- Opowiadanie: Wilk który jest - Profesor Czegoś i tabletka subiektywnego przyspieszenia upływu czasu

Profesor Czegoś i tabletka subiektywnego przyspieszenia upływu czasu

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

śniąca, Finkla

Oceny

Profesor Czegoś i tabletka subiektywnego przyspieszenia upływu czasu

Marek zastygł w drzwiach kantyny. W pustym zazwyczaj o tej porze wnętrzu siedział profesor Czegoś. Ponurym wzrokiem patrzył w talerz z nietkniętą jajecznicą. W palcach miętolił papierosa z oderwanym ustnikiem. W Centrum panował całkowity zakaz palenia, a do końca pracy pozostawało jeszcze wiele godzin. Żadnych szans na legalne „puszczenie dymka”. Czoło siedzącego znaczyły głębsze niż zwykle bruzdy zmarszczek. Profesor będący, jak to mówiło pokolenie mamy Marka, człowiekiem starej daty, zdawał się dziwnie skurczony. Zupełnie jakby z zewnątrz ścisnęła go jakaś niewidoczna pięść, z którą walczył, dopóki miał siłę, a teraz, pozbawiony energii, poddał się jej miażdżącej mocy.

Czegoś był człowiekiem, o którym opowiadano legendy. Zasłynął, gdy w Centrum zainstalowano pierwsze komputery PC z Windows 3.11. Gdy system się zawiesił, profesor nie zadzwonił do działu IT po wsparcie. Zachował się jak typowy przedstawiciel generacji, która korzystała biegle z liczydeł i suwaków logarytmicznych. Rozkręcił obudowę i zaczął szukać rozwiązania problemu wewnątrz urządzenia. Koledzy zastali go, podczas wymontowywania dysku twardego… Widząc ich zdziwione miny, wytłumaczył, że jak się coś psuje, to przecież trzeba znaleźć zużytą część i ją wymienić. Zdenerwował się też bardzo na przybyłych informatyków, niepodzielających jego toku rozumowania. A na koniec zażartej polemiki pokazał inżynierom słownik angielsko-polski i prawie krzyknął, że takie wyrazy jak te, które wyświetla system na ekranie monitora, nie istnieją. Chłód na linii: Czegoś-komputer-IT trwał ponoć bardzo długo… Aż w końcu uczony potraktował maszyny myślące nie jako oksymoron, a użyteczne narzędzia do robienia obliczeń, notatek, wykresów i posiadające szereg przydatnych funkcji maszyny do pisania. Jakby wbrew swej legendarności profesor uchodził za nudziarza. Dlatego młodzi uczeni uciekali w popłochu na sam jego widok, by nie stać się parą uszu słuchających wywodów nestora nauki.

Marek rozważył szybko, czy nie zrezygnować z kupienia kawy w kantynie i poprosić o pożyczenie paru łyżek tej używki któregoś z pracowników Centrum. Nie miał ochoty na nudną konwersację, której, był tego pewien, nie zdoła uniknąć, jeśli przekroczy próg pomieszczenia. W tym samym jednak momencie, w którym zdecydował się na bohaterski odwrót na z góry upatrzone pozycje, Czegoś podniósł wzrok i spojrzał smutnymi oczami wprost w jego twarz. Marek wzruszył bezwiednie ramionami i podszedł do stolika, przy którym siedział, przygnieciony jakimś straszliwym kłopotem profesor.

– Cześć – powiedział pogodniejszym tonem, niż się spodziewał. – Co dobrego?

Profesor nie okazał zdziwienia tą formą powitania. W instytucie wszyscy mówili do siebie na „ty”. Westchnął ciężko i rzekł:

– Smutek, tragedia i rozpacz. Taka trójca mną dziś włada. A jutro… – zamilkł na chwilę. – Jutro to już tylko pustka…

W Marku wezbrały ludzkie uczucia. Bez pytania o zgodę usiadł przy tym samym stoliku i zagadnął:

– Co się stało? Na pewno problem nie jest taki wielki. Jutro wszystko zobaczysz w lepszym świetle!

– Już niczego nie zobaczę – wyszeptał Czegoś grobowym głosem.

