. – Geralt!

Wiedźmin stał jak zauroczony pośród gęstniejącej wrzawy. Stał i patrzył, nie uzurpował sobie prawa do decydowania. Nie było tu potworów, tylko ludzie, których obowiązany był strzec przed monstrami rodem z najgorszego koszmaru, wyłażącymi z bagien, czatującymi na bezdrożach – a których nie musiał chronić przed sobą nawzajem. Zachował neutralność.

Amelia szykowała się, by rzucić czar, ale ktoś jej strzelił w plecy z kuszy. Wtedy bracia wraz ze swoimi poplecznikami rzucili się na przeciwników. Zakotłowało się, parę osób padło na ziemię, ktoś został usieczony, powietrze przecięły rozbryzgi krwi. Żelazo zazgrzytało o kości i pancerze. Ranna czarodziejka zdążyła podpalić jednego z napastników, później ktoś skoczył jej na plecy i poderżnął gardło.

– Bij wroga!

– Na nich!

Sękacz już przestał krzyczeć. Spoglądał jak zbity pies, daremnie szukając pomocy. Zmęczony, poraniony jeszcze odpierał ataki, ale w końcu został obezwładniony. Nałożyli mu wór na głowę. Potem pochwycono Nestę. Ruszyli ci, którzy nie brali udziału w walce – odciągali zbyt zapalczywych, zaczęli udzielać pomocy rannym. Na kamiennej posadzce zostało kilka trupów, rosła kałuża krwi, paru mężczyzn umierało. Nie żył również dowódca pocztu Redańczyków.

– Czas już na nas, Płotka.

Geralt wskoczył na koń i wyjechał przez główną bramę, nie zatrzymywany przez nikogo.

 

*

– Vesmaya, to prywatne spotkanie – odparł jeden z mężczyzn siedzących w salce mieczowej rawskiego zamku; wszyscy wyglądali na czarodziejów. – Miałaś nie spraszać przyjaciół.

– To Geralt z Rivii.

– Wiedźmin, jako wybryk natury – odparł kolejny, z sumiastym wąsem – nie powinien brać udziału w naszej rozmowie..

– Mylicie się – odparła. – Wiedźmin jest wytworem cywilizacji. Takim samym jak plaga szczurów i trutki na gryzonie.

– O, miło mi – powiedział wiedźmin.

– Lub jak rynsztok – wtrącił wąsaty czarodziej. – Przecież gówno musi w jakiś sposób wypłynąć z miasta. Tak samo wiedźmin musi oczyścić świat z różnych kreatur, zagrażających cywilizacji.

– Co jeżeli, szanowny pan pozwoli zapytać – zapytał Geralt – taką kreaturą jest człowiek?

– Społeczeństwo, proszę szanownego wiedźmina – odparł czarodziej – polega na podziale ról i obowiązków. Wiedźmin zabija potwory, a władza książęca tępi bandytów i pasożyty społeczne, kapłani walczą o niewinne dusze, a rycerze uwalniają damy z opresji. Bez porządku pochłonie nas chaos i przegramy z potwornościami natury.

– Właśnie – zauważył wąsaty. – Bo co to by było, gdyby taki wiedźmin zamiast rąbać mieczem zeugle, zaczął piec chleb…

– …albo wymierzać ludziom sprawiedliwość.

– …albo decydować o tym, kogo koronują na władcę.

– Tak, tym akcentem Vesmaya i panie Geralt, zakończmy ten wątek i przejdźmy do tematu najnowszych badań nad wpływami koniunkcji sfer na naturę.

 

X

 

Na zakończenie konferencji odbył się pionierski wykład we współpracy uczonych z oxenfurckiego Collegium Medicum oraz cechu miejskich szklarzy poświęcony „Temu, co gołem okiem niewidoczne, a przez szkieł różnorodnech konstelację widzialne”. Geralt chciał posłuchać, ale nadarzyła się możliwość krótkiej rozmowy z Krakiem.

Książę wysłuchał stanowiska czarodziejki.

– A co uczony wiedźmin sądzi o naszym problemie z wodą?

– Skromny wiedźmin popiera tezę pani Vesmai.

– Opowiem waszej miłości krótką historię – zaczęła czarodziejka. – Sto lat temu zerrikański władca ogłosił, że będzie modernizować kraj pod hasłem „cesarz żelazo, cesarz drewno i cesarz zboże”. Nakazano wyzbierać wszystkie metalowe przedmioty po wsiach i miasteczkach, by przetopić je na miecze i elementy urządzeń do manufaktur. Skoro jednak zabrakło na wsiach narzędzi rolniczych, to spadły plony. Jak spadły plony, to uprawa wymagała większej ilości rąk do pracy. Władca nie miał więc ani jedzenia, ani armii. Obwinił za głód wróble, które miały wyżerać ziarno z pól. Wtedy wszyscy chłopi poszli walczyć z wróblami. Straszyli ptaki tak długo, aż te umierały z wycieńczenia w locie. Trzeciego roku nadeszła plaga szarańczy i pochłonęła wszystkie uprawy, gdyż nie było już wróbli, które by żywiły się larwami tego robactwa. Księstwo upadło.

– Pomyślę nad tym – odparł książę.

Weszli do sali, gdzie dyskusja trwała w najlepsze.

– I co to niby kultura tych baktyriów?

– Jedyna kultura, jaką masz, bucu!

– Ale tego nie widać.

– To szkło brudne jest.

– Przecież oczywistym jest, że zarazy się biorą z gniewu bożego – wołał kapłan Lebiody. – Kto twierdzi inaczej, ten heretyk i sprzeniewierca. Z gniewem bożym walczyć nie można!

