- Opowiadanie: śniąca - Jestem najszybsza

Jestem najszybsza

Opowiadanie pisane z myślą o naszym miłośniku kolei, który ma w awatarze lokomotywę :) Adamie, dla Ciebie :) 

 

Serdecznie dziękuję moim betom za kubły zimnej wody i miliony zmuszających do pracy pytań. 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Jestem najszybsza

Pę­dzi­ła w kłę­bach dymu i pary. Od mia­sta do mia­sta, z ry­kiem prze­ci­na­jąc pola i mknąc przez wio­ski, stra­sząc krowy i owce, z be­cze­niem umy­ka­ją­ce przed sta­lo­wym po­two­rem. Okrą­ża­ła góry, po­ko­ny­wa­ła wznie­sie­nia. Nie po­tra­fi­ły za­trzy­mać jej je­zio­ra ani nurty rzek. Jo­seph spo­glą­dał z nie­po­ko­jem na Tho­ma­sa, ale ten tylko roz­kła­dał bez­rad­nie puste ręce.

– Nie ma nic! – Pa­lacz krzy­czał do ma­szy­ni­sty, usi­łu­jąc prze­bić się przez ło­skot me­cha­ni­zmów i kół. – Ani okrusz­ka węgla, ani szcza­py drew­na! Nawet kro­pli wody! Ten­der od dawna jest pusty!

– Jak więc…?!

– Nie wiem… – wy­szep­tał Tho­mas. Wpraw­dzie Jo­seph go nie usły­szał, ale mina to­wa­rzy­sza mó­wi­ła wszyst­ko.

Ma­szy­ni­sta stał bez­rad­nie po­środ­ku budki, z le­d­wo­ścią utrzy­mu­jąc rów­no­wa­gę w roz­pę­dzo­nej lo­ko­mo­ty­wie, ko­ły­szą­cej się mia­ro­wo wśród łą­k mię­dzy wzgó­rza­mi Ma­lvern Hills. W dłoni wciąż ści­skał uła­ma­ny drą­żek ha­mul­ca. Od kil­ku­na­stu go­dzin, gdy pod­jął się de­spe­rac­kiej próby za­trzy­ma­nia skła­du, nie po­tra­fił go wy­pu­ścić. Jo­seph sta­ran­nie też omi­jał wzro­kiem wskaź­ni­ki ci­śnie­nia. Na widok le­żą­cych na ze­rach wska­zó­wek do­sta­wał gę­siej skór­ki.

Obec­ny w po­cią­gu in­spek­tor Sid Jen­kins sie­dział prze­stra­szo­ny na pod­ło­dze, wci­śnię­ty w kąt i mię­to­sił drżą­cy­mi dłoń­mi swą ko­le­jar­ską czap­kę. Star­szy męż­czy­zna szep­tem od­ma­wiał mo­dli­twy, po­le­ca­jąc duszę Bogu.

Ich Gre­sley "Mal­lard" A4 już dawno zje­cha­ła z po­wrot­nej trasy do Lon­dy­nu i jeź­dzi­ła jak chcia­ła po całej Bry­ta­nii. Po opusz­cze­niu Edy­nbur­ga po pro­stu ze­sko­czy­ła w ja­kiejś mie­ści­nie z torów, wpra­wia­jąc w osłu­pie­nie zgro­ma­dzo­ną na sta­cji i wi­wa­tu­ją­cą pu­bli­kę. Po­gna­ła przez kraj, gwiż­dżąc ra­do­śnie co chwi­la. Lip­co­we słoń­ce, świe­cą­ce nie­ustan­nie z czy­ste­go nieba, jakby na prze­kór ka­pry­śnej an­giel­skiej po­go­dzie, od­bi­ja­ło się w błysz­czą­cych bur­tach.

Po­cząt­ko­wo ma­szy­ni­sta i pa­lacz usi­ło­wa­li w jakiś spo­sób za­trzy­mać po­ciąg. Wy­ga­sić pa­le­ni­sko. Tho­mas za­mknął wagon z wę­glem i od­ciął do­pływ wody. Jed­nak woda i opał zni­ka­ły, na­pę­dza­jąc bu­cha­ją­cą parą ma­szy­nę. Gdy za­bra­kło pa­li­wa, męż­czyź­ni mieli na­dzie­ję, że dzi­wacz­na po­dróż do­bie­gnie końca. Ten­der opu­sto­szał, ko­cioł wy­gasł. Lo­ko­mo­ty­wa nie­zmor­do­wa­nie gnała przed sie­bie.

Po­zo­sta­ła im już tylko mo­dli­twa.

Jo­seph opadł na sie­dze­nie. Tho­mas po­szedł w jego ślady. Prze­tarł usmo­lo­ną dło­nią spo­co­ne czoło, po czym się­gnął do pra­wie już pu­ste­go kosza od żony. Wyjął z niego ostat­nią bu­tel­kę ulu­bio­ne­go piwa z Ram Bre­we­ry. Miał je wypić po po­wro­cie na Kings Cross, aby uczcić suk­ces. Czy jed­nak kie­dy­kol­wiek do­trze do domu? Uca­łu­je jesz­cze Rosie i utuli ma­łe­go Char­le­sa do snu?

 

***

Zapisane drobnym pismem księgi lądowały na dębowym stole, jedna za drugą. Białowłosy Główny Kancelarzysta szybkimi ruchami kartkował je, zamykał z trzaskiem twardych opraw i machnięciem bladej dłoni poganiał młodzików do dalszej pracy. Jeden zabierał tomy i odstawiał na półki, drugi donosił następne.

Ktoś gdzieś namieszał, wypuścił w świat złośliwą bestię, która ożywia martwe przedmioty, a on musi to teraz posprzątać. Bestię udało się schwytać, ale szkoda została już wyrządzona.

Czasu i wydarzeń wprost cofnąć się nie da, nawet Kancelaria nie miała takiej mocy, trzeba znaleźć inne wyjście. Chociaż i tak nie obejdzie się bez drobnego zamieszania w czasie, na tyle, na ile pozwolą własne kompetencje Głównego Kancelarzysty.  

Kolejny wolumin wylądował na blacie. Ostatnia dekada dwudziestego wieku. Przewracane kartki szeleściły w palcach, aż jedna z dat błysnęła srebrzyście. Kancelarzysta zatrzymał się na tej stronie i przeczytał wpis przyszłych kronikarzy, którego dokonają w czerwcu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku. To wydarzenie idealnie pasowało do aktualnej sytuacji.

Podumał przez chwilę, po czym wstał, wołając pomocników. Należało szybko ułożyć plan i wysłać do pracy szeptacza i agenta terenowego.

 

***

Sir Her­bert Nigel Gre­sley sie­dział w skó­rza­nym fo­te­lu, od­dzie­lo­ny bla­tem biur­ka od prze­krzy­ku­ją­cych się przed­sta­wi­cie­li władz mia­sta, kom­pa­nii Lon­don and North Eastern Ra­il­way i kilku dzien­ni­ka­rzy, za­wzię­cie skro­bią­cych pió­ra­mi w no­tat­ni­kach. Któ­ryś z nich roz­wi­nął mie­szek, wy­su­wa­jąc obiek­tyw. Szyb­ko wci­snął spust mi­gaw­ki, zer­ka­jąc, czy nikt nie za­uwa­żył. Sam Nigel Gre­sley mil­czał, usi­łu­jąc w tym roz­gar­dia­szu ze­brać myśli. W końcu po­pra­wił klapy twe­edo­wej ma­ry­nar­ki, prze­cze­sał pal­ca­mi siwe włosy i po­wo­li wstał. Uniósł ręce w uci­sza­ją­cym ge­ście.

– Pa­no­wie, tro­chę po­wa­gi – po­wie­dział spo­koj­nym tonem. – Wiem, że sy­tu­acja jest niespotykana. Nie je­stem w chwi­li obec­nej w sta­nie od­po­wie­dzieć na py­ta­nie „dla­cze­go”. Nie wiem. Po pro­stu nie wiem, dla­cze­go lo­ko­mo­ty­wa zje­cha­ła z szyn bez wy­ko­le­je­nia się, gu­biąc tylko kilka wa­go­nów. Nie wiem, dla­cze­go jeź­dzi po kraju bez ładu i skła­du. Nie wiem, dla­cze­go w ogóle je­dzie, skoro ni­g­dzie nie za­trzy­mu­je się, żeby uzu­peł­nić za­pa­sy pa­li­wa i wody. A te, wedle naj­lep­szych ob­li­czeń, po­win­ny skoń­czyć się wczo­raj przed po­łu­dniem. Mogę je­dy­nie za­pew­nić, że cała ta sy­tu­acja nie wy­ni­ka z błę­dów pro­jek­to­wych. Kładę na szali całą swoją re­pu­ta­cję i po­wta­rzam – oświad­czam, że w pro­jek­cie nie było żad­nych błę­dów.

– To może pro­du­cent coś po­my­lił i źle po­skła­dał, lub jego lu­dzie za­żar­to­wa­li? – rzu­cił py­ta­nie jeden z pi­sma­ków.

