- Opowiadanie: KPiach - Scheda po hrabim Wielowiesławskim

Scheda po hrabim Wielowiesławskim

Po przedwczesnej śmierci mojego ojca, który zginął na służbie, porządkując notatki i dokumenty, które pozostawił po setkach prowadzonych spraw kryminalnych, natknąłem się na fotokopie dziwnych rękopisów i zdjęć. Sprawa mnie tym bardziej zafascynowała, że materiały były schowane w sejfie, w bezpiecznej kopercie. Przez jakiś czas usiłowałem dociec co za nimi stoi, ale bezskutecznie. Przyjaciele i współpracownicy ojca albo wzruszali ramionami, albo stawali się małomówni. Jedynie co, w archiwach udało mi się odnaleźć poszlakę, wskazującą na związek z pewną sprawą prowadzoną przez oficera wiele lat pracującego z ojcem.

Nie mogąc już dociec niczego więcej, uporządkowałem dokumenty i całość przedstawiam Wam pod rozwagę. A jeżeli ktoś po przeczytaniu dojdzie do wniosku, że może rzucić więcej światła na tę dziwną historię, to proszę, niech da znać.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Scheda po hrabim Wielowiesławskim

Cała rzecz zaczęła się zwyczajnie. Szef wezwał mnie do gabinetu, siedział jak zwykle za wielkim rzeźbionym biurkiem, mając za plecami okno zasłonięte ciężkimi storami. Gdyby nie kinkiety na ścianach i stylowa lampka na biurku, w pokoju zapewne panowałby mrok.

– Spocznij, proszę!

Usiadłem na wielkim, obitym skórą krześle. Rzeźbione zwieńczenie oparcia sięgało ponad moją głowę. Wyczekująco patrzyłem na pryncypała. Był to już stary mężczyzna, ale wciąż emanował energią życiową. Pobrużdżona twarz, okolona bujną, siwą czupryną i dorodną brodą, budziła zaufanie. Szef, spośród dokumentów zgromadzonych w otwartej teczce, wydobył niewielką karteczkę i przesunął po blacie w moim kierunku.

– To adres domu hrabiego Wielowiesławskiego – w dłoni starca zadzwoniło coś metalicznie – a tu masz klucze. Pojedź tam i wykonaj rekonesans. Mamy zlecenie przeprowadzkowe, ale nie wiadomo, co jest do przewiezienia. Nie ma się co dziwić – stary zareagował na zdumienie malujące się na mojej twarzy – hrabia był bogatym oryginałem, dużo podróżował i to w najdziwniejsze miejsca, i ponoć zwoził stamtąd mnóstwo, hmm, pamiątek. Zaginął kilka lat temu, podczas kolejnej wyprawy, prawdopodobnie gdzieś w Ameryce Południowej, choć to nic pewnego. Dopiero teraz sąd na wniosek rodziny, mieszkającej na drugim końcu kraju, uznał hrabiego za zmarłego. No i spadkobiercy chcą sprzedać dom, a wcześniej zorientować się w ruchomościach.

Wyszedłem i przeczytałem notatkę. Adres wskazywał obrzeża miasta. Spojrzałem na zegarek i postanowiłem sprawę załatwić jeszcze tego samego dnia, po drodze do domu. Akurat nie miałem innych planów, na dodatek moja narzeczona była w delegacji, więc mogłem wyrobić trochę nadgodzin.

 

Kilkadziesiąt minut później, kompletnie skołowany, kręciłem się po uliczkach dzielnicy przedwojennych willi i małych kamienic. Okolica była cicha i spokojna. Domy stały na dużych parcelach w otoczeniu zieleni. Wysokie drzewa, nierzadko modrzewie, rzucały długie cienie na chodniki. Niestety moje samopoczucie kontrastowało z sielskością otoczenia. Po raz kolejny mijałem dom z charakterystyczną fasadą przyozdobioną gzymsami. Zjeździłem już całą okolicę, a wciąż nie mogłem odnaleźć ulicy Zacisze. Nawigacja sprawiała wrażenie jeszcze bardziej zagubionej, głównie powtarzając polecenie: zawróć, jeśli to tylko możliwe. Na domiar złego, dzielnica sprawiała wrażenie wymarłej. Niekiedy przejeżdżał samochód, ale przez cały czas bezowocnej tułaczki nie napotkałem żadnego przechodnia. Dojechałem do skrzyżowania, po raz kolejny skręciłem w prawo, zgodnie z nakazem i z niekłamaną radością powitałem widok starszego, wspartego na lasce mężczyzny, który właśnie zamykał furtkę jednej z posesji. Zatrzymałem samochód, wysiadłem i uprzejmie zapytałem:

– Przepraszam bardzo. Usiłuję znaleźć ulicę Zacisze, czy może mi pan pomóc?

Zagadnięty powoli odwrócił się i zmierzył mnie przeciągłym spojrzeniem zmęczonych, wodnistoniebieskich oczu.

– Szukasz, synu, domu Wielowiesławskich?

– Dlaczego pan tak sądzi? – zapytałem ostrożnie, nieco zdziwiony trafnością pytania.

– Bo na Zaciszu nic więcej nie ma. Musi pan wrócić pod Pomnik Trzynastu – machnął ręką w kierunku, z którego przyjechałem – wjechać na mostek i zaraz za nim skręcić w lewo, w taką wąską uliczkę. Później już pan trafi.

– Chodzi o pomnik pomordowanych w czasie obu wojen?

Starzec skinął głową.

– Pięknie panu dziękuję!

– Z Bogiem, synu.

 

Kilka minut później toczyłem się żwirową drogą biegnącą wewnątrz szpaleru lip, wyglądając celu podróży. Wreszcie, pomiędzy pniami zamigotała czerwień ścian domostwa. Widziałem już ogrodzenie i bramę, gdy moją uwagę przykuła rzeźba stojąca przy drodze. Zrazu myślałem, że to zwykła kapliczka ze świętym, ale gdy do niej dojechałem zrozumiałem swój błąd. Na poboczu wznosiła się kolumna, a na niej, sfatygowana wiekiem, postać archanioła z rozpostartymi skrzydłami i uniesionym mieczem. Gdy przyglądałem się rzeźbie – konstatując ze zdziwieniem, że nie dość, iż to nie zwykły, przydrożny święty, to jeszcze stoi zwrócony bokiem do drogi, jakby chciał szarżować samotny dom stojący opodal – dojrzałem, że niebiański wojownik depcze dziwaczną, odrażającą postać. Poniżony stwór nie przypominał niczego co kiedykolwiek widziałem. Anonimowy artysta wyrzeźbił kłębowisko błoniastych skrzydeł, szponów i jakichś wężowych kształtów, których nie mogłem rozpoznać. Wzruszyłem ramionami, podjechałem kilka metrów dalej i zaparkowałem pod bramą włości hrabiego Wielowiesławskiego.

Dom, otoczony starodrzewem, zbudowany był z czerwonej cegły. Piętrową bryłę zdominowała narożna, kwadratowa wieża, zwieńczona tarasem przykrytym czterospadowym daszkiem. Zarówno naroża baszty, jak i podmurówkę wykonano z biało-szarego piaskowca. Całość, podkreślona drewnianym wykuszem, wyzierającym ze ściany wieżycy, tworzyła interesujący styl. Wiekowa willa, stojąca na uboczu w otoczeniu rozłożystych drzew, skąpana w promieniach zachodzącego słońca, zdawała się być alegorią tajemnicy. Otrząsnąłem się z pierwszego wrażenia, wziąłem aparat i notatnik, upewniłem się, że mam klucze i wysiadłem z samochodu. Z kronikarskiego obowiązku sfotografowałem dom i ruszyłem do pracy.