– Racja! Kto to słyszał, by gniew bogów pokonać wyczyszczeniem rąk!

– Cisza! – ryknął kapitan straży.

– Szanowni uczeni – zaczął mówić Krak. – Dziękuję wam za przybycie i światłe dysputy w tych murach. Wasza obecność natchnęła mnie, by wydać ten oto akt erekcyjny uniwersytetu…

– Uniwersytet!

– Uniwersytet księcia Kraka!

– …chcę zaprosić niektórych z was, byście stali się pierwszymi wykładowcami…

– Uniwersytet Kraka!

– Uniwersytet Krakowski!

Skandowaniu i brawom nie było końca.

– Chyba jesteśmy świadkami wielkiej chwili – szepnął wzruszony Jaskier. – Kaganek oświaty dotarł do ciemnej Temerii.

– Z takimi dzierżycielami światła – odparł Geralt, widząc przyszłych profesorów – oby Temeria raz-dwa nie spłonęła w ogniu tej wiedzy…

 

*

 

– Po wydarzeniach na zamku na dłuższy czas przepadłem w puszczy – Geralt kończył opowieść, stojąc wraz z Jaskrem w kolejce do przeprawy przez rzekę Duppę. – Tropiłem młodą mantikorę, która miała porywać bydło z łąk. Kiedy już wyszedłem z głuszy, napotkałem na trakcie kolumnę redańskich piechurów. Okazało się, że Wareon nakazał nawlec swoją siostrę na pal, a potem wrzucić do ognia. Potem chciał zabić również emisariuszy z Redanii, ale podkupieni strażnicy wyprowadzili ich nocą na wolność. Szlachta łukomorska, przerażona pierwszymi poczynaniami potencjalnego władcy, przypomniała sobie, że w zanadrzu jest jeszcze półżywy Gedeon, więc szybko obwołała go królem i wysmażyła list do króla Vizimira z prośbą o objęcie regencji nad królestwem.

– A co z de Raisem?

– Opowiedziałem o nim Redańczykom. Weszli do jego dworu, rozkopali groby, znaleźli rozczłonkowane szkielety, które zostawiał sobie na pamiątkę. Potem wzięli barona i służbę na męki. Okazało się, że jak kleszcz żerował na zabobonie. Jeździł po prowincjach i w zamian za sute posagi brał za żony przeklęte księżniczki. Potem je torturował, zabijał i zjadał.

– To dlatego południca karmiła…

– Tak.

– Nesta była przeklęta?

– Jeżeli chodzi o tę bujdę o Czarnym Słońcu, to nie. Lata się nie zgadzały. Była za młoda – odparł Geralt. – Mnie wtedy została jeszcze jedna rzecz do zrobienia…

 

epilog

 

Geralt siedział w cieniu jabłonki i czekał. Jedynym potworem okazała się być biedna naiwna służka o śmiesznym imieniu Reszka. Wykorzystana przez sprytniejszych i zamordowana przez bardziej bezlitosnych, przemieniła się w południowego demona, straszydło polujące na ludzi, niemogące pogodzić się z utratą młodego życia. Obowiązek ponownego jej uśmiercenia wydał mu się ze wszech miar ohydny.

Szum żytnich kłosów przyjemnie kołysał do snu, ale wiedźmin nie był senny – przyszykował już miecz i wypił eliksir. Potem wyszedł na słońce. Usłyszał niewyraźny śpiew i zgrzytanie wiader na łańcuchach koromysła.

Wiedźmin był gotów.

 

fin

Koniec

Komentarze

 nałożył sobie tłustej jajecznicy – raczej jajecznicy na tłustym boczku albo skwarkach

po którym snuły się kłącza bluszczu. – kłącza są pod ziemią, tu raczej pnącza 

– Jak na rozgryzłeś? – zapytała dziewczyna. – I czego chcesz? – nas 

zaczynał się wierzgać i rosnąć. – zbędne się 

Właściwie wiele się dzieje, pomysł był, Geralt prawdziwy, do tego ciekawe połączenie różnych historii i bajek, ale jednak nie chwyciło. Miałam wrażenie, że w pewnym momencie wszystko rozmyło się w zbyt dużej ilości wątków.

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Fajny początek z południcą. Przygoda z wieśniakami zła. Przekleństwa niepotrzebne. A potem zaczynasz tłumaczyć co, gdzie i po co, przez co zostaje zaburzoną ciągłość a akcja staje w miejscu.

Heh, południca się wszystkim podoba : )

Cóż – idea pisania konkursowego tekstu na ostatnią chwilę dwa razy wypaliła srebrnym piórkiem, ale teraz się nie powiodła. Być może jednak duże objętościowo opowiadanie wymaga po prostu znacznie większego nakładu czasu. 

A jak się zapatrujecie na pomysł z dwoma planami czasowymi?

Z ciekawości, Gwidonie, co jest złego w przygodzie z wieśniakami?

I po co to było?

Wieśniacy, którzy nie chcą zapłacić gościowi, który mógłby im wszystkim durne łby poucinać,zanim mrugnęliby tymi swymi kaprawymi ślepiami?

<p>Południca wymiata. Pędzę czytać dalej :)</p> <p>&nbsp;</p>

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Wieśniacy, którzy nie chcą zapłacić gościowi, który mógłby im wszystkim durne łby poucinać,zanim mrugnęliby tymi swymi kaprawymi ślepiami?

