- Opowiadanie: pheris - Atomowe Śmieci

Atomowe Śmieci

Opowiadanie wysłane na pewien konkurs nie tak dawno temu. Dostało się do finałowej grupy, ale niestety już nie do druku. W związku z tym, że to coś, co można nazwać z braku lepszego słowa “debiutem”, bardzo chciałbym poznać opinie bardziej doświadczonych koleżanek i kolegów na jego temat. Nie wysyłam do betowania, gdyż było ono w jakiś sposób skończone (poprawiłem teraz tylko parę drobnostek) i jestem ciekawy wrażeń po przeczytaniu tekstu w takiej właśnie formie :)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

zygfryd89, Zalth

Oceny

Atomowe Śmieci

Ależ mnie ten widok przygnębia. Lustrowałem nuklearne pustkowie w poszukiwaniu jakiegoś urozmaicenia dla oka. I pomyśleć, że nie tak dawno, ludzie najbardziej przejmowali się wielką dupą Kardashianki. Byliśmy już daleko za Berlinem. Szkoda, że wszystko było przysypane mieszaniną gruzu, piasku i pyłu. Z większych niemieckich miast nie został nawet zarys.

Słyszeliście o Nostradamusie? Podobno mieliśmy razem z Francją odrodzić Europę. Tylko długo nam coś schodzi. Zresztą, mało kto dociera zza granicy. Wciąż trwające konflikty z muzułmanami i między nimi, no i ten atomowy pas niczyj od Szwajcarii, przez Niemcy, po Danię, skutecznie zniechęcają wszystkich zainteresowanych. Ale nie nas.

Moje smętne przepatrywanie zachodniego horyzontu, przeplatane równie smętnymi myślami, przerwał młodziak o płowych włosach.

– A jak byśmy się nazwali niszczycielskie szczury? – rozedrganym głosem powiedział gościu zwany Szczurem. Nieprzerwanie chciał wymyślić nam jakąś epicką nazwę, szukając przy tym mojej akceptacji. Dżisas chłopie, serio?

– Świetne, świetne, jak na to wpadłeś? – zapytałem, nawet nie siląc się na specjalnie ironiczny ton.

– Nie no dzięki, tak sobie siedziałem, myślałem… – Twarz nieskażona zrozumieniem rozjaśniła się w uśmiechu.

– Zamknij ryj, robi sobie z Ciebie jaja. Szykuj się, zaraz wyjeżdżamy. Ty też Profesor. Droga czysta, pas bez skażenia sięga co najmniej sześćdziesiąt kilometrów w głąb – rzucił Tur w naszą stronę, przechodząc obok. Nasz dowódca. Ksywa mówi wszystko o jego wyglądzie. Serio. Średniej inteligencji, lecz niezłomnej woli. Sprawiedliwy jak kodeks Hammurabiego, ale nie brutalny. Świadomy sytuacji i otaczającego go świata. Dobry szef, nie mogę powiedzieć. Idealny dla nas wyrzutków z obrzeży Zewnętrznej Polski.

Szczur bez słowa wziął się za przygotowanie motocykla. Ten chuderlak, w swoich ciuchach pozszywanych z kawałków skór wyglądał zjawiskowo, sprawdzając torby na stelażach, zamocowane w każdym możliwym miejscu. Muszą pomieścić jak najwięcej „śmieci”, które znajdziemy w Niemczech. Słaby śmieć to nieskażone ciuchy, średni to narzędzia. Dobry to paliwo i broń. Jedziesz później do Zewnętrznej Polski, handlujesz ze Szlachtą, dostajesz żarcie, czasami można sobie pozwolić na coś mocniejszego i jakieś dziewczynki. Proste co?

Ruszyłem do mojej drużyny, która uwijała się przy zmodyfikowanym land roverze defender pickup. Razem ze mną, czterech ludzi. Łącznie jedzie nas prawie trzydzieści osób. Tylko parę zostało pilnować obozu. Duży wypad i dalej niż zwykle. Liczymy na dobre zyski.

– Amok, Żuchwa! Gdzie jest Grill? – Nie będzie odkryciem, jeśli powiem, że moja  “profesorska” ksywa jest jedną z bardziej wysublimowanych. – Znowu gdzieś wali konia? – Chociaż na pewno nie tak, jak nasz humor.

– Podobno poszedł się tylko odlać, ale coś długo go nie ma – odpowiedział ze śmiechem pierwszy z nich, mały, krępy i łysy. Były strzelec wyborowy. Cały w moro, nie pozostawiał wątpliwości co go kręci.

– Walcie się kozojebcy! – Grill wysunął się spod samochodu. Jego wyszczerzone srebrne zęby, zadawały kłam ostremu tonowi. Rozwichrzone rude włosy i piegowata twarz, jak zwykle były brudne od smaru. Zawsze sprawdzał w aucie wszystko, co mogło się zepsuć i jeszcze trochę więcej. Naprawa lando na atomowym pustkowiu może być „troszkę” kłopotliwa.

– Trzepałeś pod autem? To już mogłeś wsiąść do środka, wygodniej by Ci było. – Żuchwa tylko czekał na swój moment. Szeroki uśmiech kontrastował z długą czarną brodą. Krótko obcięty, muskularny i w piaskowych ciuchach, wyglądał bardziej jak Arab niż Polak. Grill tak naprawdę nie był jakimś zwyrodnialcem, co to marszczy freda gdzie popadnie. Chłopaki po prostu lubili sprawdzać swoje nerwy, cały czas i bezustannie. Nie przerywając inwektyw pod adresem swoich kolegów, ich nieżyjących matek, nieistniejących psów, rybek i kóz, załadowali się do auta. Grill za kierownicę, ja tradycyjnie jako „shotgun”. Żuchwa i Amok trzymali swobodnie swoje AK-47 rozwaleni na pace auta. Spod arafatek, które naciągnęli na głowy, błyskały tylko wciąż roześmiane oczy.

Stanowiliśmy dobraną kompanię. Czarny „arab”, rudy mechanik, łysy żołnierz i siwy pan „Profesor” przed pięćdziesiątką. Byłem w ich oczach profesorem tylko dlatego, że trochę więcej pamiętałem z poprzedniego życia, miałem ogólne pojęcie o paru zapomnianych już rzeczach i może trochę mniejszą skłonność do ryzyka. Tytuł doktora habilitowanego w dziedzinie nauk biologicznych, nie miał tutaj nic do rzeczy.

Ruszyliśmy w ustalonym szyku, motocykle z przodu, z tyłu i po bokach. Przeróżne auta w środku, otaczając nasz skarb. Rosomak na chodzie. Dobrze, że na obrzeża nieczęsto wpada Polska Armia Narodowa. Panowie spuściliby nam za to ostry wpierdol, bo wszystkie takie jednostki są objęte ścisłą ochroną i powinny być zwrócone w trybie natychmiastowym do stolicy w Wewnętrznej Polsce.