 

 

Prawdę mówiąc przepełniały mnie obawy. Budynek był naprawdę duży, a to co usłyszałem o jego właścicielu pozwalało sądzić, że ilość przedmiotów zgromadzonych wewnątrz może zapewnić pracę na długie godziny. Westchnąłem, przekraczając próg i stanąłem niezdecydowany w przestronnym holu, a po krótkim namyśle postanowiłem zacząć od góry. Z niechęcią wyruszyłem na poszukiwanie wejścia na strych.

Moje początkowe obawy okazały się nieco przesadzone. Większość pomieszczeń była skromnie umeblowana, a wystrój wręcz ascetyczny. Jedynym miejscem łamiącym monotonię, była biblioteka, którą znalazłem na pierwszym piętrze. Ilość zgromadzonych woluminów robiła wrażenie. Nie znam się na księgarskich, białych krukach, ale i tak miałem wrażenie, że dobór księgozbioru był dość osobliwy. Nie dostrzegłem żadnego klasycznego tytułu, ani znanego nazwiska. Znalazłem za to mnóstwo opisów wierzeń i mitów z różnych stron świata. Na jednej z półek moją uwagę przyciągnęły grzbiety wyglądające inaczej niż pozostałe. Na chybił trafił wyciągnąłem jeden z tomów i zakląłem. Pomiędzy okładkami tkwił sporych rozmiarów plik luźnych kartek, które skorzystały z okazji i wyrwawszy się na wolność zaścieliły parkiet. Cóż było począć. Zacząłem zbierać rozsypane stronice, jednocześnie oglądając je pobieżnie. Papier był pożółkły ze starości, pokryty odręcznymi notatkami, sporządzonymi w kilku językach i zdecydowanie różnymi charakterami pisma. Zorientowałem się, że przynajmniej część zapisków była relacją z podróży morskiej i to jak sądziłem zakończonej tragicznie.

Gdy powtórnie stanąłem w holu wejściowym, na zewnątrz dawno zapadł zmrok. Na szczęście światło działało, widać ktoś płacił rachunki za energię elektryczną. Chciałem móc powiedzieć, że skończyłem, i że mogę jechać do domu, ale byłem przekonany, że pod domem istnieje piwnica. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, żeby jej nie było. Problem polegał na tym, że nie znalazłem żadnego zejścia. Zamyśliłem się i jeszcze raz wszedłem do pomieszczenia po prawej stronie. To było podnóże wieży, stąd biegły schody w górę – tam już byłem. Minąłem najniższy stopień i utkwiłem wzrok w drewnianej boazerii, którą wyłożono ścianę pod schodami. Tknięty przeczuciem jąłem stukać w deski. Rzeczywiście, odgłos był głuchy. Przyglądałem się uważnie listwom, szukając jakiejkolwiek sugestii, że są czymś więcej niż ozdobą. Ale bezskutecznie. I gdy już miałem odejść, bezwiednie oparłem się o ściankę. Usłyszałem ciche kliknięcie i fragment boazerii uchylił się. Pchnąłem odkryte drzwiczki i stanąłem na krawędzi schodów biegnących w dół, w ciemność. Przez chwilę rozglądałem się, aż w końcu na ścianie, tuż poza granicą jasnego prostokąta, utworzonego przez smugę światła padającą zza moich pleców, spostrzegłem przełącznik. Stary, bakelitowy, z pokrętłem zamiast klawisza. Przekręciłem go i na dole rozbłysła niezbyt mocna, goła żarówka, oświetlając wejście do piwnicy. Moim oczom ukazały się solidne, okute drzwi, ale jak stwierdziłem ze zdumieniem – uchylone. Wzruszyłem ramionami i zacząłem schodzić po schodach. Na dole pchnąłem ciężkie skrzydło i szybko znalazłem kolejny przełącznik. Stałem na progu dużego, niskiego pomieszczenia. Na środku dwie kamienne kolumny podpierały ceglane łuki tworzące sklepienie. Zaciekawiony postąpiłem krok do środka. Po prawej ręce spostrzegłem duży, prosty stół, na którym równo poukładane, spoczywały skrzynki i skrzyneczki. Po lewej stronie, wzdłuż ścian, ktoś poustawiał regały zapełnione rozmaitymi przedmiotami. W słabym, żółtawym świetle, miałem problem ze stwierdzeniem co zalega na półkach. Westchnąłem ciężko. W końcu od początku liczyłem się z tym, że odnajdę składowisko różności. Podszedłem do stołu, odłożyłem notatnik i przysunąłem do siebie jedną ze skrzynek. Była starannie politurowana, na środku zamocowano kunsztowny skobelek. Zawiasy na obu bokach wskazywały, że po otwarciu powstanie rodzaj tryptyku. Delikatnie zwolniłem zamknięcie i odchyliłem obie połowy pokrywy.

– Matko jedyna! – szepnąłem.

Otwarte pudło było w istocie rzeczy gablotą. Gablotą z upiornymi eksponatami. Przede mną, w środkowej części, spoczywał okaz… Właśnie, czego? W oczy rzucały się przede wszystkim wielkie, motyle skrzydła. Każde wielkości mojej dłoni. Jedynie ich barwa przywodziła na myśl raczej ćmy niż ich dziennych kuzynów. Zmumifikowany korpus stworzenia ukrzyżowanego za pomocą gwózdków przebijających skrzydła, był makabryczną miniaturą człowieka. Nie mogłem oderwać wzroku od czaszki o rozmiarach orzecha włoskiego. Z mieszaniną obrzydzenia i fascynacji pochyliłem się jeszcze niżej nad dziwnym eksponatem. Wzrok mnie nie mylił. Wśród makabrycznie wyszczerzonych zębów królowały nieproporcjonalnie potężne kły, żywcem przywodzące na myśl wizerunki wampirów.

Obszedłem stół, pod blatem znalazłem taboret. Usiadłem, przysunąłem notatnik, podniosłem wzrok i znów się wzdrygnąłem. Dokładnie naprzeciw mnie, jakby w kanionie utworzonym przez skrzynki podobne do tej, którą otwarłem, stał posążek, wyobrażający wyjątkowo paskudnego stwora. Kreatura siedziała na zadnich łapach, których szpony obejmowały kamień o regularnych kształtach. Na ścianach tego cokołu wyryte były znaki, przywodzące na myśl starożytne pisma. Na kolanach potwór wsparł przednie łapy – wzdragam się przed użyciem określenie ręce – również wyposażone w imponujące szpony. Ale najgorsze były sploty zwieszające się z mordy tego czegoś. Początkowo pomyślałem, że to broda, ale w chwilę później zrozumiałem swój błąd. To był kłąb macek, które brały początek tam, gdzie boże stworzenia mają nosy i pyski. Przez chwilę zdało mi się, że to wężowisko drga. Zacisnąłem powieki i powtórnie je otwarłem. Nic się nie zmieniło, nadal patrzyłem w martwe oczy potwora, głęboko osadzone w niekształtnym łbie. Całość przedstawienia dopełniały ogromne, złożone skrzydła, sięgające powyżej łuskowatych, potężnie zbudowanych ramion. Z wysiłkiem oderwałem wzrok od statuetki, tłumacząc sobie, że to jedynie rzeźba, może jakiś bożek z zapomnianego zakątka świata.

