- Opowiadanie: Krzysztof_Adamski - Donnerwetter

Donnerwetter

Klasyczna historia o krasnoludach, ich miłości do złota oraz smokach – tym razem w nieco steampunkowym ujęciu.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Donnerwetter

– Jakieś wieści od zwiadowców, chorąży? – Słysząc na schodach za sobą dudnienie ciężkich, okutych butów, bez odrywania oczu od okularów peryskopu, zapytał kapitan Katzel von Steinberg.

– Ani śladu gada, torowisko wygląda całkiem dobrze. Powinniśmy przejechać bez trudu, kapitanie. – Brodaty starszy chorąży Werner Doenitz w końcu wdrapał się na pomost obserwacyjny. Stanął obok dowódcy, ciężko sapiąc i zionąc cebulą. – O ile, oczywiście, możemy ufać doniesieniom gnomów!

– Dajcie już spokój, chorąży, Dubois i Legrand są zawodowcami, takimi samymi jak wy, czy ja. – Kapitan po raz kolejny, od lewej do prawej zlustrował ciągnący się aż po horyzont step, po czym w końcu zdecydował się odstąpić od peryskopu. – Odrobinę optymizmu, żołnierzu! – Poklepany po ramieniu krasnolud uśmiechnął się kwaśno i jeszcze bardziej zmarszczył czoło.

– Mówię tylko, że tradycja nakazuje wziąć niziołka!

– Będzie dobrze, czuję to w kościach! – Dowódca swoim zwyczajem podkręcił wąsa i zaczął nabijać wyciągniętą zza pazuchy fajkę. – Step przed nami pusty, tory proste, wygląda na to, że możemy ruszać! – Dowódca pochylił się nad słuchawką interkomu i chrząknął głośno. – Maszynownia, odjazd za pięć minut. Wszystkie stanowiska, maksymalna gotowość, wjeżdżamy na terytorium wroga. I niech ktoś, zum Teufel, wreszcie obudzi mistrza Ishmaela! – Odprawiony skinieniem głowy, chorąży zasalutował niedbale, po czym całkiem sprawnie zbiegł po schodkach. Czując pod nogami wyraźne drgniecie stalowego cielska pociągu, von Steinberg uśmiechnął się do siebie. Miał naprawdę dobre przeczucie!

Donnerwetter buchnął białą parą z obu kominów swojej brzuchatej lokomotywy. W ciasnej kotłowni pociągu, trzech palaczy ochoczo szuflowało węgiel do potężnego pieca. Kanonierzy zajmowali stanowiska w wieżach artyleryjskich i przeciwlotniczych. Strzelcy odciągali suwadła karabinów maszynowych, których lufami najeżony był niemal każdy cal opancerzonego składu. Z braku innego zajęcia, ściśnięci w wagonach szturmowych jegrzy pili i grali w karty, dla dodania sobie animuszu, klnąc przy tym niemiłosiernie. Donośny głos rugającego kogoś chorążego Doenitza zlał się w jedno z przeciągłym gwizdem lokomotywy, obwieszczającym gotowość do drogi. Pociąg najpierw drgnął, a następnie powoli ruszył naprzód. Ciężki parowóz naprężył swoje stalowe mięśnie, ciągnąc za sobą równie groźnie wyglądający, wielowagonowy skład. Z gardeł wszystkich krasnoludów wydarł się tryumfalny wiwat, taki sam, jakim od zarania dziejów, ich przodkowie rozpoczynali każdą wyprawę po smocze złoto.

Najwyraźniej ktoś w końcu zdołał również obudzić mistrza Ishmaela, gdyż jeszcze zanim Donnerwetter zdołał osiągnąć prędkość marszową, jego groźna sylwetka niespodziewanie się rozmyła, a następnie zupełnie zniknęła. Ucichł miarowy stukot kół na torach, okrzyki, podniecone szepty i przekleństwa załogi. Na błękitnym niebie ponad bezkresnym stepem nie unosił się choćby najmniejszy obłok bijącej z kominów lokomotywy pary. Wszędzie cisza i spokój. Żadnych pancernych eszelonów, prujących przez step, wiozących swoją na wpółpijaną załogę w stronę przeznaczenia. Żadnych obracających się nieustanie czołgowych wieży, przeczesujących widnokrąg w poszukiwaniu znajomej sylwetki wroga. Cisza, spokój. Idylla.