– Profesor, co myślisz o tych Niemiaszkach, cośmy im żarcie zostawili? – zagadnął Grill.

– Co mam myśleć? – zapytałem głupio, wiedząc, że zaprzątają mi głowę od momentu, kiedy tylko ich spotkaliśmy wczorajszego popołudnia. – Niemcy jak Niemcy.

Spojrzał na mnie z ukosa i zaraz ponownie skupił się na drodze. Marszczył czoło, widziałem, że jego też męczą.

– Tylko czemu oni tak żyją? W jakiejś namiastce osiedla, w rozwalonych blokach. Wokół pustkowie, promieniowanie, nie mają nawet porządnego sprzętu, żeby gdzieś dalej się zapuścić. Czemu nie ruszą do Francji albo do Polski?

– Ty żyjesz w barakach, z bandą chorych pojebów. Czemu nie pojedziesz do wewnętrznej? Do stolicy, do Łodzi? Tam jest podobno miło i przyjemnie.

– O nie! Nie będzie mi ciul jakiś kazał zapierniczać w fabryce, po dwanaście godzin dziennie. No, a na farmy tym bardziej się nie wybieram.

– No to pomyśl, co czeka ich u nas? Nas nie znajdą, jak znajdą to się nie dogadają, a jak będą mieli pecha, to ktoś ich sprzeda jako złote śmieci. Szlachta bardzo się ucieszy z nowych rąk do pracy przy polach. Dalej w głąb kraju czeka ich co najwyżej los żebraka.

– Myślisz, że oni chcą być po prostu wolni? Tacy niby… niemieccy szperacze? –

– Na to właśnie wygląda Grill – przyznałem, kiedy wypowiedział na głos wnioski, które sam już dawno miałem w głowie. Nie wiedziałem tylko, czy można to jeszcze nazwać wolnością, czy już wegetacją z nadzieją na szybką śmierć. Nie wymagało jakiegoś ogromnego wysiłku, żeby uciułać sobie coś lepszego niż to, w czym oni trwali. Nawet w spopielonej Republice Federalnej Niemiec. My żerowaliśmy na jej trupie już dobrych parę lat i nie narzekaliśmy. Do tego nie byliśmy jedyni.

 

*

 

Szarobury pył osnuwał nas niczym pogrzebowy całun. Ledwo widziałem Rosomaka z mojej lewej i motocykl z prawej. Auto przed nami, jakiś stary volkswagen, zamieniło się w majaczącą niewyraźnie klapę bagażnika. Nawet przy zamkniętym oknie miałem wrażenie, że żrę piach. Nie chciałem myśleć, jak mają się Żuchwa i Amok.

W pewnym momencie rozległ się ryk klaksonów dających sygnał, że hamujemy. O wiele za wcześnie. Przejechaliśmy maksymalnie dwadzieścia kilometrów. Zwarta masa pojazdów rozpadła się na boki, powoli wytracając prędkość. Wysiadłem i cherlając w rękaw, ruszyłem w stronę Rosomaka. Oczy szczypały mnie od tego unoszącego się wokół szaroburego gówna, ale dostrzegłem zarysy wozu i sylwetki wystającej z jednego z włazów w wieżyczce. Z boku stała druga postać, zwiadowca, który zawrócił, żeby nas zatrzymać. Próbowali przekrzyczeć hałas, wciąż pracujących silników. Dotarły już do mnie jakieś urywki rozmowy.

– …na pewno więcej niż stu, tego jestem pewny. Kurzą aż miło, ale widać jak na dłoni, że to spora banda. Na dodatek uzbrojona. – Tur patrzący na niego z góry, słuchał w milczeniu. W końcu przedarłem się przez tę kurzawę i byłem w stanie coś powiedzieć.

– Marian, ale kto to jest? Inni szperacze? – Obrócił swoją ogorzałą twarz w moją stronę. Nie wiem czemu, jego głowa zawsze kojarzyła mi się z ziemniakiem, takim, który się pomarszczył i trochę kiełkuje w piwnicy. To chyba przez te sumiaste wąsy. Obrzucił mnie spojrzeniem swoich wyblakłych, błękitnych oczu, włożył ręce w starą kufajkę i splunął pod nogi.

– Cywile, ale w eskorcie Francuskich Chrystusików – powiedział z przekąsem.

– FACH! – Tur nie wyglądał na zadowolonego. – Ominiemy ich? – zapytał, patrząc na mnie.

– Możliwe, ale nie niespostrzeżenie. Jesteśmy w pustym pasie. – Wskazałem na płaski teren rozciągający się za zaparkowanymi pojazdami. Jakieś smętne ruiny majaczyły w oddali. – Nawet jeżeli zrobimy wokół nich koło na piętnaście kilometrów, to będą widzieć bardzo wyraźnie okrążający ich tuman kurzu i nie wiadomo co im wpadnie do głowy. Nie wiemy jaką mają broń i jak są zmotoryzowani. Mogą pomyśleć, że chcemy na nich uderzyć od tyłu i zechcieć zareagować. – Wspominałem chyba już, że nie lubiłem za bardzo ryzyka?

– Znamy tylko to jedno przejście przez skażenie, które i tak cały czas sprawdzamy. Jeżeli promieniowanie jest większe kawałek dalej, to nie chciałbym go pochłonąć w bliżej nieznanych ilościach, z kilogramami tego jebanego pyłu – dodałem.

– Zgadzam się. – Tur już nie patrzył na mnie. Próbował przebić wzrokiem linię horyzontu przed sobą, jakby dłuższe wpatrywanie miało sprawić, że zacznie widzieć dalej.

– Wracamy. Przekaż wszystkim.

– Nie będą zadowoleni, wpadło nam ledwie parę śmieci. – Byłem tego tak pewny, jak słuszności decyzji, którą podjął nasz szef.

– Mam to w dupie! A jeżeli oni cenią swoje własne, bardziej niż kulkę w moim glock’u, to niech lepiej się ruszają. Mamy sprawdzoną drogę, zatrzymujemy się dopiero w Polsce!

– A później?

– A później ja i ty wybierzemy się do Szlachty.

Świetnie. Mogłem nie pytać. Nienawidzę skurwieli.

Ruszyłem porozmawiać z resztą, ale informacja praktycznie rozprowadzała się sama. Tu i tam było słychać różne komentarze, mimo to ludzie nawet grzecznie zawracali swoimi cackami. Moi chłopcy na pace, spojrzeli tylko po sobie i wzruszyli ramionami. Grill nie powiedział nic, zaciągnął się papierosem, stojąc oparty o drzwi auta i spojrzał w stronę, gdzie leżała nasza ostoja normalności w tym pojebanym świecie – Rzeczypospolita.

– Profesor… – Wyciągnął fajkę z ust i wyrzucił przed siebie.