Marek rozejrzał się za jakimś wsparciem, które weźmie na siebie, choć część z procesu ratowania potencjalnego samobójcy. Kantyna była w pełni zautomatyzowana. Siedzieli w niej sami, a z korytarza nie docierał choćby najcichszy odgłos nadciągającej odsieczy. Chcąc nie chcąc musiał stawić czoła wyzwaniu sam.

– Nie wygłupiaj się! Powiedz wreszcie, w czym problem.

– Cofnęli mi dotację na badania. Cały projekt uznali za bezużyteczny i szkodliwy, a mnie polecili rozważenie odejścia na emeryturę. Z tonu wnoszę, że nie mam wyboru, bo przestałem być mile widziany w progach Centrum, któremu przecież życie całe… – tu głos mu się załamał.

– Jak to: cofnęli? – Marek nie krył zdumienia. – Przecież mówiłeś, że masz prototyp, że przetestowałeś na sobie i, że działa wprost genialnie. No to, co jest?

Profesor zamknął oczy. Uniósł głowę, schwycił Marka za dłoń i powiedział dramatycznym szeptem:

– Tobie jednemu powiem.

Milczenie trwało kilka minut. Marek spróbował łagodnie oswobodzić dłoń. Starzec jednak ściskał ją mocno. Wreszcie Czegoś odezwał się, powoli wypowiadając słowa.

– Skończyłem pracę nad TSPUC – tabletką subiektywnego przyspieszenia upływu czasu. Zwieńczenie dwóch dekad badań. Miała wspierać uczonych w wykonywaniu żmudnych, a niezbędnych działań. Na przykład: masz do wprowadzenia standardowe dane w bazę albo do wykonania dużo prostych obliczeń. Żeby czas się nie dłużył, a jednocześnie, żeby się nie rozproszyć, wystarczy połknąć pastylkę. Sprawia ona, że w twoim odczuciu godzina trwa tyle, co mrugnięcie powiek. Wyobraź sobie, czyż to nie jest wspaniałe? Mrugasz powiekami i nudna robota za tobą i możesz zająć się czymś bardziej twórczym.

Spojrzał wymownie na Marka, który poczuł się zobowiązany do odpowiedzi, więc skinął lekko głową. Czegoś uśmiechnął się, na widok tej komitywy i ciągnął myśl dalej.

– Właśnie! Trzeba tylko pamiętać, żeby przed zażyciem skorzystać z toalety i, żeby nie zabrać się za czynności wymagające spontanicznych reakcji, czy kreatywności. Poza tym jest to proste i skuteczne rozwiązanie. Moja duma i podsumowanie długoletniej kariery.

Oczy profesora rozbłysły i wypiął pierś, jakby spodziewając się otrzymania od kontuaru lub talerza z jajecznicą jakiegoś godnego orderu. Po chwili jednak znów posmutniał i podjął przerwany wątek.

– Przetestowałem na sobie. Miałem sporo obliczeń. Załatwiłem swoje sprawy w łazience. Włączyłem kalkulator, wziąłem kartkę papieru kancelaryjnego i ołówek. Pomodliłem się krótko i połknąłem tabletkę. Po chwili świat zawirował. Dostrzegłem tylko sylwetkę żony w pobliżu i wyczułem sprawny ruch ręki na papierze. Kiedy pastylka przestała działać, małżonka właśnie kończyła gderać. Narzeka na mnie od lat. Doszedłem do wniosku, że chyba jej od samego tego zrzędzenia robi się lepiej, bo już nawet nie kontroluje, czy słucham i wszystko jej jedno, czy reaguję na tę paplaninę. Sprawdziłem na wszelki wypadek obliczenia. Wszystkie były dobre! Poczułem się jak geniusz! Oto dzięki tabletce nie musiałem wysłuchiwać narzekań i odwaliłem nudną robotę. Zasnąłem szczęśliwy! I to uczucie triumfu mnie zgubiło…

Czegoś popatrzył, na trzymanego w palcach papierosa. Znów westchnął ciężko i zaczął kontynuować opowieść.

