- Opowiadanie: MPJ 78 - Połabie

Połabie

Była noc, za oknem lał deszcz, jak w klasyce cyberpunku. W telewizji i w sieci non stop było coś o zamachach: Nicea, Stambuł, Bawaria. Wtedy przypomniał mi się świat jaki stworzyłem dla opowiadania “Lisowczyk”.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Połabie

Leje kolejny dzień, wszystko jest mokre i szare. Połabie nigdy nie grzeszyło urodą ale podczas deszczu jest brzydsze niż zwykle. W czasie patroli wilgoć przenika pod pancerze i utrudnia działanie egzoszkieltów. Niektóre kopuły kompleksu bunkrów, w którym stacjonujemy wybudowano dawno temu, może nawet przed II wojną światową. Woda sączy się przez dawne strzelnice, wizjery, wentylatory. W nowych niższych poziomach jest sucho i ciepło, ale problemem staje się nuda. Cywilne przekaźniki mają nas na skraju zasięgu, więc sieć nie działa jak należy. Próbujemy oglądać holoprzekaz z kobiecych mistrzostw świata w plażową piłkę nożną. Zawodniczki w bikini normalnie pewnie podniosłyby morale, ale dziś obraz rozsypuje się w kolorowe sześciany i rwie. Wreszcie sygnał wraca, zamiast opalonych dziewczyn biegających po plaży, pojawia się kilkunastu ubranych paramilitarnie facetów przed rzędem puszek piwa.

– Co jest gwarancją sukcesu? – pyta lektor

– Pierwszy strzał! – skanduje głośno szereg

– Piwo pierwszy strzał! Na początku dobrej zabawy. – Radosnym głosem dodaje lektor, a faceci wychylają duszkiem zawartość puszek i cieszą się nie wiadomo z czego.

 

Wychodzę ze świetlicy, kiedy w holoprzekazie pojawia się przypakowany łysy koleś o wyrazie twarzy sugerującym, iż numer buta ma większy od współczynnika IQ. Za nim błyszczy logo producenta prezerwatyw.

No cóż każde zerwanie sygnału powoduje, iż przy ponownym połączeniu uruchamia się pakiet reklam. Speców od marketingu, którzy je sprofilowali powinno wytarzać się w smole, pierzu, wręczyć wiadro węgla i pogonić batami przez Aleje Ujazdowskie od Poniatowszaczaka po Okęcie.

Gdy holodek nie działa, nuda się potęguje. Mijam właśnie kilku żołnierzy korpusu grających w pokera.

– Błażej może się przyłączysz? – pyta sierżant, Stefan Chudzik.

– Po tym jak ostatnio mnie oskubaliście, nie będę miał nawet na wejście.

– Wiesz lisowczyku, kto nie ma szczęścia w kartach, ten ma je w miłości. – Sierżant uśmiecha się znacząco.

– Wiec tym bardziej nie powinienem siadać do kart.

– Niezły gryps. – Śmieje się Stefan.

 

Zakochałem się z wzajemnością, w Marysi córce podkasztelana berlińskiego. Odkąd brałem udział w odbiciu jej z rąk syna kalifa, często się z nią spotykałem czy to w sieci, czy to w realu. Poznałem jej rodziców i zdobyłem ich przychylność. Zyskałem też wroga, który od pewnego czasu życie mi zatruwa. Jest nim Julian, syn generała dowodzącego dwudziestą ósmą dywizją piechoty zautomatyzowanej, typowa menda sztabowa. W czasie gdy Marysia była w bisurmańskich rękach zamiast ruszyć jej na ratunek, pojechał sobie wypoczywać na rumuńskich plażach. Jak ją odbiliśmy, to nagle znów miłością do niej zapałał. Mówiłem menda i już.

To staraniem jego ojca moja jednostka została wysłana nad Łabę na granicę z Kalifatem. My elitarni żołnierze, specjaliści od akcji w głębi terenu wroga, mamy przez miesiąc patrolować linię rzeki. W celu, wymyślonej przez sztabowców, wymiany informacji i doświadczeń z korpusem ochrony pogranicza, nasza siódma chorągiew lisowczyków została podzielona na pięcioosobowe poczty i rozrzucona wzdłuż całej rzeki.

Julian, menda złośliwa uprzykrzył życie nie tylko mnie, ale wszystkim lisowczykom i żołnierzom korpusu. Żeby ograniczyć mi kontakt z Marysią, namówił ojca do wydania nam rozkazu zakazującego korespondowania i czatowania z bliskimi. Powołano się w nim na „konieczność utrzymania operacji w pełnej tajemnicy”. Jeszcze w dniu wydania, wszyscy z naszej chorągwi, od szeregowych żołnierzy po oficerów zdążyli go złamać. Jesteśmy wszak Lisowczykami, a nie jakąś tam piechotą zautomatyzowaną i głupich rozkazów wykonywać nie będziemy. Sztaby więc zadecydowały o postawieniu firewalli na liniach, by wykonanie rozkazu jednak wyegzekwować. Można by zhakować serwery i obejść zapory. Można podpinać prywatną korespondencję pod szyfrowane raporty, użyć niezarejestrowanego komunikatora satelitarnego i łączyć się przez komercyjnego satelitę, czy to irańskiego, czy chińskiego. Można też postawić parę skrzynek łąckiej śliwowicy żołnierzom z KOP. Ci zaś dowiedziawszy się jaki mamy problem, pomogą.

