- Opowiadanie: fleurdelacour - Wyrodna

Wyrodna

Najmocniej przepraszam wiernych wyznawców lovecraftianizmu za niecne wykorzystanie najświętszego artefaktu i całkowite przeinaczenie jego istoty.

Wielbicieli horrorów, oślizgłych macek i poszukiwaczy mocnych, literackich wrażeń przepraszam, że… nie przestraszam :P

 

Dzieło swe dedykuję wielbicielom starki (i innych przedwojennych alkoholi) oraz znudzonym gospodyniom domowym.

 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Wyrodna

Z niecierpliwością oczekiwałam rozwiązania. Oglądałam w lustrze swój wypukły brzuch, masowałam go z miłością i szeptałam czułe słówka. Wybierałam wózek, łóżeczko, pościel i niemowlęce ciuszki z drżeniem serca oraz nieopisanym szczęściem. Mąż towarzyszył mym radościom, ale także smutkom oraz niepokojom. Zadręczałam i siebie, i jego. Czy aby dziecko urodzi się zdrowe? Czy poród będzie szybki i bezbolesny? Czy sprostamy roli rodziców? Antoni uśmiechał się łagodnie, chwytał mnie za rękę i kiwał głową w takt niekończących się pytań.

– Będzie dobrze – powtarzał. – Zobaczysz, wszystko będzie dobrze.

Potem wstawał z fotela i składał pocałunek na moim rozpalonym niecierpliwością czole. A ja mu wierzyłam. Patrzyłam w poważne, szare oczy mężczyzny znacznie ode mnie starszego i mądrzejszego. Ufałam mu bezgranicznie. Na chwilę uspokajałam się, lecz gdy mąż wychodził z pokoju, wracała udręka. Mój Boże, co to będzie?

Było, jak mówił Antoni. Poród przebiegł bez komplikacji, choć, ku zaskoczeniu nie tylko nas, ale i położnej, powiłam bliźnięta. Dzieci okazały się zdrowe, silne i całkiem duże jak na mnogą ciążę. Ja sama szybko odzyskałam siły i z ochotą zajęłam się rodzicielskimi obowiązkami.

Na początku było cudownie. Z dumą prezentowałam dzieci przyjaciółkom, sąsiadkom, a nawet zupełnie obcym przechodniom podczas spacerów. Chłopcy, podobni jak dwie krople wody, piękni niczym dwa aniołki. Buzie mieli delikatne, różowe, zamiast włosów lekki złoty puszek, a oczy ogromne i błękitne.

Nie przeszkadzały mi nieprzespane noce, stosy prania, to, że pragnęli jeść równocześnie. Antoni chciał zatrudnić nianię do pomocy, ale odmówiłam. Nie po to rodziłam dzieci, żeby zajmował się nimi ktoś inny. Patrzyłam w ich słodkie twarzyczki z miłością, jakiej wcześniej nie było mi dane odczuwać.

Mijały dni, a wraz z nimi entuzjazm świeżego rodzicielstwa. Zmienianie brudnych pieluch zbrzydło, piersi bolały nadgryzione pierwszymi ząbkami, a niemowlęcy płacz, zamiast żałości i czułości, jął wywoływać złość. Przystałam w końcu na propozycję męża i zatrudniliśmy pomoc do dzieci. Nie na wiele się to zdało, gdyż chłopcy zaczęli wówczas chorować. Gertruda przychodziła do mnie wtedy, rozkładając bezradnie ręce, i tłumaczyła:

– W gorączce potrzebują matczynej miłości.

Siedziałam więc przy nich dniami i nocami, poiłam wywarem z lipy, chłodziłam rozpalone czoła kompresami z octu, zmieniałam przepocone piżamki, czyściłam podłogę z wymiocin. Czyniłam tak, bo wiedziałam, że muszę, a nie z potrzeby serca. Gertruda zamiast być moją pomocnicą, stała się strażnikiem. Czuwała, czy aby na pewno dobrze zajmuję się chłopcami. Jeśli czymś jej nie zadowoliłam, natychmiast donosiła Antoniemu.

– Stefanek spadł dziś z kanapy i nabił sobie guza – mówiła.

– Gdzieś wtedy była? – pytał ją mój mąż.

– W kuchni. To pani Amelia pilnowała bliźniaków.

Antoni zerkał wówczas na mnie z ukosa i marszczył brwi, potem bez słowa wychodził do swojego gabinetu.

Moje koleżanki, jeszcze bezdzietne, coraz rzadziej nas odwiedzały. Mąż przestał zabierać mnie na przyjęcia i niedzielne spacery. Za to sam często wychodził do restauracji czy na partyjkę brydża, która zwykle przeciągała się na całą noc. Jedynym moim towarzystwem stały się dzieci i krytyczne spojrzenia Gertrudy. Byłam nieszczęśliwa.

Po pewnym czasie ja także zaczęłam się wymykać wieczorami z domu. Patrzyłam, jak inne kobiety spacerują pod rękę z dżentelmenami, śmiejąc się perliście z usłyszanych przed chwilą anegdot. Podziwiałam ich piękne suknie i frywolne kapelusze. Zaglądałam w okna restauracji, gdzie szampan lał się strumieniami, stoły uginały od frykasów, a ożywieni goście dyskutowali albo tańczyli w rytm nowoczesnej muzyki. Patrzyłam na pary czule tulące się do siebie po wyjściu z kina. Ach, jakże zazdrościłam tym ludziom. Tacy szczęśliwi, pełni życia, wolni.

– Pani znowu wychodziła w nocy – donosiła o poranku Gertruda.

Antoniemu z oburzenia wypadał z oka monokl i mówił chłodnym, opanowanym głosem:

– Wstydu nie masz.

Po czym zaciskał wargi w wąską kreskę i rozkładał na stole gazetę. Po lekturze dopijał kawę i wychodził do kancelarii. Kiedyś na pożegnanie całował mnie w czoło. To było zanim pojawili się chłopcy.

Patrzyłam zza firanki, jak łapie dorożkę, wchodzi do środka i odjeżdża. Pomachałam mu na pożegnanie, chociaż nie mógł tego dostrzec.

– Zabieram Jasia do parku, ale Stefanek ma katar, powinien zostać w domu, bo znów mu się na oskrzela przerzuci – wyrwała mnie z zadumy Gertruda.

– Została niania zatrudniona do opieki nad obydwoma.

– Ale… – zaczęła.

– Mam na dzisiaj plany. Proszę zabrać obu chłopców na spacer, albo nigdzie nie wychodzić. Do widzenia – odrzekłam i obróciłam się na pięcie. Wyszłam na ulicę w pośpiechu, zapominając płaszcza i kapelusza.

Szare chmury uginały się pod własnym ciężarem, sunąc powoli po niebie. Wiatr ostrymi powiewami zagarniał z ulicy śmieci. Pomyślałam, żeby wrócić po okrycie, ale zdałam sobie sprawę, że mimo pozornie nieprzyjemnej pogody, w ogóle nie odczuwam zimna. Ruszyłam, nie bardzo wiedząc, w którą stronę pragnę się udać. Nogi poniosły mnie same.