– Poprosiłem o spotkanie z zarządem i zaprezentowałem im moją pastylkę. Chełpiłem się sukcesem, a przecież nigdy taki nie byłem. Tym razem jednak duma mnie rozpierała, gdy postanowili sprawdzić w weekend, jak środek działa. I to zadufanie i grzech pychy, są powodami mojej dzisiejszej tragedii…

Znów umilkł, a Markowi się zdawało, że profesor już żadnego dźwięku, prócz wzdychania, z siebie nie wyda. Po niemiłosiernie długiej chwili ciszy, Czegoś postanowił zmierzyć się z faktami i dokończyć rozgrzebaną historię.

– Do pracy przybiegłem, jako to się mówi: cały w skowronkach. Dostałem telefon, że zarząd mnie wzywa. Prawie pofrunąłem do windy, a szczęście wypełniało mnie, jak jakąś cenną amforę. Wbiegłem do sali obrad, a tam czekało na mnie trzech, bardzo ponurych facetów… Po chwili poznałem ich przygody z TSPUC… Prezes połknął tabletkę w domu. Tak jak i ja, przy obliczeniach. Również widział przez ułamek sekundy sylwetkę żony. Gdy to opowiadał, byłem pewien sukcesu i czekałem na pochwałę. Niestety, on się niedawno ożenił po raz piąty i małżonka pojawiła się przy nim, wcale nie po to, żeby narzekać… Oj, wcale nie po to… Ponieważ na jej powaby nie zareagował, to się obraziła i żadne przeprosiny nie pomogły. Ciche dni ma do tej pory…

Czegoś ze smutkiem spojrzał w kierunku zautomatyzowanej lady. Zlustrował wzrokiem przegródki, szukając czegokolwiek na bazie alkoholu, choćby archaicznego syropu od kaszlu. Niczego jednak takiego nie znalazł. Podniósł bezwiednie ręce do góry, jakby pokazując wielkiemu demiurgowi, jak bardzo czuje się bezradny w tej sytuacji. Tym samym uwolnił dłoń swojego rozmówcy, który na wszelki wypadek obie ręce ulokował na kolanach, ukrytych bezpiecznie pod blatem. Nie doczekawszy się efektu znanego jako „deus ex machina”, Czegoś powrócił do krótkiej analizy przypadków.

– Wiceprezes do spraw finansowych nie cierpi jazdy na rowerze, a jego rodzina wprost ją uwielbia. Połknął więc środek tuż przed wycieczką. Niestety podczas jazdy dziecku spadł łańcuch. Wszyscy się zatrzymali, a on pojechał, nawet się nie oglądając. Wołali na niego, a on oddalał się równym tempem, i pedałował, dopóki godzina nie przeminęła. Dzieci były nieszczęśliwe i przerażone, że stateczny i kochający ojciec, zostawił je w środku lasu z kłopotem. Najgorzej jednak wszystko wyszło z wiceprezesem do spraw naukowych…

Czegoś wyciągnął zapalniczkę i przyłożył ją do końca papierosa. Zaciągnął się mocno. Marek wykonał taki ruch ciałem, jakby chciał zaprotestować lub ostrzec profesora przed zgubnymi skutkami tej decyzji. Postanowił się nie odzywać, licząc na rychłe zakończenie opowieści i koniec rozmowy. I rzeczywiście, profesor po chwili zakończył historię.

– Wiceprezes zgłosił swój referat, jako główny, na globalną konferencję. Siedział sobie i wprowadzał dane, kiedy zadzwonił telefon od organizatorów. Tu niestety wystąpił, nieznany mi dotychczas, skutek uboczny. Bo on, proszę ja ciebie, odebrał połączenie. No i się nie odezwał… To logiczne, że milczał, przecież wprowadzał dane. Japoński premier, który zadzwonił osobiście, żeby go powiadomić o wyborze, obraził się śmiertelnie i polecił zmienić głównego referenta. A prezesowi bardzo zależało na tym wystąpieniu, bo ono mu torowało prostą ścieżkę do zostania szefem zespołu ekspertów NASA. Ech… Nic się nie dało odkręcić. Żadne tłumaczenia o nieudanym eksperymencie, do którego namówił go kretyn (to o mnie) nie pomogły. Referat przepadł tak jak i międzynarodowa kariera naszego lidera w sprawach uczonych…

Czegoś zaciągną się mocno. Krótko odkaszlnął i wpatrzony w tlącego się papierosa, podsumował wydarzenia.