– Co? – Gryzło mnie gardło, zaczynała boleć głowa, a temu się na dyskusje znowu zebrało. Filozof się, kurwa, znalazł.

– Tak sobie pomyślałem, że możemy nie być stratni na tym wypadzie. Będziemy mijać jeszcze jedne śmieci, których nie zebraliśmy…

Kiedy wracaliśmy, nie mogłem sobie przypomnieć za bardzo chronologii wydarzeń. Cios w szczękę, Grill połową ciała pod autem. Chłopaki, którzy mnie odciągali, kiedy na niego krzyczałem. Jakoś tak to szło. Z powrotem prowadził Żuchwa, ja siedziałem w milczeniu obok. Spojrzałem na moje knykcie, spuchnięte i trochę odrapane. Dobrze, że wziąłem go z zaskoczenia, bo w żadnej innej sytuacji nie miałbym szans i byłby wstyd. Grill przecież musiał wiedzieć jak zareaguję. Po co w ogóle próbował? Kurwa. O tym myślał ten skurwiel, kiedy mnie zagadał o Niemców. Jebany hipokryta.

 

*

 

Pola. Wszędzie bezkresne pola. Na nich teoretycznie wolni pracownicy, a w praktyce „Złote Śmieci” pracujące w pocie czoła. Trochę brakuje traktorów i kombajnów, no i właściwie wszelkiego sprzętu, więc Szlachta radzi sobie starymi sposobami. Motyki, cepy i tym podobne. Zaczynały się już żniwa, więc przebojem obecnego sezonu były kosy. Pasowały do spoconych, półnagich ciał w wielu kolorach i gustownych, migających na zielono, obroży na szyjach. Jak zaczynała migać na czerwono i buczeć, miałeś jakieś pół minuty, żeby wrócić na odpowiednią odległość od nadajnika, gdzieś w jebanym dworku, w samym środku tej feudalnej maszkary. Miałem nieprzyjemność widzieć na własne oczy jak ktoś, mimo to, nie chciał zawrócić. Nie polecam. Jednak większość byłej zachodniej Europy, która tu pracuje, próbuje wmawiać sobie, że „jest dobrze”. Przecież to i tak lepsze niż to, co czekało ich we własnych, jeszcze do niedawna, krajach. Jednak nic mnie tak nie irytowało, jak widok, który ujrzałem przed nami na drodze, przez szybę mojego land rovera.

Wyobrażacie sobie żupan w stylu postapo? Dodajmy do tego podgolony fryz, wąs, wysokie oficerki, szablę przy boku, jakąś mechaniczną egzoprotezę na rękę, która to niby pomaga chorym stawom (skąd oni to biorą, dżisas!) i wsadźmy go na konia. Dodajmy sforę psów prowadzonych przez psiarczyka i eskortę z tyłu, która wygląda jak skrzyżowanie ukraińskich kozaków z Mad Maxem. Tylko oni zamienili szablę na bardziej poręczne M-16 z granatnikiem. No i wypisz wymaluj pan Władysław z chłopakami. Strzelałbym jak do psa. Gorzej. Do psa bym nie strzelił. Mogę być doktorem i można wymagać ode mnie kultury i zrównoważenia, ale nie muszę lubić gościa, który wyzyskuje ludzi i nimi handluje prawda? Wysiedliśmy z auta i spokojnie czekaliśmy, aż strażnicy sprawdzą, czy nie mamy trochę mniej pokojowych zamiarów. Dopiero wtedy, niespiesznie zbliżył się Władek.

– Mości Tur! – Dobrze, że nie „waćpan”. – I zacny pan Profesor! A cóż to sprowadza was w moje skromne progi? – Gdyby to tylko ode mnie zależało, nie postawiłbym tu swojej nogi zasrańcu. Pomyślałem buńczucznie, ale język tylko zabolał, kiedy wbiłem w niego zęby. Plan był prosty. Miejsce położenia i prawdopodobna trasa przemarszu francuskiej kolumny za kasę, żywność, ewentualnie jakieś cenne śmieci. Dosłownie, nie handlujemy ludźmi i nie bierzemy w tym udziału, mnie to jednak nie przekonywało. Jak zawsze w sytuacjach dotykających najważniejszych spraw, Tur dał nam zagłosować. Przegrałem i byłem tu po to, żeby dopilnować, że nie weźmiemy udziału w niczym więcej oraz pomóc w negocjacjach.

– Mamy dla Ciebie informację, która może Cię zainteresować. – Tur zasznurował usta i wiedziałem, że to wszystko, co ma do powiedzenia tu i teraz.

– Ach! Czy za informację nakarmię moich ludzi, mości panowie? – Wyobrażałem sobie, jak jego głowa wybucha, gdy on zataczał krąg ręką. – Czy kupię broń, do obrony moich włości? – Dobry jest. Zaczął negocjacje od samego progu.

– Władek, weź nie pierdol. Dobrze wiesz, że z gównem byśmy nie przyszli, a tym bardziej ja. – Nie mogłem wyrazić zwięźlej moich myśli.

– Jak zawsze szczery do bólu, ten nasz Profesor. Ale jakże w sedno, drogi przyjacielu! Zapraszam! Proszę jednak o zrozumienie, resztę drogi pokonamy konno, a moi strażnicy zaopiekują się Panów autem. Spaliny źle działają na moje uprawy, a hałas rozprasza pracowników. – No, sielanka, nie ma co. Wiedząc jednak zawczasu co mnie czeka, przerzuciłem tylko kałacha przez ramię i ruszyłem w stronę koni prowadzonych przez ludzi, którzy w międzyczasie pojawili się na ścieżce. Mogli nam zabrać auto, ale dobrze wiedzieli, że nigdy nie oddamy im broni. Wiązało się to ze spędzeniem reszty swojego życia, z nowym świecącym cackiem na szyi.

 

*

 

Gadkę na temat zaczęliśmy, dopiero gdy siedzieliśmy już rozgoszczeni w rezydencji, która pasowała jak ulał do swojego właściciela. Odnowiony pałacyk z XVII czy XVIII wieku, muszę przyznać, zawsze robił na mnie wrażenie. Bardziej tym, że był w takim dobrym stanie, niż przepychem, bo w środku trochę zbywało na zabytkowych meblach. Niemniej jednak w pokoju, do którego nas zaprowadzono, patrzyły na mnie trofea łowieckie, chyba jeszcze sprzed wojny. Miękkie obicie fotela, dziwnie kontrastowało z dość szorstką codziennością obecnego świata. Prawdziwa porcelanowa zastawa przed nami, na okrągłym drewnianym stoliczku, już całkowicie dopełniała wrażenia cofnięcia się w czasie o minimum dwadzieścia lat.

– No dobra panowie, co tam dla mnie macie? – zaczął już bez zbędnych ceregieli gospodarz.

– Mamy informację o pewnych… ludziach. – Tur niepewnie na mnie zerknął. Obaj wiedzieliśmy, że to ja jestem lepszy w takiej gadce.