 

No właśnie się nad tym zastanawiałem. Wyszło mi, że po tym całym Blaviken to wiedźmin byłby bardziej zdany na kaprawych wieśniaków w tym sensie, że musiałby się cieszyć, że ktokolwiek chce mu sprzedać coś do żarcia, że nie rozpuszczą plotek, że pociął kolejnych ludzi, nie obrzucą kamieniami na wjazd do wsi i tak dalej – a co za tym idzie mogą go zasadniczo bezkarnie okantować, ale w granicach przyzwoitości, bo to on jest wrogiem publicznym ; )

I po co to było?

Nie lubię słowa “znikł/znikła”, jakieś takie kalekie mi się wydaje. Zdecydowanie wolę “Zniknął/zniknęła”, tutaj zaś, wzorem Sapkowskiego zresztą, występuje to pierwsze.

Jakby nie to, że bluzgów jest raczej tyle co w grach o wiedźminie niż w książkach (czyli tak z 10 razy więcej niż u ASa), powiedziałbym, że odwzorowanie całkiem udane. No nic, czytam dalej :)

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Jak na wroga publicznego to ma się całkiem dobrze.

Całkiem fajna opowieść. Południca rzeczywiście rządzi, ale najbardziej spodobał mi się humor. Profesor o “kurwy” wielce miodny. ;-) Nawiązanie do znanej baśni też bardzo sapkowskie. I ładnie tę bajkę przerobiłeś. Rzeka o takiej nazwie była w oryginale? Nie pamiętam…

Dwa plany IMO wprowadzają tylko zamieszanie, ale skoro taką miałeś wizję…

U nas mówią: tuzin, w rybaków w Kaczych Bukach że tylko trzy trupy padły,

Literówka.

Babska logika rządzi!

Więc początek bardzo mi się. Nawiązanie do baśni zgrabne. Gdzieś w środku zaczęło mnie nużyć. A potem wszystko ładnie się ułożyło, przynosząc czytelnicze zadowolenie. Różne plany czasowe uważam za udany zabieg.

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Rzeka o takiej nazwie była w oryginale? Nie pamiętam…

 

Taak, jest taka rzeka. Bankier Vivaldi pyta Jaskra, czy ten jest autorem znanych ballad o Wandzie, która utopiła się w rzece Duppie oraz o zimorodku, co wpadł do wychodku : P 

 

 

 

Więc początek bardzo mi się.

 

Z południcy byłem bardzo zadowolony, więc cieszy mnie, że wszystkim również się podoba  ; )

 

ale najbardziej spodobał mi się humor.

 

Też cieszy, tym bardziej że z humorem rzadko eksperymentuję. 

I po co to było?

Czułem jakbym czytał opowiadanie AS-a. Geralt i jego dialogi z Jaskrem prawie jak w oryginale, podobnie jak humor. Ogólnie mam wrażenie, że chciałeś zbudować fabułę na sprawdzonym schemacie. Jakaś legenda, podszyta ludzką podłością i podlana polityczną intrygą. Do tego fajny motyw z rzezią w Blaviken i jej wpływem na reputację Geralta. Mi się podobało, szkoda, że jury nie podeszło.

No, nie podeszło ; ) dzięki za komentarz 

I po co to było?

Jakby to ode mnie zależało, pchnąłbym tekst do finału. Czytało się wyśmienicie. Jest tu wszystko, co tak bardzo lubię w prozie Sapkowskiego: zajmująca historia, humor, świetne nawiązania do rzeczywistości, “żywe” dialogi, bardzo dobry warsztat. Naprawdę szkoda, że tekst odrzucono. Skończyłem niedawno “Opowieści ze świata Wiedźmina” i “W południe” bije na głowę połowę opowiadań w tym zbiorze.

Bardzo mi miło : )

I po co to było?

Niezłe! Historia naprawdę mnie wciągnęła. No i ta końcówka – bardzo trafia w wiedźmińskie klimaty. Zacne opowiadanie.

; )

I po co to było?

Ponieważ nie znam twórczości pana Sapkowskiego, nie mam pojęcia, jak Twoje opowiadanie ma się do założeń konkursu. Mogę natomiast powiedzieć, że W południe czytało się nieźle, choć chwilami gubiłam się w natłoku gęsto przeplatających się postaci i wątków, ale ostatecznie lektura okazała się całkiem przyjemna. ;-)

 

Me­da­lion szar­pał jak osza­la­ły. – Co szarpał medalion?

 

Ksią­żę Krak, słyn­ny kul­ty­wa­tor tra­dy­cji na­uko­wych… – Raczej: Książę Krak, kultywujący tradycje naukowe…

Za SJP: kultywator «narzędzie rolnicze służące do spulchniania gleby oraz do niszczenia chwastów»

 

– Uczest­ni­czyć tym cyrku?– Uczest­ni­czyć w tym cyrku?

 

Młoda dziew­czy­na za­mia­ta­ła po­dwó­rze. – Dziewczyna jest młoda z definicji.

 

Od stro­ny wsi ga­lo­pem je­chał jeź­dziec. – Nie brzmi to zbyt dobrze.

Może: Od stro­ny wsi ga­lo­pem gnał jeź­dziec.

 

od­parł Ren­wald, po­le­wa­jąc wina. – …od­parł Ren­wald, nalewając wino.

 

oto­czo­ny bia­łym ka­mien­nym murem, po któ­rym snuły się kłą­cza blusz­czu. – Ponieważ bluszcz jest pnączem i nie ma kłączy, proponuję: …oto­czo­ny bia­łym ka­mien­nym murem, po któ­rym piął się blusz­cz.

 

wiedź­min, mó­wiąc, po­chła­niał ja­jecz­ni­czę… – Literówka.