Wielopoziomowy bunkier stanowiący naszą bazę dawno, dawno temu, połączono podziemną linią telefoniczną z ratuszem w pobliskim miasteczku. Później wielokrotnie cały kompleks przebudowywano, powstały nowe linie łączności, a o starych przewodach zapomniano. Pobliskie miasto zredukowało się do rozmiarów wioski. Bliskość granicy Kalifatu, i związane z nią rajdy fedainów skutecznie zniechęcały do mieszkania w tej okolicy. Została autostrada, stacja benzynowa kilka sklepów, centrum kurierskie, posterunek policji i kilka ufortyfikowanych folwarków wokół. Oczywiście w wiosce jest cywilna sieć. Zupełnie przypadkiem, ktoś wpiął do niej starą linię z bunkra. Problem w tym, że stare łącze dysponuje ograniczoną przepustowością, toteż każdy z załogi ma wyznaczony czas, kiedy może z niego korzystać.

Nie mając nic innego do roboty przeglądam archiwalne czaty z Marysią.

– Słoneczko ty moje, co tam u ciebie słychać

– Na zakupach byłam z koleżankami i wiesz spotkałyśmy Juliana.

– To wy w koszarach zakupy robiłyście? – puszczam znaczące oczko

– Nie, no skąd. W centrum Berlina, w butikach na Placu Czterech Pancernych koło Bramy Brandenburskiej.

– Julian pewnie kupował sobie poduszki z elektromasażem, żeby nie mieć odleżyn od siedzenia w fotelu.

– Jesteś okropny, jak robisz się zazdrosny. – Wirtualna Marysia grozi mi palcem.

– Będę grzeczny, kochanie ty moje. – Zapewniam nieszczerze.

– To dobrze. Julian zaprosił nas wtedy do tej modnej kafejki przy ulicy Brunera.

– I poszłyście?

– Nie chciałam ale, Lidka i Jagna mnie pociągnęły. – Moja ukochana rozkłada ręce.

– Z tego co słyszałem, to faktycznie one potrafią ciągnąć.

– Wiesz co! – Awatar Marysi ciska we mnie wirtualnym talerzem. – Miałeś być grzeczny?

– Przecież tylko potwierdziłem twoje słowa. – Uśmiecham się przepraszająco

– Wybaczam ci. – Łaskawie stwierdziło moje słoneczko.

– Otóż Julian postanowił nam wróżyć z fusów po kawie, i wiesz co? Był wtedy tak samo niedobry jak ty. Lidce i Jagnie, to wróżył dobrze, a mi kiepsko.

– Nie przejmuj się kochanie, w sztabie zawsze błędnie przewidują przyszłość.

– Myślisz? Bo wiesz on wróżył mi najpierw smutną wiadomość, a potem odkrycie miłości życia.

– Ja tam myślę, że ściemniał.

– Oby, bo przecież nie potrzebuje nikogo spotykać. Kocham cię lisku. – Wirtualna Marysia obejmuje mojego awatara.

– Ja też cię kocham gwiazdeczko. – Szepczę jej na ucho.

 

Wyłączam siatkówkowy holohud. Wygląda na to, że ten sztabowy dekownik wykorzystuje każdą chwilę i odbija mi dziewczynę. Gdyby tak się udało wyzwać go na pojedynek. Najlepiej nie w sieci na fragi, ale w realu na szable. Utłukłbym gada i byłoby po sprawie. Dzwonek alarmu, przerywa moje rozważania. Interkom wzywa mnie do sali odpraw. Spotykam tam Juliana Duszę. Co ten generalski synek tu robi?

– Idziesz na patrol. – Major dowodzący placówką jest lakoniczny jak zwykle.

– Cel?

– Tu obecny porucznik Dusza przywiózł informacje ze sztabu. Sugeruje, iż dziś w nocy grupa fedainów będzie próbowała przekroczyć granicę.

– Jeśli tak, to patrol powinien być wzmocniony.

– Tak się stanie. Oprócz ciebie i dwóch z korpusu, w patrolu pójdzie, też sześcioosobowa drużyna z piechoty zautomatyzowanej. – Wyraz twarzy oficera korpusu wyraźnie wskazuje, iż uważa to za zły pomysł.

– Przecież oni nie znają terenu. Nawet ja po dwóch tygodniach tutaj, nie czuję się pewnie w terenie bez żołnierzy kopu. – Nic nie szkodzi nieco podlizać się majorowi.

– To zawodowcy, poradzą sobie lepiej niż ty. – Wtrąca Julian ucinając dyskusję.