– No i cóż ja mogę z nimi zrobić?

– Władek, już raz Cię o to prosiłem, nie pieprz. Chodzi o kolejne „złote śmieci”, które możesz przejąć i dobrze o tym wiesz. – Antypatia do tego człowieka sprawiła, że niewyparzony język nie wytrzymał dłużej niż trzy zdania. Trudno.

– Panie Profesorze, naprawdę nie musi pan okazywać braku szacunku dla mnie i dla moich pracowników, określając ich mianem śmieci. Nawet złotych. Jeżeli ma pan na myśli jakąś grupę biednych ludzi, którym mogę zaoferować wikt i opiekunek w zamian za pracę dla dobra, podkreślam, naszego narodu to wtedy możemy porozmawiać. Ale naprawdę, proszę mnie nie mylić z jakimś pospolitym handlarzem żywym towarem.

– Proszę Cię Władek, nie bądź jebanym hipokrytą. – Ja naprawdę mam nadzieję, że oni nie wierzą w to, co mówią. – Dobrze wiemy, że funkcjonujecie, bo karmicie to, co zostało z Europy swoimi uprawami i płacicie jakieś tam podatki. Tylko dlatego, wszyscy przymykają oko na tych waszych tak zwanych pracowników z gustownymi naszyjnikami. Więc proszę, oszczędź mi tego sztucznego oburzenia i przejdźmy do konkretów. – Ja przynajmniej wiedziałem, że moje słowa to prawda.

– Jak sobie życzysz. – Władek splótł palce przed sobą i zamilkł, ale widziałem, że jego oczy świdrowały mnie uważnie.

– Niemcy, jakieś sto dwadzieścia kilometrów od byłej granicy na zachód. Grupa minimum stu osób, prawdopodobnie z Francji ochraniania przez niedobitki Francuskiej Armii Chrystusowej. Do wyjęcia bez problemu, przypominają bardziej obszarpańców niż żołnierzy. Zmierzają prosto na wschód i jeżeli dobrze nam zapłacisz, to podamy Ci koordynaty ostatniego kontaktu wzrokowego, a może nawet wyślemy jednego czy dwóch zwiadowców, żeby was naprowadzić. – Turowi szło z konkretami o wiele lepiej.

– Brzmi interesująco. Jakie mam potwierdzenie?

– Nasze słowo i moją obecność – wtrąciłem.

– Panowie, brzmi to całkiem interesująco, tylko tak naprawdę kupuje kota w worku, a wasza cena musi być do tego adekwatna.

W tym momencie nastąpiła wymiana kwot i ilości towarów, które sprawiły, że odpłynąłem. Zastanawiałem się, jaki naprawdę jest Władysław i skąd się wzięła cała ta moda na sarmatów. Z rozmyślań wyrwał mnie dopiero ostatni punkt umowy.

– Ostatni warunek, jedziecie z nami do samej kolumny tych ludzi.

– Nie! – zareagowałem odruchowo.

– Nie chcę żadnych sztuczek. – Władek, niezrażony moją odmową kontynuował. – Co najmniej dwudziestu waszych ludzi. Macie groźnie się prezentować. Chcę ich pokonać bez jednego wystrzału, ale w razie czego, nie wymagam od was zaangażowania. Chociaż chętnie nagrodzę takowe, jeżeli macie ochotę.

– Nie ma takiej opcji, że gdziekolwiek z wami jedziemy!

 

*

 

Znów jechaliśmy przez Niemiecką pustynię. Co chciałem zdziałać tutaj, gdzie decydowała gorąca krew i jeden nieopatrzny gest, skoro nie mogłem zapobiec naszej degeneracji, nawet przy samym ustalaniu warunków? Łudziłem się, że więcej.

Wokół nas najgorsze męty. Wesoła Zosia – największa pani lekkich obyczajów, wśród szperaczy. Poluje tylko na ludzi, a jej chłopaki nie cofną się przed niczym. Widziałem ich tylko z daleka, jak do nas dołączyli, a kurz ograniczał widoczność, ale byłem pewny, że są jeszcze lepiej uzbrojeni i liczniejsi niż zwykle. A to oznaczało co najmniej pięćdziesięciu ludzi, obwieszonych wszelakim sprzętem do robienia Ci krzywdy.

Z drugiej strony jechała ekipa, którą znałem tylko ze słyszenia.

Może bardziej z ponurych opowieści. Właściwie mówimy tu o historiach, które wywołują nocne koszmary i moczenie pościeli. Kosiarze, bo tak się nazywali (Szczur byłby zachwycony tą nazwą), nie dość, że łapali ludzi dla Szlachty, to czasami im się zapominało, zza której strony Odry pochodzą. Napadali z równą zapalczywością na zniszczone Niemieckie osiedla, jak i urokliwe polskie wioski, paląc, gwałcąc i rabując. No i byli nieuchwytni. Bez bazy i punktu zaczepienia, potrafili nawet miesiącami ukrywać się na pustkowiach, jeżeli zaszła taka potrzeba.

Tuman kurzu przed nami to jedyne co było widać z ekipy Szlachciców, która zebrała swoją małą prywatną armię. Nie wiem, ilu dokładnie kolegów skrzyknął Władek, ale razem z ich sługami, robiła się z nich niezła banda. Sam jeszcze nigdy nie widziałem tak licznego wypadu – będzie nas ze trzy setki. Dziwna gula w gardle nie pozwalała mi się odezwać przez całą drogę, a Grill asekuracyjnie trzymał język za zębami.

Ryk klaksonów z dziesiątek samochodów sprawił, że gula podskoczyła wyżej i przyprawiła mnie o mdłości. Dojechaliśmy. W pięć minut wszyscy dowódcy spotkali się pośrodku tego tłumu.

Tur i ja, Zośka, Władek, paru innych szlachciców w wypasionych podróżnych ciuchach. Hafty na tych jebanych żupanach drażniły moje oczy. Dowódca Kosiarzy, którego nie znałem z nazwiska, ale na pewno zapamiętam z wyglądu. Jedno oko całe czarne, drugie to srebrny bioimplant, na czarnym rynku warty fortunę. Blizny, tatuaże, kolczyki, tunele, jakieś wszczepy imitujące rogi w postaci wypustek na czole. Idealny partner dla Twojej córki. Zwiadowca Zośki, kurdupel, który wyglądał na seryjnego mordercę, składał meldunek.

– Grupa Francuzów przed nami, około pięciuset osób, nie więcej niż pięćdziesięciu jest uzbrojonych. Zbliżyliśmy się jak bardzo mogliśmy i jedyne pojazdy to trzy ciężarówki.

– No to mamy ich! – Nasza Zosia, aż się paliła do akcji. Ta gruba blondynka była jakimś fenomenem. Miała tak wielkie łapy, że trzymała za jaja ponad setkę facetów.

