- Opowiadanie: c21h23no5.enazet - Czarnobyl cię kocha, biorobocie

Czarnobyl cię kocha, biorobocie

Trudno pisać o Strefie Wykluczenia, katastrofie w Czarnobylu i biorobotach, które prawdopodobnie uratowały całą Europę. Ciężko sprawić, by oprócz smutku i odstręczenia, tekst przyniósł rozbawienie, choćby groteskowe. Oswoił z Zoną, żywą, zieloną, zamieszkałą. Jednym oddał szacunek, innych napiętnował. Trudno wyłuskać prawdę z wielu sprzecznych historii, relacji, propagandy i tajemnicy, jaka nadal spowija katastrofę.

W Strefie jest coś z dzikiego zwierzęcia, demona, snu, mistyki, anielskości, śmierci, ale i zwykłości oraz rozczarowania. Kiedy jechałam pierwszy raz pociągiem pracowniczym do elektrowni, jeden z pracowników, całą drogę tkwiący w stanie letargu, ożywił się nagle, wskazał ręką za szybę i oznajmił z dumą: Prypeć. Coś chwyciło mnie za gardło i zaparło dech, gdy dotarło do mnie, gdzie właśnie wkraczam. Mężczyzna patrzył na mnie i uśmiechał się lekko. Tamten moment bardzo wrył mi się w pamięć. Teraz kojarzę z nim słowa Jamali, Ukrainki o krymskotatarskich korzeniach, autorki piosenki “1944”. Powiedziała: “Ta historia może być zrozumiała również dla Polaków, dla wszystkich, którzy doświadczyli zsyłek, deportacji, represji.“ Jej piosenka o przesiedleniach Tatarów przywodzi mi na myśl Strefę Wykluczenia i radioaktywnego potwora nad Europą jako gorzkie zwieńczenie historii, która była naszym udziałem – gorączkowego wyścigu zbrojeń, wojny o władzę i komunistycznej propagandy. Stają mi przed oczami statystyki – ilu ludzi zginęło, ilu mogło zachorować. Teorie rozmijają się, ale wiele z nich miażdży wyobraźnię skalą. Staje mi przed oczami twarz mężczyzny z pociągu. Najsilniej jednak przychodzą mi na myśl bioroboty.

Mam mapę, zdjęcia, trochę wiedzy i świeżych wspomnień, ale mogłam pomieszać miejsca, strony świata, naciągnąć żywotność pomników itp. Używam też określenia Strefa do niewielkiego wycinka jej rzeczywistego obszaru. Załączam zdjęcia archiwalne (czarno-białe) i własne (wszystkie pozostałe, wykonanie moje lub narzeczonego). Podziękowania dla sztabu betujących za uważny szlif i cenne rady.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Czarnobyl cię kocha, biorobocie

Błogi sen przerwała eksplozja. Zda­wa­ła się wy­peł­niać mnie po­ra­ża­ją­cym dud­nie­niem. Identyczny kosz­mar, jaki miałem w osiem­dzie­sią­tym szó­stym. Wyskoczyłem z łóżka, do­pa­dłem okna i spojrzałem w kierunku od­da­lo­nej o pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów elek­trow­ni. Nie dostrzegłem słupa ognia ani dymu, zresz­tą, zu­peł­nie jak w dniu awa­rii. Ale już wie­dzia­łem. Zła­pa­łem za te­le­fon i wy­bra­łem numer kie­row­ni­ka po­ran­nej zmia­ny przy budowie arki.

Brak sy­gna­łu.

Za­rzą­d, sta­cja, Jurij pilnujący od­czy­tów, sto­łów­ka – brak sy­gna­łu. Sier­giej przy szlabanie do Pry­pe­ci – nic. Jego prze­ło­żo­ny miesz­ka­ją­cy w Czar­no­by­lu – to samo. Cisza w słu­chaw­ce zdawała się wrzeszczeć mi do ucha. Wcią­gną­łem na sie­bie ubra­nie z ze­szłe­go dnia i wy­bie­głem z domu, choć le­karz za­bro­nił mi takiego wy­sił­ku. Do­tar­łem do placu pod urzę­dem Sła­wu­ty­cza i od­ru­cho­wo spoj­rza­łem na posąg Anio­ła Na­dziei. Kiedy byłem mały i coś prze­skro­ba­łem, babuszka wlo­kła mnie pod po­mnik i na­ka­zy­wa­ła klę­czeć przed patronem, wy­obra­ża­jąc sobie, że “jego oczy jak sople lodu wy­dłu­bu­ją ze mnie czar­cie cią­go­ty”. Za­trzy­ma­łem się na wprost po­są­gu, czu­jąc ten uro­jo­ny, prze­szy­wa­ją­cy wzrok.

 

Od awa­rii dręczyło mnie do­zna­nie zbru­ka­nia, ile­kroć wi­ze­ru­nek anioła choć­by mi­gnął mię­dzy bu­dyn­ka­mi. Wspo­mnie­nia roz­ry­wa­ły sko­ru­pę opa­no­wa­nia. Sto­pio­ny dach, szare od tru­ją­ce­go pyłu kom­bi­ne­zo­ny, nie­zno­śny upał bi­ją­cy z ziemi, jakby roz­war­ły się pie­kiel­ne cze­lu­ści. Prze­ra­ża­ją­cy alarm, który po mi­nu­cie pracy nad pło­ną­cym re­ak­to­rem na­ka­zy­wał ucie­kać z pasz­czy śmier­ci…

Zdję­cie I. Ko­sti­na ze smu­ga­mi, zwią­za­ny­mi z od­bi­ciem wy­so­kie­go pro­mie­nio­wa­nia. “Kiedy pierw­szy raz wy­sze­dłem na ten dach, to mnie ude­rzy­ła taka jego mi­sty­ka. Jak­bym był na innej pla­ne­cie.”

 

Drgną­łem, gdy usły­sza­łem od­le­gły dźwięk sy­re­ny i gwał­tow­ne ha­mo­wa­nie po­cią­gu pracowniczego. Z kie­sze­ni spodni wy­cią­gną­łem wy­słu­żo­ny do­zy­metr. Na wyświetlaczu widniało: 0,2 μSv. Niewiele. Znów rzu­ci­łem się do ocię­ża­łe­go biegu, złakniony in­for­ma­cji. Gdy do­pa­dłem do miesz­ka­nia Johna Ca­pri­cia z Fun­du­szu na Rzecz Li­kwi­da­cji Skut­ków Awa­rii, ten wła­śnie wy­szedł na próg w po­gnie­cio­nym gar­ni­tu­rze i miną zwia­stu­ją­cą nie­szczę­ście. W ręku ściskał gazetę.

– Ni­ko­łaj! Chodź ze mną.

– Czy to re­ak­tor? – wy­krztu­si­łem, drep­cząc za szyb­ko ma­sze­ru­ją­cym, śnia­dym męż­czy­zną. Kie­ro­wał się ku pla­cy­ko­wi przed re­stau­ra­cją Stary Tal­lin. Sły­sza­łem na­ra­sta­ją­cy od­głos pra­cu­ją­ce­go śmi­gła.

– Nie za­no­to­wa­li­śmy wzro­stu pro­mie­nio­wa­nia. Co do Zony…

– Mil­czy!

– Wy­glą­da na to, że wszy­scy gdzieś prze­pa­dli. Z he­li­kop­te­rów nie widać żad­ne­go ruchu, wszę­dzie leżą po­rzu­co­ne kaski. Ist­nie­ją obawy, że to za­mach Ru­skich.

Na drew­nia­nych scho­dach Sta­re­go Tal­li­na stały szczu­płe kel­ner­ki w re­gio­nal­nych, czer­wo­nych spód­ni­cach i bia­łych bluz­kach. Były zbyt młode, by pa­mię­tać awa­rię, spo­glą­da­ły więc na he­li­kop­ter z bez­tro­ską cie­ka­wo­ścią, któ­rej go­rą­co im za­zdro­ści­łem. Kiedy zna­la­złem się w ciem­nym, cuch­ną­cym ropą śmi­głow­cu, John ob­da­rzył mnie wzro­kiem, który do­brze zna­łem. Tak prze­ło­że­ni pa­trzą na czło­wie­ka, gdy za­mie­rza­ją wy­słać go na śmierć.

– Po­ma­ga­łeś wtedy! – za­wo­łał, prze­krzy­ku­jąc łopot śmigieł. – W osiem­dzie­sią­tym szó­stym!

Splu­ną­łem na pod­ło­gę ma­szy­ny.

– Chce­cie mnie wy­słać do Stre­fy, to jasne! Nie zdro­wych żoł­nie­rzy ani robotników No­var­ki, tylko bio­ro­bo­ta.

Ca­pri­cio ścią­gnął brwi, ura­żo­ny po­rów­na­niem do So­wie­tów.

– Nie je­ste­śmy Ru­ski­mi. Nie zmu­si­my cię!

– Po­sze­dłem wtedy, pójdę i teraz – stwier­dzi­łem oschle. – Nie­daw­no byłem na re­ha­bi­li­ta­cji, je­stem w for­mie.

Moje "je­stem w for­mie” sta­no­wi­ło zwrot grzecz­no­ścio­wy, coś, co mówi się za­miast “je­stem zdy­cha­ją­cym śmie­ciem, nie przej­muj się”. Ame­ry­ka­nin nie mógł ro­zu­mieć, jakie uczu­cia ży­wi­łem do oj­czy­zny. Co to za ulga dla bio­ro­bo­ta – likwidatora awarii z osiemdziesiątego szóstego – że wciąż zipie i można go ko­lej­ny raz po­świę­cić, za­miast wy­sy­łać zdro­wych Ukra­iń­ców. I jaką sło­dy­czą jest iść tam ze świa­do­mo­ścią, co mnie czeka. Spo­tkać nie­wi­dzial­ne­go wroga, znając skutki jego mocy. Byłem przekonany, że spraw­cą nie­szczę­ścia ko­lej­ny raz jest re­ak­tor numer czte­ry. Cze­ka­łem, aż go ujrzę, czu­jąc lęk, złość… i tę­sk­no­tę.

Sięgnąłem po gazetę. Nagłówek na pierwszej stronie głosił: Prezydent Rosji i elity rosyjskie w szpitalu z objawami choroby popromiennej. Rosja oskarża Ukrainę o zamach! Przeczytałem go kilka razy, zanim przeleciałem wzrokiem artykuł. Podniosłem oczy na Amerykanina.

– To żart?!

– Nie wiem.

– A kto wie?

– Może Reynolds. – Miał na myśli dyrektora zarządu Funduszu. – Tyle, że trafił do Kijowa. Choroba popromienna.

Uszczypnąłem się, żeby zyskać pewność, że nie śpię. Popa­trzy­łem za szybę, na dziki świat skąpany w pro­mie­niach póź­no­wio­sen­ne­go słoń­ca. Nad brze­ga­mi roz­le­wisk bro­dzi­ły cza­ple, na so­czy­ście zie­lo­nych po­lach pasły się stada koni i bydła. Prze­le­cie­li­śmy nad sta­rym mo­stem ko­le­jo­wym i mi­go­tli­wą, roz­le­głą rzeką Pry­peć. Naj­pierw uj­rza­łem ma­syw­ną, nie­ukoń­czo­ną chłod­nię ko­mi­no­wą – be­to­no­wy cy­lin­der, wy­nu­rza­ją­cy się z ciem­no­zie­lo­nej gę­stwi­ny.

Zdję­cie zro­bio­ne przez szybę po­cią­gu pra­cow­ni­cze­go.

 

Po chwi­li zo­rien­to­wa­łem się, że z elek­trow­nią coś jest nie tak, jakby w do­brze znany obraz ktoś wry­so­wał bo­ho­maz.

– Sar­ko­fag! – wrza­sną­łem, nie wie­rząc wła­snym oczom. – Ruscy na­su­nę­li go w jedną noc?!

– Tak to wy­glą­da. W do­dat­ku jest… ukoń­czo­ny.

– Co?! Przedwczo­raj przy nim byłem! Jesz­cze pół roku… Jak…

– Szczel­nie za­mknię­ty za­kry­wa przed nami re­ak­tor.

Po­czu­łem dra­pa­nie w gar­dle, jakby strach na­brał kształ­tów i pró­bo­wał wy­do­stać się z mo­je­go wnę­trza. Arka zdol­na ukryć Sta­tuę Wol­no­ści i Ko­lo­seum, ol­brzym, któ­re­go za kilka mie­się­cy mie­li­śmy przez wiele dni na­su­wać na czwór­kę, tkwił już nad re­ak­to­rem, choć dwie doby temu ani szyny, ani kon­struk­cja nie były jesz­cze go­to­we. Sar­ko­fag lśnił w słoń­cu, uka­zu­jąc swój nie­wia­ry­god­ny ma­je­stat. Wznieśliśmy się za­ska­ku­ją­co wy­so­ko, a do­zy­me­try mil­cza­ły, więc spy­ta­łem:

– Czego się bo­icie?!

Ca­pri­co nie za­re­ago­wał. Wier­ci­łem się na twar­dym sie­dzi­sku, wy­glą­da­jąc przez okno, lecz nie zdo­ła­łem doj­rzeć żad­ne­go ruchu. Wlepiłem spojrzenie w cię­ża­rów­kę No­var­ki. Przy sze­ro­ko roz­war­ty­ch drzwia­ch tkwiły dwa białe punk­ty – kaski. Czy pra­cow­ni­cy nagle zo­sta­li po­rwa­ni?

– Wy­lą­du­je­my przy po­ste­run­ku Sa­ho­vica. Wy­ja­śni ci sy­tu­ację. I pro­szę, Ni­ko­łaj, nie myśl o nas tak, jak o So­wie­tach.

Za­ci­sną­łem usta. Ruski czy Ame­ry­ka­nin, co za róż­ni­ca? I tak za­wsze chcie­li na­rzu­cić “poprawny” tok myślenia.

Drze­wa ki­pia­ły zie­le­nią, je­dy­nie reszt­ki ru­de­go lasu uparcie no­siły czer­wo­no-brą­zo­we, po­mię­te szaty. Po­da­ru­nek od ra­dio­ak­tyw­ne­go ca­łu­nu, który otu­lił nie­gdyś oko­li­cę. Prze­mknę­li­śmy nad po­mni­kiem ho­no­ru­ją­cym za­ło­że­nie Pry­pe­ci, przed awa­rią na­zywa­ną ide­al­nym miej­scem do życia.

 

 

Po­czu­łem skurcz w żo­łąd­ku, jak za­wsze, gdy wkra­cza­łem do mia­sta-widma. Wy­obra­zi­łem sobie żoł­nie­rzy w ma­skach prze­ciw­ga­zo­wych, mierzących promieniowanie na ulicach i za­in­try­go­wa­ne ko­bie­ty, prze­cha­dza­ją­ce się z dzie­cię­cy­mi wóz­ka­mi. Ja wraz z sie­dem­set trzy­dzie­stym pierw­szym ba­ta­lio­nem obro­ny spe­cjal­nej pró­bo­wa­łem wy­ko­ny­wać cha­otycz­ne roz­ka­zy, tań­cząc ze śmier­cią przy to­pią­cym się re­ak­to­rze. Ewa­ku­ację miej­sco­wych za­rzą­dzo­no do­pie­ro dwa dni po ka­ta­stro­fie. Miałem ciarki, gdy o tym myślałem. Mój brat, pilot-weteran po nalotach w Afga­ni­sta­nie, jako jeden z pierw­szych zo­stał we­zwa­ny do sa­mo­bój­czej misji wy­ga­sza­nia re­ak­to­ra. Przez wiele go­dzin, sma­żąc się w pro­mie­nio­wa­niu, zrzu­cał do czwór­ki worki z pia­skiem. Zdą­żo­no do­wieźć go potem do szpi­ta­la w Mo­skwie, ale zmarł w mę­czar­niach, po­dob­nie jak inni awia­to­rzy i stra­ża­cy.

 

V. Repik, re­ak­tor dwa dni po ka­ta­stro­fie. Po­cząt­ko­wo nikt nie znał skali awarii – wy­buch nie wy­do­stał się na zewnątrz. Do­pie­ro pożar spa­lił dach. Badacze twierdzą, że nikt o zdrowych zmysłach nie położyłby tak lichego dachu na reaktor atomowy. Uważa się, że Rosja próbowała wykorzystać elektrownię do celów militarnych, czego skutkiem była awaria, a fatalny dach dopełnił tragedii. Wy­pu­ścił w niebo po­two­ra, któ­re­go obec­ność za­re­je­stro­wa­ła Szwe­cja. Szwe­dzi za­czę­li dzwo­nić do Pol­ski, Fran­cji i dalej, poszukując winnych. Rosja za­chę­ca­ła w tym czasie do uczest­ni­cze­nia w ob­cho­dach pierw­szo­ma­jo­wych.

