- Opowiadanie: Diriad - Lo faresti per me?

Lo faresti per me?

Opowiadanie ukazało się w czwartym numerze Smokopolitanu. Niedawno wyszedł numer piąty, a dla mnie przyszła pora na publikację “Lo faresti...” tutaj. Jeśli wolicie czytać z formatów PDF, MOBI albo EPUB, to zapraszam do pobrania czasopisma z ich strony.

Chciałbym stąd podziękować Tenszy za pomoc i skierowanie do Smoko.

 

Podpowiadam, że na końcu znajdują się tłumaczenia cytatów otwierających podrozdziały (nasz edytor nie obsługuje przypisów).

 

Wojtek z Czyta Wojtek zgodził się nagrać audiobooka z “Lo faresti per me?”. Wielkie dzięki dla niego, a nagranie możecie pobrać STĄD.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Lo faresti per me?

NIHIL TAM INOPINATUM NEC TAM INSPERATUM ACCIDERE POTUIT

Liber III, 26

 

Po pierwszej nocy spędzonej w Verigi Ignazio Scentelli był przekonany, że ktoś zabawia się jego kosztem. Choć zasypiał w pokoju z oknem wychodzącym na zachód, obudziły go poranne promienie słońca. Ale dlaczego gospodarze mieliby zadawać sobie trud, by przygotować ten tyleż niewinny, co karkołomny dowcip? Ignazio zatrzymał się w pałacu Lunardich, u daleko spowinowaconej rodziny, z którą dosyć sztucznie odnowił kontakty, kiedy zdecydował się pojechać do Verigi. Tym bardziej cała sytuacja zdawała się nie na miejscu.

Ignazio nie wstał z łóżka od razu. Musiał odespać trudy podróży, nie było zresztą wykluczone, że w zmęczeniu pomylił poprzedniego dnia kierunki świata. Obrócił się jedynie tyłem do okna i na powrót zasnął.

Ledwie godzinę później obudziły go dzwony katedralne nawołujące na mszę. Ich łomot wykluczał sen, ale oznaczał również coś innego. Ignazio zerwał się na równe nogi i rozdzierając koszulę nocną o oparcie krzesła, podbiegł do okna.

Nie mógł się mylić. Tak głośno słychać jedynie dzwony bijące tuż obok – i w istocie dzwonnica wyrastała ponad czerwone dachy domów, ponad kopułę katedry, po drugiej stronie placu, na który wychodziły okna Ignazia. W zupełnie innej części miasta niż ta, w której kładł się spać.

Jego konsternacja, powątpiewanie, oburzenie – wszystkie trzy zmieszane w alchemicką miksturę emocji, której nigdy dotąd nie zdarzyło mu się wypić – spotkały się jedynie z pobłażliwymi uśmiechami gospodarzy. I choć kuzyn Bernardo (przy akompaniamencie tłumionego chichotu swej córki) z uprzejmym spokojem tłumaczył, że w Verigi zdarzenia zeszłej nocy są najzupełniej naturalne, Ignazio nie uwierzył, dopóki nie zobaczył – trzykrotnie.

Powinien był się na to przygotować. Gianluca w swoich listach rozwodził się nad magią miasta, w którym nigdy nie wchodzi się dwa razy w tę samą uliczkę. Pisał, że tutaj człowiek każdego dnia poznaje nowych sąsiadów i nową okolicę, bo i każdego dnia miasto zmienia swoje oblicze. Ulice i całe dzielnice wędrują wokół siebie, jakby nie mogły pogodzić się z monotonnym losem budynków na całym bożym świecie.

Ignazio tłumaczył sobie takie słowa faktem, że Gianluca był malarzem. Z pewnością dla oka artysty nawet chmura zasnuwająca słońce potrafi przeobrazić miasto w coś zupełnie nowego i nieznanego. A jednak listy należało odczytywać w pełni dosłownie. Czy w takim razie Ignazio powinien zacząć poważnie niepokoić się o przyjaciela? Przed pół rokiem wiadomości, które otrzymywał od Gianluki, zmieniły charakter. Spomiędzy wierszy przezierał niepokój, którego Ignazio nie był w stanie wytłumaczyć treścią listów.

Od kiedy Gianluca po raz pierwszy napisał z Verigi, zachęcał Ignazia do odwiedzenia miasta – jednak ostatnie zaproszenie oblekł w kasandryczne słowa: Przyjedź, mój przyjacielu, do Verigi, jak od tak dawna cię namawiam. Wierzę, że urzeknie cię ono nie mniej niż mnie. To miasto prawdziwych cudów – i nie zmieni tego cień grożącego mi tutaj losu. A potem zamilkł.

I choć z początku Ignazio nie wyobrażał sobie, jak mógłby zostawić we Florencji narzeczoną, to wyprawił się w podróż do Verigi, gdy tylko było to możliwe.

Lunardi już listownie zapewniali go, że nie wiedzą nic o tym, aby w ostatnim czasie słynny malarz Gianluca Forse przebywał w mieście. Ponoć zjawił się tam przelotnie kilka lat wcześniej i – wedle wiedzy Lunardich – od tego czasu nie wracał.

Wbrew najlepszym intencjom Ignazia, by nie osądzać gospodarzy i rodziny zbyt pochopnie, przez jego głowę zaczęły przebiegać podejrzenia, że Lunardi coś przed nim ukrywają. Jednak nie tylko oni, a wszyscy zapytywani mieszkańcy Verigi mówili to samo. Co jeszcze dziwniejsze, nikt nie słyszał o Palazzo nel Cuore, w którym miał mieszkać Gianluca i do którego Ignazio adresował swe listy, docierające przecież do odbiorcy bez problemu.

Lunardi uprzejmie wykorzystywali wszelkie kontakty, aby zdobyć jakiekolwiek informacje o artyście. Bernardo jednak nie ukrywał swojego zdania: z jakiegoś powodu Gianluca chciał, aby wierzono, że znajduje się w Verigi, lecz tak naprawdę mieszkał zupełnie gdzie indziej, być może nawet we Florencji, gdzie przy odrobinie starań – i z pewnością nie bez łapówek – mógłby natychmiast przechwytywać wysyłane do niego listy.

Ignazio nie chciał dopuszczać do siebie takiej myśli, więc dopóki sam nie mógł czegoś zdziałać, skupiał się na drugiej sprawie, która zaprzątała jego umysł – na zmiennym mieście. Choć rozum buntował się przeciwko takiej idei, dalece bardziej nie do pomyślenia byłoby zaprzeczać faktom, przed którymi został postawiony. Jako matematyk, Ignazio mógł zrobić tylko jedno: zrozumieć.

Nie na wiele zdało się wypytywanie mieszkańców. Verigi od zawsze żyło własnym życiem i nikt nie wiedział, jak to się dzieje; nikt nie znał sposobu, aby określić, gdzie następnego dnia powinien szukać kościoła, przyjaciela czy krawca. Zupełnie jakby co noc Bóg rzucał na stół kości z elementami miasta, które układały się zawsze w innej kombinacji.

Ludzie się dostosowali. Każdego ranka wystarczyło wyjść na ulicę, aby usłyszeć mieszkańców wołających do siebie „Którędy dziś na targ?” i odkrzykujących choćby „Na północ aż do ratusza, a przy świętej Helenie na wschód”. „Tak przynajmniej słyszałem” – dodawali niektórzy. Codziennie w głowach verigian powstawała nowa mapa, jeszcze przed skompletowaniem skazana na przedawnienie.

Nocami Ignazio siadał przy oknie, opierał głowę na dłoniach i wyczekiwał momentu, w którym miasto zacznie się zmieniać. Verigi jednak zdawało się zawsze wiedzieć, że jest obserwowane, i przeobrażało się bądź to kiedy Ignazio na chwilę przysnął, bądź kiedy akurat odwrócił wzrok. Gdy zaś pewnego razu przez całą noc nie zmrużył oka, wpatrując się bez przerwy w ulicę za oknem, nad ranem odkrył, że akurat ta ulica pozostała na miejscu, podczas gdy całe miasto przetasowało się wokół niej.

Każdego dnia Ignazio błądził po mieście dopóty, dopóki nie znalazł czterech miejsc: katedry, placu Góry Oliwnej, posągu Eneasza oraz bazyliki świętego Antoniego (czyż patron rzeczy i ludzi zaginionych nie był najlepszym, do kogo można się było zwrócić po pomoc?). Dokładnie notował ich położenia, a po powrocie do pałacu Lunardich usiłował odszukać jakąś regułę rządzącą wędrówkami każdego z punktów. Co wieczór próbował przewidzieć, gdzie znajdą się następnego ranka, lecz gdy tylko zaczynał wierzyć, że dostrzega jakąś regułę, katedra wyrastała w zupełnie przypadkowym miejscu albo posąg nie dawał się nawet odszukać.

Gdziekolwiek nie znajdował się teraz Gianluca, co do jednego miał słuszność: Ignazio wielce żałowałby, gdyby nigdy nie poznał Verigi.

Na przestrzeni dni kolejne mechanizmy wprawione w ruch przez Lunardich przynosiły wciąż tę samą odpowiedź: nikt nie widział Gianluki Forsego, nikt nie słyszał, żeby artysta pojawił się w mieście. Nikt nie wiedział o żadnym Palazzo nel Cuore.

Coraz częściej spod maski nieskazitelnej uprzejmości Bernarda dawało się dostrzec zniecierpliwienie. Ignazio miał świadomość, że w końcu będzie musiał pogodzić się z porażką – w poszukiwaniu zarówno Gianluki, jak i sensu w wędrówkach miasta – i zaplanować powrót do Florencji. Póki jednak mógł, odkładał tę decyzję na później.

Jedna z samotnych wędrówek po Verigi zaprowadziła go w miejsce, którego jeszcze nie znał. Na środku ciasnego placu wznosiła się najpotężniejsza bodaj fontanna, jaką dane było Ignaziowi zobaczyć.

Natychmiast przypomniał mu się opis w jednym z listów Gianluki. Właśnie na takie wypadki nosił je ze sobą; wyjął kartkę i zaczął czytać: Na szczycie potężny Herkules rozbija skałę, kierując bieg wody, bieg rzeki, ku Augiaszowym rumakom. Pięć ich szamocze się w bezruchu poniżej, bezlitośnie chłostanych kaskadami wody. Nigdy nie widziałem fontanny, która tak obficie by ją wypluwała.

Opis ciągnął się jeszcze długo, a Ignazio podszedł bliżej, aby przypatrywać się dokładnie temu, o czym czytał. Każdy z koni stał w oddzielnym basenie, tak że można było wejść pomiędzy nie, pod piętro Herkulesa. Ignazio, otoczony ze wszystkich stron wodospadami, podziwiał kunszt rzeźbiarza. Nie było wątpliwości, że znajdował się dokładnie w miejscu, w którym niegdyś stał jego przyjaciel.

Po dłuższej chwili Ignazio otrząsnął się z czaru fontanny; tego dnia spędził już w mieście wiele godzin, a wciąż nie odnalazł obecnego umiejscowienia placu Góry Oliwnej. Lecz gdziekolwiek nie szukał, nie widział żadnej uliczki, żadnego muru, żadnego placu, który wydawałby się znajomy. Ani po godzinie błądzenia, ani po trzech.

Wcale.

 

QUID EST ALIUD QUAM EXSILIUM INTRA EADEM MOENIA, QUAM RELEGATIONEM

PATI?

Liber IV, 4

 

Mury opustoszałych budynków pożarły czerwone słońce i zatopiły uliczki w długich cieniach, a Ignazio wciąż nie odnalazł drogi – ani do placu Góry Oliwnej, ani do pałacu Lunardich. Ruszał spod fontanny Herkulesa w każdym możliwym kierunku, po czym znów do niej wracał, gdy spostrzegał, że okolice stają się tylko bardziej obce. Nie chciał zgubić jedynego punktu orientacyjnego, jaki mu pozostał.

Choć poruszał się po mieście z najwyższą ostrożnością, Ignazio byłby w stanie zaakceptować, że zwyczajnie się zgubił. Byłby, gdyby nie fakt, że w nieustannie tętniącym życiem Verigi tym razem nie napotkał ani żywej duszy. Chodził od domu do domu i pukał do wszelkich drzwi. Odpowiadała mu jedynie cisza i odgłos jego własnego zniecierpliwionego postukiwania obcasem.

Gdy zmierzch ustępował już zmrokowi, a kołatanie do drzwi wciąż niosło za sobą jedynie milczenie, Ignazio, zrezygnowany i zawstydzony, sam spróbował wejść do jednej z rezydencji. Ku jego zdziwieniu, ciężkie drzwi stanęły przed nim otworem bez najmniejszego oporu, bez choćby cichego skrzypienia zawiasów.

– Przepraszam?

Ignazio nie spodziewał się odpowiedzi i przynajmniej w tym jego przewidywania pokryły się z rzeczywistością.

Dom wyglądał, jakby ktoś kazał doprowadzić go do stanu najpełniejszego porządku, po czym wraz ze wszystkimi domownikami i całą służbą opuścił go, porzucając dobytek. I musiałoby się to stać nie dalej niż dzień, może dwa dni wcześniej, sądząc po tym, że po zapaleniu świecy Ignazio nie dostrzegł nawet śladu pyłu, nieśmiertelnego prześladowcy wszelkich toskańskich domostw.

Wchodząc po schodach, przyjrzał się wiszącym na ścianach obrazom, licząc, że pozna choćby twarze gospodarzy. Płótna jednak przedstawiały jedynie sceny z mitologii, te dobrze Ignaziowi znane, a także takie, których nie był w stanie jednoznacznie rozszyfrować.

