- Opowiadanie: Klapaucjusz - Mleko

Mleko

Osoby wrażliwe na tym punkcie uprzedzam, że opowiadanie zawiera pojedyncze wulgaryzmy, ale myślę, że nie epatuje nimi przesadnie, są w zasadzie tylko na samym początku.

Bardzo dziękuję betaczytelnikom za celne uwagi!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Finkla, regulatorzy, Użytkownicy

Oceny

Mleko

– Chujowe masz pan sito. – Usłyszałem nagle z brzegu. – Dziury takie, jakbyś pan to zmontował z kabaretek. Konkubina lubi takie kreatywne zastosowania jej fatałaszków?

Pytanie zupełnie mnie nie rozbawiło. Stałem po kolana w śmierdzącej Wiśle, a mokre łapy odmarzały mi mimo słonecznego dnia. W krzyżu łupało jak skurwysyn. Od tygodni spędzałem każdą chwilę, penetrując wzrokiem lodowatą, zaśmieconą wodę. Nie mnie pierwszego i nie ostatniego dopadła ta gorączka, dla której porzuciłem całe dotychczasowe życie. Wypatrywałem najlżejszego błysku zwiastującego samorodek lub chociaż pył drogocennego sensu istnienia.

– Zawsze jesteś taki bezpośredni… – Szybko zlustrowałem rozmówcę: po stroju oceniając, jeśli nie miał kryzysu wieku średniego, to ja… to musiał mieć jakieś poważniejsze problemy. – …Dziadku? – Szczypnąłem bolesny punkt. Jeden do jednego.

– Jestem, bo mogę. Czarny… – Uchylając cylinder, rzucił mi znaczące spojrzenie.

Moja konsternacja chyba go stropiła, bo zamilkł, chociaż już otwierał usta. Przestępując z nogi na nogę, spróbował jeszcze raz.

– Czarny? – powiedział ni to twierdząco ni to pytająco, prosząco w zasadzie. – No, naprawdę nic panu nie mówi czarny kapelusz?

Nie dałem mu tej satysfakcji i nie poprosiłem o wyjaśnienia. Dwa do jednego! Poprawiłem tylko wędkarską kamizelkę Bomber, sprzęt wprost niezastąpiony podczas pracy – ta liczba kieszeni!  – i wróciłem do poszukiwania w wodzie odpowiedzi. Jeszcze ci gamonie, którzy czatowali w niższym biegu rzeki, upaśliby się na mojej nieuwadze. Niedokurwaczekanie.

– Nabyłem go za poważną sumę od pewnego… – zaczął jeszcze raz. – …No, od właściwej osoby. Wyobraź pan sobie, że to kapelusz samego De Bono! – Ostatnie zdanie podszył irytującą doprawdy dumą. – Dzięki niemu myślę bardzo krytycznie. To mój zawód. – Skłonił się nisko.

– Zawodowo przypierdalasz się do ludzi? – Niestety nie wystarczyło mi konsekwencji, żeby zmilczeć. Szlag.

– Co też pan… Przypierdalam?! Ja nic nie przypierdalam! Ja po prostu profesjonalnie obalam przysłowia. – Znowu się ukłonił.

– Oooooooooooo! – Bynajmniej nie chodziło o zachwyt, po prostu fala wywołana przez przepływającą policyjną motorówkę wlała mi się do kaloszy.

– Potrzebuję asystenta. Słowo honoru, że nie chodzi o robienie kawy. Tu, całkiem niedaleko, mieści się jedna z filii mojego biura. Może dasz się pan zaprosić na coś do picia?

 

„Filii” okazało się więcej: mogłem wybierać między pobliskimi kawiarniami, barem mlecznym i dwiema pijalniami wódki, do których też nie było daleko. Ostatecznie skończyłem z nogami pod grzejnikiem, sącząc ciepły barszcz. Mój rozmówca poprawił monokl w plastikowej oprawce i przyglądał mi się badawczo.