– To po­twarz! – wy­krzy­czał po­czer­wie­nia­ły na twa­rzy dy­rek­tor za­kła­dów. – Od wielu lat bu­du­je­my pa­ro­wo­zy, nie my­li­my się przy tym. Nasi in­ży­nie­ro­wie i ro­bot­ni­cy są do­świad­czo­ny­mi i po­waż­ny­mi ludź­mi. Nigdy, po­wta­rzam nigdy, nie było wy­pad­ku z winy na­szych ma­szyn!

– Więc po­zo­sta­je ob­słu­ga! Prze­cież po­ciąg nie może sobie jeź­dzić sam, na Boga!

Dy­rek­tor per­so­nal­ny LNER tylko wzru­szył fleg­ma­tycz­nie ra­mio­na­mi.

– Ra­czej mało praw­do­po­dob­ne. Wszy­scy trzej zo­sta­li sta­ran­nie wy­bra­ni i mogę za­pew­nić, że to od­po­wie­dzial­ni pra­cow­ni­cy.

Któ­ryś z dzien­ni­ka­rzy zadał fra­pu­ją­ce wszyst­kich py­ta­nie:

– Czy były ja­kieś próby za­trzy­ma­nia po­cią­gu?

Za­pa­dła cisza. Wszyst­kie oczy skie­ro­wa­ły się na pre­ze­sa. Ten wes­tchnął cięż­ko i od­po­wie­dział:

– Ow­szem, były. Wszyst­kie nie­sku­tecz­ne.

– Jakie, na przy­kład?

– Pró­bo­wa­li­śmy na pod­sta­wie in­for­ma­cji te­le­fo­nicz­nych i te­le­gra­ficz­nych prze­wi­dzieć trasę i sta­wiać ba­ry­ka­dy, które miały za za­da­nie za­trzy­mać skład. Część z nich zo­sta­ła omi­nię­ta, a część znisz­czo­na, gdy lo­ko­mo­ty­wa w nie wje­cha­ła.

– Ale… – za­jąk­nął się ktoś. – W zde­rze­niu mogli zgi­nąć lu­dzie, za­ło­ga…

–  Zda­je­my sobie z tego spra­wę, na­praw­dę. Jed­nak sy­tu­acja, na­szym zda­niem, wy­ma­ga po­świę­ceń…

Nie dano pre­ze­so­wi do­koń­czyć. W ga­bi­ne­cie po­now­nie za­pa­no­wał gwar. I znów sir Gre­sley mu­siał wszyst­kich mi­ty­go­wać.

– Pa­no­wie, w taki spo­sób nie doj­dzie­my do ni­cze­go i nie roz­wią­że­my pro­ble­mu. Panów dzien­ni­ka­rzy za­pra­szam do wyj­ścia, i bez pro­te­stów, pro­szę, a po­zo­sta­łych do ja­dal­ni. Tam się wszy­scy po­mie­ści­my, wy­god­nie usią­dzie­my. I po­my­śli­my spo­koj­nie przy szkla­necz­ce whi­sky.

Wstając od biurka i zgarniając plik dokumentów, skinął na nowego majordomusa, stojącego skromnie w kącie pokoju, by wydał służbie odpowiednie polecenia.

 

***

We dwóch wy­pi­li ostatnie piwo i zjedli po kanapce, jedną zostawiając Sidowi. Inspektor nie dołączył i nawet nie odpowiedział na zaproszenie. Wciąż tylko mamrotał, jakby zapomniał o całym świecie. Gdy Bray nachylił się do towarzysza z jedzeniem, odniósł wrażenie, że ten z kimś rozmawia. Staruszkowi najwyraźniej nerwy odmawiały już posłuszeństwa.

Po posiłku Tho­mas chciał wy­rzu­cić pustą bu­tel­kę na ze­wnątrz, ale nagle ożywiony Sid zła­pał go za rękę i po­wstrzy­mał.

– Mam po­mysł – po­wie­dział gło­śno, a w my­ślach dodał: “Po­darowali mi go Anio­ło­wie, w od­po­wie­dzi na mo­dli­twę. Wszystko już ustalili”.

Wyjął z kie­sze­ni notes i ołó­wek, z któ­ry­mi nigdy się nie roz­sta­wał. Na wy­rwa­nej kart­ce za­pi­sał kilka słów. Krót­ki ko­mu­ni­kat.

 

„Ży­je­my. Nie ma węgla, nie ma wody. Nie mamy żad­nej kon­tro­li nad lo­ko­mo­ty­wą. Jakby sam sza­tan ją opę­tał. Po­móż­cie nam.

Dud­ding­ton, Bray, Jen­kins”

 

Zwi­nął li­ścik w ru­lo­nik i wci­snął do pu­stej bu­tel­ki.

– Teraz tylko trze­ba po­cze­kać, aż bę­dzie­my mijać jakąś miej­sco­wość.

Nie cze­ka­li długo, bo Mal­lard po kilku chwi­lach sza­lo­nej za­ba­wy wśród pól, wje­cha­ła mię­dzy za­bu­do­wa­nia Wor­ce­ster. Au­to­mo­bi­le, ucie­ka­jąc z drogi po­two­ra, trą­bi­ły na roz­bie­ga­ją­cych się w pa­ni­ce ludzi.

Na wy­so­ko­ści ra­tu­sza in­spek­tor Jen­kins wy­rzu­cił z lo­ko­mo­ty­wy bu­tel­kę z li­stem, mając nadzieję, że, zgodnie z obietnicą, ktoś ra­czy zwró­cić na nią uwagę.

 

***

David Mach świę­to­wał otwar­cie wy­sta­wy w The Hall Gal­le­ry w Wor­ce­ster. Roz­po­czy­na­ją­cy wer­ni­saż per­for­man­ce udał się zna­ko­mi­cie. Ban­kiet też był ni­cze­go sobie. Świet­ne pod­su­mo­wa­nie pierw­szej po­ło­wy ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­te­go siód­me­go roku. A teraz Mach po pro­stu spa­ce­ro­wał po sta­rów­ce, cie­sząc się odro­bi­ną sa­mot­no­ści i cie­płą aurą. Z chę­cią za­mie­nił spodnie w kant na ob­szar­pa­ne szor­ty, a ele­ganc­kie trze­wi­ki na tramp­ki. Lubił się tak wy­rwać z ofi­cjal­nej czę­ści im­pre­zy i wto­pić w tłum. W pew­nym mo­men­cie spo­kój za­kłó­ci­ła bu­tel­ka, która po­ja­wi­ła się nie wia­do­mo skąd i roz­bi­ła na bruku pod no­ga­mi rzeź­bia­rza. Ten pew­nie zi­gno­ro­wał­by ją, jak wiele in­nych w piąt­ko­wy wie­czór, jed­nak szkło było nieco nie­ty­po­we, a i spo­mię­dzy odłam­ków za­świe­ci­ła bielą kart­ka pa­pie­ru.

Za­cie­ka­wio­ny David schy­lił się i roz­wi­nął pach­ną­cy piwem rulon.

Ulica znik­nę­ła w bia­łym opa­rze, po­wie­trze za­fa­lo­wa­ło.

 

***

Gdy z dzi­wacz­nym li­stem sprzed ponad pół wieku w dłoni David zna­lazł się nie wia­do­mo jak przed domem sir Gre­sleya, prze­żył praw­dzi­wy szok. W jed­nej chwi­li błą­kał się po sta­rów­ce Wor­ce­ster, z rę­ka­mi w kie­sze­niach krót­kich spodni, a w na­stęp­nej stał na scho­dach edyn­bur­skiej re­zy­den­cji, na wprost ma­jor­do­mu­sa w nie­na­gan­nej li­be­rii, który tkwił przy wejściu bez ruchu jak posąg. „Lep­szy niż warta pod Pa­ła­cem Buc­kin­gham” – prze­mknę­ło ar­ty­ście przez myśl.

Mach ro­zej­rzał się do­ko­ła i ze zdzi­wie­niem za­uwa­żył na żwi­ro­wym pla­cy­ku kilka przed­wo­jen­nych sa­mo­cho­dów. Sta­ro­mod­nie ubra­ny szo­fer z uwagą po­le­ro­wał jeden z nich. Skra­jem traw­ni­ka prze­mknę­ła po­ko­jów­ka w dłu­giej, czar­nej sukni, bia­łym far­tusz­ku i czep­ku, skry­wa­ją­cym włosy.

– Khm. Sir, nie chciał­bym prze­szka­dzać w kon­tem­plo­wa­niu po­sia­dło­ści, ale spra­wa jest dość pilna i zanim za­anon­su­ję pana sir Gre­sley­owi, chciał­bym przed­sta­wić panu sy­tu­ację i wy­ja­śnić kilka szcze­gó­łów.

– Że co? Zna­czy, słu­cham? – Szyb­ko po­pra­wił się David, wi­dząc znie­sma­czo­ne spoj­rze­nie. – Czy to zna­czy, że to pan mnie tu ścią­gnął? Jak?