– Nie tak prędko moja droga – powiedział Władek. – Mamy pewien niewielki problem. – Wskazał ręką na północny wschód.

Prosto w miejsce, gdzie powinniśmy się byli spotkać z Francuzami, zmierzała kolejna kolumna pyłu.

– Moi ludzie donieśli mi, że Polska Armia Narodowa zmierza ku nam. Większość to ciężarówki do transportu ludzi. Francuski konwój musiał być dogadany z Łodzią.

– To będzie kosztowało więcej. – Ciekawe czy kosiarz ma jakiś implant w gardle, żeby jego głos był taki niski i charczący. Nie wierzę, że ma taki naturalnie.

– Panów nie było w umowie, ciulu! – Humor Zosi zmienił się szybciej niż starej baby podczas menopauzy.

– Spokojnie, będziecie zadowoleni. Z kolegami, zgodziliśmy się co do tego, że podwoimy Wam zapłatę, jeżeli zostaniecie z nami i włączycie się do walki, która może się zdarzyć.

Pan Maszkara tylko kiwnął głową, a Zośka burknęła coś pod nosem na znak zgody. Tur stał z założonymi rękami, a ja starałem się trzymać nerwy na wodzy.

– Panie Tur?

– Nie – odpowiedział. Wiedziałem, że decyzja została podjęta, ale musiałem dodać coś od siebie.

– Wypłać nam naszą dolę za eskortę i się zwijamy. Nie było mowy o włączaniu się w żadną walkę, a tym bardziej z naszymi rodakami.

– Nie spodziewałem się innej odpowiedzi, chociaż przyznam, że miałem nikły cień nadziei. Dobrze! Panie Tur, zapraszam do mojego auta, a reszta niech się szykuje!

 

*

 

Strzały i krzyki było słychać nawet tutaj. Żaden ryk silnika nie był w stanie ich zagłuszyć. Zresztą, dwa czy trzy kilometry na tej pustyni, nie stanowiło żadnej przeszkody dla dźwięków. Wszyscy już byli gotowi do drogi, zwróceni na upragniony wschód. Tylko ja i Tur na motocyklach i z lornetkami, staliśmy paręset metrów bliżej zawieruchy.

– Profesor… musieliśmy sobie odbić tamten wypad.

– Wiem. – Nie miałem ochoty na gadki, nawet jeżeli ze strony Tura to była niezwykła poufałość.

– Chłopaki zdecydowali, a ja muszę im dać takie prawo.

– Naprawdę rozumiem. – Nawet na niego nie patrzyłem. Lustrowałem horyzont i pole walki raz przy użyciu lornetki, raz gołym okiem. Coś nie pozwalało mi przerwać. Tur nie odezwał się więcej. Jeżeli mówię, że rozumiem, to właśnie to znaczy. Nie ma tu miejsca na jakieś podteksty i niedomówienia. Nie między nami.

– Marek, musimy jechać. – Jego głos zabrzmiał wyjątkowo łagodnie.

– Czekaj! – Mała postać na horyzoncie w połowie drogi spowodowała, że znowu musiałem sobie to później układać, jak klocuszki. Tur coś krzyczał, nie przypominam sobie za bardzo. Pamiętam ryk motocykla i nasilenie się huku wystrzałów. Mały chłopak na ziemi, twarzą w piachu. Podniosłem go i położyłem przed sobą na Harleyu. Nawet nie sprawdziłem, czy oddycha. Oddychał. Zatrzymałem się obok Tura, może na sekundę. Spojrzał na mnie przenikliwie, czarnymi, głęboko osadzonymi oczami i bez słowa ruszyliśmy do naszych. Minęliśmy ich na pełnym pędzie, a całej ekipie wystarczył gest dowódcy, żeby wcisnąć gaz do dechy.

 

*

 

Prowadzę moje lando, ze śpiącym chłopczykiem obok mnie i nie mogę się pozbyć wyrzutów sumienia. Powinienem się przecież cieszyć, że mu pomożemy prawda? Czułem się jednak gorzej niż kiedykolwiek wcześniej. Czarne oczy mojego dowódcy cały czas tkwią w mojej głowie. Za ich fasadą kryło się coś więcej niż bezwzględny mięśniak, ze zmysłem dowodzenia. Przebijała przez nie jakaś empatia, żal i… zrozumienie? Nie mogłem się pozbyć tego natrętnego spojrzenia. Tur wiedział to, co i ja wiedziałem.

Sprzedaliśmy ludzi tak jak złotnicy. Nie miało znaczenia, że ich nie tknęliśmy. Reszta to zasłona dymna dla sumienia naszych chłopaków. Francuzi mogli spokojnie dotrzeć do wewnętrznej Polski, a tak ich los pozostawał zagadką. Szlachta chwyci kogo może i się ulotni. Panowie nie mają środków, żeby ich ścigać. Teraz jestem pewny, chociaż wiedziałem o tym od dawna, prawda? Rzeczypospolita, nie była ostoją. Na pewno nie była normalna. Byliśmy ghulami, które żerowały na trupie świata. Żyliśmy tylko z padliny i niewiele więcej niż padliną byliśmy. Tylko jeszcze oddychaliśmy. Jebani hipokryci – to my.

 

*

 

Podszedłem do Szczura na pierwszym postoju.

– Mam dla nas nazwę. – Ekscytacja na jego twarzy była nie do opisania. Pomyślałem, że orgazm to ma dzisiaj z głowy.

– Naprawdę?! Dawaj! Jaką?!

– Jedyną słuszną – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Atomowe śmieci.

Chyba mu się nie spodobała.

 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Nie uwiodło. Być może dlatego, że nie lubię postapo. A może to z powodu bohaterów, którym nie kibicowałam.

Technicznie – masz trochę usterek. Interpunkcja kuleje. Na przykład wołacze, Pherisie, oddzielamy przecinkami od reszty zdania. Czasami chyba nadużywasz zaimków.

– Zamknij ryj, on robi sobie z Ciebie jaja.

Ty, twój itp. piszemy w dialogach małymi literami. Tylko w listach dużymi.

Nie przerywając inwektyw pod swoim adresem, swoich nieżyjących matek,

Naprawdę na siebie bluzgali, a nie na kolegów?

Babska logika rządzi!

Dziękuję bardzo za opinię! Co do uwodzenia to szkoda, może następnym razem, z innymi bohaterami i w innej konwencji :) Mimo wszystko, jeszcze raz dzięki za przebrnięcie przez cały tekst.

Interpunkcja – wiem i co mnie martwi, od razu coś wyłapałaś, gdyż mimo wszystko chwilę nad tym siedziałem, żeby doprowadzić to do stanu “czytalności”. To znaczy, że jest wciąż nad czym mocno pracować i muszę o tym pamiętać..

Duże litery – jasne, że tak. Głupi nawyk.

Trzeciej uwagi nie komentuje – oczywiście słusznie.