 

Cmen­ta­rzy­sko po Pry­pe­ci wy­glą­da­ło jak za­wsze, choć ni­g­dzie nie krę­ci­li się stal­ke­rzy, tu­ry­ści ani woj­sko­wi. Le­cie­li­śmy pół­noc­nym skra­jem mia­sta, bli­sko za­le­wu Ja­now­skie­go. Bloki szcze­rzy­ły w niebo ciem­ne szczerby okien, z wy­raź­nie od­zna­cza­ją­cą się Fy­jiy­amą i Fu­jiy­amą Bis, niby dwa kły w szczę­ce mu­tan­ta. Prze­je­cha­łem wzro­kiem po dachu szpi­ta­la, Cafe Pri­py­at i bar­kach na rzece, ale spoj­rze­nie wciąż przy­cią­gał sar­ko­fag.

Cafe Pripyat

Zdję­cie z Fu­jiy­amy

 

Przez chwi­lę ga­pia­łem się na od­da­lo­ne o kilka ki­lo­me­trów Oko Mo­skwy. Złomiarze, nie wiedzieć czemu, wciąż go nie rozebrali, a łazili tam właściwie tylko eksploratorzy, pcha­ją­cy się na naj­wyż­sze pię­tro zardzewiałej an­te­ny.

 

Zo­ba­czy­łem błysk tuż przy szczy­cie wyż­szej kon­struk­cji, jakby słoń­ce od­bi­ło się od sprzącz­ki. Już mia­łem za­miar zwró­cić uwagę Ca­pri­cia, ale za­ci­sną­łem usta. Chrza­nić Ame­ry­ka­nów.

Wylądowaliśmy w lesie przy po­ste­run­ku Sa­ho­vi­ca. Wokół ob­dra­pa­ne­go bu­dyn­ku roiło się od woj­sko­wych oraz pracowników No­var­ki. Za­nu­rze­nie w tłum roz­hi­ste­ry­zo­wa­nych ludzi po­głę­bi­ło uczu­cie nie­re­al­no­ści. Ca­pri­cio na­ka­zał mi iść z sobą, co uczy­ni­łem, re­agu­jąc tylko ski­nie­nia­mi głowy na pełne na­pię­cia po­zdro­wie­nia, na­pa­stli­we py­ta­nia i krzy­ki. W wej­ściu na po­ste­ru­nek od­ru­cho­wo prze­sze­dłem przez bram­kę do­zy­me­trycz­ną, choć nikt nie przej­mo­wał się pro­ce­du­ra­mi. W ob­skur­nym biu­rze znaj­do­wa­ły się już inne bio­ro­bo­ty z mo­je­go ba­ta­lio­nu – dzio­ba­ty Sasza, wy­so­ka Kław­di­ja, tłu­sty Za­cha­rij, ku­ter­no­ga Nie­wij i blada Roza. Na ich widok po­czu­łem się nieco le­piej. Przy­naj­mniej oni wie­dzie­li, co prze­ży­wa­łem. Śmierć, która nie­gdyś nami wzgar­dzi­ła, owio­nąw­szy tylko swoim tchnie­niem, zda­wa­ła się stać w progu, go­to­wa przy­jąć wresz­cie nad­gry­zio­ne dusze.

– Tylko tylu? Trudno.

Sa­ho­vic, wy­pro­sto­wa­ny i spa­lo­ny słoń­cem po­rucz­nik, zda­wał się czuć obec­ność ko­stu­chy. Z pew­no­ścią chciał iść z nami, za­koń­czyć to wiecz­nie ukry­te w cie­niu czwór­ki życie, spo­tkać sta­re­go druha. Ja też my­śla­łem cza­sem w ten spo­sób o pro­mie­nio­wa­niu. Psy­chia­tra twier­dził, że to ide­ali­za­cja kata. Przy­ta­ki­wa­łem mu wiele tygodni, by­le­by dał mi spo­kój, a nagle oka­za­ło się, że rzuca ro­bo­tę i za­mie­rza pra­co­wać przy re­ak­to­rze. Naj­wy­raź­niej za­ra­ził się od nas czar­no­byl­skim świ­rem.

– To­wa­rzy­sze. Ma­tecz­ka Ukra­ina was po­trze­bu­je – za­czął porucznik. – Nie­wie­le wiemy ponad to, że każda nie­na­pro­mie­nio­wa­na w osiem­dzie­sią­tym szó­stym isto­ta znika, gdy wej­dzie do Stre­fy.

Spoj­rze­li­śmy po sobie. Mu­ta­cja pro­mie­nio­wa­nia? Sztucz­ka ru­skich? Ka­ta­stro­fa na­tu­ral­na? Plan Ame­ry­ka­nów? Bujda? Co, do cho­le­ry?

– Od­kry­li­śmy to, gdy je­dy­ną osobą, z którą na­wią­za­li­śmy kon­takt, oka­zał się sierżant Chwed­czuk z czar­no­byl­skiej po­czty. Nie pra­co­wał w chwi­li, gdy wszy­scy wy­pa­ro­wa­li, ale przy­był na miej­sce niedługo po zda­rze­niu. Do­szli­śmy do wnio­sku, że w Stre­fie mu­sie­li zo­stać cho­ć popromienni. Chwed­czuk spo­tkał pięć osób, wszyst­kie spo­śród czter­dzie­stu sze­ściu oby­wa­te­li prze­żar­tych nie­gdyś pro­mie­nio­wa­niem, któ­rzy znaj­do­wa­li się w Strefie pod­czas znik­nię­cia.

To naciągane, pomyślałem. Sahovic coś ukrywa.

– Uniesz­ko­dli­wił je, bo usi­ło­wa­ły go zabić i bełkotały bez sensu. On sam wciąż po­zo­sta­wał w pełni rozumu, czego nie można po­wie­dzieć o żoł­nier­zach, któ­rych zdą­ży­li­śmy wy­słać do Stre­fy. Po prze­kro­cze­niu gra­ni­cy pę­dzili przed siebie i zni­kali. Drony ze­psu­te, czoł­gi roz­kra­czo­ne, he­li­kop­te­ry i sa­mo­cho­dy szlag tra­fił. Chwedczuk przestał się meldować. To ab­sur­dal­ne, ale wy­da­je się, że tylko wy możecie wejść do Strefy.

– Spraw­dza­łem już – potwierdził Nie­wij. – Wsze­dłem na pięć­dzie­siąt me­trów i nic.

– Mo­że­my uzbro­ić was je­dy­nie w broń białą. Wszyst­ko się za­ci­na­, le­d­wie tra­fi do Stre­fy.

– Cel misji? – spy­ta­łem.

– Zna­leźć przy­czy­nę nowej awa­rii. Mel­dujcie się na gra­ni­cy co półtorej go­dzi­ny. He­li­kop­te­ry będą krą­żyć nad wami, ale na tyle wysoko, że nie liczyłbym na wsparcie z powietrza.

– Je­że­li zga­dza­cie się na wej­ście do Zony, po­trzeb­ny bę­dzie pod­pis na oświadczeniu – powiedział Capricio. – Stany Zjed­no­czo­ne za­pew­nią wam za­dość­uczy­nie­nie w wy­pad­ku…

Po­rucz­nik wal­nął pię­ścią w stół.

– Je­że­li je­ste­ście od­da­ni oj­czyź­nie, na­tych­miast macie od­ma­sze­ro­wać do ma­ga­zy­nu, wy­brać broń i sta­wić się przy granicy!

– Tak jest! – za­grzmie­li­śmy i stło­czy­li­śmy się w wyj­ściu. Prze­cho­dząc obok za­sę­pio­ne­go Ame­ry­ka­ni­na, wy­ją­łem mu z rąk for­mu­la­rze i po­sta­wi­łem ptasz­ki w miej­scach prze­zna­czo­nych na pod­pi­sy.

– To i tak na nic, John. Daj spo­kój.

Kilka lat temu gło­do­wa­li­śmy pod spły­wa­ją­cą zło­tem sie­dzi­bą prezydenta, do­ma­ga­jąc się obie­ca­nych fan­tów. Z nie­mal ośmiu­set człon­ków ba­ta­lio­nu po­zo­sta­ło le­d­wie stu. Wszy­scy splu­ga­wie­ni pro­mie­nio­wa­niem, udrę­cze­ni cho­ro­bą. Trzy­ma­łem w ręku trans­pa­rent: “Ga­si­li­śmy re­ak­tor, ra­tu­jąc Ukra­inę. Za­ro­bi­li­śmy na krzyż i trum­nę”. My­śla­łem o bra­cie. Nic nie wskó­ra­li­śmy. Stwierdzono, że nasz ba­ta­lion nawet nie ist­niał.

Bez przekonania uzbro­iłem się w dwie ma­cze­ty i kilka kotajli Mołotowa. Z nie­do­wie­rza­niem wy­szar­pa­łem ze stosu broni długi, to­por­ny łuk i koł­czan. Ostat­ni raz strze­la­łem z ta­kie­go na po­cząt­ku lat osiem­dzie­sią­tych, pod czuj­nym i su­ro­wym o­kiem dziad­ka. Myśl o ce­lo­wa­niu z łuku do ludzi wstrzą­snę­ła mną, ale prze­wie­si­łem drew­nia­ny oręż przez ramię.  

Zmie­rza­jąc ku miejscu zbiórki, za­cze­pił mnie Sasza. Wga­piał się w więd­ną­ce wdzię­ki Kław­di­ji i bęb­nił pal­ca­mi po udzie.

– Nadal z niej laska, co? Przy­wio­zła ją córka, o ja cię nie mogę! Wszedł­bym w obie! Gdyby po­zwo­li­li­by nam na ostat­nie ży­cze­nie, takie by­ło­by moje.

– Masz tak szpet­ną duszę, jak gębę – mruk­ną­łem. Do­brze zna­łem żonę bio­ro­bo­ta, ko­bie­tę do serca przy­łóż i cał­kiem uro­dzi­wą. – Pomyśl o swo­jej córce. 

Męż­czy­zna spo­waż­niał i za­ci­snął rękę na trzon­ku ta­sa­ka, przy­twier­dzo­ne­go do pasa.

– Wolę nie. – Przez chwi­lę mil­czał, ale zwol­nił kroku, zasępiony. – Szu­ka­łeś syna?

Wes­tchną­łem cięż­ko.

– Gdy wy­szedł ze szpi­ta­la w osiem­dzie­sią­tym szó­stym, prze­stał być moim synem. Stał się wolny.

Umie­ra­łem wtedy na od­dzia­le szpi­ta­la w Ki­jo­wie, za­mknię­ty w ko­ko­nie ze sta­rej folii. Sio­stra mojej żony przy­je­cha­ła z dwu­let­nim Igo­rem, po­wiedzieć mi, że zna­la­zła Annę zwi­sa­ją­cą z ży­ran­do­la w na­szym sa­lo­nie. Dała mi zwi­tek pa­pie­ru, na któ­rym moja naj­droż­sza na­pi­sa­ła, że nie może pa­trzeć na wszech­obec­ną mękę. Była pie­lę­gniar­ką w Pry­pe­ci, dy­żu­ro­wa­ła dzień i noc przy stra­ża­kach, któ­rzy wy­mio­to­wa­li wnętrz­no­ścia­mi i mam­ro­ta­li do niej: zabij mnie, mamo. “A teraz jesz­cze ty. To za dużo. Prze­pra­szam” – na­pi­sa­ła na końcu. Bian­ka za­bra­ła Igora i zo­sta­wi­ła mnie w go­rącz­ce u końca mego świa­ta.

Dru­gie­go dnia ja­kimś cudem mi się po­lep­szy­ło i le­ka­rze stwier­dzi­li, że może jed­nak prze­ży­ję. Bian­ka wy­wio­zła Igora do Pol­ski i słuch o nich zaginął. Być może nie wie­dzie­li, że prze­ży­łem. Nigdy ich nie szu­ka­łem, bo zamiast pożytku został ze mnie tylko ciężar.

Zda­wa­ło mi się, że widzę pogodną śmierć, stojącą za ramieniem Sahovica. Jak­bym znów miał po­pro­mien­ne omamy. Sasza prze­stał wga­piać się w Kław­di­ję i wle­pił wzrok w to samo miej­sce.

– Z dru­giej stro­ny Pry­pe­ci wcho­dzi od­dział stra­ża­ków. Gór­ni­ków wy­sła­li­śmy do wnę­trza elek­trow­ni. Kie­ruj­cie się do cen­trum. Prze­pa­truj­cie bu­dyn­ki. Szu­kaj­cie ży­wych. Za półtorej go­dzi­ny złóżcie mi meldunek. Ku chwale ojczyzny!

– Tylko bez zgry­wa­nia bo­ha­te­rów – mruk­nął Ca­pri­cio. – Wolę, że­by­ście…

– Ba­ta­lion! – wrza­snął po­rucz­nik. – Roz­po­cząć akcję!

Za­głę­bi­li­śmy się w las. Śmierć od­cze­ka­ła chwi­lę, jak my­śli­wy, który po­zwa­la zwie­rzy­nie odbiec na pe­wien dy­stans. Wcho­dzi­li­śmy do Pry­pe­ci od stro­ny sta­dio­nu, który po krót­kich oglę­dzi­nach oka­zał się pusty. Wy­szli­śmy na ulicę Gi­dro­pro­ek­to­vskaya, przy­po­mi­na­ją­cą ścież­kę przez wy­so­kie trawy i po­chy­lo­ne nisko, roz­czo­chra­ne drze­wa.

– Przejdź­my na Ła­za­rie­wa i chodź­my w stro­nę Ener­ge­ty­ka – za­pro­po­no­wa­ła Roza. – Trzy­maj­my się miejsc, gdzie bę­dzie­my wi­dzieć coś do­oko­ła, a nas łatwo zo­ba­czą z po­wie­trza.

Wszyscy prócz Zacharija przytaknęli ochoczo, jak­by­śmy byli na spa­ce­rze. Pusta, cicha Zona nie wzbu­dza­ła w nas lęku. Utożsamialiśmy się z nią, naznaczoną radioaktywnym piętnem i porzuconą. Wy­szli­śmy na ulicę Ła­za­rie­wa, jako jedną z nielicznych nie otoczoną zwar­tym murem drzew, dzię­ki czemu z łatwością mo­gli­śmy za­glą­dać w pu­sto­sta­ny.

 

Za­cha­rij plu­ł na po­pę­ka­ny as­falt i klął pod nosem.

– Robią z nas idio­tów! Tylko bio­ro­bo­ty nie wa­riu­ją, tylko bio­ro­bo­ty nie zni­ka­ją, ta! Wi­dział ktoś, żeby po­sła­li Ame­ry­ka­ni­na?

– Ja – od­parł Newij. – Naj­pierw przy­wieź­li mnie za Ju­pi­te­ra. Żoł­nie­rzyk stał tuż przy gra­ni­cy i nagle… jakby coś go za nią wcią­gnę­ło. Za­czął krzy­czeć: Zie­mia ni­czy­ja! Zie­mia stra­co­na! Dwóch kom­pa­nów rzu­ci­ło się go ra­to­wać i nagle za­mar­li, ledwo wszy­scy trzej zna­leź­li się w Stre­fie. Jakby usły­sze­li wo­ła­nie. I po­gna­li przed sie­bie, a za pierw­szym bu­dyn­kiem znik­nę­li. 

– Pie­prze­nie! – Za­cha­rij pryskał śliną i trzy­mał się za serce. –  Chcą nas zli­kwi­do­wać, mówię wam! Za­pę­dzi­li bio­ro­bo­ty do Zony i zaraz ktoś nas po­wy­strze­la. Że­by­śmy już nie wsz­czy­na­li strajków i nie opo­wia­da­li za­gra­nicz­nym dzien­ni­ka­rzom, jak nas tu wszy­scy zro­bi­li w chuja za ura­to­wa­nie Eu­ro­pie dupy. Tylko po to, żeby ją Araby i Ame­ry­kań­ce je­ba­li!

– Do­brze by było, jakby ktoś strą­cił z bar­ków twój pusty łeb! – Kław­di­ja pa­trzy­ła na gru­ba­sa tak, jakby sama chciała tego dokonać. – Zo­bacz, do­zy­me­try szlag tra­fił! I na­praw­dę nie po­czu­łeś tego? Że re­ak­tor nie śpi?

Za­cha­rij za­wa­hał się, po czym otwo­rzył usta i już miał dalej wrzesz­czeć, ale zła­pa­łem go za ramię.

– Pocz­ta. Ktoś tam jest.

