- Opowiadanie: gravel - Metody badania abominacji

Metody badania abominacji

Chcę to mieć już z głowy. 

 

Przede wszystkim podziękowania dla Cienia, który raz kijem, raz marchewką przepchnął mnie przez cały bolesny proces twórczy i dzielnie wspierał i doradzał w czasie późniejszego, jeszcze boleśniejszego, procesu poprawkowego. Ile chłop ma cierpliwości, to się w głowie nie mieści. 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Metody badania abominacji

 

I. Onychofagi

Jaki jest szczyt ironii?, Pan Krawacik zwrócił się do wszystkich domowników siedzących dokoła wózka inwalidzkiego. Odpowiedziały mu pytające spojrzenia. Wyobraźcie sobie taką scenę: pewne małżeństwo mieszka z małym synkiem w domu przy ruchliwej drodze. Szosą dzień i noc mkną z hukiem ogromne ciężarówki. Posiadłość rodziny nie jest w żaden sposób odgrodzona od drogi.

– Dlaczego? – wtrącił natychmiast najbardziej dociekliwy spośród słuchaczy pana Krawacika, jego jedyny wnuk, Michał.

Cicho! Powiedzmy, że to nowy dom i jeszcze nie zdążyli posadzić żywopłotu. Przy drodze rośnie tylko ogromny krzak głogu. Wracając do opowieści: dom, mały synek i ciężarówki huczące na drodze. A teraz wyobraźcie sobie, że nadchodzi wiosna. Trawa na podwórku się zieleni, odzyskuje świeżość i blask. Na jabłoniach przysiadają rozśpiewane ptaki. Pojawiają się pierwsze motyle. Ojciec siada często na werandzie i czyta książkę, podczas gdy chłopiec bawi się w ogrodzie. Pewnego dnia uwagę malca przykuwa piękny motyl. Kolorowy, ogromny, aż chciałoby się go złapać. Dziecko ze śmiechem zrywa się na nogi i biegnie za motylkiem. A motylek, co za nieszczęście, leci w kierunku szosy. Nadążacie?

Domownicy zgodnie pokiwali głowami.

Dobrze. Ojciec podnosi głowę znad książki zbyt późno. Synek jest już bardzo blisko szosy, którą zbliża się potężna ciężarówka, prawdziwy mechaniczny potwór. Kierowca nie widzi biegnącego dziecka, bowiem zasłania je rozrośnięty głóg. Ojciec oczywiście zrywa się na nogi i pędzi w stronę syna. Dopada do chłopca, gdy ten jest ledwie parę kroków od drogi. I w tym momencie ojciec się potyka.

Pan Krawacik pozwolił, by przez chwilę suspens narastał. Z zadowoleniem skonstatował, że na twarzach słuchaczy maluje się podniecenie i niecierpliwość.

Tak, podjął ponownie. Ojciec się potyka. Wyciągnięta dłoń uderza w plecy dziecka i wpycha je prosto pod koła rozpędzonej ciężarówki.

Surowym wzrokiem ocenił, czy opowieść wywarła spodziewany efekt. Michał z komiczną, dziecięcą powagą kiwał do siebie głową, jakby zakończenie nie było dla niego niczym niespodziewanym. Austriacki majordomus, Carl, którego długie nogi były zaplecione w przedziwną wariację na temat siadu tureckiego, odsłonił zęby w niepokojącym uśmiechu. Awszalom Szyrwint, niezaproszony przez nikogo, ale zawsze z doskonałym wyczuciem czasu, wstał z wytartego dywanu, otrzepał spodnie i oznajmił:

– Bardzo ta historia ciekawa. Ale jaki jest jej morał?

– Książki szkodzą – odparł Michał – a każdy dom powinien mieć żywopłot. Czy tak, dziadku?

Pan Krawacik, gdyby mógł ruszać czymkolwiek poza gałkami ocznymi, w tym momencie pogłaskałby wnuka po głowie. Niestety, był całkowicie sparaliżowany od szyi w dół, a i mięśnie jego twarzy nie należały do szczególnie mobilnych. Za młodu pracował w fabryce zapałek i nabawił się martwicy fosforowej, która spowodowała całkowite obumarcie dolnej szczęki. Pewnego dnia szczęka odpadła, zostawiając pana Krawacika z językiem zwisającym na pierś niczym kuriozalny krawat. Stąd wzięło się jego przezwisko.

Szczęśliwie się złożyło, że w szpitalu, w którym umierał, przebywał na stażu młody lekarz, Awszalom Szyrwint. Praktykował niepopularną wśród krakowskiej socjety lekarskiej naukę, którą na własny użytek ochrzcił czaromancją, aby brzmiała poważniej niż czarownictwo. Zdołał za pomocą tytanowych śrub przykręcić panu Krawacikowi język do podniebienia, utrzymać pacjenta przy życiu i z pomocą skomplikowanej psychonautyki uruchomić jego zdolności telepatyczne, jednak w wyniku splotu nieszczęśliwych okoliczności, na resztę życia posłał go na wózek inwalidzki, całkowicie sparaliżowanego. Później, skruszony, zaproponował mu niewielki pokój na poddaszu swej kamienicy, a na tę propozycję bezdomny, okaleczony pan Krawacik po prostu nie mógł nie przystać.

Nie spuszczając teraz wzroku z Szyrwinta, powiedział:

Dokładnie tak, Michałku. Będziesz grzecznym dzieckiem i przyniesiesz nam po filiżance herbaty?

Chłopiec pobiegł do kuchni, a każde uderzenie bosych stóp o dywan wywoływało małe huragany kurzu.

Zasłony w oknach były zaciągnięte, więc pokój pogrążał się w półmroku. Pan Krawacik, jako osoba żyjąca już praktycznie jedynie we wnętrzu własnej głowy, stał się niezwykle wrażliwy na bodźce ze świata zewnętrznego i źle znosił światło dzienne, hałas ulicy, a tym bardziej głośne wycie odkurzacza. Nie pozwalał sprzątaczce choćby wchodzić do pokoju i wytrwale nabawiał się alergii.

Posłał impuls myślowy w stronę pustego niczym niezapisana karta umysłu majordomusa Carla. Służący rozplątał skrzyżowane nogi i popchnął wózek w stronę stołu. Dwornym gestem zaprosił Szyrwinta, by usiadł naprzeciwko pana Krawacika. Następnie oddalił się w najbliższy kąt pokoju i wsiąknął w cienie.

Lekarz i jego pacjent siedzieli naprzeciwko siebie w skrępowanym milczeniu. W ciągu najbliższej godziny nie zdarzy się pomiędzy nimi nic wartego odnotowania – będą jedynie rozmawiać o bzdurach – zostawmy ich zatem własnemu, nudnemu losowi.

Tymczasem Michał siedział na kuchennym stole i czekał, aż woda w czajniku zacznie wrzeć. Obgryzał przy tym paznokcie, jak zawsze, gdy się zamyślił, nic więc dziwnego, że z dziury w ścianie, znajdującej się za szafką, wkrótce wyszły onychofagi.

Przypominały nagie koty o wyłupiastych, perłowobiałych oczach pozbawionych źrenic i skórze na grzbiecie pokrytej keratynową płytką. Przecisnęły się przez szczelinę – mieszkały wewnątrz ścian i wychodziły nocami, aby zbierać obcięte paznokcie – i zeskoczyły na lodówkę. Tam zjeżyły kolczaste grzbiety i zawarczały groźnie.

– Idźcie sobie – powiedział szybko Michał, wycierając ośliniony palec o koszulkę. – Albo zawołam Strycharza i już on się wami zajmie.

Z dumą zauważył, że głos prawie mu nie drży. Strycharz tłumaczył, że onychofagów nie należy się lękać, nie mogą bowiem nikogo skrzywdzić. To tylko padlinożercy, śmieciarze żerujący na ludzkich odpadkach. Tak naprawdę stanowczy ton głosu mógł je łatwo spłoszyć.

Ale Michał nie potrafił być równie stanowczy jak Strycharz. Dlatego gdy onychofagi zeskoczyły na stół i nadal warcząc, usiłowały obwąchać jego dłoń, chłopiec rzucił się w kierunku sznurka, zwieszającego się z sufitu. Szarpnął mocno i gdzieś w głębi kamienicy rozległ się dźwięk dzwonu. Onychofagi zastrzygły wielkimi jak u fenków uszami.

– Wiecie co to znaczy, ścierwojady – powiedział Michał z zadowoleniem. – Strycharz zaraz tu będzie.

Ze skrzypnięciem otworzyła się klapa w suficie. Zjechała w dół sznurowana drabinka, a po niej, z trudem, jękiem i mozołem, zsunął się Strycharz. Przed Michałem i nieco zaniepokojonymi onychofagami stanął kulawy, zarośnięty karzeł w szerokoskrzydłym kapeluszu.

– Znowu te zawszone skurwykoty? – zwrócił się do Michała, rzucając zjeżonym onychofagom przelotne i pozbawione zainteresowania spojrzenie. – Mówiłem ci już parokrotnie, chłopcze, że wystarczy na nie porządnie huknąć. O, tak!

Nabrał gwałtownie powietrza i ryknął:

– WYPIERDALAĆ!

Michał, mimo iż wiedział, co ich czeka, i tak się wzdrygnął. Jak na kogoś tak małego, karzeł dysponował potężnym głosem. Onychofagi zawarczały – brzmiało to jakby ktoś przeciągnął paznokciami po tablicy – i uciekły, machając ogonami, niczym zirytowane koty.

– Widzisz? – Karzeł poklepał Michała po plecach. – To całkiem proste, kiedy opanujesz już ogłuszające ryczenie.

– Dziękuję, Strycharzu.

– Nie ma za co. To moja praca.

Rzeczywiście, Awszalom Szyrwint opłacał karła jako swego rodzaju ochronę dla kamienicy. Strycharz przeganiał onychofagi, karmił upiora w piwnicy, asystował w seansach psychonautycznych oraz, okazjonalnie, zajmował się obsługą klientów przychodzących do Szyrwinta po specyfiki, które sprzedawał w sklepie-zielarni, mieszczącym się na pierwszym piętrze kamienicy.

– Może chcesz mi pomóc? – zaproponował Strycharz, gdy Michał zalał wrzątkiem torebki jaśminowej herbaty i zaniósłszy je Szyrwintowi i Krawacikowi, usiadł, smętny, przy kuchennym stole. – Nie przejmuj się tak tymi szkodnikami. Kiedy dorośniesz, sam się przekonasz, że nie było się czego bać.

 

II. Skrzywdzę cię

Z biegiem lat pan Krawacik cichł. Coraz więcej czytał – albo raczej słuchał, jak Carl czyta bezbarwnym, mechanicznym głosem – głównie pozycje dotyczące psychonautyki i chętniej niż dawniej zapraszał Awszaloma Szyrwinta na seanse psychonautyczne. W czasie tych spotkań panowie zanurzali się we własne podświadomości, odkrywając nowe, cudowne światy we wnętrzach swych głów.

– Onanizm ku czci Freuda – skwitował to kiedyś Strycharz, a Michał przytaknął.

Nie znał żadnego Freuda i nie miał pojęcia, czym jest onanizm, ale pogarda zawarta w tych słowach pozwoliła zasłonić się przed smutkiem, który sam odczuwał. Tęsknił za cotygodniowymi opowieściami dziadka, ale miał już jedenaście lat i rozumiał, że pewne rzeczy znikają z życia i trzeba pozwolić im odejść.