– A po opowiedzeniu tych wrażeń, powiadomili mnie o decyzjach… Zatrzymanie środków, wygaszenie projektu, banicja emerytalna… Słowem dramat w trzech aktach… – po chwili dodał – A tu jeszcze ten cholerny wilk…

Marek drgnął i spojrzał czujnie na profesora. Ostatnie zdanie tak odbiegało od reszty, że zaczął się obawiać, czy jego rozmówcy z nadmiaru nieszczęść nie pomieszało się w głowie. Czegoś nie sprawiał jednak wrażenia obłąkanego. Spokojnie palił papierosa, nie przejmując się perspektywą alarmu i nagany, za złamanie regulaminu Centrum.

– Jaki wilk? Testowałeś lek na wilkach?

– To nie lek! – obruszył się Czegoś. – TSPUC niczego nie leczy! Zupełnie jak tabletka antykoncepcyjna, wielki wynalazek rewolucji seksualnej. Leczy z czegoś? Nie! Moja pastylka też nie leczy. Raczej ma uatrakcyjniać życie, skracając do minimum nudne, standardowe czynności. Nie testowałem jej na zwierzętach. Niby skąd miałbym wiedzieć, czy im czas szybciej zleciał, czy nie?

Pytanie było retoryczne. Marek wrócił więc, do poruszonej kwestii.

– To o co chodzi z tym wilkiem?

– A śni mi się, cholera taka o żółtych ślepiach, od paru tygodni. Taki sen powracający. Na pewno znasz zjawisko. Wychodzę na polanę. Patrzę sobie na księżyc. Nagle czuję, że w ciemności coś się porusza. Widzę w mroku te żółte ślepia. Bestia patrzy na mnie i zaczyna żałośnie wyć…

W tym momencie do kantyny wpadły roboty gaśnicze i pokryły profesora obficie pianą. Za nimi wbiegła ochrona. Marek zerwał się od stolika i szybko wyszedł, nie czekając na dalszy ciąg wydarzeń. Po drodze myślał, że ta tabletka to wcale nie musi być taka zła rzecz. Podczas nudnych a obowiązkowych rautów z kadrą profesorską Centrum, mógłby sobie stać w kącie, popijać wytrawne wino i wydawać aprobujące pomruki. A kiedy pierwsza godzina upłynęłaby mu w mgnieniu oka, byłby już na tyle wstawiony, że mógłby mężnie wytrwać do końca bankietu i, kto wie, może nawet się dobrze bawić?

Koniec

Komentarze

Czegoś zaciągną się mocno. – głodny wilk zjadł literkę :) 

 

Uśmiechnęło mnie :) Bardzo zgrabny tekst, a właściwości tabletki pociągające (jak się pomyśli o służbowych nasiadówach, z których i tak nigdy nic nie wynika poza stratą czasu). 

I chyba coś mi mówi Profesor Czegoś… ;) 

 

Edycja

Już wiem! Już wszystko wiem. Wreszcie jest opowiadanie, w którym nie brakuje CZEGOŚ! 

Wilka nie wspominam, bo to, że jest, to oczywista oczywistość ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ja wiem czy to aż takie groteskowe… W tej TSPUCie nie było po prostu jakiegoś analogu modafinilu, czegoś z rodziny racetamów  albo po prostu zwykłego speeda :D ? Tak czy inaczej czytało się nawet fajnie.

 

Marek rozważył szybko, czy nie zrezygnować z kupienia kawa w kantynie

“kawy”

No rest for the Wicked

Niestety literówek jest nieco więcej niż śniąca zauważyła. Jeden z kawą i jeszcze gdzieś w drugiej połowie, ale nie chce mi się :P

Ok. Przeczytałem i stwierdziłem, że gatunkowo to taki klasyk. W moim rozumieniu klasyk to taki utwór, gdzie jeżeli pojawiają się problemy, to są problemem czytelnika (najczęściej w stylu “sprzedał się“), a nie autora.