Nie wiem, ile czasu minęło, gdy znalazłam się w zupełnie obcej mi części miasta. Przede mną ciągnęła się długa linia żywopłotu z przerośniętego bukszpanu, zza niej wystawały konary cyprysów oraz tui. Pojedynczy promień słońca prześlizgnął się jakoś przez gęstwinę chmur i gałęzi, oświetlając niewielką, metalową furtkę. Podeszłam do niej i popchnęłam delikatnie. Zaskrzypiała w proteście, lecz otwarła się na oścież. U mych stóp rozpostarła się szeroka alejka wysypana czarnym żwirem. Weszłam do parku.

Wiatr ucichł. Wszystko spowite było cieniem, lecz wzrok mój szybko przyzwyczaił się do półmroku i pomiędzy pasmami mgły dojrzałam na końcu ścieżki okazałą altanę. Pomyślałam, że chętnie odpoczęłabym tam przez chwilę, upajając się spokojem tego miejsca. Ruszyłam żwawym krokiem, obeszłam drewnianą konstrukcję i znalazłam schodki. Gdy stanęłam u wejścia, dostrzegłam siedzącego w środku mężczyznę, pochylał się nad księgą. Speszyłam się nieoczekiwanym spotkaniem, niezauważona chciałam się obrócić i umknąć cichaczem. Nie zdążyłam jednak, spostrzegł mnie.

– Niech pani poczeka! – zawołał.

Zamarłam w pół obrotu.

– Jeśli moja obecność jest pani niemiła, opuszczę altanę – zaoferował.

Spojrzałam w jego oczy, czarne i błyszczące. Był młody, dużo młodszy od Antoniego, nosił się modnie, ciemne włosy zaczesane na brylantynę, szary, wełniany garnitur.

– Nie ma takiej potrzeby – odparłam i usiadłam naprzeciw. – Może pan wrócić do lektury, nie będę przeszkadzać.

Mężczyzna uśmiechnął się uprzejmie i zamknął księgę.

– A ja chętnie bym pogawędził, jeśli pani pozwoli.

Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia – czy to wypadało, aby kawaler naprzykrzał się samotnej kobiecie w parku? Ale cóż mnie obchodziły konwenanse? Czy nie po to wyszłam z domu, żeby uciec od codziennej nudy? A co może być bardziej ożywczego od dysputy z przystojnym mężczyzną?

Skinęłam głową z przyzwoleniem.

Mężczyzna podniósł się z ławki, zbliżył i ukłonił.

– Waldemar Landowski.

– Amelia Weber.

Kawaler ucałował moją dłoń, poczułam wilgoć i gorąco jego ust na nagiej skórze. I byłabym zatraciła się w tej zmysłowej pieszczocie, gdyby nie ogarnął mnie nagle wstyd. Nie nałożyłam rękawiczek. Z gołą głową i rękami, wyglądałam jak pierwsza lepsza służka.

– Cóż takiego pan czyta? – spytałam pośpiesznie, żeby ukryć zmieszanie.

Waldemar usiadł obok i podał mi książkę w oprawie z czarnej skóry. Gdy wzięłam ją w dłonie, poczułam przyjemne ciepło. Odczytałam na głos złocony tytuł:

– Necronomicon.

Księga drgnęła w moich dłoniach i usłyszałam jakby dochodzące spomiędzy jej stron mlaśnięcie, wystraszona natychmiast próbowałam oddać ją właścicielowi. Zaśmiał się i oddalił puste ręce na znak protestu.

– O nie, proszę przeczytać choć kawałeczek. Na pewno spodoba się pani.

Otworzyłam więc księgę na chybił trafił i, nie chcąc uchodzić za niegrzeczną, zaczęłam czytać na głos, co stało czarnymi, tłustymi literami na pożółkłych stronach:

Kobieta dość miała już nędznego żywota, nieczułego męża, niewdzięcznej służącej, a nade wszystko dzieci, dwóch rozpieszczonych bachorów – tu głos mój nieco się załamał – które odebrały jej młodość i wolność.

Spojrzałam rozszerzonymi do granic możliwości oczyma na pana Landowskiego.

– Dalej, dalej, niech pani czyta. Nalegam.

Chrząknęłam, żeby rozluźnić ściśnięte gardło i podjęłam lekturę.

Pewnego dnia Amelia Weber wyszła z domu, nie mówiąc nikomu, dokąd się udaje i zawędrowała na sam skraj miasta, do starego, zapomnianego parku. Ciekawość powiodła ją do altany, w której to spotkała swego wybawcę.

W tym miejscu tekst się urywał. Dalej były już tylko puste strony.

Księga wypadła z moich rąk i z głośnym hukiem uderzyła w podłogę.

– Amelio! – wykrzyknął mężczyzna, podnosząc Necronomicon. – Odrobinę szacunku!

– Co tu się wyprawia? – wyjęczałam przerażona. – Kim pan jest? Diabłem? Trafiłam do piekła?

Pan Landowski uśmiechnął się pobłażliwie i, spoglądając na mnie z ukosa, rzekł:

– Ależ kochana! Miała pani zaszczyt czytać księgę mądrości! Za taki przywilej niektórzy byliby zdolni zabić.

Nagle zamilkł. Spojrzał w zamyśleniu na czarną okładkę, pogłaskał ją czule, a jego nastrój uległ przemianie.

– W tej książce jest tylko prawda. Prawda, która panią interesuje. Jakie piekło? W piekle była pani, zanim mieliśmy szczęście się spotkać. Z pomocą księgi, z moją pomocą, pani się z tego piekła wyrwie! – przemówił z zapałem.

Jego oczy rozgorzały ogniem, na policzki wyszedł rumieniec, jego ręce, początkowo żywo gestykulujące w powietrzu, opadły nagle na moje ramiona. Obrócił mnie w swoją stronę, przysunął. Poczułam zapach jego oddechu, dziwny i obcy, wstrętny i kuszący zarazem. Nie mogłam się temu oprzeć, zbliżyłam usta do jego warg i obdarzyłam namiętnym pocałunkiem. A po chwili zerwałam się przestraszona własną śmiałością i uciekłam czym prędzej z parku.

Nie pamiętam, jak odnalazłam drogę do domu. Wiem tylko, że biegłam cały czas prosto, aż stanęłam u progu domu. Wpadłam do środka jak burza i skierowałam się do sypialni. Minęłam zadziwioną Gertrudę bez słowa, odepchnęłam chłopców śpieszących do mnie niezdarnie z wyciągniętymi rączkami, Antoniemu posłałam zaledwie jedno dzikie spojrzenie. A później padłam na łoże i otoczyła mnie ciemność.

Ponoć byłam nieprzytomna przez trzy dni. Antoni wzywał do mnie lekarzy, którzy nie wiedzieli, co się dzieje i kazali jedynie czekać. Kiedy się ocknęłam, zaczęła dręczyć mnie gorączka i wymioty. Myślałam, że umieram. Po tygodniu tajemnicza choroba znikła. Wróciłam do żywych.

Obiecałam sobie, że się zmienię. Stanę się dobrą żoną i matką. Zaczęłam zabierać chłopców na spacery, czytać im bajki, układać do snu. Gdy Antoni wychodził do kancelarii przytrzymywałam go za rękę i nie pozwalałam opuścić domu, póki nie złożył na mym czole pocałunku. Bywałam codziennie na targu, aby wybrać najlepsze mięsa i warzywa, gotowałam z nich później obiady.