 

Brodząc w nocnym deszczu zastanawiam się, co ta menda kombinuje? Czemu pojawił się tutaj? Spodziewałbym się raczej, że nadal będzie „przypadkowo” spotykał Marysię na mieście, a może nawet zaprosi ją na jakąś kolację, czy koncert. Tymczasem zjawił się na tym samym odcinku co ja. Do tego ściągnął tych zakutych w stal tępaków. To nawet nie są żołnierze liniowi. Sygnatury ich systemów łączności wskazują na kompanie ochrony sztabu i poczet porucznika. Lisowczycy i żołnierze kopu nie darzą nawet liniowej piechoty specjalnym szacunkiem. Od nas wymaga się inicjatywy, umiejętności skradania, improwizowania, wyposaża w lekkie egzoszkielety i pancerze możliwe do ukrycia nawet pod zwykłym ubraniem. Piechociarze mają po prostu wykonywać rozkazy. Żeby podnieść ich szanse na przeżycie w czasie walki, daje im się potężne pancerze i broń o jak największej sile ognia. Fedaini są podobni do nas, lekko opancerzeni, sprytni, elastyczni w walce. Patrol korpusu, albo lisowczyków miałby szanse ich namierzyć. Sześciu zautomatyzowanych, w prawie trzymetrowych zbrojach, robi mnóstwo hałasu. Uruchomili wszystkie systemy maskujące, ale choć noc jest ciemna jak wnętrze piramidy i pada deszcz, słychać ich w promieniu kilometra.

– Błażej, z tymi blaszakami jest coś nie tak. – Mówi im na prywatnym kanale, sierżant z kopu. – Są z nami w patrolu, ale nie dali nam dostępu do danych zbieranych przez czujniki z ich zbroi, choć pobierają informacje od nas.

– Też mi się nie podobają.

– Co powiesz na jeden w przód, dwóch krok w bok?

– Jestem za.

– Uwaga zbliżamy się do brodu. Fedaini chętnie z niego korzystają. Tydzień temu sprzątnęliśmy tu jednego z plecakiem pełnym min. Żeby nie było niespodzianek, przodem rusza Czesław, reszta w dotychczasowym szyku powoli za nim trzymając dystans stu metrów. – Padł rozkaz sierżanta na kanale ogólnym.

 

Wyłączam wszystkie systemy aktywnego skanowania terenu i jednocześnie dyskretnie opuszczam dotychczasowe miejsce w szyku zostawiając na nim hologram. Piechociarze chyba coś zauważyli. Podnoszą broń i zaczynają strzelać. Pierwsze pociski przelatują przez hologramy, żołnierzy korpusu i mój. Jednocześnie ktoś zakłóca wszystkie kanały łączności. Teraz staje się oczywiste, dlaczego Julian wróżył Marysi przyjście smutnej wiadomości. Suczy syn chce mi zorganizować wypadek na patrolu. Jego ludzie stracili moment zaskoczenia. Próbują rozwinąć się w linię by uniemożliwić nam powrót do bunkra. Błysk i huk eksplozji. Jeden z tych kretynów wszedł na minę. Kolejna eksplozja świadczy, iż upadając trafił na następną. Korzystam z zamieszania rzucam „kleszcza”. Ładunek pełznie po pancerzu, lokuje się na zasobniku z amunicją, generuje strumień plazmy i skrzydłowy zautomatyzowany ginie w kuli ognia. Czterech pozostałych nie widząc nas w podczerwieni, ani na radarach odpala reflektory szperaczy. Czesiek strzela z granatnika, błysk i mamy kolejnego z głowy. Niestety seria jednego z piechociarzy trafia strzelającego żołnierza korpusu. Ludzie Juliana odzyskali przewagę liczebną ale przestają nas szukać. Ustawiają się plecami do siebie. W takiej formacji są w stanie kryć ogniem wszystkie sektory. Przyklejony do ziemi załadowałem pistolet stosowanymi w kalifacie, pociskami drążącymi. Trafiwszy w ciało ofiary, mają one paskudny zwyczaj powoli wkręcać się w głąb kierując na serce. Starannie ustawiam broń na podpórce, daję sobie dwie minuty na przejście jej w tryb automatyczny i odczołguje się rowem. Pistolet teoretycznie nie jest w stanie przebić pancerza piechoty. Tyle teorii, w praktyce zbroja ma swoje słabe punkty. Broń strzela nisko, pomiędzy nogami dwóch blaszaków, w tyły kolan trzeciego. Piechur pada jak podcięta lalka. Żyje, ale jeśli nie usunie ze swego ciała pocisków, wkrótce umrze. Znów aktywuje hologramy, mające odciągnąć uwagę od mojej pozycji. Ostatni dwaj sprawni napastnicy reagują zgodnie z przewidywaniami. Strzelając odsłonili plecy. Stefan wykorzystuje sytuację. Padają jak ścięte kłody. Jest po wszystkim. Podbiegam do rannego, który próbuje wyczołgać się z pancerza.