– W rze­czy samej, sir. – Ma­jor­do­mus nie dał po sobie po­znać w ja­ki­kol­wiek spo­sób, że razi go spo­sób wy­sła­wia­nia się Szko­ta. – Pro­szę nie pytać, jak. Wo­lał­bym, aby po­zo­sta­ło to moją ta­jem­ni­cą. Pro­szę za mną, po dro­dze wy­ja­śnię, co tylko będę mógł. I dam panu odzie­nie przy­sta­ją­ce dżen­tel­me­no­wi. W tych… – za­wa­hał się na uła­mek se­kun­dy – tym stro­ju nie może się pan po­ka­zać w to­wa­rzy­stwie. 

Od­wró­cił się i wszedł do wnę­trza re­zy­den­cji. Słoń­ce wyj­rza­ło zza chmu­ry i David mógł­by przy­siąc, że od­bi­ło się per­ło­wym bla­skiem od ete­rycz­nych lotek. Prze­tarł oczy, po­trzą­snął głową i osta­tecz­nie uznał, że ma­jor­dom nie może prze­cież mieć skrzy­deł i mu­sia­ło mu się coś przy­wi­dzieć. Albo to efekt wy­pi­te­go na wer­ni­sa­żu szam­pa­na.

Po go­dzi­nie, z głową hu­czą­cą od fra­pu­ją­cych in­for­ma­cji, w ubra­niu, w jakim wi­dy­wał wła­sne­go dziad­ka na sta­rych ro­dzin­nych fo­to­gra­fiach, szedł wy­ło­żo­nym dy­wa­nem ko­ry­ta­rzem. Prag­ma­tycz­ny umysł usi­ło­wał za­ne­go­wać i od­rzu­cić nie­lo­gicz­ne wy­wo­dy ma­jor­do­ma, ale to ar­ty­stycz­na dusza zwy­cię­ży­ła w po­je­dyn­ku. Ze­pchnę­ła wąt­pli­wo­ści głę­bo­ko w pod­świa­do­mość i ra­do­wa­ła się udzia­łem w tak nie­praw­do­po­dob­nym przed­się­wzię­ciu.

Dawid, od­po­wied­nio przy­go­to­wa­ny i za­anon­so­wa­ny, wkro­czył do ga­bi­ne­tu go­spo­da­rza domu. Roz­po­czę­ła się na­ra­da.

 

***

 Naj­pierw w całym kraju roz­kle­ko­ta­ły się te­le­gra­fy. A zaraz potem w róż­nych, czę­sto dziw­nych miej­scach, za­czę­li po­ja­wiać się lu­dzie z trans­pa­ren­ta­mi. Wy­pa­try­wa­li zbun­to­wa­nej lo­ko­mo­ty­wy.

Wresz­cie po­ja­wi­ła się w oko­li­cach Il­min­ster, nie­zmor­do­wa­nie pę­dząc na po­łu­dnie. Trans­pa­ren­ty po­szły w górę. A trzy­ma­ją­cy drzew­ce sa­dow­ni­cy i chło­pi mo­dli­li się w my­ślach, aby ma­szy­ni­sta je zo­ba­czył.

Zo­ba­czył. Już od dłuż­sze­go czasu Jo­seph wpa­try­wał się z rezygnacją i bez­myśl­nie w mi­ja­ne kra­jo­bra­zy. Aż spo­strzegł zbli­ża­ją­cą się szyb­ko grup­kę ludzi z bia­ły­mi ta­bli­ca­mi, unie­sio­ny­mi wy­so­ko nad gło­wa­mi. A na nich na­pi­sy: „RE­KORD NIE PO­BI­TY”, „TRZE­BA PO­WTÓ­RZYĆ”.

To­wa­rzy­sze nie zdą­ży­li prze­czy­tać ko­mu­ni­ka­tów, więc mu­sie­li uwie­rzyć w słowa ma­szy­ni­sty. A przy­cho­dzi­ło im to z tru­dem, tym bar­dziej, że nie po­tra­fi­li zro­zu­mieć la­ko­nicz­nej i ta­jem­ni­czej tre­ści.

– Prze­cież na wła­sne oczy wi­dzia­łem – mru­czał pod nosem in­spek­tor. – Osią­gnę­li­śmy sto dwa­dzie­ścia sześć mil na go­dzi­nę… Po­bi­li­śmy Niem­ców o… niech po­li­czę… o pra­wie trzy ki­lo­me­try po ich­nie­mu…

Po­grą­żo­ny w roz­my­śla­niach, nie za­uwa­żył de­li­kat­nej zmia­ny w jeź­dzie. Nie­re­gu­lar­ne wi­bra­cje, niby dresz­cze, wy­czu­li jed­nak nie­mal na­tych­miast po­zo­sta­li człon­ko­wie za­ło­gi.

Na tra­sie Mal­lar­da po­ja­wi­ła się ko­lej­na grup­ka z iden­tycz­ny­mi trans­pa­ren­ta­mi. Tym razem zmia­na była dia­me­tral­na. Lo­ko­mo­ty­wa, z prze­raź­li­wym gwiz­dem, od któ­re­go niebo za­czer­ni­ło się ucie­ka­ją­cym z oko­li­cy ptac­twem, gwał­tow­nie przy­ha­mo­wa­ła i bar­dzo ostro, jak na ta­kie­go ko­lo­sa, zmie­ni­ła kie­ru­nek jazdy. Męż­czyź­ni w środ­ku po­przew­ra­ca­li się na pod­ło­gę. Pa­ro­wóz ru­szył w stro­nę Lon­dy­nu.

Tho­mas, do­świad­czo­ny pa­lacz i mi­ło­śnik kolei, od­niósł wra­że­nie, że teraz lo­ko­mo­ty­wa sapie gniew­nie, a cała wcze­śniej­sza ra­dość gdzieś znik­nę­ła.

 

***

Nikt nie wie­dział, jakim cudem przedar­ła się na Kings Cross, gdzie nie przy­sta­nę­ła nawet na chwi­lę, wta­cza­jąc się na linię szyn. Zmę­cze­ni dzi­wacz­ną po­dró­żą męż­czyź­ni nawet nie mieli szan­sy wy­siąść. A w biegu, gdy pręd­kość prze­kra­cza­ła sto mil na go­dzi­nę, po pro­stu bali się wy­ska­ki­wać.  

Po raz drugi więc, tego sa­me­go lipca ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­ste­go ósme­go roku, pę­dzi­li z Lon­dy­nu do Edyn­bur­ga po re­kord. Tym razem jed­nak nie czuli pod­nie­ce­nia i dresz­czy­ku emo­cji. Już wy­jeź­dzi­li się z tą ko­smicz­ną dla nich pręd­ko­ścią po pra­wie całej Wy­spie. Spo­wsze­dnia­ła im.

In­spek­tor po­now­nie wci­snął się w kąt przy wy­ga­słym pa­le­ni­sku, a Tho­mas i Jo­seph za­ję­li miej­sca przy oknach, wy­pa­tru­jąc. Sami nie wie­dzie­li, czego, ale nie spusz­cza­li oczu z torów i oko­lic.

Tuż za sto­li­cą po­ja­wi­ły się pierw­sze trans­pa­ren­ty. Napis był tylko jeden: „SKACZ­CIE DO WODY”. Był jesz­cze mniej zro­zu­mia­ły od po­przed­nich. Co kilka mil ko­mu­ni­kat się po­wta­rzał. Męż­czyź­ni de­ba­to­wa­li, sie­dząc bli­sko sie­bie na drżą­cej w rytm stu­ko­tu kół pod­ło­dze. Po­ko­na­li kilka mo­stów, ale nie ru­szy­li się z miej­sca.

W końcu w Pe­ter­bo­ro­ugh, Jo­seph z duszą na ra­mie­niu i gło­śno prze­ły­ka­jąc ślinę, sta­nął przy drzwiach. Wy­star­czy­ło, że zer­k­nął na ze­wnątrz i z prze­ra­że­niem w sze­ro­ko otwar­tych oczach, gwał­tow­nie cof­nął się do wnę­trza ka­bi­ny. Klap­nął na pod­ło­gę.

– Co? – za­py­tał Tho­mas.

Ma­szy­ni­sta nie umiał wy­du­sić w pierw­szej chwi­li słowa, więc tylko po­ki­wał głową. Na­brał w płuca po­wie­trze, przy­trzy­mał je przez chwi­lę i z gło­śnym ję­kiem wy­pu­ścił.

– Most. Był czę­ścio­wo ro­ze­bra­ny – za­czął sła­bym gło­sem. – Je­dzie­my przez nie­kom­plet­ny most! Nie wiem kiedy, ale zdą­ży­li zdjąć ba­rie­ry.

Tho­mas ze­rwał się na nogi i wy­chy­lił, spo­glą­da­jąc wstecz na nik­ną­cą już w dali prze­pra­wę przez Nene. Od­wró­cił się do to­wa­rzy­szy.