– Na imię mi Żorż. Co za lura… – Zajrzał z niechęcią do kubka z kawą i się skrzywił. Z wewnętrznej kieszeni ceglastej marynarki wyjął kartonik, który przesunął w moim kierunku.

– Ernest. Co robi antyproverbista?

– Słyszałeś kiedyś o przysłowiu „nie przyklaskuj golasowi, bo czerwone pośladki byka drażnią”? A „toruńskiemu kawalerowi na myśli tylko jedno: pierniki”? – Nie dał mi dojść do słowa, tylko ciągnął. – No właśnie. Bo obaliłem je, kiedy ciebie jeszcze pewnie nie było na świecie. Toteż wyszły z użycia, misiu pluszowy.

– Ale że jak to?

– No przecież zupełnie jak z każdą teorią, dowiodłem ich nieprawdziwości. Przysłowie ma to do siebie, że jest stare, a ciemnota traktuje to od razu jako dowód na słuszność: „musi być prawdziwe, skoro utrzymało się tyle lat.” Ale co to za sztuka trwać w obliczu zupełnego braku weryfikacji. Dlatego nasza profesja jest tak potrzebna, inaczej każda bzdura mogłaby wiecznie obowiązywać i wpływać na ludzi. – Rozejrzał się czujnie po pustawym lokalu i obniżył głos: – Teraz stoję przed szansą na coś naprawdę dużego. To przysłowie pierwszego sortu, bardzo rozpoznawalne. – Po krótkiej pauzie obwieścił w końcu tryumfalnie: – Baba z wozu, koniom lżej.

– No i jak, przepraszam, będziemy to obalać? – Wyrwałem się jak guma z majtek z pełnym zdziwienia pytaniem. Po twarzy Żorża przemknął uśmiech zadowolenia, a do mnie dotarło, jakim błędem było użycie liczby mnogiej.

– Mam już przemyślany cały dowód. A więc wchodzisz w to, wyszczerku żwawy. To dobrze, to dobrze. – Znowu nie poczekał na odpowiedź. – Ależ ten bar jest źle urządzony. Krzesła niewygodne, stoliki małe… – płynnie przeszedł do marudzenia.

 

Skrupulatnie zanotowałem długaśną listę oczekiwań, na której centralne pozycje zajmowały: noszenie białego sombrera De Bono (sic!) i – cytuję – sypanie faktami i liczbami. Dodatkowo, bycie głosem rozsądku i rycerzem obiektywności. Nie miałem w tamtym czasie innych zobowiązań, więc mogłem sobie pozwolić.

Podpisałem klauzulę poufności – konkurencja nie cofa się nawet przed działaniami z gruntu nieetycznymi, wytłumaczył mi Żorż – pokrzepiony perspektywą wynagrodzenia: możliwością spotkania z kimś, kto znalazł żyłę sensu życia i nie wahał się z niej czerpać pełnymi garściami. Moje miejsce w rzece, bardzo dobre zresztą – łagodna plaża tuż przy zakolu – było już na pewno zajęte przez innych poszukiwaczy.

 

Spotkaliśmy się następnego dnia wcześnie rano – konkurencja nie śpi – już na akcję, ale też żebym mógł odebrać robocze nakrycie głowy i przejść pierwszą odprawę.

– No rusz głową, w jakiej sytuacji koniom nie będzie lżej, jeśli wywalimy babę z wozu, wulkanie kreatywności?

Naprawdę chciałem odpowiedzieć czymś błyskotliwym, ale dwie minuty później wciąż milczałem i szukałem sensu w układzie linii papilarnych na własnej dłoni.

– Zaczynam się zastanawiać, czy jesteś człowiekiem, którego chciałem znaleźć. Zacznij od zdjęcia białego kapelusza, na pewno nie pomaga, szczawiku przydrożny, bo zakotwicza na faktach.