Poza tym niedawno odkrył imponujący księgozbiór, który jeden z lokatorów kamienicy ukrył wiele lat temu w piwnicy. Pomieszczenia piwniczne były dosyć wysokie, aby pomieścić prawie dwumetrowe regały z książkami, a sufit podtrzymywały poprzeczne, zmurszałe belki, po których raz na jakiś czas przebiegał szczur czy inny gryzoń. Szkodniki Michałowi nie przeszkadzały, ale inny lokator lochów pod kamienicą – owszem.

Huśtawka – tak go nazywano – nie żył od blisko czterech dekad. Powiesili go w piwnicy za czasów głębokiej komuny, w ramach sąsiedzkiego samosądu. Nie była to kara niezawiniona, bowiem Huśtawka przez całe dorosłe życie zdradzał ciągoty pedofilskie. Skłonności po raz pierwszy przekuł w czyny w trzydziestym ósmym roku życia, zapraszając „na lody” jedenastoletnią córkę sąsiada. Później, po dwudniowych torturach, które zafundowali oburzeni ojcowie mieszkających w okolicy dzieci, przyznał, że oczywiście chodziło mu o inne lody niż naiwnej dziewczynce, która zgodziła się z nim pójść.

Zawisł na urwanym kablu od odkurzacza.

Obecnie huśtał się na nim czasami, rzucając pod adresem Michała wymyślne wyzwiska i nieprzyzwoite uwagi. Odmawiał też opuszczenia kamienicy i nie dawał się Szyrwintowi wyegzorcyzmować.

– Jestem i zawsze byłem katolikiem – powiedział właścicielowi kamienicy. – I żydowskie egzorcyzmy na mnie nie podziałają.

Awszalom Szyrwint machnął na to ostatecznie ręką, gdyż ignorowanie upiora okazało się prostsze niż skłonienie go do odejścia. Przynajmniej według Szyrwinta, ponieważ to nie on musiał zmorę karmić.

Czasami Michał grał ze Strycharzem w karty o to, kto tego dnia nakarmi upiora – Huśtawka żywił się kurczęcą krwią i zsiadłym mlekiem – lecz prawie zawsze przegrywał. Strycharz rżnął w pokera jak zawodowy szuler.

Tego dnia Michał znowu przegrał i zszedł do piwnicy, rozważając zasadność podejmowania wyzwania za każdym razem, gdy Strycharz z szelmowskim uśmiechem zacierał ręce i pytał: „To co, partyjka?”.

– Mógłbyś chociaż raz dać mi wygrać – powiedział rano Michał, gdy Strycharz po raz tysięczny wydał triumfalny okrzyk.

– I dać ci tym samym nadzieję, że świat bywa sprawiedliwy? Po moim trupie.

– Ale ja mam tylko jedenaście lat!

– Gra nie ma sensu, jeśli jedna ze stron dostanie fory – odparł Strycharz.

– Ty dostajesz za każdym razem – zauważył Michał. – Choćby dlatego, że jesteś o jakieś dziewięćdziesiąt lat starszy.

– Jak na nieprzeciętnie inteligentnego jedenastolatka, gadasz straszne głupoty. A teraz rusz się już do tej piwnicy, bo Huśtawka pewnie głodny.

Michał wziął zatem dwie metalowe miski, wielkością i kształtem podobne do hełmów Wikingów, i napełnił je kolejno krwią i mlekiem. Ostrożnie, by nie wylać nic na już i tak poplamiony dywan, zszedł trzy piętra niżej. Przed schodami do piwnicy, znajdującymi się na prawo od drzwi wejściowych, zatrzymał się. Schody były strome i trzeszczały pod stopami, jakby planowały spektakularne załamanie się pod najlżejszym nawet stąpnięciem. Ciemność w dole dodatkowo sprawiała, że Michałowi serce podchodziło do gardła. Ponadto z pralni dochodził wściekły warkot starej pralki, który brzmiał jak gniewne pomruki jakiegoś przedwiecznego stwora.  

Nie bądź beksa, upomniał się surowo w myślach, robiłeś to tysiąc razy. Wchodzisz, zostawiasz miski na progu i wychodzisz.

Zastał Huśtawkę zwisającego z leniwą miną ze sznura przywiązanego do belki. Upiór miał ręce założone za plecy i gdyby nie nienaturalnie wykręcona szyja, wyglądałby na zrelaksowanego… o ile oczywiście częściowo rozłożony trup może się zrelaksować. Brakowało tylko, by z zamyśleniem wpatrywał się w sufit i pogwizdywał niewinnie.

– Michał, grzeczny chłopcze – odezwał się, gdy Michał postawił miski na ziemi przy drzwiach – bądź tak dobry i wyświadcz mi przysługę.

Chłopiec zatrzymał się i zabębnił palcami o framugę.

– Tak? – zapytał niepewnie. Strycharz ostrzegał, by nie ufać upiorom, ale z drugiej strony mówił także, że Huśtawka jest nieszkodliwy. „To praktycznie ta sama zasada, co z onychofagami”, powiedział karzeł. „Wystarczy głośno wrzeszczeć”.

– Zanieś mnie do drugiego pokoju – odparł Huśtawka. – Tego z pralką. No, nie daj się prosić. Nudzi mi się, kiedy tu tak zwisam sam całymi dniami. A na tych kulasach już się prawie nie da chodzić.

Wskazał ze smutkiem na żałosne odnóża, kiwające się kilkanaście centymetrów nad podłogą. Bardziej niż nogi przypominały kości, dla zachowania pozorów obleczone w brązową, suchą skórę i ukryte w nogawkach szerokich dżinsów.

Michał powoli zbliżył się do Huśtawki. Trup już prawie nie śmierdział, ale z bliska wyglądał jeszcze gorzej. Chłopiec domyślał się, że jeśli nie spełni jego prośby, Huśtawka będzie go męczył i nudził przez kilka następnych tygodni. Już chyba lepiej zanieść go do pralni i mieć to z głowy.

Odwrócił się plecami i pozwolił, by trup wdrapał się na niego i wyplątał z prowizorycznego stryczka. Huśtawka otoczył Michała długimi, chudymi ramionami i przycisnął do pleców chłopca zaskakująco twarde ciało.

– Zanieś mnie – zaskrzeczał mu do ucha.

Przeszli przez ciemny, wąski korytarz i znaleźli się w pralni. Pomieszczenie było niewielkie, o pustych, bielonych ścianach. Znajdowało się pół metra niżej od reszty piwnicy i schodziło się do niego po dwóch krzywych stopniach, a temperatura w środku zdawała się być nieco niższa niż w pozostałej części piwnicy. W jednym kącie ustawiono pralkę, nadal warczącą jak podziemny lew. Poza tym pomieszczenie było puste i nieciekawe.

– Czemu chciałeś tu przyjść? – zapytał Michał, rozglądając się po pralni w poszukiwaniu jakiegokolwiek obiektu, który mógłby zostać uznany przez czterdziestoletnie ożywione zwłoki za w jakiś sposób atrakcyjny. – Co będziesz robić?

Huśtawka zbliżył zgniłe wargi do ucha Michała i odpowiedział:

– Skrzywdzę cię.

 

III. Mizerykordiał

W co drugi piątek, od dziesięciu lat, wczesnym rankiem wpadała do sklepu Awszaloma Szyrwinta pewna piękna kobieta. Przedstawiała się jako Malina Malinowska i była prostytutką. Kupowała lek sprzedawany w małych, czerwonych buteleczkach.

– Co to takiego? – zapytał Michał, gdy po raz pierwszy pomagał Strycharzowi w sklepie.

– To? Mizerykordiał.

– Co to jest mizerykordiał?

– Taki napój, który czyni nieszczęśliwym.

– Po co pani Malinowska go zażywa? – zdumiał się Michał.

– Nie wiem. – Strycharz wzruszył ramionami, bo niewiele go obchodziły prywatne sprawy jakiejś tam smutnej kurwy. – Niektórzy ludzie tak mają, że lubią czuć się nieszczęśliwi.

Ta odpowiedź nie satysfakcjonowała Michała, który w trakcie następnej wizyty pani Malinowskiej podbiegł do niej, pociągnął za spódnicę i z powagą zapytał:

– Czemu lubi pani być nieszczęśliwa? Przecież jest pani taka ładna.

Pani Malinowska spojrzała ze zdumieniem na dzieciaka i nieco zmieszana odparła:

– To nie tak… Wcale nie lubię być nieszczęśliwa.

– To po co pani to lekarstwo?

Kobieta spojrzała w dal, ponad głowami Michała i Strycharza – co nie było trudne, zważywszy, że obydwu przewyższała wzrostem – westchnęła i odpowiedziała:

– Nie lubię czuć się nieszczęśliwa, ale właśnie tak się czuję cały czas. Dlatego wolę być smutna przez to – uniosła małą, czerwoną buteleczkę – niż przez wszystko pozostałe. Rozumiesz?

Michał skinął głową.

Od tej rozmowy minęło kilka lat i Michał całkiem zapomniał, że kiedykolwiek pytał panią Malinowską o mizerykordiał. Miał piętnaście lat, coraz częściej zastępował za sklepową ladą Strycharza, zastępującego z kolei Awszaloma Szyrwinta, i kojarzył Malinowską jako „tę klientkę, która zawsze przychodzi za wcześnie i trzeba dla niej otwierać sklep”. Ponadto prostytutka w niczym nie przypominała tamtej kobiety, którą ośmioletni Michał uznał za piękność. Wystarczyło parę lat i wiele czerwonych buteleczek, by zmieniła się w odrażający strzęp człowieka, co oczywiście przekładało się na poziom jej życia. Już nie zarabiała tak dobrze, jak niegdyś.

Był zimny, styczniowy poranek, niebo nad Krakowem miało barwę atramentu, a pani Malinowska czekała przed drzwiami kamienicy na otwarcie sklepu Szyrwinta, dla rozgrzania przestępując z nogi na nogę i od czasu do czasu otrzepując z miękkich śniegowych płatków kusą malinową kurteczkę. Kurtka była zapinana na trzy guziki – każdy inny, żaden nie pasował.

Dźwięk dzwonka wyrwał Michała ze snu ledwie pięć minut wcześniej, zszedł więc na dół zaspany i z bosymi stopami, przecierając oczy i zasłaniając dłonią rozdziawione w ziewnięciu usta.

Marquezowska dziwka, którą zastał na progu, tego dnia bardziej niż smutna, wydawała się zafrasowana.

– Dzień dobry – powiedziała, pakując się do środka ledwie Michał otworzył drzwi. – Na zewnątrz mróz – dodała tonem usprawiedliwienia.

– Jest styczeń – burknął Michał. – Czego się pani spodziewała?

– Nie wiem – odparła pani Malinowska z nieszczęśliwą miną.

Michał obszedł ladę i wyciągnął z szuflady kartonowe pudełko po butach, podpisane czarnym markerem: „Pani Malinowska”.

– To co zwykle? – zapytał, choć wcale nie musiał.

– Daj mi trzy butelki, kochanie – poprosiła pani Malinowska, sięgając za dekolt i wyciągając kilka wymiętych banknotów. Michała już to nie dziwiło, a nawet, pod wieloma względami, wydawało się, że stanik jest odpowiednim dla dziwki substytutem portfela.

Przyjął pieniądze i przeliczył je szybko.

– Trochę pani brakuje – powiedział.