Po dokładnym przeszukaniu rezydencji wciąż nie znalazł w niej ani żywej duszy. Znalazł natomiast sypialnię, która miękkością łoża, ba, nawet otwartą szafą pełną koszul nocnych wprost śpiewała jego znużonemu ciału jak syrena.

Ignazio nie był w stanie jej odmówić.

Nazajutrz obudził się w tym samym pokoju i – jak niebawem miało się okazać – w zupełnie innej części miasta. Odkrył, że spiżarnia domu, w którym przenocował, była pełna, i po chwili wahania uznał, że przygotowanie sobie śniadania nie będzie większym nietaktem niż pożyczenie od gospodarzy nocnej garderoby.

Wyszedłszy na poszukiwanie drogi powrotnej do pałacu Lunardich, ponownie znalazł się na opustoszałych kamiennych uliczkach Verigi. Nawet nie spodziewał się, że odszuka jedyny punkt odniesienia w tej części miasta – fontannę Herkulesa – postanowił więc traktować swoją sytuację jak pierwsze, świeże podejście do problemu labiryntowego miasta.

W teorii istniało trywialne rozwiązanie. Idąc wystarczająco długo w jednym kierunku, musiał w końcu wydostać się poza miasto. Gdy jednak próbował wcielić ten plan w życie, zaraz napotykał ślepe zaułki i mury zagradzające drogę. Z godziny na godzinę miotał się po mieście coraz bardziej gorączkowo, uliczki zlewały mu się jedna z drugą i nie był już w stanie ich rozróżnić.

Starał się utrzymywać azymut, patrząc na pozycję słońca, ale gdy tylko tracił je z oczu w wąskiej uliczce czy też pod dachem, ono zdawało się powracać w najmniej oczekiwanym miejscu, rujnując wszelkie wysiłki.

Czyżby tracił zmysły, skoro nie zdołał wydostać się z miasta, nim zastał go kolejny zmierzch?

W jednym z mijanych domów znalazł sypialnię i osunął się na łóżko. Natychmiast zmorzył go sen.

Po przebudzeniu Ignazio znalazł w goszczącym go domu igłę, jedwabny szal i kawałek korka, z którego ostrożnie wyrzeźbił maleńką łódeczkę. Zabrał z gabinetu niewielką, zdobioną tacę na listy, nalał do niej wody i umieścił na tafli łódeczkę z namagnesowaną jedwabiem igłą. Z tak spreparowanym kompasem – po trosze dla pomocy w nawigacji, a po trosze, by udowodnić sobie sprawność własnego umysłu – był gotów na kolejny dzień poszukiwań.

Lecz zapał Ignazia i jego wiara w powodzenie zostały z sykiem ostudzone, gdy okazało się, że w Verigi kompas na nic się nie zdaje. Bo choć za każdym razem igła zgrabnie ustawiała się w określonym kierunku, to po przejściu kilkudziesięciu nawet kroków w kolejnym pomiarze oś obracała się to o dwadzieścia stopni, to o pięćdziesiąt, to o całe dziewięćdziesiąt.

Nie pomogło cierpliwe pocieranie igły jedwabiem, nie pomogło zastąpienie korka leciuchną łuską kory napotkanego cyprysa.

Gdy dzień chylił się ku zachodowi, Ignazio usiadł i ukrył twarz w dłoniach, powstrzymując łzy. Przypomniał sobie słowa Gianluki o grożącym w Verigi losie i zrozumiał, że jego przyjaciel musiał wpaść w tę samą pułapkę i zginąć w pajęczynie miasta. Tak jak i on niebawem tu zginie.

Ignaziowi stanęło przed oczami oblicze Marii Margherity. Ileżby oddał, byle tylko wrócić do ukochanej, byle ożenić się z nią i już nigdy nie odstępować jej na krok. Miał tu sczeznąć, przepaść bez wieści?

 

ATQUE ITA SE EX CONLOQUIO PRORIPUIT

Liber XXXII, 10

 

Nazajutrz Ignazio nawet nie opuścił domu, w którym znalazł schronienie. Całymi godzinami leżał bez ruchu, rozmyślając o Marii Marghericie, o Gianluce i o swoim losie. A także – chwilami – o tym, jak niesamowite były więżące go przemiany Verigi.

Kolejnego ranka tuż za oknem wyrosła smukła dzwonnica. Przez dłuższy czas Ignazio patrzył nieufnie, jak nad nim góruje, jak ostentacyjnie manifestuje swoje nagłe pojawienie się w okolicy, ale w końcu dał się skusić. Postanowił wspiąć się na jej szczyt i stamtąd raz jeszcze przyjrzeć się labiryntowi.

Bazylika, do której przynależała dzwonnica, okazała się budowlą przysadzistą, o ścianach z szarego kamienia sprawiających, że konstrukcja przypominała ciężką, burzową chmurę – cała, z wyjątkiem płonącej tysiącem kolorów rozety w bocznej nawie.

Ignazio popchnął drzwi. Owionął go przyjemny chłód przestronnej, kamiennej konstrukcji.

W kościele panował półmrok. Jaśniej było jedynie na przecięciu ramion krzyża, na planie którego powstała budowla – promienie wpadające przez rozetę kładły się na posadzce rozświetloną, eliptyczną mozaiką.

A nieco dalej, pod ołtarzem świętego Łukasza Ewangelisty, stał on. Pochylony nad sztalugą, z pędzlem w dłoni przyglądał się płótnu. Posąg świętego zdawał się patrzeć mu przez ramię i błogosławić pracę. Ignazio przetarł oczy w niedowierzaniu, po czym zawołał:

– Przyjacielu! Myślałem, że nie żyjesz, że jestem w tym mieście sam!

Ignazio wziąłby Gianlucę Forsego w ramiona, gdyby nie został powstrzymany gestem. Malarz ukłonił się lekko.

– Nareszcie się zjawiłeś – rzekł z zadowoleniem, po czym odwrócił się do obrazu, na którym z największą pieczołowitością odmalowywał wielobarwną rozetę.

Nie miał wiele do powiedzenia, gdy Ignazio zapytał go, jak znalazł się w Verigi. Został zaproszony do miasta, po kilku dniach natknął się na fontannę Herkulesa – i przepadł. Nie wykazywał chęci, by dłużej się nad tym rozwodzić.

– Wiesz, jak stąd wyjść? – dopytywał się Ignazio. Gianluca potrząsnął głową. – A więc jak pisałeś do mnie listy?

– Wysyłałem je stąd. Zostawiałem je wieczorem, a następnego ranka już ich nie było. Verigi zabierało je do ciebie.

– Zostawiałeś… – powtórzył Ignazio. – W Palazzo nel Cuore? Gdzie to jest?

Tym razem malarz oderwał się od pracy.

– Cała ta część miasta to Palazzo nel Cuore. Serce Verigi, najwspanialszy ze wszystkich pałaców. Nie podróżowałeś w życiu tyle co ja, musisz mi więc uwierzyć na słowo. Nie ma miasta cudowniejszego niż Verigi.

Ignaziowi odjęło mowę. Zmarszczył brwi, czym najwyraźniej uraził malarza, bo ten odwrócił się w stronę rozety i powiedział:

– A teraz wybacz, ale muszę dokończyć obraz, póki słońce znajduje się w odpowiednim miejscu.

 

CUM EX INSPERATO IAM OBSTINATIS MORI SPES ADFULSIT

Liber XLII, 65

 

Choć spotkanie z Gianlucą nie zwróciło Ignaziowi przyjaciela, zwróciło mu coś innego – nadzieję. Malarz mógł nic sobie nie robić ze swej niewoli, lecz Ignazio nie godził się na taki los.

Rozumiał już, że proste pomysły donikąd go nie zaprowadzą. Problem wymagał, by zająć się nim od podstaw; matematyk musiał choć trochę poznać miasto, w którym się znalazł, dopiero później mógł liczyć, że uda mu się je opuścić i wrócić do Marii Margherity.

Resztę dnia poświęcił na wędrówki po mieście. Starał się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Kościół świętego Floriana, a także świętej Łucji i świętego Marka – ten ostatni wraz z przylegającym niewielkim ogrodem – dom przy via Quattro Spade, gdzie Ignazio spędził ostatnią noc, kilka charakterystycznych placów i wielki amfiteatr…

Jednak zanim jeszcze nastał wieczór, Ignazio skupił się na czymś innym. Natknął się bowiem na ogromny, wielopiętrowy budynek z białego kamienia, którego hebanowe, przez kontrast niemal czarne drzwi kryły się za ośmioma kolumnami. Na błyszczącym w słońcu tympanonie widniał napis, o dziwo nie w alfabecie łacińskim, a greckim: ΒΙΒΛΙΟΘΗΚΗ.

Ignazio nigdy nie widział większego księgozbioru. Nie był nawet przekonany, czy o takim słyszał. Bez końca błądził po salach wypełnionych tysiącami woluminów poświęconych teologii i filozofii naturalnej, poezji, astronomii i historii. W końcu zaś odkrył dział matematyki.

Na regałach był w stanie znaleźć każde dzieło, jakie kiedykolwiek czytał lub też miał nadzieję przeczytać. Kepler, Fibonacci, Huygens, Cardano, a także nowsze prace Isaaca Newtona czy braci Bernoulli. Widział również niezliczone nazwiska rodem z całego świata, które nic mu jeszcze nie mówiły. Większość traktatów pojawiała się zarówno w oryginale, jak i we włoskim przekładzie, którego istnienia często nawet nie podejrzewał.

Następną noc Ignazio spędził pośród ksiąg, tak jak i kolejny dzień. Zapałał do tego miejsca natychmiastową miłością, a gdy w gmachu odkrył kilka pomieszczeń przeznaczonych najwyraźniej na kwatery bibliotekarza – z sypialnią, kuchnią i niewielką spiżarnią, wypełnioną po brzegi zupełnie jak w rezydencjach, w których spędził poprzednie noce – postanowił obrać je sobie za tymczasowy dom. W ten sposób nie musiał się obawiać, że gdy jednego wieczora położy się spać, więcej już nie odnajdzie biblioteki.

Jeszcze pierwszego dnia, szukając półek z dziełami Leibniza, natknął się – z niezrozumiałych względów wciąż w dziale matematyki – na Ab Urbe condita Tytusa Liwiusza, kompletne sto czterdzieści dwa woluminy historii Rzymu, włącznie z tymi, które we wszelkich znanych Ignaziowi kręgach uważało się za zaginione. Wtedy też, zgodnie z językową sugestią zawartą na frontonie, nazwał bibliotekę na swój użytek Biblioteką Aleksandryjską.

Czuł, że zanurzając się w dziełach najświatlejszych umysłów matematycznych, poznaje prawdy, które pomogą mu zrozumieć mechanizmy przemian miasta, nauczyć się je tłumaczyć i przewidywać.

Z każdą kartą Philosophiæ naturalis principia mathematica zbliżał się o krok do wyjścia.

 

EXPROMERENT QUID SENTIRENT

Liber XXIX, 1

 

Jeszcze tego samego dnia, którego odnalazł Bibliotekę Aleksandryjską, Ignazio napisał pierwszy list do Marii Margherity. Pisał o swym losie, pisał o przemianach miasta i o odnalezieniu Gianluki, lecz przede wszystkim pisał o swej tęsknocie. Wreszcie zalakował kopertę i przed snem położył ją, z braku odpowiedniejszego pomysłu, na stoliku przy wejściu do biblioteki.

Następnego ranka listu już nie znalazł. Na stoliku leżała jedynie czternasta część kroniki Tytusa Liwiusza.

Po kilku dniach Ignazio wypracował stabilny rytm dobowy. Za dnia wędrował po mieście z papierem, piórem i inkaustem, zapisując pozycje każdego charakterystycznego miejsca mogącego służyć za punkt odniesienia, kreśląc poglądowe mapy Verigi. W piwnicach biblioteki znalazł teodolit i teraz rozstawiał go na szczytach kościelnych dzwonnic, by geometrycznie wyznaczać położenie widocznych punktów orientacyjnych względem wieży, a docelowo – względem Biblioteki Aleksandryjskiej.

 Wieczorami zaś rozpisywał wszystkie zgromadzone dane we współrzędnych kartezjańskich, biegunowych czy nawet – w momentach frustracji, a może przebłyskach geniuszu – parabolicznych.

W nadchodzących dniach jeszcze kilkukrotnie natykał się na Gianlucę. Nie była to już jednak ta sama osoba, z którą spędził tak wiele wieczorów na dyskusjach o sztuce i świecie w czasie, gdy malarz pozostawał pod protekcją rodziny Scentellich. Towarzystwo najwyraźniej irytowało Gianlucę, w najlepszym zaś razie pozostawał na nie obojętny.

Ignazio nie zamierzał się narzucać. I tak jedyną prawdziwą pomocą, jaką mógł przynieść malarzowi, było znalezienie wyjścia z Verigi. Nie mógł sobie teraz pozwolić na rozproszenie.

Czasem przed zmierzchem malował na ulicach kolejne liczby w odstępie kilku kroków, by następnego ranka sprawdzić ich wzajemne położenie. W zgromadzonych danych szukał sekwencji zgodnych z jakimkolwiek kluczem. Wypatrywał kwadratów czy sześcianów, liczb pierwszych, ciągu Fibonacciego albo i złożeń wszystkich tych elementów.

Gdy po miesiącu nie pojawiła się odpowiedź od Marii Margherity, napisał kolejny list. Także i ten w nocy zniknął, pozostawiając po sobie jedynie Liwiusza.