Lecz silnej woli nie starczyło na długo. Obowiązki domowe mnie nużyły, dzieci denerwowały, a czułość i szacunek do męża dawno pierzchły i, mimo mych starań oraz teatralnych gestów, nie chciały wrócić.

Pewnego wieczora, gdy Antoni znów wyszedł na brydża, a Gertruda i chłopcy dawno już posnęli, znów się wymknęłam. Poszłam do restauracji o nazwie Kosmos i zamówiłam przy barze kieliszek starki. Nikt mnie nie zaczepiał, z czego bardzo się cieszyłam, mogłam w spokoju przyglądać się innym. Wyglądało na to, że większość gości doskonale się zna. Ludzie machali do siebie z odległych stolików, przechodzący poklepywali siedzących przy barze po plecach, mężczyźni i kobiety przekrzykiwali muzykę, żeby zapytać się o samopoczucie. Łączono stoły, dostawiano krzesła, kelnerki zręcznie lawirowały między nieustannie zmieniającymi się konfiguracjami. Lokal był już pełen, ale wciąż dobijali nowi, łaknący rozrywki i towarzystwa goście.

Zamówiłam drugi kieliszek. Wtedy właśnie wszedł do Kosmosu pan Landowski z jakąś kobietą. Serce stanęło mi na moment, a krew uderzyła do policzków, obdarzając zdradliwym rumieńcem. Waldemar omiótł mnie obojętnie wzrokiem i poprowadził towarzyszkę do pierwszego z brzegu stolika, przy którym natychmiast zrobiło się miejsce dla dwojga dodatkowych gości.

Poczułam zazdrość. Wiedziałam, że gdybym nie stchórzyła tamtego dnia, Landowski pewnie mnie przedstawiałby teraz przyjaciołom. Z chęcią usiadłabym mu na kolanach i piła z nim szampana z jednego kieliszka. Śmialibyśmy się, śpiewali, a może nawet tańczyli. To mogłaby być niezapomniana noc. Ale uciekłam. Wystraszona jak pensjonarka.

A najgorsze było, że nie magiczna księga tak mnie przelękła, lecz uświadomienie własnych pragnień. Oto stanęłam na granicy. Landowski i Necronomicon dawali mi szansę na to, o czym od zawsze skrycie marzyłam, lecz stłamszona konwenansami, wychowaniem i społecznymi oczekiwaniami bałam się sięgnąć. Waldemar miał rację. Byłam w piekle, ale bałam się z niego wyjść. Dopiłam resztę trunku i ruszyłam ku wyjściu.

– Pani już wychodzi? Znowu tak nagle? Łamiesz mi serce, Amelio.

Nie wiem, jak to możliwe, że znalazł się tuż za mną tak szybko.

– Pan Landowski – szepnęłam i oblizałam spieczone wargi.

– Pani jeszcze chce się pić. Dwa koniaki! – zawołał do kelnera.

Pociągnął mnie w stronę swojego stolika. Towarzyszka Landowskiego, zamiast oburzyć się, klasnęła w ręce z uciechy.

– Jakaż ona piękna, Waldemarze. Ale smutna. Dajcie jej coś do siedzenia, natychmiast dajcie! Musimy ją rozbawić – pisnęła. – A ty pij, dziewczyno, póki Waldek płaci. Kelner więcej wódki, więcej starki! Szampana!

Landowski roześmiał się, a jakiś mężczyzna przyniósł mi krzesło.

– Widzisz? Już cię lubią – szepnął mi do ucha, siadając obok. – Jesteś taka jak my.

– Jak wy? – powtórzyłam.

– Beztroska, radosna…

– Wolna – weszłam mu w słowo.

– Jeszcze nie – zaoponował. – Ale przyjdź do parku, kiedy będziesz gotowa.

Wróciłam do domu przed świtem. Tyle co wsunęłam się do łóżka, usłyszałam, że do mieszkania wchodzi Antoni. Schowałam się cała pod kołdrą i wyrównałam oddech. Mąż położył się obok i wkrótce zasnął. Beztroska? Radosna? Tak. Nie nadawałam się na żonę, a tym bardziej matkę. Byłam wolnym duchem uwięzionym w klatce domowego ogniska.

Następnego dnia zjawiłam się w parku. Tym razem włożyłam swą najlepszą suknię, kapelusz ozdobiony kwiatami i rękawiczki z cielęcej skóry. Landowski już na mnie czekał, siedział na ławce z księgą na kolanach. Tuż obok stał kałamarz.

– Waldku, chciałabym zmienić swoje życie… – zaczęłam, lecz powstrzymałam się, gdyż odczułam w sercu niepewność.

– Ale?

– Innym przyjdzie zapłacić wysoką cenę za moje szczęście.

– Antoniemu? Nie obawiaj się, według mnie już znalazł sobie pocieszenie.

– Nie. On mnie nie obchodzi. Mam na myśli Stefcia i Jasia. Jeśli ich zostawię, stanę się wyrodną matką. Nie jestem taka, nie chcę być.

Waldemar poklepał ławkę. Usiadłam, odsunąwszy atrament i pióro. Wziął mnie za rękę i przyłożył ją do ciepłej, ciemnej jak bezgwiezdna noc, okładki. Poczułam drżenie, lecz nie byłam pewna, czy pochodzi ono od księgi czy Landowskiego. Otoczyła nas mgła, a powietrze wypełnił dziwny, obcy zapach. Rzeczywistość zaczęła zanikać, byliśmy na świecie tylko troje: ja, Waldemar i księga. Księga przede wszystkim. Serce moje wypełniło się radosnym oczekiwaniem, otwarło na metafizyczne doznanie. Co za cudowne uczucie. Byłam gotowa. O tak!

– Puste strony, zapisz je swoimi marzeniami. Czego byś chciała? Żeby chłopcy zniknęli?

– Tak – wyszeptałam. – Ale nie umarli – natychmiast dodałam. – Pragnęłabym, żeby… żeby się odstali!

Waldemar przesunął księgę na moje kolana. Otworzyłam ją ponownie.

Amelia podjęła decyzję – przeczytałam. – Oto czego chce.

– Weź pióro i napisz to, co mi powiedziałaś.

Drżącą dłonią wpisałam swoje życzenie, robiąc na końcu zdania okropnego kleksa. Koślawe pismo wyraźnie odcinało się od równiutkiego druku.

– Masz bibułkę? – wykrzyknęłam.

– Nic się nie martw. – Waldemar wstał i ucałował mnie w czoło. – Teraz wszystko już będzie dobrze.

Zadrżałam. Antoni zwykł tak mówić, a przecież nie miał racji. Landowski zabrał mi Necronomicon, zatrzasnął i schował pod marynarką. Mgła rozpływała się, a wraz z nią zapach z innego świata.

– Czy księga cofnie czas? – spytałam.

– Nie może. Jakbyśmy się wtedy spotkali?

– Więc w jaki sposób…

– Idź do domu. Sama zobaczysz.

Pobiegłam więc do siebie, niezwykle podekscytowana. Gdy stanęłam u drzwi, serce waliło mi jak młotem. Nacisnęłam klamkę. Salon był pusty. Pospieszyłam do pokoju bliźniaków. Chłopcy raczkowali po grubym dywanie, w fotelu pod oknem siedziała Gertruda. Zawiedziona wycofałam się do sypialni. Czyżby Waldemar ze mnie zakpił?