Chwyciłem aparat – miałem pracę do wykonania – sfotografowałem gablotę i rzeźbę. Otworzyłem notatnik, ująłem w dłoń długopis, dotknąłem kartki i zamarłem.

 

 

Dobiegły mnie jakieś dźwięki. Stłumione odległe i niezrozumiałe. Zacząłem nasłuchiwać. Zdawało mi się, że to jedna fraza, powtarzana wciąż i wciąż, monotonnym głosem. Nie przypominało to żadnego ludzkiego języka, brzmiało jakby ktoś nie wydobywał z gardła artykułowanych dźwięków, a bulgot, w dodatku pozbawiony samogłosek.

Światło zamigotało i zgasło. Zerwałem się na równe nogi i poczułem, jak moje serce wpada w dziką galopadę. Kręciłem głową w lewo i w prawo, niezdolny do podjęcia jakiegokolwiek konstruktywnego działania. Nagle z ciemności dobiegł nowy odgłos, jakby szmer skrzydeł. Chyba zakląłem i w tym samym momencie poczułem coś, jak powiew wiatru na policzku i jednocześnie powtórnie usłyszałem szmer, ale znacznie bliżej, wręcz przy uchu. W panice skoczyłem do przodu dziko wymachując rękami. Zaczepiłem o coś nogą i wyrżnąłem na kamienną podłogę, waląc w nią głową z takim impetem, że aż mnie zamroczyło.

Gdy otwarłem oczy zobaczyłem lekko falującą powierzchnię posadzki. Cicho jęknąłem i zamrugałem. Podłoga nieco się uspokoiła i dopiero teraz do mnie dotarło, że co prawda w piwnicy już nie panuje ciemność, ale cokolwiek ją rozprasza, jest słabe i migotliwe. Spróbowałem rozejrzeć się i znów wpadłem w panikę. Nie byłem w stanie poruszyć głową, zresztą rękami i nogami również. Za to coś poruszyło się tuż poza moim polem widzenia. To kompletnie absurdalne, ale przez głowę przeleciała mi garść informacji na temat widzenia peryferyjnego. Z całych sił starałem się spojrzeć w tamtym kierunku. Do bólu gałek ocznych. Niewiele to dawało, ale w końcu pożałowałem, że w ogóle próbowałem. Tuż przed moją twarz, niczym na scenę, wkroczyła mała, koszmarna karykatura człowieka obdarzona parą skrzydeł mieniących się całą paletą barw. Poczułem dziwny w tej sytuacji żal, że podczas preparowania, te wspaniałe kolory bezpowrotnie szarzeją. Stworzenie stało z lekko przekrzywioną głową i przyglądało mi się, jak sądzę z zaciekawieniem. Skrzydła delikatnie falowały, wywołując hipnotyczny efekt. Czego chcesz!? – chciałem wykrzyczeć, ale okazało się, że mówić również nie byłem w stanie. Za plecami lilipuciego obserwatora pojawiło się kilka nowych postaci. Unosiły się nieco nad posadzką, a w rękach trzymały małe pochodnie, wówczas pojąłem skąd pochodzi dziwne światło oświetlające piwnicę. Jednocześnie naszła mnie refleksja, że takich płomyków musiało być wokół bardzo wiele. Zastanawiałem się, co teraz się wydarzy, co ze mną zrobią te insektoidy? Wtedy poczułem, zrazu delikatne, mrowienie w prawej ręce, a w chwilę później ból. Łzy napłynęły mi do oczu, ale jednocześnie stwierdziłem, że poruszyłem palcami, a za moment dłonią. Dzika radość i nadzieja uderzyły mi do głowy. Na krótko. Skrzydlaty stwór, stojący przed moją twarzą, drgnął, podniósł rękę i wydobył z siebie wysoki, wibrujący dźwięk. Odpowiedziało mu głuche buczenie, które narastało gdzieś za moją głowę. Mała rączka opadła i wskazała w bok. W ślad za tym gestem, nad łysą głową kreatury, z hałasem, przemknęły dwa nowe potwory. Na ile zdążyłem zauważyć były nieco większe i wyposażone w zupełnie inne skrzydła, wywołujące w locie odgłos niczym wściekły rój szerszeni. Chwilę później znów poczułem potworny ból w prawej ręce. Jednak inny niż ten wcześniejszy, byłem przekonany, że coś mnie ugryzło. Towarzyszyło temu pieczenie. Po chwili przestałem cokolwiek czuć i na domiar złego znów nie mogłem poruszać kończyną. Scena zamarła, pozornie nic się nie działo, jedynie ruchy skrzydeł dowodziły, że nie patrzę na fotografię. Ten pozorny spokój pozwolił narastać strachowi, wilgotnemu, pełzającemu. Wszystko we mnie wrzeszczało: Uciekaj! A moje ciało pozostawało bezwolne. Byłem bliski histerii, a nawet nie mogłem wrzeszczeć. Płakałem, bezsilne łzy skapywały na kamienie. Zdałem sobie sprawę z tego, że dziwaczne dźwięki, które usłyszałem, siedząc jeszcze przy stole, wcale nie ucichły. Mało tego, nieludzki, powtarzający się zaśpiew, narastał i teraz dobiegał zewsząd. Wtem usłyszałem coś jeszcze, głośny rumor, jakby zawaliła się ściana, a w chwilę później dotarł do mnie potworny smród. Insektoidy zniknęły sprzed mojej twarzy, jakby były jedynie majakiem, za to skandowana, bezsamogłoskowa fraza, osiągnęła apogeum. W moim polu widzenia pojawiło się coś. Coś niewypowiedzianie obrzydliwego. Ruchliwy koniec obślizgłej, guzowatej macki zdawał się poszukiwać czegoś, kręcił się z prawa na lewo i powoli pełzł w moją stronę. Boże jedyny, jak to cuchnęło. Poczułem zimne, wilgotne dotknięcie na twarzy. Zacisnąłem powieki i modliłem się, tylko nie wiedziałem, czy o ratunek, czy o szybką śmierć.

 

 

Nic się nie działo, mało tego, zdałem sobie sprawę, że zapadła cisza. Ostrożnie otwarłem oczy i ujrzałem przed sobą kamienną statuetkę. Nie sądziłem, że to możliwe, ale ucieszyłem się na jej widok. Powoli docierało do mnie, że wciąż siedzę przy stole, spocony, spanikowany i z jeszcze niewyschniętymi łzami na policzkach. Delikatnie poruszyłem prawą ręką – ciało znów poddawało się mojej woli – i stwierdziłem, że nadal trzymam w niej długopis. Spojrzałem na otwarty notatnik i ze zdumieniem ujrzałem równe linijki tekstu, niechybnie zapisane moją ręką. Dopiero słowa: modliłem się, tylko nie wiedziałem, czy o ratunek, czy o szybką śmierć stawały się graślawe, pismo łamało równe szeregi złożone z liter i opadało zmieniając się, zrazu w nieczytelne kulfony, a ostatecznie w prostą linię, jakby ręka dzierżąca długopis opadła bezwładnie.

– To jest chore! – powiedziałem na głos, aby zakłócić ciszę, która szarpała nerwy. – Spadaj stąd, Radek, i to szybko!