 

Rozumiem, że tego typu uwagi mogę od razu wprowadzić w życie, aby nie raziły tak w oczy?

Nigdzie w regulaminie nie doczytałem, aby technicznych poprawek nie wprowadzać od ręki.

 

“Rycerstwo samo w sobie jest poezją życia” - Friedrich Schlegel

Wprowadzaj, wprowadzaj. Niech kolejni Czytelnicy wyłapują nowe błędy, a nie stare. I niech im się przyjemniej czyta. :-)

Babska logika rządzi!

Pokazałeś świat paskudny. Świat, w którym, aby przeżyć, trzeba robić rzeczy jeszcze paskudniejsze. I tu rodzi się pytanie – czy trzeba…?

Choć czytało się nieźle, nie mogę powiedzieć, że Atomowe Śmieci, to przyjemna lektura.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

uwi­ja­ła się przy zmo­dy­fi­ko­wa­nym Land Ro­ve­rze De­fen­der Pic­kup. – …uwi­ja­ła się przy zmo­dy­fi­ko­wa­nym land ro­ve­rze de­fen­der pic­kup.

Nazwy pojazdów piszemy małymi literami. http://sjp.pwn.pl/zasady/;629431

 

Żu­chwa też wy­szcze­rzył się spod dłu­giej czar­nej brody. – Można wyszczerzyć się spod wąsów, ale nie można szczerzy się spod brody.

 

Do­brze, że na obrze­ża nie czę­sto wpada Pol­ska Armia Na­ro­do­wa.Do­brze, że na obrze­ża nieczę­sto wpada Pol­ska Armia Na­ro­do­wa.

 

Nawet w spo­pie­lo­nej Fe­de­ral­nej Re­pu­bli­ce Nie­miec.Nawet w spo­pie­lo­nej Re­pu­bli­ce Fe­de­ral­nej Nie­miec. Albo: Nawet w spo­pie­lo­nych Nie­mczech.

 

– …. na pewno wię­cej niż stu, tego je­stem pewny. – Wielokropek ma zawsze trzy kropki. Po wielokropku nie stawia się kropki. Zbędna spacja po wielokropku.

 

Wy­obra­ża­cie sobie żupan w stylu post-apo?Wy­obra­ża­cie sobie żupan w stylu postapo?

 

jakąś me­cha­nicz­ną eg­zo-pro­te­zę na rękę… – …jakąś me­cha­nicz­ną eg­zopro­te­zę na rękę

 

No i wy­pisz wy­ma­luj Pan Wła­dy­sław z chło­pa­ka­mi.No i wy­pisz wy­ma­luj pan Wła­dy­sław z chło­pa­ka­mi.

Zwroty grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd występuje w opowiadaniu wielokrotnie, podobnie jak źle zapisane zaimki, o czym wcześniej mówiła Finkla.

 

Ah! Czy za in­for­ma­cję na­kar­mię moich ludzi… – Ach! Czy za in­for­ma­cję na­kar­mię moich ludzi

 

Wło­dek, weź nie pier­dol… – Wcześniej napisałeś: No i wy­pisz wy­ma­luj Pan Wła­dy­sław z chło­pa­ka­mi. Ponieważ na przemian używasz obu imion, nie wiem, czy szlachcic to Władysław, czy Włodzimierz?

 

Nie mniej jed­nak w po­ko­ju… – Niemniej jed­nak w po­ko­ju

 

Po­wi­nie­nem się prze­cież się cie­szyć… – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki Regulatorko za (nie)miłe słowa :) Oznacza to, że założenia w jakiś sposób zostały spełnione.

 

Co do wykonania, to wszystkie liczne i cenne uwagi od Ciebie (duża litera świadomie ;)) i od Finkli wprowadziłem. Pewnie jakaś interpunkcja  (lub jej brak) gdzieś tam jeszcze się ukrywa. Postarałem się usunąć parę zaimków, chociaż to kolejny ważny punkt do przestudiowania i przećwiczenia.

 

“Rycerstwo samo w sobie jest poezją życia” - Friedrich Schlegel

Pherisie, jeśli uwagi przydały się, bardzo się cieszę. ;-)

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą satysfakcjonujące pod każdym względem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest trochę usterek, zwłaszcza na początku (zapis dialogów, interpunkcja), potem już lepiej, albo przestałem zauważać :) Klepnąłem bibliotekę głównie za wizję świata, bo jest naprawdę mocna, ciekawa i z rozmachem. Fabularnie już gorzej, choć bez bólu, za to bohaterowie na duży plus.

Bardzo miło Zygfryd, dziękuję za kliknięcie i uwagi.

Interpunkcja – obiecuję poprawę, naprawdę. Raz i drugi nad tym siedziałem i po Twoim komentarzu od razu znalazłem dwa błędy. Chyba muszę spojrzeć na to świeżym okiem. Jeszcze raz i gruntownie ;)

Co do dialogów, to sam zdaje sobie sprawę, że część z nich ciężko mi było dopasować do ogólnie przyjętych zasad ich zapisu. Nawet poradniki z NF (polecam!) nie odpowiedziały na wszystkie wątpliwości. Będę więc wdzięczny za ewentualne uwagi również na tym polu, jeżeli kogoś coś zakuło ewidentnie w oczy :)

“Rycerstwo samo w sobie jest poezją życia” - Friedrich Schlegel

Tak na szybko dialogi wydają się w porządku. Masz może konkretne pytania?

Babska logika rządzi!

Przeczytanie twojego opowiadania, zmusza do choćby chwilowej refleksji nad naturą człowieka i jego granicami moralnymi i za to duży plus:-) Całkiem dobrze się czytało.

Dzięki Maxena :) Opowiadanie nie rości sobie praw do miana poważnej debaty nad moralnością człowieka, ale gdzieś delikatnie te struny miało poruszać, tak więc bardzo się cieszę :)

 

Regulatorko tu mam znalezione męczące mnie jeszcze przykłady, gdybyś była tak miła się nad nimi pochylić, byłbym bardzo wdzięczny:

 

Tutaj jest błąd ale nie jestem pewny jak go poprawić:

– Zamknij ryj, robi sobie z Ciebie jaja. Szykuj się, zaraz wyjeżdżamy. Ty też Profesor. Droga czysta, pas bez skażenia sięga co najmniej sześćdziesiąt kilometrów dalej w głąb. – przechodząc obok, Tur rzucił w naszą stronę parę zdań.

 

Wiem, że jeżeli po dialogu występują słowa typu powiedział, rzekł itp. to kontynuujemy małą literą i dopiero później kończymy kropką. Jeżeli nie nawiązujemy to czynności mówienia to kończymy dialog kropką i po myślniku zaczynamy od wielkiej litery.

Tutaj co prawda mamy czynność przechodząc, ale zaraz pojawia się rzucił .. parę zdań. Co ma „pierwszeństwo” w tym wypadku ?