Zacząłem miąć trzeszczące rondo sombrera w dłoniach, ale olśnienie nie spływało.

– Jeśli będzie do wozu przywiązana sznurem i po upadku zahaczy się o coś jak kotwica? – zaryzykowałem.

– Robaczku świętojański, to nie jest głupie! Naprawdę, miałoby szansę oszczędzić nam wiele czasu! – Wyraźnie się ucieszył, ale szybko skwasił minę. – Ech, kiedyś to się pracowało, robiło się takie akcje prawie codziennie. Teraz samorząd ma fisia na punkcie podwyższania standardów etycznych. Mam nadzieję, że ktoś kiedyś beknie za tę hucpę z poprawnością… Ale na razie lepiej zrobić to po mojemu… Modraszku długoskrzydły, koniom będzie lżej z babą na wozie, jeśli będzie miała ujemną wagę.

 

Okazało się, że stoimy przed kliniką odchudzania słynnej Anny Kaszubskiej – dietetycy jej nienawidzą, bo odkryła niezwykły sposób na odchudzanie, który łamie wszystkie prawa natury.

Budynek nie wyglądał na nowoczesną placówkę medyczną. Był raczej zwyczajny: szary i odrapany dwupiętrowy klocek. Tabliczka przy drzwiach wejściowych sprawiała wrażenie, jakby komuś zależało, żeby możliwie najmniej przyciągała uwagę – napisy nadziubdziano malutkimi literkami.

Drzwi otworzyła wychudzona kobieta – istny kościotrup – o bladej cerze, mocno podkrążonych oczach i drżących dłoniach.

– Jeżeli chcą panowie zapisać partnerki lub partnerów na naszą kurację, prosimy o kontakt z biurem obsługi.

– Nie o to chodzi… Chcielibyśmy po prostu obejrzeć największy sukces, jaki państwo odnieśli w dziedzinie odchudzania.

– Nie wiem, co panowie mają na myśli, działanie kliniki jest legalne. Proszę kontaktować się z naszym prawnikiem.

Zniknęła w środku i zatrzasnęła drzwi. Nie zrażając się tą obcesowością, zdecydowaliśmy się na sforsowanie jednego z okien na tyłach budynku. Nie potrzeba było nawet wybijać szyby, bo ustąpiło przy mocnym pchnięciu. W środku jednak czekało nas duże rozczarowanie. Okazało się, że w klinice nie ma żadnych łóżek, a nawet sprzętów sportowych, tylko same stanowiska telefoniczne. Większość pokojów zajmowały biurka, oddzielone niskimi, wygłuszonymi gąbką ściankami. Zewsząd dobiegał szum rozmów z klientami.

– Nie ma efektów kuracji? Niemożliwe! A czy przestawiała pani wagę? No oczywiście, że miejsce ustawienia ma znaczenie. Jeśli chce się porównywać pomiary, to koniecznie z jednego miejsca. Waga to bardzo wrażliwe urządzenie. Ależ nie, nie ma za co przepraszać. Do widzenia!

Zajęci pracą ludzie w zasadzie nie zwracali na nas uwagi. Do dziś zastanawiam się, jak to było możliwe, biorąc pod uwagę oczojebne cyjanowe spodnie Żorża, założone do tej samej co dzień wcześniej ceglastej marynarki.

Pani, która nas przywitała, nie udało się namówić na wyjaśnienia, bo zamknęła się w damskiej łazience, skąd wykrzykiwała tylko, że o niczym nie będzie rozmawiać bez prawnika. Pieprznięta stara kopuła.

 

Niestety, w pozostałych klinikach też spotkały nas same rozczarowania. Wśród największych z nich – Brydzia, „minus pięćdziesiąt dziewięć kilo po niecałym roku terapii”. Okazało się, że to jedna wielka blaga, bo pani Brygida miała wagę całkiem dodatnią – czterdzieści dziewięć i pół kilo. Biedaczka, chyba sama nie wiedziała, że ją oszukali, bo do pomiaru przystąpiła zupełnie ochoczo. Z dumą jakby nawet. Ale cóż, nie sposób wykluczyć tego, że była po prostu bardzo dobrą aktorką.