– Litości! – woła na mój widok.

– Chcesz pomocy, to powiedz kto wam zapłacił?

– Człowieku zrozum. Nie mogę powiedzieć.

– Zabiliście mi kumpla. – Stefan włącza się do rozmowy. – Albo sypiesz zleceniodawcę, albo poderżnę ci gardło i będzie po sprawie.

– Nie musisz tego robić. On ma w sobie pociski drążące. Jeśli ich natychmiast nie usuniemy, umrze. – Robię nad rannym znak krzyża.

– Ludzie litości! – skomli piechociarz.

– Zrobimy inaczej. – Podpinam się pod system łączności w jego zbroi. – Zameldujesz zleceniodawcy, że zlikwidowaliście cel ale macie rannych i potrzebujecie ewakuacji. W zamian za co usunę naboje z twojego ciała.

– Dobrze.

 

Oczywiście połączył się z Julianem. Niepokojące było tylko to, że porucznik Dusza obiecał przybyć za parę minut. Wprowadziłem ciąg znaków do niewielkiego pilota. Pociski drążące zostały dezaktywowane. Ranny dostał silną dawkę morfiny i opaski uciskowe nad kolanami. Musi to mu na jakiś czas wystarczyć. Dostrzegłem, że sierżant z kimś się łączył. Zanim zdążyłem go o cokolwiek spytać siatkówkowy holodek wyświetlił ostrzeżenia. Piętnastu zautomatyzowanych piechurów było zaledwie pół kilometra od nas na dodatek zbliżali się bardzo szybko. Klnąc, ruszyłem się w stronę najbliższych zarośli, po drodze rzucając parę gadżetów, które mogą mi potem pomóc. Ledwie zdążyłem się ukryć i włączyć pełne maskowanie. Żołnierz kopu znikł mi z oczu. Widocznie też się zamaskował. Piechociarze nie tego spodziewali się pobojowisku. Ktoś próbował rozmawiać z rannym. Odczołgiwałem się byle dalej, kiedy wszystkie lufy skierowały się w moją stronę.

– Błażej wyłaź. – To był głos Juliana.

– Żebyś się nie zdziwił. – Zamruczałem cicho, i rzucam na stół ostatni atut, zaawansowany hologram z mobilnym projektorem i systemem łączności. Pozorant wymaszerował na odkrytą przestrzeń.

– Odłóż broń, podnieś ręce szeroko do góry i podejdź tutaj.

 

Hologram wykonał polecenia, a ja złożyłem się do strzału. Za chwilę piechociarze zorientują się, że mają przed sobą elektroniczną atrapę. Jestem zbyt blisko by uciec. Dorwą mnie. Jeśli zaś mam zginąć to wyekspediuję na tamten świat przeklętego porucznika i tylu jego podkomendnych ilu zdążę. Wiem, że żołnierze na pobojowisku to też hologramy. Systemy, którymi dysponuję, są jednak w stanie namierzyć rzeczywistą pozycję ciężkich piechurów. Drgania gruntu wskazują, iż rozbili się na trzy grupy. Dwie zbliżają się do mnie przetrząsając rowy i zarośla, trzecia powoli sunie za nimi. Ta ona jest moim celem. Żołnierze z niej są w standardowym szyku broniącym dowódcę. Tam musi być porucznik Dusza. Teraz trzeba zyskać trochę czasu. Mój hologram zaczyna mówić.

– Julek ty naprawdę wierzysz, że jak mnie zabijesz to Marysia cię pokocha?

– Nie wiem o czym mówisz. – Hologram Juliana odpowiada spokojnie. Jednocześnie wiązka kierunkowa niesie zupełnie inny przekaz. – Jesteś łosiem, głupkiem myślącym, że dla byle blondi robiłbym coś takiego. Kalifowi przykrą była wiadomość o romansie haremowej niewolnicy oraz zabójcy jego syna. Postanowił to zmienić. Twoja głowa warta jest teraz pięć kilo złota.

– Jesteś żałosny! – Silnym głosem woła mój hologram.

– Obrażasz oficera. – Odpowiada projekcja porucznika. Znów odbieram kierunkową wiadomość. – Po twojej śmierci przez chwilę będzie moją seksualną zabawką, a potem sprzedam ją na bałtyckiej plaży, jak głupią flądrę, za kolejne pięć kilo złota.

– Zwariowałeś! – Krzyczy mój hologram

– Jesteś aresztowany za obrazę oficera. Zrzuć osłony i nie stawiaj oporu.

– Nie masz prawa! – krzyczę. – Lisowczyka może aresztować wyłącznie oficer z naszej formacji lub żandarmeria, a nie jakaś głupek z piechoty!

– Brać go!