 

MAGNO NATU QUIDAM CUM OMNIUM MALORUM SUORUM INSIGNIBUS SE IN FORUM

PROIECIT

Liber II, 23

 

Po trzech miesiącach spędzonych w Verigi Ignaziowi wciąż nie udało się rozpisać przemian miasta, lecz mimo to nie sądził, że w codziennych wędrówkach coś może go jeszcze zaskoczyć. Tym większe było jego zdziwienie, gdy przechadzając się po gmachu opery, usłyszał muzykę.

Odkąd przepadł dla świata w ruchomym mieście, jedynymi dźwiękami, jakie na co dzień towarzyszyły Ignaziowi, były szelest kartek, stukot obcasów i klekot przyrządów mierniczych. Jedynie w parku Francesco Tillò (kimże mógł być ten Tillò, którego pomnik zajmował centralny placyk?) spotykał czasem śpiewające ptaki.

Ignazio wbiegł po marmurowych schodach, wiedziony muzyką. Odsunął ciężką, zieloną zasłonę i znalazł się w jednej z lóż.

Na scenie siedział starszy mężczyzna z wiolonczelą. Grał kilka–kilkanaście taktów, po czym przerywał, by zanotować coś na pulpicie klawesynu stojącego obok. Następnie powtarzał melodię na klawesynie i wracał do wiolonczeli.

Ignazio przez chwilę przypatrywał się muzykowi z zapartym tchem, zanim wykrzyknął, wymachując rękami:

Dio santissimo! Halo, tutaj!

Kompozytor podniósł wzrok znad partytury i odszukał źródło głosu, lecz tylko pokręcił głową i wrócił do instrumentów.

Ignazio wyskoczył z loży i zbiegł na parter, modląc się, aby kompozytor nie zniknął w międzyczasie ze sceny. Czy mógłby? Na pewno nie wraz z instrumentami, nie z klawesynem…

Powróciwszy na widownię, odetchnął z ulgą. Dopiero teraz, przechodząc korytarzem między fotelami, dokładniej przyjrzał się muzykowi.

Mężczyzna miał na sobie rozpięty czerwony szustokor, nieco zbyt obficie zdobiony jak na dictum obecnie panującej mody. Siwe włosy, znacznie już przerzedzone na czubku głowy, opadały mu na ramiona. Z orlego nosa co i rusz zsuwały się okulary nienaturalnie powiększające głęboko osadzone oczy.

– Myślałem, że ten etap mam już dawno za sobą – mruknął, nie przerywając pracy.

Matematyk puścił uwagę mimo uszu i wdrapał się na scenę.

– Nazywam się Ignazio Scentelli – powiedział, prostując się i poprawiając ubranie. – Niech pan wybaczy żywiołową reakcję tam w loży, ale nie mogłem uwierzyć, że w mieście znajduje się ktoś poza mną i Gianlucą. – Kompozytor nie zaszczycił go ani odpowiedzią, ani spojrzeniem. – Przepraszam?

Wciąż żadnej reakcji, tylko powtarzająca się z ledwie zauważalnymi zmianami melodia. Za którymś razem, gdy muzyk sięgał do klawesynu, Ignazio ze złością zatrzasnął pokrywę klawiatury, niemal przygniatając mu palce.

Kompozytor popatrzył na niego szeroko otwartymi oczyma, a Ignazio natychmiast zawstydził się swojej gwałtowności.

Santo cielo – wykrztusił starzec, poprawiając okulary. – A więc ty istniejesz.

Ignazia zamurowało, muzyk zaś gestem dał znać, że nie oczekuje odpowiedzi.

– Nie, to wbrew pozorom nie jest oczywiste. Już tyle czasu jestem tu sam… Widziałem setki ludzi, którzy istnieli jedynie w mojej głowie. Nazywam się Cesare Tramontino, do usług.

Z pewną dozą niepewności Ignazio zapytał, jak długi czas miał muzyk na myśli. Pobladł, usłyszawszy odpowiedź.

– Trzydzieści jeden lat mijało, gdy w Verigi zjawił się Gianluca. Teraz upłynęło kolejne… – Cesare zawahał się. – Który mamy rok, tysiąc siedemset dwudziesty siódmy?

– Dwudziesty ósmy – wyszeptał Ignazio.

Muzyk pokiwał głową.

– A więc trzydzieści sześć lat. Trzydzieści sześć lat temu trafiłem do Verigi, zupełnym przypadkiem, w drodze do Sieny. Zaproszono mnie do pałacu Lunardich, gdzie zagrałem kilka ze swoich kompozycji. Myślę, że wtedy właśnie miasto mnie usłyszało i zapragnęło wykorzystać mój talent.

Cesare zawiesił głos, jakby zastanawiał się, czy rzeczywiście tak było. W końcu podjął:

– Pewnego dnia zabłądziłem w mieście i znalazłem się tutaj. Całkiem sam. Nie zdziwię cię chyba, mówiąc, że panikowałem, że próbowałem znaleźć wyjście. Ale przy tym słyszałem w Verigi tyle dźwięków, tyle melodii… Nigdy wcześniej nie spotkałem miasta tak pełnego muzyki. Zacząłem ją więc spisywać. Miasto zdawało się pomagać mi w pracy, podsuwać nuty wielkich mistrzów, instrumenty… W końcu zrozumiałem, że Verigi pragnie, abym skomponował jego partyturę. Przeniósł na papier całą muzykę, która tkwi w każdym jego zakątku. Że pragnie zgromadzić te nuty tylko dla siebie, jest zazdrosne i próżne, ale nie bez powodu. Miasto takie jak to ma do tego prawo.

To, że Cesare traktował Verigi jak żywą osobę, napełniało Ignazia niepokojem. Czy mogło w tym tkwić ziarno prawdy? Rozsądek podpowiadał, że to jedynie majaki starego szaleńca od przeszło trzydziestu lat siedzącego w samotności i komponującego utwory, których nikt nigdy nie wysłucha.

Zrewanżował się muzykowi opowieścią o tym, jak sam trafił do miasta i na czym trawi w nim całe dnie.

– Tobie się zdaje, że w czasie pobytu u Lunardich to ty przyglądałeś się Verigi – ocenił Cesare. – Ale prawda jest taka, że to Verigi poznawało ciebie, miarkowało, czy nadasz się do jego celów. Ja staram się uchwycić muzykę miasta, Gianluca jego piękno. Wygląda na to, że tobie przypadły w udziale jego przemiany. Brawo, okazałeś się godzien.

 

INTERDUM IN PRAESENS TEMPUS PLUS PROFICI DOLO QUAM UIRTUTE

Liber XLII, 47

 

Świadomość, że nie jest w mieście sam – nie liczył Gianluki, który przez swą obojętność kwalifikował się niemal na równi z posągami na placu Studni – pozwoliła Ignaziowi odzyskać utracony spokój ducha.

Nie sądził, że będzie w stanie pracować ze świdrującą umysł świadomością, że miasto zrobiło sobie z niego niewolnika. W rzeczywistości jednak urok Verigi oraz pochłaniającej go zagadki pozwalał zapomnieć o słowach Cesarego. A tam, gdzie i to nie wystarczyło, ukojenie przynosiła lektura otaczających go nieprzeliczonych dzieł najwybitniejszych umysłów w dziejach.

Ignazio spędzał dnie na ulicach Verigi, dokonując coraz bardziej wymyślnych pomiarów, albo w Bibliotece, gdzie starał się opisać je najdoskonalszym z języków. Gdy zaś musiał odetchnąć od czytania, nauki, szkicowania, analizowania, liczenia i modelowania, siadał z Cesarem w operze i pomagał mu w pracy nad partyturą miasta.

Jako wielka miłośniczka muzyki, matka zadbała o to, by mały Ignazio pobierał lekcje gry na klawesynie. A mimo że nigdy nie stał się wirtuozem – prawdę rzekłszy, ostatni raz siedział przy klawiaturze może rok, a może dwa lata wcześniej – to kompozytor i tak cieszył się, mogąc usłyszeć współbrzmienie dwóch instrumentów w praktyce, a nie jedynie w swej głowie.

Choć Cesarego nie można było nazwać osobą z gruntu nierozmowną, lata spędzone w samotności nauczyły go pracy sam na sam z dźwiękami w głowie i instrumentami. Ignaziowi niełatwo było wtedy oderwać go od muzyki i nawiązać towarzyską konwersację.

Metodą prób i błędów, niekiedy kończących się krzykiem i wściekłością ze strony kompozytora, udało mu się jednak wypracować pewną strategię. Wystarczyło zacząć zwięzłym pytaniem czy stwierdzeniem, zaintrygować Cesarego, zanim ten zdążył się spostrzec i poprosić o ciszę, a po chwili rozmowa płynęła już sama z siebie.

Tego popołudnia praca nie szła muzykowi najsprawniej. Ignazia aż palce bolały od powtarzania przez większą część dnia wciąż tych samych parunastu taktów i zaczynał żałować, że nie pozostał w Bibliotece Aleksandryjskiej. Niemal namacalnie czuł, jak ciągnie go tam magnetyzm tekstów zamorskiego geniusza Takakazu, które ostatnio przypadkiem wpadły mu w ręce.

– A co potem? – odezwał się Ignazio, świadomie pozbawiając pytanie kontekstu.

– Potem?

– Kiedy skończysz pracę. Nie dziś, nie nad tym utworem, a na amen. Kiedy w Verigi nie pozostanie już więcej muzyki do spisania.

Cesare odłożył smyczek kontrabasu na rozstawiony obok pulpit. To był obiecujący znak. W ten sposób zgadzał się na sugestię, by odżałować tę chwilę, którą mógłby przecież poświęcić kompozycji. Zresztą Ignazio sądził, że przy dzisiejszym tempie pracy mogło mu to wyjść jedynie na dobre.

– Wtedy wyjdę z Verigi – odparł Cesare i gestem zamknął usta pełnemu wątpliwości Ignaziowi. – Moją rolą w Verigi jest spisanie muzyki, która się w nim kryje. Kiedy to dobiegnie końca, nie pozostanie już nic, co mógłbym dla niego zrobić. Żadnego powodu, dla którego Verigi by mnie tutaj trzymało. Możesz o tym myśleć jako o zwróceniu wolności. Możesz o tym myśleć jako o pozbyciu się bezużytecznego śmiecia. To twój wybór.

– Skąd wiesz? Skąd wiesz, że Verigi nie zażąda wtedy od ciebie czegoś innego? Albo że zwyczajnie nie zostawi cię tutaj jak w klatce, bez wyjścia i bez zadania?

Na pociągłej twarzy Cesarego odmalował się uśmiech, w którym Ignazio dostrzegł cień pobłażania. A może tylko mu się wydawało?

– Matematyk uznałby, że nie wiem. Ale ja bym się z nim nie zgodził. Powiedzmy, że wysłyszałem to w muzyce Verigi. – Kompozytor wstał i lawirując między altówkami, klarnetami i waltorniami, podszedł do okna pracowni. Wychylił się i wziął głęboki oddech. – Wykonać swoją pracę. Zapewnić miastu następcę. Wierzę, że tylko tyle i aż tyle oczekuje od nas Verigi.

– Następcę? Chcesz powiedzieć, że ściągnąłeś tu kolejnego muzyka?

Twarz Cesarego zmieniła się. Popatrzył na matematyka badawczo.

– Nie muzyka. Malarza.

Ignazia zamurowało.

– To ty sprowadziłeś do Verigi Gianlucę?

– Tak jak Gianluca sprowadził ciebie.

– Mnie? Nie, ja jedynie przyjechałem go szukać, kiedy urwał się kontakt. Z własnej woli.

Cesare przysiadł na parapecie i głośno westchnął.

– Byłem przekonany, że wiesz. – Zrobił długą pauzę i przejechał dłonią po czole. – Był taki czas, kiedy tak jak ty zastanawiałem się, co się ze mną stanie po ukończeniu partytury. To było jak ziarno, które utkwiło w mojej głowie, po czym zaczęło rosnąć, coraz bardziej zaprzątając moje myśli, coraz dotkliwiej mnie dręcząc. Prosiłem Verigi o odpowiedź, ale ono milczało. W końcu nie byłem w stanie skupić się na niczym innym. Przestałem komponować, przekopywałem tylko bibliotekę w poszukiwaniu jakiejkolwiek wskazówki.

Widząc szeroko otwarte oczy Ignazia, Cesare pokręcił głową.

– Niczego nie znalazłem. Ale Verigi wreszcie zareagowało. Pewnej nocy na ścianie jednej z moich pracowni pojawił się obraz, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Autorem był niejaki Gianluca Forse. Nie od razu i nie bez podjęcia fałszywych tropów, ale zrozumiałem, że Verigi życzy sobie, żebym sprowadził go tutaj. – Cesare zaśmiał się kwaśno pod nosem. – Nie byłem zbyt subtelny. Z pomocą miasta wysłałem Gianluce zaproszenie do Verigi, oferując mu astronomiczną kwotę za wykonanie jakiegoś portreciku. Oczywiście się zgodził. Resztę już chyba wiesz.

Ignazio przez dłuższą chwilę milczał.

– A co to ma wspólnego ze mną?

– Wszystko. Verigi zapragnęło kogoś, kto rozpisze jego przemiany, i dało to do zrozumienia Gianluce. A on posłuchał.

– Mylisz się – stwierdził Ignazio. – Tak jak powiedziałem, przyjechałem do Verigi z własnej woli, martwiąc się o bezpieczeństwo przyjaciela. W każdym razie wtedy jeszcze Gianluca chciał być moim przyjacielem.