 

Kiedy straciliśmy już nadzieję, klapnęliśmy sobie w parku, trochę na odpoczynek, trochę na naradę. Dziwak był z Żorża straszny, ale zrobiło mi się go żal, kiedy tak siedział, ze spuszczoną głową. Cylinder przechylony w tej pozycji prawie równolegle do ziemi trzymał się w jakiś niewyjaśniony sposób.

– Przykro mi – zacząłem. – Następnym razem się uda…

Wyprostował się i rozparł na ławce. Chwilę popatrzył na baraszkujące na placu zabaw dzieci, a potem wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki piersiówkę i pociągnął, jakby to była woda.

– Jest plan awaryjny. Słyszałeś o osobach, które lewitują? Nie podnoszą się przecież siłą woli, to byłby cud. Sądzę, że one muszą być lżejsze od powietrza, waga ujemna, tak jak potrzebujemy. Na co dzień chodzą w dociążonych pantoflach, a kiedy je zdejmują, trzymają się kurczowo ziemi palcami u stóp. Ile jest w Polsce joginek, które umieją lewitować?

– A skąd mam wiedzieć?

– A za co ci płacę, gamoniu rabarbarowy? Myślisz, że nosisz ten biały kapelusz, bo tak ładnie w nim wyglądasz? Tylko wrodzona delikatność powstrzymuje mnie przed wyłożeniem, jak bardzo ci nie pasuje. To ile jest tych joginek?

Zanim wymyśliłem liczbę, która brzmiałaby sensownie i którą umiałbym obronić, gniewnie zdjął cylinder i szarpnął za moje sombrero.

– Dwadzieścia jeden – powiedział i od razu odłożył mi kapelusz na głowę. – Sytuacja nie wygląda źle.

Zanim wstaliśmy, wyciągnął w moją stronę piersiówkę. Nie bardzo chciałem pić alkohol, bo poszukiwacze sensu są szczególnie podatni na jego urok, ale wyjście na pizdę byłoby jeszcze gorsze. Ograniczyłem się do ostrożnego zwilżenia ust.

– Blee, mleko? Poważnie?

– Śmiertelnie. „Kto się przerzuci z wódki na mleko, nie pociągnie daleko” to był mój pierwszy poważny sukces. Lubię do niego wracać w trudnych chwilach.

 

Żeby stracić jak najmniej czasu na fałszywe tropy – przecież konkurencja nie może obalać przysłów szybciej niż my – zaczęliśmy od odwiedzenia polskiego guru od lewitacji, znanego szerzej jako Swidefida. Samochód zatrzymał się przed uroczą bieszczadzką chatynką. Budyneczek o lekko spadzistym dachu stał samotnie u stóp wzgórza. Dziwny wybór, z góry widok musiałby być jeszcze lepszy. Ale i tak miejsce było cud malina. W obejściu brakowało śladów zwierząt, pod wiatą leżały za to kolorowe sprzęty gimnastyczne i piankowe wałki do masażu. Intrygująco kontrastowały z surowością i kolorystyczną monotonią drewnianego domu.

Drzwi otworzył niewysoki, ostrzyżony na zero mężczyzna. Uwagę zwracały jasne, błękitne oczy, które świeciły w opalonej twarzy, i pełne, czerwone usta.

– Dzień dobry, bardzo przepraszam, że zakłócamy spokój – zacząłem.

Żorż wspiął się na palce i zajrzał mi przez ramię.

– Ciemno w środku, szkoda mieszkać w tym miejscu i mieć takie małe okna.

O, nie. W duszy aż stęknąłem, w obliczu takiej zdrady. Jogin wytrzeszczył oczy, chyba zdziwiony bezpośredniością mojego pryncypała.