W sze­ro­kiej wi­try­nie stała obszarpana ko­bie­ta. Wpa­try­wa­ła się w nas tak za­chłan­nie, że mimo prze­wa­gi i uzbro­je­nia za­mar­li­śmy. Czu­łem, jak mój od­dech przy­spie­sza, tężeją mię­śnie. Ciało nie współ­gra­ło z umy­słem – mia­łem wra­że­nie, że odkąd zna­la­złem się w Stre­fie, tra­fi­łem do bez­piecz­nego domu, który cze­kał na mnie cier­pli­wie przez lata sa­mot­nej udrę­ki. To ko­bie­ta w oknie pocz­ty była czymś obcym, od­rzu­co­nym, a przez to roz­cza­ro­wa­nym i wściekłym. Nagle ob­ró­ci­ła się i znik­nę­ła we­wnątrz bu­dyn­ku, jakby nad gło­dem zwy­cię­ży­ła po­gar­da.

– Pew­nie jest ich wię­cej – ode­zwał się Sasza. – Srał pies ten nędz­ny żywot, chodź­my do środ­ka. Albo nam co­kol­wiek wy­ja­śnią, albo nas za­ata­ku­ją. Wy­wle­cze­my ich do Sa­ho­vi­ca. Chwedczuk dał radę zabić pięciu, to i my sobie poradzimy. Znów dadzą nam dy­plo­my z tek­tu­ry i ode­ślą do domu.

Z pocz­ty do­biegł wy­so­ki krzyk, przywodzący na myśl śmiertelnie przerażone zwierzę. Ru­szy­liśmy w stro­nę za­ro­śnię­te­go wej­ścia. Ści­ska­jąc w ręku ma­cze­tę, skie­ro­wa­łem się od razu na lewo, do po­miesz­cze­nia, w któ­rym zo­ba­czy­li­śmy nie­zna­jo­mą. Ponad trzy­dzie­ści lat temu nada­wa­łem tu listy do prze­ślicz­nej, pie­go­wa­tej blon­dyn­ki, która póź­niej, na swoją zgubę, zo­sta­ła moją żoną. Po­czu­łem się nagle zu­peł­nie ob­na­żo­ny, jakby wszyst­kie grze­chy wy­peł­zły na wierzch skóry, a ich swąd przeniknął przez za­pa­ch wczo­raj­sze­go potu. Nie byłem w sta­nie myśleć o nie­bez­pie­czeń­stwie, pa­trzy­łem przez dziu­rę w cza­sie na sa­me­go sie­bie, drżą­cą ręką po­da­ją­ce­go urzęd­nicz­ce swój pierw­szy list mi­ło­sny…

 

Kław­di­ja stała przy fi­la­rze, naj­wy­raź­niej jak ja za­to­pio­na we wspo­mnie­niach, gdy ktoś poderżnął jej gardło. Zdążyła się ku mnie odwrócić, bryzgając krwią i błądząc dygoczącymi dłońmi po szyi, nim runęła na ziemię. Zza kolumny wy­pa­dła po­szu­ki­wa­na przez nas ko­bie­ta, w po­ra­nio­nych dło­niach dzier­żą­c wiel­ki kawał szkła. Zszokowany wy­ce­lo­wa­łem w nią ostrze. Na jej twarzy widniała od­ra­za i… za­zdrość. 

– Nie wi­dzi­cie. Nie je­ste­ście. Ska­że­ni nie prze­cho­dzą – wymamrotała.

Od­rzu­ci­ła szkło, opa­dła na zwłoki i za­czę­ła pić krew. Po chwi­li zła­pa­ła głowę Kławdiji i pró­bo­wa­ła wgryźć się w po­ora­ną zmarszcz­ka­mi twarz. Sasza ru­szył w jej stro­nę, ale wa­riat­ka bły­ska­wicz­nie zwró­ci­ła się ku niemu i za­czę­ła ma­chać rę­ka­mi jak kot, który w szale pró­bu­je dra­pać.

– Daj mi to! – wrza­snę­ła. – Ja­dłam je, wy­grze­ba­łam w szpi­ta­lu. Ubra­nia stra­ża­ków. To na nic, na nic!

Znów zanurzyła usta w krwi. Zacharij parsknął śmiechem, jakby udzielił mu się obłęd kobiety. Sasza wziął zamach i wbił ostrze tasaka w plecy wariatki. Znieruchomiała z wykrzywioną pragnieniem twarzą w bordowej kałuży.

– Trze­ba ją było… Idio­ta… Skąd teraz… Co tu się, kurwa… – wy­ją­kał Newij, a zaraz po tym od stro­ny, z któ­rej przy­by­li­śmy, do­tar­ły ko­lej­ne krzy­ki.

– Na plac pod Ener­ge­ty­kiem! – za­rzą­dzi­łem. – Wy­cią­gnij­my ich na otwar­tą prze­strzeń!

Jako pod­sta­rza­ły, in­wa­lidz­ki “od­dział spe­cjal­ny” po­ru­sza­li­śmy się jak śli­ma­ki. Wy­sła­nie nas do Stre­fy wy­glą­da­ło teraz na sza­leń­stwo. Moje serce wa­li­ło jak wo­jen­ny wer­bel, w gło­wie wi­ro­wa­ło od emo­cji i wy­sił­ku. Sły­sza­łem he­li­kop­ter, ale go nie widziałem, a dźwięk zda­wał się wy­tłu­mio­ny, jak­by­śmy tkwili pod szkla­nym klo­szem. Chmu­ry skłę­bi­ły się miej­sca­mi i na­bra­ły gra­na­to­wych od­cie­ni. Bie­gli­śmy przez gęste za­ro­śla i po­trza­ska­ne ko­rze­nia­mi chod­ni­ki na tyle, na ile po­zwa­la­ły płuca Rozy, tusza Za­cha­ri­ja, noga Ne­wi­ja i moja pi­ka­wa. Mi­ja­jąc park roz­ryw­ki, zer­k­ną­łem na młyń­skie koło i z wra­że­nia omal nie wy­rżną­łem o po­rzu­co­ny przez zło­mia­rzy zwój drutu. Za­trzy­ma­łem się jak kre­tyn i wskazałem naj­niż­sze gon­do­le. 

 

Dwóch uwa­la­nych w krwi i pyle męż­czyzn stało pod prze­rdze­wia­łą kon­struk­cją i li­za­ło jej ele­men­ty z za­pa­mię­ta­niem godnym pożeraczy lodów w upalny dzień. Sasza wy­mam­ro­tał:

– Trze­ba było wy­słać tu psy­chia­trów…

Krzy­ki za ple­ca­mi przy­po­mnia­ły nam o nie­bez­pie­czeń­stwie, zwłasz­cza że ode­rwa­ły sza­leń­ców od “po­sił­ku”. Wróg zda­wał się ślamazarniejszy od nas – męż­czyź­ni ru­szy­li za nami po­włó­czy­stym, po­kracz­nym kro­kiem. Wy­glą­da­ło na to, że urzą­dzi­li­śmy ma­ra­ton kalek. Mia­łem ocho­tę się ro­ze­śmiać, Za­cha­rij chichotał. Byliśmy jak urżnię­ci, do tego pró­bo­wa­ła opa­no­wać nas po­dob­na pi­jań­stwu bez­tro­ska. Śmierć tań­czyła gdzieś nie­opo­dal w po­dob­nym na­stro­ju. Ko­niec Kław­di­ji i obłęd jej mor­der­czy­ni ja­wi­ły się od­le­głym snem.

Do­brnę­li­śmy wresz­cie na plac pod Domem Kul­tu­ry i hotelem Polesie. Drze­wa za­chłan­nie przej­mo­wa­ły teren, ale po­zo­sta­ło tu sporo otwar­tej prze­strze­ni.

Widok na plac z ho­te­lu.

Widok na hotel spod Ener­ge­ty­ka.

Ener­ge­tyk

 

Utwo­rzy­li­śmy okrąg ple­ca­mi do sie­bie, ło­wiąc na­ra­sta­ją­ce krzy­ki, sze­lest i beł­ko­t tro­pią­cych nas po­pa­prań­ców. We­tkną­łem za pas ma­cze­tę i trzę­są­cy­mi się z wy­sił­ku rę­ka­mi się­gną­łem po łuk i strza­łę.

– Gdzie ten za­sra­ny he­li­kop­ter?! – Newij sie­dział na ziemi, po­dob­nie jak Roza i Za­cha­rij wy­czer­paw­szy wszel­kie siły. Sasza prych­nął.

Zza pu­sto­sta­nów za­czę­ły wy­ła­niać się znę­ka­ne po­sta­cie, wy­cią­ga­ją­ce ku nam ręce jak że­bra­cy. Na­li­czy­łem dwadzieścia osób, a wszyst­kie zda­wa­ły się czy­ra­ka­mi na ba­jecz­nym ciele Pry­pe­ci, które na­tych­miast należałoby wy­ciąć, wy­ci­snąć, wy­pa­lić, by­le­by prze­sta­ły szpe­cić kra­jo­braz. Dzio­ba­ty bio­ro­bot wy­szedł im na­prze­ciw.

– Stać, za­ra­zo! Czego chce­cie?

– Ska­że­ni nie prze­cho­dzą! – za­grzmie­li zgod­nym chó­rem na­past­ni­cy, jakby gdzieś wśród nich kry­ł się dy­ry­gent. Wszyscy zda­wali się opę­ta­ni nie­zno­śnym pra­gnie­niem, które mieli za­miar uga­sić na nas. I nagle do mnie do­tar­ło. 

– Chcą się na­pro­mie­nio­wać… – Unio­słem łuk i wy­ce­lo­wa­łem grot w męż­czy­znę czła­pią­ce­go w jed­nym bucie. – Gdzie prze­sze­dłeś? Co wi­dzisz?

– Pusta zie­mia – wy­mam­ro­tał, wy­chy­la­jąc się ku mnie, jak­bym był oazą na pu­sty­ni. – Krad­nie nas. One nas zjedzą!

– Prze­cią­gnij nas! – krzyk­nę­ła ko­bie­ta z po­szar­pa­nym po­licz­kiem. – Prze­cią­gnij z po­wro­tem!

– Czar­no­byl cię kocha, bio­ro­bo­cie – oznajmił za­krwa­wio­ny starzec. – Po­ko­chaj nas.

– To nie pro­mie­nio­wa­nie – wy­chry­pia­ła Roza – tylko zbio­ro­wy obłęd!

– Ska­że­ni nie prze­cho­dzą! – ryk­nę­li znów sza­leń­cy i z wra­że­nia wy­pu­ści­łem strza­łę, która ślepym trafem utkwi­ła w oku męż­czy­zny bez buta. Zwa­lił się na scho­dy, na co inni za­wy­li i ruszyli ku mnie z jeszcze większą pasją. Było za późno na niezgrywanie bohatera.

– Za­ba­ry­ka­duj­cie się w ho­te­lu! Od­cią­gnę ich!

– Idę z tobą! – stwierdził Sasza, a ja po chwi­li wa­ha­nia kiw­ną­łem głową. Szpet­ny bio­ro­bot był naj­spraw­niej­szy z nas wszyst­kich.

Po­ru­sza­li­śmy się przez jakiś czas tyłem, spraw­dza­jąc, czy na­past­ni­cy ruszą za nami. Roza i Newij nie zdo­ła­li pod­nieść Za­cha­ri­ja, który roz­siadł się wy­god­nie, roz­warł ręce, jakby ocze­ki­wał nad­bie­ga­ją­cych wnucz­ków i salwy śmie­chu uroz­ma­icał okrzy­ka­mi:

– Bierz­cie mnie! Ko­cham was! Star­czy dla wszyst­kich!

Prze­śla­dow­cy po­dzie­li­li się na dwie grupy – więk­sza obrała nas za cel, mniej­sza rzu­ci­ła się na tłu­ste ciel­sko Za­cha­ri­ja. Wciąż rechotał, gdy rozrywały go zęby mutantów. Od­wró­ci­li­śmy się przo­dem do kie­run­ku uciecz­ki i sta­nę­li­śmy przed dwoma za­cza­jo­nymi na nas męż­czyznami. Trzymali w rękach spore kamienie – raczej nie mieli za­mia­ru pro­sić o odro­bi­nę mi­ło­ści. Wy­rwa­łem zza pasa ma­cze­tę, za­dra­snąw­szy się przy tym w nogę. Moja krew na stali cał­ko­wi­cie roz­pro­szy­ła prze­ciw­ni­ków. Ten bli­żej mnie, o dłu­gich, po­plą­ta­nych wło­sach wy­pu­ścił oręż i rzu­cił się ku po­so­ce. Nadziałem go na broń. Ma­cze­ta była tak ostra, że gdy­bym się nie­for­tun­nie prze­wró­cił, mógł­bym wy­pruć sobie be­be­chy albo urżnąć kawał nogi. Drugi z męż­czyzn, z wyblakłymi ta­tu­aża­mi na łysej gło­wie jakby ock­nął się, nasłuchiwał chwilę, po czym ru­szył ku wciąż rozbawionemu Za­cha­ri­jo­wi. Sasza ciął męż­czy­znę po łyd­kach, od­cią­gnął mnie i rzu­cił w peł­zające ciało mo­ło­to­wem. Ogień buch­nął pro­sto w nad­cią­ga­ją­cy or­szak naszych prześladowców.

– Kiedy się stąd wy­do­sta­nę, ten ruski li­zo­dup do­sta­nie so­czy­sty wpier­dol – mruk­nął Sasza, gdy znów za­czę­li­śmy ucie­kać. – Przyciągnijmy pod posterunek ka­ni­ba­li, zanim za­ra­zi­my się obłę­dem. Nie chcę skoń­czyć jak Za­cha­rij. Potem wró­ci­my po Rozę i Ne­wi­ja. W kom­bi­ne­zo­nach, w ma­skach, jak za sta­rych, chu­jo­wych cza­sów. To dobry plan.

– Tak, to dobry plan – mruk­ną­łem. Czu­łem dziw­ny opór przed wyjściem spod klosza. Gdy do­tar­li­śmy pod po­ste­ru­nek, charczałem jak astmatyk. Na miejscu nie zastaliśmy ży­we­go ducha. Sa­mo­cho­dy, drony i czołg to wszyst­ko, co po­zo­sta­ło po tłu­mie ludzi, któ­rzy niedawno kłę­bi­li się tutaj jak spa­ni­ko­wa­ne mrów­ki w roz­grze­ba­nym mro­wi­sku. Zaj­rza­łem do bu­dyn­ku, a Sasza szyb­ko prze­pa­trzył wnę­trza po­jaz­dów. Je­dy­ny­mi ży­wy­mi w oko­li­cy zda­wa­li się ści­ga­ją­cy nas lu­dzie, wy­trwa­le brną­cy przez las. Ledwie udźwignąłem ka­ra­bin ma­szy­no­wy, ale wy­sze­dłem na ulicę i spró­bo­wa­łem wy­strze­lić serię. Nic z tego. Sasza klął przy sa­mo­cho­dach, któ­rych nie dało się od­pa­lić. Wy­co­fa­li­śmy się do lasu po dru­giej stro­nie drogi.

– Co, jeśli stre­fa pa­ra­noi się roz­sze­rza? – spy­tał biorobot. – I wchło­nę­ła Sa­ho­vi­ca z Ame­ry­kań­cem?

Po­ki­wa­łem głową. Ledwie łapałem oddech. Po­tę­pień­cy krzy­kli­wie dali znać o swo­jej obec­no­ści. Spojrzałem na nich; przez te kilkanaście minut stali się jeszcze pokraczniejsi, schorowani, do tego przerażeni oglądali się za siebie, jakby i oni byli ścigani. Idąc na oślep, na­tra­fi­łem stopą w pust­kę. Zdo­ła­łem zła­pać się ga­łę­zi i przy­tu­li­łem do pnia drzewa. Sasza spadł do głę­bo­kie­go dołu. Ro­zej­rza­łem się i do­strze­głem, że cała ta część lasu zo­sta­ła sta­ran­nie po­ora­na, pewnie by za­trzy­mać tych, któ­rzy pró­bo­wa­li­by uciec ze stre­fy ra­że­nia.

– Sasza! – za­wo­ła­łem pół­gło­sem, ledwo do­strze­ga­jąc go w mroku wy­ko­pa­li­ska. Wiel­bi­cie­le bio­ro­bo­tów nie we­szli w las; mio­ta­li się na jego skra­ju, wy­da­jąc z sie­bie ję­kli­we od­gło­sy za­wo­du i panicznego strachu.

– Żyję, kurwa, ale rozwaliłem nogę. – Gdzieś obok niego roz­brzmia­ły stęk­nię­cia. – Psiakrew, ktoś tu jest!

– Wo­ło­sik, pilot An­to­ny­cza – usłyszałem znękany głos. – To wy, bio­ro­bo­ty?

– Bio­dzia­dy by­ło­by bliż­sze praw­dy. Co się stało?