Pani Malinowska zafrasowała się jeszcze bardziej. Spuściła wzrok i jakby dopiero teraz dostrzegła niepasujące guziki przy kurtce. Z niejakim zdumieniem przeciągnęła palcem kolejno po każdym z nich.

– Kiedy byłam małą dziewczynką – powiedziała – chodziłam z mamą po placach targowych i zbierałam wszystkie dziwne guziki. A potem zmuszałam mamę, żeby naszywała je na każde spodnie, spódniczki czy koszulki. Babcia uważała, że guziki na ubraniach są jak oczy dobrego strażnika, czuwającego, by nic nam się nie stało.

– Przykro mi. – Michał z trudem stłumił ziewnięcie. – Nadal brakuje pani pieniędzy na zakup trzech butelek.

Po twarzy pani Malinowskiej przesunął się cień – umazał jej policzki popiołem, zmęczył oczy, aż musiała je zmrużyć, poczęstował kobietę cierpką cytryną, by ściągnęła wargi w niezadowolonym grymasie. Ale opanowała się szybko i zdołała nawet zmusić usta do uśmiechu.

– To może chciałbyś, żebym zapłaciła ci w inny sposób? – Zaczęła znów majstrować przy dekolcie i Michałowi przez chwilę wydawało się, że zaraz wyciągnie stamtąd kolejne banknoty; albo może tym razem brzęczącą miedziakami malinową portmonetkę. Szybko jednak okazało się, że pani Malinowska zawzięcie walczyła z górnymi guzikami białej koszuli, co nie było proste, gdyż palce zgrabiały jej na mrozie i dopiero teraz odzyskiwała w nich czucie. – Może byś mi pomógł, co? – fuknęła na skołowanego Michała.

Chłopiec wybąkał jakieś przeprosiny i drżącymi dłońmi sięgnął ku guzikom koszuli.

– Zaraz mi najlepszą bluzkę podrzesz – ostrzegła pani Malinowska.

Michał przełknął ślinę i skupił całą uwagę na drobnych guziczkach. Udało mu się do tego stopnia wyłączyć myślenie, że nie zauważył, gdy dotarł do ostatniego. Wówczas poły koszuli rozchyliły się i Michał stanął twarzą w twarz z…

Sapnął zaskoczony i – po prawdzie – nieco rozczarowany. Stanik pani Malinowskiej, choć gdy skryty pod koszulą wydawał się potężny, okazał się być w całości wypchany watą kremowego koloru.

– Jest tylko jedna skuteczna metoda zbadania abominacji – powiedziała pani Malinowska.

– Jaka?

Dziwka chwyciła dłonie chłopca i umieściła na swoich nieistniejących piersiach.

– Empiryczna. Poznać. Zrozumieć. Przestać się bać.

Michał uwolnił nadgarstki i pokręcił głową. Wyszedł zza lady, ujął panią Malinowską za łokieć i delikatnie, ale stanowczo poprowadził w stronę drzwi.

– Proszę sobie już iść.

Kobieta popatrzyła na niego z mieszaniną zdumienia i bólu w oczach, jakby ją rozczarował, albo sprawił dużą przykrość. Tuż przed drzwiami zatrzymała się i mimo wysiłków Michał nie zdołał ruszyć jej z miejsca.

– Co z moim kordiałem? – zapytała pani Malinowska.

Michał zaklął w myślach i wcisnął jej w rękę trzy buteleczki.

– Proszę wziąć i już sobie iść.

– Biedny chłopiec – powiedziała ze współczuciem pani Malinowska. – Jak ty sobie poradzisz w prawdziwym świecie?

– Nigdy go nie poznam. – Michał, wbrew sobie, odpowiedział szczerze. – Całe życie spędzę w kamienicy, opiekując się dziadkiem.

– Twój dziadek w końcu umrze.

– Nie, nie on.

– Każdy w końcu umiera, kochanie – odparła łagodnie pani Malinowska.

– Mój dziadek będzie żył wiecznie.

Pani Malinowska zrobiła zakłopotaną minę. Pozapinała guziki białej koszuli, schowała dwie buteleczki do torebki, a trzecią, która już się tam nie zmieściła, wcisnęła do stanika. Rzuciła jeszcze jedno smutne spojrzenie Michałowi, pogłaskała go po policzku i bez słowa wyszła ze sklepu. Chłopak stał chwilę w drzwiach, patrząc jak dziwka z trudem brnie przez świeży śnieg i znika wreszcie za zakrętem ulicy. Było tak cicho, że przez chwilę Michałowi zdawało się, że odchodząc zabrała ze sobą wszystkie dźwięki.

 

IV. Fizyka spekulatywna

Awszalom Szyrwint i pan Krawacik siedzieli przy małym stoliku do kawy i, trzymając się za ręce, patrzyli sobie w oczy. Gdyby nie kuriozalny wygląd dziadka i inne okoliczności spotkania, Michał łatwo mógłby ich uznać za kochanków, którzy wyszli na kawę. W rzeczywistości kontakt fizyczny uczestników seansu był zalecany – ułatwiał odnalezienie wędrującego ciała astralnego partnera.

– Może chciałbyś spróbować? – zapytał Szyrwint, gdy Michał postawił na stoliku tackę z kubkami. Pokój wypełnił się zapachem jaśminu. – Jesteś dość duży… Psychonautyka to fascynująca nauka.

– Nie, dziękuję – odparł uprzejmie Michał. – To jakoś nie w moim stylu.

Można się wiele o sobie dowiedzieć w czasie takiej wyprawy do wnętrza własnego umysłu, odezwał się pan Krawacik, kierując swoje słowa bezpośrednio do głowy Michała.

– Nie mam ochoty niczego się dowiadywać, dziadku.

Ja to na przykład lubię wrócić do wspomnień, dodał niezrażony pan Krawacik. Do młodości, kiedy jeszcze miałem sprawne nogi i usta, którymi całowałem piękne dziewczyny…

Spojrzenie dziadka, zwykle skupione i surowe, jakby tą surowością i uwagą usiłował nadrobić brak mimiki, teraz dziwnie złagodniało. Jego twarz, choć groteskowo okaleczona i nieruchoma jak maska, przybrała wyraz uduchowienia i zamyślenia tak głębokiego, że graniczyło niemalże z częściową utratą świadomości tego, co się wokół działo.

Awszalom Szyrwint na ten widok uśmiechnął się dobrodusznie i powiedział:

– Myślę, Michale, że dziadek wolałby dzisiaj pogrążyć się we wspomnieniach samotnie. Zechciałbyś odprowadzić mnie do moich apartamentów?

Właściciel kamienicy zawsze w ten sposób wyrażał się o mieszkaniu, które zajmował piętro niżej, choć niczym nie różniło się od pozostałych. Sufit był wysoki, ale mimo sporych okien, w pokojach było ciemno i nieprzyjemnie. Gdyby nie gruby dywan, tłumiący odgłosy kroków, w przedpokoju niechybnie tańcowałoby echo. Zamiast tego za mieszkańcami snuły się jedynie cienie.

Szyrwint i Michał zostawili dziadka tego drugiego zamyślonego, pływającego myślami po odległych oceanach własnej jaźni, a sami udali się do apartamentów właściciela kamienicy. Michał był tam kilkakrotnie, z reguły w charakterze posłańca, przekazującego wieści od pana Krawacika, ale nigdy nie zabawił długo. Rozglądał się teraz po pomieszczeniach z pewnym rozczarowaniem, jakby oczekiwał cudów i dziwów, a zamiast nich otrzymał wydeptany dywan i odrapaną tapetę, nieróżniące się znacznie od tego, co oglądał na co dzień we własnym mieszkaniu.  

Wzięli kubki z herbatą, Szyrwint zaprosił gościa do salonu. Przechodząc przez przedpokój minęli niedbale pomalowane na czarno, zabite gwoźdźmi drzwi. Wyglądały, jakby krył się za nimi jakiś sekret. Michał zerknął pytająco na gospodarza. Zatrzymali się.

– Jestem twórcą fizyki spekulatywnej – rzekł Szyrwint. – Cóż to za dziwactwo, zapytasz? Otóż fizyka spekulatywna, to odpowiedź na pytanie: co by było, gdyby fizyka nie istniała?

– To niemożliwe – zaprotestował Michał.

Szyrwint zastukał lekko w drzwi.

– Za tymi drzwiami – powiedział z ledwo skrywaną dumą – fizyka nie istnieje.

– Można tam wejść?

Właściciel kamienicy roześmiał się, ubawiony.

– Uwierz mi, nie chcesz tam wchodzić.

 

V. Coś innego, gdzie indziej

Michał miał siedemnaście lat i czuł, że powinien być gdzieś indziej i robić coś innego, niż stanie obok katafalku i trzymanie oburącz ogromnej tacy z napojami. Było to w obecnej chwili zajęcie niezwykle pożyteczne, bowiem co i rusz któryś z żałobników podchodził po drinka, ale Michał miał wrażenie, że śmierć pana Krawacika zmieniła go w element umeblowania. Tak w każdym razie zachowywali się wobec niego goście, zaproszeni by pożegnać słynnego Człowieka Bez Szczęki, efekt medycznych eksperymentów równie słynnego Awszaloma Szyrwinta. Michał był dla nich niewidzialny – kompletnie zwyczajny chłopiec pośród morza wariatów.

Starał się nie patrzeć na zwłoki dziadka, skupić na czymś neutralnym, jak podawanie napojów gościom. Szło mu nieźle, aż do chwili, gdy ktoś położył mu rękę na ramieniu, a wokoło zapachniało malinami.

– Bardzo mi przykro z powodu twojego dziadka, skarbie – wyszeptała pani Malinowska prosto do ucha Michała.

– Miała pani rację.

– Często miewam rację. Zwłaszcza w sprawach oczywistych.

– Co pani tutaj robi? – Michał odwrócił się i ze zdumieniem odkrył, że pani Malinowska jest dużo niższa, niż zapamiętał. Dwa lata temu, podczas ich ostatniego spotkania w sklepie Awszaloma Szyrwinta, dziwka wciąż górowała wzrostem nad chłopcem; teraz zaś on był wyższy o pół głowy i zastanawiał się, czy urósł tak bardzo, czy to raczej ona się skurczyła i pomarszczyła. Wyglądała na chorą. I bardzo smutną.

– Przyszłam pożegnać twojego dziadka.

– Znała go pani?

– Proszę, mów mi Malina. – Uśmiechnęła się, chociaż Michałowi zdawało się, że raczej wykrzywiła usta i przywołała na twarz więcej zmarszczek. Jej policzki wyglądały jak niewyprasowana różowawa koszulka. – Nie znałam go osobiście, ale dużo o nim słyszałam.

– Jak wszyscy tutaj – odparł Michał. – Kiedy dziadek żył, nikt go nie odwiedzał. Ani razu. Byliśmy tylko we trzech: ja, Strycharz i pan Szyrwint. A teraz nagle wszyscy się zbiegli, żeby popatrzeć na jedną ze słynnych abominacji doktora. Ty też. Chcesz sobie tylko obejrzeć cudaka.

Malina Malinowska patrzyła w oczy Michała nieco zakłopotanym, ale wciąż wyzywającym wzrokiem.

– Przyszłam tu w interesach – odparła sucho. – Chociaż nie chciałam wyskakiwać z tym tak od razu.

– Mów czego chcesz.

– Chciałam wynająć pokój.

I tak Malina Malinowska, smutna dziwka, dołączyła do mieszkańców kamienicy. Awszalom Szyrwint nie miał nic przeciwko, pod warunkiem, że nie zacznie sprowadzać klientów do mieszkania. Obiecała, że pracę zostawi za drzwiami.