– Nie wiem, co oni szy­ku­ją, ale skoro wło­ży­li w to tyle wy­sił­ku, że po­roz­bie­ra­li mosty po dro­dze do Edyn­bur­ga, to mu­si­my ska­kać.

– Nie umiem pły­wać – za­pro­te­sto­wał, bled­nąc, in­spek­tor Jen­kins.

– Nie mamy wyj­ścia. Po­mo­że­my ci, panie Jenkins. Prze­cież mu­si­my się trzy­mać razem.

Na od­wa­gę osta­tecz­nie ze­bra­li się w Ne­wark i trzy­ma­jąc się za ręce, tro­chę wza­jem­nie cią­gnąc, tro­chę po­py­cha­jąc, z okrzy­ka­mi grozy sko­czy­li w nurt Tren­tu.

Po obu stro­nach mostu krą­ży­ło kilka łodzi. Ob­sa­da sza­lo­nej lo­ko­mo­ty­wy naj­wy­raź­niej była ocze­ki­wa­na na każ­dej z rzek na szla­ku do sto­li­cy Szko­cji.

 

***

David z eks­cy­ta­cją kie­ro­wał pra­ca­mi w Dar­ling­ton. Nie pró­bo­wał już zro­zu­mieć co się tak na­praw­dę stało ani czym jest za­gad­ko­wa sub­stan­cja, którą otrzy­mał od ma­jor­do­mu­sa z poleceniem dodania do spoiwa. Nie­moż­li­wą do za­spo­ko­je­nia cie­ka­wość za­stą­pił ra­do­ścią two­rze­nia. Sto osiem­dzie­siąt pięć ty­się­cy ce­gieł zwo­zi­ły cię­ża­rów­ki, jedna za drugą. Ponad sto pięć­dzie­siąt me­trów sze­ścien­nych be­to­nu, zmie­sza­ne­go z ta­jem­ni­czym skład­ni­kiem, cze­ka­ło na uży­cie. Rzeź­biarz cały plan miał w gło­wie, więc nie mu­siał zer­kać na pa­pie­ry. Te jed­nak trzy­mał w dło­niach, by móc po­ka­zy­wać maj­strom. Ta­kie­go tu­ne­lu i gi­gan­tycz­nej ścia­ny jesz­cze nigdy nie bu­do­wa­li. I nigdy ni­cze­go nie bu­do­wa­li w takim tem­pie.

Presja odbiła się na zachowaniu niektórych z robotników. David i brygadzista kilkukrotnie musieli rozdzielać kłócących się mężczyzn. Aż w końcu żaden nie zdążył na czas i pchnięty przez kolegę murarz wpadł na świeżo postawioną ścianę.

Brygadzista zatrzymał się w pół kroku, z ustami otwartymi do okrzyku, który uwiązł w gardle. Nie wiedział, czy ma wierzyć własnym oczom, czy nie.

Plastyczna zaprawa spowodowała, że mur ugiął się pod ciężarem niczym membrana i otulił człowieka. Cegły przylgnęły do wygiętych pleców, owinęły się wokół ramion. Ktoś podbiegł i mocnym szarpnięciem za kapotę wyrwał kamrata. Zgromadzeni usłyszeli trzask dartego materiału kurty, do której tyłu przykleił się dziwaczny mur. Jeszcze przez chwilę pozostał w nim ludzki kształt. A potem rozciągliwa przegroda wyprostowała się.

 

***

Pę­dzi­ła po to­rach, wście­kle młó­cąc kor­bo­wo­da­mi. Stu­kot kół na łą­cze­niach szyn za­mie­nił się w jed­no­li­ty jęk stali. Ucho­dzą­cy z ko­mi­na biały dym spo­wi­jał tył lo­ko­mo­ty­wy i oca­la­łe dwa wa­go­ny, niby welon bie­gną­cą ku szczę­ściu pannę młodą. Ona jed­nak bie­gła ku koń­co­wi, który cze­kał na zie­lo­nych przed­po­lach Dar­ling­ton.

Z da­le­ka wi­dzia­ła rudy mur. Nie przej­mo­wa­ła się nim. Po­ko­na­ła już prze­cież wiele ba­rier. Trochę wysuszonej gliny nie mogło jej za­trzy­mać. Gwizd­nę­ła prze­cią­gle i wje­cha­ła mię­dzy ścia­ny. Dobrze wypalone wiśniówki po­sy­pa­ły się na wa­go­ny, przy­kle­ja­jąc się do nich.

Ude­rzy­ła pełną mocą w po­sta­wio­ną na szla­ku ścia­nę. Lecz prze­szko­da nie roz­pa­dła się, bu­du­lec nie roz­sy­pał. Miast tego otu­lił ją szczel­nie, be­to­no­wym spo­iwem za­kle­ja­jąc wią­za­ry i sta­wi­dła, od­gra­dza­jąc je od świa­ta po­wło­ką z cegieł. Za­zgrzy­tał metal, gdy unie­ru­cho­mio­ne koła siłą roz­pę­du śli­zga­ły się po szy­nach. Ostat­ni świst za­brzmiał ża­ło­śnie, stłu­mio­ny ela­stycz­ną ścianą.

Bu­dow­ni­czo­wie ucie­ka­li w po­pło­chu na boki, by z dala ob­ser­wo­wać za­trzy­ma­nie po­cią­gu. Tylko David, z sze­ro­kim uśmie­chem na ustach i bły­skiem w nie­bie­skich oczach, stał na to­rach. Serce mu się ra­do­wa­ło, gdy ob­ser­wo­wał za­sty­ga­ją­cy w cegle kształt Mal­lar­da. Nawet chmu­ry dymu zo­sta­ły uwię­zio­ne pod czer­wo­nym ca­łu­nem.

Po­ko­na­na lo­ko­mo­ty­wa za­sty­gła w osta­tecz­nym bez­ru­chu tuż przed ar­ty­stą, skryta wewnątrz zastygłej nagle budowli.

David Mach ro­ze­śmiał się gło­śno.

 

***

David Mach ro­ze­śmiał się gło­śno i zaraz umilkł pod gniew­nym spoj­rze­niem lorda Pa­lum­bo z Wal­bro­ok, który wła­śnie koń­czył prze­mo­wę.

– …dzień, dwu­dzie­sty trze­ci czerw­ca ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­te­go siód­me­go roku, uro­czy­ście od­sła­niam „Ce­gla­ny po­ciąg”, au­tor­stwa ar­ty­sty Da­vi­da Macha, bę­dą­cy hoł­dem dla na­szej bo­ga­tej hi­sto­rii ko­lej­nic­twa. Sza­now­ny autor nawet ubrał się w strój z epoki na tę oka­zję, jak widzę – dodał nie­za­pla­no­wa­nie.

David ukło­nił się z gra­cją zgro­ma­dzo­nej pu­blicz­no­ści. A lord jed­nym, wy­tre­no­wa­nym ru­chem, po­cią­gnął skraj ol­brzy­mie­go płót­na skry­wa­ją­ce­go rzeź­bę. Ma­te­riał spły­nął na zie­mię od­sła­nia­jąc do­sko­na­le od­da­ny kształt  Gre­sley "Mal­lard" A4.

 

***

Rok po odsłonięciu rzeźby David prze­jeż­dżał przez Dar­ling­ton i z chę­cią za­trzy­mał się na mały po­stój przy Po­cią­gu. Z sa­tys­fak­cją ob­ser­wo­wał, jak dzie­ci z miej­sco­wej szko­ły bie­ga­ły do­ko­ła i wspi­na­ły się na plat­for­mę wi­do­ko­wą.

Jakaś dziew­czyn­ka sta­nę­ła obok niego.

– A wie pan, że w po­cią­gu miesz­ka­ją nie­to­pe­rze?

– Na­praw­dę? – Zdzi­wił się szczerze. – Jakim cudem? Prze­cież to lita ścia­na.

– Pani nam w szko­le mó­wi­ła, że po­ciąg jest tak zbu­do­wa­ny, że mię­dzy ce­gieł­ka­mi mogą za­miesz­kać nie­to­pe­rze. I one cza­sem pisz­czą. Sama sły­sza­łam.

– Nieprawda! To gwiżdże lokomotywa! Fiuuu! – spróbował zagwizdać płowowłosy chłopiec, który przybiegł za dziewczynką. – Jest zła, że jest tam uwięziona w środku. 

– Nietoperze!

– Suzan, Adamie, nie prze­szka­dzajcie panu, bie­gnijcie szyb­ko do grupy. – Opie­kun­ka zgar­nę­ła sprzeczające się dziec­i, posyłając Davidowi przepraszający uśmie­ch. – Ach, ta dziecięca wyobraźnia. 

Mach tylko ski­nął ze zrozumieniem głową, wspominając niecodzienną technikę stworzenia rzeźby. 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Fajny tekst. Spodobał mi się pomysł na oryginalne zmieszanie czarów i rzeczywistości, współczesności i przeszłości. No i walor edukacyjny nie do przecenienia – wcześniej nie słyszałam o Machu, więc się czegoś dowiedziałam.

Poza tym – trzymało w napięciu. :-)

Misie i obstawiam, że Adamowi też.