– To gówno się po­więk­sza! Przy­le­cia­łem po Sa­ho­vi­ca, wy­lą­do­wa­łem na po­la­nie, bo było strasz­ne za­mie­sza­nie przy po­ste­run­ku. Ze­stre­so­wa­ny za­po­mnia­łem o tych je­ba­nych dziu­rach. Chyba strzaskałem miednicę. Jeden z No­var­ki pró­bo­wał mi pomóc, ale nie dałem rady stąd wy­leźć. Po­wie­dział, że stre­fa się rozszerza, prze­pro­sił i uciekł.

– He­li­kop­ter jest wciąż poza ob­sza­rem ra­że­nia! – za­wo­ła­łem, do­strze­ga­jąc zarys błysz­czą­cej ma­szy­ny w prze­świ­cie mię­dzy drze­wa­mi. – Sasza, wy­cią­ga­my go! Po­le­ci­my!

– Ja pier­do­lę – skwi­to­wał bio­ro­bot, ale wi­dzia­łem, że pod­niósł się na zdro­wą nogę, zła­pał za coś na ścia­nie dołu i wy­cią­gnął rękę do le­żą­ce­go Wo­ło­si­ka. – Wsta­waj, to­wa­rzy­szu!

Pilot roz­pła­kał się z bólu, ale z po­mo­cą Saszy osią­gnął pion. Dy­sząc cięż­ko mój kom­pan pod­niósł go, na co Wo­ło­sik wrza­snął i omal nie ze­mdlał. Wy­wlokłem awia­to­ra z pu­łap­ki, po czym po­ło­ży­łem się i chwy­ci­łem za ramię Saszę. Cudem za­pa­no­wa­łem nad zwie­ra­cza­mi, gdy mon­stru­al­nym wy­sił­kiem wciągnąłem bio­ro­bo­ta na po­szy­cie lasu. Ogłu­szo­ny przez łomotanie serca pa­trzy­łem przez chwi­lę, jak obłą­ka­ni lu­dzie, ko­lej­ny raz skrzyw­dze­ni przez reaktor, wy­trwa­le zbli­ża­ją się do nas wraz z su­ną­cą coraz dalej stre­fą ra­że­nia. Nagle dwoje z nich uniosło się w górę, wrzeszcząc wniebogłosy, i zniknęło. Oniemiałem. Sasza dźgnął mnie w bark.

– Nie czas teraz na zawał, Ni­ko­łaj!

Wy­wlókł spod swe­tra pier­siówkę i wci­snął pi­lo­to­wi w rękę.

– Znie­czu­laj się! Nie mo­żesz ze­mdleć pod­czas lotu.

Awia­tor po­słusz­nie wlał sobie bim­ber do gar­dła. Wsta­łem, igno­ru­jąc plamy czer­ni przed ocza­mi i do­tkli­wą dusz­ność. Pod­trzy­mu­jąc pi­lo­ta, do­wle­kli­śmy się do he­li­kop­te­ra, przy którym zwy­mio­to­wa­łem, czu­jąc silne kłu­cie w klat­ce. Sasza po­mógł Wo­ło­si­ko­wi siąść za ste­rem i dał mu w twarz, bo ten zro­bił się wiot­ki i wy­padł­by z ka­bi­ny. Wpeł­złem na tył i łap­czy­wie opróżniłem bu­telkę wody, pod­czas gdy roz­legł się ryk sil­ni­ka i ło­po­ta­nie śmi­gieł. Sasza darł się na awia­to­ra i po­ma­gał mu, aż ma­szy­na pod­nio­sła się z prze­klę­tej ziemi.

– Musisz na­uczyć mnie latać! Znajdziemy kogoś, kto zawiezie cię do Kijowa, a my uzu­peł­ni­my pa­li­wo i wró­ci­my po swo­ich.

Zona zda­wa­ła się wołać do mnie, zde­ter­mi­no­wa­na, żeby wresz­cie po­dzie­lić się ta­jem­ni­cą skry­tą pod sar­ko­fa­giem. Nagły im­puls nie kie­ro­wał mnie jed­nak ku elek­trow­ni.

– Chcę wy­siąść pod Dugą!

– Po­je­ba­ło cię, Ni­ko­łaj?

– Ktoś sie­dzi na an­te­nie. Może nie osza­lał. Nie da się wal­czyć z czymś, czego się nie ro­zu­mie!

– Nie chcę wal­czyć, tylko ra­to­wać Ne­wi­ja i Rozę, a potem stąd spier­da­lać!

– A jeśli to nie prze­sta­nie ro­snąć?! Przy­się­ga­li­śmy ra­to­wać kraj. Kto, jak nie my?

– A srał cię pies! So­wie­ci prze­pra­li ci łeb!

Ma­szy­ną rzu­ca­ło, Wo­ło­sik wal­czył z nią i swoim cia­łem, wspie­ra­ny przez wście­kłe­go bio­ro­bo­ta. Wy­koń­czo­ny i nę­ka­ny hip­no­tycz­nym pra­gnie­niem po­grą­ży­łem się w ma­ja­kach, w któ­rych migały twarze Anny i Igora, za­wa­lo­ny ra­dio­ak­tyw­nym gru­zem da­ch oraz prze­rdze­wia­łe Oko Mo­skwy. Wie­dzia­łem, że choć Sasza nie słucha podszeptów Strefy, za­wie­zie mnie pod ruską an­te­nę. Mia­łem rację; gdy nagle za­czę­li­śmy się zni­żać, zo­ba­czy­łem za szybą znajome rusz­to­wa­nie. Na jed­nej z naj­wyż­szych plat­form tkwi­ła po­stać, którą wraz z Saszą roz­po­zna­li­śmy bez trudu. Pew­nie dla­te­go ręka ze­śli­zgnę­ła mu się z drąż­ka i Wo­ło­sik gwał­tow­nie osa­dził nas na pia­sku pod ki­lo­me­tro­wą kon­struk­cją, która miała nie­gdyś za za­da­nie szpie­go­wać Ame­ry­kę.

 

– Po­wo­dze­nia! – wark­nął Sasza. Od­wró­cił się ku mnie i spoj­rzał w oczy. – Wrócę po cie­bie.

– Po co? – prych­ną­łem. Czu­łem się lekki na duchu, jak­bym po dłu­gim biegu prze­kra­czał metę. – Ci nie­szczę­śni­cy z Prypeci umierają. Nam też zo­sta­ło nie­wie­le życia. A Zona nas nie krzywdzi.

– Mami nas, ty po­rą­bań­cu! Jest jak baba, która się wdzię­czy.

– Wy­sia­dam, Sasza! Rób co chcesz.

– A żebyś wie­dział!

Wy­gra­mo­li­łem się z ma­szy­ny i pod­sze­dłem pod Dugę, pod­czas gdy Wo­ło­sik z bio­ro­bo­tem od­le­cie­li. Wy­pa­trzy­łem scho­dzą­ce­go ze szczy­tu męż­czy­znę. An­te­na sta­no­wi­ła do­sko­na­ły punkt ob­ser­wa­cyj­ny, więc po­sta­no­wi­łem wyjść na­prze­ciw sta­re­mu zna­jo­me­mu. Wy­bra­łem dra­bi­nę i wspiąłem się na dru­gie pię­tro. Czwar­te, szó­ste, kon­struk­cja trzesz­cza­ła, wszech­obec­na rdza, dziu­ry w plat­for­mach i od­da­la­ją­ca się zie­mia przy­pra­wia­ły o za­wrót głowy. Cały oblałem się potem, wróciły mroczki, ale uparłem się wejść wyżej. Przy siódmym piętrze dudnienie w uszach zagłuszyło wszystko i serce od­mó­wi­ło dal­szej wę­drów­ki. Byłem skonany, ale za­do­wo­lo­ny – znaj­do­wa­łem się ponad linią drzew, mia­łem dobry widok na oko­li­cę. Pomyślałem, że tutaj mógłbym umrzeć. Mocno wiało, ale po­dmu­chy owi­ja­ły cie­płem, zwia­sto­wa­ły lato. Elek­trow­nia przy­cią­ga­ła wzrok.

 

Ge­ne­rał Oleg Ko­wal­czuk, cięż­ko dy­sząc, łup­nął bu­cio­ra­mi o plat­for­mę. Oparł się obok mnie o ba­rier­kę i spoj­rzał pro­sto na sar­ko­fag. Spo­d ko­szu­li wy­su­nę­ły mu się nie­śmier­tel­ni­ki.

– Z góry jest lep­szy widok. Tylko cho­ler­nie buja.

– Ge­ne­ra­le, na wszyst­kich świę­tych! Co tu ro­bisz?!

– Uni­kam przej­ścia. Ta ruska kupa złomu jest obo­jęt­na na na­ło­że­nie, więc sie­dzę tu jak kwoka na żer­dzi i cze­kam na bio­ro­bo­ty.

– O czym ty mó­wisz? Prze­cież stre­fa ra­że­nia jesz­cze tu nie do­tar­ła.

– Do­tar­ła. W stro­nę Czar­no­by­la roz­peł­zła się znacz­nie szyb­ciej.

– Ale… Wo­ło­sik prze­cież nie…

– Chyba pa­trzy­łeś tylko w jedną stro­nę, to­wa­rzy­szu.

Szarp­nął głową, wska­zu­jąc za sie­bie. Spoj­rza­łem w kie­run­ku pół­no­cy i po­czu­łem nagły ucisk w gar­dle. Gdzieś bli­sko rzeki w niebo biło kil­ka­na­ście smug dymu. Jedna znaj­do­wa­ła się bli­żej.

– Roz­bi­li się – upew­nił mnie Ko­wal­czuk. – Wi­dzia­łem. Antena chwilę znieczulała Wołosika, a potem i tak mu odbiło. Za­po­mnij, nikt nie da rady tu do­trzeć. Ten rak roz­ple­nia się po ziemi i wspi­na na niebo. Mu­sisz mnie na­pro­mie­nio­wać.

Rozważałem, czy po­wi­nie­nem po­trak­to­wać go ma­cze­tą. Uśmiech­nął się.

– Spo­koj­nie. Mu­sisz tylko przy­nieść mi ze ste­row­ni ka­wa­łek re­ak­to­ra. Nie zdą­ży­łem wy­do­stać go z kry­jów­ki…

– Kawałek, kurwa, czego?

Generał podniósł ręce w geście poddania.

– Dobra! Najpierw ci wyjaśnię. Czas nam się kurczy, ale…

Przeszliśmy w głąb konstrukcji, na szerszą platformę i usiedliśmy na przerdzewiałych rurach.

 

– Kiedy reaktor wybuchł – podjął Kowalczuk – udało nam się powstrzymać pożar. Albo wygasł samoistnie. W każdym razie nie dostał się na tyle głęboko, by spowodować drugą eksplozję, która wyludniłaby Europę. Co tam mała czwórka! Gdyby jebnął sąsiedni…

– Wiem, generale.

– Ale nie wiesz, że pożar jednak coś przeżarł. Zrobił wyrwę w naszym wymiarze.

Kolejny czubek, pomyślałem. I utkwiłem z nim na siódmym piętrze Dugi.

– Po wygaszeniu reaktora odkryliśmy dziurę. Obserwowaliśmy przez nią drugą stronę. Alternatywny wymiar. Długie lata nie mogliśmy do niego wejść, bo tam drugi wybuch nastąpił. Życie na Starym Lądzie wymarło, ale nie do końca. Zmieniło się. Gdy wreszcie wysłaliśmy ekspedycję, znalazła skupiska schorowanych żywych i zmutowane okazy… czegoś. Wielkich bestii, jakby na Ziemię wróciły dinozaury. Podejrzewaliśmy, że wybuch w tamtym wymiarze przebił się do kolejnych. Zrozumieliśmy, że czwórka to równie urzekające, co niebezpieczne wrota do innych światów. Dlatego zaczęliśmy budowę arki. Nie chcieliśmy, żeby z reaktora wylazł radioaktywny tyranozaur, ani żeby o wrotach dowiedział się Zachód.

– Nie myślałem, że masz poczucie humoru. Czadowa historia.

– Nie myśl, tylko spójrz na tych idiotów, towarzyszu. To na pewno Amerykanie. Ubrali samolot w kombinezon.

Rzeczywiście, od strony Kijowa leciało ku nam coś, co wyglądało jak maszyna zawinięta w folię spożywczą.

– To przecież na nic – zaśmiał się Kowalczuk. Chwilę później samolot zaczął wykonywać gwałtowne wiraże, aż spadł w las.

– Do rzeczy – mruknąłem.

– Chcieliśmy zbadać chorych ludzi i zmutowane bestie. W dwutysięcznym roku wywlekliśmy przez dziurę zwłoki jednych i drugich. Badaliśmy je kilka lat.  Co jakiś czas do skażonej Europy przylatywali amerykańscy naukowcy. Zawsze się przed nimi chowaliśmy, ale w dwa tysiące jedenastym nasz drogi "car” zmienił zdanie. Nawiązaliśmy kontakt. Wpuściliśmy tamtych do naszego wymiaru, oni zabrali nas do swojej wersji Nowego Lądu. Nieprawdopodobne miejsce. Nie ufaliśmy sobie, ale tamci zdawali się inni niż nasi Amerykanie. Pokorni i uczynni. W końcu okazało się, że olbrzymia strefa w ich świecie poszerza się i chcieliby przejść do nas, razem ze swoją technologią. Powiedzieli, że zrobią z Ukrainy drugą, lepszą Amerykę. Przygotowywaliśmy się do ich przyjęcia. Sarkofag rósł, miał kamuflować fuzję.

– Po co poszedłeś do wojska, skoro byłbyś świetnym bajarzem? Zbiłbyś fortunę na Amerykanach. Zrobiliby tu hollywoodzkie kino!

– Masz. – Wcisnął mi w rękę okulary przeciwsłoneczne. – To alternatywnych. Zobaczysz wylewający się wymiar.

Czując się jak kretyn założyłem podarunek. Drgnąłem gwałtownie i omal nie zleciałem z platformy. 

– Ten skurwiel Reynolds odkrył w końcu wrota i nadział się na Amerykanów. Na samego siebie! – kontynuował Kowalczuk, podczas gdy ja patrzyłem na jałowy, brunatny świat i trzy olbrzymie kształty, jakby humanoidalne gady pokryte skorupami bąbli, wyrastające ponad horyzont. – Wizje fantastów sprawdziły się, psiamać: dwie wersje tego samego nie mogą się spotkać. Nie mieliśmy pojęcia, że do tego doszło. A tu wrota nagle wariują. Przez kilka dni obserwowaliśmy anomalie. Dopiero wczoraj Reynolds przyznał, że natknął się na samego siebie, obaj dostali szału i nasz zabił tamtego. Dzięki technologii alternatywnych zrobiliśmy napęd szynowy i sarkofag w godzinę spoczął nad czwórką. Ale to nic nie dało, Nikołaj. Wymiar rozlał się i wciągnął wszystkich.

Zdejmowałem i wkładałem okulary, to oglądając je z niedowierzaniem, to gapiąc się na potwory górujące nad okolicą. Przeszukiwały Prypeć. Jeden z nich podniósł coś i wsadził sobie do pyska. Zrozumiałem, gdzie zniknęła dwójka szaleńców z lasu.

– Załóżmy, że jestem skłonny w to uwierzyć. Skąd się tu wziąłeś?

– Nadzorowałem badanie Oka, bo nagle zaczęło promieniować. Jakby się broniło. Byłem na dole, nie spostrzegłem, że wymiar tak szybko cieknie. Zobaczyłem go, jak wylazł z lasu. Zdążyłem dobiec do drabiny. Duga się uodporniła, ale nie przekazuje promieniowania. Wiedziałem, że rozeźlony Sahovic, mający tylko szczątkowe informacje o wrotach, wysyła do Strefy bioroboty. Czekałem na ciebie. Musisz mi przynieść kawałek reaktora. Skażeni nie przechodzą.

– Więc z całego świata przetrwają tylko bioroboty?

– Tylko napromieniowani przez czwórkę. Możemy wyjść stąd północną granicą, tam gdzie wymiar wylewa się wolniej. Polecieć po swoich, Nikołaj. Po rodzinę. Napromieniować. Teraz są lepsze środki na chorobę popromienną. I żyć! Na doskonale pustej planecie, gotowej na nowy etap!

Spojrzałem na niego ze współczuciem i odrazą. 

– I nie mieliście pojęcia, że tak się stanie, co? “Car” bez powodu zapadł na chorobę popromienną? 

– Były tylko plotki. Jak w osiemdziesiątym szóstym.

– Wiesz, co było w osiemdziesiątym szóstym? Ty wysyłałeś nas na dach.

Generał zmarszczył brwi.

– To Ro­sja­nie ka­za­li wam wcho­dzić na dach. Kopać pod rdze­niem. Wrzu­cać worki z pia­skiem, wla­tu­jąc w słup pra­żą­ce­go pro­mie­nio­wa­nia. Nie ja.

– Ro­zu­miem.

Wstałem i podszedłem do drabiny. Duga straciła dla mnie cały urok.