 

Ge­ralt chciał chciał coś od­po­wie­dzieć… – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Ko­ry­ta­rza­mi Raw­skie­go zamku… – Ko­ry­ta­rza­mi raw­skie­go zamku

 

Słu­żą­ca przy­nio­sła mu wody z z ga­łąz­ką i dys­kret­nie zni­kła. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Ogro­dy na modłę be­auc­la­ir­ską, pełne rzeźb i fon­ta­nie­nek… – Ogro­dy na modłę be­auc­la­ir­ską, pełne rzeźb i fon­ta­nek

 

Sala wy­bu­chła śmie­chem.Sala wy­bu­chnęła śmie­chem.

 

Ge­ralt walił w za­ry­glo­wa­ne drzwi kryp­ty. Uchy­li­ły się ze skrzy­pie­niem drzwi. – Powtórzenie.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ponieważ nie znam twórczości pana Sapkowskiego

Trzeba nadrobić, przynajmniej opowiadania ; )

 

dzięki za wizytę

I po co to było?

Misię klimat sytuacyjny – to mocny atut opowiadania. Potrafisz, syfie, go tworzyć bardzo sugestywnie, a zarazem oszczędnie w słowa. Sama historia nie powaliła, a przekleństwa jakoś nie pasowały. Jak dla mnie, za mało dynamiki w fabule – ospale się wszystko ciągnęło (po za jednym czy dwoma momentami). Ogólnie przyjemnie się czytało.

Na mnie osobiście południca zrobiła raczej miałkie wrażenie – może dlatego, że nienawidze zwrotów akcji w stylu “w ostatniej chwili jednak… (w tym wypadku: pojawiła się chmurka)”. Trąci to totalną literacką tandetą. A może dlatego, że pozostałem z wrażeniem, że ta scena nie jest skończona. Odebrałem to tak, że wiedźmin mdleje, choć nadal jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie, bo potwora gdzieś się czai, więc napięcie rośnie, jejku jejku, co to będzie, potem trach, przeskok, suspens, niech się czytelnik pomęczy jeszcze i poczeka na dalszy rozwój wypadków – wszak wyczekane smakuje lepiej – i dopiero wtedy… wtedy jednak nic. Rozczarowanie.

Z komentarzy wychodzi mi też, że to nawiązanie do jakiejś baśni, ale chyba jestem do tyłu z klasyką, bo prócz “gawęd krakowskich”, że tak to nazwę – świetnie sparodiowanych, swoją drogą – nie doszukałem się tutaj niczego takiego. Ale to, jako się rzekło, wina czytelnika, nie autora.

Z innymi minusami, to standardzik – zamota przede wszystkim. Na początku się gubiłem w tym, co gdzie, kto i kiedy, ale w końcu powoli jakoś to ogarnąłem. Jest też jakieś takie wrażenie, że – co i u mnie było srogim zarzutem – ta historia jakaś taka niepełna i zbyt prosto, łatwo zakończona; po trochu przy opowieści o księżniczce i – bardziej – przy Kraku. To w sumie ani razi, ani przeszkadza, prawdę mówiąc, bo wsio się ładnie splata i generalnie jest w tym jakaś historia; zresztą bardzo przyjemna, ujmująca pomysłem, prowadzeniem i zawiłością.

Spory plus za “sapkowatość” tekstu – humor w sumie tylko “przyzwoity”, ale Jaskier świetny, Geralt jeszcze lepszy, jako para – genialni.

Nie jestem pewien, czy zachowanie Geralta w chwili rozpoczęcia walk regencyjnych do niego przystawało, ale w sumie spodobało mi się przednio. Tak jak ta scena w ogólności zresztą, oraz ilość krwi i spis jej właścicieli, wieńczący całość. Tylko, jak mówię, zdarzenia, które do niej doprowadziły, jakieś takie trochę zbyt liniowe. Jakby wszystkie elementy układanki same wpadały wiedźminowi w ręce.

No i literówki, pozjadane spójniki, przyimki i jakieś pojedyncze litery. Niby niewiele, ale już dają obraz pospiechu przy pisaniu (nie, nie próbuję Ci przyganiać, Garnku – podpisano: kocioł), i nieco psują odbiór.

Generalnie jednak uważam, że nie wpuszczenie takiego tekstu do finału zakrawa na absurd. Zwłaszcza w zestawienia z drugim – naprawdę, moim zdaniem, zupełnie nijakim – fragmentem z ostatniego Gońca. Ale to już dyskusja o gustach, czyli strata czasu.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Splot baśni – udany. Południca → jakbym tam był :)

Zgadzam się z Cieniem → para G & J świetna :)

Właściwie zgadzam się z wieloma Przedpiścami, toteż nie będę kopiował.

Nadmienię jeno, że podzielam zdanie uthModara → też jestem świeżo po lekturze “Opowieści ze świata wiedźmina” i odczucia mam takie same :)

 

Cheers :)

 

B

Początek lekko mętny – welon powiewa, kłosy falują, a zaraz potem znienacka “nawet wiatr zamarł”…

 

“Zadam na zagadkę.“ – na?

 

“– Tak mi się odwdzięczasz za pomoc? – Zawyła mu prosto w twarz.“ – zawyła małą literą

 

“Potem znów stracił przytomność.“ – Jak to znów? To był pierwszy raz, wcześniej był tylko oszołomiony…

 

“Powietrze było jak zepsuta śmietana: gęste, z trudem wchodziło do płuc, cuchnęło.“ – To brzmi jak sugestia, że płuca są typowym miejscem pobytu dla zepsutej śmietany ; p

 

“– Naruszył święte prawo kolejki!- Załamał ręce wędrowny kapłan“ – brak spacji i w związku z tym dywiz zamiast półpauzy

 

“Słońce skrzyło w dziurawych nocnikach“ – skrzyło się

 

“– Masz tu pięć, dwie kaczki i gąsior gorzały na drogę – odpowiedział, stukając rózgą w stopę.“ – Odpowiedział kto? Brak dookreślenia podmiotu; ostatnim był “przybysz”, czyli wiedźmin.