 

Choć mój elektroniczny wizerunek krzyczy, to ja jestem spokojny. Julian został oficerem sztabowym tylko dzięki ojcu. Sam z siebie jest idiotą. Nieudolnie prowokuje, by mieć podstawy do odstrzelenia mnie. Zupełnie zapomniał o sierżancie z kopu. Mój holo robi to, na czym zależy porucznikowi z dwóch powodów. Nasze prywatne rozmowy są zapisywane w pamięci mikronadajników, jakie rozrzuciłem. Jeśli zginę, odczekają godzinę, po czym połączą się z satelitą i przekaz pójdzie w sieć. Drugi powód jest ważniejszy. Dostrzegłem szanse na uratowanie życia. Grupa chroniąca oficera przesunęła się pomiędzy mój hologram, a ciało zabitego tydzień temu fedajna. Teraz albo nigdy.

– Chcesz mnie zamknąć? Zrób to sam! – Atrapa rusza biegiem w stronę ochrony Juliana.

– Zabijcie go!

 

Biegnąca postać migocze. Wygląda to, jakbym uruchamiał systemy maskujące. Błyszczące w deszczu lasery celowników oświetlają pierś hologramu. Błysk potężnej eksplozji wstrząsa okolicą. Zgodnie z przewidywaniami Julian nie wytrzymał nerwowo. Widział moją szarżę i próbował się cofnąć przechodząc obok trupa. Plecaka z minami, który miał przy sobie fedain, nie chciało się nam nieść do bunkra. Zamiast tego założyliśmy pod nim minę pułapkę. Liczyliśmy, iż może połaszczy się na niego jakiś inny „gość” z drugiego brzegu. Stało się jednak inaczej. Być może porucznik potrącił plecak? Niewykluczone jednak, iż coś wspólnego ze sprawą miał detonator w mojej ręce. Zmechanizowani miotają się, nie wiedząc, co się stało. Części z nich padły systemy maskujące. Po ich pancerzach zaczynają błąkać się laserowe kropki celowników.

– Zdejmijcie osłony i odłóżcie broń. Jesteście aresztowani jako współwinni zabójstwa żołnierza korpusu, usiłowania zabójstwa sierżanta kopu oraz wachmistrza z chorągwi lisowczyków. W przypadku niezastosowania się do polecenia zostaniecie rozstrzelani w trybie natychmiastowym. – Cały teren otaczają żołnierze KOP i garść moich kolegów z chorągwi.

– Tylko wykonywaliśmy rozkazy! – krzyczy ktoś z piechociarzy.

 

– Stefan sprowadziłeś kawalerię. – Podchodzę do dowódcy patrolu.

– Nie zdążyłbym, to nie są tylko nasi z placówki, ale też szwadron z odwodu odcinka.

– To jakim cudem oni tu dotarli?

– Nie wiem.

– Po prostu lisowczyku w czepku się urodziłeś. – Podchodzi do nas jakiś człowiek. Na pancerzu ma dystynkcje podpułkownika korpusu i nazwisko Przemysławski. Widząc to staję na baczność i salutuję.

 

Dopiero kilka dni tygodni później, dzięki uprzejmości wiceadmirała floty podwodnej, prywatnie zaś stryja Marysi, dowiedziałem się więcej. Przemysławski znał Duszę seniora z czasów kursu oficerskiego. Panowie już wówczas nie pałali do siebie specjalną sympatią. Podobno nie raz i nie dwa podkładali sobie świnie. Pojawienie się na granicy chorągwi lisowczyków, wzbudziło nieufność podpułkownika. Podejrzewał, iż jego adwersarz znów coś knuje. Gdy dotarła do niego informacja o przybyciu na placówkę Juliana ze wzmocnionym plutonem zautomatyzowanych, postanowił sprawdzić sprawę. My ruszaliśmy na patrol, a on na czele odwodowego szwadron kopu był już w drodze. Znał dobrze realia pogranicza więc poderwał też zwiadowcze. To one naprowadziły wsparcie na miejsce potyczki i nagrały jej przebieg. Generał Dusza na wieść o śmierci syna dostał wylewu. Kolejny problem z głowy.

Wersja dla mediów była inna. Wedle niej żołnierze dwudziestej ósmej dywizji nie uaktualnili antywirów. Podczas patrolu ich systemy zainfekował wirus komputerowy. W efekcie systemy celownicze sugerowały piechurom, iż żołnierze korpusu i lisowczycy to fedaini. Ponadto wirus oznaczał jako miejsca bezpieczne pozycje gdzie zainstalowano miny kalifatu, co doprowadziło do tragedii.

Koniec

Komentarze

Niestety, Połabie zupełnie nie przypadło mi do gustu. Nie bardzo wiem, MPJ, jaki jest związek Twojego opowiadania ze wspomnianymi w przedmowie zamachami i wcześniejszym opowiadaniem, które już zdążyło ulecieć mi z pamięci.

Lektury nie ułatwiają źle zapisane dialogi, masa literówek, nie zawsze czytelnie sformułowane zdania i zlekceważona interpunkcja.

 

Nie­któ­re ko­pu­ły kom­plek­su bun­ków… – Literówka.

 

mi­strzo­stwa świa­ta w pla­żo­wa piłkę nożną. – Literówka.