Jestem już po sesji, więc mi się wstrzeliłeś z tym opowiadaniem. Ale o co chodzi z tym wilkiem???

lol

Tabletka działa. Gdy skończyłam czytać, dobiegł mnie swąd przypalonej (przeze mnie) kolacji…

Janadalbert, wilk po prostu musi być. I tyle.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przeczytałem z zainteresowaniem, bo sprawnie przedstawiona historyjka. Pomysł jednak nie przypadł do gustu, bo nie kupuję celowości stosowania tabletki. W świecie w którym wszystko pędzi, a czas przecieka przez palce, przydałaby się tabletka subiektywnego spowolnienia upływu czasu. Dziwię się bohaterowi, który jest w podeszłym wieku, a chce takiej tabletki – to wydaje się niespójne. ;)

Chyba mam jak Blackburn, w świecie w którym wszystko pędzi taka tabletka, jak dla mnie, nie ma zastosowania. Raczej należę do ludzi, którzy lubią stać w korkach.

Historia ciekawa i czytało się szybko ;)

F.S

Nie do końca się z Wami zgodzę, Panowie. Owszem przydałaby się taka spowalniająca tabletka, ale nie na każdą okazję, tak jak nie na każdą okazję jest ta przyspieszająca. Spowolnić czas będziesz chciał, by miłe dla Ciebie chwile trwały jak najdłużej. Ale są też takie rzeczy, który wykonywać nie lubisz, a musisz (jak lubisz tkwić w korku to ok – tego przyspieszać nie musisz ;) ) – a tu proszę – “zrobiło się”, a Ty nawet nie wiesz kiedy.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ależ to dobrze, że się nie zgadzasz. Świat byłby nudny, gdyby wszyscy mieli identyczne opinie. W różnicach cała zabawa. Stałbym po stronie zarządu firmy i zablokował projekt. W chwilach, które wydają się do przyspieszenia, często dzieją się ciekawe momenty. A w korku lubię słuchać audiobooków. Poza tym, przyspieszyć upływ czasu na wycieczce rowerowej z rodziną? Niestety nie kupuję ani odrobinkę. Wystarczy mi że sen wpływa na subiektywne przyspieszenie upływu czasu. No ale to moje widzimisię.

A kojarzycie taki film: Klik i robisz co chcesz? Postać grana przez Sandlera otrzymała magicznego pilota, do przewijania niechcianych fragmentów życia (między innymi, bo i inne funkcje były dostępne). Tam dopiero były skutki uboczne :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Problem pojawia się w interakcjach, które nie mogą nastąpić, a zazwyczaj muszą. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co się stanie w ciągu godziny. A i bez tabletki jest ona krótsza niżbyśmy chcieli :) A doba jeszcze krótsza:)

Uwaga bełkot:

Dla mnie to tak jakby czas i przestrzeń przestały istnieć razem (w przypadku konkretnego człowieka), a istniał tylko umykający czas. To nie znaczy przecież, że to co nas otacza przestaje istnieć – po prostu nie jesteśmy tego świadomi, a to jak widać w opowiadaniu niesie za sobą konsekwencje. Taki rodzaj śpiączki – jesteś a Cię nie ma.

 

F.S

Tak, pamiętam ten film. Były konsekwencje i były wnioski z nich. Tam jednak bohater miał większy wpływ – mógł bardziej manipulować czasem.

Ja wolałbym, żeby minuta trwała jak godzina. ;)

No właśnie nie mógł, bo pilot zapamiętywał wykonane akcje i potem już sam przewijał życie, coraz więcej i szybciej. Bohater w pewnym momencie nie miał już żadnej kontroli.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A, to jakiś szum informacyjny się wkradł. Możliwe, że pomyliłem z innym filmem, gdzie bohater mógł przewijać czas.

A co Wy tu tak beze mnie gadacie! ;-)

Bardzo mnie ten dialog cieszy i bardzo za wszystkie uwagi dziękuję! :-) Obiecuje się do wszystkiego odnieść. Na razie kilka punktów stworzonych w biegu:

– Umówiłem się już z leśniczym, który wywlecze z mojego brzucha, pożarte litery!