Nie minęło jednak pół godziny, gdy wpadła przerażona niania.

– Z chłopcami dzieje się coś złego! – wykrzyknęła.

Pobiegłam natychmiast do dziecięcego pokoju. Bliźniacy siedzieli spokojnie na dywanie, ale byli śmiertelnie bladzi.

– Poślę po pana.

– Może wystarczy, żeby wyszli trochę na słońce – odparłam.

Gertruda ściągnęła brwi.

– Przed chwilą ganiali się ze śmiechem po podłodze, z buziami rumianymi jak jabłuszka, a teraz zamarli, bielsi niż papier. I nie reagują. Niech pani którego zawoła.

– Stefanku! – krzyknęłam. – Chodź do mamy. Jasiu!

Chłopcy siedzieli bez ruchu. Nie słyszeli.

– Jakby spali – oceniłam.

– Wezwę pana – powtórzyła, a ja nie protestowałam. – I doktora – dodała.

Zostałam na chwilę sama z chłopcami i żal jakiś nagle wkradł się do serca. Usiadłam między nimi na dywanie i objęłam. Poddali się niczym szmaciane laleczki.

– Mój Boże – szepnęłam – cóż to będzie? Na zawsze tacy pozostaniecie? Jak warzywka?

Niedługo potem wróciła niania. Próbowała cucić bliźniaków, poklepując po buziach, klaskając im przed oczami, a nawet pryskając zimną wodą. Chłopcy nie reagowali. Załamana usiadła obok nas i zaczęła szlochać.

W końcu usłyszałyśmy glosy na schodach. To szedł Antoni wraz z lekarzem. Wpadli szybko do pokoju. Mąż natychmiast rzucił się do mnie z pretensjami.

– Coś im zrobiła?

Tymczasem Gertruda zebrała się z podłogi.

– To ja opiekowałam się chłopcami – wyłkała.

Antoni spojrzał na nią nieprzytomnie.

– Ty?

– Tak, ale nic im nie zrobiłam. Przysięgam. Bawili się jak zwykle, aż nagle pobledli i znieruchomieli.

Przenieśliśmy bliźniaków do łóżek, a doktor przystąpił do badania. Gdy skończył wyprostował się i w zamyśleniu zaczął gładzić brodę.

– Nigdy nie spotkałem się z takim przypadkiem. Muszę to skonsultować z innymi lekarzami.

– Weźmie ich doktor do szpitala? – spytałam.

– Na razie nie ma potrzeby. Funkcje życiowe nie są zagrożone. To rodzaj letargu, zadziwiające jest, że dopadł ich jednocześnie.

Gertruda odprowadziła doktora do wyjścia.

Zostaliśmy z Antonim sami. Mąż przysiadł na skraju łóżka Stefcia, a ja obok Jasia. Dotknęłam twarzy synka. Jego skóra była sucha, chłodna i jakby rzadsza. Miałam wrażenie, że gdybym mocniej nacisnęła, ciało rozeszłoby się, a mój palec wszedłby z łatwością w głąb policzka.

Robiło się ciemno. Cienie wypełzały z kątów i próbowały oddzielić mnie jeszcze bardziej od męża, choć to chyba nie było możliwe. Nagle Antoni odezwał się.

– To twoja wina, prawda?

– Gertruda opiekowała się chłopcami, sama mówiła – zaprotestowałam.

– Ja wiem, że to ty. Przeszkadzają ci i znalazłaś jakiś sposób.

– Co ty gadasz, Antoni?! – oburzyłam się. – Postradałeś rozum? Miałabym ich skrzywdzić? Ja? Ich matka?

Naszą rozmowę przerwała Gertruda, która weszła zapalić lampy. Popatrzyła na chłopców z troską, a potem stanęła bezradnie na środku pokoju.

– Czy mogę coś zrobić? – zapytała w końcu dziwnie piskliwym głosem.

Spojrzałam jej w oczy. Były czerwone i zapuchnięte.

– Niech się niania pomodli.

Gertruda wyszła, a w powietrzu zawisła gęsta cisza. Antoni miał rację, to była moja wina. Lecz nie podobało mi się, że od razu tak pomyślał, skąd wiedział? Nie mógł przecież… Domyślił się! Znał mnie lepiej niż sądziłam. Było mi wstyd, ale nie żałowałam. Chłopcy leżeli spokojnie. Cokolwiek działo się z nimi, nie cierpieli. A może jednak?

Nagle Antoni zerwał się jak oparzony.

– Zawieziemy ich do szpitala!

– Nie bądź głupi, doktor powiedział, że nie trzeba. Wiesz, jakie tam teraz przypadki? Odra, gruźlica, bezpieczniej w domu. I tak ich nie wyleczą, póki nie wiedzą, co to.

– A jednak ich zabiorę! – Zerwał się i podniósł jedną z lamp. Zbliżył ją do twarzy Stefcia. – Mój Boże, to niemożliwe!

– Co takiego? – I ja podeszłam, żeby zobaczyć, co dostrzegł mąż.

Głowa Stefanka zrobiła się przezroczysta, jakby utkana z dymu. Prześwitywała przez nią zgnieciona biel poduszki. Natychmiast wróciłam do Jasia. I on rozmywał się w powietrzu. Wyciągnęłam dłoń, by go dotknąć. Ręka weszła w ciało, jak w wodę, lecz pozostała sucha. Po pokoju rozszedł się zapach magicznych oparów z parku. Moje życzenie się spełniało.

– Oni znikają, Antoni – szepnęłam na poły przestraszona, na poły dziwnie podekscytowana.

W oczach męża dostrzegłam przerażenie.

– Jak to? Robią się niewidzialni?

– Nie. Znikają. Jak mgła pod wpływem ciepłych promieni słońca.

W ustach poczułam gorycz.

– Takie rzeczy się nie dzieją! – wykrzyknął. – Ludzie nie dematerializują się tak po prostu.

Szare oczy, otoczone siatką zmarszczek, wpatrywały się we mnie intensywnie. Cierpiał tak bardzo, że i we mnie coś nagle pękło, i z piersi wyrwał się głośny szloch. Wtedy Antoni mnie przytulił. Staliśmy bezradnie, łkając, podczas gdy nasze dzieci znikały z tego świata, pozostawiając po sobie tylko puste ubranka i pogniecione prześcieradła. Chwila i już ich nie było. Przepadły.

Dotarło wówczas do mnie, co straszliwego zrobiłam. Odepchnęłam od siebie męża.

– To moja wina! – krzyknęłam.

– Nie, nie twoja. Mówiłem tak, bo byłem wzburzony. Wybacz mi. Błagam, Amelio. Musimy ich jakoś odzyskać. Razem. Może nie wszystko jeszcze stracone.

Byłam wściekła, że niczego nie rozumie, że przeprasza, choć nie zawinił.

– Gdybym nie znikał z domu, gdybym okazywał, jak bardzo was kocham, zamiast o wszystko obwiniać ciebie… – kontynuował.