W pośpiechu pozbierałem swoje rzeczy i nie zawracając sobie głowy gaszeniem światła i zamykaniem drzwi, niemal pędem wypadłem na drogę. Wsiadłem do samochodu i zawróciłem nie bacząc na kamienie wyrzucane spod kół. Snopy reflektorów omiotły dom, a następnie przydrożną rzeźbę. Teraz dziwaczne kształty tłamszone butem archanioła nie były już tak absurdalne i tak obce.

 

Wciąż jestem roztrzęsiony. Nie rozumiem co się dzisiaj wydarzyło, ale i tak nie mogę zasnąć. Siadłem i piszę te słowa w nadziei, że pozwoli mi to uporządkować myśli. Poza tym boję się, że jutro, w świetle dnia uznam ostatnie godziny za wymysł wyobraźni, nawet wbrew zdjęciom i tym stronicom zapisanym moją ręką, ale bez udziału mojej świadomości.

Cała rzecz zaczęła się zwyczajnie. Szef wezwał mnie do gabinetu, siedział jak zwykle za wielkim rzeźbionym biurkiem…

 

Na wielkim rzeźbionym biurku szefa firmy Love&Craft zadzwonił telefon. Dostojny, siwy mężczyzna podniósł słuchawkę staroświeckiego aparatu.

– Tak, słucham.

– Szefie – głos sekretarki zdradzał przejęcie – policja do pana.

– Wprowadź, proszę. – Starzec zgarnął odręczne notatki, które przeglądał, jeszcze raz przyjrzał się kilku zdjęciom leżącym na stole, w końcu wszystko zapakował do teczki, którą włożył do szuflady zamykanej na klucz.

W chwilę później drzwi do gabinetu uchyliły się, rozpraszając na chwilę półmrok pokoju. Do środka wkroczył wysoki brunet w średnim wieku. Podszedł do biurka sprężystym krokiem, wyciągnął rękę i przedstawił się:

– Marek Walicki, podinspektor.

– Dzień dobry. Filip Argus.

Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie.

– W czym mogę panu pomóc? – zapytał gospodarz, siadając i jednocześnie gestem wskazując policjantowi wysokie krzesło.

– Zna pan Radosława Lejdenmara?

– Oczywiście, to mój pracownik. Wieloletni i zaufany.

– A czy wczoraj dostał od pana jakieś szczególne polecenie?

– Proszę wybaczyć, że odpowiem pytaniem na pytanie, ale czy może mi pan wyjawić skąd to przesłuchanie? Czy coś się stało?

Policjant przez dłuższą chwilę wpatrywał się w twarz pokrytą zmarszczkami, aż w końcu oświadczył:

– Radosław Lejdenmar nie żyje. Został znaleziony dzisiaj, we własnym mieszkaniu. Odgryzł sobie język i umarł z upływu krwi. – Podinspektor zawiesił głos, uważnie przyglądając się rozmówcy. – Są pewne okoliczności, które wymagają wyjaśnienia. Mam nadzieję, że mi pan pomoże.

Starzec długo patrzył w oczy śledczego z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wreszcie rzekł:

– Oczywiście, zrobię co tylko leży w mojej mocy, a wracając do pańskiego pytania: nie, pan Lejdenmar wczoraj nie otrzymał ode mnie żadnego polecenia.

 

Koniec

Komentarze

I jeszcze obowiązek redaktorski.

Zdjęcie insektoida dzięki uprzejmości Alex CF. Zapraszam w jego imieniu do odwiedzenia strony projektu Merrylin Cryptid Museum.

Zdjęcie statuetki dzięki uprzejmości Kev’sa, artysty z Menchesteru, którego prace można obejrzeć i zakupić na witrynie Etsy.

Dziękuję!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Wow! Jest lovecraftowy  klimat i nawet biurko o sugestywnej nazwie producenta. Bardzo misię. :D

 

 

Rzeźbione zwieńczenie opieradła – chyba oparcia

niekłamaną radością przywitałem widok starszego – raczej powitałem 

który właśnie zamykał furkę jednej z posesji. – a co to była za furka? Mercedes?

W moim polu widzenie pojawiło się coś. – widzenia 

Wow! Powtórzę za Blackburnem. Kawał dobrej, niewyjaśnionej historii. Podobało mi się bardzo – i klimat i napięcie. 

No i super dobrane ilustracje/zdjęcia.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki ogromne! Już lecę poprawić babole.

Blackburn, to nie producent biurka ma sugestywną nazwę ;-)

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Eee… No tak. Ja gapa. Jeszcze lepiej. Ale miss. ;)

Odnośnie zdjęć, to w sumie powinienem jeszcze napisać o fotografii domu. Ta pochodzi z moich materiałów, ale sam dom jest godzien uwagi. Stoi w Zabierzowie przy ul. Krakowskiej 149 i został zbudowany w 1901 według projektu Jana Sasa-Zabrzyckiego. Tego samego, któremu zawdzięczamy kościół św. Józefa na Rynku Podgórskim w Krakowie. Przyznam się, że mogę ten kościół wkomponowany w Krzemionki podziwiać w nieskończoność…

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Podobało mi się :)

yeslaugh

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Czytana w samotności, dość głęboką nocą, Scheda po hrabim Wielowiesławskim wywarła na mnie należyte wrażenie. Znakomicie oddana niesamowita atmosfera domu, a szczególnie skrytej w piwnicy biblioteki i sugestywne opisanie doznań, które stały się udziałem bohatera, sprawiły, że opowiadanie spodobało mi się ogromnie. Całości odczuć dopełniają świetne ilustracje.

 

więc mo­głem wy­ro­bić tro­chę nad­go­dzin.

Ponad go­dzi­nę póź­niej… – Nie brzmi to najlepiej.

 

zmie­rzył mnie prze­cią­głym spoj­rze­niem zmę­czo­nych, wod­ni­sto-nie­bie­skich oczu. – …wod­ni­stonie­bie­skich oczu.

 

kwa­dra­to­wa wieża, zwień­czo­na gan­kiem przy­kry­tym cztero­spa­dzi­stym dasz­kiem. – …kwa­dra­to­wa wieża, zwień­czo­na gan­kiem przy­kry­tym czte­ro­spa­dowym dasz­kiem.

Czy element wieńczący wieżę, to na pewno ganek?

 

za po­mo­cą gwózd­ków prze­bi­ja­ją­cych skrzy­dła… – Czy muszą być przedziwne gwózdki? Nie mogą być zwykłe gwoździki?

 

Do­kład­nie na prze­ciw mnie… – Do­kład­nie naprze­ciw mnie

 

ale w chwi­lę póź­niej zro­zu­mia­łem swój błąd. – Raczej: …ale chwi­lę póź­niej zro­zu­mia­łem swój błąd.

 

Pła­ka­łem, bez­sil­ne łzy ska­py­wa­ły na ka­mie­nie. – Raczej: Pła­ka­łem, łzy bezsilności ska­py­wa­ły na ka­mie­nie.

To nie łzy były bezsilne, to bohater płakał nad własną niemocą.

 

moje ciało znów pod­da­wa­ło się mojej woli… – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

W chwi­lę póź­niej drzwi do ga­bi­ne­tu uchy­li­ły się… – Raczej: Chwi­lę póź­niej drzwi do ga­bi­ne­tu uchy­li­ły się

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo klimatyczne opowiadanie i świetne zdjęcia. Zwłaszcza ten szkielet ze skrzydłami motyla robi wrażenie. Historia krótka i niepokojąca. Jak dla mnie, chyba najlepiej ze wszystkich wpasowuje się w konkurs.