Babska logika rządzi!

Wolumin wylądował na blacie… Wszystko pięknie, tylko czemu drugi rozdział wszystko zdradza?

Pozdrówka.

W tym przypadku mogłaś obstawiać w ciemno, że Adamowi też.

<><><>

Ten rekord dość często jest kwestionowany. Ustanowiony został na odcinku lekko bo lekko, ale jednak nachylonym, co skutkowało dodatkową składową przyspieszającą bieg pociągu, poza tym “Kaczor” z trudem dojechał do Peterborough, gdyż podczas tej szalonej jazdy przegrzały się łożyska korbowodów, co wystawia nienajlepsze świadectwo konstrukcji – przeciwnie do niemieckiej BR 05, prowadzącej “Latającego Hamburczyka” ze średnią prędkością 200, 4 km/godz…

<><><>

Tak czy tak, miks faktów z fantastyką, miks zakończony pomnikiem dumy brytyjskich kolei, naprawdę misię. Łącznie z rzeczonym pomnikiem, dodam.

A dedykacją czuję się zaszczycony. Research trochę pracy wymagał…

Skoro Adamowi też, to czemu nie kliknął, a?

Babska logika rządzi!

O! Goście! Pozwolicie, że po kolei :)

 

Finklo, dziękuję pięknie za miłe słowa i punkcik. Cieszę się bardzo, że się podobało.

 

Rogerze, ale czy zdradził aż takie “wszystko-wszystko”? Troszkę wytłumaczył, ale raczej chyba genezę niż zakończenie.

 

Adamie, przyznaję, że ten reasearch bardzo mnie wciągnął i sprawił samą przyjemność. Dowiedziałam się przy okazji kilku ciekawych rzeczy. Co do niuansów rekordu – owszem, ale gdybym chciała je uwzględniać, to zepsułyby zamysł i zabawę. I uff – bo wprawdzie nadzieja była, ale i tak się bałam, czy lektura Cię usatysfakcjonuje. Cieszę się, że trafiłam :)

 

Edycja.

Finklo, dziękuję też za polecankę :)

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

“Kolejny wolumin wylądował blacie.” Na blacie… Na blacie…

To znaczy tak – początek był interesujący, bo od razu dawał zapowiedź tajemnicy. Ciekawej. Ciekaw byłem, jak zostanie wyjaśniona. Drugi rozdział z miejsca ostudził moją ciekawość. Ach, kolejna opowieść o ingerencji kogoś tam w aktualną teraźniejszość.

Kolejne rozdziały nie przyniosły rozwiązania tajemnicy, czemu lokomotywa bez węgla, wody i pary pędziła sobie po łąkach, polach i drogach  jak szalony ogier w pogoni za klaczą w rui.  I nie dały odpowiedzi na informacje z rozdziału drugiego.  Potem to samo – bohater spotkał się z majordomusem, potem z jego pryncypałem,  gdzieś chyba się przeniósł… W czasie? No… Typowo portalowe.

Zgrabnie napisana opowieść, początek interesujący, ale bardziej jest to pisanie dla pisania, niż coś do końca naprawdę przemyślanego.  

Pozdrówka

Roger, z tym brakiem przemyśleń to pojechałeś.

Kolejne rozdziały nie przyniosły rozwiązania tajemnicy, czemu lokomotywa bez węgla, wody i pary pędziła sobie po łąkach, polach i drogach  jak szalony ogier w pogoni za klaczą w rui.

Chyba nieuważnie czytałeś. W części, którą krytykujesz, zostało to wyjaśnione: ktoś wypuścił na świat bestię ożywiającą przedmioty. OK, wszystkotłumacząca magia, ale Autorka nie zaznaczała, że to SF. A dlaczego akurat ta lokomotywa postanowiła poszaleć? Z radości, że pobiła rekord. Dalsza część tekstu wyjaśnia, w jaki sposób sytuacja została opanowana z minimalną ingerencją w już zapisaną historię. Przyszłą i przeszłą. Uważam, że Autorka zgrabnie powiązała problem ze współczesną sztuką i musiała wszystko porządnie przemyśleć.

Śniąca, gdzieś tam masz literówkę w “Edynurgu”.

Babska logika rządzi!

Dzięki za wyjaśnienie. Właśnie o to idzie – ktoś coś wypuścił, to coś ożywia przedmioty, ale kto i po co? Może ten główny kancelarysta? Ta główna tajemnica nie została nijak wyjaśniona. Nawet nie został zarysowany trop do je odgadnięcia.

Nie twierdzę, że opowieść jest źle napisana. Jest napisana zgrabnie, miejscami nawet urokliwie, tyle, że  po prostu nie ma wyrazistego zamiaru narracyjnego. Jakiś wątek typowo portalowy, nieco naiwny, służy za osnowę fabuły. Wszystko.

Miło było. Pozdrówka.

Po opuszczeniu Edynurga po prostu zeskoczyła w jakiejś mieścinie z torów,

Bardzo ciekawa opowieść i pomieszanie rzeczywistości z fantazją. Aż sobie sprawdziłam niektóre rzeczy.  Bardzo dobre czytadło.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Typowo portalowy wątek.

Powiedzmy, że tak, typowo.

Kiedy napiszesz recenzję z powieści Kinga, stwierdzając w tejże recenzji, że fabuła, że tempo narastania napięcia, sposób odsłaniania tajemnicy i sama tajemnica typowo “Kingowe”?

Dzięki, Finklo, już poprawiłam zaplątaną łajzę.

Rogerze, jest tak jak napisała Finkla. Nie wiem, czy powinnam się tłumaczyć, ale w sumie przyznam, że bez tego fragmentu i jeszcze kilku innych drobniejszych, teraz praktycznie nie rzucających się w oczy elementów, opowieść była zbyt niejasna i tajemnicza – tak twierdziły Bety. Bo w zamyśle w trakcie “akcji” nic nie miało być wprost wyjaśniane, a pewna tajemnica od początku jest zamierzona. Jeśli kiedyś odważę się zasiąść do SF (takiego prawdziwego na poważnie), to będzie do bólu logiczne i klarownie (taki mam zamysł). Póki co pisuję teksty z gatunku “innych”, mniej lub bardziej przesączone magią i niedopowiedzeniami.

Uwierz mi, że włożyłam sporo wysiłku i pracy w kompozycję tego tekstu. Fakt, nie ma w nim prawd objawionych ani żadnego ważnego dla ludzkości przesłania, a intryga jest lekka. Nie taki był jego cel. Ma przynieść odrobinę radości czytelnikowi, rozrywki z okruchem wiedzy (i znów kłaniam się Finkli, że to dostrzegła :) ).

Jeśli tekst nie trafił w Twój gust, to z jednej strony mi przykro, ale z drugiej wiem, że wszystkim podobać się nie może – już o tym dyskutowaliśmy wielokrotnie :)

Jakkolwiek by się nasze gusta nie różniły, to dziękuję za komentarz. Cenny tym bardziej, że jeden z niewielu na już ponad dwadzieścia odwiedzin. Przynajmniej wiem, że jakoś cię ruszyło, skoro poczułeś się do napisania :)

 

Edycja.

Ja się rozpisałam, a tu już dalej dyskusja idzie. Rogerze, Kancelaria to wątek bardzo poboczny, służący raczej – może nie pełnemu, ale pewnemu wyjaśnieniu dlaczego lokomotywa pędzi, dlaczego Mach ratuje sytuację i dlaczego ceglana ściana zachowuje się tak, a nie inaczej.

 

Bemiczko, dziękuję :) Już poprawione.

 

Adamie, jeszcze raz dziękuję :)

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ma przynieść odrobinę radości czytelnikowi, rozrywki z okruchem wiedzy (i znów kłaniam się Finkli, że to dostrzegła :) ).

Jak mogłam nie dostrzec? Widzisz, dla mnie ten moment, kiedy coś tam sprawdzam (względnie sobie przypominam), następuje iluminacja i świat nagle staje się bardziej uporządkowany to frajda nie z tej ziemi. To jest to, co tygryski uwielbiają. A jeśli dowiaduję się czegoś potencjalnie użytecznego z beletrystycznych tekstów, to już przyjemność do kwadratu. Na “Katarze” Lema poznawałam podstawy prawdopodobieństwa i nigdy Mistrzowi tego nie zapomnę. :-)

Babska logika rządzi!

Tak sobie patrzę na nasze komentarze pod różnymi, nie tylko naszymi, tekstami i coraz bardziej dochodzę do wniosku, że jesteśmy bardzo podobne :) Podobnie lub wręcz tak samo widzimy pewne rzeczy, odgadujemy zamysły, rozumiemy treści :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zgadza się, Koleżanko Śniąca. :-)

I tak się rodzą legendy o TWA i KWA…

Babska logika rządzi!

Podobało mi się :)

“Ten westchnął ciężko i odpowiedział.

– Owszem, były. Wszystkie nieskuteczne.“

Jak na mój gust, po “odpowiedział” powinien być dwukropek.