Przestałam słuchać. Rozpacz, gdzieś odeszła. Nie wszystko stracone. Jest przecież spełniająca życzenia księga. Wytarłam mokrą twarz i wyprostowałam plecy.

– Naprawię to – powiedziałam i, zostawiwszy Antoniego jego wyrzutom sumienia, pobiegłam do Kosmosu.

Waldemar był już w środku otoczony grupą hałaśliwych przyjaciół. Skrzywił się nieznacznie na mój widok, zaczął otwierać usta, ale nie dałam mu dojść do słowa.

– Daj księgę! – wykrzyczałam.

Uciszył mnie gestem i wymownie rozejrzał się dookoła.

– Idź do parku. Zaraz przyjdę – wyszeptał.

– Śpiesz się – zażądałam.

Pobiegłam, ile sił w nogach. Nie myślałam o tym, że jestem sama w środku nocy na obrzeżach miasta. Zapomniałam o strachu. Nie czułam zmęczenia. W końcu stanęłam u furtki. Była zamknięta. Wdrapałam się nieporadnie i przeskoczyłam na drugą stronę. Szczęśliwie, ścieżkę oświetlał księżyc zbliżający się do pełni. Zasiadłam w altance i po raz pierwszy od zniknięcia chłopców miałam szansę zastanowić się nad tym, co czuję. A zamiast spodziewanej ulgi, doznawałam ogromnych wyrzutów sumienia. I strachu, że Waldemar się nie zjawi, że zniknie gdzieś i nigdy nie odnajdę ani jego, ani księgi. Pomyślałam, że powinnam się pomodlić, ale porzuciłam ten pomysł. Nie zasługiwałam na litość Boga.

Usłyszałam chrzęst żwiru. Przyszedł, na szczęście. Wyrwałam z jego rąk Necronomicon.

– Gdzie atrament? – spytałam.

– O to nie prosiłaś.

– Idiota! – wykrzyknęłam.

Wskoczyłam w zarośla i urwałam cienką, sztywną gałązkę.

– Masz coś ostrego?

Niechętnie wyjął scyzoryk. Zaostrzyłam koniec patyczka i otworzyłam księgę.

Amelia Weber żałowała – odczytałam, po czym nacięłam skórę i umoczyłam naprędce wystrugane pióro we własnej krwi.

Niech chłopcy wrócą cali i zdrowi – napisałam. Niezdarne, rdzawe pismo odcinało się od czarnego tekstu powyżej. Podmuchałam, żeby szybciej wyschło, ale litery nagle zlały się ze sobą i spłynęły ze strony jak ze szkła. Napisałam zdanie powtórnie, z tym samym efektem.

Nic nie rozumiejąc, oczami pełnymi łez spojrzałam na Landowskiego. Siedział teraz na ławeczce i przyglądał mi się, ale twarz jego nie wyrażała emocji. Chociaż, może jednak coś w niej było? Obojętność. Znudzenie. Wyglądał jak urzędnik, który po raz setny tego samego dnia musi przybić pod pismem pieczątkę, jak motorniczy tramwaju, który od lat przemierza tę samą trasę.

– Dlaczego napis spływa? – wyszeptałam.

– Nie można cofnąć tego, czego dokonała księga.

– Cóż więc mi pozostaje?

– Bawić się, hulać…

– Odnajdę ich! – postanowiłam. – Gdzie oni są? Zlituj się! – Przywarłam do nóg Waldemara. Bezradnie rozłożył ręce.

– Niewiele mogę, jestem tylko jej opiekunem. To ona rządzi, moja piękna. To ona poleciła mi przyjść do tej altany na pierwsze spotkanie z tobą.

Oczywiście, teraz stało się jasne. Młody, przystojny hulaka, członek bohemy nie zainteresowałby się przecież nudną, zaniedbaną mężatką. Jakaż byłam naiwna. Jakim łatwym celem stałam się dla sił ciemności.

Zajrzałam do księgi jeszcze raz. Być może na wcześniejszych stronach napisano, gdzie przenieśli się moi synkowie, być może znalazłabym sposób, żeby tam trafić i sprowadzić ich z powrotem. Ale w którymkolwiek miejscu nie otwarłabym Necronomiconu, na pożółkłych stronach zawsze ukazywało się tylko jedno zdanie:

Amelia Weber żałowała, lecz było już za późno.

 

(Paulina Rezanowicz)

Koniec

Komentarze

Przykro mi. Tekst jest bardzo dobry. W czułem się w opowieść głównej bohaterki, ale w to opowiadanie jest jeszcze mniej pana L. niż u Finkli.

Już śpieszę z wyjaśnieniem. Twórczość HP jest mi jeno luźną inspiracją. Dziękuję za opinię i fajnie, że się podobało.

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Bardzo ładnie napisane. Choć horror to w mojej opinii nie jest, to przeczytałem z zainteresowaniem i niemałą przyjemnością:)

Scarface – biję się w pierś i przyznaję, że kategorię horror dałam nieco na wyrost :) Cieszę się, że tekst się podobał.

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Przyznam bez bicia, zacząłem czytać i przestałem… Mea culpa, ale widzę że innym się podoba więc autor zuch :)

Chm…

Ale wysypało się z tego worka.

 

Czaję bazę zawirowań i biorę na smaka patrzałkowego.

Jednak bez hulanki.

Ale biorę i tańcuję.

 

 

 

 

Idaho – i tak bywa. dzięki, że pozostawiłeś ślad :) może kiedyś znajdziesz czas, żeby napisać, co konkretnie zaszwankowało?

Shadook – wiadomo, celowałam w imprezę wielkiego formatu, ale i tak się cieszę, że opowiadanie porwało do tańca

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

A mnie się podobało. Być może dlatego, “że jeszcze mniej pana L. niż u Finkli”. ;-)

Nietypowe podejście do horroru, pewnie w ogóle to nie horror. Chociaż, jak by się tak dobrze zastanowić…

W końcu stanęłam u furki.

Literówka.

Babska logika rządzi!

Nie wiem, jaka jest akademicka definicja horroru. Moja jest taka. W horrorze główny bohater boi się przed czymś przerażającym i nie do zatrzymania (lub prawie), które może być nadnaturalne, zdziwaczałe lub zwariowane, a ten tekst ją spełnia i według mnie to jest horror.

A ja myślałam, że to coś straszne musi być bardziej uniwersalne. Wiesz, na zasadzie “jedna śmierć to tragednia”…

Babska logika rządzi!

Dobrze napisane. Bardzo ładne do ¾ tekstu. Zawiodła końcówka.

Ignorancja to cnota.

Jest. Nie powiedziałem, co to może być. Wariat, natura albo własne ciało, ważne, że ma przerażać.

A to literówa przebrzydła się wkradła, ale Finkli nie przechytrzyła. Dziękuję, fajnie że się podobało…

Co do horrorów. Mnie upodobaniem bliżej do powieści gotyckiej, nie twierdzę absolutnie, że opowiadan​ie jest tymże gatunkiem. Ale jeśli już jakieś wpływy są to bardziej z MG Lewisa niż Kinga. No a najbardziej to jednak pan Miłosne Rzemiosło mnie inspirował, choć tego na pierwszy rzut oka nie widać

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

A wiesz, Katastrofie, że koniec miał być zupełnie inny. Tylko, że gdy … Uwaga SPOILER: Antek zaczął się korzyć, okazało się, że limit znaków się wyczerpuje i trzeba zmienić koncepcję. Dziękuję za opinię :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Bardzo mi się podobało. Czuć kobiecą rękę :-)

Przyjemna lektura.