Fajny pomysł ze zdjęciami. Niektóre opisy nieco mi się dłużyły, ale ogólnie na plus. Chociaż brak rozwiązania zagadek też trochę irytuje.

Powodzenia w konkursie.

Babska logika rządzi!

Dzięki Wam za dobre słowo i bibliotekę!

 

Reg, wstyd mi za niektóre babole, które zostawiłem w tekście :-( Przy okazji dowiedziałem się, że gwózdki są regionalizmem. Nie masz pojęcia jak dziwacznie dla mnie brzmią gwoździki ;-) A, z innej beczki: dlaczego usuwasz w ze zwrotu w chwilę później? Kwestia preferencji?

 

Finklo, no pisałem, że sprawa jest tajemnicza i nierozwiązana. Może jednak, ktoś, coś będzie potrafił podpowiedzieć ;-)

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Prawdopodobnie, KPiachu.

Wydaje mi się, że coś może dziać się w tej chwili, ale chwilę później już dziać się nie będzie.

W jednej chwili mogłam pojąć, że popełniłam błąd, ale świadoma błędu byłam chwilę później.

Mogę w określone miejsce dotrzeć w godzinę, ale nie powiem, że w godzinę później byłam na miejscu; byłam tam godzinę później.

Przypuszczam, że odpowiedź może nie być satysfakcjonująca, ale nie umiem tego wyjaśnić inaczej. Jednocześnie mam świadomość, że pewnie się wymądrzam i w ogóle nie mam racji. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rozumiem, co masz na myśli. I przyznaję, że zwrot bez tej spółgłoski świetnie się obchodzi. Raczej też nie powiedziałbym w godzinę później, czy też w dzień później (szczególnie to ostatnie nie brzmi). Jednak zwrot w chwilę później wchodzi mi odruchowo. Gdy zwróciłaś na to uwagę, pomyślałem, że wylazł ze mnie język potoczny, albo edukacja podwórkowa ;-) Zacząłem grzebać i okazało się, że jednak nie. W chwilę później jest obecne w materiałach dla polonistów (to akurat, niestety, słaby argument), korpusie języka polskiego PWN, u Prusa, Sienkiewicza, a nawet Krajewskiej ;-D W związku z tym pozostałem przy formie, która jest mi bliższa, ale jak powiedziałem na początku, w pełni rozumiem, dlaczego może Cię razić.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Razić, to chyba za dużo powiedziane, ale cieszę się, że rozumiesz. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

i to (…) i ponoć

Nieładne. Zresztą “ponoć” się powtarza linijkę niżej. “No i”. Ja rozumiem, mowa potoczna. Ale jakoś tak… niespecjalnie.

toczyłem się żwirową drogą,[-] biegnącą…

Tu bym napisał, że jednak auto, w którym siedział bohater się toczyło

światło działało, widać,[+] ktoś płacił

Jedynie ich barwa przywodziła na myśl raczej ćmy niż ich dziennych kuzynów

Swego czasu napisałem opowiadanie o ćmach. Okazało się, że właściwie to ćmy są bardziej kolorowe niż motyle; niemniej wykorzystujesz tu takie powszechne rozumienie – ćma jest beżowa czy szara w odcieniach nocy.

To kompletnie absurdalne, ale przez głowę przeleciała mi garść informacji na temat widzenia peryferyjnego

Mnie też to nie pasuje, wytrąciło z rytmu.

Dalej pomijałem drobne uwagi, nie notowałem, jako że mnie wessało.

 

Nie znam twórczości Lovecrafta bezpośrednio, ale czytałem kilka tekstów inspirowanych czy naśladujących jego prozę. M. in. znanego pewnie czytelnikom NF Marcina Rusnaka (wydał taki zbiór opowiadań, za darmo można pobrać z jego strony).

Potworki, coś starożytnego, bohater w opuszczonym miejscu, ni to majaki, ni to prawdziwe doświadczenia. Jest klimacik – bardzo podobny jak w tych lovecraftowskich naśladowaniach.

Zarzut? – troszkę za krótko, można nieco bardziej przeciągnąć dziwności.

Plusy? – zdjęcia i ostatnie zdanie, które dodaje jeszcze trochę do postaci bohatera i tego, co mu się mogło przydarzyć (troszkę mi się w tym miejscu kojarzy ostatnio czytany “Katar” Lema).

 

Podobało się!

 

edit: / dodam jeszcze: po co jakiekolwiek napomnienie na początku o narzeczonej? (zwróciłem na to uwagę, licząc, że będzie nawiązanie do tego w dalszej części tekstu – nie było,  więc zdanie zbędne).

Dzięi, Sirin, za odwiedziny i uwagi! Cieszę się, że w ostatecznym rozrachunku wyszło na plus.

Kilka poprawek wprowadziłem. To zdanie z widzeniem peryferyjnym budzi również moje wątpliwości, ale nie wiedzieć czemu narzuca mi się w tym miejscu przerywnik. Zastanowię się jeszcze, co z tym zrobić.

Dzięki za uwagę o ćmach. Poczytałem trochę i faktycznie, niektóre okazy są niezwykłe! Nawet jeśli pominąć owady egzotyczne to i tak można znaleźć kilka rodzimych, kolorowych. Tyle, że na co dzień spotykamy głównie te skromniej ubarwione. Mam nadzieję, że zdanie o ćmach – mimo wszystko – budzi odpowiednie skojarzenia i pomaga wizualizować scenę. A ja, teraz, jestem ciut mądrzejszy ;-)

Zapewne masz rację, że można było jeszcze trochę pociągnąć dziwności, limit znaków także na to pozwalał. Kołatało mi się pod czaszką również kilka pomysłów. Trochę jednak się bałem, że mogę przesadzić i zrujnować klimat. Może za szybko się poddałem?

Bez uwagi o narzeczonej z całą pewnością można się obyć. Jednak nie jestem zwolennikiem przyjmowania, że jedynym kryterium dopuszczającym obecność danej informacji w tekście jest jej utylitarność w sensie konstrukcji fabuły. Przyjmijmy, że info o narzeczonej i kumplach jest małym klockiem składającym się na obraz bohatera i stosunek do niego. Nawet, jeśli czytelnik nie zawsze w pełni świadomie to odbiera.

Jeszcze raz dzięki!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Dobrze się czytało. Krótka, ale ciekawa historia.

Uważam, że wzmianka o narzeczonej jest dobrym pomysłem, bo dużo mówi o bohaterze i po części tłumaczy fakt, że w nocy sam siedzi w domu. Ja dopisałbym konsekwentnie, że narzeczona wydzwaniała wieczorem smiley

Pomysł ma potencjał, bo nic nie zostało wyjaśnione.

Love&Craft :)

 

Udało Ci się stworzyć fajny, lovecraftowski klimat bez naśladowania języka oryginału. Od razu skojarzyło mi się z “Posiadłością Szaleństwa”, ale mam skrzywienie na tym punkcie ;) Świetne są te postacie ze skrzydłami. Gęsiej skórki nie miałam, ale tekst bardzo udany.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

trico, Mirabell, dzięki za wizytę i pochwały ;-D Tych ostatnich nigdy dość ;-D

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Bardzo mi się podobało, chylę czoła!