 

iż numer bura ma więk­szy od współ­czyn­ni­ka IQ. – Literówka.

 

Zy­ska­łem też wroga, co od pew­ne­go czasu życie mi za­tru­wa. Zy­ska­łem też wroga, który od pew­ne­go czasu życie mi za­tru­wa.

 

siód­ma cho­rą­giew Li­sow­czy­ków zo­sta­ła po­dzie­lo­na… – Literówka.

 

Wie­lo­po­zio­mo­wy bun­kier pil­nu­ją­cy tego od­cin­ka gra­ni­cy… – Bunkier pilnował granicy?

 

Sło­necz­ko ty moje, co tam u Cie­bie sły­chaćSło­necz­ko ty moje, co tam u cie­bie sły­chać?

 

Ko­cham cię lisku. – wir­tu­al­na Ma­ry­sia obej­mu­je mo­je­go awa­ta­ra. – Postawiwszy kropkę, nowe zdanie rozpoczynamy wielką literą.

 

Za­sta­je tam Ju­lia­na Duszę. – Literówka.

 

dwóch na­szych z kor­pu­su, w pa­tro­lu pój­dzie, też sze­ścio­oso­bo­wa dru­ży­na z pie­cho­ty zauto­ma­ty­zo­wa­nej. – Wyraz twa­rzy ofi­ce­ra kor­pu­su… – Powtórzenie.

 

Nawet ja po dwóch ty­go­dniach tutaj, nie czuje się pew­nie… – Literówka.

 

Sze­ściu zauto­ma­ty­zo­wa­nych, w pra­wie trzy­me­tro­wych zbro­jach… – Czym są rzeczone, prawie trzymetrowe zbroje?

 

daje sobie dwie mi­nu­ty czasu na przej­ście jej w tryb au­to­ma­tycz­ny… – Masło maślane. Minuty to czas.

Wystarczy: …daję sobie dwie mi­nu­ty na przej­ście jej w tryb au­to­ma­tycz­ny

 

Znów ak­ty­wu­je ho­lo­gra­my, ma­ją­ce od­cią­gnąć uwagę od mojej po­zy­cji. – Literówka.

 

Nasze pry­wat­ne roz­mo­wy są za­pi­sy­wa­ne w pa­mię­ci mi­kro­na­daj­ni­ków, jakie roz­rzu­ci­łem. – …które roz­rzu­ci­łem.

 

Ple­ca­ka z mi­na­mi, jaki miał przy sobie fe­da­in… – Ple­ca­ka z mi­na­mi, który miał przy sobie fe­da­in

 

Wi­dząc to staje na bacz­ność i sa­lu­tu­ję.Wi­dząc to, staję na bacz­ność i sa­lu­tu­ję.

 

Roz­kaz ge­ne­ra­ła przy­sy­ła­jąc na gra­ni­cę naszą cho­rą­gwi li­sow­czy­ków… – Nie rozumiem tego zdania.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawki naniesione.

 

Kilka słów wyjaśnień.

 

Tak jak pisałem pancerze i egzoszkielety lisowczyków maja dać ukryć się pod zwykłym ubraniem. Nie wpływają więc na łączny wzrost noszącego je człowieka. Zbroje piechurów z opowiadania są inne. Nieprzypadkowo używałem sformułowania “potężne pancerze” i “wielka siła ognia” Wyobrażam sobie, iż masa pancerza i uzbrojenia wymusza zastosowanie bardziej rozbudowanego egzoszkieletu, który to wszystko uniesie. Żeby zaś ustrojstwo nie zapadało się w ziemię zamiast zwykłych nóg powinno mieć coś w rodzaju kurzej łapy z trzema “paluchami”, każdy wielkości ludzkiej stopy. Suma sumarum człowiek zakuty w takiej zbroi byłby znacznie wyższy.

 

Co do związku “Połabia” z zamachami, to po prostu wydaje mi się, iż świat zmierza w kierunku realiów opisanych czy to w “Połabiu”, czy to w “Lisowczyku”. Owszem, za ileś lat może to się wydać ludziom zabawne jak współcześnie świat “Astronautów” Lema, czy “Drzwi do lata” Heinlein‘a. Jednak dziś … sami rozumiecie.

 

 

Próbujemy oglądać holoprzekaz z kobiecych mistrzostwa świata w plażową piłkę nożną. – literówka

 

– Co jest gwarancją sukcesu? – pyta lektor

– Pierwszy strzał! – skanduje głośno szereg

Kropki na końcach zdań.

 

często z nią się spotykałem czy to w sieci – strasznie ciężko mi się to czytało, czy nie lepiej by było: często się z nią spotykałem?