 

“wtopić w zwykły tłum“ – mam wątpliwości co do tego, czy tłum jest zwykły albo niezwykły?

 

“…w następnej stał na schodach edynburskiej rezydencji, na wprost majordomusa w nienagannej liberii, który stał…“

 

“Brygadzista zatrzymał się wpół kroku“ – Raczej: w pół kroku

 

Śniąca, przeczytałam z zainteresowaniem, bo tematyka zdecydowanie nietuzinkowa, ale opowiadanie mimo wszystko nie pozostanie mi w pamięci. I nie jestem pewna, czy zrozumiałam wszystko z tym skakaniem przez czas i aniołami…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Szalenie zacna opowieść, bardzo dobra na zakończenie smutnego, deszczowego dnia. Przeczytałam z dużą przyjemnością – nic mi nie zgrzytało, niczego nie brakowało, wszystko było tam, gdzie powinno.

Jakkolwiek początkowo przypadek lokomotywy wyglądał bardzo tajemniczo, to w miarę czytania sprawa stawała się coraz bardziej zrozumiała, wątki wiązały się w spójną całość. Najbardziej podoba mi się to, że na koniec wszystkie cegiełki znalazły się na swoim miejscu, unaoczniając zdarzenie i dopełniając wizerunku najszybszej. ;-)

 

i prze­czy­tał wpis przy­szłych kro­ni­ka­rzy, ja­kie­go do­ko­na­ją w czerw­cu… – …i prze­czy­tał wpis przy­szłych kro­ni­ka­rzy, którego do­ko­na­ją w czerw­cu…

 

W jed­nej chwi­li błą­kał się sta­rów­ką Wor­ce­ster… – Raczej: W jed­nej chwi­li błą­kał się po sta­rów­ce Wor­ce­ster

 

Ach, ta dzię­cię­ca wy­obraź­nia. – Literówka.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie macie co robić po nocy w środku tygodnia? Zazdroszczę :)

 

Anet, miło mi :)

 

Jose, miło, że zajrzałaś, szkoda, że nie do końca podeszło.

 

Regulatorzy, bardzo się cieszę :)

 

Drogie Panie, poprawki naniosę za chwilę, jak tylko zasiądę do komputera.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Chociaż nie jestem pasjonatką historii kolejnictwa, muszę przyznać, że czytało się całkiem przyjemnie.

 

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Fleur, cieszę się, że było przyjemnie :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przeczytałem z przyjemnością. Ciekawy pomysł – edukacyjny. Nie znałem Davida Macha. Na plastyczną zaprawę i uginający się mur zrobiłem duże oczy – pozytywnie.

 

Kolejny wolumin wylądował +na blacie.

Teraz dopiero zaskoczyłam, o co chodziło Rogerowi z tym blatem! Chyba jednak trzeba mi takie usterki wskazywać jaśniej :) 

Dzięki, Blackburn. Cieszę się, że wyszło pozytywnie :) I mam nadzieję, że oczy wróciły już do właściwego rozmiaru ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo przyjemny tekst, do końca trzyma w niepewności.

Ja największe co widziałem do tej pory to Pt31-49, a najszybszy jakim jechałem to parowóz 18201 – tyle się znam :) Oczywiście miejsca niedopowiedzenia wypełniłem tym ostatnim modelem, bo dopiero po przeczytaniu poszukałem w googlach co i jak… ale mimo wszystko tekst bardzo mi się podobał.

 

F.S

Foloin, dziękuję za wizytę i cieszę się, że się :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

– Nie ma nic! – Palacz krzyczał – wydaje się, że powinno być “palacz”, od małej litery (bo dalej również jest małą, więc to nie nazwa własna; a tu mamy czynność “gębową”).

lokomotywa zjechała z szyn bez wykolejenia się, gubiąc tylko kilka wagonów. Nie wiem, dlaczego jeździ po kraju bez ładu i składu – wyjątkowo dwuznaczny (przez co, myślę, nietrafiony) związek frazeologiczny :) Bo skoro zostało zgubione kilka wagonów, to jednak jakiś skład pociągu został!

o prawie trzy kilometry po ichniemu… – to już lepiej było podać w milach na godzinę i nie pisać “po ichniemu”; nikt tak by nie powiedział we własnym kraju wśród rodaków

Mam też wątpliwości do zapisu słowa “Sir / sir” (w opku zapisane jest wielką literą) – http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/sir;3060.html

Co do teleportacji w piątkowe wieczory po schyleniu się pod stół w poszukiwaniu butelki… No, skądś to znam blush Pomysł z rozpędzoną, zbuntowaną ciuchcią jest fajniutki! W ogóle lubię pociągi – dopiero co na Bazyliszku ze trzy czy cztery pociągowe planszówki rozegrałem. A całość ni to fantastyka, ni szaleńcze wizje artysty. Swoją drogą ciekawe, ile szaleństwa musi mieć w sobie człowiek, by zostać artystą.

Fajnie się czytało, mile spędziłem kilka minut z opowiadaniem.

o prawie trzy kilometry po ichniemu… – to już lepiej było podać w milach na godzinę i nie pisać “po ichniemu”; nikt tak by nie powiedział we własnym kraju wśród rodaków

Tu się, Sirinie, nie zgodzę, bo w tej akurat sytuacji, gdzie podział na kilometry i mile jest bardzo istotny, takie przeliczanie wydaje się jak najbardziej na miejscu.

 

Generalnie, co Cieniu myśli, to Śpioszka już wie. Teraz skrócę zatem moje przemyślenia w sposób estetycznie minimalistyczny: dobre, bo ładne i ładne, bo dobre. Radość czytania.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

ile szaleństwa musi mieć w sobie człowiek, by zostać artystą

Moim zdaniem – dużo, w przeciwieństwie do rzemieślnika ;) 

 

Dziękuję za wizytę i miło, że czas na lekturze upłynął Ci przyjemnie. 

Co do palacza, przyznaję, że sama miałam wątpliwości, ale nikt mądrzejszy ode mnie wcześniej nic nie mówił, to zostało. 

Co do ładu i składu – nie o ten “skład” w tym chodzi, ale o brak sensu :) 

Fakt, sama się zaplątałam w prędkościach i miarach, bo reasearch robiłam w dwu językach i jednostkach. Poprzeliczam po ludzku i poprawię.

Co do “sir”– fakt, też zaraz poprawiam. 

 

A w które pociągowe planszówki grałeś? 

 

Edytka :) 

I Cieniu się pojawił :) Tak, wiem, co myśli :)  I jeszcze raz dziękuję za wszystko, w tym za wsparcie duchowe, bo wiesz jak blisko tekst był kosza :) 

Czyli zostawić te mile i kilometry?

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zostawić!

 

podpisano,

Piąta Siła

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ach, więc to Ty! 

Skoro Piąta Siła tak mówi, tak będzie :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nawet na Woodstocku znalazłem chwilę na Internety i zrobiłem, co do mnie należy.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jak kiedyś sukienkę założę, to mi przypomnij, że mam dygnąć pięknie w podzięce :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A ja bym jednak zmienił na mile! :)

 

A w które pociągowe planszówki grałeś? 

Colt Express (jest świetna!), Wsiąść od pociągu (wersja z Europą, wersja z Ameryką) i było coś jeszcze, ale tytułu nie pamiętam. Przyjemne towarzyskie gry :)

Miło stwierdzić na podstawie liczby komentarzy, że tekst wzbudza zainteresowanie, a nawet emocje.

Co do przeliczeń: odpuść te kwestię, bo o ile dane o rekordzie BR05 powtarzają się (200,4 km/h), o tyle dane o rekordzie Mallarda nie pokrywają się – od 202,0 km/h przez 202,4 do 202,7 km/h.

Jedno popraw – wartość różnicy prędkości…

<><><>

A tam, planszówki… “zapuść” Trainz Railroad Simulator 2004, wzbogacony o tabor, sygnalizatory, budowle, zbuduj trasę, właściwie trzy, krzyżujące się, a potem uwarunkuj ponad sto semaforów i zwrotnic, ustal rozkłady jazdy…

Miło stwierdzić na podstawie liczby komentarzy, że tekst wzbudza zainteresowanie, a nawet emocje.

A tam, poniżej setki to się nie liczy… Dajesz, Śniąca, dajesz! ;-)

Babska logika rządzi!

Adamie, różnica wartości – wiem, że bliższa dwójce, niż trójce, ale z premedytacją w wypowiedzi inspektora użyłam tej drugiej. To takie podbudowanie własnej wartości – “prawie trzy” brzmi lepiej niż “nieco ponad dwa” – większa różnica, większa duma. Prawie jak ze szklanką w połowie pustą i pełną. Jeśli jednak uważasz, że jest to za dużym błędem, to kopii kruszyć nie będę i zmienię.