– A czy wcześniej nie naciskał, żebyś go tu odwiedził?

Cesare nie doczekał się odpowiedzi. Odwrócił się twarzą do okna i wystukał palcami o parapet kilka taktów utworu, nad którym pracował.

– Jesteś dobrym człowiekiem, Ignazio. Wzbudzenie w tobie troski to doprawdy znakomity sposób, aby coś na tobie wymóc.

 

‘ILLE EST UIR’ INQUIT, ‘QUI NOS EXTORRES EXPULIT PATRIA’

Liber II, 6

 

Zanim odnalazł Gianlucę w ogrodzie jednego z verigiańskich pałacyków, złość zaczęła już w nim przygasać. Jednak widok beztroski, z jaką malarz wygrzewa się w słońcu, rozłożony na zdobionej ławeczce przy na w pół ukończonym obrazie, z trikornem zsuniętym na oczy, zadziałał jak miech, rozniecając płomień wściekłości, aż wszystko wokół nabrało odcieni czerwieni.

– To ty! – zawołał Ignazio od bramy. Gianluca podskoczył zdezorientowany. Trikorn wylądował na ziemi. – Ty mnie tu ściągnąłeś. Z rozmysłem! Wiedziałeś, że przyjadę, kiedy… Jak mogłeś? Kim ty jesteś, żeby kraść człowiekowi życie?

Gianluca głośno wypuścił powietrze. Nawet nie wstał.

– To było kilka miesięcy temu.

– Dziś dowiedziałem się, że to ty. Nie miałem pojęcia… Do licha, uważałem cię za przyjaciela! Kto robi coś takiego przyjacielowi?

– Przyjaźniliśmy się dziesięć lat temu. Potem wyjechałem z Florencji i jakoś nie pamiętam, żeby ród Scentellich interesował się moim losem.

– Posłużyłeś się mną! Postanowiłeś zamknąć mnie w więzieniu tylko po to, żeby samemu stąd wyjść! Wykonać pracę i zapewnić miastu następcę, a moje życie niech diabli wezmą.

– Żeby stąd wyjść? – żachnął się Gianluca. – Dlaczego miałbym chcieć stąd wyjść? Z takiego miejsca? Verigi chciało, żebym cię tutaj sprowadził. Nie mnie to kwestionować i nie tobie. O czym my w ogóle mówimy? Gdyby nie ja, nigdy nie zobaczyłbyś Verigi, nigdy nie doświadczyłbyś niczego, co tu znalazłeś.

Ignazio aż oniemiał – tym bardziej, że malarz zdawał się naprawdę wierzyć w to, co mówił. Stał chwilę w osłupieniu. W końcu odwrócił się na pięcie i odszedł.

Nigdy więcej nie spotkał Gianluki.

 

NON TIBI, QUAMUIS INFESTO ANIMO ET MINACI PERUENERAS, INGREDIENTI FINES

IRA CECIDIT?

Liber II, 40

 

Pierwszy przełom przyszedł niespodziewanie, podczas pracy z Cesarem. Kompozytor spędził całe przedpołudnie, nanosząc ostatnie poprawki na nuty passacaglii w a-moll, którą zatytułował Le chiese e le cattedrali. Ignazio znał ten utwór dosyć dobrze, pamiętał, jak dwa miesiące wcześniej Cesare rozpoczął nad nim pracę.

Tego dnia jednak nie mógł się oprzeć wrażeniu, że dostrzega w nim coś więcej, wychwytuje coś znajomego – ale znajomego na zupełnie innej płaszczyźnie niż sam utwór. Gdzieś tuż za zasłoną świadomości kryły się te same interwały i pauzy, harmonie i dysonanse.

Ostinato zapętlało się bez końca, płynęło jak nawleczone na muzyczną analemmę, a z każdym powtórzeniem Ignaziowi zdawało się, że to już, że tym razem pojmie wreszcie coś, co dotąd mu umykało.

Aż przyszło olśnienie. Ignazio przedarł się przez zasłonę i w całej swej oczywistości ukazały mu się powiązania między partyturą a koordynatami świątyń, nad którymi głowił się przez ostatnie tygodnie. Przesunięcia dźwięków były zarazem przesunięciami ścian budynków, ich rozstawienie w akordach – wzajemnym położeniem fundamentów…

Ignazio zerwał się z miejsca, porwał nuty zdezorientowanego Cesarego i przewracając po drodze jak domino całą rodzinę smyczków, pognał w stronę Biblioteki Aleksandryjskiej.

Jeszcze przed świtem zrozumiał wędrówki kościołów świętego Łukasza, świętej Łucji oraz świętych Piotra i Pawła.

Odkrycie to nie zaowocowało lawiną kolejnych, ale na początek w zupełności Ignaziowi wystarczało. Cóż z tego, że poznał jedynie trasy trzech budynków w całym mieście, skoro nareszcie miał niezbity dowód, że przemiany Verigi nie są przypadkowe?

Odtąd pracował ze zwielokrotnionym zapałem. Przekopywał się przez wszystkie nuty Cesarego (a z początku nie mógł uwierzyć, że jeden człowiek jest w stanie aż tyle skomponować), zaprojektował nowe doświadczenia terenowe, testował kolejne hipotezy… Choć wymierne sukcesy pojawiały się rzadko i nie były zbyt spektakularne, Ignazio nie posiadał się z radości, wiedząc, że nareszcie kroczy przez tajemnice Verigi właściwymi ścieżkami.

Trzeba bowiem wiedzieć, że z biegiem czasu – choć trudno orzec, kiedy dokładnie – pragmatyczne zainteresowanie Ignazia przemianami Verigi, rozniecane przede wszystkim pragnieniem ucieczki, przerodziło się w prawdziwą fascynację.

Co kilka tygodni wysyłał listy do Marii Margherity, choć nigdy nie dostawał odpowiedzi. Pisał o Cesarem, o Verigi. O tym, co mu leżało na sercu, i o tym, co leżało na biurku w jego pracowni. Z czasem coraz więcej o tym ostatnim. Pewnego razu spostrzegł, że cały list, nad którym spędził większość popołudnia, poświęcił opisaniu postępów w pracy, nie szczędząc kilkuwierszowych równań i kolumn danych. Maria Margherita nie miała nawet szans, by go zrozumieć. Podarł wtedy kartkę, ale nie wyciągnął już nowej. Poddał się i na dobre zrezygnował z korespondencji.

Tłumaczył sobie wtedy, że i tak musi przestać wysyłać listy, zanim miastu zabraknie tomów Ab Urbe condita, które konsekwentnie pozostawiało w miejscu kopert.

Minęły kolejne miesiące, zanim sprawa o sobie przypomniała.

Wspiąwszy się na drabinę w poszukiwaniu księgi, która pomogłaby mu potwierdzić pewien lemat konieczny do dalszej pracy, dostrzegł na szczycie regału prostą, drewnianą skrzyneczkę wciśniętą w najciemniejszy róg pomieszczenia. Wiedziony ciekawością, podsunął drabinę bliżej i zdmuchnąwszy z wierzchu kurz (nagle zdał sobie sprawę, że dotąd wszystko w Verigi było nieskazitelnie czyste), uniósł wieko.

W kilku stosikach, jeden na drugim, leżały listy do Marii Margherity. W kopertach, nieotwarte, nienaruszone. Niewysłane. Dla pewności złamał pieczęć na pierwszym z brzegu i wyjął kartę. Krótką, nawet nie stronicową wiadomość bez wątpienia skreśliła jego własna ręka.

Schodząc z drabiny, znalazł wreszcie księgę, w której kiedyś mignął mu poszukiwany dowód. Przekartkował ją – i rzeczywiście, choć nie wdawał się zrazu w szczegóły, widział, że autor wyprowadził dokładnie tę zależność, na której Ignaziowi zależało. To zaś oznaczało, że i hipoteza Ignazia była słuszna. A w takim razie…

Wydobył z kieszeni kamizelki grafitowy ołówek i zaczął rachować, zapisując obliczenia na odwrocie listu. Po chwili wydał z siebie zduszony okrzyk i natychmiast pobiegł do pracowni.

Kiedy jakiś czas później wrócił po skrzynkę z pozostałymi listami do narzeczonej, niczego nie znalazł w miejscu, gdzie ją pozostawił.

Wzruszył ramionami. Co innego zaprzątało teraz jego umysł.

 

SALUTATIS DIMISSISQUE IIS EADEM QUA UENERAT UIA ELATIAM REDIIT

Liber XXXIV, 50

 

W Verigi łatwo było zgubić rachubę czasu, lecz Ignazio – zarówno przez naturę swego charakteru, jak i prowadzonych badań – przykładał wielką wagę do kalendarza. Wiedział więc, że był dziesiąty lipca tysiąc siedemset trzydziestego piątego roku, kiedy po raz pierwszy i jedyny usłyszał kroki Cesarego w głównym holu Biblioteki Aleksandryjskiej.

Natychmiast wyszedł mu na powitanie. Starzec siedzący na stopniu marmurowych schodów podniósł się na jego widok i skłonił głowę. Zanim Ignazio zdążył zapytać, czemu zawdzięcza tę niecodzienną wizytę, otrzymał odpowiedź.

– Skończyłem – rzekł krótko Cesare.

– Całość? – upewnił się Ignazio, nie dowierzając.

Kompozytor skinął głową.

– Jutrzejszego ranka odchodzę.

Zapadła cisza. Młodszy z mężczyzn nie wiedział, co powiedzieć; starszy wiedział, że nic mówić nie musi.

– Pójdę razem z tobą – odezwał się w końcu Ignazio.

– Myślisz, że miasto ci na to pozwoli? – Dopiero teraz na ustach Cesarego pojawił się uśmiech.

– Wiem już swoje o przemianach Verigi. Nie zdoła mnie powstrzymać.

Starzec uniósł brwi, a jego uśmiech stał się jeszcze szerszy.

– Tak uważasz? Potrafisz przewidywać codzienne roszady wielu miejsc, to prawda. Ale powiedz, proszę, czy masz pojęcie, co musiało się zmienić choćby po to, by listy Gianluki dotarły do ciebie we Florencji?

Ignazio zacisnął usta.

– Chcę spróbować.

– Zapraszam więc. Będę nocował w pałacu Tillò. Jest dziś ledwie przecznicę stąd, na północ.

– A jutro będzie na zachodnich rubieżach, nieopodal amfiteatru – dodał Ignazio. – Ale możesz przenocować w Bibliotece, zapraszam.

– Nie… Chcę pobyć sam na sam z Verigi. Ostatni raz.

– Twoja wola. – Ignazio wzruszył ramionami. – Spakuję się i dołączę do ciebie o świcie.

– Żegnaj – powiedział Cesare, podając matematykowi dłoń. – Cieszę się, że nasze losy się tutaj skrzyżowały.

– Do zobaczenia.

Po chwili ciężkie wrota zatrzasnęły się za starcem, a Ignazio wrócił do pracowni. Miał nadzieję rozwiązać choć jeden z problemów, nad którymi obecnie pracował, zanim na zawsze pożegna się z Biblioteką.

Gdy zaczął się pakować, niebo za oknem już szarzało. Ignazio nie miał wiele dobytku, miał za to pewność, że Lunardi zatroszczą się o niego, kiedy zjawi się na ich progu. Wrzucił do torby jedynie kilka najniezbędniejszych przedmiotów, upewniając się, że zostawia wystarczająco dużo miejsca – po chwili bowiem zaczął w niej układać kluczowe rachunki i książki, których nie spodziewał się znaleźć w żadnej innej bibliotece w całej Italii.

A gdy wreszcie udało mu się je jakoś upchnąć, westchnął i zaczął wszystkie wyjmować. Bo jeśli Verigi miało mu uniemożliwić wyjście z miasta, to z pewnością po to, by nie zabrał z niego pilnie strzeżonych tajemnic. W końcu odrzucił całą torbę w kąt. Zdał sobie sprawę, że poza notatkami i księgami niczego tak naprawdę nie potrzebował.

Opadł na krzesło i wędrował wzrokiem od verigiańskich równań do chmur na coraz intensywniej błękitnym niebie. Tam i z powrotem, aż w końcu ukrył twarz w załamanych dłoniach.

Przecież nie mógł tego wszystkiego zostawić.

Usnął przy biurku, z głową opartą o Newtona. Gdy się obudził, otaczały go ułożone w siedmiu kolumnach sto czterdzieści dwa woluminy historii Rzymu pióra Tytusa Liwiusza.

Dawno już minęło południe.

 

HAEC DE PRUSIA NOSTRI SCRIPTORES

Liber XLV, 44

 

Ignazio nigdy nie wybaczył Gianluce podstępu, jakim malarz ściągnął go do miasta. To jednak nie powstrzymało go przed uczynieniem dokładnie tego samego w stosunku do mnie, swego kuzyna.

Nie miał wrażliwości artysty jak Cesare Tramontino czy Gianluca Forse. Nie wystarczyła subtelna, zawoalowana sugestia, by dotarło do niego to, co pragnęło przekazać Verigi. Wreszcie jednak pojął znaczenie Ab Urbe condita: Sprowadź mi tu kronikarza.

I sprowadził, a gdy zakończył swą pracę – po prostu wyszedł. Ja zaś zostałem. Tak jak Cesare na każdym kroku słyszał rozbrzmiewające w Verigi melodie, tak ja widzę historie skrywane przez puste sale, schody i zaułki. Widzę ludzi, którzy tu żyli – którzy musieli tu żyć, bo inaczej nie czułbym całym ciałem wszystkich ich namiętności, zdrad i wielkich planów. Wiedziony wskazówkami Verigi, skrzętnie spisuję jego kronikę.