 

“– Zaraza. Wy oszuści – syknął, zrywając derkę z potwora. – Nadstawiam za was karku…“ – j.w., kto syknął? Syf.ie, kto jak kto ale Ty żebyś takie potknięcia robił? ; p

 

“– Nadstawiaj, nadstawiaj. – Roześmiał się sołtys, rzucając w jego kierunku mieszek. – Naści!“ – albo roześmiał małą literą, albo: Sołtys roześmiał się.

 

“Starsi rozeszli się, co poniektórzy chłopi zaczęli się śmiać, inni wpatrywali się w niego z czystą nienawiścią w oczach.“

 

“U nas mówią: tuzin, w rybaków w Kaczych Bukach że tylko trzy trupy padły“ – Co to znaczy: w rybaków…?

 

“wiedźmin, mówiąc, pochłaniał jajeczniczę“ – dziwny przeskok… Geralt dopiero co wstał, by wyjrzeć przez okno, a teraz szamie jajecznicę? Poza tym – literówka

 

“Nasze Łukomorskie królestwo“ – łukomorskie małą literą

 

“Powiódł wzrokiem za Geraltem“ – za Geraltem czy za wzrokiem Geralta?

 

“jak można zmarnować kilka lat życia na słuchaniu smętnych opowieści“ – zmarnować na co? na słuchanie

 

“przyniosła mu wody z z gałązką i dyskretnie znikła“ – raz, że zz, dwa: z jaką gałązką…?

 

“– Nesta… – baron zawiesił głos. – Niedawno umarła.“ – Baron wielką literą.

 

“Włóczęga zawisł, a Nesta wróciła na mój dwór.“ – Wróciła? Nigdy wcześniej tam nie była.

 

“– Skonsumowaliście małżeństwo? – zapytał, patrząc w głębię pól.“ – kto zapytał?

 

“Ekspansjonistyczne zapędy Redanii, a bezpieczeństwo królestw północy” – zbędny przecinek przed a

 

“– Zamień się w niedźwiedzia i zarycz – zawołał kolejny uczony“ – Jak zawołał, to przydałby się wykrzyknik.

 

“zakreśliła na mapie spory okręg“ – okrąg

 

“Geralt pałaszował kapłona, kanclerz – oczywiście żeberka.“ – czemu oczywiście? ; )

 

“– W czym problem? Szwaczki są, o pokrzywy też nie ma się co martwić. – Klasnął w tłuste dłonie kanclerz.“ – W tym wypadku naturalnym szykiem byłoby: Kanclerz klasnął w tłuste dłonie. Czy w normalnym opisie rzuciłbyś zdanie “Klasnął w tłuste dłonie kanclerz.“ nijak się mające do zdania poprzedzającego?

 

“Rób, co chcesz. Nie mogę już patrzeć na te żeberka. Jak chcesz, to dalej jedz sam.“

 

“Jak kat. Ludzi zabijać nie lza, a on im ucina łby. Pieniędzy od dziwek za nierząd brać nie lza, a on chodzi do nich za dukatem.“ – Nie nadążam… czy kaci to jedyni ludzie, którzy chodzą na dziwki…?

 

“– Zabija Dzierżbę…“ – A nie Dzierzbę…?

 

“Wrota do krypty w końcu ustąpiły.“

 

“Poczekał, aż oczy przyzwyczają się nocy…” – do nocy

 

“Wiatr szumiał liśćmi grabów i świszczał pośród zmurszałych rzeźb. Wiedźmin ruszył w miejsce, gdzie ją ostatnio słyszał.“ – Kogo ją? Ostatnim podmiotem był wiatr.

 

“– Nic ci nie powiem!

– Tak? A co powiesz na wizytę na zamku… Nesta będzie się niepokoić – mówił wprost do jej ucha, dłonią ugniatając krtań.

– Nesta nie żyje – wyszlochała dziewczyna.

– Nie żyje, powiadasz.“

Z innej beczki: “mówił” w formie ciągłej nie pasuje; albo np. rzekł i tak jak jest, albo po “niepokoić” kropka i “mówił” wielką literą.

 

“– Nie żyje, powiadasz. Pójdź więc na jej mogiłę i przekaż, że pojutrze odczynię urok, więc jeżeli chce mi coś przekazać, to powinna wyleźć z grobu i przyjść tutaj po zmierzchu.

– A ghule?

– Ty się nie bałaś tu przyjść.“

 

“– Otwieraj! – Geralt walił w zaryglowane drzwi krypty.

Uchyliły się ze skrzypieniem drzwi.“

Czy serio krypta od środka posiada rygle…?

 

“Potem włóż je do futerału. Do grobu włóż łodygi dziewanny.“

 

“Widok rozciągał się na pożółkłe pola i lasy, glinianą wstęgę rzeki, ciągnącą się aż od…”

 

“…dziadek przyszedł akurat wtedy, kiedy Rodeon nieopatrznie wypowiedział w gniewie przysięgę. Wybrał akurat taką drogę…” – Chociaż rozumiem, że tu akurat powtórzenie mogło być zamierzone ;)

 

“– No już, nie torturuj nas – powiedział Jaskier. – Zresztą to de Rais mówił, że dziewczyna umarła.

– Uwierzyłbyś mu?

– Ja bym mu nie wierzyła – powiedziała Vesmaya.“

 

“– Widzisz, Jaskier? – Zaśmiał się Geralt. – Wystarczy słuchać.“ – zaśmiał małą literą.