 

– Amok, Żuchwa! Gdzie jest Grill? – Nie będzie odkryciem, jeśli powiem, że moja ksywa jest jedną z bardziej wysublimowanych. – Znowu gdzieś wali konia? – Chociaż na pewno nie tak, jak nasz humor.

Wszystkie dialogi z wtrąceniami. Z tego co rozumiem, w/w zasady stosują się tutaj bez żadnych wyjątków? Czyli podział na czynność ”gębową” i „niegębową”? Gdyż za poradnikiem z NF: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112 wybrałem chyba wersję (5) dla hardcorów :)

 

– Władek, weź nie pierdol. – Nie mogłem wyrazić zwięźlej moich myśli. – Dobrze wiesz, że z gównem byśmy nie przyszli, a tym bardziej ja.

Podobny problem jak w poprzednich. Wyrażanie myśli – jaki to rodzaj czynności? Związany z mową czy nie? Czy chodzi tylko o konkretnie warianty „powiedział”.

 

To chyba tyle, reszta chyba została faktycznie wyeliminowana po ciężkich bojach :)

“Rycerstwo samo w sobie jest poezją życia” - Friedrich Schlegel

Pherisie, skonsultuj, proszę, swój problem z kimś jeszcze, albowiem leżę złożona niemocą, gdyż trawi mnie temperatura 39 stopni C i nie jestem przekonana, czy zdania, które  Ci zaproponowałam, są napisane poprawnie.  

 

– Za­mknij ryj, robi sobie z Cie­bie jaja. Szy­kuj się, zaraz wy­jeż­dża­my. Ty też Pro­fe­sor. Droga czy­sta, pas bez ska­że­nia sięga co naj­mniej sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów dalej w głąb.prze­cho­dząc obok, Tur rzu­cił w naszą stro­nę parę zdań. – Proponuję: – Za­mknij ryj, robi sobie z cie­bie jaja. Szy­kuj się, zaraz wy­jeż­dża­my. Ty też, Pro­fe­sor. Droga czy­sta, pas bez ska­że­nia sięga co naj­mniej sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów dalej/ w głąb. – Prze­cho­dząc obok, Tur rzu­cił w naszą stro­nę parę zdań.

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Albo dalej, albo w głąb.

 

– Amok, Żu­chwa! Gdzie jest Grill? – Nie bę­dzie od­kry­ciem, jeśli po­wiem, że moja ksywa jest jedną z bar­dziej wy­su­bli­mo­wa­nych. – Znowu gdzieś wali konia? – Cho­ciaż na pewno nie tak, jak nasz humor. – Proponuję: – Amok, Żu­chwa! Gdzie jest Grill? Znowu gdzieś wali konia? – Nie bę­dzie od­kry­ciem, jeśli po­wiem, że moja ksywa jest jedną z bar­dziej wy­su­bli­mo­wa­nych, cho­ciaż na pewno nie tak, jak nasz humor.

 

– Wła­dek, weź nie pier­dol. – Nie mo­głem wy­ra­zić zwięź­lej moich myśli. – Do­brze wiesz, że z gów­nem byśmy nie przy­szli, a tym bar­dziej ja. – Proponuję: – Wła­dek, weź nie pier­dol. Do­brze wiesz, że z gów­nem byśmy nie przy­szli, a tym bar­dziej ja.– Nie mo­głem wy­ra­zić zwięź­lej moich myśli.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Chyba trochę zamieszałem…

Chciałem odpisać do Finkli, która zadała pytanie, a wywołałem do tablicy Regulatorkę trawioną przez gorączkę… 

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że przypadkowo ten komentarz usunąłem dwa razy i później pisałem go w wordzie, nie zerkając na forum.

 

Więc tak, Finklo powyżej moje przykłady – co sądzisz ? :)

Szczególnie ta pierwsza kwestia: jeżeli najpierw występuję czynność zwykła, a później gębowa w tym samym zdaniu np. “- podnosząc się, mówił(..)”  to która ma pierwszeństwo jeżeli chodzi o reguły zapisu dialogów ?

 

Dziękuję Regulatorko, że pochyliłaś się mimo gorączki nad tematem, wywołana trochę niejasno do tablicy :) To chyba najsensowniejsze rozwiązanie, aby skleić pocięte dialogi w jeden i dalszy tekst w całość. Myślę, że to będzie najprostsze rozwiązanie, ale poczekam jeszcze na drugą opinię.

 

Pozdrawiam zakręcony ;)

 

“Rycerstwo samo w sobie jest poezją życia” - Friedrich Schlegel

– Zamknij ryj, robi sobie z Ciebie jaja. Szykuj się, zaraz wyjeżdżamy. Ty też Profesor. Droga czysta, pas bez skażenia sięga co najmniej sześćdziesiąt kilometrów dalej w głąb. – przechodząc obok, Tur rzucił w naszą stronę parę zdań.

 

Wiem, że jeżeli po dialogu występują słowa typu powiedział, rzekł itp. to kontynuujemy małą literą i dopiero później kończymy kropką. Jeżeli nie nawiązujemy to czynności mówienia to kończymy dialog kropką i po myślniku zaczynamy od wielkiej litery.

Tutaj co prawda mamy czynność przechodząc, ale zaraz pojawia się rzucił .. parę zdań. Co ma „pierwszeństwo” w tym wypadku ?

W tym przypadku odwołałabym się do bardzo ważnej reguły: jeśli masz wątpliwości, zmień konstrukcję zdania, żeby się ich pozbyć. Hmmm, możliwe, że RJP o niej nie wspomina. ;-)

W takiej sytuacji ja bym napisała: “w głąb – rzucił Tur w naszą stronę, przechodząc obok”. Jeśli konstrukcja jest nie do ruszenia, to: “w głąb. – Przechodząc obok…”. Obecny zapis jest ni w pięć ni w dziewięć, bo z kropką i małą literą. Jeśli już się na coś decydujesz, to się tego trzymaj. :-)

– Amok, Żuchwa! Gdzie jest Grill? – Nie będzie odkryciem, jeśli powiem, że moja ksywa jest jedną z bardziej wysublimowanych. – Znowu gdzieś wali konia? – Chociaż na pewno nie tak, jak nasz humor.

Wszystkie dialogi z wtrąceniami. Z tego co rozumiem, w/w zasady stosują się tutaj bez żadnych wyjątków? Czyli podział na czynność ”gębową” i „niegębową”? Gdyż za poradnikiem z NF: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112 wybrałem chyba wersję (5) dla hardcorów :)

IMO, ten zapis jest poprawny. Wstawki nie odnoszą się do wypowiedzi, więc kropki i duże litery. Inna sprawa, że ten fragment nieco wybija z rytmu, bo omawiana ksywa się w nim nie pojawia. Jeśli dobrze pamiętam, chwilkę mi zajęło zrozumienie, o czym mówi narrator.