Nie wiem, czy jestem tutaj ostatni. Miasto ma już muzykę, sztukę i opis ruchu. Tworzy się jego kronika. Jeśli zażyczy sobie czegoś więcej, wiem, że sprowadzę tu kogoś, kto to zapewni.

Kiedy zaś skończę, będę mógł wyjść. Ale tyle jest jeszcze do napisania…

 

spisał Pietro Lunardi

1769 r.

 

TRANSLATIONES CITATIONUM

 

1. Nihil tam inopinatum nec tam insperatum accidere potuit. – Nie sposób wyobrazić sobie wydarzenie równie niespodziane, równie nieoczekiwane (tłum. autor).

2. Quid est aliud quam exsilium intra eadem moenia, quam relegationem pati? – Czyż to nie jest to samo, co żyć w jednym mieście, a zarazem być wygnanym i pozbawionym praw?

3. Atque ita se ex conloquio proripuit. – I z tymi słowami porzucił to spotkanie.

4. Cum ex insperato iam obstinatis mori spes adfulsit. – I oto zdecydowanym już zginąć niespodziewanie rozbłysła nadzieja ratunku.

5. Expromerent quid sentirent. – Niech wyjawią, co czują.

6. Magno natu quidam cum omnium malorum suorum insignibus se in forum proiecit. – Pewien człowiek, podeszły już wiekiem, wpadł na Forum z wszelkimi oznakami swej niedoli.

7. Interdum in praesens tempus plus profici dolo quam uirtute. – Niekiedy więcej doraźnych korzyści przynosi podstęp niż męstwo (tłum. autor).

8. ‘Ille est uir’ inquit, ‘qui nos extorres expulit patria.’ – Zawołał: „To jest ten człowiek, co nas wygnał z ojczyzny!”

9. Non tibi, quamuis infesto animo et minaci perueneras, ingredienti fines ira cecidit? –  Nie opuścił cię gniew, gdyś wszedł w granice tej ziemi, choćbyś nie wiem jak był zagniewany i zemsty chciwy?

10. Salutatis dimissisque iis eadem qua uenerat uia Elatiam rediit. – Po czym pożegnawszy ich wrócił do Elatei tą samą drogą, którą przyszedł.

11. Haec de Prusia nostri scriptores. – Tyle o Prusjaszu nasi pisarze.

 

Gdzie nie zaznaczono inaczej, tłumaczenia fragmentów „Dziejów Rzymu od założenia miasta” Tytusa Liwiusza pochodzą z przekładu Andrzeja Kościółka i Mieczysława Brożka, Ossolineum 1968-1982.

Koniec

Komentarze

Co to za przyjemność, dostać na dyżurze opowiadanie, których niezręczności nie muszę wyłuskiwać, bo wygładzono je już dawno! :) Jeszcze ciągle przy lekturze widzę obrazki z jednej z moich ulubionych gier – dwójki Asasyna. Sama przyjemność. Merytoryczny komentarz pozwolę sobie zostawić w porze późniejszej.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

powyższe opowiadanie miałam przyjemność czytać w Smoko dawno temu, ale okazji do skomentowania nie było. Świetny pomysł, ładne wykonanie, fajnie czytać takie rzeczy.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

No proszę, podobnie jak Fleur z tekstem zapoznałem się w Smokopolitanie, jednak przez myśl mi nie przeszło, że popełnił go “swój” ;)

Tym większa satysfakcja, bo opowiadanie jest świetne – godne publikacji i piórka (próbuję wieszczyć ;P ). Jak dla mnie – najlepszy tekst wspomnianego numeru.

Bardzo spodobał mi się pomysł, stopniowanie napięcia, dzięki któremu do ostatnich zdań czytałem z zainteresowaniem, kreacja miasta i wiarygodna stylizacja… Jakieś zastrzeżenia również miałem, jednak po czasie trudno mi powiedzieć jakie :/ Jeśli sobie przypomnę, dam znać ;)

Nie ma miasta cudowniejszego niż Verigi.

Zdecydowanie ;D

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Naz: Zaznaczę, że do Smoko też nie wysyłałem go z nie wiadomo iloma błędami, staram się teksty możliwie dopieszczać przed prezentowaniem komukolwiek ;) W to Assassin’s Creed chyba będę musiał w końcu zagrać, swego czasu mnie kusiło. A tymczasem czekam na komentarz właściwy.

 

fleurdelacour, CountPrimagen: A jednak Smokopolitan jest czytany! Szkoda, że nie istnieje jakaś dobrze funkcjonująca zinowa platforma wymiany opinii. Bardzo mi miło, że się podobało. Zastrzeżenia też chętnie poznam, gdyby się przypomniały, ale cieszę się, że w pamięci zostały te pozytywniejsze elementy ;)

 

Dzięki za wizytę!

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Bardzo dobry tekst. Rewelacyjny pomysł. Historia płynie sobie niespiesznie, ale utrzymuje uwagę czytelnika. Duży szacun za smaczki i dopracowanie szczegółów. Że warsztat porządny, to wiadomo.

Jakbyś jeszcze mógł zdradzić, co oznacza tytuł… ;-)

Babska logika rządzi!

Niebanalny pomysł i bardzo dobre, niezwykle eleganckie wykonanie. Pewnie stąd wrażenie, że przeczytałam relację ówczesnego mieszkańca Verigi.  

Zadziwiające to opowiadanie. Choć rzecz toczy się niezwykle spokojnie, wręcz ospale, nie sposób oderwać się od lektury. Osobliwe zachowanie miasta intryguje, każe śledzić poczynania bohatera, dochodzić sedna, dziwić się wszystkiemu i wszystko zrozumieć.

Zaiste, Verigi to szalenie osobliwe miasto.

Diriadzie, gratuluje i pędzę do nominowalni. ;-)

 

Igna­zio za­trzy­mał się w pa­ła­cu Lu­nar­dich, u da­le­ce spo­wi­no­wa­co­nej ro­dzi­ny… – Igna­zio za­trzy­mał się w pa­ła­cu Lu­nar­dich, u da­le­ko spo­wi­no­wa­co­nej ro­dzi­ny

Za SJP: dalece «bardzo»

 

Choć rozum bun­to­wał się prze­ciw­ko ta­kiej idei, da­le­ce bar­dziej nie do po­my­śle­nia by­ło­by za­prze­czać fak­tom… – Choć rozum bun­to­wał się prze­ciw­ko ta­kiej idei, da­le­ko/ o wiele bar­dziej nie do po­my­śle­nia by­ło­by za­prze­czać fak­tom

 

Grał kilka–kil­ka­na­ście tak­tów, po czym prze­ry­wał… – Grał kilka, kil­ka­na­ście tak­tów, po czym prze­ry­wał

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem. Świetny pomysł. Podany jednak zbyt ospale jak dla mnie. Ale to mój filtr. 

Diriad, ależ nie piję do tego, żebyś miał jakieś luki w umiejętnościach ;) Chodziło mi raczej o miłą odmianę dyżurową – nie namęczę się, a za to tekst sprawi mi czystą przyjemność ;) To rzadko mi się zdarza w piątunio.

 

Z każdą kartą Philosophiæ naturalis principia mathematica zbliżał się o krok do wyjścia.

Cudne.

 

Opowiadanie ma własny smak, zdaje się od początku do końca skąpane promieniach słońca ;) Wykonanie jest równe, niespieszne, ale nie nużące. Zupełnie jak harmonijna melodia. Czuję się, jakbym zjadła coś dobrego we włoskiej restauracji ;)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Lejecie miód na człowiecze serce, aż chce się zabrać do pracy nad kolejnym tekstem. I wielkie dzięki za punkciki biblioteczno-piórkowe.

 

Finkla: Tytułu nie chciałem dawać “za darmo” w przypisie, ale w komentarzu już mogę: Czy zrobiłbyś to dla mnie?

 

regulatorzy: Jest teoria, że każdy tekst zawiera nieskończoną liczbę błędów. Dowodzi się jej przez indukcję: bo przy każdym czytaniu znajdzie się jeszcze jakiś ;)

Pierwsze “dalece” już poprawione, nad drugim muszę się jeszcze zastanowić, bo tam znaczenie jest już właściwe, a Google Książki notuje jedną i drugą wersję. Natomiast kilka–kilkanaście wybrałem świadomie z wersji proponowanych przez poradnię PWN.

 

Blackburn: Rozumiem, nie każdemu musi podejść. Dzięki za przeczytanie!

 

Naz: Rozumiemy się, rozumiemy, tak tylko napisałem ;) Dziękuję za dobre słowa!

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

No to tylko “mnie” odgadłam. :-)

Babska logika rządzi!

Diriadzie, znaczenie drugiego dalece może i właściwe, ale zdanie w obecnym kształcie można odczytać, że …bardziej bardziej nie do pomyślenia byłoby zaprzeczać faktom

 

Z poradnią PWN nie zwykłam dyskutować, tym bardziej, że to Twoje opowiadanie i decyzja należy wyłącznie do Ciebie. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Świetnie opowiadanie, chapeau bas!

 

Aż sprawdziłem co to jest “szustokor“. :)

 

Tekst wolno się rozkręca, jednak jest to ogromna zaleta, a nie wada. Zakończenie jest więcej niż satysfakcjonujące. Czytałem już dwa razy i podoba mi się coraz bardziej.

Work smart, not hard

Bardzo ciekawy pomysł, świetnie napisane, podobało mi się :)

 

I żeby było choćby minimalne odniesienie do treści (poza ciekawym pomysłem):

Udało Ci się stworzyć bardzo klimatyczny tekst. Miasto (czy dzielnica) żyje. Nie przeszkadza mi brak spektakularnej akcji (nikt nie biega, nie krzyczy, nikogo nie zabija), nie ma histerii, spazmów, rozrywania szat, a mimo tego przykuwa uwagę i trzyma do samego końca. To jest ważne.

Z pewnością pomaga warsztat – napisane bardzo dobrze, tekst sam płynie, to też jest ważne.

Podoba mi się nienachalny bohater, który umożliwia przedstawienie tego wyjątkowego miejsca.

No, dobre opowiadanie po prostu! :)

 

 

Ja przeczytałam zwabiona polecankami i naprawdę nie żałuję. Lubię takie “leniwe” teksty, kiedy autor sączy do ucha cichutkie strumyczki opowieści, co sprawia, że czytelnik wsłuchuje się pilnie, by nie uronić nic ważnego.

Bardzo mi się.

 

I jeszcze jedno, już nie związane z tekstem bezpośrednio: chyba po raz pierwszy w życiu czytam prawdziwą opinię wyrażoną przez Anet. Diriadzie – Tyś to sprawił!!!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ja przepraszam, ale moje opinie typu “fajne” też są prawdziwe :P

Anet, nikt nie wątpi, że są szczere (a już najmniej autorzy). Ale to była opinia z prawdziwego zdarzenia. ;-)

Babska logika rządzi!

Wg mnie jedno z dwóch najlepszych opowiadań z czterech pierwszych numerów Smokopolitana.

 

Pytanie inne: co od czasu publikacji stworzyłeś jeszcze? :) Bo wiesz, chcemy jeszcze :)

Hej,

 

Świetny tekst. Historia Verigi i jego tajemnicy hipnotyzuje, nie pozwala – mimo powolnego tempa – oderwać się od lektury. Z ciekawością towarzyszyłem protagoniście w jego poszukiwaniach, kibicowałem, by rozwiązał swoją tajemnicę. Finał jest równie satysfakcjonujący.

Zastanawiam się tylko, cóż uczyniła Maria Margharita z Florencji? :-)

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Poszukała sobie innego narzeczonego! Wszak tego kwiatu pół światu wink

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ot, proszę, pragmatyczna dziołcha…

 

A już myślałem, ze z tych bezsennych nocy, spędzonych na oczekiwaniu, wzięły się znane drinki: Margherita i Krwawa Mary… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

I pizza. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję wszystkim :)

 

Co do szustokoru, to uwiodła mnie jego etymologia, czy w szczególności sposób spolszczenia francuskiego juste-au-corps (~“tuż przy ciele”), więc musiał się znaleźć w tekście.

 

Anet, wyższą część komentarza doceniam równie jak niższą. Ale doceniam też, że zdecydowałaś się dopisać więcej, żeby zgłosić opowiadanie :)

 

Sirinie, nie tylko od czasu publikacji, ale nawet od czasu ukończenia tego opowiadania (czyli gdzieś lipca) jak na razie brak nowych tekstów. Ale mam pomysł, który bardzo chciałbym zrealizować (pytanie, czy się uda, bo jest dość karkołomny), i mam od niedawna sporo czasu, więc mam nadzieję, że niedługo to się zmieni.

 

Psycho – też jestem ciekaw, co z Marią Margheritą. Z chęcią bym się dowiedział, tylko bezczelnego Ignazia przestało to interesować, a musiałem go niańczyć. Ale wersja z drinkami mi się podoba.

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

I pizzą! Drinki z pizzą to bardo dobry wątek na opowieść o Marii Marghericie! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

To jest jedno z piękniejszych opowiadań, jakie w życiu czytałam i cieszę się, że trafiło do Smoko :)

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Lubię takie klimaty, opowiadanie wręcz jakby skrojone pod moje gusta. Mam w szczególności na myśli smaczki romanistyczne i historionaukowe. Mały "nazwiskowy" przelot przez decydujący okres w dziejach nauk ścisłych :), nastrojowe opisy tajemniczego miasta, łacina w cytatach z Ab Urbe condita, włoski w scenerii – wszystko w sensownych proporcjach, bardzo ładne. Do tego jeszcze partytury i waltornie, na których się nie znam, ale to nic, one również robią atmosferę.