Zapraszam: https://www.facebook.com/Lukawski.Jacek/

laugh

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Podobało mi się. Wciągające, jest klimat i dużo Lovecrafta. Fotografie świetnie dobrane, choć umieściłbym je w nieco innych miejscach. Było kilka chropowatych miejsc pod względem płynności czytania, ale to niewielkie mankament. 

Dzięki, Zygfrydzie. Na umiejscowienie fotografii zwracała mi już uwagę córka, która robiła za betaczytacza. Ale uparłem się, żeby druga i trzecia ilustracja brały w klamrę fragment stanowiący pismo automatyczne. Może to faktycznie był nieco chybiony pomysł. Tak, czy inaczej mam nadzieję, że zdjęcia są dodatkowym plusem, a nie głównym walorem ;-)

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Postawiłabym trochę więcej przecinków, ale nie mam aż takiego natręctwa :P Bardzo dobry tekst, miałam frajdę z czytania. Wstęp, jak to mówi mój luby, “robi robotę” – po nim człowiek jest gotowy do pilnego łyknięcia opka, choćby nie wiem co ;) A wstęp plus fotografie to już mistrzostwo w budowaniu otoczki dla wprawnie napisanego, dynamicznego tekstu :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Enazet, nawet nie wiesz jaką frajdę mi zrobiłaś swoim komentarzem. Dzięki ogromne! A już się zastanawiałem, czy ktokolwiek czytał wstęp ;-P

Na kwestię niedociągnięć interpunkcyjnych spuśćmy zasłonę miłosiernego milczenia…

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Ja też czytałam. Nawet się chwilę zastanawiałam, czy przedmowa to dobre miejsce na takie rzeczy… Potem jakoś mi się zmeandrowało w stronę oszukiwania limitu w konkursach. ;-) Ale to nie Twój przypadek.

Babska logika rządzi!

Nie, zapas na limicie był spory, zresztą i tak nie pozwoliłbym sobie na takie omijanie regulaminu. Uznałem, że to kreatywny sposób wykorzystania przedmowy ;-) Minus był taki, że notkę redakcyjną musiałem dać w pierwszym komentarzu pod tekstem.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

A ja myślałam, że ten wstęp to wklejony nie-tam-gdzie-trzeba reprezentacyjny kawałek do biblioteki ;p

Eee, aż tak ciemny/roztrzepany nie jestem. Chyba…

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Drogi C.

Twój pomysł, aby śledzić twórczość literacką na pewnym portalu pod “przykryciem” jednego dyżurnych komentatorów, wreszcie przyniósł nieoczekiwane, acz bardzo interesujące efekty. Zwróć proszę uwagę na kilka znaczących szczegółów w opowiadaniu Autora o pseudonimie KPiach… < Tu zapiski się urywają >

 

 

Świetny, oryginalny pomysł ze przedmową, a potem treść “miód, malina”. Co tu dużo gadać. :)

 

I jedna tylko uwaga:

– To jest chore! – powiedziałem na głos, aby zakłócić ciszę, która szarpała nerwy. – Spadaj stąd, Radek, i to szybko! – Wydaje mi się, że w tej sytuacji bohater użyłby czegoś mocniejszego niż “spadaj”. :)

 

 

Sith Happens!

Drogi Zalthcie, a może raczej Mr Z?

Dość dawno temu żona, wówczas już inspektora, Walickiego wspomniała w kontekście rękopisów, które tu przedstawiłem o zagadkowym Mr Z, z którym kontaktował się jej mąż. Sugerowała, że tajemniczy człowiek może posiadać pewną wiedzę o zdarzeniach, które rozegrały się na Zaciszu i później w mieszkaniu Lejdenmara. A może również na postać i rolę samego Filipa Argusa, właściciela Love&Craft? Jeżeli mnie nie zawodzi intuicja, to Twój list, mój Zalthcie może być początkiem ścieżki wiodącej do rozwiązania zagadki.

 

Twój komentarz, Mr Z, to prawdziwa słodycz dla moich uszu! ;-) Dzięki!

 

Co do spadaj, to faktycznie zastanawiałem się, czy nie użyć tam czegoś mocniejszego, ale doszedłem do wniosku, że obejdzie się. Mnie osobiście przekleństwa nie przeszkadzają w tekstach (no oczywiście w granicach rozsądku i pod warunkiem, że są uzasadnione przebiegiem fabuły lub kreacją postaci), ale nauczyłem się, że spore grono czytelników ma odrębne zdanie, więc staram się maksymalnie ograniczać dosadność tekstów. W sumie, może faktycznie lepszym pomysłem byłoby spieprzaj? Teraz już i tak za późno. Jeszcze raz dzięki za wizytę i komentarz!

 

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Nu, ocenę wystawiłam, ale na komentarz brakło czasu, więc nadrabiam. 

Będzie krótko, bo nie mam się nad czym rozwodzić. Bardzo mi się podobało (poza tym gigantycznym akapitem tuż przed obrazkiem figurki). Stężenie wszystkich składników jak dla mnie w sam raz, skomponowane bardzo dobrze. I tylko ten jeden blok tekstu aż się prosi o kilka enterów, żeby tak nie męczyć czytelnika. Wystarczy, że od zawartości ciarki po plecach idą. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki, śniąca! Widziałem, że się przewinęłaś i zostawiłaś 6 ;-D Zastanawiałem się, czy coś napiszesz do kompletu. Z tym akapitem pewnie masz rację. Nie rzucił mi się w oczy w edytorze, bo go przełamał podział stron. Teraz przyjrzałem się jak wygląda tutaj i jest nieszczególnie. No, ale teraz już nie będę zmieniał, za to mam naukę na przyszłość. Jeszcze raz dzięki!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

I przeczytane

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

yes

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Ciekawy i bardzo sprawnie napisany tekst z dobrze wykreowanym klimatem tajemnicy i grozy. Lekki nadmiar przymiotników w części wstępnej i rozwinięciu, a tak w ogóle, lekki nadmiar wstępu i rozwinięcia w stosunku do części finałowych. No, ale tekst pisany na konkurs, a wtedy nie ma czasu na skomponowanie całości w odpowiednich proporcjach. 

W sumie wyszło powiadanie, które po szlifie pewnie wzięłaby “Esensja”…

No i interesujące i przyciągające uwagę ilustracje, dobrze komponujące się z opowiadaniem.

Jedna sprawa mnie zdziwiła – ten pomnik – chyba trzynastu – bohaterów obu wojen. Co to właściwie ma być?

Pozdrówka.

Dzięki, Roger! Zapewne, gdyby tekst miał czas poleżakować, to byłaby szansa na poprawienie kompozycji i zminimalizowanie nadmiarowości wszelakich ;-)

A pomnik? Ot, element scenografii. Trzynaście, żeby pozwolić popracować mimowolny skojarzeniom u tych czytelników, u których to działa. A co do tych obu wojen, to nie mogłem się powstrzymać, w pobliżu mojego miejsca zamieszkania jest taki pomnik, który hurtem upamiętnia ofiary I wojny i II wojny. Pamiętam, że gdy lata temu zorientowałem się, to byłem lekko zdumiony i teraz mi to wpadło podczas pisania tekstu i już tak zostało.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Bardzo się cieszę, że oparłeś się pokusie stylizacji językowej – dzięki temu opowiadanie czyta się płynnie, jest dostosowane na tej warstwie do współczesnego czytelnika.