 

“– Najczystsze skurwysyństwo. Ale zaraz – wziął głęboki oddech, by się opanować.“ – po zaraz znak interpunkcyjny, “wziął” wielką literą.

 

“Za cholerę nie chciała, ale uspokoiłem ją znakiem. Potem zaczęła szyć. Na początku tragicznie to szło, ale potem się wdrożyła.“

 

“zaczynał się wierzgać“

 

“Geralt wskoczył na koń“ – raczej: na konia

 

“– Vesmaya, to prywatne spotkanie – odparł jeden z mężczyzn“ – odparł? Na co odparł? Powiedział, rzekł itp. To on zaczął rozmowę.

 

“– Co jeżeli, szanowny pan pozwoli zapytać zapytał Geralt…”

 

 

Wstyd, syf.ie, że tyle rzeczy wynalazłam, a nie starałam się jakoś bardzo ;p

Przeczytałam z przyjemnością; również uważam, że bardzo udatnie się podszyłeś pod AS-a, uzyskałeś właściwy klimat. Trochę może te przeskoki miejscami są lekko mylące, a intryga z Nestą zagęszczona na siłę, jednak wszystko do przełknięcia. Tęga musi być konkurencja, oj tęga, skoro tekst odpadł z konkursu…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

dzięki za komentarze ; )

 

 

Wstyd, syf.ie, że tyle rzeczy wynalazłam, a nie starałam się jakoś bardzo ;p

 

Ostatni tydzień przed upływem terminu na składanie opowiadań był bardzo pracowity: 17 w domu, trening, pisanie do północy. Bardzo mi się podobało, ale niestety obrodziło też błędami : P 

zresztą sporo tych błędów ;( 

 

może dlatego, że nienawidze zwrotów akcji w stylu “w ostatniej chwili jednak… (w tym wypadku: pojawiła się chmurka)”

Trochę tak, z drugiej strony jak byłem mały, to podobały mi się te cienie chmur, płynące po polach zboża – wakacje spędzałem na Podlasiu, tam są warunki do takich obserwacji. 

Wątek południcy od początku miał zaś służyć jako otwarcie i zamknięcie opowieści, dlatego wyszło mi, że nie można go za bardzo na początku rozbudować, by nie popsuć proporcji. 

 

Tylko, jak mówię, zdarzenia, które do niej doprowadziły, jakieś takie trochę zbyt liniowe. Jakby wszystkie elementy układanki same wpadały wiedźminowi w ręce.

No, nie wiedziałem jednak, jak ugryźć tę liniowość. Jak dla mnie limit znaków był kolosalny, dlatego pewnie pogubiłem tempo i napięcie. 

 

Z komentarzy wychodzi mi też, że to nawiązanie do jakiejś baśni

A nawet nie wiem, doczytałem gdzieś w internetach, że południce hasały po polu i zadawały dziwne pytania – ale to raczej w kategoriach mitu ludowego niż baśni. Baśniowy był ten baron z Toussaint. 

 

Zwłaszcza w zestawienia z drugim – naprawdę, moim zdaniem, zupełnie nijakim – fragmentem z ostatniego Gońca. Ale to już dyskusja o gustach, czyli strata czasu.

Podejrzewam, że w redakcji bardziej przychylnym okiem patrzą na opowieści, w których wiedźmin jest przetworzony w jakiś teoretyczno-literacki sposób, gry z archetypem, wyjście poza schemat, nowa jakość, coś w ten deseń. Potem jednak stwierdziłem, że na kombinowanie w tym kierunku nie będę miał czasu ani pomysłu, więc uderzyłem w klimat ; P 

 

I po co to było?

Podejrzewam, że w redakcji bardziej przychylnym okiem patrzą na opowieści, w których wiedźmin jest przetworzony w jakiś teoretyczno-literacki sposób, gry z archetypem, wyjście poza schemat, nowa jakość, coś w ten deseń. Potem jednak stwierdziłem, że na kombinowanie w tym kierunku nie będę miał czasu ani pomysłu, więc uderzyłem w klimat ; P

 

Mnie też wykopano z konkursu za to, że zrobiłem – ponoć – dobrą sapkowszczyznę, więc tutaj masz rację. Ale ja tam nie chciałbym, żeby wiedźmin był wyraźnie niewiedźmiński, więc od początku to widać nie był konkurs dla mnie. Ani dla Ciebie. No i ten limit… ech. Tak czy inaczej, szkoda dobrego tekstu, bo coś takiego – tylko po poprawkach – to ja bym mógł w gazecie przeczytać bez się pogniewania.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Opowiadanie takie w stylu Sapcia… Genialne! Gdyby dodali do jednego ze zbioru nie odróżniłbym, oczywiście w kilku miejscach zgrzyta, ale nawet AS nie napisał czegoś bez żadnego zgrzytu. Wciągnęła mnie rzeka Duppa i historia jej wyschnięcia. Opowiadanie bogate w nawiązania do dzieł naszego mistrza, ale wiadomo idealnie nie jest, chociaż i tak wielkie dzięki za umilenie dnia!

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Południca jest okej, ale mnie najbardziej spodobały się sceny ze zjazdu. No miodzio po prostu :)

Sam początek lekko mi się pomieszał, ale szybko ogarnęłam. Mnie taka dwutorowa opowieść nie przeszkadza, zwłaszcza, że oba wątki zmierzają i tak do jednego zakończenia.

Jednym słowem bardzo mi się i naprawdę jestem zaskoczona, że jury odrzuciło tekst przed finałem.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mnie taka dwutorowa opowieść nie przeszkadza, zwłaszcza, że oba wątki zmierzają i tak do jednego zakończenia.