 

Miłe akcenty:

W tle Principia Newtona, których rola w skierowaniu cywilizacji na współczesny tor jest niezaniedbywalna. Nic dziwnego, że studiując je, Ignazio czuje się coraz bliżej celu.

Historia nauki z jej nieliniowością, ślepymi zaułkami, pracami zaginionymi, niepoznanymi zbyt długo, żeby na coś wpłynąć, zmianami paradygmatu – zawsze pasjonowała mnie bardziej niż ta polityczna. Ze wstydem muszę jednak przyznać, że o Takakazu nie słyszałem. A teraz już sobie poczytałem o nim. Dziękuję, miło wiedzieć, że był taki Japończyk.

Szustokor świetny. Gdy tylko (patrząc przez Google) zarejestrowałem jego etymologię, uśmiechnąłem się. Tak samo jak Ty, najwyraźniej :)

 

Tempo jest akurat odpowiednie dla tego typu opowieści. Przyjemnie się przez nią płynie aż do satysfakcjonującego końca, w którym wszystko, co powinno, zostaje wyjaśnione. Elementy układanki trafiają na swoje miejsce w zgrabnej strukturze.

Chyba już nie muszę pisać wprost, że mi się podobało, ani używać wzmacniających epitetów.

 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Tensza, Ty to wiesz, co powiedzieć, żeby porządnie powiedzieć…

 

jeroh – A widzisz, o historionaukowych to bym się domyślał, ale nie wiedziałem, że masz też zainteresowania romanistyczne. Bardzo się cieszę, że się wstrzeliłem.

A co do Takakazu – to miło wiedzieć, o ile faktycznie istniał, bo są koncepcje, że wszystkie “mądre prace” mnichów z jego zakonu podpisano jego imieniem ;)

 

Dziękuję, również za przyklepanie biblioteki (to dla mnie pierwszy raz na stronie głównej!)!

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Coś jak Pitagoras znaczy.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Bardzo zgrabna, przemyślana i dobrze napisana opowieść. Oryginalny pomysł na miasto, chociaż spodziewałem się trochę innego zakończenia. Po tym jak ujawniłeś że to Gianluca sprowadził Ignazia do miasto spodziewałem się że jego listy wysyłane do Marii Margherity sprowadzą kobietę do miasta. Ogólnie bardzo dobre opowiadanie lecę nominować :)

Dziękuję! Tak, to inny kierunek, w którym mogłaby się rozwinąć akcja. Ale się nie rozwinęła ;) Pytanie, co Maria Margherita miałaby do zaoferowania Verigi, żeby chciało dostarczać listy i wpuścić ją do środka… 

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

To pytanie pozostanie bez odpowiedzi :)

Bardzo, bardzo przyjemnie było mi dzisiaj zacząć dzień przy takiej lekturze :)

Zgadzam się, że Verigi wciąga człowieka w siebie jak w pułapkę – trudno się oderwać od lektury. Pomysł na miasto znakomity, napisane świetnie, fascynacja bohatera miastem szybko się udziela. Podoba mi się też to, że wbrew pozorom i przewidywaniom nie podajesz rozwiązania zagadki ruchomego miasta tylko pokazujesz jeszcze jedną jego tajemnicza cechę – to “wabienie” ludzi. I to, jak znakomicie pasuje do tego tytuł, gdy już się go rozszyfruje ;)

Ale zdecydowanie najmocniejszy jest dla mnie ostatni rozdział, a nawet – ostatnie zdanie. Może z racji naszej (większości tutaj zebranych) współdzielonej pasji ;) Kurcze no, czy to nie wspaniała wizja – żyć w mieście, które nie może się znudzić, bo wciąż jest inne, nie musieć martwić się o spanie, jedzenie i inspiracje, tylko chodzić, chwytać te historie i pisać, pisać…

No i mam nadzieję, że to ostatnie zdanie napisałeś też sam dla siebie, bo chciałoby się czytać więcej takich opowieści! :)

Przeczytałem i jestem urzeczony pomysłem na ciągle zmieniające się miasto. Przeczytałem również komentarze przedpiśćców i stwierdziłem, że jeroh spisał większość spostrzeżeń, które przyszły mi na myśl podczas i po lekturze tekstu. Notabene, nieładnie jerohu, tak grzebać mi we łbie ;-)

Dodam więc tylko jedną rzecz. Po przeczytaniu opowiadania pozostał mi jakiś niedosyt. I nie bardzo mogę zracjonalizować to uczucie. Pomysł, klimat, wykonanie, wszystko na wysokim poziomie, a jednak… Gdy tak analizuję własne odczucia z lektury, to przełomowym momentem chyba była zmiana Verigi z ludnego na opustoszałe. To zamieszkałe było ciekawsze. Oczywiście rozumiem, że w nim nie mogła rozegnać się ta historia, ale cóż może poradzić rozum przeciw sercu. No, naprawdę nie wiem dlaczego coś mnie uwiera. Nie do końca rozegrany wątek Gianluci? Podany na tacy mechanizm rządzący przybywaniem do miasta i jego opuszczaniem? A może to, że główny bohater bada jedynie mechanizm rządzący geometrią, a nie pochyla się nad naturą, jakże niezwykłego i niepokojącego miejsca? Nie wiem, ale jeśli się dowiem, to napiszę.

Tak czy inaczej, opowiadanie przedniej próby i czytałem je z ogromną przyjemnością!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

;-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Przesłuchałem audiobooka. Komentarz zostawiłem pod nim. Pozdrawiam.

Wybaczcie małą obsuwę w odpowiedziach. Wiecie, długi weekend, człowiek ma więcej czasu i tak to się kończy ;)

 

Werweno – bardzo się cieszę, że pomogłem dobrze zacząć dzień :) A szczególnie że dobrze zadziałał ostatni podrozdział. Zawsze staram się kończyć na mocniejszej nucie (w ten czy inny sposób), miło widzieć, że Ci podeszło.

 

KPiachu – rozumiem, też tak miewam. Podejrzewam, że to syndrom szczególnie widoczny u piszących – czyta się tekst, który niby się podoba, ale co i rusz pojawia się myśl “kurczę, a ja bym to rozwiązał inaczej” albo “tamten element miał taki potencjał, a został potraktowany po macoszemu!”. W ogóle fakt pisania poważnie wpływa na czytanie książek. A bycie tłumaczem już w ogóle – bo jeśli autor nie jest Polakiem, to zależnie od języka cały czas siedzi w głowie albo “czy tu w oryginale było to, co myślę…?”, albo “a jak bym to przetłumaczył…”. Ale wracając do rzeczy – przemyślę sobie te Twoje spostrzeżenia, planując kolejne teksty. Ale cieszę się, że i tak się podobało :)

(Swoją drogą, wiem, że Twój nick pochodzi od nazwiska, ale ja zawsze odbieram go jako zgrubienie “kpiarza”. Takie było zamierzenie czy to tylko ja?)

 

ryszardzie – w takim razie odpowiem też tam.

 

No bo właśnie. Jak już to wynika z komentarza ryszarda, opowiadanie nagrał Wojtek, czyli Majselbaum, czyli Czyta Wojtek. Za moment dodam w przedmowie linka, no i jeśli ktoś jeszcze miał ochotę przeczytać, a brakuje mu czasu, to można zgrać i posłuchać w tle :)

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Tak, masz rację, pisanie i betowanie kompletnie zmienia sposób odbioru tekstów. Rzekłbym nawet, że często psuje zabawę.

Nie, skojarzenie z kpiarz jest czysto przypadkowe. Przez pół życia kumple wołali na mnie Piach i tak zostało. Wiem, mało odkrywcze, ale cóż. Muszę się zastanowić, czy nie pójść za Twoim tokiem rozumowania i dorobić filozofii do nicka ;-)

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Też prawda. Cóż, żeby nie żałować niepełnej przyjemności z najlepszych tekstów, samemu trzeba pisać najlepsze ;)

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Odsłuchałam nagrania Wojtka. Jego głos i Twój tekst dały mi przyjemnie spędzoną godzinę. Tekst wciąga i klimat magicznego, włoskiego miasteczka jest niesamowity. Baaaardzo mi się podobało. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ech, jakoś mi się “Lo faresti” zmiksowało z “Hijo de la luna”. I we łbie dźwięczy mi melodyjka z Luny ze słowami powyższego tytułu. Niby wiem, że to dwa różne języki, ale obydwu nie znam w porównywalnym stopniu, więc wszystko mi jedno. ;-)

Ktoś jeszcze tak ma?

Babska logika rządzi!

Dzięki, Morgiano! Również za punkcik, naprawdę, każdy głos w temacie piórkowym to wielka motywacja do dalszego pisania.

 

Finklo – ja mogę się przyznać, że passacaglia w a-moll pisana przez Cesarego w mojej głowie była TĄ PASSACAGLIĄ W A-MOLL (z Battlestara Galactica) – to jeden z moich ulubionych serialowo-filmowych utworów :)

…ale Hijo de la luna też mam ulubioną wersję, w większości francuskojęzyczną (kolejny język!), o taką ;)

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Może być. Francuskiego nie znam prawie tak samo dokładnie, jak włoskiego i hiszpańskiego. ;-)

Babska logika rządzi!

Przyznaję, że zrobiłam eksperyment* i upiekłam przy jednym ogniu dwie pieczenie – wreszcie posłuchałam Wojtka i zapoznałam się z tekstem Diriada. Nie wiem tylko, czyja większa zasługa, ale czułam się, jakbym sama przechadzała się uliczkami tego włoskiego miasta. Przed oczami miałam fasady kamienic i pałaców, słyszałam muzykę Cezara, echo samotnych kroków Ignazia. Czułam przez skórę atmosferę miasta. 

Diriadzie, to kawał świetnej literatury, która wciąga i mimo braku jakiejś szalonej akcji, człowiek nawet nie wie, kiedy opowieść dobiega końca. Pod każdym względem jestem na tak. 

 

* zazwyczaj audiobooki albo mnie usypiają, albo ich nie słucham, tylko myślami odlatuję gdzieś indziej. Jestem wzrokowcem i nic na to nie poradzę. Tu słuchałam z uwagą :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mam z audiobookami tak samo, ale nauczyłem się słuchać portalowych opowiadań w wykonaniu Wojtka.

Bardzo dziękuję i cieszę się, że miło spędziłaś godzinkę :)

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Dobrze, że najpierw wysłałeś ten tekst do Smokopolitana, a potem dopiero umieściłeś tutaj. Wreszcie rozsądek zwyciężył. ;)

Bardzo mi się podobało. Początkowo nieco nużył mnie opis zmieniającego się miasta, bo już wiedziałam, że się zmienia, a Ty dalej, że się zmienia. I znowu, że się zmienia. I jeszcze raz, że się zmienia. Ale potem historia i tajemnica, mimo leniwej narracji, tak mnie pochłonęły, że nie mogłam się oderwać. Spodobał mi się pomysł – może nie sam koncept żywego miasta, bo akurat to nic nowego, ale jego wykorzystanie – egoistyczne miasto, wykorzystujące wybitnych ludzi dla swoich potrzeb. 

Zastanawiałam się przez chwilę, jak przy tym całym ruchu bohater po raz pierwszy znalazł dom Lunardich, jak potem swobodnie kursował między kompozytorem i biblioteką. Ale trzasnęłam się w łeb – przecież miasto tak chce. 

Jedna rzecz, która mi tu nie do końca zagrała logicznie to fakt wysyłania przez Ignazia listów do narzeczonej. Najpierw myślałam, że to też wola miasta, które ma swoje powody, by ją do siebie sprowadzić. Potem się jednak okazało, że nie. Więc zachowanie Ignazia, nieprzymuszanego przez miasto, wydało mi się dość głupie. Mógł przecież obawiać się, do czego jego listy mogą doprowadzić.

Ale to maleńki, maleńki drobiazg. Bo generalnie jestem pod wrażeniem.

Cieszę się, że ostatecznie wygrałem ze znużeniem :)

Ignazio był w Verigi pierwszy raz (a przynajmniej pierwszy raz od wczesnego dzieciństwa), a więc przybywając tam i tak musiał spytać kogoś o drogę do Lunardich, więc tutaj nawet nie trzeba wyciągać woli miasta. A druga – jak najbardziej, miasto tak chce. Choć gmach opery jest duży i charakterystyczny, wysokich wież “obserwacyjnych” sporo, więc jeśli Verigi zbytnio się nie postara, to powinno dać się go znaleźć :)

Co do listów – miasto zabierało je “dla świętego spokoju”, żeby Ignazio nie myślał o tym przesadnie i pracował. A jak już uznało, że jest gotowy, to przyznało się, że listy do M(M) nigdzie nie docierały. Natomiast z perspektywy Ignazia – wysyłał je, żeby Maria Margherita się nie martwiła, ale w dużym stopniu na pewno żeby samemu zachować jakiś kontakt ze światem. Nie zachęcał jej w nich do przyjazdu; ona oczywiście mogła sama na te wieści udać się do Verigi, ale z drugiej strony tak czy siak wiedziała, że właśnie tam zaginął, więc ta groźba i tak istniała. Poza tym… cóż, może Ignazio przez nutkę egoistycznej natury (która potem mocno się rozrosła, więc jakaś musiała w nim siedzieć od początku) podświadomie chciał, żeby Maria Margherita przyjechała do Verigi – miałby tylko dla siebie i ją, i miasto…

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Przyznam, że wszystkie podane przez Ciebie wyjaśnienia pisania listów do Marii kołatały mi się gdzieś po głowie. Aż w końcu wybrałam najprostsze. ;) Jednak masz racje – Twoje wyjaśnienia są prawdopodobne, a na pewno dużo ciekawsze niż to, że Ignazio po prostu popełnił bezmyślność.