 

Sama struktura i treść nawiązuje – lub wręcz odwzorowuje – kanon 'weird tale', opowieści niesamowitej. Udanie. Można pojechać kliszą tak, by się dobrze czytało? Można. Nawet wzmocnienie zdjęciami w charakterze ilustracji nadaje ten sznyt groszowego magazynu:-)

Wydaje mi się , że wstęp jest odrobinę za bardzo rozbudowany w stosunku do objętości opowiadania i tego, jak przyspieszasz rozwój wydarzeń w dalszej części tekstu. Tym niemniej jest to kawałek porządnie opowiedzianej historii, dzięki za miło spędzony czas.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo się cieszę, Rybo, że Ci przypadło do gustu! Nie ukrywam, że byłem ciekaw Twojej opinii.

Widzę, że powtarza się zarzut nie najlepszego balansu, więc z całą pewnością kompozycja jest do lekkiej poprawki. Będę musiał za jakiś czas wrócić do tekstu i na świeżo zobaczyć, czy mnie to będzie uwierać i czy zdołam wprowadzić poprawki.

Jeszcze raz dzięki!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Dobrze napisane opowiadanie, czuj Lovecraftowy klimat. Są i oślizgłe macki więc idealnie wpasowuje się w temat konkursu. Do tego ciekawe niejednoznaczne zakończenie i sprawny opis wizji głównego bohatera. Bardzo przyjemnie się czytało :) Powodzenia w konkursie :)

Za odwiedziny i komentarz dziękuję! Za życzenia powodzenia nie dziękuję, żeby nie zapeszać ;-)

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Przyjemny tekst. Zgodzę się z Reg, że udał Ci się opis schodzenia do biblioteki. Mnie przypadło do gustu również ostatnie zdanie.

Nie jestem zagorzałym fanem Lovecrafta, ale myślę, że czuć u Ciebie ten klimat i warto było zapoznać się ze Schedą po Hrabim Wielowiesławskim.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki! Szczególnie cieszą mnie pozytywne uwagi w odniesieniu do takich opisów, jak ten ze schodzeniem do piwnicy. Nie przepadam za ich pisaniem, bo zawsze boję się, że popadnę w przesadę, relacjonując każdy krok, każdy gest bohatera. A wtedy, taki fragment nie będzie nadawał się do czytania…

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Y!

 

Ja pozostanę jednak nieco sceptyczny. Choć prawdopodobnie możesz to potraktować jako komplement, bo mój sceptycyzm wynika z tego, że opowiadanie jest: przegadane, nieciekawe, o niczym, nudne i nużące, słabe. Ergo – Lovecraft jak się patrzy^^.

A cokolwiek poważniej, to… nadal pozostaję sceptyczny. Finał robi ten tekst, i to dobrze go robi, klimat jest, jakaś tajemnica jest, w sumie wszystko jest. Napisane też sprawnie – mimo faktycznego przegadania a’la Lovecraft, nie usnąłem przy laptopie. Ale, mimo wszystko, pozostaję sceptyczny. Pewnie po prostu wychodzą na wierzch prywatne moje gusta i upodobania. Ale w samej historii też mi czegoś jednak zabrakło. Jest jakaś taka zbyt prosta. Na upartego można by ją streścić w jednym zdaniu (i to nie koniecznie takim moim, moim zdaniu). Tekst biblioteczny z pewnością, ale na piórko to jednak za mało.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, ja z Twoim sceptycyzmem połączonym z Twoim gustem walczyć nie zdołam, a nawet nie zamierzam ;-) Faktem jest, że po raz pierwszy widzę pochwały pod tekstem wyrażone przymiotnikami: przegadane, nieciekawe, o niczym, nudne i nużące, słabe (o, jedno określenie nie jest przymiotnikiem) ;-) Chwalić Pana, że nie zabrałeś się za ganienie tego tekstu ;-D Cóż, zarzuty rozumiem i biorę na klatę. Pozostaje mi mieć nadzieję, że znajdę w Loży jednak jakiś sojuszników, poza śniącą.

Dzięki za wizytę i za komentarz!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Opowiadanie chyba dosyć klasycznie Lovecraftowskie, ale napisane na tyle ciekawie, że w ogóle mi to nie przeszkadzało, chociaż widziałem tu inne teksty na ten sam konkurs o bardzo zbliżonych fabułach. Kunsztownie budowana atmosfera, w pewien sposób zaskakujące zakończenie (chociaż bez przesady). Na duży plus (chociaż teoretycznie nie powinno się na to patrzeć – ja tam paczałem;) dobór ilustracji, niewielu użytkowników się na to porywa, a tutaj nie dość, że są jakiekolwiek, to jeszcze ze źródłami i pasują jak ulał.

No nieźle.

Podobało się:-)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Mnie również się podobało. Napisałeś to opowiadanie w charakterystyczny dla siebie, spokojny, klasyczny, elegancki, nieco beznamiętny sposób. Tutaj to pasowało świetnie. Nie jestem fanką Lovecrafta, wydaje mi się jednak, że odpowiedni klimat osiągnąłeś. Przypomniał mi się pewien tekst z portalu, o łowcy wampirów. Został napisany w formie XIX-wiecznego pamiętnika, w tak samo bardzo klasyczny sposób. Żadnych fajerwerków, żadnych zaskakujących zwrotów akcji. Ale siła tego opowiadania leżała właśnie w spokojnej, eleganckiej narracji. Tak jak u Ciebie. Jeśli taki sposób narracji był zamierzony – to Ci się udało. Czytałam opowiadanie o współczesnych ludziach, a jakbym czytała o dawnych Anglikach w melonikach. 

Przy okazji – moim ulubionym poleceniem pana GPS-a jest “kieruj się na południowy wschód” (zwłaszcza w pochmurne dni). Oczywiście jeszcze bardziej lubię oświadczenie, że utracono połączenie z satelitą.

Zakończenie takie trochę w pewien sposób niesatysfakcjonujące, ale kiedy czytałam opowiadania np. EAPoe, to też często miałam taki WTF? Więc w sumie wpisuje się w klasyczną konwencję.

Mimo to nad piórkiem muszę pomyśleć.

Jestem poza domem i mam tragiczny dostęp do sieci, więc nie mogę Wam odpisać tak, jak bym chciał.  Przede wszystkim dzięki za wizytę i obszerne komentarze. Cieszy mnie, ocho, Twój odbiór, ponieważ jest w pełni zgodny z moimi zamiarami. Mnie wiele opowiadań Poego i w ogóle z tamtego okresu również kojarzy się z historią niedopowiedzianą. A nad piórkiem myśl intensywnie, byleś doszła do jedynie słusznych wniosków ;-D

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Przy okazji – moim ulubionym poleceniem pana GPS-a jest “kieruj się na południowy wschód” (zwłaszcza w pochmurne dni).

Ocho, a nie “zawróć, jeśli to możliwe”? Ileż dramatyzmu w prostym poleceniu. ;-)

Babska logika rządzi!

Tak, to też jest fajne. Mnie się też ściągnęła niedawno jakaś aktualizacja, która nałożyła się na poprzednią wersję. I teraz pan mi mówi “skręć łagodnie w prawo”, a pani, w tym samym czasie – “skręć w lewo”. Ale i tak uwielbiam mojego GPS-a! :)

KPiachu – wybacz śmiecenie. Myślę intensywnie. ;)

W klimat wpasowałeś się idealnie, opowiadanie pasuje do tematu jak ulał, zresztą wyniki mówią same za siebie… Tylko, kurcze, ja nie lubię Lovecrafta :( I to opowiadanie mnie zwyczajnie znużyło konwencją. W takiej sytuacji bardzo trudno mi zdecydować, czy na piórko zasługuje. Bo ja naprawdę wiele gatunków trawię dobrze, ale takie oldskulowe horrory niet, nada, never. Ot, doceniam warsztatu, ale nie umiem docenić treści.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

okolona bujną, siwą czupryną

Ponoć bujność jest już zawarta w definicji czupryny. Ale to takie tam czepialstwo zwykłe.