Pracowała zresztą coraz mniej, mówiąc, że nadszedł czas zasłużonej emerytury.

– Dość się w życiu namachałam nogami – powiedziała raz Michałowi, gdy siedzieli rano w kuchni przy kawie, wyglądając na mokrą od deszczu ulicę. – Chciałabym teraz zająć się czymś, co nie będzie wymagało ściągania ubrania.

Wkrótce zresztą przestała się puszczać za pieniądze.

– Teraz będę robić to już tylko rekreacyjnie – powiedziała z uśmiechem, przynosząc Michałowi szczęśliwą wiadomość: znalazła pracę w małym sklepiku z używaną odzieżą.

A jednak jakaś potrzeba rozbierania się pozostała w niej jeszcze długi czas – może w ten sposób Malina odreagowywała całe dnie ubierania sztywnych i nieporęcznych manekinów. W każdym razie, była dziwka znalazła sobie nowe hobby, a mianowicie: obnażanie się w gabinetach lekarskich. Uznawała to za przedni dowcip. Opowiadała o swoich ekshibicjonistycznych przygodach Michałowi z entuzjazmem dziecka, które dzieli się z rodzicem opowieścią o nowej zabawie wymyślonej w przedszkolu.

– Wchodzę do gabinetu – mówiła z przejęciem – a lekarz prosi, bym usiadła. A ja na to zaczynam ściągać bluzkę. On się pyta: „Co pani robi?!”, a ja już pozbywam się stanika. Zwykle są zbyt zszokowani, żeby naprawdę protestować. Niektórym się to chyba nawet podoba.

– Nie boisz się, że któryś może to odczytać jako… zaproszenie? – zapytał z wahaniem Michał, gdy po raz pierwszy zwierzyła mu się ze swoich niecnych postępków w gabinecie okulisty.

– Niechby tylko któryś spróbował. Zresztą, ewentualny entuzjazm zawsze gasi widok blizn. Pewnego dnia ci je pokażę.

– Nie musisz – bąknął Michał, niepewny, czy jego ciekawość sięga dość daleko, by chciał się przekonać, co pozostało po piersiach Maliny.

– Hej, nie przejmuj się. Nie zrobię tego na chama, jak doktorkom. Po prostu uznałam, że między przyjaciółmi najbardziej liczy się szczerość.

To założenie na dłuższy czas wytrąciło Michała z równowagi. Do tej pory nie zastanawiał się, czy Malina jest jego przyjaciółką, lecz teraz musiał przyznać, że chyba owszem. Spędzali ze sobą sporo czasu i chłopak tęsknił, kiedy nie rozmawiali przez kilka dni, ale uznał, że to także poniekąd wina samotności. Parę razy próbował się masturbować, myśląc o Malinie, ale ochota przechodziła, gdy wyobrażał sobie blizny na piersiach kobiety. Nie wiedział, co ją spotkało, ale z pewnością musiało pozostawić paskudną pamiątkę.

Niepokoiło go też, czy Malina będzie oczekiwała szczerości od niego. Chyba nie potrafiłby przyznać się do pewnych rzeczy.

Na przykład do tego, że od bardzo dawna nie schodził do piwnicy, nawet po to, by szybko, ukradkiem pochwycić którąś z książek i prędko uciec na górę, zanim Huśtawka wyczuje jego obecność.

 

VI. Pierwszy krok

– Przejdźmy się na spacer – zaproponowała Malina.

Michałowi wystarczył jeden rzut okiem za okno, by kategorycznie odmówić. Nie znosił wiosny, gdyż wiosną świat stawał się niebezpieczny. Zimą śnieg tłumił dźwięki, otulał miasto niczym kołdra, dawał usprawiedliwienie, gdy chciało się odciąć od wszystkiego.

– Wszyscy smutni ludzie lubią jesień i zimę – zauważył parę lat temu Strycharz – gdyż to jedyny okres, gdy niebo dopasowuje się kolorem do ich samopoczucia. Świat smuci się razem z nimi.

Teraz, wyglądając na zewnątrz i widząc nad dachami kamienic błękitne niebo bez śladu chmurki oraz ptaki dokazujące wśród rozłożystych krzewów bzu w ogrodzie na tyłach kamienicy, Michał powtórzył słowa Strycharza.

– Zamierzasz kiedyś stąd wyjść? – zapytała Malina. – Nie możesz spędzić całego życia zamknięty w czterech ścianach. Nawet Strycharz stąd wychodzi.

Michał zdumiał się nieco; nigdy dotąd nie widział, by karzeł opuszczał kamienicę. Malina przewróciła oczami.

– Bez przerwy się szwenda po mieście. Jest stałym bywalcem wszystkich barów dla gejów.

– Strycharz jest gejem?

– Nie. Ale tylko tam nie patrzą na niego dziwnie. Sam wiesz, jak wygląda w tym kapeluszu i z brodą, jak zminiaturyzowany Rasputin na Dzikim Zachodzie. A geje mają wyższy poziom tolerancji na dziwactwa. W każdym razie – dodała była prostytutka – może spróbuj wyjść na zewnątrz? Wyprowadź onychofaga na spacer, czy coś…

Dwa dni później Malina kupiła kocie szelki i resztę popołudnia ona, Michał oraz Strycharz spędzili ganiając po kamienicy za onychofagami. Wikińskie wrzaski karła nie pomagały.

– Przepraszam – powiedział zawstydzony, gdy onychofagi po raz kolejny zniknęły w jednej z dziur, których pełno było w ścianach kamienicy. – Lata przyzwyczajeń…

Wreszcie emerytowana dziwka poświęciła długie, malinowe tipsy, zostawiając je na spodeczku jako przynętę. Onychofagi skusiły się na smakowity kąsek i wówczas jednego dopadli. Stwór szarpał się i syczał, stroszył kolczasty grzbiet, ale we trójkę siłą wtłoczyli go w szelki i mocno zapięli. Wkrótce zmęczył się walką, oklapły mu uszy i tylko łypał nadal ponurym, białawym okiem na oprawców, którzy podrapani i pogryzieni, lecz bardzo dumni, raczyli się w kuchni herbatą jaśminową. Michałowi jej zapach przypominał o dziadku, ale to wspomnienie nie napawało go smutkiem. Właściwie czuł się całkiem szczęśliwy.

Po wypiciu herbaty stanęli wszyscy przed drzwiami wychodzącymi na podwórze. Za kamienicą znajdował się niewielki ogród otoczony wysokim murem, który sprawiał wrażenie, jakby stało się we wnętrzu studni. Pośrodku podwórka umiejscowiona była nieduża fontanna ozdobiona figurynką, która w teorii miała być zapewne cherubinkiem, ale w praktyce bardziej przypominała rubensowską modelkę po przejściach. Na głowie posążka przysiadł szpak o zwieszonej smętnie główce.

Szum deszczu nakładał się na szum w głowie Michała. Chłopak nie pamiętał, kiedy ostatni raz opuszczał kamienicę.

– Spokojnie. – Poczuł na ramieniu dłoń Maliny. – Wystarczy, że przejdziesz się dokoła fontanny.

– My tu na ciebie poczekamy, młody – dodał Strycharz, pocieszająco klepiąc Michała w pośladek, gdyż wyżej nie sięgał. – Nic się nie bój.

I tak Michał wziął głęboki wdech i wykonał pierwszy krok za próg.

 

VII. Lepsza przyszłość

Awszalom Szyrwint zniknął w pewien ciemny grudniowy wieczór, tuż przed świętami. Z tego, co Michał wywnioskował po przeczytaniu listu, który zostawił Szyrwint, wynikało, że naukowiec postanowił zmierzyć się z największym wyzwaniem, jakie kiedykolwiek mu rzucono: otworzył drzwi Pokoju, W Którym Fizyka Nie Istnieje.

Michał nigdy nie dowiedział się, co czekało na Szyrwinta po drugiej stronie drzwi alternatywnej percepcji. Może nieskończoność, która wchłonęła naukowca, nie pozostawiając po nim nawet śladu, a może coś innego, znacznie gorszego. Liczyło się to, że pewnego dnia zniknął, zapisując Michałowi cały majątek, w tym kamienicę.

– Jesteś teraz panem na włościach! – powiedziała Malina, gdy pokazał jej list. – Nie cieszysz się?

– Nie mogę się cieszyć. Przecież pan Szyrwint zniknął… To nie jest powód do radości.

– Był stary i schorowany. Możliwe, że oszczędził sobie długiej i powolnej śmierci.

– Albo wpakował się w coś paskudnego – odparł Michał. – Cholera wie, co kryje się za tymi drzwiami.

– Tylko niech ci przypadkiem nie strzeli do głowy, żeby tam włazić – ostrzegł Strycharz, wchodząc do kuchni, w której siedzieli, zastanawiając się, co począć dalej, teraz, skoro zostali w kamienicy tylko we trójkę. Michał nie liczył Carla, austriackiego kamerdynera, ponieważ ten po śmierci pana Krawacika całkiem zmizerniał i spędzał większość czasu uśpiony wśród cieni.

– Spokojnie, nie zamierzam.

Życie Michała nie zmieniło się zbytnio po odejściu Szyrwinta. Wciąż spędzał dni sam. Czasami pomagał Strycharzowi w obowiązkach domowych, choć obydwaj nie przykładali się za bardzo do pracy. Karzeł wydawał się roztargniony – często teraz opuszczał kamienicę, wracał późno w nocy i przestał zwierzać się Michałowi.

Malina zaś sporo pracowała.

– Oszczędzam na lepszą przyszłość – mawiała. Powtarzała to tak często, że Michał przyzwyczaił się do myśli, że lepsza przyszłość jest tym, na co się czeka w nieskończoność, nie czymś, co w końcu się zjawia.

Ale gdy pewnego dnia Malina Malinowska stanęła przed Michałem rozpromieniona i prawie piękna, chłopak zrozumiał, że jej lepsza przyszłość właśnie się zjawiła. To był jeden z tych niebezpiecznych wiosennych dni, gdy niebo jest czyste i nieskończone, a świat zagraża człowiekowi nowymi perspektywami.

– Mam doskonałe wieści – powiedziała Malina, chwytając Michała za ręce. W tym momencie nie było śladu po smutnej dziwce, która kilka lat temu chciała oddać się chłopcu za trzy butelki mizerykordiału. Malina Malinowska promieniała. – Ja i Strycharz się pobieramy!

Patrzyła z podnieceniem na Michała, szczęśliwa i roześmiana, oczekując, że cały świat będzie cieszył się razem z nią. Chłopak jednak nie odpowiadał, a im bardziej przedłużało się milczenie, tym bardziej bladł uśmiech Maliny. W jej oczach pojawił się żal, a po tym wybuchu radości był to widok tak przejmujący, że Michał całą siłę woli włożył w zmuszenie się do uśmiechu.

– To wspaniała nowina – wydukał. – Znakomicie. Gratulacje.

– Jestem taka szczęśliwa. – Malina przytuliła go mocno, aż poczuł jak ugina się wata wypełniająca jej stanik. – Nie łączy nas namiętność jak z „Romea i Julii”, ale Strycharz to dobry człowiek. A na świecie jest tylu złych ludzi, że kiedy już znajdzie się kogoś porządnego, i ten ktoś cię pokocha, nie można pozwolić mu odejść. Będziemy szczęśliwi. Wyjedziemy stąd i…

– Jak to wyjedziecie?