– Zdejm kapelusz – powiedziałem półgębkiem.

– I ten zapach, czy pan tu wietrzy? – On dalej swoje.

– Zdejmtenkapelusz – wywarczałem.

Na szczęście w końcu zrozumiał i wziął cylinder do ręki.

– Rzecz w tym, że zależy nam na poznaniu kobiety, która umie lewitować. Słyszeliśmy, że nikt nie umiałby w tym temacie doradzić tak jak pan.

– Oczywiście, zapraszam. – Odpowiedź była bardzo uprzejma, ale rozmówca przypatrywał się Żorżowi z pewną dozą podejrzliwości.

W środku panował zupełny porządek, znajdowało się tam zaledwie kilka drewnianych sprzętów. Gospodarz szybkim krokiem skierował się do szafy i zamknął drzwi. Zdążyłem tylko zauważyć, że wystawały z niej dwie długie, kwieciste sukienki. Nic nie wskazywało jednak, żeby dom zamieszkiwał ktoś jeszcze.

Swidefida otarł dłonią usta i uśmiechnął się do nas szeroko

– Bardzo chętnie was pokieruję. Lewitujących kobiet nie ma niestety tak wiele, ale kilka osób mogę polecić.

I wtedy po prostu oderwał się delikatnie od podłogi i zaczął unosić dziesięć centymetrów nad nią! Bez żadnej medytacji czy skupienia. Musiałem szczękę zbierać z podłogi. Chyba po tym się zorientował, w każdym razie speszony przeprosił i opadł na ziemię.

 

Niestety, wskazane joginki nie zrobiły zbyt dobrego wrażenia. Większości nie udało się przy nas oderwać od ziemi, a w zasadzie najgorsze były właśnie te, które jednak dokonały pokazu. Obiecywały nomen omen cuda na kiju, a później okazywało się, że z prawdziwą lewitacją miało to tyle wspólnego, ile mój towarzysz z człowiekiem normalnym.

Poczułem, że jesteśmy w kropce. Trzeba jednak Żorżowi przyznać, że po raz kolejny wykazał się niezłomnym charakterem.

Kiedy tylko sprawdziliśmy ostatnią joginkę, wyjawił, że równolegle pracował nad kolejnym planem awaryjnym.

– Pamiętasz tę damską garderobę, którą zauważyliśmy u naszego informatora? Zasięgnąłem w międzyczasie języka i dowiedziałem się, że naprawdę żyje samotnie.

– Myślisz, że porwał i zabił jakąś kobietkę? Może przetrzymuje ją w piwnicy!

– Nic z tych rzeczy, sam widziałeś, jaki to łagodny człowiek. Nawrzucałem mu na dzień dobry, a on nic. Tacy do niczego nie dojdą w życiu, nie umieją rywalizować. Nie stać go na wyjątkowe akty. Ale prawda jest taka, dreptaczu dżdżysty, że jeśli on czuje się kobietą, to dlaczego nie miałby nam posłużyć za babę, której potrzebujemy? Obydwaj widzieliśmy, że lewituje doskonale. Kobieta to kobieta, niezależnie od ciała, w którym się urodziła.

 

Umalowany jogin wyglądał naprawdę całkiem atrakcyjnie. Tylko umięśnione ramiona psuły trochę efekt, bo nie pasowały do cienkich ramiączek sukienki. Z rozbawieniem zauważyłem, jak bardzo peszy to Żorża, który co chwila przecierał monokl i robił wszystko, żeby nie patrzeć w tamtą stronę.

Za to próba generalna okazała się kolejnym szczytem w paśmie rozczarowań, a ja zacząłem wątpić w opowieści o dotychczasowych spektakularnych sukcesach na polu obalania przysłów.