 

No to najważniejsze, obawiałem się, że tematyka może się zbytnio rozjechać.

 

Gdyby dodali do jednego ze zbioru nie odróżniłbym,

 

No nie przesadzajmy ; ) 

I po co to było?

Styl, język, odwzorowanie postaci – samo się czyta. Przyłączę się do gremialnych pochwał, nie doznałem przykrości ani obrażeń podczas lektury, ba, następowała momentami wręcz przyjemność ;-) 

 

Klamra z południcą – świetna.

Użycie baśni o królewiczach, przemienionych w łabędzie i odczarowanych przez swoją niewinną siostrę za pomocą pokrzywowych koszulek – też cacy ;-)

Nawiązania do słynnych pieśni (dla fanów Jaskra, do których chyba się zaliczam) – duży plus ;-)

 

Przeplatanie – ech, z retrospekcją jest taki kłopot, że jak ją mieszasz z teraźniejszością, to potrafi sie momentami opowieść ‘porwać’, przeskoki musza być naprawdę płynne. U ciebie generalnie jest ok, choć miałem momentami takie odczucie ‘szarpnięcia’ – albo w przeszłości albo w teraźniejszości akcja się fajnie rozwijała, a tu dup, stop, przerwa. Sądzę, że jest to jedna z przyczyn takiej niezbyt płynnej narracji.

 

I teraz, co mię się wydaje w moim misiowym rozumku amatora w tej niewygodnej roli oceniacza:

Zgadzam się z Gwidonem, że scena z wieśniakami rozegrana słabo. Możemy dyskutować pierdylion wariantów doprowadzenia do wyjazdu Geralta z wioski przy jednoczesnej ekspozycji, że po Blaviken ludzie źle go odbierają. Moim zdaniem wybrałeś taką nie do końca wiarygodną wersję.

Ponadto sceny w teraźniejszości – imo za bardzo rozwleczone. Sądzę, że

– mogłeś sobie darować rozwijanie wątku wyschniętej Duppy po błyskotliwym żarcie, że przyczyną wszystkiego jest piwo (i jego uzasadnieniu). Wystarczyłoby podsumować, że czarodziejka dopchała się do króla i sobie dyskutowali. Sru, ciach, tempo nieco się zwiększa dzięki krótszej dygresji, z której obecnie i tak nic nie wynika poza zbędnym (z punktu widzenia kompozycji) żartem o uniwerku. Zjazd potraktować pretekstowo, tylko jako przerywniki, służące do opowiedzenia głównej historii i budowy/pokazania drobnych, szybkich żartów G+J+otoczenie.

– żarciki z ciała naukowego też mogłeś skrócić – nie straciłyby mocy, a na zdrowie tempu by wyszło

– wydaje mi się, że źle rozegrałeś główne uderzenie kulminacyjne – utopiłeś je w przeciągniętym niepotrzebnie epilogu, nie dałeś mu wybrzmieć. Sądzę, że gdyby wyciąć wszystko między

Nie żył również dowódca pocztu Redańczyków.

– Czas już na nas, Płotka.

Geralt wskoczył na koń i wyjechał przez główną bramę, nie zatrzymywany przez nikogo.”

 

a

 

“– Po wydarzeniach na zamku na dłuższy czas przepadłem w puszczy”

 

i dodać jedno, dosłownie jedno zdanie w epilogu, którym mógłbyś podkreślić że i tak źle, i tak niedobrze (Blaviken, mniejsze zło a neutralność, gdzie tak naprawdę Sękacz, w gruncie rzeczy przyzwoity gość, nie zasłużył sobie na swój los), więc na końcu zostaje w ustach smak krwi albo… niesmak do siebie samego? Tak jak teraz, gdy musi usmiercić Reszkę (…)  Cos w ten deseń?

 

Ogólnie: dialog czarodziejów imo wcale nie podkreśla rozterek, które muszą każdorazowo towarzyszyć Geraltowi, gdy decyduje, czy ma do czynienia z potworami w ludzkiej skórze czy nie. Sądzę, że ten ciężar niewiadomej po każdym wyborze, ta wątpliwość czy iść za rozumem, wyuczoną neutralnością czy za sercem, instynktem, czy Geralt nazajutrz będzie potrafił spojrzeć w swoje odbicie – to jest ten dramat. Że to boli tak samo za każdym razem, mimo upływu lat – o, tu, jak sądze byłby fajny łącznik między wydarzeniami w Blaviken, niejednoznaczność w Geralcie odrzuconym, który chce się plecami odwrócić, ale i za to płaci wysoką cenę – a późniejszymi wydarzeniami z sagi. 

I przy okazji, bez osądzania, ukazanie bardziej uniwersalnej prawdy, że każdy wybór kosztuje, a i tak może nie uchronić nas od złych, niechcianych jego konsekwencji.