– Strycharz ci nie mówił? Znalazł cudowny dom na Mazurach. Niedrogi, bo zaniedbany, ale odnowimy go i będzie idealny. Przyjedziesz na wakacje?

– Bez wątpienia – bąknął Michał.

W głębi duszy był jednak przekonany, że kiedy Malina Malinowska opuści kamienicę, by wyruszyć w świat, już nigdy więcej jej nie spotka.

 

VIII. Wyjście

Zarzucił ciężki plecak na ramię, ściskając szelki tak mocno, że stracił czucie w palcach. W głowie szumiała mu krew, adrenalina, podniecenie – a może tylko strach. Z każdym kolejnym stopniem przybliżającym go do wyjścia z kamienicy, nabierał jednak pewności, że niecierpliwość bierze górę nad lękiem.

Był wolny. Malina i Strycharz opuścili kamienicę parę tygodni temu, wyruszyli do nowego domu na Mazury i według wszelkiego prawdopodobieństwa przeżywali właśnie najszczęśliwsze chwile życia. Carl wsiąknął w cienie i nie zjawił się, kiedy Michał usiłował go przywołać. Onychofagi zamilkły w ścianach i nie wyszły nawet wtedy, gdy chłopak zostawił im spodeczek pełen obciętych paznokci, zbieranych skrupulatnie na takie właśnie okazje.

Kamienica zrobiła się dziwnie pusta i cicha, a Michał odkrywał, że tęskni za odgłosami życia – śmiechem Maliny, pokrzykiwaniami Strycharza i odpowiadającymi na nie warknięciami onychofagów.

Wytrzymał niespełna miesiąc samotności, nim zdecydował, że chce znów usłyszeć ludzkie głosy, nawet jeśli miałoby się to wiązać z opuszczeniem budynku, w którym spędził całe życie. Zrobiłeś pierwszy krok, pocieszał się w duchu, kolejne mogą być już tylko łatwiejsze.

Kamienica była cicha i nikt nie wyszedł, aby go pożegnać. A w każdym razie tak mu się zdawało.

Gdy postawił stopę na przedostatnim stopniu, coś leżącego u szczytu piwnicznych schodów przykuło jego wzrok. Przez chwilę sądził, że to stos starych szmat rzuconych na posadzkę, ale wówczas kłębowisko poruszyło się gwałtownie. Michał rozpoznał chude ramiona pokryte obłażącą jak stara tapeta skórą i szyderczo roześmianą gębę, choć nie widział ich od przeszło dziesięciu lat.

– Michałek – powiedział wesoło Huśtawka. – Kopę lat. Podejdź, niech no ci się przyjrzę.

Michał zamarł, wstrzymał nawet oddech, poruszała się tylko jego pięść, bezwiednie zaciskająca się coraz mocniej na pasku plecaka. W świetle dnia, skurczony na podłodze, Huśtawka wyglądał żałośnie, ale cichy głos w głowie Michała podpowiadał, by nie lekceważyć trupa. Jesteś sam, szeptał głos, nikt ci nie pomoże.

Wtedy w kamienicy było pełno ludzi, odpowiedział Michał, a i tak nikt mi nie pomógł.

– Co ty tu robisz? – zapytał zachrypniętym głosem.

– Jak to co? Idę z tobą, oczywiście. Chyba nie sądziłeś, że tak łatwo się mnie pozbędziesz?

– Jaja sobie robisz? Nie zabiorę cię.

– W takim razie popełznę za tobą. Jestem cholernie upartym sukinsynem, możesz mi wierzyć.

– Nie. – Michał zrzucił plecak z ramion i wyprostował się. Był wysokim mężczyzną, ale przy Huśtawce nadal czuł się… mały. Czy wręcz skurczony. – Wrócisz do piwnicy, albo…

– Albo co? Zabijesz mnie? I tak wrócę. Zawsze będę wracał. Do końca twojego życia będę upiorem, którego nie zdołałeś pokonać. A teraz otwórz plecak. Wygląda na to, że będzie mi w nim wygodnie.

Koniec

Komentarze

Od jakiegoś czasu -chyba Marii Hamilton, z niecierpliwością czekam na Twoje opowiadania. Każda lektura to nie tylko źródło przyjemności, ale i niesamowitych emocji. W tym przypadku podziwiam pomysłowość i sposób wykonania – godne pozazdroszczenia.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Hmmm. A do mnie nie przemówiło. Zabrakło mi jakiejś myśli przewodniej, czegoś łączącego scenki. Jeśli tu jest jakaś głęboka metafora, to jej nie wykryłam. Wyobraźnia w porządku, onychofagi niezłe, w ogóle poszczególne kawałki ładne, tylko nie chcą mi się złożyć w rozsądną całość.

Babska logika rządzi!

Dla mnie to taki bildungsroman, więc myślą przewodnią jest dojrzewanie bohatera…

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Aha, to on dojrzewa. Bo miałam wrażenie, że przytrafiają mu się różne rzeczy.

Babska logika rządzi!

Spoiler-

 

 No tak, ale w końcu próbuje wyjść :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Ciekawe

Ja mam podobnie jak Finkla. Ładnie napisane, absurdalne, generalnie fajne, ale to takie pisanie dla pisania. Nie ma jakiejś puenty, myśli przewodniej, czegoś, dlaczego całość została spisana.

Niemniej klikam bibliotekę, bo to kawał niezłej roboty.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Zastanawiam się, kto jest bohaterem zbioru opowieści traktujących o specyficznych przeżyciach Michała – sam Michał czy może osobliwa kamienica mieszcząca nietypowych, wręcz kuriozalnych mieszkańców. Czy wszystkie postaci zasiedlające kamienicę byłyby takie same, gdyby przyszło im żyć/ istnieć w innym domu…

Lektura była przyjemnością, bo opowiadanie jest napisane bardzo porządnie, co mnie ogromnie cieszy, ale jakkolwiek poszczególne części prezentują się świetnie, to chyba nie wszystkie i nie do końca są ze sobą powiązane, skutkiem czego czuję pewien niedosyt.

Niepokoi mnie los znikniętych onychofagów, że o panu Szyrwintcie nie wspomnę. :-)

 

Jaki jest szczyt iro­nii?, Pan Kra­wa­cik zwró­cił się… – Po pytajniku nie stawiamy przecinka. 

 

Stry­charz rżnął w po­ke­ra jak za­wo­do­wy kru­pier. – Podejrzewam, że miało być: Stry­charz rżnął w po­ke­ra jak za­wo­do­wy szuler.

krupier «osoba, która w kasynie gry kieruje grą przy stołach»

 

Po­miesz­cze­nie było nie­wiel­kie, o pu­stych, bie­lo­nych ścia­nach. Znaj­do­wał się… – Literówka.

 

Spę­dza­li ze sobą sporo czasu i chło­pak tę­sk­nił, kiedy nie roz­ma­wia­li od dłuż­sze­go czasu… – Nie brzmi to najlepiej.

 

ptaki do­ka­zu­ją­ce wśród krze­wów roz­ło­ży­ste­go bzu… – Raczej: …ptaki do­ka­zu­ją­ce wśród rozłożystych krze­wów bzu

 

Na gło­wie po­sąż­ku przy­siadł szpak… – Na gło­wie po­sąż­ka przy­siadł szpak

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Osobliwe wszystko to, co otaczało Michała, gdy dojrzewał. O tym przeczytałem z przyjemnością. 

Fleur, dzięki, fajnie, że Ci się podobało i wzbudziło emocje. 

 

Finklo, dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie i skomentowanie. Głębokiej metafory tu nie ma, bez obaw ;) Chciałam po prostu napisać opowiadanie o dziwnych ludziach w dziwnym świecie, a myślą przewodnią miało być, tak jak zauważyła Fleur, dorastanie bohatera. Jeśli nie było to jasne, to przepraszam, mea culpa :)

 

Anet, dzięki. 

 

Bemik, dziękuję za klika ^^

 

Regulatorzy, kłaniam się w pas i dziękuję za poprawki, zrobię z błędami porządek najpóźniej jutro. Tylko jedną uwagę mam: 

Jaki jest szczyt ironii?, Pan Krawacik zwrócił się… – Po pytajniku nie stawiamy przecinka. 

Nie stawiałabym tego przecinka, gdybym stosowała polski zapis dialogów. Ale w przypadku Pana Krawacika nie mamy do czynienia z typowym sposobem mówienia, dlatego zdecydowałam się wyróżnić jego wypowiedzi kursywą i oddzielić je od didaskaliów przecinkami (tak jak w zapisie angielskim). 

 

Blackburn, dzięki, fajnie, że się podobało. 

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Gravel, przeczytałam opowieść dziejącą się w Krakowie, napisaną po polsku.

http://sjp.pwn.pl/zasady/;629839

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Co do przecinka – pojawia się też dalej: 

“Tak, podjął ponownie.”

Mnie takie rzeczy zatrzymują, bo muszę się zastanowić, o co chodzi, czy komuś przypadkiem niechcący nie “skończyła się” kursywa, a to jest dalsza część wypowiedzi. 

Skoro czytam po polsku, nie spodziewam się zapisu angielskiego czy innego. To jest coś, co wytrąca  [mnie] z rytmu opowiadania. Czyli w skrócie: zuo ;)

 

Gravel, widać, że bohater ma coraz więcej lat, a nawet trochę się zmienia, ale… No, jakoś sam upływ czasu nie nadaje się, IMO, na temat ciekawej opowieści.

Babska logika rządzi!

Reg,  Anet, chodziło mi właściwie o to, by po prostu wyróżnić kwestie Pana Krawacika, żeby nie zlewały się z resztą tekstu. Ale spoko, pomyślę, w jaki sposób by to zmienić. Dzięki :)

 

Finklo, nie sam upływ czasu był tematem opowieści… Ale ok, nie siadło, rozumiem :)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

A ja i moja cierpliwość byliśmy zachwyceni tą opowieścią tak dalece, że podziękowania z przedmowy wydają się wielce niestosowne, bo nieadekwatne do zasług.

 

Dla mnie ten tekst nie jest stricte o Michale; on gra tu rolę być może nawet bardziej narratora opowieści niż jej głównego bohatera. Dla mnie to jest opowieść o kamienicy i wszystkich jej mieszkańcach, o świecie cudów i dziwactw. Każdy rozdział to właściwie opowieść w jakimś stopniu właśnie o kamienicy i jej mieszkańcach, a całość kończy się w chwili gdy – SPOILEROCENZURA.

Osobiście zachwycił mnie ten świat. Perypetie, doznania i przeżycia Michała, jego coraz bardziej krytyczne spojrzenie na otaczającą rzeczywistość, pokonywanie własnych strachów, etc. bardzo ładnie się w ten świat wkomponowują. Kolejny plus, to postaci – każda inna, każda niesamowicie oryginalna, a przy tym wszystkie autentyczne. Najbardziej mi się, oczywiście, motyw Huśtawki. Sam pomysł na tego kolesia jest mistrzowski, ale sposób, w jaki go rozegrałaś, to już arcymistrzostwo.

“Skrzywdzę cię” – za samo to należy się piórko (choć tytuł rozdziału bym zmienił, jak tak teraz o tym myślę, bo zbyt wiele podpowiada). A potem cięcie i opowieść leci dalej, jakby to nigdy się nie zdarzyło. Niemal aż do finału (kolejnego małego arcydzieła). Zajebiste zagranie na emocjach i oczekiwaniach czytelnika.