:)

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Czy wolno nie być zachwyconym takim tekstem? Nie, chyba nie. Ale to tylko gorzej dla mnie, bo w takim razie jestem zmuszony… może nie tyle złamać, co nagiąć prawo.

 

Tekst z pewnością wart uwagi (a i czegoś więcej ponad uwagę). bo jest pomysł, jest wykonanie, jest imponująca dbałość o szczegółość^^ i wyraźne autora z tematem obeznanie też jest. Generalnie, wszystko wedle sprawdzonego przepisu na sukces.

Tyle, że mnie nie porwało. Czytałem owszem, z przyjemnością, bez poczucia, że jestem tu, bo pańszczyzna, ale nie zachłysnąłem się tekstem. Nie wciągnęło mnie, nie zassało i nie uwięziło przed kompem na długie pół godziny.

Cokolwiek dziwnie, może nawet niestosownie, bo z para-hipokryzją w tle, to zabrzmi, jeśli wziąć pod uważanie, że mnie niedawno wypominano dokładnie to samo, ale jak dla mnie tekst jednak zdecydowanie zbyt rozwleczony. Nieco zmęczył mnie nadmiar opisów i statyka akcji, jakoś nie czułem udzielającego się innym czytelnikom napięcia. Na szczęście tekst – choć nie jest napisany takim stylem, żeby akt czytania sam w sobie był zadośćuczynieniem za żale do konstrukcji – to mimo wszystko broni się przed zarzutami o zanudzanie czytelnika elegancko.

 

Wspiąwszy się na drabinę w poszukiwaniu księgi, która pomogłaby mu potwierdzić pewien lemat konieczny do dalszej pracy

No i zastanowiły mnie liczby. Jak wyliczał muzyk, pisarz był w mieście od ponad trzydziestu lat, podczas, gdy ten mówi matematykowi coś o ostatnich dziesięciu latach, podczas których jego (matematyka) rodzina nie interesowała się nim (malarzem). Zresztą Ignazio, patrząc na rzecz całą przez pryzmat posiadania narzeczonej, musiał być człekiem raczej młodym. Czy coś pochrzaniłem?

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Może tam czas płynie inaczej?

Co noc przestawia się coś w kalendarzu. A to czwartek wyląduje za poniedziałkiem, a to dzień urodzin podpadniętego burmistrza gdzieś zniknie… ;-)

Babska logika rządzi!

Czas się liczy tylko wtedy, jak wieża z zegarem stoi obok fontanny?

A kiedy jedna dzwonnica wyląduje na drugiej, biegnie do tyłu. ;-)

Babska logika rządzi!

Cieniu, sam widzisz, to miasto ma niejedną tajemnicę ;)

Cieniu, czuj się rozgrzeszony, masz moje przyzwolenie na taką opinię ;) Zresztą nie jest taka zła, akurat “nie chwyciło” to dosyć łagodne zastrzeżenie. To znaczy – poważne, bo Tobie to wszystko nie zagrało jak należy, szkoda. Ale z drugiej strony wszystkim żaden tekst nie podejdzie, a że takie tempo akcji nie każdemu odpowiada, to zrozumiałe. Zdziwiło mnie raczej takie ciepłe przyjęcie “Lo faresti” na portalu ;) Więc pozwolisz, że uznam, że póki Twoje zastrzeżenia to nie “ten pomysł to dno, ten wątek się kupy nie trzyma, ta postać jest zupełnie niewiarygodna”, to nie jest źle.

 

Co do liczb – w momencie rozmowy muzyk siedzi w mieście trzydzieści sześć lat. Malarz od dziesięciu lat nie jest u Scentellich, w tym czasie przez parę lat podróżował po świecie i robił karierę (a Scentelli się nim nie interesowali, przez co się na nich obraził), a w końcu trafił do Verigi – powiedzmy pięć lat temu (w stosunku do tej rozmowy). Jakieś dwa-trzy lata temu odnowił kontakt listowny z Ignaziem celem sprowadzenia go do miasta.

Przeciętny wiek zawierania małżeństwa dla mężczyzn w tamtych rejonach (znalazłem dla Parmy) w pierwszej połowie osiemnastego wieku to ok. 32-34 lata. W takim razie kiedy przyjaźnił się z Gianlucą we Florencji, mógł być w okolicach dwudziestki, Gianluca, dajmy na to, parę lat starszy. Chyba się zgadza?

 

(A z lematem o co chodzi?)

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Z lematem nic. Z rozpędu uznałem, że tam miał być “temat”, skopiowałem, podkreśliłem, zrobiłem z siebie durnia. Ale że niemal wszystko, co matematyczne, jest mi obce, to w tym akurat le… temacie, zupełnie mi nie przeszkadza. Sorry, za zamęt.

 

Z liczbami się w sumie zgadza, choć nie powiem, interpretacyje dziewcząt bardziej do mnie przemawiają niż mędrca szkiełko i… kalkulator. :)

 

I nie przejmuj się tak, bo nie widzę powodów, by przez osobiste gusta literackie odwalać tu manianę i nie docenić należycie tekstu, który jest kawałkiem naprawdę dobrej, porządnie napisanej prozy.

Słowy dwoma i spójnikiem jednym, byndzie w bryndze.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Puściłem audiobooka i soundtracka z 6 sezonu gry o tron “Light of the Seven”, aż mnie ciarki przechodziły. Co zaś się tekstu tyczy to powiem tylko, że jest to piękno, którego ze świecą szukać na polskim rynku. Należą ci się laury Diriadzie za perfekcyjnie wykonaną robotę. Urokliwe uliczki Verigii omotały mój umysł i pozwoliły zagłębić się w labirynt tajemnic. Gratuluję piórka i życzę dalszych sukcesów.

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Ładnie dobrana muzyka :) Wielkie dzięki!

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Nie ma za co dziękować. Niby "Nadchodzi Zima", ale taka literatura robi za valyriańską stal przecinającą każdy pancerz uderzając tym samym w samo serce czytelnika.

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

I rozgrzewając je do czerwoności.

Minimalizm i skurwysyństwo zachodzi wtedy, gdy dostajesz zupę w płaskim talerzu.

Dużo tych opinii :) jeśli będę po kimś powtarzał, to wybacz.

Najpierw czepialskie szczególiki, wszystkie subiektywne, że ho ho.

Nigdy nie widziałem bazyliki, która miałaby jedyną rozetę w bocznej nawie. Ale, choć widziałem ich już pewnie grube setki, wciąż nie wszystkie, więc… no może istnieje gdzieś taki wynalazek.

We fragmencie o kompasie i drodze na azymut przystanąłem na chwilę. Może nie wszyscy to potrafią, ale czy wędrówka na wyczucie kierunku nie byłaby pierwszą próbą znalezienia wyjścia? Na tym etapie trudno było zakładać, że miasto ciągnie się kilometrami. I pal licho, że umiał zrobić kompas, a może i umiał. Ale chyba był tam niepotrzebny, nawet jeśli tylko chciałeś coś pokazać. Samo słońce by wystarczyło, by zrozumieć, że miasto jest po prostu pokręcone. I starczy. Nie ma co pokazywać MacGyvera.

No i takie ciekawe zjawisko, tzn. miasto nie zmienia się, kiedy ktoś je obserwuje. Więc jak wprowadzić te zmienne do równań (nawet gdy obserwatorów jest tylko trzech – ale czy tak jest w istocie)? Chyba przerosłoby to możliwości każdego matematyka. Tzn. musiałby się uprzednio stać mordercą. Och, to by był ciekawy twist i prztyczek w… em, dzwonnicę miasta.

Niemniej, jak napisałem, to drobiaazgi.

Opowiadanie jest świetne. O ile łacina i włoski tytuł są dla mnie nieco pretensjonalne (i niezbyt uzasadnione w tekście), całą resztę łyka się z olbrzymią przyjemnością. Motyw zmieniającego się miasta powtarza się często, sam opisywałem takowe (niezbyt udanie), ale włoska otoczka, nastrój, jaki stworzyłeś – to wszystko tworzy całkiem nową jakość. To ciekawy wniosek, że wystarczy “tylko” tyle.

Tajemnica miasta trzyma w kleszczach do samego końca i… no cóż, może nie kończy się opadem szczeny, ale satysfakcja z dobrze spędzonego czasu niewątpliwie pozostaje.

Stylistycznie nienagannie, widziałem jakieś niuansiki, ale to mało ważne.

Brawo, brawo, dobra robota.

Po raz pierwszy dam 6. Z dużym minusem. Ale jednak.

Co do bocznej rozety, to przyznaję, że o tym nie myślałem, nie wiem, czy coś takiego istnieje. Ale myślę, że nawet jeśli nie, to Verigi na pewno z chęcią miałoby jedyną taką bazylikę na świecie ;)

Wędrówka na wyczucie kierunku i na pozycję słońca były ciut wcześniej – acz zamknęły się w paru zdaniach. A co do samego kompasu – ta scena pojawiła się na samym końcu. Były pewne przetasowania w pierwszej połowie opowiadania i wyciąłem szeroki opis geometrycznego wyznaczania punktów orientacyjnych z dzwonnic przy użyciu teodolitu (teraz zaznaczony tylko zdaniem). Zamiast niej dopisałem w innym miejscu scenkę z kompasem, bo gdzieś chciałem pokazać, jak Ignazio pracuje, a nie tylko kazać czytelnikowi uwierzyć na słowo, że "Ignazio wielkim naukowcem był" ;) A czy wyciągnąłem za duży kaliber? Nie wykluczam. Ale jestem kryty, bo napisałem, że Ignazio robił kompas "po trosze, by udowodnić sobie sprawność własnego umysłu" ;)

I trzecie – ja o tym myślałem tak, że miasto ma główny algorytm przetasowywania, a do tego dodaje niewielkie korekty ze względu na obserwatorów. Ignazio rozgryza główny sygnał, a ze względu na obserwacje pojawiają się na nim szumy, które trochę utrudniają pracę, ale w ogólnym rozrachunku są pomijalne.

 

Dzięki za przeczytanie i komentarz i cieszę się, że się podobało. No i pierwsza szóstka (nic to, że na szynach)! :)

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Przeczytane pół roku temu, nie skomentowane z powodu uporczywego braku czasu. Pięknie napisane, klimatyczne, wciągające, z uroczymi szczegółami. Verigi to naprawdę magiczne miejsce, bo wspominając je, czuję się jak na urlopie:D

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

A jednak się przypomniało. To super :)

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Bardzo ciekawy pomysł, intensywny, włoski klimat, świetny warsztat, smaczki, historia. A jednak jakoś zmęczył mnie ten tekst. Nie wiem, może nie przepadam za takimi opowiadaniami, może odchudziłbym je nieco, gdybym był jego autorem. Niemniej nie mogę powiedzieć, że nie poznawałem tej opowieści z przyjemnością, bo poznawałem. Mój niedosyt wynika jedynie z wielce subiektywnego gustu.

Skusiłem się czytać razem z nagraniem Wojtka. Jego głos świetnie pasował mi do tej historii. Niemniej, w audiobooku brakuje jednego rozdziału, tego w którym Ignazio po raz pierwszy wspomina o pisaniu listów do Marii. (to był chyba rozdział 5.)

Pozdrawiam!

Dzięki za przeczytanie i komentarz, cieszę się, że przyjemność była, choć niepełna.

No i wielkie dzięki za informację o braku w nagraniu – tak dokładnie go całego nie przesłuchałem… Dodam informację we wstępie.

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Bardzo dobre opowiadanie. Jedno z tych, które na dłużej zostają w pamięci. Błądzenie po włoskich uliczkach już nigdy nie będzie takie samo ;)

Chyba nie mam się do czego przyczepić (oprócz stylu, który choć bardzo poprawny, mnie nie zachwyca, ale oczywiście nie każdy styl zachwycać musi), więc pochwalę to, jak fajnie dorzucasz kolejne ciekawe wydarzenia, by utrzymać uwagę i zainteresowanie czytelnika. Zakończenie też przypadło mi do gustu. I tytuł – choć obcojęzyczny i nic dla mnie nie znaczący – przewijał mi się przed oczami tyle razy, że w końcu mocno wrył się w pamięć. Gratuluję piórka i publikacji :)

A za jakiś czas z chęcią odsłucham audiobooka. 

Wielkie dzięki za dobre słowa – a styl to faktycznie coś, w czym wciąż szukam równowagi, tak żeby nie był za prosty, ale żeby nie wydawał mi się pretensjonalny ;)

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Tyle rzeczy już chwalono: pomysł, klimat, język – lekko stylizowany, ale przecież nie męczący. Co by tu jeszcze?

Może te śródtytuły – nie tylko mile łechcące podkorowe ośrodki snobizmu intelektualnego (wszyscy tutaj je mamy) i dodające +10XP do epickości, ale też zgrabnie korespondujące z treścią podrozdziałów, co stwarzało dodatkowy poziom satysfakcji z lektury. Rzeczywiście szkoda, że nie mogłeś umieścić tłumaczeń w przypisach w obrębie tekstu i trzeba skakać na koniec, żeby je sobie doczytać. A do kompletu jeszcze ta borgesowska biblioteka i jej zawartośc – pyszne!