 

Finklo, aż spojrzałam, ile mi do tej setki brakuje – ojojoj! Sama tyle komentarzy nie naprodukuję ;)

 

Sirinie, mam nadzieję, że nie obrazisz się, że na koniec Cię wspominam :) Zostanę przy kilometrach. Colt Expres jest ekstra (zwłaszcza, gdy wygrywam), a Wsiąść… to już w zasadzie kultowa gra.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Sama nie – Beryl by za bardzo marudził. ;-)

No dobrze – przyjmijmy, że pół setki to już jakieś osiągnięcie. I mam nadzieję, że polecanki w lipcowym wątku jeszcze tu przygnają paru czytelników.

Babska logika rządzi!

Też mam taką nadzieję :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Uważam, że nie da się mówić o błędzie mówić w przypadkach takich jak “prawie trzy”, bo bohater literacki – nie wszechwiedzący narrator – ma pełne prawo do bycia subiektywnym.

No, komentarz do setki mniej.^^

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Więc jeszcze jeden bliżej setki…

Racja, zostaw; patrząc na liczby, zgubiłem z pola widzenia aspekt emocjonalnego podejścia do różnicy między “prawie” a “ponad”.

Czyli zostaje tak, jak jest. Dziękuję, Panowie, za ciekawą dyskusję :) (i odliczanie)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

To jest sztuka, żeby tak nieciekawą dla mnie historię (kompletnie mi nie leżą żadne lokomotywy ani rekordy) opisać w sposób, który przykuł mnie do lektury :) Dobra robota! A i błędów nie widziałam.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dziękuję pięknie i aż sobie fikam z radości, że tak uważasz :) 

A co do błędów – spóźniłaś się ;)  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No, bardzo fajnie mi się czytało :)) Super pomysł, wykonanie gładziuchne, świetny klimat, głównie zawarty w oszczędnych ale smakowitych opisach. Mi się bardzo :)

Miło mi i polecam się na przyszłość ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hej Śniąca,

Ciekawie sobie to wymyśliłaś. Zakładając, że wyszłaś od obiektu ze zdjęcia, przebyłaś bardzo ciekawą drogę:) Poza tym trzeba rzeczywiście przyznać, że odwaliłaś kawał roboty z researchem, szacuneczek. Dzięki temu lektura była ciekawa; tak więc, opko generalnie na plus.

Pomarudzę jednak trochę:) żebyś nie myślała, że obiecałem przeczytać i idę na łatwiznę;)

Nastawiając się na lekturę (przez kilka dni nie miałem czasu przysiąść na spokojnie) przyjąłem, wnioskując po tytule oraz mając szczątkowe dane po szybkim pierwszym screeningu, że będzie o lokomotywie i to z perspektywy pierwszoosobowej. No wiesz, dla mnie byłaby to nie lada gratka poznać uczucia maszyny parowej. Dlatego po bardzo wciągającym pierwszym rozdziale, liczyłem że tekst kursywą pokaże „jej stronę”. Nie dość, że nie było tam obrazu jej stalowej duszy, to jeszcze zapodałaś wyjaśnienie, które niezbyt przypadło mi do gustu; ot kolejne, bliżej niezdefiniowane istoty muszą ingerować w nasz świat. Na koniec, w związku z takim rozwiązaniem, również miałem mieszane uczucia, bo skoro już pokazujesz fakt ingerencji, to chciałoby się zobaczyć więcej szczegółów w tym zakresie. A tak wątek stał się trochę poboczy (nie wiadomo do końca kto i jak może ingerować, bo przecież nie są to zwykłe czary, a tym bardziej zawansowana technologia; anioły też mi nie pasują, gdyż z tymi istotami raczej wiążę bestie, co to zwykle zajmują się ludźmi, niemniej trochę mi to przypomniało skecz Neonówki – Niebo, gdzie Bóg miał magiczną księgę, która zmienia historię Polski; swoją drogą polecam, jeśli nie widziałaś:) a szkoda, bo byłem ciekaw rozwiązania.

Pomimo tych mankamentów (których geneza tkwi zapewne w nastawieniu czytelnika i jego specyficznych upodobaniach, a nie tekście:), czytało się sprawnie. Akcja przebiegała dynamicznie, więc nie szło się nudzić. Po drodze było kilka zwrotów, wiec trzeba było czytać uważnie, by nie przeoczyć szczegółów, które mogły mieć znaczenie dla rozwiązania. Po przespaniu się z problemem mam dodatkową refleksję. Celowo lub nie, osiągnęłaś ciekawy efekt, który objawił się przynajmniej u mnie. Lekka dezorientacja i zderzenie z dużą ilością informacji, sprawiły, że sam się poczułem, jakbym przeskakiwał w czasie; ciekawe doświadczenie:)

A na koniec wytłumaczyłem sobie, skąd taki a nie inny tytuł opowiadania, skoro narratorem nie jest lokomotywa bijąca rekordy prędkości. A może to autorka jest najszybsza, prowadząc tak dynamicznie akcję w czasie i przestrzeni, że czytelnik zostaje zassany i na koniec wypluty z tekstu, zostając po lekturze z głową pełną pytań, przeświadczeniem, że to była niezła jazda i w sumie, w coś takiego mógłby wsiąść jeszcze raz:)

Serdeczności.

empatia

Empatio, cieszę się, że w udało Ci się znaleźć chwilę nie tylko na lekturę, ale też tak obszerny komentarz. 

Tytuł przewrotnie jest pierwszoosobowy, ale wcale nie dotyczy mnie, jako autorki :) Chociaż z Twoich słów wynika, że zgotowałam Ci jazdę literackim rollercoasterem ;) Skoro chciałbyś przejechać się jeszcze raz, to znaczy, że mi się udało. I to mimo kompromisu użycia sił wyższych, w sumie dobrze nie wyjaśnionych. 

Nie myślałam o narracji pierwszoosobowej z punktu widzenia maszyny, ale pomysł nie jest zły. I nawet mam na myśli pewną maszynę, z którą być może umiałabym się utożsamić, aby spojrzeć na świat jej reflektorami :) Kto wie więc, co przyniesie przyszłość. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo przyjemna opowieść. Czuło się wiatr i parę we włosach :)

Zygfrydzie, cieszę się :) A teraz ja pędzę po wiatr we włosach.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Trochę wiatru we włosach jest w najnowszym opowiadaniu Werweny. Tak słyszałam. ;-)

Babska logika rządzi!

Może uda mi się jeszcze jutro rano w pracy zerknąć.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Sam nie wiem : >.

Warsztat w porządku (jak zwykle). Gdzieś w tle przewinął się sympatyczny, brytyjski klimat. Warstwa edukacyjna też na plus. Dowiedziałem się, kim jest pan Mach, a nawet, że kończył szkołę, obok której dziarsko maszerowałem kilka wiosennych miesięcy w słonecznym Dundee*. No i lubię pociągi.

Natomiast sama historia, oś fabuły – zwał, jak zwał – nie porwała mnie. Z kancelarii powiało sztampą, a podróże w czasie budzą we mnie zawsze lekką nieufność. 

Gdybym był tak przenikliwy i inteligentny jak Finkla, bez trudu poskładałbym wszystkie wątki i przesunął czytelniczą zwrotnicę w odpowiednim kierunku. Ale ponieważ nie jestem – władowałem się na bocznicę ^ ^. Prawdę mówiąc, nawet po wyjaśnieniach Finkli, nie doznałem żadnego olśnienia (choć już kilka razy miałem tak, że kiedy ktoś prostym językiem wytłumaczył mi tekst, to nagle widziałem go w zupełnie innym świetle ;) ).

Opowiadanie porządne, ale nie na mój gust. Chociaż… urzekło mnie, jak umiejętnie wplotłaś geografię do tekstu :). Zwłaszcza hydrografię <3.

 

* tego dowiedziałem się już z lektury Wikipedii ;)

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevazie, aż mi głupio. Może po prostu uznamy, że Śniąca i ja nadajemy na podobnych częstotliwościach?

Babska logika rządzi!

Kto wie, może nadajecie ;– ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Przeczytałem z przyjemnością, bo to takie brawurowo radosne, trochę szalone, zgrabnie spięte z historią lokomotyw parowych, ducha rywalizacji inżynierów i wieku nieskrępowanej wiary w możliwości techniki.

 

Tym niemniej wtręt z kancelarią rzeczywiście trąci mocno wyeksploatowaną interwencją niebieską w najbardziej klasycznym wydaniu, nic tez nie zaspokoiło mojej ciekawości kto lub co wypuścił siłę, ożywiającą przedmioty.

 

Szczególnie zaś urzekła mnie ambitna brytolska lokomotywa, która za wszelka cenę chciała pokazać, że jej niemiecki kolega ciągnie się jak koza z Nostra! ;-)

 

Mam więc dylemacik przy głosowaniu, który rozstrzygnę sobie w ostatniej chwili. Jak to ja ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przeczytałam z przyjemnością:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Omijałam ten tekst, omijałam – bo w końcu co może być ciekawego w opowieści o lokomotywie? ;)

Ale się pomyliłam. Może być, całkiem sporo.

Świetnie się czytało. Fajne, błyskotliwie i z jajem napisane rozrywkowe opowiadanie. Przyczepię się tylko drugiej połowy ostatniego zdania. Jakbym po ekscytującej przejażdżce rollercoasterem nagle trafiła na dydaktyczną pogadankę, na szczęście krótką.