Wisienką na torcie jest, oczywiście, gravciowatość opowiadania. Nieraz już powtarzałem, że od dobrej historii wolę dobrze opowiedzianą historię, a Twój styl za każdym razem absolutnie mnie urzeka. “Abominacja” nie jest tutaj wyjątkiem, bynajmniej.

 

Jeśli miałem jakieś zarzuty o do tego tekstu, to Autorka wszystkie uwzględniła przy poprawkach i teraz nie mam się czego czepiać.

 

Gwoli ścisłości – pomysł, żeby Pan Krawacik mówił kursywą jest mój. I będę go bronił twardo, bo kiedy w pierwotnej wersji zapis był normalny, to w pewnym momencie przyszła ogromna konsternacja i wielkie WTF wyrzeźbione w brwi zmarszczonej. W wydaniu, kiedy słowa Krawacika przypominają zapis myśli – bo tym w istocie są przecież (aha: UWAGA, TAM BYŁ SPOILER ;)– wszystko jest o wiele czytelniejsze i bardziej… konsekwentne.

 

Dobra, jednym kliknięciem wyrażę teraz swoje zdanie o zastrzeżeniach względem klikania Autorowi bądź Autorce biblioteki przez betaczytaczy. A jest też więcej niż prawdopodobne, że takie samo zdanie wyrażę w kwestii nominacji do piórek.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nie wiem, co sądzić o tym opowiadaniu. Są piękne fragmenty, są fantastyczne postaci, jest niezwykła kamienica, którą odbieram jako główną bohaterkę. Jednak szybko przyszło mi też na myśl słowo “brud”. Nie pytajcie dlaczego, może przez Huśtawkę, ale chyba nie tylko…

Jak zwykle u Gravel za to czyta się jednym tchem, a przedstawiony świat wciąga niesamowicie.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mnie nie przeszkadza kursywa, tylko przecinek.

Mnie również.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieniu, dziękuję. Przesadzasz, ale ponieważ miło mi się robi od tego Twojego przesadzania, dziękuję. No i oczywiście cieszę się niezmiernie, że Ci się podobało. 

 

Śniąca, dzięki. Opowiadanie miało być brudne. Przynajmniej częściowo. W każdym razie oczyma wyobraźni widziałam świat Michała jako brudny, pokręcony, absurdalny. 

 

Anet, Reg, rozumiem. Przecinek miał po prostu w jakiś sposób wyróżnić wypowiedzi Pana Krawacika. Kiedy tylko wymyślę jakiś rozsądny sposób, by zapisać jego kwestie, mniej konfundując przy tym czytelników, natychmiast się tego paskudnego przecinka pozbędę ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Czyli odczytałam prawidłowo ten Twój gravelowy tekst. 

Nie zrozum mnie źle, bo Twoje teksty mają w sobie mroczny, często tajemniczy urok, ale nie umiem sobie przypomnieć, czy czytałam coś Twojego takiego jasnego, ciepłego, optymistycznego. Chyba nie i właśnie zaczęłam się zastanawiać, czy umiesz pisać też po jasnej stronie mocy (taka lekka podpucha ;) ).

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Gravel – żeby nie było, że tylko marudzę: mnie się ten tekst bardzo podoba. Jest świetnie napisany, wciągający, momentami absurdalny, ale wszystko to razem tworzy intrygującą całość. Bardzo dobre opowiadanie.

Bardzo mi się ,bohaterowie miodzio,klep:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Mam podobnie jak Finkla i Bemik. Niesamowita wyobraźnia, poszczególne części bardzo ciekawie i oryginalnie napisane, czytało się jednym tchem. Moim zdaniem zabrakło jednak wyraźniejszej puenty. To i tak jedno z lepszych opowiadań jakie pojawiły się w tym miesiącu. Gravel gratuluję kolejnego udanego tekstu :)

Anet, dziękuję. 

 

Alex, fajnie, że Ci się. Dzięki za klika!

 

Belhaj, nie umiem puentować ;) Dzięki!

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Zachwyciło mnie. Kapitalny klimat kamienicy, każdy bohater, każde miejsce, każda scena dopracowana i dopieszczona. A napisane tak, że samo się przeczytało, zresztą jak zawsze. Jest w tym jakaś głębia, nad którą teraz rozmyślam i zobaczymy, co mi się uda wymyślić :)

Opowiadanie niewątpliwie bardzo dobre, świetnie wykreowane postacie, rewelacyjny klimat. To, co mi zgrzytnęło to konstrukcja tekstu. Końcówka domyka rozdział drugi, nie pierwszy, przez co trochę zostałam z poczuciem 'urwanego zakończenia’, opowieść miała nakreślone bardzo barwne tło, pełen wyobraźni świat i…

SPOILER

.

.

.

niestety skończyło się na – niewątpliwie bardzo obrazowym i oryginalnym przedstawieniu traumy bohatera ‘bo go pedofil w dzieciństwie molestował’. Za duży rozmach na taką jednostkową puentę, imho. Zwłaszcza, że w tekście pojawiają się zagadki, które pozostały niewyjaśnione (historia Malinowskiej, drzwi za którymi nie działa fizyka) a które miały większy potencjał. Narobiłaś apetytu na znakomity obiad a zaserwowałaś przystawkę :)

Zygfrydzie, dziękuję bardzo za miłe słowa. Cieszę się, że aż tak Ci się podobało.

 

Bellatrix, dziękuję za przeczytanie. Fajnie, że Ci się generalnie podobało. A zakończenia, no cóż… zawsze są najsłabszą stroną moich opowiadań. Już chyba niewiele na to poradzę ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Lubię twój sposób pisania, twoją wiedzę i wyobraźnię, ale bardzo nie lubię smutku, który potrafią wywołać u mnie twoje opowiadania. Bywa w nich pewna dojmująca beznadzieja, dziwnie znajoma, a ja czytam po to, żeby się od niej oderwać, a nie, by pogrążać :( Być może jest to kwestia odbioru czytelnika, a nie intencji autora, niemniej kolejny raz mam to samo odczucie. Reasumując: podobało mi się i nie podobało jednocześnie. 

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Nie będę się bardzo rozwodzić nad tym, że mi się bardzo podobało, bo to już chyba wiesz, że należę do wiernych fanów Twojej twórczości ;) A to opowiadanie ma wszystko to, co u Ciebie lubię – nietuzinkowe postaci, świetny klimat i doskonały warsztat.

Za to napiszę, jak ja ten tekst odebrałam. Dla mnie również Michał nie jest wcale głównym bohaterem, choć scala poszczególne fragmenty. Również czytałam “Metody…” jako opowieść o kamienicy, gdzie niemal wszyscy bohaterowie są równorzędni. Każdy z nich ma historię, która zaciekawia i właściwie sama nie wiem, co podobałoby mi się bardziej – gdybyś każdą z nich rozwinęła i odpowiedziała na pytania, które się pojawiają (to mógłby być solidny kawał tekstu – kto wie czy nie powieść…) czy zostawiła wszystko tak jak jest, z tyloma fantastycznymi niedopowiedzeniami, które pobudzają wyobraźnię.

Oczywiście jest tu dużo mroku i smutku, ale ja to czuję chyba zupełnie inaczej, niż Naz. Bo w końcu jest tu miejsce na ciepłe uczucia, na przyjaźń, na odmianę losu. To co wstrętne mimo wszystko może stać się cenne – Malinowska okazała się wspaniałą przyjaciółka, onychofagi mogły przez chwilę być zwierzakami domowymi i czymś, za czymś się tęskni gdy znika. 

Zakończenie rzeczywiście tchnie jakąś beznadzieją. Za to bardzo mi się spodobało takie dosłowne przedstawienie metafory dźwigania na plecach swoich upiorów. To, co trochę mi tu się nie skleja, to znikomość nawiązań do Huśtawki przez większość tekstu. Ktoś wyżej napisał, że to fajny efekt, i rzeczywiście coś w sobie ma, ale dla mnie to że Michał “nie zdołał pokonać” tego upiora staje się przez to mniej wiarygodne. Trochę jakbyś na koniec sobie przypomniała – a tak, był jeszcze ten trup w piwnicy ;P

 

no naprawdę dobre;  dałem się porwać tej emanacji Twojej wyobraźni

"Ora et Labora"

Naz, przykro mi, że przez lekturę poczułaś smutek, ale postanowiłam potraktować to jako komplement. Zawsze jedną z najważniejszych rzeczy jest dla mnie wywołanie emocji u czytelnika, więc cieszę się, że przynajmniej to się udało. Jestem smutnym człowiekiem i chcąc nie chcąc, przelewam trochę własnych emocji na każdy tekst ;)

 

Werweno, dziękuję za obszerny komentarz. Zaczynałam pisać “Metody…” jako tekst o dziwnych ludziach w dziwnym świecie i chyba ostatecznie to rzeczywiście kamienica stała się głównym bohaterem opowiadania. Może rzeczywiście powinnam była tę historię bardziej rozwinąć. 

A o Huśtawce nie zapomniałam ;) Chciałam pokazać, że Michał radził sobie ze swoimi upiorami tak jak umiał – nie wracając do złych wspomnień, szukając pocieszenia w przyjaźni z Maliną i Strycharzem. Ale skoro muszę to teraz tłumaczyć, chyba znaczy, że nie wyszło :D

No, ale najważniejsze, że się podobało ;)

 

gradziel, dziękuję, cieszę się, że Ci się podobało. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Finkla, zgadzam się z Tobą, że brakuje tu myśli przewodniej, chociaż zdecydowanie tekst opowiada o dojrzewaniu Michała. Jednocześnie jest to historia kamienicy zamieszkanej przez pokraczne kreatury. 

Czyta się przyjemnie, dość gładko. Odczułem lekki wstręt czytając o onichofagach, panu krawacikowi itp.

Powiedziałbym, że to dobry zabijacz czasu. 

Na razie tyle, swoją myśl chyba skończę jak wrócę z pracy :] Poczytnego dnia życzę :]

Ok, musiałem się jeszcze zastanowić; 

 

Mam problem z tekstem, mianowicie taki:

 

Świat kolory i barwny, bułhakowsko-marquezowski (a więc wcale niełatwy do stworzenia i ożywienia) wydaje się lepiej pasować do “szerszej” opowieści, bez określonego głównego bohatera, gdzie losy przedziwnych postaci (podobnych do lekarza, dziadka, Strycharza) przeplatają się nie do końca szanując linearność czasu i trójwymiarowość przestrzeni.  Tu, mam wrażenie, ciekawa forma na końcu okazuje się przykrywką do “zejścia do piwnicy” (temat mocno eksploatowany, np. filmy Hitchcocka), freudowskiego “id”, rozprawy ze swoimi lękami (w tym wypadku zakończonej porażką).

 

Czy się mylę?

"Ora et Labora"

O, Gradzielu, ładnie to ująłeś. Jako tło szerszej opowieści, albo wręcz jako fragment sagi. A tak samotnie, to czegoś brakuje.

Babska logika rządzi!

Gradzielu, powiem tak: jako “pisacz” jestem bardzo podatna na wpływy i prawie zawsze można w moich opowiadaniach odnaleźć echa twórczości autorów, których akurat czytam. W przypadku “Abominacji…” byli to rzeczywiście głównie Marquez i Freud, co zresztą zostało wspomniane w tekście. Marquez głównie ze względu na sposób, w jaki potrafił wplatać do opowieści fantastykę – jako coś całkowicie naturalnego, tak, że sam czytelnik nie widział w nadnaturalnym niczego dziwacznego. Chciałam pokazać, że dziwność świata Michała była dla niego całkowicie normalna.