– Wilk w opowiadaniu po prostu musi być – przestałem już z tą tezą Śniącej walczyć. ;-)

– Tabletka na spowolnienie upływu czasu – proszę bardzo! :-) Pierwsze moje opowiadanie, które trafiło do Biblioteki Fantastyki.PL, jest właśnie o tym. Tytuł: „Ewaluacja szczepionki ATT” (niechaj chcących link prowadzi! :-) ). Przyjemnej lektury!

Pozdrawiam Was serdecznie – wrócę! Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Sprawnie napisane. Mam nadzieję, że jeszcze nakreślisz nam jakąś historię z akademickim tłem, bo nieźle Ci to wychodzi. Nie było to jednak najśmieszniejsze opowiadanie, jakie tu czytałem, a pomysł z tabletką przyśpieszającą upływ czasu nie porwał mnie tak, jak porwałby na przykład pomysł tabletki przyśpieszającej szybkość czytania ^ ^.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nie pierwszy to i nie ostatni raz, kiedy dzieło życia, w teorii dopracowane i osobiście przetestowane przez wynalazcę, w praktyce okazuje się klęską, w dodatku jeszcze wilkiem podszytą.

Szalenie miła lektura. ;-)

 

I to za­du­fa­nie i grzech pychy oto po­wo­dy mojej dzi­siej­szej tra­ge­dii… – Raczej: I to za­du­fa­nie i grzech pychy, są po­wo­dami mojej dzi­siej­szej tra­ge­dii

 

Krót­ko od­kaszl­nął i ze wzro­kiem wpa­trzo­nym w tlą­ce­go się pa­pie­ro­sa, pod­su­mo­wał wy­da­rze­nia. – Nie podoba mi się patrzący wzrok. Patrzy człowiek, nie wzrok.

Proponuję: Krót­ko od­kaszl­nął i wpatrzony w tlą­ce­go się pa­pie­ro­sa, pod­su­mo­wał wy­da­rze­nia.

 

Wy­cho­dzę na po­la­nę. Pa­trzę sobie na Księ­życ. – Raczej: Pa­trzę sobie na księ­życ.

Wilki wyją do księżyca, one nie wiedzą, że jest Księżyc. No, może z wyjątkiem jednego Wilka… ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Marek rozważył szybko, czy nie zrezygnować z kupienia kawy w kantynie…

 

Fajne!

Sympatyczny tekst. Spodobał mi się pomysł na opowiadanie i perypetie “króliczków”. Wilk wydaje się wciśnięty na siłę, tekst go nie potrzebuje.

Marek rozważył szybko, czy nie zrezygnować z kupienia kawa w kantynie i poprosić o pożyczenie paru łyżek któregoś z pracowników Centrum.

A jak już będziesz poprawiał wskazaną wcześniej kawę, to zastanów się jeszcze nad łyżkami. Bo gołe tak jakoś dziwnie brzmią, jakby facet sztućce chciał pożyczać.

Babska logika rządzi!

Finklo, wilk to moja wina – marudziłam, marudziłam i wymarudziłam. Całą winę za jego obecność biorę więc na siebie ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Toć wiem, przeciwwagę dla Koleżanki Śniącej stwarzam, niech biedny Autor ma wybór, a nie musi do każdego tekstu zwierzątko wpychać. Taki wpychany czy wypchany wilk nie wygląda dobrze.

Czyli, Wilku, jakby co, brak drapieżnika możesz zwalać na mnie. :-)

Babska logika rządzi!

Krótki tekst, ale wciąga. Przeczytałem z zainteresowaniem. To by był jednak przydatny wynalazek (na specyficzne okazje, oczywiście). Może można by rozbudować troszeczkę zakończenie? Co się stało z profesorem albo przynajmniej bezpośrednie skutki interwencji mechanicznych strażaków?