 

Julian, menda złośliwa(+,) uprzykrzył życie nie tylko mi, – bardziej mi tu pasuje mnie

Klnąc, ruszyłam się w stronę najbliższych zarośli, – kiedy zmienił płeć? ;) 

Piechociarze chyba nie tego spodziewali się pobojowisku. – przed pobojowisku chyba czegoś brak 

Systemy, którymi dysponuje(+,) są jednak w stanie namierzyć rzeczywistą pozycję ciężkich piechurów. – chyba miało być dysponuję

Stefan ścieśniałeś kawalerię. – ??? nie rozumiem tego zdania 

Rozkaz generała przysyłając na granicę naszą chorągwi lisowczyków, – chyba przysyłający 

 

Zostało jeszcze trochę usterek i cała masa brakujących przecinków.  

 

Co do fabuły, to nie potrafię się zdecydować. Z jednej strony najpierw stwierdziłam, że totalnie bez sensu i kompletnie niewiarygodne jest, by jakikolwiek wojskowy dla babki taki cyrk odstawiał i jawnie brał ludzi do takiej kreciej roboty. A potem, gdy wyszło, że to zdrada za złoto, to wcale nie uwiarygodniło niczego. Raz, że w takim spisku raczej nie mogli brać udziału zwykli żołnierze, bo to za grubymi nićmi szyte. Chyba że Julian planował pozbyć się także wszystkich piechurów jako niewygodnych świadków. Chyba prościej i lepiej by było klasycznie kogoś przebrać za fedaina i w taki sposób upozorować “wypadek na patrolu”, zamiast używać własnego wojska. Dwa – nie wiem, ile w tym świecie jest warte złoto i czy te pięć kilo to dużo, czy mało. Bo może zarobił fortunę i stał się bogaty jak nabab, a może sprzedał się za grosze. Mendy też się różnie cenią…

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Kolejne poprawki naniosłem. 

 

Z przecinkami sobie nie radzę. Kombinowałem nawet z rozrysowywaniem zdań złożonych na drzewka podrzędności ale jak widać nie pomogło.

 

Kolejne wyjaśnienia.

 

Julian użył żołnierzy którymi dysponował. Dopiero czytając uwagi śniącej zorientowałem się gdzie jest mój błąd. Wojsko jakie opisuje nie do końca przypomina te nasze współczesne. Oni są wzorowani na żołnierzach Rzeczpospolitej Szlacheckiej. Wyobrażam ich sobie jako bardziej lojalnych wobec swoich przełożonych, niż wobec żołnierzy z innych formacji. Ta szóstka z patrolu miała się tłumaczyć zawirusowaniem systemu identyfikacji swój obcy. Czternastka jaka pojawiła się z Julianem nie była w sprawę wprowadzona. To dla tego porucznik prowokował Błażeja. Potrzebował czegoś co da podstawę do otworzenia ognia.

 

Co do ceny złota zakładam, iż 10 gram złota to odpowiednik współczesnych 2 000,00 zł, czyli te 5 kg to około 1 000 000,00 zł. Jeśli policzymy że zamierzał wystawić 2 osoby to jego zysk powinien wynieść w przeliczeniu na nasze około 2 000 000,00 zł. Nie nazwałbym wiec go kimś sprzedającym się za grosze.

 

Początkowo myślałem o najemniku przebranym za fedaina ale był problem z tym jak on miałby namierzyć Błażeja np podczas patrolu.

A no widzisz, czyli małe prywatne armie oficerów, a nie armia kraju. Ale tego czytelnik nie wie, bo to nie wynika z tekstu. A wyobrażenie moje jako czytelnika właśnie, bazuje na stanie aktualnym. Stąd taki odbiór. A dla odmiany cenę złota podajesz wedle aktualnych danych :) Tego też nie można z tekstu wydedukować, równie dobrze można przyjąć, że w tej innej rzeczywistości, cena też może być inna. Poza tym osobiście uważam, że dwie bańki to jednak grosze. Przynajmniej w naszym świecie – postawisz za to troszkę lepszy dom, to Ci na samochód braknie. Albo wydasz całość na samochód i też z niczym dalej zostaniesz :) 

 

Co do przecinków, nie wiem, co Ci podpowiedzieć. Może ktoś inny zna jakiś dobry patent na naukę. 

 

Początkowo myślałem o najemniku przebranym za fedaina ale był problem z tym jak on miałby namierzyć Błażeja np podczas patrolu.

Wybić cały patrol – jeszcze mniej podejrzane, niż polowanie na jedną osobę :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No właśnie muszę się nauczyć wyważać pomiędzy nudzeniem, a informowaniem o świecie, w którym “baśn ta dzieje się “ :)

 

Co do małych prywatnych armii. Powiedzmy, że to świat w którym żołnierz ogólnie służy Polsce, ale jeśli jego bezpośredni dowódca jest z kimś skonfliktowany, to nie widzi nic złego w tym, że mu pomoże rachunki wyrównać.

 

Fajny świat, to Ci przyznam, i ładnie, plastycznie zarysowany. Podoba mi się. Jest klimat, nie uderzyły mnie dziury logiczne które wyłapała śniąca – trochę przez zawieszenie niewiary, trochę chyba ze względu na to, że trochę czułam “styl” tej armii, o którym piszesz – że są wierni bardziej swoim dowódcom niż komuś innemu, takie tam. Głównie dlatego, że kojarzyło mi się to wszystko trochę klimatem z Ogniem i mieczem i jemu podobnymi ;) Pewnie przez nomenklaturę. To też na plus.