Trico – bardzo mi miło czytać takie słowa :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Wciągająca i ładnie napisana opowieść. Nie wiem, jak się komponuje z wymogami konkursowymi, ale na szczęście to nie mój problem :) 

Horroru ni grozy w tym nie wyczuwam, może gdzieś tam drobną nutkę niepokoju.  Też jednak niezbyt dokuczliwego, bo jak tylko przeczytałam, że Amelia zaczęła być zmęczona dziećmi i swoim życiem, to już można się było domyślić – bez szczegółów, ale w ogólnym zarysie – co będzie dalej. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca – liczyłam po cichu, że przeczytasz. Dziękuję za punkcik :)

 

Co do wymogów konkursowych. Ja tam sobie dokładnie przestudiowałam, co Szanowny Jajeczny napisał i ani słowa nie było, że musimy naśladować Lovecrafta, ani tym bardziej tworzyć fanfika. Wręcz przeciwnie. No i macki też nie musiały być tratowane dosłownie. Miała być inspiracja i niekoniecznie oślizgła groza. Moim zdaniem oba warunki spełniłam. Ale wiadomo, Jurki decydują, fochować się nie będę… no może troszeczkę ;)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Jak bym mogła nie przeczytać?! Bardzo proszę :)

 

Założenia, założenia – a horror gdzie? ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Horrory to innym pozostawię, mnie wystarczy, jak zasieję odrobinę niepokoju :D Chociaż jak mi tak Komentatorzy na ambicję dalej będą najeżdżać, to może jednak spróbuję napisać coś naprawdę strrrrrasznego.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Ciekawe :)

smiley

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Przeczytałam z ogromną przyjemnością. Być może Wyrodna nieco wymyka się spodziewanym oczekiwaniom, ale wszystko rekompensuje świetnie opisana sytuacja, w której Amelia nie umie się odnaleźć, a która w konsekwencji doprowadza do, moim zdaniem, jednak horroru. Bo czymże, jeśli nie horrorem, jest scena dematerializowania się chłopców. Do zakończenia też nie mam zastrzeżeń.

 

czy to wy­pa­da­ło, aby ka­wa­ler uprzy­krzał się sa­mot­nej ko­bie­cie w parku? – Raczej: …czy to wy­pa­da­ło, aby ka­wa­ler naprzy­krzał się sa­mot­nej ko­bie­cie w parku?

 

Wiem tylko, że bie­głam cały czas na­przód, aż sta­nę­łam u progu domu. – Raczej nieczęsto biega się do tyłu.

 

Lu­dzie nie de­ma­te­ria­li­zu­ją tak po pro­stu. – Pewnie miało być: Lu­dzie nie de­ma­te­ria­li­zu­ją się tak po pro­stu.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy – czuję wielką satysfakcję, że moje opowiadanie sprawiło Ci przyjemność.

I dziękuję bardzo za korektę. Poprawię, jak tylko zakończy się konkurs. “Uprzykrzanie się” bardzo mnie teraz razi; po “dematerializują” się zawsze było, ale być może tylko w mojej głowie; a “biec naprzód” zostawię, bo napisałam tak  z premedytacją i chodziło o to, że bohaterka nie skręcała, aczkolwiek “nie skręcając” brzmiało jakoś nienaturalnie.

Jeszcze raz dziękuję i puchnę z dumy.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Twoja satysfakcja jest także moją.

Amelia, biegnąc i skręcając w kolejne uliczki, wciąż “biegłaby naprzód”

Może: Wiem tylko, że cały czas biegłam prosto do domu, aż stanęłam na jego progu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Prosto – jakież to proste :)

Dziękuję.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Och, jakże mi miło! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Świetny tekst z wciągającym klimatem. A zakończenie najlepsze. Brawo! :)

Blackburn– jak miło przeczytać taki komentarz :D

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Dobry tekst, a zakończenie takie, jak powinno być.

Bellatrix – właśnie zasiadłam do pisania i… taki motywujący komentarz. Od razu poczułam chęć do pracy :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

iii przeczytane

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Ja trafiłam przez przypadek, ale wcale nie przez przypadek przyklepuję biblioteką. Nie wiem, jak oceni to Jajo i Ryba (brzmi prawie jak zakąska), ale dla mnie opowieść jest kompletna i postacie dobrze umotywowane. A zakończenie miodzio – okropnie straszne, ale jakże prawdziwe.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

No i w ten sposób z macek zrobił się konkurs kulinarny… ;-)

Bemik – LOL.

Babska logika rządzi!

Bemik – szczęśliwe przypadki :) Zostałam wprowadzona na salony, tzn chciałam powiedzieć do biblioteki, a że to mój pierwszy biblioteczny raz, stokrotne wyrazy wdzięczności.

 

A DJ i Fish? No cóż, mogę mieć tylko nadzieję, że podzielą Twoją opinię.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Biblioteka nobilituje bardziej niż salon. ;-)

Gratuluję. :-)

Babska logika rządzi!

A DJ i Fish? No cóż, mogę mieć tylko nadzieję, że podzielą Twoją opinię.

Że są jak zakąska? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No… smakowici :)

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Po prostu chłopaki z ikrą ;-)

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Przeczytałam z przyjemnością:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Alex – bardzo mnie to cieszy :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

No powalilo mnie normalnie ;D

w sensie pozytywnie czy wręcz przeciwnie?

Edit – a już widzę ocenę :) dzięki

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Oto ekstrakt obyczajowy, historia jakich wiele – z zakończeniem niesamowitym.

Czad, “Necronomicon” jako luźny punkt styku z twórczością HPL, wykorzystany w sposób bardzo oryginalny – pośrednik, w miejsce szarmanckiego diabła, jawnie nie wymagający niczego w zamian, a mimo to odbierający swoją zapłatę…

Zakończenie dobrze mi się komponuje z resztą tekstu (choć na kolanach nie klęczę), ale ciekaw jestem tego, co ci się roiło zanim dopadł cię limit znaków.  Bardzo oryginalna koncepcja na powieść gotycką.

 

Bemik – ale kto jest czyją przystawką, Ryba Jajczą czy Jajco Rybią? ;-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho, obydwaj – jajeczka i śledziki, albo jajca udekorowane anchois, albo szprotki z jajkami przepiórczymi, albo pasta z makreli i jajek na twardo… Wybieraj, co lubisz. ;-)

Babska logika rządzi!

Kawior, będący, o czym wiedzą wszyscy, jajami ryby, byłby chyba smacznym i wytwornym kompromisem. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Aleście nas zmiksowały, siostry… ;-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psychofishu – dziękuję za opinię. Co do zakończenia, myślę jednak, że limit znaków dopadł mnie w porę, bo księga co prawda miała powiedzieć, gdzie się chlopcy podziali, ale… happy endu nie planowałam. na dobrą sprawę skutek miał być podobny, tylko udręczenie Amelii, poszukującej dzieci w innych, już bardziej lovecraftowskich wymiarach, dłuższe.