Posadziliśmy naszą babę na kolasce i poprosiliśmy ją, żeby z całej siły wczepiła się w nią stopami. Niestety, waga była nieubłagana, pojazd zrobił się od tego tylko cięższy. Postawiło nas to w bardzo trudnej sytuacji, bo Żorż, pamiętając piękny pokaz lewitacji, zaprosił już na kolejny dzień osobę, która miała oficjalnie zatwierdzić obalenie przysłowia.

Ta porażka w końcu go złamała. Zdawał się zupełnie osowiały. Kiwał się tylko na koźle, wpatrzony w stopy – wizytę w Bieszczadach zaczął od zdjęcia butów – i pojękiwał pod nosem:

– Takie fałszywe… takie szkodliwe… a takie uparte… takie trudne do zdyskredytowania.

Kładliśmy się przytłoczeni mającą nadejść kompromitacją. Nie spałem, z zażenowania kłuło mnie nad sercem. Kręciłem się tylko z boku na bok na podłodze bieszczadzkiej chatki. Była to bodaj najbardziej męcząca noc, jaką przeżyłem, ale muszę wam z dumą powiedzieć, że udało mi się nad ranem wymyślić odpowiedni dowód i przygotować wszystko do jego przeprowadzenia.

 

Kiedy rano spotkałem Żorża, okazało się, że też promieniał z zadowolenia. Sam miał jakieś rozwiązanie, chociaż nie chciał mówić o szczegółach. W pewnym sensie – podwójny sukces!

Przywitał sędziego, którego przedstawił mi jako Mateusza coś na gie, trenera personalnego, i rozpoczął płomienny wywód.

– Na wiele sposobów próbowaliśmy dowieść, że przysłowie „baba z wozu, koniom lżej” jest z gruntu fałszywe. Bezskutecznie. Nic dziwnego, bo też zabieraliśmy się do tego od złej strony. Bo dlaczegóż zajmować się dosłownym brzmieniem? Czyż nie powinny być dla nas najważniejsze podmiot twierdzenia i intencja autora? Sprawa jest oczywista, że w tym przysłowiu chodzi o li i jedynie o komfort zwierząt. Dlatego jedyne słuszne rozwiązanie, to upodmiotowienie konia. Kto inny miałby podejmować decyzję za to mądre zwierzę? Przed państwem, przy dyszlu, Hans! Hansie, dyrydomie mój pracowity, czy kiedy zwalić babę z wozu, to lżej ci się biegnie? Jeśli tak, uderz kopytem w ziemię raz, jeśli nie, dwa razy.

Koń stuknął kopytem i spojrzał w oczy Żorżowi. Odgłos uderzenia wybrzmiał, a ja z radością poczułem, że teraz właśnie moja szansa. A potem Hans stuknął drugi raz. Pryncypał uniósł ręce w geście triumfu.

Wkroczyłem do akcji, czując, że teraz albo nigdy.

– W dodatku zamontowałem w kolasce rower, tak że baba może pedałować. Jeśli jej zabraknie, konie znowu będą skazane wyłącznie na własny wysiłek… Będzie im ciężej, rozumieją państwo?

 

Sędzia chrząknął, spojrzał w niebo i zawyrokował:

– Niech będzie. Zatwierdzam dowód i przysłowie uznaję za obalone.

– Nie rozumiem tej całej szopki – włączył się jogin, który przyglądał się całej scenie oparty o płot swojego gospodarstwa. – Wystarczyłoby dobrze przejrzeć księgę przysłów. Taka natura ludowych mądrości, że na każdą znajdzie się przeciwieństwo. Choćby „z babą źle, a bez baby jeszcze gorzej”, święta prawda! – Dla podkreślenia swoich słów, zatrzepotał zalotnie rzęsami.