Natomiast fabuła jest moim zdaniem totalnie nieangażująca – głównie dlatego, że od momentu w którym Błażej przypomina sobie czat z Marysią (niestety sam czat jest strasznie słaby, o ile w pozostałej części opowiadania udało Ci się nadać wszystkim jakąś taką soczystość, to w tym dialogu Ci się nie udało) dokładnie wiadomo co będzie dalej. To, że złol okazuje się Jeszcze Bardziej Złolem niż można było się domyślać niewiele zmienia.

Ogólnie – jest to przyzwoity tekst rozrywkowy, taki opowiadaniowy odpowiednik przeciętnego filmu akcji. W swojej kategorii sprawdza się nieźle, jest co prawda dość sztampowo, ale jest to taka wygodna sztampowość, że człowiek zaczyna czytać i wie gdzie jest i że jest w domu ;) Fajnie by było gdyby była angażująca historia albo jakieś zaskoczenie, no ale jak nie ma to trudno ;)

 

Interpunkcja leży i kwiczy. A szkoda, bo poza tym nawet mi się podobało i czytałam z zainteresowaniem. Faktycznie, jest coś z trylogijnych klimatów. Pewnie trójkącik.

Brakujące przecinki. Wołacze, drogi MPJ, oddzielamy przecinkami od reszty zdania. Jeśli masz w zdaniu dwa czasowniki, to potrzebujesz dobrego powodu, żeby pominąć przecinek między nimi. Jeżeli nie ma innego wyjścia, to zaznacz sobie w edytorze każdy czasownik i rozważaj para po parze.

Babska logika rządzi!

Zobaczę co się da zrobić.

 

ps. ciut przeredagowałem by podkreślić, julianowosć piechociarzy.

podczas deszczu jest brzydsze niż zwykle. Podczas patroli

Pamiętałam część o odbiciu Marysi, więc – że tak się wyrażę – znałam tło. Przecinki, a właściwie ich brak, mocno utrudniają czytanie. Zdaje się, że trafiłam już  na tekst po poprawkach, więc jakość była niezła.

Nie przepadam za wojennymi historiami, ale przeczytałam bez specjalnego bólu.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Wskazane powtórzenie skorygowałem. Co do przecinków nadal nad tym pracuję

:)

Pomysł na świat, lisowczyków itp. mi się podoba. Jednak fabuła wydaje mi się pretekstowa i banalna. Lubię militarną fantastykę, ale w Twój tekst mnie nie przekonał. Choć świata nie porzucaj bo ma potencjał :)

Początkowo opowiadanie wydawało mi się kompletnie absurdalne: Europa Zachodnia pod rządami Kalifatu, nowoczesna armia o strukturze rodem z XVII wieku? – przecież to wszystko wygląda jak rojenia z prawackich brukowców. Potem jednak uświadomiłem sobie, że wizja ta trzyma się kupy. Przecież jej realizacja wymagałaby pojawienia się jakiegoś nadzwyczajnego czynnika. Otóż jeżeli udało się nam zarazić NATO typowo sarmackim bezhołowiem, to opanowanie połowy Europy przez islamistów nabiera sensu. A co za tym idzie sensu nabiera opowiadanie, będące doskonałą ilustracją tego, do czego doprowadzić może typowe dla prawicy, bezrozumne nawiązywanie do tradycji.

Termin nowoczesna armia jest na swój sposób zabawny. Co bowiem decyduje o tym, że armia jest nowoczesna? Lasery? Satelity? Elektronika? Nie. To tylko gadżety, scenografia określająca czasy. Żołnierz w kevlarowym pancerzu, uzbrojony w leciutki kompozytowy karabin wybajerzonym celownikiem, łącznością satelitarną, noktowizorem może okazać się przestarzałym, w starciu z gościem w wyświechtanych klapkach uzbrojonym w karabin skonstruowany siedemdziesiąt lat temu. Co o tym zadecyduje? To elementarne Watsonie, pole bitwy. Dotyczy to też struktury organizacyjnej. Rzymski legion, nawet pod koniec imperium, miał bardziej zaawansowane technologicznie wyposażenie oraz strukturę niż horda Hunów. Dopiero zwycięstwo barbarzyńców zdefiniowało go jako „przestarzały”. Przy czym przestarzałość i nowoczesność bardzo często nie były czymś definitywnym. Falanga z czasów Aleksandra wielkiego w czasach rzymskich czy w średniowieczu była „przestarzała” w renesansie okazała się „nowoczesna”. I tak można się bawić w nowoczesność i przestarzałość. 

 

O tym czy świat tego opowiadania będzie za parę lat zabawny niczym z “Astronautów” Lema czy tez proroczy zadecyduje czas

 

 

Nowa Fantastyka