Dopiero teraz sąd na wniosek rodziny, mieszkającej na drugim końcu kraju, uznał hrabiego za zmarłego

Interpunkcja dyskusyjna. Pierwszy przecinek przesunąłbym przed “na wniosek”. I tak zostawił. Ew. oba do wywalenia. Nie czepiałbym się takich niuansów, ale akurat w tym wypadku rytm siada.

miejscem łamiącym monotonię[-, ] była biblioteka

Nie znam się na księgarskich[-,] białych krukach

No i czy nie byłoby lepiej nie znałem? Zakończenie trochę utrudnia zastosowanie czasu teraźniejszego.

wyrwawszy się na wolność[+,] zaścieliły parkiet.

wielkie, motyle skrzydła.

wywaliłbym przecinek, choćby ze wzgl. na rytm

powtarzający się zaśpiew[-,] narastał i teraz dobiegał zewsząd

 

No i mam zagwozdkę. Nie porwało, bo nie w moim guście, czy po prostu dlatego, że czytałem w zupełnie niesprzyjających warunkach? Nie wiem, niemniej klimatu nie poczułem, a to zawsze wpływa na mój odbiór. Niby wszystko tak, jak winno być, ale… jakoś te wszystkie obrazy (choć motyle z obrazka są przecudne) nie chcą mi się połączyć w zgrabną całość. Nie wynikały jeden z drugiego. Brak mi związków przyczynowo-skutkowych. Taki zbiór fajnych, acz niesklejonych ze sobą motywów. Miałem wrażenie, że technicznie też mogłoby być lepiej, swobodniej. Niektóre zdania odbierałem jako wymuszone, inne jako zbędne (za dużo szczegółów w środkowej części). Byłbym bardziej rozczarowany, gdyby nie ratująca tekst końcówka. I świetnie brzmiący tytuł. A tak myślę, że 4.5 się należy.

I gratuluję konkursowego sukcesu.

Minusy:

 

„– Spocznij, proszę!” – Skoro prosi, to po co krzyczy?

 

„Gdy powtórnie stanąłem w holu wejściowym (…) odchyliłem obie połowy pokrywy.” – Zbyt długi akapit.

 

„Gdy otwarłem oczy zobaczyłem lekko falującą (…) czy o ratunek, czy o szybką śmierć.” – Zbyt długi akapit.

Aż szkoda, że takie krótkie, ale Macki bardzo mackowate i zacne. W pewnym momencie przeszkadzał mi bardzo długi blok tekstu, ale tak nie mam zastrzeżeń. W pełni zasłużone piórko. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dzięki! Tak, za ten akapit, a właściwie to dwa, już dostałem po uszach.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Jak są tak długie akapity, to lepiej je rozbić na mniejsze. Wtedy nie męczą.

Nie znam Lovecrafta, więc będę oceniać jako samodzielne opowiadanie. Prawdopodobnie dużo straciłam… Coś straciłam? Coś na pewno, bo nie przemówiła do mnie ta historia.

 

Owszem, jest przyzwoicie napisana, choć nie ma żadnych oryginalniejszych zdań, które zwróciłyby na siebie uwagę. Ot, taka zwykła opowiastka, która nic nie wyjaśnia. Bohater – z papieru, nic o nim nie można powiedzieć, a przecież narracja pierwszoosobowa zwykle pomaga w kreacji głównego bohatera.

Zakończenie – niezrozumiałe. Po co kłamać? Radek miał aparat w domu hrabiego. Zdjęcia, na których można sprawdzić datę i godzinę. Nie wiem, czy to coś charakterystycznego dla Lovecrafta, zostawiać historię bez wyjaśnień?

Bloki tekstu nasuwają mi skojarzenie z Sienkiewiczem. Męczą. Myślę, że dobrze by zrobiło wydzielenie większej ilości akapitów. Brakowało mi rytmu zdań, które nie łączyły się ze sobą.

 

Nawigacja sprawiała wrażenie jeszcze bardziej zagubionej, głównie powtarzając polecenie: zawróć, jeśli to tylko możliwe. Na domiar złego, dzielnica sprawiała wrażenie wymarłej.

Ilość zgromadzonych woluminów robiła wrażenie. Nie znam się na księgarskich, białych krukach, ale i tak miałem wrażenie, że dobór księgozbioru był dość osobliwy.

 

Dużo wrażeń ;)

 

Ogólnie – nie wiem. Obawiam się, że straciłam na nieznajomości Lovecrafta. Jednak jako samodzielne opowiadanie ta historia do mnie nie przemówiła.

Dzięki, kam_mod, za odwiedziny i poświęcony czas. Cóż, weird fiction, szczególnie to klasyczne z początku XX w. rządzi się swoimi prawami, a Lovercraft miał na ten temat ustaloną opinię.

Zakończenie jest, jakie jest ; -D Pozostawia historię niedopowiedzianą. A czy jest nielogiczne? Ja już spotkałem się z trzema różnymi interpretacjami tego opowiadania, i wszystkie się bronią. Która jest poprawna? To już nie do mnie pytanie ;-P

A tych powtórzeń, jasny gwint, nie powinienem przepuścić…

Jeszcze raz dzięki!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Która jest poprawna? To już nie do mnie pytanie ;-P

A do kogo? ;-)

Babska logika rządzi!

Nie mam pojęcia ;-D

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Może mała przesada z tymi, już kultowymi, mackami :) Wróżki też straszne nie są, choć może nie dość mocno zostało to zaakcentowane.

Mimo że nie straszne, opowiadanie dobrze się czytało i duży plus za fotografie jednak, jeżeli bawisz się z PhotoShopem lub podobnymi programami, można wprowadzić odpowiednie filtry i otoczkę zdjęć z aparatu, co zwiększy immersję, ale do tego musisz mieć zgodę autora zdjęć (chyba).

Pozdrawiam i dziękuję za przyjemną lekturę na wieczór ;)

Pallid

Dzięki za odwiedziny i za uwagi!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Jak miło, że dobre teksty żyją :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

yessmiley

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Nie czytałem nic Lovecrafta, więc nie wiem, jak tekst się ma do jego twórczości, ale jako niezależny byt – nawet mi się spodobało. Zgodzę się z Cieniem, że opowiadanie jest troszkę przegadane i o niczym, a także z Naz, że więcej przecinków by nie zaszkodziło, niemniej klimat wyszedł Ci kapitalny, a zdjęcia okazały się być takim finalnym muśnięciem pędzlem. I chociaż Twój styl jest dla mnie nieco za ciężki, to czytałem z przyjemnością i zainteresowaniem. No i ostatnie zdanie bardzo dobre, robi tą całą grozę, moim zdaniem.

Pozdrawiam!

Dzięki za odwiedziny! Cieszę się, że pomimo całej listy zastrzeżeń tekst Ci się spodobał. Chyba pierwszy raz mam tak, że klimat uratował tekst, pomimo że kompozycja pozostawia niedosyt, a styl uwiera co drugiego czytelnika :-P 

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Nowa Fantastyka