Do zapożyczeń z Bułhakowa i Hitchcocka się nie przyznaję, za słabo znam ich twórczość, niestety (raptem jedna książka i jeden film). Sam motyw zejścia do piwnicy wziął się raczej z Freuda. 

 

Generalnie chętnie bym to przerobiła na coś dłuższego, może nawet powieść, why not, yolo i te sprawy – ale chyba pokona mnie najbardziej prozaiczny z powodów: nie umiem pospinać tych wątków i znaleźć fabuły na coś dłuższego. Jestem jednak obrazkotwórcą, jednowątkopisaczem ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Autor: Gravel

Klimat: Splin, zakończona porażką walka z samym sobą, swoją traumą

Inspiracje: podobno Marquez, na pewno Freud

Język opowieści: rewelacja, oszczędny i treściwy, czytam z przyjemnością i nie chce przerwać

Konstrukcja: epizodyczna, w krótkich fragmentach prezentująca mnogość wątków i postacil; brak głównej osi fabularnej, a finał nawiązuje wyłącznie od jednego z epizodów, nie scala pozostałych autonomicznych w charakterze historii lecz – moim zdaniem – na łatwiznę upycha je butem w tle, zostawiając mnie z poczuciem ostrego niedopchnięcia fabularnego

Bohaterowie: ładnie nakreśleni, ciekawie zindywidualizowani przez narrację, zlewają się w dialogach (nad tym bym popracował)

Diagnoza: Forma efektowna, intertekstualizmy cacy (zusammen do kupy: prawie orgazm), jednak jako zamknięta całość, opowiadanie, mnie osobiście zawodzi jak brak cycków u Malinowskiej (obniża lot samotny ptak… – tak, cytat z Szefa z SouthParku!).

Uwagi: Pisze świetnie, srebro od MC już ma, poprzeczka wysoko wisi. Biblioteka zasłużona, a co do piórka – czas się zastanowić. Brak postępu w budowaniu konstrukcji fabularnej od “Siedem grzechów, których Bóg nie wybaczy Marii Hamilton“, a w stosunku do “Ad absurdo“ (gdzie fabuła zmierzała w konkretnym kierunku i następowało klasyczne, acz czytelne budowanie cegiełek pod finał o trudnym składaniu do kupy tego, co się połamało – więc zacznijmy od czegoś małego) nawet niewielki regres.

 

 

Dzięki za przyjemną lekturę. Nad nominacją pomyślę ;-) Masz talent, który moim zdaniem wciąż jeszcze nie do końca utrzymujesz w ryzach, dyscyplinie krótkiej formy, jaką jest opowiadanie – ale już blisko, już niedaleko…

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho, dziękuję za ciekawy pod względem treści i formy komentarz ;) Przykrość, że opowiadanie nie dopchnęło Cię wystarczająco, byś czuł pełną satysfakcję; radość, że jednak coś tam się podobało. Postępy i regresy już nie mnie oceniać, ale generalnie łapię, co poszło nie tak. 

Danke, gracias i spasiba!

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Przeczytałam kilka pierwszych komentarzy i – tak – komentujący mają rację. Takie tam scenki luźno połączone, brak jakiejś głębszej myśli przewodniej, pisanie dla pisania. Ale zdałam sobie z tego sprawę dopiero po lekturze komentarzy. Bo gdy czytałam opowiadanie – nie przeszkadzało mi to nic a nic, nie zwracałam na to uwagi. Dałam się ponieść opowieści, ekscentrycznym bohaterom, pięknej narracji.

Bardzo mi się podobało.

I znowu mam problem z twoim tekstem, gravel. Bo one wszystkie są na swój sposób pondprzeciętne, w każdym znajdę coś po prostu genialnego, coś co krzyczy mi w twarz TALENT, KUR**! Z DROGI, NIEDOŁĘGO! ;) A fabuła dalej kuleje, dalej do niczego nie prowadzi. Od czasu Stunożnego Miasta mam tak, że pamietam świat, który przedstawiłaś, mocniejsze sceny utkwiły mi w pamięci, ale nie kojarzę, o czym w sumie te teksty były… I odnoszę wrażenie, że redakcja zrobiłaby cuda z twoimi opowiadaniami. Bo one wszystkie są na swój sposób świetne, potrzeba im tylko delikatnego ukierunkowania. Ogólnie tę najcięższą sztukę, jak pisać ciekawe, opanowałaś do perfekcji. Tym bardziej irytuje, że jeszcze cię nie zobaczyłam w NFie, choć nosisz po srebrze na nogę.

Z piórkiem musze się zastanowić. Już przy “Siedmiu grzechach…” miałam uczucie, że byłam na NIE, ponieważ oczekiwałam czegoś więcej po tobie – progresu zamiast lekkiego (pod względem fabuły) regresu. Ale ile można karać człowieka za to, że w sumie świetnie pisze? To mi się wydaje nie fair, mimo że znowu lekko się zawiodłam ;)

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

A tak żeby nie być zbyt ogólnikowa, podam przykład, o co mi chodzi. Kiedy doszłam do “Skrzywdzę cię” coś mnie chwyciło za gardło. Opis Huśtawki jest dławiący, cała ta kamienica to jest właśnie element wybitny w twoim tekście. Ale teraz spójrzmy jak dochodzi do samego skrzywdzenia. Nie dosyć, że pedofila karmią i podtrzymują przy “nieżyciu” (ok, można to wziąć za analogie do więzień, gdzie przecież morderców też się karmi), to jeszcze posyłają mu jedenastolatka. To jest takie… strasznie pod dyktando autora. Brakuje ciągu przyczynowo-skutkowego – po prostu ciśniesz dzieciaka w sam środek Piekła, a potem pokazujesz, że się sparzył, co właściwie nie prowadzi do niczego głębszego, wychodzi przerost formy (zajebistej, podkreślam!) nad treścią i spójnością.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Ocho, grunt, że się podobało ;) Dziękuję za komentarz i miłe słowa. 

 

Tenszo, dziękuję bardzo. Staram się cały czas rozwijać, ale kiedy wydaje mi się, że już ogarnęłam mniej więcej o co z tą całą fabułą chodzi, okazuje się, że jednak wcale nie. Zwłaszcza, że obecnie wydaje mi się, że taki na przykład “Szatan smutny śmiertelnie” albo “Depresja Stunożnego Miasta” były dużo bardziej o niczym niż “Siedem grzechów…” czy “Metody badania abominacji”. To było dopiero lanie wody… Nie próbuję się w tym momencie bronić, bo odczucia czytelnika są ważniejsze niż intencje i percepcja autora, ale sama mam już zagwozdkę. Nie bardzo wiem, jak pisać, żeby wreszcie było wszystko jak trzeba. Podejrzewam, że została mi już tylko nieśmiertelna metoda prób i błędów. 

 

Tym bardziej irytuje, że jeszcze cię nie zobaczyłam w NFie, choć nosisz po srebrze na nogę.

Mnie też to irytuje ;)

 

Ostatecznie cieszę się, że lektura sprawiła Ci przyjemność, choć jednocześnie szkoda, że znowu się zawiodłaś. Dziękuję za komentarz. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

“Siedem grzechów…” było pierwsze, miej to na uwadze, a w “Depresji…” jednak starałaś się, by trochę jedno z drugiego wynikało ;)

A powiem ci, że po namyśle nie zawiodłam się na tyle, by być przeciwko piórku. Ot, troszeńkę, moja miłość do fabuły ucierpiała. Reszta miała się dobrze, bo czytało się świetnie :D

 

A z tekstem w NF czekasz, czy się jeszcze do napisania nie zebrałaś?

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Zebrałam się (trzy razy w sumie), ale nadal za słabo piszę. Chyba faktycznie moim głównym problem jest chaotyczność, takie pierdu-pierdu dla samego pisania. Może w końcu mi się uda to jakoś przeskoczyć ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

No to przeskocz. Znajome nicki na papierze zawsze cieszą. :-)

Babska logika rządzi!

Jak to się łatwo mówi… ^^

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

No wiem. Dlatego dokładam Ci doping. :-)

Babska logika rządzi!

Dziękuję <3 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

To przecież nic trudnego…

 

(wywieram pressing) ;-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho, please, don't ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Psycho, Ty brutalu! Delikatniej trzeba. To wszak młode dziewczę.

Babska logika rządzi!

Młode? Deprawuje się bardziej, ssssasasasasa! ;-D

 

Cieniu, ty tam pamiętaj, żeby cyrograf na duszę podsunąć…

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Gravel, jeszcze nawiązując do twojej odpowiedzi:

Zwłaszcza, że obecnie wydaje mi się, że taki na przykład “Szatan smutny śmiertelnie” albo “Depresja Stunożnego Miasta” były dużo bardziej o niczym niż “Siedem grzechów…” czy “Metody badania abominacji”. To było dopiero lanie wody…

Zdajesz się mylić formę opowieści z powagą treści. To znaczy, “Szatan…” opowiadał może bardziej poetycką historyjkę, bez fabuły, ale konsekwentnie poprowadzoną (wręcz podzieloną na “wersy”). W “Depresji…” próbowałaś pokazać podwaliny rewolucji, to nie wyszło zupełnie przekonująco, ale miało już rzeczywiście fabułę. Natomiast “Siedem grzechów…”, “Ab…” i “Metody…” mają treść cięższą, być może ważniejszą (to jest bardzo subiektywna rzecz), lecz nie próbują specjalnie opowiedzieć historii.

Nie wiem, czy ci coś to podpowie, czy tylko się wymądrzam :P Mam nadzieje, że to pierwsze.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Cieniu, ty tam pamiętaj, żeby cyrograf na duszę podsunąć…

A mówiłem, Ci, Gravcium, że to zmyślna bestia jest…

Obawiam się jednak, Psycho, że już za późno trochę na cyrografy. Duszę straciłem już dawno, i to za sprawą nie kogo innego, a Szatana Smutnego właśnie. Potem pieprznęła cała reszta.

 

A Tensza wali w punkt.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Psycho, od razu deprawuje. Ja bym to nazwała poznawaniem życia ;) A że się przy okazji ofiary ponosi… Tenszo, rozumiem doskonale, co próbujesz mi przekazać, po prostu nie umiem tego przełożyć na praktykę. Cieniu, tradycyjnie, przesadzasz.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Plusy:

 

Pan Krawacik – ksywa.

 

Zdolność telepatyczna pana Krawacika.

 

Historyjka, którą na początku tekstu opowiada pan Krawacik.

 

Klapa w suficie i sznurowana drabinka.

 

Styl – gładko się czyta.

 

Podtytuł „Skrzywdzę cię” brzmi interesująco.

 

Za „– Mógłbyś chociaż raz dać mi wygrać – powiedział rano Michał, gdy Strycharz po raz tysięczny wydał triumfalny okrzyk.

– I dać ci tym samym nadzieję, że świat bywa sprawiedliwy? Po moim trupie.

– Ale ja mam tylko jedenaście lat!”

 

Zakończenie „Skrzywdzę cię”.

 

To, że ona pije napój, który unieszczęśliwia – intrygujący pomysł.

 

Minusy:

 

„Dwornym gestem zaprosił Szyrwinta, by usiadł naprzeciwko pana Krawacika. Następnie oddalił się w najbliższy kąt pokoju i wsiąknął w cienie.” – Wsiąknął w cienie? Dosłownie?