Ale bądźmy szczerzy – te pochwały nie są Ci już potrzebne; sam wiesz, że napisałeś ten tekst dobrze i uczciwie. Przyjmij zatem, jako osobliwy wyraz uznania, kilka słów o tym, co będąc na Twoim miejscu (wiem, wiem, że nie jestem) próbowałbym napisać inaczej. Nie traktuj tego proszę jako krytyki, czy mądrzenia się, ale właśnie jako dowód na to, że opowiadanie do mnie trafiło i wciąż chodzi po głowie.

Pierwszy moment – gdy miasto wchłania Ignazia do swojego jądra. Jakoś zbyt płasko się to dla mnie stało. Nie chodzi o fajerwerki, tylko o drobinę magii. Na przykład kilka bardziej poetyckich zdań o tym co bohater widział stojąc między tymi wodospadami fontanny.

I druga rzecz – samo zakończenie. Zabrakło mi tutaj jakiejś pięknej tragedii. Sam pomysł ujawnienia ukrytego narratora – pisarza/kronikarza jest fajny, ale że my tego kuzyna praktycznie nie znamy (nawet w pierwszym akapicie pojawia się inny krewny), to jego los ani nas ziębi, ani grzeje. Poszedłbym w trochę innym kierunku, np.:

 

  1. Maria Margharita – faktycznie dość długo wydawało się, że to ona będzie zmiennikiem Ignazia. Mogłoby się okazać, że jej przybycie, po krótkim spotkaniu z Ignazio spowoduje, że miasto wypluje tego drugiego na zewnątrz, nie pozwalając kochankom połączyć się na dłużej, obdarowując za to bohatera spóźnionymi wyrzutami sumienia.
  1. Ignazio sam postanawia pozostać na zawsze. Był taki trop – wydaje się, że rezygnacja z odejścia wraz z kompozytorem nie wynikała z braku zmiennika, ale z tego, że Ignazio nie potrafił zostawić swoich notatek i książek. Czy miasto mogło to zaakceptować?
  1. Inny pomysł na zakończenie to odwołanie wprost do czytelnika, zaproszenie skierowane przez Ignazio do każdego z nas, abyśmy spróbowali go zastąpić.

To tylko pomysły, żeby dobrze wybrzmiały, trzeba je odpowiednio opakować w słowa, ale z tym nie miałbyś przecież najmniejszych trudności.

 

Duży szacunek!

Od początku miałam wrażenie, że skądś ten tekst znam i w końcu doszłam do tego, że już go czytałam  – w Smokopolitanie (pewnie gdybym przeczytała Twój wstęp, wpadłabym na to wcześniej :P). Szalenie spodobał mi się pomysł na zmieniające się i obdarzone pewną formą świadomości miasto-bóstwo. Klimat jest świetny, aż zatęskniłam za Włochami. Leniwa narracja na początku mi nie przeszkadzała.

Problem w tym, że pod koniec ta rozwlekłość i niespieszna akcja zaczęły mnie nużyć. Niby lubię tajemniczość, jednak tu było jej za wiele – pomysł ze znajdowaniem wzoru zmian w partyturze jest świetny, ale mimo wszystko oczekiwałam jakiegoś wyjaśnienia. Może nie konkretnego, ale chociaż symbolicznego – naprowadzenia, jak można by było “ugryźć” miasto. Mimo to czytałam z przyjemnością od początku do końca.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Fabuła nie jest dla mnie nowa, nasuwa mnóstwo historii rodem z Trójkąta Bermudzkiego czy “Strefy Zmierzchu”. Ale to wykonanie, ten styl! Naprawdę dobrze napisane, włoskie nazwy dają tekstowi świetną stylizację, nawet jeśli nie opisujesz dokładnie miejsc z nimi związanymi. Postać matematyka spodobała mi się. Zakończenie też na plus, pasuje do całego klimatu historii. A miasto pozostało tajemnicą tak, jak powinno pozostać ;)

Podsumowując: bardzo ładne i stylowe opowiedzenie może nie najoryginalniejszej historii, ale zrobione tak ciekawie, że nie można się temu oprzeć.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jego konsternacja, powątpiewanie, oburzenie – wszystkie trzy zmieszane w alchemicką miksturę emocji, której nigdy dotąd nie zdarzyło mu się wypić

Niezła metafora.

 

Opowiadanie przyjemne do czytania. Lubię takie tajemnice. 

Wielki plus za pomysł. Miasto, które codziennie wygląda inaczej… Świetne.

Akcja toczy się bardzo powoli, w sumie to akcji tam nie ma. Opowieść toczy się powoli, co niekoniecznie jest wadą;) Skrupulatnie za to przedstawiłeś Verigi. Niemal czułem przytłaczające ściany kamieniczek zamykające się nade mną. 

Klimat, który stworzyłeś to też plus tej historii. Nie dość, że osiemnastowieczne włoskie miasteczko, to jeszcze opustoszałe. 

Zastrzeżenia miałbym tylko do tej sceny, w której Ignazio w końcu spotyka Gianlukę. Było to tak jakby w pośpiechu opisane, na kolanie. Niby pojechał tam, by szukać przyjaciela. Ileś czasu mu to zajęło, a gdy go w końcu znalazł to wspomniałeś o tym w pięciu słowach i tyle. 

Teraz kolejny plus. Osobiście fascynuję się Łaciną, więc te zręcznie przez Ciebie użyte nazwy i cytaty dodawały tekstowi smaczku.

Jestem na tak, choć “motylków” w brzuchu nie miałem.

Następną noc Ignazio spędził pośród ksiąg, tak jak i kolejny dzień.

Jak ja mu zazdroszczę.

Tekst przeczytałem jakieś dwa tygodnie temu, ale przyznam, że zabrałem się za niego wyłącznie ze względu na nominacje.

Opowiadanie zobaczyłem już dłuższy czas temu, ale sprawdziłem kilka komentarzy i uznałem, że nie jest dla mnie. Byłem przekonany, że tekst bez akcji i prawie bez dialogów na pewno mi się nie spodoba. Ciągnące się opisy są nudne jak flaki z olejem, więc ostatecznie nawet nie spróbowałem.

 

Wreszcie muszę publicznie przyznać, że bardzo się pomyliłem. ;)

 

Akcja płynie leniwie, swoim tempem, ale czyta się gładko. Tekst jest pozbawiony zbędnych dłużyzn i nie silisz się na nazbyt artystyczne konstrukcje zdań (chwała Ci!) – co jest częstą przypadłością takich tekstów. Po jedenaste, widać dużą dbałość o szczegóły i różne smaczki, co również cieszy. Chociaż zagadka miasta była, jak dla mnie, zbyt oczywista – w efekcie nieco brakowało mi klimatu tajemniczości, albo nawet i grozy…. i paru trupów dla ożywienia atmosfery…

Ok, poniosło mnie. ;)

 

Podsumowując jest to świetne opowiadanie, widać ogrom pracy, jaki w nie włożyłeś. Tylko piórko przy nim dziwi – bo jest tylko brązowe.

Pozdrawiam!

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Nie będę się silił na merytoryczne komentarze – po prostu historia wybitnie w moim guście.

 

Autorze, doskonała robota!

Miejsca akcji – czyli miasto – bardzo fascynujące. Jedna z najlepszych scenografii spośród opowiadań, które czytałem tu na portalu. Językowo naprawdę świetnie. Fabuła dość wolna, ale wciągająca, ładnie zakończona, więc w sumie też na plus.

Rewelacyjny tekst, co tu dużo pisać. Bardzo spodobały mi się motywy matematyczne i całe to historyczne tło. Pięknie odmalowany opis magicznego miasta. Może nie ma zbyt wiele akcji w zwykłym sensie, ale to nic, bo badanie przez bohatera tajemnicy Verigi było wystarczająco interesujące.

Z drobiazgów nie do końca pasował mi fragment o elipsoidalnej mozaice na posadzce. Elipsoidy są trójwymiarowe, ale może czegoś nie zrozumiałem.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Uf, troszeczkę wygrzebałem się z pracy, więc nadrabiam komentarze – wybaczcie, że z opóźnieniem. Po pierwsze, dziękuję wszystkim Dróżnikom, czy to Samurajom, czy Roninom, czy Ninja – za przeczytanie, za komentarze i za głosy (niekoniecznie na mój tekst). Miło czytać dobre słowa, jeszcze milej czytać o wrażeniach, bo te uczą na przyszłość.

Zdecydowanie najfajniejszym elementem plebiscytu jest to, że pozwalał opowiadaniom przeżyć drugą młodość.

 

Coboldzie – doceniam sugestie, podumałem nad nimi troszeczkę, i choć w tym tekście nic już nie zmienię, to zawsze warto sobie porozmyślać, choćby pod kątem rozwiązań fabularnych w następnych tekstach. Tylko jedna uwaga do zakończeniowego punktu 2. – tak, Ignazio nie wychodzi z kompozytorem z miłości do notatek i książek, ale w szczególności do pracy nad łamigłówką. Dlatego kiedy już po latach ją rozpracował, mógł jednak wyjść. Choć rozważałem nawet opcję, żeby po zakończeniu pracy próbował zostać w Verigi, a miasto siłą go wypluwało :)

 

Mirabell – wyłania się tu spośród czytelników spora grupa, która tak jak Ty czekała na więcej wyjaśnienia. Rozumiem Was i Wasz lżejszy lub mocniejszy zawód, ale co powiedzieć, akurat w tym tekście założyłem brak wyjaśnień.

 

SzyszkowyDziadku – no bo oczywiście, że nie była elipsoidalna, tylko eliptyczna. A tyle razy to czytałem…

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Podbijam opowiadanie, jako że to powód do ogromnej satysfakcji, że dostało nominację do Zajdla, a miało premierę właśnie tutaj. Gratulacje! :)

No, premiera była w Smoko.

Babska logika rządzi!

“Ledwie godzinę później obudziły go dzwony katedralne nawołujące na mszę. Ich łomot wykluczał sen, ale oznaczał również coś innego. Ignazio zerwał się na równe nogi i rozdzierając koszulę nocną o oparcie krzesła, podbiegł do okna.

Nie mógł się mylić. Tak głośno słychać jedynie dzwony bijące tuż obok – i w istocie dzwonnica wyrastała ponad czerwone dachy domów, ponad kopułę katedry, po drugiej stronie placu, na który wychodziły okna Ignazia.”

Rozdarł sobie koszulę nocną o oparcie krzesła? To chyba raczej trudne… I zdecydowanie okna pokoju/komnaty Ignazia, bo sam Ignazio raczej nie miał okien. A dzwony też raczej nie łomoczą. 

Sporo powtórzeń wyrazów.

Wrócę jeszcze po przeczytaniu całości.

Pozdrówka.

Gratulacje z powodu nominacji!

Wiesz, że dzięki temu trafisz do Wikipedii? ;)

Dziękuję, JeRzy. Satysfakcja jest wielka :)

 

Rogerze – ośmielę się stwierdzić, że się czepiasz. Kwestię powtórzeń przemilczę, ale co do “okien Ignazia” – rozumiem, że nigdy w życiu nie napisałbyś o "świetle księżyca"? Bo wiesz, sam księżyc raczej nie świeci, to światło słońca…

 

Coboldzie – również dziękuję! O Wikipedii nie wiedziałem, to będzie zabawne ;)

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Z okazji nominacji do Zajdla Wojtek zgodził się doczytać brakujący rozdział (za co jestem mu bardzo wdzięczny). Teraz do ściągnięcia jest już kompletny audiobook.

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Przeczytałam (powoli nadrabiam wszystkie zajdlowe nominacje). Tekst jest napisany przepięknym językiem, prawie słyszy się muzykę.

Póki co mój faworyt do Zajdla, ale jeszcze mi dwa zostały.

Rzuć to co teraz robisz i siadaj do pisania!

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Dzięki! Bardzo chciałbym tak zrobić, mam nadzieję, że niedługo będę miał taką możliwość.

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

“– Twoja wola[+.] – Ignazio wzruszył ramionami.”

 

“Tam i z powrotem, aż w końcu ukrył twarz w załamanych dłoniach.” – Co to są załamane dłonie?

 

Zaznaczam, że i ja wreszcie nadrobiłam ;) Serdecznie gratuluję nominacji.

Bardzo mi się podoba pomysł, jest stosowny klimat, wykonanie na poziomie. Jednak jakoś czegoś mi zabrakło. To zapewne kwestia wybranej stylizacji, ale główny bohater spłynął po mnie jak woda po gęsi. Nie polubiłam go i przez to jego działania, to, co go spotykało i to, czy ucieknie z miasta, czy nie, nie bardzo mnie obeszło. Tak już mam, że bohaterowie są dla mnie bardzo ważni i łatwiej przełknę oklepane wątki z pełnokrwistymi postaciami niż najoryginalniejszy pomysł z bohaterem, którego trudno polubić. Oczywiście piszę to jako tłumaczenie, a nie dlatego, że uważam, że z Twoim opowiadaniem coś jest nie tak – w tej scenerii sposób opisania wszystkiego bardzo pasuje.

 

Pozdrawiam ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przeczytałam już chwilę temu, więc przyszłam zostawić ślad. Bardzo mi się tekst podobał. Gratuluję piórka i nominacji do Zajdla :)

Teoria o nieskończonej liczbie błędów w tekście wciąż w mocy.

 

Dziękuję za opinie, zanotowane w głowie :)

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Nowa Fantastyka