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Hmm, to chyba takie tresciwsze zwieńczenie 'weird tale' lepsze:-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ciekawe spojrzenie, odwołania do Lovecrafta jeno delikatne, ale horrorowy klimat świetny i trzymający w napięciu. Dobre opowiadanie, zasłużona biblioteka i powodzenia w konkursie :)

Dziękuję za miły komentarz, Belhaj :)

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Konary [kilku] tui czy konary [kilku] tuj?

Pytam, bo sam nie wiem. Zgadywałbym, że to drugie, ale z pokorą przyjmę pouczenie.

Teraz jeszcze tylko pytanie, o ilu tujach chciałaś napisać ;).

 

Zawsze można z tego wybrnąć, pisząc o konarach żywotników ^ ^.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki, Śniąca.

 

A co do samego tekstu, to bardzo mi się spodobał : )

Nienachalna archaizacja, dobrze przedstawione rozterki protagonistki, wyrazista pokusa.

Gdybyś jeszcze poprawiła kilka zgrzytów, które zauważyła Reg, mógłbym cmoknąć z podziwu.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevaz– a mogę już poprawiać? Z chęcią już dawno bym to zrobiła, ale wyniki wciąż jeszcze nieogłoszone. Cieszę się, że tekst się podobał. Dziękuję :)

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Chyba nie wypada poprawiać. Nevaz musi się wstrzymać z cmokaniem. ;-)

Babska logika rządzi!

No to czekamy. Tik -tak, tik -tak… :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Ale z drugiej strony – jurorzy już wszystko przeczytali.

Khem, khem! Na co Oni jeszcze czekają?

Babska logika rządzi!

Wciągnęło mnie, przeczytałam bardzo szybko. A zakończenie – idealne;) Powodzenia

Bardzo dziękuję :)

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

poprawnie napisane, ale… to trochę jakby pisać opowieść o pewnym niziołku, który ma misję, powiedzmy wrzucić magiczny hmmm… diadem? do rozpadliska a towarzyszy mu czarodziej i kilkunastu towarzyszy. Czyli po spotkaniu Valdemara już wiadomo, jaki będzie koniec.

Ciekawy jest za to motyw “wyrodnej matki”, dość współczesny. Wydaje mi się jednak, że kuszenie szatana lepiej wypada w wypadku postaci ideowych, dobrych, zmuszonych przez ciemne moce do wyborów mniejszego zła lub czyniena zła w imię właśnie idei (polecam Obłęd rotmistrza von Egern). Szatan w takich wpycha zazwyczaj bohatera w wybór rodem z greckiej tragedii. I ma to pewną głębię, możliwości dyskursu na temat moralności, etyki. Amelii w żadnym stopniu nie współczujemy, ani nawet do końca nie rozumiemy. Ona wie, czego nie chce, równie dobrze sama mogłaby zabić swoje dzieci, bez pomocy magicznych ksiąg. Nie wzbudza litości, współczucia. Jest po prostu osobą niegotową na macierzyństwo; w jej poszukiwaniu wolności nie ma wzniosłości, to kaprys, niedojrzałość. Dużo lepiej w walce o duszę sprawdzają się jednak bohaterowie, którzy mają kręgosłup moralny a których życie (z pomocą Lucka) zmusza do naginania go. 

"Ora et Labora"

Gradziel dziękuję za przeczytanie i obszerny komentarz. Po części się z Tobą zgadzam, z pewnością tragiczne wybory między złem dużym i jeszcze większym bardziej poruszają czytelnika niż takie sobie roztereczki młodej mamy. Ale to co dla jednych jest tylko banałem, dla innych bywa dramatem.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Fleur – zgadzam się z Tobą, temat “wyrodnej matki” czy odrzucenia macierzyństwa bynajmniej nie jest błahy! Skracając moje uwagi – dramat “wyrodnej matki”, jeśli miał być tematem głównym, jej emocje, odczucia zostaje w pewnym stopniu zamazany/przysłonięte przez niezwykle silny, nośny motyw paktu z diabłem. 

"Ora et Labora"

Nie patrzyłam na to w ten sposób. Dziękuję za opinię.

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Bardzo mi się podobało… Prawie do końca. Opowieść jest wciągająca, ładnie napisana oszczędnym językiem. Ale końcówka… Moralizatorstwo mnie nie urzekło. Oczywiście, finałowi nie sposób odmówić racji, jednak tak proste, tak szybkie i kategoryczne stwierdzenie, co tu dobre, a co tu złe, odebrało opowiadaniu siłę.

Ocha – dziękuję. Dałaś mi dobrą wskazówkę na przyszłość.

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Dla mnie im mniej Lovecrafta tym lepiej ;) Ogólnie przyjemne opowiadanie, dobrze napisane, porządnie można rzec, z niezłymi dialogami. I niestety bardzo, bardzo przewidywalne. Od pierwszego spotkania w parku wiedziałam, jak to się skończy – i jak zawsze w takich sytuacjach miałam złudne nadzieje, że się mylę.

Z interpunkcji popełniasz ten błąd wszędzie:

“i,[-] spoglądając na mnie z ukosa, rzekł:“

http://sjp.pwn.pl/zasady/;629779

 

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Dziękuję Tenszo. Będę musiała popracować nad tą przewidywalnością przy okazji kolejnych telstów. Jeśli chodzi o interpunkcję, to według mnie zasada, którą przytoczyłaś, pozwala mi stosować przecinek po spójniku a przed imiesłowowym równoważnikiem zdania zgodnie z aneksem 2 – szczególnie, że narracja jest lekko stylizowana.

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Hm, może stylizacja to ewentualnie tłumaczy. Na stylizacji się nie znam ;)

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Ładnie napisane. Jest pewien dramatyzm (chociaż ja bym opowiadanie przycięła tu i ówdzie, bo momentami mi się nieco dłużyło), są emocje, podobał mi się motyw wyrodnej matki. Trochę raziło pretekstowe wykorzystanie lovecraftiańskiego rekwizytu. Necronomicon można bez szkody dla fabuły zastąpić dowolną inną magiczną księgą – co to zmieni? 

A całkowicie subiektywnie – plus za brak happy endu. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Od strony wizualnej, opowiadanko ładne. Opisy bogate, soczyste, bardzo malownicze. Język też zupełnie przyjemny, więc czytało się dobrze, nawet z telefonu, i to jeszcze na głos – (życie życiem, a pańszczyznę odrobić trza).

No więc pod pewnymi względami dobry wyszedł Ci tekst. Ale miał on też i ciemne strony mocy. Po pierwsze, jakoś nie przekonały mnie przemiany bohaterki. Ani z matki w antymatkę ani z powrotem. Generalnie wszystkie niemal relacje między dowolnie wybranymi bohaterami nie wydały mi się zbyt przekonujące. Sami bohaterowie też jacyś tacy – uwaga, eufemizm – nieżyciowi. Tylko nianię polubiłem, choć był z niej kawał tego i reszta tamtego, tak na moje oko. Po drugie, grozy w tym zero. Nie horror to, a dramat raczej, co samo w sobie nie jest złe, ale w pewnym sensie rozczarowuje. A w każdym razie mogłoby rozczarowywać, gdyby mi zależało na faktycznym horrorze, szczególnie a’la H.P. Ale mi nie zależy, więc tutaj odnotowuję tylko niezgodność tagów.