– Przynieś mi kawałek reaktora.

– Jasne.

– Nikołaj! Zastrzelę cię!

– Ależ proszę! Od dawna jestem martwy.

Schodziłem z uśmiechem błądzącym na ustach.

– Potrzebujesz mnie! – wydzierał się generał. – Strefa wciągnie cię w pętlę! Będziesz tego żałował!

– Nic już nie mam! Czym tu się przejmować?

– Masz jeszcze duszę, pieprzony biorobocie! Będę czekał! Następnym razem zmienisz zdanie!

Złaziłem po dwa stopnie, byleby już być na ziemi. Zeskoczyłem na piach i ruszyłem prosto w stronę elektrowni. Drogę zagrodziła mi śmierć, przyobleczona w powłokę Anny. Ukochana twarz znalazła się kilka centymetrów od mojej. Pogładziłem ją po policzku, po czym zbliżyłem usta do jej ucha i wyszeptałem:

– Ale ja cię nie kocham, ty ruska kurwo. – Miałem na myśli wszystkie krzywdy, doznane od Rosji, zwieńczone spapraną elektrownią atomową. – I co mi zrobisz?

Odsunąłem się. Patrzyła na mnie oczami bez wyrazu. Ominąłem ją i ruszyłem w drogę, ale ziemia pode mną nagle jakby zamieniła się w szklane sklepienie, pod którym wirowały rozmazane kształty.

– Nikołaj – zagadnęła łagodnie śmierć. Odwróciłem się. Postać żony zdzieliła mnie w splot słoneczny, a ja spadłem w wir barw.

 

Sen przerwała eksplozja. Ocknąłem się, porażony dudnieniem w głowie. Łóżko było rozkosznie ciepłe. Przez chwilę patrzyłem w sufit, zdezorientowany. W końcu zerwałem się do pozycji siedzącej. Obudzona, naga Anna spojrzała na mnie z wyrzutem.

– Co ty wyprawiasz? – jęknęła.

Chłonąłem jej obraz, oniemiały. Tyle lat nie widziałem kobiecych piersi, że natychmiast mi się dźwignął. Z niedowierzaniem powiodłem wzrokiem po naszej starej sypialni. W kącie stało łóżeczko ze śpiącym Igorem.

– Jaką mamy datę?

– Dwudziesty szósty, szajbusie.

– Kwietnia osiemdziesiątego szóstego? – domyśliłem się.

– Tak.

Opadłem na poduszkę. Najpierw chciałem zapytać: Gdzie masz sznur? Potem: Mamy numer do prezydenta? Przemknęło mi też przez myśl: Nie idę dziś na odprawę. Jak przyjdą powiedz, że umarłem. Ale z moich ust wbrew woli padły słowa, które doskonale pamiętałem.

– Piękny dzień, by zrobić coś dobrego dla ojczyzny.

Koniec

Komentarze

Znaki nieźle wycyrklowałaś, Naz :)

A opowiadanie polecam :)

nie lubię teorii spiskowych, w końcu ja nie Macierewicz. ale.. ruscy siedzą na ropie, gazie i węglu. to ich większość przychodu narodowego. były telefony do kc.. zatrzymać! i nic by się nie stało. wierchuszka z kgb na czele znała możliwe skutki wykonanej przez nich awarii i dopuściła się zbrodni na ludzkości w imię ratowania interesów zssr. Inaczej rozwinęła by się technologia w oparciu o energetykęę jądrową, napędy elektryczne( m.inn. samochody) i pokonywałbym dziś 100km samochodem za niecałe 5 zł z akcyzą. usa ma spore lobby naftowe, więc nawet woleli nie rozważać tematu.  A tak panika, atom zły niebezpieczny. palmy ropą gazem i węglem.. w końcu to takie ekologiczne i bezpieczne…

burku… wolę nawet nie zastanawiać się nad takim scenariuszem. Niezależnie od tego, które statystyki związane z ofiarami są najbliższe prawdy, sarkofag kosztował świat już setki milionów euro (na wiki piszą o czterystu milionach. Nie pamiętam wykładu z elektrowni, a na pewno podawali koszt. Miotałam się wtedy w amoku po pomieszczeniu z bajecznymi zdjęciami, modelem reaktora i tarasem widokowym na czwórkę… Btw., taras widokowy na zniszczony reaktor atomowy…). 

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Burku, nie zrozumiałem do końca: Rosjanie zmówili się ze Stanami, żeby sobie monopolu nie psuć, i wysadzili elektrownię? Nie brzmi to nierealnie, ale trzeba by przeanalizować, gdzie powstawały inne elektrownie, w jakich latach, żeby jaśniej rysowała się mapa wpływów z procentowym udziałem dóbr energetycznych.

Naz, w tej skali te czterysta milionów euro, to jak liść na drzewie. 

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Dobrze, zastanowię się: druga eksplozja wyludniłaby Europę, a skoro Europę, to i Rosję (przecież promieniowanie nie poszłoby tylko w jedną stronę?). Za duże ryzyko, “wywołać” awarię. Za to niekompetencja Rosjan, którzy koniecznie chcieli być jak Japończycy, ale nie chcieli ich słuchać, to dla mnie realny scenariusz.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Dlatego drugiej eksplozji nie było :) Poza tym piszesz, że źli Rosjanie nie chcieli słuchać, głupki jedne! Ale przy elektrowni jądrowej raczej nie pracują Władimiry, popijające herbatę z wódką, tylko elita naukowa, sporo obcokrajowców, specjalistów.

Nie jestem fanem teorii spiskowych, ale brałbym pod uwagę i to, bo czemu nie brać?

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

eksplozja?  znaczy się wybuch?!  A co niby tam miałoby wybuchnąć? musiałbym odświeżyć swoją wiedzę, ale z ze zwykłego, nie wysocewzbogaconego paliwa jądrowego możnaby co najwyżej zbudować brudną bombę o względnie małym polu działania. tyle że idioci myślą źe elektrownia zaraz wybuchnie…

nic z tego , nie dajmy się zdownić! reakcja wyrwana z pod kontroli, stopi tylko rdzeń reaktora, wtopi się kilkadziesiąt metrów w ziemię, odparowując jednocześnie wodę z pierwotnego i wtórnego obiegu, wyrzucając wskutek tego do atmosfery, odpowiednią ilość radioaktywnych par wody, powstających na wskutek grawitacyjnego zalewania, wtapiającego się wgrunt radioaktywnego rdzenia… wielkie halo…

Nie pracują? :D A to dziwne, bo kiedy nastąpiła awaria, Władimiry właśnie piły herbatkę i nawet nie zareagowały. Ot, w rurach coś zabulgotało… Naukowców trzeba było sprowadzać na miejsce z daleka, a i oni nie potrafili nic sensownego powiedzieć. 

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Nie do końca rozumiem, jak to ma wykluczyć ów zamach, ale może zostawmy to. 

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Trudno dyskutować z kimś, kto, jak mówiłeś (tak, o tobie mowa, Kwisatzu), nie interesował się nigdy awarią i nie zna jej historii, a raczej wielkiej gamy historii, którą jeszcze trzeba przesiać i przeanalizować ;<  Mimo to będzie występował jako spec od teorii spiskowych :D Dla mnie teoria zamachu to dziecinada, ale nie napisałam, że to niemożliwe ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Trudno ze mną dyskutować? A to czemu? To znaczy, wiem, fajnie sobie wbić szpileczkę, też lubię; dobre doceniam. I gwoli ścisłości, owszem, historia Czarnobyla mnie nie interesuje – niezależnie od przyjętej teorii – ale nie znaczy to, że nie mam z nią styczności, co było drugą częścią wspomnianej przez Ciebie kwestii :) Nie doszukuję się teorii spiskowych, ale prosty, ekonomiczny argument burka bardzo do mnie trafia. Ze mną nie da się dyskutować, ale ja za niczym nie obstawiam – to Ty wykluczasz “wywołaną” awarię, jako zapewne fizyk jądrowy, rosjanoznawca. Cytuję:

Władimiry właśnie piły herbatkę i nawet nie zareagowały. Ot, w rurach coś zabulgotało… Naukowców trzeba było sprowadzać na miejsce z daleka, a i oni nie potrafili nic sensownego powiedzieć.

Nie brzmi to jak realna historia awarii na taką skalę. Co więcej, wikipedia nic nie mówi o Władimirach i bulgotaniu w rurach… Oczywiście śmieję się. Ale wikipedia podaje konkretne przyczyny katastrofy i nie mają one nic wspólnego z “bulgotaniem” w rurach. Cała właściwa tragedia rozegrała się w ciągu dwudziestu sekund, także nie wiem, kiedy oni o tych sensownych i niesensownych rzeczach rozmawiali i pili herbatkę. Co więcej, wiki podaje, że awaria wyszła przez wady reaktora, o których załoga nie była poinformowana i nawet nie brała ich pod uwagę. Dalej polecam przeczytać to na wiki, bo to tylko takie moje streszczenie. Nic natomiast nie widzę o ruskiej niekompetencji, piciu herbatki, czy “braku reakcji”.

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

mój błąd, w obiegu pierwotnym krąży chyba sód.. to + H2O z wtórnego obiegu.. rozszczelnione temp. płaszcze. Fakt, mogło kinetycznie pierdyknąć. co do wyrzucania w powietrze turbin turboelektrogeneratorów.. to polemizowałbym. pracowałem we francuskiej fabryce takowych i najlżejszy z produkowanych modeli ważył kilkadziesiąt ton. wybuch powstały na wskutek parowania całą objętością przegrzanego sodu, mógł co najwyżej wyboczyć wirnik turbiny, który jest sprzężony z kilkodziesieciotonowym elektrogeneratorem, ale na pewno nie mógł go wystrzelić. energia wybuchu poszłaby raczej bbokami, w niewielkim stopniu za pośrednictwem turbin, przemieszczając sam elektrogenerator.

Przecież napisałam o tym samym – niekompetencji Ruskich, którzy dość nieudolnie naśladowali Japończyków. Wszelkie wady i złe użytkowanie wzięło się z braku wyobraźni. Nie ze spisku z Amerykanami. Tam nikt nic nie wiedział, była kompletna dezinformacja i chaos. Ciekawe, że Ruscy budują Dugą, a inną drogą przybijają piątkę i planują z USA awarię. To cudowna teoria :D Polecam relacje pracowników, wykłady badaczy i, przede wszystkim, polecam tam pojechać. A co do “bulgotu w rurach”, jest to jedna z relacji pracowników. Zbagatelizowali odgłosy. Nigdzie nie napisałam, że awarię spowodowało bulgotanie w rurach, a gdybyś uważniej czytał, nie musiałabym się tłumaczyć z czegoś tak idiotycznego :P 

O piciu herbatki za to mówił polski badacz, który x lat bada katastrofę. Jak przypomnę sobie jego wykład na YT, to zedytuję, ma teorię na temat tego, że właściwie w Czarnobylu nic wielkiego się nie stało.

burku, w hali turbin słuchałam o tym, że mimo swojej wagi wyleciały w sufit ;>

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Kocham Cię Naz, naprawdę.

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

<3 <3 <3

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

No nie! tylko proszę mi tu bez nadinterpretacji;) nie pisałem że zssr do spółki z usa, tylko że jeśli coś w durnej , tępej, niewykształconej fizycznie opinii publicznej usa zadziałało że atom zły, to nie wierzę że zagrożeni rozwojem, taniej ekologicznej energetyki, nafciarze. Szukali by jakichś spisków:)

A coś tam o czernobylu kiedyś czytałem. I awaria nie była bynajmniej kwestią minut. To trwało parę godzin i było wiele tlefonów między kgb sterowanjet malcziki a cziernobylskaja elekrogenjeratornia. da da! najpjierw hołdomor, potiem atomor, a tieraz nawet Krym odebrali. Ot zuch maladiec KGB chłopaki!!

No właśnie to jest piękne w Czarnobylu :D Teorii jest tyle, że trudno zliczyć. Nie nabijajmy już offtopa, bo każde z nas będzie się wymądrzać, a może ktoś by tak opko chciał skomentować, że ładne albo chu… derlawe.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Początek jest ciekawy i bardzo wciągający, tylko – przeszkadza nadmiar ilustracji. Ciężko czyta się tak przeładowany zdjęciami tekst.  Przydałoby się co najmniej kilka usunąć.

Pozdrówka.

Ja przeżyłam czasy Czarnobyla i pamiętam totalną dezinformację, strach, nasłuchiwanie zachodnich stacji i wizyty po płyn Lugola. Potem wszystko wydawało się koszmarnym snem, tym bardziej że zło było niewidoczne. I pamiętam przerażenie, kiedy po trzech miesiącach zobaczyłam na poduszce włosy mojego kilkumiesięcznego syna. Nie da się tego opisać. Okazało się jednak, że to zwykła sprawa – długowłose niemowlaki często tak gwałtownie tracą pierwsze włoski.

A teraz do opowiadania – najpierw co mi przeszkadzało:  wyjątkowo przeszkadzały mi zdjęcia – ich nadmiar i prawdziwość sprawiały, że nie mogłam się skupić nad opowiadaniem. Jedno, dwa gdzieś na początku wystarczyłyby. A po drugie przeszkadzały mi zombiaki. Cholera, nie mogłaś wymyślić czegoś innego?

A poza tym? A poza tym bardzo mi się. A jeden fragment, zaczynający się od słów:  W szerokiej witrynie stała obszarpana kobieta. Wpatrywała się w nas tak zachłannie, że mimo przewagi i uzbrojenia zamarliśmy. – sprawił, że poczułam strach i mimowolnie rozejrzałam się po pokoju, upewniając się, gdzie jestem. Było sporo takich fragmentów.

Trochę mi się jednak pokałapućkało kto kogo i dlaczego pochłania, ale to drobiazg, ja po prostu tak mam.

Duże brawa za to opowiadanie.  Nominuję!

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Rogerze, Bemik, jeden z moich betujących (a może nawet dwóch, bo Kwisatz życzył sobie czytać bez zdjęć) też uznał, że zdjęcia przeszkadzają, ale reszta nie narzekała, więc postanowiłam zostawić. B.A. sugerował wstawić je w pierwszy komentarz. Moim założeniem było pokazać miejsce w momencie akcji, przeplatać świat realny z fikcyjnym, ale ten pomysł może być chybiony.

 

Bemik, nie zazdroszczę i nie potrafię sobie wyobrazić, jak to było. Niektórzy z moich bliskich reagują bardzo emocjonalnie na temat Czarnobyla i byli przerażeni, że tam jadę. Mi pozostało wysłuchać wielu historii i obejrzeć pozostałości, a i tak wywołało to we mnie dogłębne poczucie szacunku i wdzięczności dla likwidatorów oraz przerażenie tym, jak wielkie stworzono zagrożenie. Odniosłam wrażenie, że awaria to dla Ukraińców bardzo delikatny temat, coś jak pogrom Żydów dla Polaków.

Dziękuję za uznanie!

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

I bemik rozwiązała – przynajmniej chwilowo – moje dylematy, nim naprawdę zacząłem rozważać, czy takowe rzeczywiście istnieją. Mam zatem czas do ósmego, by dumać, co z Tobą zrobić, chudzinko.

Generalnie bardzo dobry, mocny, dojrzały tekst – czytałem z niesłabnącym zainteresowaniem, choć głód i zmęczenie.

Koncepcja takiej trochę stalkerskiej wyprawy w wydaniu zgrai emerytów bardzo fajna, w dodatku przekonująca, ale raz, że niewykorzystana tak, jak mogłaby być, a dwa, że jednak trochę przekombinowana fabularnie. Co prawda finalnie chyba rozumiem wszystko – a przynajmniej dosyć, by nie czuć potrzeby wgryzać Ci się w opowiadanie jak kornik – ale ogólny chaos informacyjny nie pomagał, bynajmniej.

No cóż, bibliotekę masz u mnie z marszu, o reszcie… będę dumał.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Mnie wręcz przeciwnie, nie przeszkadzała ilość zdjęć – jakbym czytał reportaż, fantastyczny reportaż :)

F.S

O, cieszę się bardzo! Dziękuję za ocenę :)

 

Cieniu, dziękuję, polecam się, mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej = bez dumania ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Też mam taką nadzieję.

A zdjęcia i mnie się podobały, raz, że same w sobie, dwa, jako ozdobnik i uzupełnienie tekstu.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ugh, mocno i przejmująco. Na tyle, że nawet najsłabszy element, czyli sunące z wyciągniętymi rękami zombiaki, nie potrafił tekstowi zaszkodzić.

Co do zdjęć – jak Foloin uważam, że nadają tekstowi charakter niesamowitego reportażu.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Tekst ma niesamowity klimat, bardzo mi się podobał. Trzymam kciuki za wygraną w konkursie i kibicuję, aby tekst dostał piórko. Przeczytałam z przyjemnością!