– O to, to, to. Niezbędni są ludzie oddani nauce, opowiadający się po którejś ze stron i przechylający szalę. Żorżu, śledzenie twoich sukcesów i drogi na szczyt w środowisku antyproverbistów, jest dla mnie głęboką inspiracją. – Odparował pan Mateusz. – A sens życia – zwrócił się do mnie – to wybranie odpowiednich kwestii, w których zajmie się stanowisko. Co powiesz na to, żeby zacząć od „kapelusz sombrero, a w kieszeni zero”? – Mrugnął.

– Jedziemy do pubu uczcić dzisiejszy sukces! – Zadecydował Żorż. – Mleko dla wszystkich!

Koniec

Komentarze

Ciekawiło mnie bardzo, co też brat w tytule wymyślił.

Interesujący absurd. Spodobał mi się zawód antyproverbisty. Trzeba ukończyć jakieś kursy? ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytałam heart

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Całkiem zacne i porządnie napisane, a w dodatku należycie absurdalne Mleko.

I pomyśleć, że tyle jeszcze jest przysłów… Ileż to mleka poleje się jeszcze… ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Najwyraźniej nie każdy wysysa antyproverbistyczne zdolności z mlekiem matki. ;-)

Babska logika rządzi!

Myślałem, że mam talent, ale przy tym Autorze to mam tylko mleko pod nosem. 

The rain it raineth on the just and also on the unjust fella; but chiefly on the just, because the unjust hath the just’s umbrella. (Charles Bowen)

Dobrze, że mleko się nie rozlało. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ptasiego mleczka tylko tu brakuje.

Babska logika rządzi!

Brakuje? Tu? W krainie mlekiem i miodem płynącej? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mleko rozlane pod nosem może budzić pewne podejrzenia. A juz zwłaszcza w kącikach ust!

Bardzo absurdalne ;-) Nie usmiechało jakoś specjalnie, ale wywód antyproverbistyczny bardzo pokręcony :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Klapaucjusz pił mleko i jest wielki.

Babska logika rządzi!

Sprawdzałaś? ;-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Hah, patrzcie, jak Regulatorzy się zgubiła w mlecznej mgle! Zawędrowała po omacku do Finkli.

 

Finklo, niby tylko koncesja, 100 zł na numer konta, który mogę podać na priv, ale podobno przydaje się posiadanie trenera personalnego, żeby dobrze pokierował na starcie. Natomiast już dłuższy moment się zastanawiam, czy babska logika to będzie pomagać czy przeszkadzać w tym trudnym zawodzie;)

 

Regulatorzy, Psychofiszu, miło mi, że się przebiliście, chociaż tekst nie był krótki!

 

BaruArlabie, jeszcze raz dziękuję za pomoc na poziomie bety!

Wcale się nie przebijałam, Klapaucjuszu, płynęłam rzeką mleka. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie ma za co. Beta była lekka, łatwa i przyjemna, bez zgrzytów (zębami mlecznymi). 

The rain it raineth on the just and also on the unjust fella; but chiefly on the just, because the unjust hath the just’s umbrella. (Charles Bowen)

Ciekawy pomysł na absurdalne opowiadanie. Uśmiechało i przyjemnie się czytało. Mleko świetnie wykorzystane. Bardzo dobrze napisane, przez co betowanie było very easy. ;-)

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dzięki za ten łyk antyproverbistyki. Ciekawą myśl udało Ci się przemycić na końcu opowiadania.

Polecam się na przyszłość, w opowiadaniach nieabsurdalnych. Dziękuję, że zajrzałeś, bardzo lubię te momenty, kiedy ktoś jednak trafia do tekstu, który opadł już poniżej dna dostrzeganej przez czytelników poczekalni ;)

Na plus: pomysł, wykonanie, język. Na minus – nie stwierdzono. [przepraszam za skrótowość komentarza, chyba miałam kryzys komentatorski ;-)]

Szalona drużyna obalająca przysłowia. Pomysł interesujący, absurd jak się patrzy i nawet przyjemnie się czytało. Może jakoś nie powaliło, ale ogólnie tekst oceniam bardzo na plus.:)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nowa Fantastyka