@Śniąca

Tak, nie znalazłem przez pół roku czasu na logiczne odpowiedzi… Przepraszam! :-)

Jest wilk i nie brakuje Czegoś, słowem – powinien być sukces! :-D A co do upływu czasu. Czytałem ostatnio dzieciom do snu „Czarne stopy”. Akcja zaczyna się na dzień przed wyjazdem na obóz i, idę o zakład (oczywiście: „o piwo, wódkę, krew, życie zuchwałe”), że każdy z harcerzy finkę by oddał za tabletkę przyspieszającą upływ czasu. :-)

Pozdrawiam, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Wicked G

Powiem Ci, że po Twojej uwadze dotyczącej groteskowości, czy innej groteskowatości, aż sięgnąłem po „Słownik terminów literackich” Stanisława Żaka (bo ten mam i lubię Żaka) i mi nawet wyszło, że się w definicji mieszczę, ale szczegóły jak zajrzę po raz wtóry! ;-)

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@janadalbert

Obecność wilka została już wyjaśniona w komentarzach. :-) Pod jedną z moich historyjek Śniąca napisała, że w opowiadaniu nie ma wilka, a w moich zawsze jest i, że brakuje czegoś. W celu więc zagwarantowania sobie literackiego sukcesu tej historii jest i wilk i czegoś. ;-)

Literówki poprawiałem, mam nadzieje, że się udało. :-)

Pozdrawiam, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Bellatrix

Motylanoga mać – mam nadzieje, że już mi wybaczyłaś tę spaloną kolację… Nie chciałem jej mieć na wilczym sumieniu!

Pozdrawiam, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Blackburn

Wiesz, on chce tego przyspieszenia czasu w szczególnych okolicznościach. W mojej wersji rzeczywistości to fan Schopenhauera, który bardzo mądrze napisał o subiektywnym przyspieszeniu upływu czasu.

Z pozdrowieniem,

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@FoloinStephanus

Zamiłowanie do stania w korkach najszczerzej podziwiam! Dzięki za dobre słowo! :-) Zwracam uwagę, że to już druga „tabletka” kombinująca subiektywnym uczuciem upływu czasu. Pierwsza – ATT – spowalniała.

Pozdrawiam, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Navez

Są kursy szybkiego czytania, ale to nie to. W latach dziewięćdziesiątych w wydawnictwach płytowych stacjach muzycznych testowano oprogramowanie do szybszego odsłuchiwania muzyki, bo redaktorom i wydawcom brakowało czasu na słuchanie demówek. Okazało się jednak, że nie ma szans na zachowanie odczuć związanych z muzyką, kiedy się ja walnie w szybszym tempie.

Przypomniało mi się mimochodem, jak kolega na środku swojego długiego wpisu na blogu umieścił napis: „czy myślisz, że jak przewijasz, to wciąż czytasz”. Przyznaję się, właśnie przewijałem… Pełen winy i wstydu wróciłem na początek i zacząłem czytać od nowa.

Dzięki za zachętę do stworzenia czegoś kolejnego w naukowych klimatach.

Pozdrawiam, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@regulatorzy

Dziękuję za wkład i zaangażowanie, Bogini, i za wszystkie dobre słowa! :-)

Jak to zaśpiewało Kombi: „droga na sam szczyt a tam nie ma nic”. Na szczęście jest na to odpowiedź w górze z „Kursu inspiracji”. Brzmi ona: „wypróbujmy jakąś nową górę”! :-D

Pozdrawiam, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Anet

Dziękuję! I za „kawę” i za „fajne”! :-)

Pozdrawiam, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Finkla

:-D Parę łyżek jako substytut kawy. :-D Wiesz, ci, którzy uważają kawę za placebo, z powodzeniem mogliby ją zastąpić łyżkami. Pomyślę! :-)

Z pozdrowieniem,

Wilk

P.S. Brak drapieżnika w najnowszym opowiadaniu (dziś zamieszczę :-) ) zawdzięczamy wszyscy Finkli!

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@StraferB25

Dzięki! Los profesora został przypieczętowany już wcześniej. Liczę, że po interwencji strażaków szybko wysechł, a jak mu została chociaż jedna pigułka, to nawet nie zauważył kiedy to nastąpiło. ;-)

Pozdrawiam, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Aha. Łyżki trzeba wpychać do ekspresu czy wystarczy oblać gorącą wodą? ;-)

Babska logika rządzi!

Cały instruktarz znajdziesz w tym utworze:

Soundgarden i „Spoonman”. Żadna kawa nie daje takiego kopa! ;-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Nowa Fantastyka