 

Tak głośno myślę i gdybam, dlaczego mię nie użarło mimo – teoretycznie – wszystkich fajnych klocków na miejscu. Nadal, jest to lektura warta czasu.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Od minusów:

Jose wyłapała już trochę babolców, na które i ja zwróciłem uwagę przy lekturze. Z ważniejszych spraw, miałem momentami problemy, żeby jednocześnie ogarnąć obie linie czasowe (przeskoki zaburzały uważny odbiór). Drugi zarzut dotyczy balansowania na krawędzi parodii – to bardzo w stylu Sapkowskiego, ale u Ciebie momentami miałem wrażenie, że przesadzałeś z błaznowaniem. I trochę za dużo znajomych imion i nazwisk jak na mój gust – raczej nie uwierzę, że baron de Rais przyszedł Ci do głowy przypadkowo ;P. Odebrałem to jako chwilowy zanik kreatywności, choć może powinienem był docenić erudycję ;)

Do plusów:

Początek z południcą był cudowny, akcja całkiem wartka (choć rozbijały ją przeskoki), nawiązania do Blaviken udane. Wszelakie hydrozagadki są mi bardzo bliskie (i wcale nie odebrałem tego, jak Psycho, w kategorii żartu ;P) i spodobało mi się, że sięgnąłeś akurat po tę tematykę. Wątek “bajkowy” oczywiście wskazuje na styl pierwowzoru. I nie tylko on. Muszę przyznać, że zaimponowałeś mi odtworzeniem postaci Jaskra, momentami nie odróżniłbym syfowego od asowego. Zawsze uważałem, że masz talent do niesmacznych opisów – tutaj umiejętnie wplotłeś kawałki mięska, tak, że nie robiło się niedobrze, a tekst nabierał życia.

Bardzo zacny tekst, zasługuje żeby powalczyć o piórko.

 

ed: No tak, jeszcze tekst “Na chuj mnie płacić za most, kiedy w rzece wody ni ma” : ))) i bieg chłopa z kurami po błotnistym dnie. Cud i miód!

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

. Zjazd potraktować pretekstowo, tylko jako przerywniki, służące do opowiedzenia głównej historii i budowy/pokazania drobnych, szybkich żartów G+J+otoczenie.

 

Być może przeceniłem wartość zjazdu jako samodzielnej części opowiadania – tj. od początku przyświecało mi założenie, by oba plany czasowe miały równą wartość. Jakby się zastanowić, to może faktycznie trzeba było przechylić szalę w stronę przeszłości ; ) 

Z tym wycięciem części tekstu – nie wiem, jak mówiłem wcześniej – przerosła mnie konkursowa objętość. 

 

raczej nie uwierzę, że baron de Rais przyszedł Ci do głowy przypadkowo ;P. Odebrałem to jako chwilowy zanik kreatywności, choć może powinienem był docenić erudycję ;)

 

To miała być erudycja właśnie : D

 

Muszę przyznać, że zaimponowałeś mi odtworzeniem postaci Jaskra, momentami nie odróżniłbym syfowego od asowego.

 

Miło mi ; ) 

I po co to było?

Całkiem wiarygodnie przedstawieni bohaterowie i świat z “Wiedźmina”, nie miałem problemów, by uwierzyć w to, co robią, jak się wysławiają itp. Językowo też bardzo dobrze (choć do Sapkowskiego brakuje :P). Fabuła przyzwoita, nieźle rozplanowana, choć nie powiem, że pochłonęła mnie bez reszty. Podobały mi się różne nawiązania do świata wiedźmina i różne wydawać by się mogło za współczesne dla tego świata wtrącenia. Nawiązania do Polski podobały mi się już dużo mniej. 

Jest jedno małe ale………… nikt nigdy w życiu nie zagra Wiedżmina

nigdy nie próbujcie naśladować Sapkowskiego…….

On jest niepowtarzalny……..

Czytam …….sorki…….. nie piszę, uwielbiam fantasy, kocham fantastykę

 

Pan Sapkowski Ci powie……..

On jest moim hej……………………….

 

 

 

Prawie się popłakałam, czytając komentarz wyżej.

 

– Naruszył święte prawo kolejki!- Załamał ręce ← zjadło spację

 

– Uczestniczyć tym cyrku? ← zjadło literę

 

bystre(+,) sokole oczy. ← równorzędne, według znanych mi zasad przecinek

 

stary(+,) bukowy lasek

 

Inga dostałą pierdolca, kiedy wróciła od de Raisa ← literówka

 

odziany w kontusz, wyszywany złotem i srebrem

 

Ekspansjonistyczne zapędy Redanii, a bezpieczeństwo królestw północy”

 

Po chuja wiedźmin, zabójca potworów(+,) pchał się w konflikt między ludźmi?

 

– Jak na rozgryzłeś? – zapytała dziewczyna. ← zjadło literę

 

– A kto to potwierdzi. ← to jest pytanie

 

– Najczystsze skurwysyństwo. Ale zaraz – wWziął głęboki oddech, by się opanować.

 

zaczynał się wierzgać ← ktoś wierzga. Np. nogami. Ale żeby się wierzgać?

 

Stał i patrzył, nie uzurpował sobie prawa do decydowania. ← z tego powinny być dwa zdania

 

Jedynym potworem okazała się być biedna(+,) naiwna służka o śmiesznym imieniu Reszka.

 

 

Mnie w tej historii pasuje wszystko. A właśnie spędzam wolny czas na dodatkach do Dzikiego Gonu i jestem pogrążona w klimacie. Motyw przekleństwa i tych kobiet naprawdę udany, bez niego opko byłoby miałkie, bez przesłania. Spięcie początku z końcem, perfekt, przeplatanie narracji – super, w niczym nie można się było pogubić. Żonglowałeś z gracją hasłami i tematami, jakbyś żył w tym świecie. Dobrze, że nadrabiam piórka i zawitałam, bo bardzo mi się.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dzięki za komentarz ;) 

 

Dodatki do Wiedźmaka dobre są – szczególnie Serca z kamienia; Krew i wino też niezłe, ale klimat trochę mniej mi leżał. 

I po co to było?

Zadam na zagadkę.

Na zagadkę?

Potem znów stracił przytomność.

Dlaczego znów? Pierwszy raz stracił. 

– Pan tu nie stał – syknęła przekupka.

A to po prostu mnie rozbawiło ;)

Fajne, podobało mi się :)

 

Nowa Fantastyka