Nad piórkiem i tutaj muszę się jednak zastanowić, mimo to bawiłam się dobrze. :)

Pomożemy ci, panie Jenkins.

Ten “pan” mnie strasznie gryzie, bo mamy tu w końcu Brytolów, a tam “panie” oznacza raczej “my lord”. Tutaj był rzuciła “sirem” ;) No, ale to taka drobnostka.

Chyba pierwszy tekst z nadrabianych, przy którym nie odwalę beryla :P Do wielu rzeczy mogłabym sie przyczepić, ale czytało się dobrze, a pomysł jest przynajmniej trochę oryginalniejszy :) I właśnie za ten pomysł jestem na TAK.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Beryl to sobie niezłą markę wyrobił ;D

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ale ciężko na nią zapracował. ;-)

Babska logika rządzi!

Nevazie, miło, że urzekło mimo wątpliwości co do kancelarii i podróży w czasie. Nie każdemu się dogodzi ;)

 

Fishu, w sumie odpowiedź jak wyżej :) Trochę szkoda, że musiałeś nad decyzją pomyśleć, a nie przyszła ona jednoznacznie od płetewki ;) Ale nic to, wciąż się uczę i może kiedyś, za sto lat, wyjdzie mi lepiej.

 

Alex, cieszę się :)

 

Ocho, frajdę mam nieziemską, że taką niespodziankę potrafiłam Ci sprawić :)

 

Tenszo, co do panów i serów, głowy nie dam, że nie pomieszałam, bo poplątać potrafię, ale tak to właśnie zapamiętałam z wizyt w Zjednoczonym Królestwie i z książek angielskich autorów. Wierzę, że zawsze można się do czegoś przyczepić, ale cieszę się, że mimo wszystko jesteś na tak :)

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mam mieszane uczucia.

Z jednej strony, historia, bohaterowie, fakty ^^ – super. Prześlizgnęłam się przez tę opowieść jak… Nie wiem, jak. Szybko. Jak lokomotywa ;)

Z drugiej strony, czuję niedosyt. Ja jednak jestem z tych, co potrzebują wiedzieć, co, po co i dlaczego. Rozumiem, że Twoje zamierzenie było takie, by tego nie podawać – ale brakuje mi tego i już.

Kam_mod, dziękuję za wizytę :) 

Możesz uznać, że to moja zemsta za te wszystkie niedopowiedziane teksty i nieskończone cykle, gdzie nie mogę się doczekać na ciąg dalszy i wyjaśnienie wielu spraw i wątków ;) 

A tak na poważnie, cieszę się, że podróż przeszła gładko. Z drugiej strony mogę tylko wyrazić żal, że jednym tekstem wszystkim gustom się nie dogodzi.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Melduję, że nadrabiam zaległości!

Dołączam się do grona osób zadowolonych z lektury. Czytało się świetnie! Tekst jest lekki, łatwy i przyjemny. W tej konwencji nie ma co wyrzekać na brak głębi i kreacji głębokiego zaplecza. IMHO, oczywiście. Gdy skończyłem stwierdziłem, że przyczepię się do jednej rzeczy, ale ocha mnie ubiegła – mam na myśli ostatnie zadanie – więc nie będę powtarzał.

Nie myślałam o narracji pierwszoosobowej z punktu widzenia maszyny, ale pomysł nie jest zły. I nawet mam na myśli pewną maszynę, z którą być może umiałabym się utożsamić, aby spojrzeć na świat jej reflektorami :) Kto wie więc, co przyniesie przyszłość. 

Jeżeli, przypadkiem, masz na myśli pewnego honkera, to dawaj ;-D Jestem przekonany, że on może sporo opowiedzieć ;-)

 

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Honker mógłby coś opowiedzieć, ale chyba lepiej, żeby milczał na wieki. ;-)

Babska logika rządzi!

Hmm, honker sobie mruczy tu i ówdzie, ale na razie jeszcze nie publicznie. Jak go znowu wykopią stamtąd, dokąd tym razem się udał, to zaparkuje tutaj ;) 

Dlaczego tak źle życzysz mojemu kochanemu autko, Finklo? 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

śniąca, pogadaj z autkiem, bo coś mi się wydaje, że może ono coś wie o Finkli. Może Finkla ma jakiś mroczny sekret ;-P i uda się urządzić Finklaleak albo Finklagate ;-D

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Honkery są w kontakcie, więc może i mój coś wie od któregoś z okolic Łodzi… Brzmi obiecująco, zaraz po pracy popytam ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dlaczego tak źle życzysz mojemu kochanemu autko, Finklo? 

Od razu źle życzę… Boję się, że jeśli autko zacznie chlapać, to właścicielka pójdzie siedzieć, a ono zostanie samotne, opuszczone, z rdzą jako jedynym towarzystwem.

Finklagate – nie potwierdzam ani nie zaprzeczam.

Babska logika rządzi!

Spoko, spoko – swoje tajemnice trzymamy wzajemnie w sekrecie ;) 

Finklagate – nie zaprzeczasz… Chyba popytamy łódzkie źródła o jakiś cynk ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hmmm. Właściwie, jak już się czegoś dowiesz, to chętnie bym poznała treść donosików. Interesuje mnie, co samochody sądzą o cyklistach. ;-)

Babska logika rządzi!

Oooo, cykliści to samo ZŁOOOO ;-D <prychnął honker>

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

A wcale że nie! Nie kocha ich na drogach, ale aż tak złego zdania nie ma. To grzeczny chłopiec…

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ale fajne opowiadanko. Miałem iść spać, ale tak mnie wciągnęło, że doczytałem i jeszcze komentarz zostawię :D

Dawno nie czytałem opowiadania w pewien sposób wielowątkowego, jednak przeskakujesz między bohaterami całkiem zgrabnie. Pamiętam, że gdzieś wspominałaś, że lubisz Pratchetta, to i z Pratchettem mi się skojarzyły te krótkie, cięte scenki. 

O ile zazwyczaj nie lubię zagranicznych bohaterów mówiących po polsku, to tutaj Anglia pasowała, jak ulał… Dopiero później się dowiedziałem, że to inspirowane faktami. Ale dobrze oddałaś klimat Wysp. Ci dżentelmeni itd. Bardzo mi się to spodobało.

Czasem jest tak, że jakiś tytuł chodzi mi po głowie jak refren chwytliwej piosenki. Tak samo było z “Jestem najszybsza”. Świetne. 

Masz lekkie, przyjemne pióro, Śniąca. No i gratuluję też tego brązowego :)

Jak miło zacząć dzień od tak przyjemnych słów :) Dziękuję za wszystko i bardzo się cieszę, że Ci się podobało. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Tak, pomysł na lokomotywę bez maszynisty, bardzo do mnie trafił :) I oczywiście opowiadanie jest bardzo dobrze napisane, więc przyjemnie się czytało. I klimat Wielkiej Brytanii też mi podpasował. I ceglany Pociąg Macha…

Widzisz, Śniąca? Delikatnie trzeba. ;-)

Babska logika rządzi!

Cieszę się, że lektura sprawiła przyjemność :) 

I nie miej oporów przed komentowaniem, każda opinia dla autora się liczy. 

 

Edycja. 

Finklo, przecież ja to chodząca delikatność… ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo przyjemne opowiadanie, na które wiecznie brakowało mi czasu. Odsłuchałam wersję audio na spacerze z psem. Już miałam dawno napisać komentarz, ale wiecznie coś. Podobał mi się klimat opowieści. Skojarzył mi się mocno z Kingiem, który chyba to było, w którejś cześci "Mrocznej wieży", gdzie przewija się historia pociągu. Bardzo zgrabnie Ci to wyszło. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

No i jednak audio do czegoś się przydało :) Dziękuję, Morgiano. I miło mi, że się podobało. A książki Kinga stoją na półce i czekają na swoją kolej, która pewnie wypadnie w przyszłym stuleciu, jak nadal coś innego będzie się wciskać w kolejkę ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ja bardzo lubię audiobooki i często słucham. Zwłaszcza, gdy nie ma czasu na tradycyjne czytanie. W szczególności jak właśnie spaceruje z psem, biegam, jadę do pracy lub coś załatwić (a niestety jako kierowca nie mam możliwości czytać). Dzięki temu nadrabiam sporo zaległości, dlatego jestem ich wielkim fanem. Chociaż często muszę przerywać w najlepszych momentach, a to już nie jest takie fajne. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ja mam z audiobookami problem, bo nie umiem słuchać, nie umiem się skupić. Jestem wzrokowcem i gdy tylko słyszę, to odpływam myślami. Kiedyś odsłuchałam jakieś nagrania Wojtka, które tu komuś zrobił. I to była męczarnia – albo odlatywałam i nie słuchałam, albo musiałam się pilnować, żeby nie tracić koncentracji, co też było niezbyt przyjemne. A szkoda, bo wiem, że byłabym już kilka książek do przodu…

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nowa Fantastyka