– Władek, weź nie pierdol. – Nie mogłem wyrazić zwięźlej moich myśli. – Dobrze wiesz, że z gównem byśmy nie przyszli, a tym bardziej ja.

Podobny problem jak w poprzednich. Wyrażanie myśli – jaki to rodzaj czynności? Związany z mową czy nie? Czy chodzi tylko o konkretnie warianty „powiedział”.

Wydaje mi się, że poprawnie. Wyrażanie myśli można spokojnie podciągnąć pod mowę:

– O, kurwa! – wyraził swoje myśli/ uczucia Władek.

Ale nie w podanym przez Ciebie przypadku. Tutaj wstawka znaczy nie tyle “powiedziałem”, co “nie dało się tego powiedzieć krócej”. Ale to chyba subtelna różnica.

No i jeszcze warto pamiętać, że czasami w naszych regułach pozostaje trochę miejsca na uznaniowość i wtedy Autor ma pełne prawo do wybrania tej interpretacji, która mu bardziej odpowiada. Gdybyś pominął kropkę i dużą literę w “nie”, chyba bym się nie czepiała takiego zapisu. Chociaż obecny bardziej mi się podoba.

Babska logika rządzi!

Ładnie poprowadziłeś historię, czytało się gładko, z zaciekawieniem. 

 

Jeśli chodzi o konstrukcję postaci, to wyszło takie “męskie pisanie”. Ksywy, spluwy, twardzi kolesie, twarde gadki, każdy na śniadanie je piach jak płatki i popija olejem z rosomaka zamiast kawy. Ale cóż, taki gatunek. :) 

Nie podeszło mi też przejaskrawienie postaci szlachty, zarówno jeśli chodzi o charakter, ubiór czy siedzibę (odnowiony dworek to kiepska forteca). Moim zdaniem nikt do gruntu nie jest aż tak zły. Zwłaszcza ktoś, to przeżył apokalipsę. U ciebie, to prawie diabły wcielone. :)

No i ostania wątpliowść, technologia. Nie wiem, kiedy nastąpiła atomowa wymiana, ale cyberkończyny i implanty biologiczne są bardzo zaawansowaną zabawką, niedostępną w naszych czasach. Czy w świecie zrujnowanym wojną, aż tyle by jej ocalało aby jakiś najemnik z pogranicza mógł sobie zafundować cyber oko?

 

Ogólnie, podobało się. :)

 

A co mi tam, klik.

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

Zastosowałem się do cennych rad, które dostałem jeżeli chodzi o konstrukcje.

Troszkę pozwoliłem sobie skorzystać z posta Finkli, trochę z posta Regulatorki, z nadzieją, że teraz w dialogach nie czai się już żaden “babol”.  Dziękuję za pomoc!

 

Zalth bardzo dziękuję za kolejny klik do biblioteki :)

Cieszę się z generalnie pozytywnego odbioru opowiadania :)

 

Co do Twoich uwag (naprawdę celnych!), nie chciałbym za bardzo zaglądać za kurtynę, a opowiadanie powinno bronić się same, spróbuję jednak jedną czy dwie kwestie wyjaśnić.

Tekst niestety został mocno skrócony ze względu na limit znaków na konkurs, w którym brał udział. Wcześniej pojawiał się tam troszkę szerszy opis świata, ale nie będąc niezbędnym, został wycięty. Nie zdecydowałem się rozbudowywać tekstu tu na forum, ciekawy opinii na jego temat w takiej właśnie formie. Może podejmę się kiedyś jeszcze rozwinięcia, jeżeli nie historii tych bohaterów, to chociaż wykorzystania możliwości postapokaliptycznej Polski.

Króciutko: Męskie pisanie – dokładnie tak jak piszesz! :) 

Na szlachciców spójrz, bardziej jak na biznesmenów tego świata, a’la ogromne korporacje tylko na innym poziomie, z dużą kasą, wyzyskiem ludzi, brudnymi interesami. Na miarę tamtejszych możliwości ;)  Odnowiony dworek to kiepska forteca, ale wspaniałe miejsce by zaimponować bogactwem, jeżeli wiemy, że nic nam nie grozi i znamy gości :)

Świat nie leży cały w gruzach tylko jego spora część, wewnętrzna Polska ze stolicą w Łodzi świetnie sobie radzi, nie wiemy co z Chinami, USA, Rosją… i tu się zatrzymam. 

Nie ma tego wszystkiego w opowiadaniu, więc tak jak powiedziałem uwagi były bardzo celne i chcąc uzyskać większą spójność i tak musiałbym troszkę rozwinąć to i owo. To dla mnie najcenniejsza informacja :) Jeszcze raz dzięki za opinię i bibliotekę!

 

“Rycerstwo samo w sobie jest poezją życia” - Friedrich Schlegel

Nooo… to teraz moja kolej (myślałeś, że starszych tekstów już nikt nie czyta? hehe!! Otóż czytają starsi ludzie wink).

Historyjka całkiem ładna, odmalowany świat poatomowy dość przekonujący. Akcji – jak na mój gust – trochę za mało. Zwrotów akcji i zapętleń też mi brakowało. Było przecież z czego korzystać. Skoro wstawiłeś już Niemców, za którymi wstawił się Profesor, to aż się prosiło, żeby na końcu ich temat wrócił jak bumerang. A tak to wyszedł z Niemców tylko bibelot do odmalowania klimatu i charakterów. Można było wykorzystać też Narodową Armię, skoro już się pojawiła… Tyle w ogóle tych postaci było wymienionych z ksywek w grupie Profesora, że chociaż komuś można było przydzielić jakiś nowy epizod w tej historii. Było czym tą opowieść zapętlić, zaskoczyć, ale nie wykorzystałeś tego wszystkiego.

Idea szlachty – trochę przerysowana, rubaszna, ale właśnie taka mi się spodobała. To wg mnie taki dość humorystyczny motyw (pomimo tego, że parszywce z nich straszne).

Masz generalnie fajną narrację i ciekawe, lekkie pióro – czyta się dość dobrze. Jednak kilka elementów gryzło się jak dla mnie. Przede wszystkim ten Profesor nie pasował sam do siebie – niby ta ksywa z jakieś większej ogłady, a przecież klnie gorzej od pozostałych. 

Zupełnie niepotrzebne też te tak liczne komentarze – niemal każde zdanie z dialogu profesor musi jakoś skomentować? W dialogu zawsze jest okazja przyspieszyć, zagęścić akcję, a tu te komentarze to mi bardzo przeszkadzały. Gdyby połowę z nich usunąć, to tekst nabrałby rozpędu i byłoby więcej znaków do wykorzystania, aby na koniec zrobić ww. zwrot akcji cheeky.

Ogólnie: Podobało mi się na tyle, że chętnie przeczytałbym jakąś nową wersję tego tekstu, bo można z niego jeszcze sporo wyciągnąć. O ile uznasz to za potrzebne. 

Nowa Fantastyka