Finał – oczywistość. Nie mogę, tak jak Tensza, powiedzieć, że od początku znałem koniec Ci ja, bo generalnie się nad tym nie zastanawiałem, ale kiedy stało się oczywiste, w którą stronę zmierza opowieść, to i zakończenie wyklarowało się samo jako oczywiste następstwo fabuły. Nie wiem tylko, czy jestem rozczarowany, że nie zrobiłaś tutaj jakiegoś wywijaska małego.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Gravel, Cieniu – fajnie, że zajrzeliście i daliście do myślenia. Dzięki :)

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia – czy to wypadało, aby kawaler naprzykrzał się samotnej kobiecie w parku? Ale cóż mnie obchodziły konwenanse? Czy nie po to wyszłam z domu, żeby uciec od codziennej nudy? A co może być bardziej ożywczego od dysputy z przystojnym mężczyzną?

Ktoś mi kiedyś zwrócił uwagę, że zbyt wiele zdań pytających obok siebie źle się czyta. Wtedy nie uwierzyłem. Ale teraz widzę, że coś jest na rzeczy…

Bardzo ładnie napisane, choć miejscami jak dla mnie zbyt hm estetycznie. Trafiały się sformułowania rodem z romansideł (składanie pocałunku, usta w wąską kreskę etc…), ale nie było ich dużo. Poza tym to kwestia gustu.

Czytało się świetnie. Niektóre fragmenty skorzystałyby na kompresji, opowieść moim zdaniem lekko rozwleczona. Tuje i bukszpany mogłaś sobie spokojnie darować.

Fabularnie przekonująco, lecz bez przyjemnych zaskoczeń. Może tylko zdziwiło mnie, że po zniknięciu chłopców akcja biegnie dalej i… w zasadzie nic się nie dzieje, zostaje wszak w tym samym miejscu (dowiadujemy się tylko, że żałuje). To niestety spotęgowało wrażenie rozwleczenia.

Tak czy owak – całkiem niezły tekst. Gratulacje.

Ode mnie 5.

Varg – dziękuję za komentarz. Cieszy mnie, że nie było najgorzej. Styl romansowy był zamierzony, narratorką jest Amelia, którą widziałam jako osobę lekko egzaltowaną, no i wszak szukała romansu ;) Na linearność fabuły i rozwleczenie już mi zwracano uwagę – nie mam nic na swoją obronę. Tuje i cisy, i inne takie dyrdymałki miały budować nastrój. Spisały się widać nie najlepiej.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Trochę wlecze się akcja na początku, ale tak pewnie musi być przy budowaniu klimatu. Bo to Ci wyszło super. Wziąłem w tekst od samego początku. Bardzo przyjemna lektura. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Morgiano – cieszę się, że sprawiłam przyjemność :)

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Podoba mi się język, którego używasz, czuję się, jakbyś uplotła tę historię. Nie wierzę, jak zgrabnie byłaś w stanie przejechać przez kilka miesięcy na jednej stronie (mojego czytnika). Opowiadanie musiało trafić w jakąś niszę moich ulubionych tematów (historyczne romansidła, nie ukrywam), bo od samego początku czytałam jak zaczarowana. Piękna historia i nawet ten nachalny morał z końca miał odpowiednią… wagę? Jak to nazwać? Co jest w opowiadaniu odpowiednikiem tupnięcia na koniec dyskusji? To było fajne tupnięcie. I pięknie zbudowany klimat.

Kam mod – bardzo dziękuję za taki miły komentarz.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Ach, jestem oczarowany! Stylem, historią, gęstą atmosferą w stylu retro. Aż dało się poczuć zapach, ciepło, wszystkie te sensacje, które odczuwała Amelia. Nigdy nie czytałem Lovecrafta, więc nie wiem jak opowiadanie wypadło w konkursie, ale jako osobny tekst zasługuje na najwyższe noty.

Pozdrawiam! ;)

W konkursie przepadło, ale w sumie dostałam coś na czym bardziej mi zależało, czyli opinię mc, piórko z mocą i spory feedback. Dzięki za komentarz :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Nie doceniamy co mamy, póki tego nie stracimy. Znikające dzieci mimo fantastyki dla mnie bezsensowne, skoro opisujesz świat realny, a nie magiczny a jedynym elementem fantastycznym jest gość z czarodziejską księgą..

 Wolałabym, już żeby ta kobieta była w ciązy z bliżniakami, u których stwierdzono ciężką genetyczną chorobę, a ona żeby utrzymać ciąże musi leżeć, jej rozterki i facet pojawia się jako lekarz, który w torbi ma tę księgę. Wtedy usunięcie z jej życia  dzieci bo np. ciąża obumarła wydaje się bardziej realne, niż znikające dzieci.\

Generalnie bardzo mi się podobało, poza tym co napisałam powyżej:-)

 

Dla zasady do czegoś się przyczepię:

 

odpoczęłabym tam przez chwilę, upajając się spokojem tego miejsca.

 

Bywałam codziennie na targu, aby wybrać najlepsze mięsa i warzywa, gotowałam z nich później obiady. ← z ostatniej składowej zrobiłabym osobne zdanie

 

A najgorsze było, że nie magiczna księga tak mnie przelękła, lecz uświadomienie własnych pragnień. Oto stanęłam na granicy. Landowski i Necronomicon dawali mi szansę na to, o czym od zawsze skrycie marzyłam, lecz stłamszona konwenansami, wychowaniem i społecznymi oczekiwaniami bałam się sięgnąć. ← ależ łopatologiczne :D

 

Lecz nie podobało mi się, że od razu tak pomyślał, skąd wiedział? ← z ostatniego osobne pytanie

 

Wciągnęło. Bardzo ładna stylizacja. Bardzo niematczyna matka i za to plus, bo to, że wszystkie matki są zachwycone, kochające i poświęcające się, to oczywista mrzonka. Elementy fantastyczne były do przewidzenia. Trochę te przemiany bohaterki impulsywne: w jednej chwili jest pewna, że kocha dzieci, za chwilę jest pewna, że ich nie chce, a potem, że chce z powrotem. Nie jest do końca wiarygodna. Z Antoniego to już w ogóle dziwak. Ale wszystko wpisuje się w epokowe schematy. Czytało się z przyjemnością :)  

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dzięki Naz :) poprawki wprowadzę, jak zasiądę przy kompie

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Nie mnie oceniać, czy dużo z Lovecrafta, bo słabo się znam z twórczością tego pana. Straszyć, nie wystraszyło. Jakiś tam klimat był. Nie wiem dlaczego, ale zaskoczyło mnie, jak szybko się czytało ten tekst. Zdania stylizowane, jednak przechodziło się między nimi płynnie. Ogólnie przyjemna i wciągająca lektura :)

Miło, że wpadłeś z wizytą Fun i pozostawiłeś ślad :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Świetne opowiadanie, moim zdaniem ono jest o depresji poporodowej. Kto nie marzy, aby ten mały ukochany człowieczek znikł i powróciło normalne życie… a potem wstydzi się za samą taką myśl. Chylę czoła!

Interesująca interpretacja. :-)

Babska logika rządzi!

Dzięki, annyonne :)

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Nowa Fantastyka