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Już pisałem, że świetne :-) pardon ale wrócę na chwilę do kwestii urazowej -> zwichnięcia są bardzo groźnym typem urazu, groźniejszym niż złamanie (nie mówię tu o złamaniu otwartym, wieloodłamowym i z przemieszczeniem) ponieważ oznacza to całkowitą dyslokację powierzchni stawowych co powoduje uszkodzenie (rozerwanie) okolicznych struktur – torebki stawowej, mięśni, ścięgien, nerwów i naczyń krwionośnych. Czyli w skrócie -> spora szansa na unieruchomienie + wykrwawienie. A wracając do opowiadania – Naz, urzekłaś mnie!!! :-)

Miód się leje, aż można się poślizgnąć :P Na szczęście ja zawsze na diecie i tyle miodu nie jem, to mi nie zaszkodzi.

śniąca, wiem że zombiakowe motywy słabo mi wychodzą… Nigdy ich nie lubiłam, a jednak czasem gdzieś je wcisnę. Kto nie próbuje, to się nie nauczy. Pewnie można było trochę inaczej opracować motyw ludzi, którzy tkwią między wymiarami i absurdalnie potrzebują większych dawek promieniowania, żeby się ratować. Skoro jednak nie zaszkodziło to, co jest – całe szczęście. Dziękuję za punkt!

Morgiano, cieszę się i dziękuję za pomoc, ocenę oraz dobre słowo :) Tak samo tobie, Banshee. Dla niewtajemniczonych wyjaśnię, że dywagowaliśmy nad urazem pilota, krążyliśmy w okolicach miednicy i biodra, zwichnięć, złamań, pęknięć i skutków dla organizmu.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

“…pod czujnym i surowym wzrokiem dziadka.“ – pod okiem

 

“…zaraz po tym ze strony, od której przybyliśmy, dotarły kolejne krzyki.” – ze strony?

 

“…stanęliśmy przed dwójką zaczajonych na nas mężczyzn.” – Pewnie się czepiam, ale “dwójka mężczyzn” mi zgrzyta; jak wiemy, że obie postacie są płci męskiej, to: dwóch mężczyzn.

 

Muszę się zastanowić, bo sama nie wiem, co o tym myśleć. Podoba mi się żarłoczny obcy wymiar, nie podoba mi się jednak bardzo pomysł na zakończenie. Jest taki… oklepany.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

joseheim, dzięki, zaraz poprawię, co nie jest łatwe, bo muszę zachować 40000 znaków :P Jestem nasiąknięta Dniem Świstaka jak gąbka, więc w ogóle nie oponuję, że motyw oklepany. Ale jakoś bardzo mi tu pasował. Były dwa podobne głosy podczas bety, niezadowolone z końcówki, jak i osoby bardzo zadowolone. Zastanawiałam się nad tym dwa dni i podjęłam decyzję, że zakończenie zostaje, bo je czuję. Wszystkich zadowolić nie sposób, a wbrew sobie występować trudno…

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Podoba mi się, że do napisania fantastycznej opowieści posłużyłaś się autentycznym zdarzeniem, a osobiste doświadczenia i obserwacje bardzo umiejętnie wykorzystałaś przy opisywaniu miejsc, w których rozgrywają się kolejne sceny, dzięki czemu, w moim odczuciu, historia stwarza wrażenie autentycznej i wiarygodnej.

Mam wrażenie, że w opisanym miejscu mogło wydarzyć się wszystko. Także po wielokroć i równolegle. No, może tylko banalne, krwiożercze zombiaki nie pozwalają zapomnieć, że to jednak fantastyka.

Bardzo dobre wykonanie jest dodatkową zaletą opowiadania.

 

– Od­kry­li­śmy to, gdy je­dy­ną osobą, z jaką na­wią­za­li­śmy kon­takt… – – Od­kry­li­śmy to, gdy je­dy­ną osobą, z którą na­wią­za­li­śmy kon­takt

 

Psia krew, ktoś tu jest!Psiakrew, ktoś tu jest!

Sasza nie mówi o psiej jusze, on przeklina.

 

Wy­wlókł spod swe­tra pła­ską pier­siów­kę… – Masło maślane. Piersiówka jest płaska z definicji.

 

Wizje fan­ta­stów spraw­dzi­ły się, psia mać… – Wizje fan­ta­stów spraw­dzi­ły się, psiamać

Kowalczuk nie mówi o psiej mamie, ale wypowiada przekleństwo.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Reg, już poprawiam. Nauczyłam się czegoś o psiej krwi i maci ;) Ech, jestem zombiowym fiaskiem… Następnym razem spróbuję jakoś inaczej.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Mam nadzieję, że inaczej, znaczy także jeszcze lepiej. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo zacne opowiadanie, ciekawa historia, trochę poszerzyć wiedzę można, interesujące zdjęcia. Ogólnie zajmujące. Gratki.

Zdjęcia owszem, przeszkadzały w lekturze ale są tak świetne, że nie przeszkadzało mi to, że przeszkadzały :) Za temat (ech, planowaliśmy z mężem w podróż poślubną się udać do Czarnobyla, ale nie wyszło :() i zdjęcia klepię :)

I wpadło! :) Dziękuję pięknie. Nie przeszkadzało, że przeszkadzały, uff, balansuję tu na krawędzi pewnej dozy niezadowolenia odbiorców, które jednak wciąż przegrywa ;) A na kolejną podróż poślubną nigdy nie jest za późno!

 

Blackburnie, wielkie dzięki za ocenę i polecenie, cała przyjemność po mojej stronie, skoro się podobało.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

A na kolejną podróż poślubną nigdy nie jest za późno!

Czy będą kolejne podróże poślubne zależy też od tego, ile razy planujesz wyjść za mąż… ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem. Podobało się. Cały czas czekam, Magdo na Twoje wiersze. Pozdrawiam uśmiechnięty.

Skusiły mnie bardzo liczne, bardzo dobre komentarze, więc zacząłem czytać.

Niestety jak skończyłem – prawie nic nie rozumiałem z tekstu.

Mnóstwo niedopowiedzeń, zarówno w postaciach (np. do teraz nie mam pojęcia kim-czym jest biorobot, nie znam takiego pojęcia, owszem z lekka się domyślam, ale to wg mnie za mało), jak i w opisach (lecieliśmy nad ulicą taką… gdzieś obok pomnika takiego… tak jakby opowiadanie było przeznaczone tylko dla bywalców Czarnobyla, którzy oczywiście wiedzą, gdzie to jest. W sumie gdyby nie obrazki, to bym nie miał zielonego pojęcia jak taki pomnik wyglądał, albo takie rusztowanie, że ono takie wysokie itd – ale stosowanie obrazków w miejsce opisów nie kojarzy mi się zbyt dobrze). Albo cóż to takiego to Oko Moskwy? Do tej pory tego nie wiem. Bardzo wiele takich muśniętych tematów bez żadnego wprowadzenia, wyjaśnienia, powiązania…

Dość rażące były niektóre przenośnie, np. ta nazywająca tych niby zombi (do tej pory nie kapuję co to za jedni) “potępieńcami”. Słowo “potępieniec” ma swój wyraźny desygnat w sferze religijnej, magicznej itd… oczywiście, można czasem użyć tego do zupełnie innych sytuacji, ale wiesz… nie każda przyprawa będzie pasowała do każdej zupy. Tu akurat mnie tym słowem skonsternowałaś, zacząłem się cofać w tekście sprawdzając, czy czasem nie przeoczyłem jakiegoś faktu kierującego akcję na inne tory. Niepotrzebnie zostało to użyte wg mnie. 

Podobnie rzecz się ma z tekstem

Cudem zapanowałem nad zwieraczami, gdy monstrualnym wysiłkiem wciągnąłem biorobota na poszycie lasu.

Kompletnie mnie to zdezorientowało… czy to miało być robotniczo-wulgarne, czy zabawne? Bo mogłoby śmiało być takie, albo takie, ale z jakąś wcześniejszą informacją np. o biegunce u głównego bohatera. A tak, to ni z tego ni z owego wyskakiwały a to zwieracze, a to potępieńcy. 

Motyw, że uzbroili bioroboty w łuki i maczety byłby całkiem dobrym humorystycznym motywem, gdyby nie to, że opowiadanie miało być raczej na poważnie, prawda?

Albo taka kwestia, że doświadczony pilot śmigłowca (żołnierz, i to nie byle jaki, byle kto do floty powietrznej raczej nie jest przyjmowany)… ot tak, spanikował przy lądowaniu i zapomniał, że tam jakieś dziury były… później wyjaśniło się co to w ogóle za dziury, ale w tamtym momencie zabrzmiało to kuriozalnie. Ale niech będzie, że chodziło o dziurę między światami… czyli żołnierz  spanikował i zapomniał, że ona tu jest? Przecież leciał ze świadomością, że nie jest to przejażdżka, ani pole bitwy, wiedział że jest tam jakaś “dziura”, skoro ją wspomniał… szybko zapomniał. Tam co prawda jest na początku wypowiedzi informacja że “to gówno się powiększa”, ale za Chiny nie skojarzyłem tego ze zdaniem, o tym że zapomniał, że tu są dziury. Może wartoby ten akapit trochę przerobić, bo teraz jest wg mnie bardzo niejasny, a mógłby całkiem nieźle zaintrygować.

No i później ten pilot ze strzaskaną nogą i notorycznie omdlewający ma prowadzić śmigłowiec… o ile mi wiadomo do prowadzenia śmigłowca potrzebne są obie sprawne ręce i nogi, oraz dobra koordynacja między nimi. Oczywiście literatura jest o rzeczach niezwyczajnych, a nie o zwyczajnych (nikt by takich nie czytał), ale czy nie lepiej byłoby w jakiś sposób podkreślić np. poświęcenie, bohaterstwo, czy co tam jeszcze tego pilota? Dodałoby to dramatyzmu akcji. A tak pilot prawie bez nogi wsiadł i poleciał…

I jeszcze ta Klawdia, którą zombi zabiła i zaczęła zżerać na oczach biorobotów… tak ją chwalili, tak się podobała i co? I nic. Jej śmierć zdawała się nie zbudzać niczyjej rozpaczy. Może bioroboty są odporne na emocje? Tego nie wiem, bo o tym w tekście nic nie ma.

Tak w ogóle zaraz pomyslałem: dlaczego te zombiaki nie zżerają siebie na wzajem? To są wyglodniali ludzie, czy faktycznie żywe trupy? Też nie dowiedziałem się z tekstu

Kolejnym niedomówieniem, którego zaledwie mgliście się domyslam, to owa zona… dlaczego ona się rozszerza? co to jest? ba! nawet się rozzlewa… potem się okazało, że tam jakieś gady chodzą… ale dlaczego za zonę nie wychodzą? czy chodziło o to, że ta zona to jest jakby zasięg tego alternatywnego świata? Jeśli tak, to niestety w tekście tego nie wyczytałem.

Zbyt wiele pytań bez odpowiedzi. Lubię się domyślać, ale niestety w tym tekście byłem długo pogubiony.

 

 

Z dobrych rzeczy:

Ładnie zbudowane zdania, dobrze rozłożone napięcie (niby takie powolne, ale cały czas prące do przodu jak czołg, podobało mi się to). Sporo wyjaśnił generał siedzący na rusztowaniu – to mi się podobało. Gdyby choć część tego wyjaśnienia przmycić do wcześniejszych partii tekstu nie plątałbym się po nim jak ślepy. Generał wyjaśnił sporo… ale i tak nie dowiedziałem się wielu rzeczy, a inne wydawały mi się jakoś zbyt luźno powiązane (np. napromieniowanie “Cara”… ale to tak enigmatyczny był opis, że można do tego zbyt wiele hipotez dorobić)

Ogólnie warsztatowo całkiem fajnie, pomysł też dobry, choć niedostatecznie wyeksploatowany,  sporo niedopowiedzianych, potraktowanych po macoszemu wątków (może trzeba było zmniejszyć ich ilość), a zakończenie… no myślałem już, że położysz oklepanym motywem “to mi się wszystko przyśniło” wszystkie te dobre strony, ale jednak wybrnęłaś z tego całkiem zgrabnie z tą datą. To dawało do myślenia i również mi się podobało

Moim zdaniem, Gostomyśle, troszkę przesadzasz. Opis trasy jest jak każdy inny – gdybyś czytał o spacerze przez Ułan Bator też byś narzekał, że nie znasz topografii miasta? A jak mowa o opowieści fantasy i jakimś quasiśredniowiecznym miasteczku, przez które wędruje bohater?

Oko Moskwy to obiekt, który wydawało mi się, że jest dość znany. Jest wystarczająco opisane i zdefiniowane w opowiadaniu. Jak nie, to zawsze zostają wujek gogle i ciocia wiki (sama korzystam, czytając różne teksty i wcale się tego nie wstydzę).

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ryszardzie, kompletnie zapomniałam! Poprawię się. Dziękuję, że zawitałeś.

 

Gostomyśle, faktycznie pogubiłeś się, czemu się nie dziwię, bo ja potrafię pogubić. Co do potępieńców, zmieniłam to określenie w dwóch miejscach, bo zaznaczał mi to jeden betaczytacz, ale widocznie umknęło mi gdzieś jeszcze i nie raziło. Na początku, gdy lecą śmigłowcem, wyjaśniam, że biorobot to likwidator awarii z osiemdziesiątego szóstego. Cała reszta – za mały tu limit znaków, żeby wszystko wyjaśniać, a i opko miało płynąć, nie być podręcznikiem. “Zombie” nie zjadały się nawzajem, ponieważ byli to ludzie tylko trochę poszkodowani w katastrofie w osiemdziesiątym szóstym, przez co nie przeszli całkowicie do nowego wymiaru. Wymiar pożerał wszystkich nienapromieniowanych, a “zombie” utkwili trochę w jednym, trochę w drugim wymiarze. I chcieli się napromieniować, by wrócić, by się ratować. Dlatego jedli ubrania strażaków, ciała biorobotów, lizali konstrukcje… Opowiadanie miało być poważne tylko częściowo, tam, gdzie mowa była o faktach, natomiast reszta miała być raczej groteską, gdzie absurd miesza się z żałością. Spróbuję później napisać coś jeszcze, ale teraz muszę wyjść. Dziękuję, że podjąłeś się lektury i obszernej opinii!

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Opis trasy jest jak każdy inny – gdybyś czytał o spacerze przez Ułan Bator też byś narzekał, że nie znasz topografii miasta?

A Ty byś w ogóle coś zrozumiała z opisu trasy, który nie jest opisem tylko serią wymienianych, obco brzmiących nazw ulic i placów? Szliśmy  ulicą taką, skręciliśmy w plac… taki…

To ma sens dla np. Polaka przy ulicach Warszawy, boo jest podejrzenie, żee Polak mógł się o to oprzeć. W innnym przypadku taka trasa bez opisania czy budnki są takie, czy siakie, czy jest tłum, czy nie, czy są przestrzenie, czy zaułki, czy na ulicy są wraki samochodów, czy nie… czytelnik gubi klimat miejsca wg mnie

A jak mowa o opowieści fantasy i jakimś quasiśredniowiecznym miasteczku, przez które wędruje bohater?

To są właśnie te momenty, gdzie wielu czytelników się gubi… Co innego komiks, a co innego książka. Książka bazuje na opisach, komiks na obrazkach

Jak nie, to zawsze zostają wujek gogle i ciocia wiki (sama korzystam, czytając różne teksty i wcale się tego nie wstydzę).

Śniąca… to był żart, prawda???? Mam czytać książkę i co chwilę sprawdzać ww wikipedii, co tam do mnie autor mówi? Już sobie wyobrażam wyjazd z taką książką pod namiot. Sorki, ale w ogole nie przyjmuję tego do wiadomości. Tekst nie musi mi tłumaczyć wszystkiego o oku, ale niech je chociaż opisze jak wygląda, gdzie stoi, w sąsiedztwie jakich budynków, do czego służyło… maciupkie wprowadzenie i resztę można zostawić już wyobraźni czytelnika, albo nawet wikipedii (jak go zaintrygują te drobne informacje na jego temat), ale pozostawienie czytelnika z masą niedopowiedzianych spraw i kazać mu szuukać w wikipedii… nie kupuję tego :)

Bardzo fajne opowiadanie. Najbardziej podobały mi się zdjęcia, zarówno stare jak i nowe, przedstawiające poszczególne części miasta. Co mnie najbardziej zaciekawiło to że sarkofag został tak szybko ukończony. Nie wiem jak to dzisiaj wygląda, ale wydaje mi się, że rozbudowa tak ogromnej osłony trwałaby dłużej. Historia mi się spodobała i za sprawą fotografii (będących świetną ilustracją do miejsc) jak i całej akcji. 