 

„Strycharz rżnął w pokera jak zawodowy szuler.” – „Rżnął” niesmacznie brzmi, zważywszy na to, jakie upodobania miał Huśtawka.

 

„– (…) A teraz rusz się już do tej piwnicy, bo Huśtawka pewnie głodny. – Brzmi, jakby Strycharz martwił się o Huśtawkę. A wcale nie musiał, przez to, co Huśtawka robił za życia. Przekonałoby mnie raczej to, że Strycharz pogania Michała, bo jak nie zaniesie jedzenia, to Huśtawka będzie im w czymś przeszkadzał.

 

Czemu Huśtawka żywił się krwią i mlekiem?

 

„Schody były strome i trzeszczały pod stopami, jakby planowały spektakularne załamanie się pod najlżejszym nawet stąpnięciem.” – Schody mogły planować spektakularne załamanie się, ale nie „pod najlżejszym nawet stąpnięciem”, bo przecież Michał idzie, a schody się nie łamią.

 

Skoro Huśtawka nie mógł sam iść do drugiego pokoju z pralką, nawet o kulach, to jakim cudem Michał obawiał się tego, że potem może go męczyć? „Chłopiec domyślał się, że jeśli nie spełni jego prośby, Huśtawka będzie go męczył i nudził przez kilka następnych tygodni. Już chyba lepiej zanieść go do pralni i mieć to z głowy.” Jak to nudził? Męczył i nudził jednocześnie?

Aż bym chciała znaleźć się choć na chwilę w tej kamienicy. Niesamowita historia, która została wspaniałe napisana. Osobiście odebrałam ją jako historię młodzieńca, który dorasta i pokonuje swoje lęki. Z czasem te lęki znikają, zostaje tylko ten którego nie pokonał. Po raz kolejny muszę powiedzieć, że potrafisz niesamowicie tkać opowieść. Zazdroszczę i gratuluję. Lektura Twojego tekstu była dla mnie przyjemnością. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Barbaro, dziękuję za uwagi. Z kilkoma się zgadzam, z kilkoma nie – proza życia ;)

 

Morgiano, dziękuję bardzo, cieszę się, że lektura sprawiła Ci przyjemność ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

“Z kilkoma się zgadzam z kilkoma nie” – każdy ma swoje zdanie, a ostateczne należy do autora tekstu. :)

Gravel, używasz pięknego języka i zazdroszczę, zwłaszcza jak widzę tę dziewiętnastkę przy profilu. Te metafory, kurczę, jakie to proste, pomysłowe – z wsiąkaniem w cień na czele ;)

Nie bardzo wiedziałam, jak to czytać. Taka bajkowa historia, a tu nagle realistyczne Mazury (podziałały trochę jak kubeł zimnej wody). Muszę przyznać, że bez komentarzy nie wpadłabym na metaforę z dorastaniem, z pedofilią, strachami, których się pozbywał. Może dlatego, bo chwilami brakowało konsekwencji.

Historia trochę poszarpana, brakuje mi dokończenia wątków pokoju bez fizyki, Malinowskiej. Ale to chyba enty raz, jak to czytasz.

Niemniej – takim językiem mogłabyś pisać o niczym i też by mi się to dobrze czytało.

kam_mod, dziękuję za komentarz, cieszę się, że Ci się podobało. Jakoś tak lubię łączyć bajkowe historie z realistycznymi elementami. I gwoli ścisłości – właściwie nigdy nie piszę z myślą o tym, by tworzyć metaforę ;) Zostawiam pole do popisu czytelnikowi. ^^

 

takim językiem mogłabyś pisać o niczym

I tako z reguły czynię ;)

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Już niemal dotarłem do końca Twojej portalowej, nieanonimowej twórczości. Jak zwykle przejrzałem komentarze. Znów te same uwagi. Brak fabuły, fabuła szczątkowa. Czy to źle? Już po chwili czytania tekstu coś sobie przypomniałem. Przestałem liczyć na klasyczny schemat rozwoju akcji. I świetnie się bawiłem, choć może “zabawa” niezbyt pasuje do klimatu “Metod”…

Nie wiem, czy powinnaś słuchać rad, wedle których musisz popracować nad fabułą. Wchodząc w schematy, część magii Twoich tekstów może zniknąć. 

Nie wiem też, co powiedzieć o tym cudownie porypanym opowiadaniu, bo po prostu chce je kiedyś jeszcze przeczytać, najlepiej na papierze. Trudno mi nawet odnieść ten tekst do Twoich pozostałych. Jest niesamowity. Dziwny. Czyta się jak zawsze. Czuć Twoją rękę. Nie będę wymieniał elementów, które mi się podobały – wszystko jest w tekście :D 

Cześć, Gravel! W końcu tutaj dotarłem.

Zacznę od skomentowania komentarzy, bo zdziwił mnie rozstrzał w opiniach. Nie ma fabuły? Cóż za brednie; motyw dorastania jest tutaj świetnie wykorzystany i odbieram te narzekania jako takie trochę czepialstwo, bo aby fabuła była dobra, wcale nie potrzeba jej pościgów czy wybuchów. Jest oszczędnie, ale w sam raz, kolejne obrazki malowały zmieniającą się perspektywę Michała, co mnie szczerze zachwyciło.

Ktoś tam porównywał klimat do Bułhakowa – faktycznie, coś w tym jest. Mi się jeszcze skojarzyły filmy Tima Burtona. Gorzkie, momentami ostre jak żylety refleksje dodawały smaku, ale i podkreślały spaczenie mieszkańców kamienicy. A każde z nich wypada cudownie odrażająco, nie wyłączając przeuroczych onychofagów.

Że napisane lekko, że się samo czyta, że wciąga, to już z dziesięć razy wyżej pisano, więc tylko napomknę to tutaj ten jedenasty raz. ;)

Pozdrawiam!

Podążając ścieżką samuraja, dotarłem w końcu i tutaj. Do Krakowa mojego dzieciństwa. Do kamienicy, która wydawała mi się całym światem i w której mogło się wydarzyć wszystko.

Na początku chciałem trochę pogrymasić: że forma niedookreślona – ni to czarny humor, ni absurd, ni bizzarro. Ale końcówka zamknęła mi gębę. Jaki piękny brak happy endu!

Wyczuwam Marqueza, z Gaimana to tylko te guziki, ale też “Gormennghast” Mervyna Peaka.

Przyznam, że na tyle zafascynował mnie ten świat i sposób jego opisania, że nie przeszkadzała mi epizodyczność fabuły. Osobiście widzę tu związek – w każdej historii Michał jest coraz starszy, a upiór w piwnicy  – którego niepokojąca obecność nie daje o sobie zapomnieć, choć on sam pozostaje w ukryciu – spaja całość. Nie wiem, czy ważniejszym bohaterem był tu Michał, czy sama kamienica, ale dla mnie końcówka była świetna, ociekająca znaną z innych Twoich tekstów gorzką ironią. Nie zabrakło groteski i galerii postaci-osobliwości, czyli elementów, do których mam słabość :P Słowem: podobało mi się.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Uff, jakoś przez to przebrnąłem. Przykro mi to mówić, ale nie dotarł do mnie przekaz, jeżeli takowy był. Szczerze mówiąc przez większą część tekstu zastanawiałem się, o czym czytam?

Jest jednak kilka punktów, o których chciałbym wspomnieć.

Piękne zdanie:

…i rozumiał, że pewne rzeczy znikają z życia i trzeba pozwolić im odejść.

A to jest genialny fragment:

Obecnie huśtał się na nim czasami, rzucając pod adresem Michała wymyślne wyzwiska i nieprzyzwoite uwagi. Odmawiał też opuszczenia kamienicy i nie dawał się Szyrwintowi wyegzorcyzmować.

W ogóle, tak po zastanowieniu podobał mi się tylko motyw z Huśtawką. Całe te opisy, jego historia i te wszystkie trochę humorystyczne fragmenty z dyndającym truposzem.

 Opowiadanie choć dobrze skonstruowane, nie zawierające większych błędów, napisane w sposób dojrzały nie poraża treścią i fabułą. Onychofagi i inne cuda, to chyba nie mój typ fantastyki.

Reasumując, jako, że sam mam na imię Michał, posłużę się cytatem.

– Nie, dziękuję – odparł uprzejmie Michał. – To jakoś nie w moim stylu.

 

Ciekawy pomysł. Niestety realizm magiczny jakoś do mnie nie przemawia – choć zaintrygowała mnie postać Pana Krawacika i Żyda-właściciela kamienicy. Język bardzo dobry, stąd łatwo mi przyswajało się tekst. Podsumowując: dobrze się czytało, ale wrażeń żadnymi mi nie dało.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Wystarczy, że chwilę człowieka nie ma i nagle wszyscy sobie o jego opowiadaniu przypominają ;)

Dziękuję bardzo za wszystkie komentarze, słowa miłe i słowa krytyki – każda opinia jest jednakowo cenna. Zarzuty o brak fabuły nie są dla mnie nowością, ale jedyne co mogę zrobić, to obiecać poprawę. Podobno ostatnio zaczęłam pisać teksty z czymś na kształt fabuły, więc może pewnego dnia doczekacie się pełnoprawnego opka :D

Także tego: dziękuję ślicznie za poświęcenie chwili czasu na przeczytanie i skomentowanie.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony zaintrygowały mnie pojedyncze pomysły na pokój bez fizyki, mizerykordiał i onychofagi. No i sam groteskowo-dziwaczny nastrój opowiadania na pokaźny plus. Ale jednak brakowało mi w tym wszystkim jakiegoś celu, nie wiedziałem do czego w zasadzie te wszystkie scenki biegną. Także jeśli chodzi o fabułę jestem rozczarowany.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ciebie się bardzo dobrze czyta. Już to chyba pisałem pod jakimś Twoim tekstem (“Marią Hamilton”?) – jak większość tekstów na stronie odbiera się jako “poziom dobry, ale portalowy” pod względem literackim, tak Ty piszesz w tej warstwie całkowicie profesjonalnie, na poziomie wydawalno-nagrodowym. Kropka.

 

Ale złapałem się na tym, że podchodzę już do Twoich tekstów z pewną nieufnością. Czytałem “Metody badania…” z przyjemnością, ale w głowie narastała mi podejrzliwość: Jesteś gravel. To są bardzo fajne motywy, bardzo dobre postaci, bardzo dobry język, ale czy tym razem dokądkolwiek to prowadzi?

No i tym razem prowadziło bardziej niż przy (mojej ulubionej dotąd) “Marii Hamilton”, a więc to jest postęp, ale to nadal jeszcze nie to. Czyli przeczytane z przyjemnością, ale z niedosytem. Ale wiem, że są osoby (i często są to wspaniali krytycy), które takie quasi-bezcelowe opowieści doceniają.

 

PS. Acz dodajmy jeszcze, że “Stunożne miasto”, które miało bardzo konkretną strukturę fabularną, podobało mi się od Twoich pozostałych tekstów znacznie mniej).

PS2. Czyli napisałem dokładnie to samo, co SzyszkowyDziadek, tylko bardziej rozwlekle. Cudownie.

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Cóż mogę powiedzieć… Świetny tekst!

Historia nietuzinkowa, przez co niezwykle wciągająca. Wręcz sama się czytała! A absurdalna kreacja świata jest jedną z moich ulubionych. Szczególnie postać pana Krawacika zostanie mi w pamięci ;) 

Oby więcej takich opowiadań ;)

Nowa Fantastyka