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Na początku, gdy lecą śmigłowcem, wyjaśniam, że biorobot to likwidator awarii z osiemdziesiątego szóstego

Tak, ale mnie interesowało: dlaczego robot? Mi się najpierw z cyborgiem skojarzyło… potem myślałem, że tekst pójdzie w stronę jakichś eksperymentów na ludziach… nawet jeślil to było tylko takie przezwisko – warto, aby tekst to zaznaczył. 

“Zombie” nie zjadały się nawzajem, ponieważ byli to ludzie tylko trochę poszkodowani w katastrofie w osiemdziesiątym szóstym, przez co nie przeszli całkowicie do nowego wymiaru. Wymiar pożerał wszystkich nienapromieniowanych, a “zombie” utkwili trochę w jednym, trochę w drugim wymiarze. I chcieli się napromieniować, by wrócić, by się ratować. Dlatego jedli ubrania strażaków, ciała biorobotów, lizali konstrukcje…

No zgadza się, te motywy były w tekście, ale za diabła nie mogłem ich ze sobą powiązać, a o uwięzieniu między wymiarami to już zupełnie. Coś tam na koniec mówił generał, ale nadal miałem niedosyt w tych wyjaśnieniach i wiele wątków nie mogłem powiązać.

Opowiadanie miało być poważne tylko częściowo, tam, gdzie mowa była o faktach, natomiast reszta miała być raczej groteską, gdzie absurd miesza się z żałością

A jednak. Jest tam kilka takich elementów w tym kierunku… ale moim skromnym zdaniem dla uzyskania efektu groteski należałoby ją bardziej uwypuklić. Ja nie odniosłem wrażenia absurdu i groteski tylko zobaczyłem w wyobraźni obraz zużytego super-bohatera po przejściach, który jest zgorzkniały i pełen sarkazmu. I zdaje się, że nie ja jeden – podobną opinię odnotowałem u Cienia Burzy.

Śniąca… to był żart, prawda???? Mam czytać książkę i co chwilę sprawdzać ww wikipedii, co tam do mnie autor mówi?

Nie, to nie był żart. I znów bez przesady – wcale nie co chwilę. Raz na ileś tekstów, to wcale nie tak często. Jeśli coś mi nie wynika z kontekstu, lub wynika za słabo, zaznaczam/odnotowuję sobie i sprawdzam.

A trudno, żeby przy narracji pierwszoosobowej, gdy bohater zna coś na wylot, opisywał i definiował to szczegółowo na potrzeby czytelnika. To by dopiero było sztuczne i nudne. W Czarnobylu nie byłam, ale nawet przy tak ogólnym pojęciu o zonie i okolicy jakie mam, opis przedstawiony przez Naz jest dla mnie wystarczający.

 

Edycja.

PS. Oczywiście, to tylko mój punkt widzenia – Twój, czy kogoś innego wcale nie musi być taki sam :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dla mnie opowiadanie jest absolutnie czytelne.

Moim zdaniem, Enazet nawet nie musiała posiłkować się fotografiami. Wystarczy że czytelnik wie, co w Czarnobylu wydarzyło się trzydzieści lat temu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A trudno, żeby przy narracji pierwszoosobowej, gdy bohater zna coś na wylot, opisywał i definiował to szczegółowo na potrzeby czytelnika.

Śniąca – Ależ skąd – to kwestia przyjęcia odpowiedniej narracji,nawet w pierwszej osobie

 

Reg – w takim razie jestem pełen podziwu. Ja niestety gdyby nie fotografie, to bym zobaczył zupełnie coś innego. Np. w życiu bym sobie nie wyobraził tak wielkiego rusztowania na bazie słowa “rusztowanie”, bo nie kojarzy mi się to z czymś szczególnie wysokim, a do tego wolno stojącym. Moja wyobraźnia niestety jest ograniczona i żąda literek wink

Gostomyśle, czy nie wystarczy wyobrazić sobie teren wokół zrujnowanej elektrowni? Tam chyba nic nie było w wersji mini.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Noooo, szybko wyskoczyło z Bety do Biblioteki :)

Dj sobie przeczyta, bo ma kolegę, który zwiedzał i focił. Podobno wstrząsające przeżycie.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Reg – skąd mi to wiedzieć? To trochę jak jechać w jednym przedziale z dwoma ludźmi, którzy się dobrze znają i słuchać jak opowiadają o znajomych, o klubach, o wydarzeniach – nic nie opisują, bo się znają i wystarczą im krótkie hasła. Ale ja jako osoba siedząca z boku nie wiedząc tego co oni wiedzą nie czuję, że zostało powiedziane coś śmiesznego, coś strasznego, coś zastanawiającego.  

Skrótami myslowymi to lepiej pisać list do znajomych – tam nie trzeba niczego wyjaśniać. Natomiast czytelnik jest różny – Ty masz wiedzę o Czarnobylu, mnie ten temat nigdy nie pociągał i choć też mam jaką wiedzę mimo to, to nie wiem (bo wiedzieć nie mogę skoro nie sprawdzałem), czy ta wiedza tak na prawdę nie jest czasem moim wyobrażeniem tematu

Gostomyśle, Enazet nie snuje opowieści o osobistych przeżyciach z życia prywatnego i nie posługuje się skrótami myślowymi. Zaczynam podejrzewać, że Twoje problemy ze zrozumieniem tego opowiadania biorą się raczej ze szczątkowej wiedzy o Czarnobylu. Nie jest winą Autorki, że sprawa katastrofy atomowej, która trzydzieści lat temu wydarzyła się w czarnobylskiej elektrowni jądrowej, Ciebie akurat, jak sam napisałeś, nie pociąga. Nie możesz mieć pretensji do Autorki, że najlepiej jak umiała napisała opowiadanie o zdarzeniu, które Cię raczej mało obchodzi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Gostomyśle, na wszelkie bory iglaste, z DWOMA LUDŹMI? ;)

Rozumiem twoje oczekiwania, ale niestety, chyba im nie sprostam. Może brakuje mi warsztatu na tyle, by to wszystko było w stu procentach obrazowe. Cieszę się, że odnalazłeś plusy i minusy. Wydaje mi się, że zawsze jest pewna przepaść między opisującym a odbiorcą – ja to wszystko widzę przed oczami, staram się jak mogę oddać te obrazy, ale nie sprawię, Gostomyśle, że będziesz miał moje wspomnienia i wiedzę w swojej głowie :( Chociaż, oczywiście, wydaje mi się, że są tacy pisarze – wielcy pisarze. Czujesz wszystko, smaki, zapachy, słyszysz dźwięki. Ale gdzie mi tam do nich, ja dopiero się uczę. Musiałam też wyrzucić łącznie piętnaście tysięcy znaków, żeby się zmieścić, głównie z opisów. Dodatkowo myślę, że Reg i śniąca podają rozsądne argumenty.

 

Proroku, bardzo się cieszę, że zdjęcia przypadły ci do gustu! Było mało czasu na wszystko, bo chcieliśmy oglądać jak najwięcej przez te kilka dni, więc latałam obwieszona trzema aparatami i pożyczoną kamerką na dwumetrowym kiju, mając nadzieję na jakieś dobre ujęcia… U mnie na fejsie znajdziesz publiczny album z większą ilością zdjęć, a i tak zdążyłam na razie wrzucić ledwie ułamek – na komputerze mam dwa tysiące fotek…

Co do sarkofagu, nasuwają go pod koniec tego roku. Miłośnicy Zony już są cali chorzy i zmawiają się jak na przylot UFO. Dziwię się, że przed elektrownią nie zaczęli jeszcze stawiać namiotów i rzędów krzeseł… ;)

 

Dju, wstrząsające to niezłe określenie.

 

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

@c21h23no5.enazet – Na pewno zajrzę, zdjęcia wplecione w opowiadanie – tak jak wcześniej wspomniałem – bardzo mi się podobały, więc z chęcią zobaczę inne pocztówki z Zony. Co do miłośników… hm… chyba muszą czuć się jak przed koncertem jakiegoś zespołu muzycznego :)

"Póki w sercu płonie ogień, póki temu dusza tworzy."

Mam wrażenie, że zdjęcia nie pomogły tekstowi. I bez tego jest dosyć chaotyczny, a tu jeszcze co chwila odrywałam się od historii, żeby obejrzeć obrazki. A potem wracałam do literek i miałam dylematy w stylu “o, to Zacharij nie żyje? Co mu się stało?”, a za moment “a nie, żyje, bo się śmieje”.

Też nie załapałam, po co zombiakom krew i ciało biorobotów. A i Twoje wyjaśnienia do mnie nie przemawiają. Nie znam się, ale krew chyba stosunkowo szybko się wymienia, więc po kilkudziesięciu (sądzę, że osadziłaś tekst gdzieś w okolicy współczesności) latach powinna promieniować mniej więcej tak samo, jak krew człowieka w ogóle nieskażonego.

Ale pomysł na barierę oddzielającą napromieniowanych od reszty świata bardzo fajny. Mam wrażenie, że słabo wykorzystany, ale zapewne marudzę, bo ja bym to zrobiła inaczej. ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytałem z zainteresowaniem.

 

 

 

 

 

:-D

 

No dobra:

– zdjęcia – ciekawe, obrazują miejsce akcji, ale miałem wrażenie, że było ich za wiele, wytrącały mnie z klimatu opowiadania.

– zombie – ech… Pozwolisz, że człapiący normalsi-mutanci, którzy chcą się napromieniować i zjadają w tym celu weteranów z ‘86 , pozostaną bez komentarza

– pomysł na tekst, powrót do Zony celeem ponownego ratowania świata poprzetykany retrospekcjami i nawiązaniami do dawnej katastrofy – bardzo mi się

– rozwiązanie/wyjaśnienie wątku, autonomiczność zony i TO, CO PRZYCHODZI BRAMĄ – w porzo. Finalny twist też niezły, spodobał mi się mimo pewnej wtórności.

 

Idę się przespać z tekstem ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Reg – zatem potwierdzasz moje obawy, że jest to tekst skierowany do wąskiej grupy ludzi interesujących się Czarnobylem. Szkoda, bo wystarczyłoby go lekko podrasować, kilkanaście zdań przebudować i bez zwiększenia ilości znaków zwiększyłaby się liczba potencjalnych odbiorców. Tym bardziej, ża jak już wspominałem: tekst ma potencjał, ale nie jest on w pełni wykorzystany

 

Gostomyśle, na wszelkie bory iglaste, z DWOMA LUDŹMI? ;)

A widzisz… to ten pośpiech i moja ortografobia laugh. Oczywiście, że powinno być DWIEMA LUDŹMI. Wiadomo, rodzaj żeński: JEDNA LUDZIA, DWIE LUDZIE, MNÓSTWO LUDZIÓW wink

 

Poza tym: tyle mogę ci odpowiedzieć, co i Reg powyżej, toteż zachęcam zajrzeć o kilka wersów wyżej. 

 

Powodzenia!

Finklo, to, że coś się spodobało, to dla mnie wielki sukces! (mam skądś przeświadczenie, że jesteś bardzo surowym odbiorcą) Wiem, że części odbiorców obrazki przeszkadzają, ale dwóch wersji jednego opka nie zrobię :< Co do krwi, nie oczekiwałabym racjonalności po ludziach uciekających przed radioaktywnymi “dinozaurami”… :P Dziękuję za lekturę! Może kiedyś mi się uda zadowolić cię w pełni jako odbiorcę.

 

Fiszu, śpij, śpij, i niech cię we śnie gonią radioaktywne dinozaury, domagające się przechylenia szali na plus :P

 

Gostomyśle, czy ja wiem, czy do wąskiej grupy… Jeśli takie jest twoje wrażenie, biorę je do serca jak wszystkie inne uwagi i zapamiętam na przyszłość.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Żeby nie było: nie twierdzę, że obrazki są złe (bo i nie są). Tylko rozpraszają.

Babska logika rządzi!

Nie, Gostomyśle, żadnych Twoich obaw nie potwierdzam. Ani mi to w głowie! I nie, nie należę do, jak ją nazwałeś, wąskiej grupy interesujących się Czarnobylem. Czarnobyl mnie nie interesuje, ale o nim wiem. I ta niekompletna wiedza wystarczyła, bym pojęła opowiadanie i uznała je za napisane naprawdę dobrze, bardzo ciekawe i godne piórka.

Od wczoraj staram się uzmysłowić Ci, że wszelkimi siłami starasz się zrzucić na Enazet winę za własne wątłe pojęcie o fakcie z nie tak odległej, ale jednak już  historii. Gostomyśle, proszę raz jeszcze – nie miej pretensji do Autorki o to, że nie wyłożyła przed Tobą kawy na ławę, że napisała opowiadanie, zamiast zaproponować Ci komiks.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Od wczoraj staram się uzmysłowić Ci, że wszelkimi siłami starasz się zrzucić na Enazet winę za własne wątłe pojęcie o fakcie z nie tak odległej, ale jednak już  historii. Gostomyśle, proszę raz jeszcze – nie miej pretensji do Autorki za to, że nie wyłożyła przed Tobą kawy na ławę, że napisała opowiadanie, zamiast zaproponować Ci komiks.

Załapałem się jeszcze na Czarnobyl, wiem tyle, ile większość ludzi w moim wieku o tym wydarzeniu – może nawet trochę więcej. Ale błagam Cię Reg – nie mieszaj wiedzy o fakcie wybuchu w elektrowni atomowej, oraz różnych związanych z tym następstw, spekulacji i całej tej atmosfery z WYMOGIEM ZNAJOMOŚCI MAPY MIASTA, architektury poszczególnych ulic, placów – których nazwy nie do końca wiem po co się pojawiają (nazwy ulic miałyby sens, gdyby z nimi wiązała się akcja, albo gdyby to było miasto dużo bardziej znane dla polskiego odbiorcy, np. centrum Warszawy). 

Autorka niestety nie pokusiła się nawet o kilka słów ws otoczenia, co pozwoliłoby jej odmalować nastrój, albo wyjaśnić kilka kwestii. Np. mnie jako czytelnika nie interesowało, że jakiś tam budynek był budynkiem poczty – mnie interesowało, czy był wysoki, albo niski, czy był daleko, albo blisko (gdyby np. było napisane, czy ulice są szerokie czy wąskie, to bym się też domyślił). Odległość i układ budynków (zwarte, czy luźne z przestrzeniami pomiędzy) akurat miała większe znaczenie dla akcji, dla poczucia zagrożenia głównych bohaterów. Po co czytelnikowi ta “poczta”? Zagracanie tekstu.

Tak samo wypisywanie tych wszystkich nazw ulic – zagracanie. Większość czytelników i tak intuicyjnie to pomija, skoro te nazwy nie mają znaczenia dla akcji. Znacznie lepiej byłoby wg mnie dla akcji, gdyby zamiast wymieniać nikomu niepotrzebne nazwy ulic napisać po prostu “lecieli nad wieloma ulicami” – finito.

A zarzut, że jestem historycznym ignorantem bo nie znam nazw i układu ulic Czarnobyla… cóż… włożę pomiędzy opowieści z dziedziny fantastyki.

 

I jeszcze jedno – Akurat moje pojęcie o Czarnobylu jako wydarzeniu jest nie najgorsze, choćby z racji tego, że jestem miłośnikiem historii w większej mierze niż fantastyki. Natomiast doskonale wiem (i pewnie większość z nas wie), że przynajmniej ¾ ludzi w naszym kraju w wieku 20-35 lat nie umiałaby powiedzieć nic na ten temat. A na zachodzie pewnie 90% ogółu społeczeństwa. To nie znaczy, że takie opowiadanie by ich nie zainteresowało. Czemu nie! Tyle że należałoby ich nieco bardziej wprowadzić w temat, dać choćby namiastkę informacji i opisów. W innym przypadku jest to opowiadanie niszowe, dla garstki najlepiej zorientowanych… ewentualnie dla tych, którym te braki nie przeszkadzają.

Dyskusja o tym zaczyna przypominać gombrowiczowskie “Słowacki wielkim poetą był” – a “Czarnobyl wiekopomnym wydarzeniem był” również…

Nie ma sensu się o to spierać. Niech Fantastyka po prostu to wydrukuje na papierze i zbierze opinie czytelników, wtedy się okaże kto ma rację. Może wcale nie ja?

Gostomyśle, żeby Fantastyka coś wydrukowała na papierze, to nie takie hop siup. Przydatne uwagi zawarłeś w powyższej wypowiedzi i zapamiętam je sobie. Zapewne porzuciłam takie opisy ze względu na limit znaków, zdjęcia, skupiłam się też na przeplataniu faktów z fikcją, znękanym bohaterze, jego wspomnieniach i odbiorze Zony jako czegoś podobnego biorobotom – jest zniszczona, zawalająca się, rozbierana przez złomiarzy, niknąca w morzu drzew. Jakbym miała 80 tys. znaków do dyspozycji, pewnie byłbyś bardziej usatysfakcjonowany, bo pozwoliłabym sobie na więcej opisów, a tak miałam dużo akcji i wszystko musiałam skracać. Nie sądziłam też, że powinnam zagłębiać się w architekturę, którą generalnie trudno oddać, bo tam przyroda walczy z kamieniem. A co do waszej dyskusji, nie krępujcie się, siedemdziesiąt pięć komentarzy, może dobijemy setki :)

 

Edit: A co do nazw ulic, po prostu wydało mi się to takim… oddaniem szacunku i drobnym smaczkiem.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Świetny tytuł.

Świetne jest też to, jak się czuje Twoją inspirację, jest tutaj niemal namacalna. Pewnie zdjęcia też w znacznym stopniu za to odpowiadają ;) 

W każdym razie czuć, że wyprawa Tam musiała być dla Ciebie bardzo poruszająca, a mnie za to porusza to, w jaki sposób historia+osobiste doznania tworzą naprawdę fajny kawałek pisania.

Przyznam, że również czytałam z pewnym poczuciem chaosu, nie wszystko było dla mnie jasne, a do zdjęć miałam nieco mieszane uczucia – bo z jednej strony nieco rozpraszały, z drugiej ilustrowały i pomagały mi wyobrazić sobie miejsca i obiekty, z trzeciej są ciekawą wartością samą w sobie i sama nie wiem, czy nie wolałabym obejrzeć ich sobie osobno, na przykład przed czytaniem.

Przeszkadzał mi też nieco pewien nadmiar postaci, których rola głownie sprowadzała się do tego, by zginąć, co jeszcze w sumie nie jest złe, bo taki charakter opowiadania i chyba tak musi być jak pojawia się jakiś rodzaj zagłady i jakiś rodzaj zombie, ale wówczas warto, żeby ta ich śmierć niosła więcej emocji, imo. Tutaj, jak ktoś już wspomniał powyżej, bohaterowie dziwnie szybko przechodzą nad tym do porządku dziennego i to zgrzyta.

Natomiast to, co wyszło naprawdę fajnie, to klimat tej tajemniczej, niejasnej grozy, splątanej z przeszłością bohatera, ale jednak nieznanej, innej, obcej. Podobało mi się zapętlenie na końcu, bo to dodatkowo podkreśliło związek tych dwóch wydarzeń, umocniło też znaczenie tytułu. Pomysł na zombiaki – oryginalny mimo wszystko, też mi się podobał, zresztą wydaje mi się, że świetnie się zgrywał ze scenerią, uzasadniony też porządnie, choć nie wiem jak tam z prawdopodobieństwem, ale pal licho ;)

Po upojnej nocy komentarze mam takie:

 

Świetny, przyciągający tytuł bardzo ładnie rozwiązuje się w sposób, którego nie oczekiwałem – biorobot to takie piękne pomieszanie z poplataniem. Dalej, wejście do Zony, atmosfera chaosu i niewiedzy oddane są bardzo bardzo. Natomiast zdarzenia w samej strefie trudno mi umiejscowić, piszesz o miejscach tak, jakbyś opowiadała to komuś, kto je zna. Gdyby nie zdjęcia, które nadal uwierają przez ich ilość, zgubiłbym się w terenie.

Zombiakowosc mnie najeżyła, dobrze, że przynajmniej splotłaś ją z zagadką Zony. Rozwiązanie tajemnicy w długiej rozmowie – też zdało mi się takie na skróty, pospieszne. Nie ma tam miejsca na wątpliwości, czy czasem generał nie łże, czy te binokle to nie jakaś sprytna mistyfikacja…

(Dinozaury? Srsly?)

Natomiast sam koncept efektów katastrofy, tego co dalej, a przede wszystkim tragiczna końcówka – uwięzienie w wiecznie odgrywanym tak samo filmie z pełną pamięcią – to imo jest najbardziej interesujące. Faktycznie, czuć tu emocję, przekazujesz atmosferę, która towarzyszyła przeszłym wydarzeniom skutecznie, włącznie ze smutnymi epilogami biorobotów i ich rodzin. Summa summarum, mimo zastrzeżeń, doceniam wyobraźnię i koncept na ujęcie tematu. Imo, po odpowiednich przeróbkach, byłby z tego świetny scenariusz na album komiksowy.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Fakt. co innego pisać o czymś czego się na oczy nie widziało. A co innego być gdzieś i coś opisać. przykładowo.. Rzeczka i Osówka. przewodnik w sztolniach w rzeczce opowiadał że więźniowie faszystów, którzy nie byli w stanie pracować, byli wrzucani do płynącej w dole sztolni rzeczki. jak byłem w sztolniach osówki, przewodnik pokazał zawał zwysączającą się u jego dołu czarną mazią, uśmiechnął się i powiedział że nikt tego nie odkopie, bo w tunelu znajdują się mat. wybuchowe. sprawdziłem potem rzędne. walim– rzeczka, oddalone od siebie o kilkanaście kilometrów . przwyższenie, kilkanaście albo kilkadziesiąt metrów. ubzdurałem sobie wtedy, jako że walim jest wyżej od osówki, że trupy z rzeczki spływały aż tam i utworzyły gigantyczny czop zprzegniłych zwłok. Miejscowi o tym wiedzą. nikt nie chce kopać w zwłokach więc pozostaje bajeczka o mat. wybuchowych i czrna śmierdząca maź wysączająca się powoli spod zawału w sztolni. Kompleks Riese zaprasza.  ; D

Werweno, bardzo miło, że zawitałaś. Tak, wyprawa była poruszająca, kawałek mojego serca został na Ukrainie. Ten kraj zdaje się taki niewinny, nieskażony, więc katastrofa tym bardziej odznacza się na nim jak wypalone piętno. Uwagi jak zwykle nieocenione, do zapamiętania i doskonalenia warsztatu. Wreszcie ktoś, kto bez bólu przełknął moje zombie! :) I że klimat grozy wyczuwalny, wielka ulga, dziękuję :)

 

Fiszu, upojna noc (z dinozaurami) zrobiła swoje! Skoro mogłoby być lepiej, ale nie jest źle, to już pewien sukces. Na szczęście tym razem pewne niedoróbki związały się z limitem znaków, a nie z tym, że nie czułam opka albo nie wiedziałam, co by tu z nim można zrobić. Dobrze mi nakreśliliście, z czym najlepiej byłoby pokombinować.

 

Podkreślany kilkukrotnie walor tytułu bardzo mnie cieszy :)

 

burku… sympatyczna historia… I rozumiem, co chciałeś nią przekazać ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Chyba mogę podpisać się pod opinią Werweny. Z jednej strony, wszystko opisane z uczuciami (zresztą, sam wstępniak już dołożył swoją cegiełkę), z drugiej – chyba trochę zbyt często się gubiłam. Koniec końców opowiadanie mniej więcej od połowy czytałam drugi raz, bo za pierwszym nie wiedziałam, co się stało. Nie wiem jednak, czy to wina narracji czy mojego zmęczenia.

Zombie mi nie przeszkadzało, ale dopiero po uzupełnieniu lektury komentarzy dowiedziałam się, o co chodzi z nimi i z biorobotami. W sumie nadal nie jestem pewna, czy rozumiem. Chyba tak.

Na pewno bardzo podobał mi się klimat opowiadania. Faktycznie czuć, że tam byłaś. No i tytuł mnie zaintrygował od samego początku.

kam_mod, bardzo możliwe, że to narracja, bo nie raz i nie dwa okazywało się, że robię w opowiadaniu chaos. Z czasem zaczynam dochodzić do wniosku, że moje myślenie jest hermetyczne i, jak to zauważył KPiach (chyba pod moim artykułem), często nie zdaję sobie z tego sprawy, przez co nie naprowadzam czytelnika tak, jak trzeba. Ale robię co mogę, by mój warsztat był coraz lepszy. Dziękuję, że zawitałaś i zostawiłaś opinię, każda jest cenna i uczy :) 

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Może po prostu nadajemy na innych falach :P Kontrolowany chaos nie jest zły, zmuszanie czytelnika do myślenia też nie. Tu chyba balansowałaś na granicy, w końcu tylko część komentujących się skarży ;)

Chyba strzaskałem miednicę.

To stwierdzenie nie rzutuje nijak na dalszą fabułę i ma jedynie podkreślić, że postać jest unieruchomiona. Raz – skąd pilot może wiedzieć jak rozpoznać u siebie złamanie/pęknięcie miednicy? Dwa – nie złamałaś mu jej nawet tylko STRZASKAŁAŚ, a w takim stanie wykrwawiłby się i umar w kwadrans. Nie prościej mu piszczel złamać dla przykładu? ;)

 

Zdjęcia są jednym z mocniejszych elementów opowiadania. Mi nie przeszkadzały, wręcz dodawały takiego reportażowego smaczku. Niemniej, początek trochę przegadany z tymi wszystkimi nazwami ulic i budynków, które bohaterowie mijają, a które są całkowicie nieistotne.

Odniosłem też wrażenie, że tekst cierpi na przeludnienie. Dwie postaci (Rozę i kogoś jeszcze) Nikołaj i Sasza zostawiają w jakimś schronie i tyle ich widzieli. Wcześniej też się niewiele odzywali. Wygląda, jakby robili sztuczny tłum.

Klimat świetny, spotęgowany fotkami. Podobał mi się pomysł żołnierzy-weteranów, którzy ponownie znaleźli się w akcji. Natomiast zombie są trochę rozczarowaniem, bo powiało stereotypem. W tym temacie powiedziano już bardzo wiele i rozumiem, że ciężko o oryginalność. Chociaż ten francuski serial udowodnił, że można podejść do zombie całkiem świeżo. (Swoją drogą polecam bardzo, jest niesamowity!)

Pozdrawiam!

MrBrightside, ja niczego nie czytam ani nie oglądam odnośnie zombie, bo ich nie znoszę. Po co w takim razie dałam ich do opowiadania? Dla mnie “zombie” z opowiadania w ogóle nimi nie są, a przyjęłam terminologię, bo komentujący ją narzucili :P

Co do miednicy, moja przyjaciółka, którą musieli wycinać z częściowo zmiażdżonego samochodu, miała popękaną miednicę w kilku miejscach. Nie wykrwawiła się i nie umarła, a z miednicą nic jej nie robiono, zrosła się sama.

Biorę pod rozwagę zarzut o przeludnienie i zapamiętam na przyszłość. Dziękuję, że zawitałeś i bardzo się cieszę, że zdjęcia i klimat siadły.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Szczerze mówiąc nie zrozumiałem zakończenia: Wybuch w Czarnobylu przebił barierę między alternatywnymi światami, wchłonięci przez nie ludzie giną, m. in. zjedzeni przez jakieś zmutowane monstra. Główny bohater także przekroczył tę granicę i… znalazł się w przeszłości. Jakoś nie składa mi się to z tym, co przeczytałem wcześniej. Ale może czytałem mało uważnie?

Ciekawy pomysł – bardzo mi się spodobało

Marcinie Robercie, zakończenie jest zespolone z tytułem. Ja przeważnie rozumiem je tak: Nikołaj napluł w twarz temu, co podążało za biorobotami – siła, która odmieniła Strefę, jakiś rodzaj śmierci, ducha katastrofy, a może kolejna istota, która przedarła się przez wymiary – można interpretować różnie. Został więc wciągnięty w coś na wzór Dnia Świstaka – będzie przeżywał wszystko pomiędzy jedną katastrofą a drugą wciąż od nowa, póki się nie ugnie. Dla mnie to taki symbol losu napiętnowanych biorobotów, których wysłano na śmierć i pozostawiono samych z chorobą, kalectwem, z nędzą.

Dziękuję, że zawitałeś. Tobie także, Maxeno :) Bardzo mi miło, że ci się podobało.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Kiedyś czytałem wspomnienia żony ratownika, który brał udział w akcji w Czarnobylu. Wstrząsające studium umierania.

Czytałam z prawdziwą przyjemnością :) Zabrakło mi tu co prawda jakiegoś punktu kulminacyjnego, trochę też żałuję, że bioroboty nie różniły się od ludzi nieco bardziej, ale generalnie klimat i punkt wyjścia historii mnie urzekły! I jeszcze ten tytuł!

Dziękuję za kolejne odwiedziny. Pierwszynie, chyba wiem, o czym mówisz. Ze wszystkich filmów i opowieści najbardziej w pamięci utknęły mi właśnie sceny z umierającymi, przeżartymi promieniowaniem likwidatorami. 

Mer, zapamiętam uwagi i postaram się wykorzystać je w przyszłości. Bardzo mi miło, że ci się podobało.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Naz, Ty wiesz, że przy tym opowiadaniu nie mogę być w pełni obiektywna, bo mnie samą ściska w gardle, gdy myślę o Prypeci. I nie wiem, jak bardzo musiałabyś to schrzanić, by mi się zupełnie nie spodobało. Na szczęście nie schrzaniłaś.

To, co mi się podobało, to na pewno perspektywa biorobota. Stosunek po latach do wydarzeń z 1986, pokazanie, że z Zoną łączy go nierozerwalna więź, bo w końcu miała decydujący wpływ na całe jego życie. Dobry również tytuł – już sam w sobie wywołuje emocje. Ogólnie opowiadanie wciągnęło – kiedy podczas czytania kilka razy zacięła mi się komórka, to konieczność resetowania potrafiła zdenerwować. Cieszę się też, że zostawiłaś zakończenie – do tego akurat tekstu mi pasuje.

Nie bardzo trafił za to do mnie pomysł z przejściem między światami – trochę przekombinowany – i motyw tych całych „zombie”. To nie tak, że przez to przestałam czerpać satysfakcję z lektury, ale po prostu krwawe obrazy wydały mi się tu zbędne. Według tej wizji Zony, która mnie najbardziej porusza i fascynuje, jej niesamowitość leży właśnie w tym, że przeraża w sposób subtelny. I jeszcze walka łukiem była dla mnie przesadą, ale to pewnie kwestia tego, że nie przepadam za groteską.

Ogólnie jednak wrażenie jak najbardziej pozytywne – fajnie, że zdecydowałaś się stworzyć coś ze swoich wspomnień (a nie tak jak niektórzy, co to po tylu miesiącach się jeszcze nawet nie zebrali, żeby zrobić porządek ze zdjęciami ;>). Gratuluję piórka i przy okazji wyboru do Loży. Mam tylko nadzieję, że ostatecznie Arka nie jest teraz przesuwana za pomocą obcych technologii ;)

O proszę, duch mnie nawiedził :D Dziękuję ci, że pochyliłaś się nad tym tekstem. Musimy się wymienić wrażeniami <po>. Co do przekombinowania – sama prawda, jak to ja, ale leczę się z tego wytrwale. Opinia bardzo cenna, wpadaj częściej!

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

A tam zaraz duch… Może po prostu reanimacja się powiodła ;D

Ściągam ludzi na portal! Nikt mi za to nie płaci… ;( ;) Cieszę się, że znowu wzbogacasz swoją opinią to miejsce rozpaczy i radości (a mam nadzieję, że i twórczością ci się zdarzy).

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Trochę boję zabierać się za Twoje opowiadania, bo zazwyczaj okazują się dla mnie zbyt hermetyczne (to nie zarzut w stosunku do Ciebie, już prędzej do mnie). Tu było inaczej. Początek i finał intrygują, jednak w środku, gdzie właściwie najwięcej się działo, nagle przestałam się emocjonować. Być może spowodował to nawał zdjęć, które po chwili zaczęły mnie po prostu irytować. Znam te widoki, więc często po prostu od odrobiny tekstu musiałam przesuwać ekran w kierunku kolejnej odrobiny tekstu. Nawet w reportażach zdjęcia są najczęściej pogrupowane na osobnych kartkach, pewnie właśnie po to, by nie rozpraszały czytelnika.

Tak czy siak, mimo wszystko, czytało mi się dobrze. Bez wątpienia udane opowiadanie.

Podoba mi się ta wizja “zony”, zwłaszcza dołączenie zdjęć. Czekam na więcej podobnych opowiadań (zamierzam pojechać do miasta Pstrąże – ponoć klimat zbliżony do Czarnobyla) Pozdrawiam.

Echoran Aruu'an

Ocho, wszystkim nie dogodzę :( Tak mi się wydawało dobrze. Dziś być może umieściłabym zdjęcia na końcu – może wtedy u większej liczby odbiorców byłby wilk syty i owca cała. Dziękuję za odwiedziny i cieszę się, że tym razem lektura była bardziej satysfakcjonująca.

 

Echoranie, byłam w owej miejscowości, tutaj możesz zobaczyć zdjęcia. Niestety, budynki są rozbierane i możesz nie zdążyć tam zajrzeć :(

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Skoro moje oczy tego nie zobaczą to za pośrednictwem innych będę w stanie czegoś się dowiedzieć.

Echoran Aruu'an

Nowa Fantastyka
Patronujemy