 

*

 

Zamaskowany iluzją mistrza Ishmaela, Donnerwetter pożerał kolejne kilometry nie mniej łapczywie, niż zwykła zaspokajać swój apetyt bestia, której terytorium ośmielił się naruszyć. Kilkanaście kilometrów przed pancernym składem, na swoich lekkich motocyklach podążali dwaj gnomi zwiadowcy. To właśnie oni mieli za zadanie wypatrywać pierwszych śladów smoczej aktywności oraz kontrolować stan torowiska.

Na szczęście dla dowodzonego przez kapitana von Steinberga eszelonu, nieużywana od wielu lat infrastruktura okazała się, jak zresztą wszystko, co wyszło spod krasnoludzkich rąk, niezwykle odporna na działanie czasu i żywiołów. Jak dotąd, zaledwie w kilku miejscach torowisko wymagało drobnych naprawy. Taki niepewny fragment zwiadowcy oznaczali widoczną z daleka chorągiewką, o fakcie tym informowali maszynistę przez radio, i gnali dalej na swoich stalowych rumakach. Reszta należała już do załogi pociągu.

W zależności od skali usterki, taka przerwa techniczna zwykle trwała od kwadransa do godziny, zawsze jednak wiązała się z poważnym ryzykiem dla unieruchomionego, a przez to bardziej narażonego na atak pociągu. Wtedy również jego krasnoludzka załoga prezentowała budzące podziw wyszkolenie i dyscyplinę. Piechota błyskawicznie wysypywała się z wagonów szturmowych, by jak najszybciej rozproszyć się po okolicy i przygotować na ewentualny atak. Kanonierzy jeszcze mocniej przyciskali twarze do gumowanych celowników swoich dział, co jakiś czas przecierając spocone od upału i nerwów czoła. Nawet sam mistrz Ishmael, którego iluzje traciły moc, gdy pociąg się nie poruszał, zwykł w takich chwilach wychodzić ze swojego przedziału, by dołączyć do kapitana von Steinberga na pomoście obserwacyjnym wagonu dowódczego. Tam w skupieniu obserwowali postęp napraw i raczyli się schnappsem.

W robotach inżynieryjnych, krasnoludom pomagały dwa ogry, Snorri i Saxx, którym dźwiganie szyn, czy podkładów kolejowych przychodziło łatwiej niż mycie zębów. Obaj mięśniacy, korzystając z żurawia zamontowanego na dachu lokomotywy oraz wskazówek krasnoludzkich inżynierów, potrafiliby w przeciągu kilku godzin, po ciemku i pod ogniem wroga, przerzucić most przez rwącą rzekę. Na szczęście, na otaczającym leże Sarreghusa stepie, tych ostatnich nie było zbyt wiele.

Wyprawa postępowała bez większych trudności, budząc wciąż narastający niepokój nieprzywykłego do takiego stanu rzeczy chorążego Doenitza. Możliwość powiedzenia „A nie mówiłem?” nadarzyła się dopiero drugiej nocy od naruszenia przez Donnerwetter granic smoczego królestwa…

 

*

 

– Przechodził pomiędzy wagonami, potknął się i spadł. Widziałem, bo akurat byłem się wysikać… – Młody szeregowiec, stojący na baczność przed kapitanem, wyglądał na tak przejętego całą sytuacją, że trudno było podejrzewać go o jakiekolwiek przyczynienie się do tego fatalnego wypadku.

– Musiał być kompletnie zalany, kapitanie… – Chorąży Doenitz pochylił się nad krwawym strzępem, w jaki stalowe koła pędzącego pociągu zmieniły ciało niezastąpionego mistrza Ishmaela. – Wciąż cuchnie gorzałką i rzygowinami.

– To wszystko, możecie odejść, żołnierzu. – Dowódca odprawił świadka feralnego zdarzenia, który z wyraźną ulgą oddalił się w stronę stojącego kilkaset metrów dalej pociągu. – Zawołajcie mi tutaj maszynistę Ludwiga! A wy posłuchajcie mnie, chorąży… – Kapitan zawiesił na chwilę głos, zerkając na widoczne w świetle latarki zwłoki czarodzieja. – Zarządzam całkowity zakaz picia! Każdy złapany choćby na lekkim rauszu traktowany będzie jako dezerter, rozumiemy się?

– Tak jest, kapitanie… Ale… – Brodata twarz chorążego, której kontury wyłowiło z mroku światło trzymanej przez niego latarki, wyrażała poważne wątpliwości.

– Ale co, zum Teufel?! – niespodziewanie warknął dowódca. Kapitan von Steinberg był znany ze swoich stalowych nerwów i niezwykle rzadko zdarzało mu się tracić nad sobą panowanie. – Jakieś uwagi, chorąży Doenitz? – dodał już nieco łagodniej.

– Przepraszam, ale czy naprawdę zamierza pan jechać dalej? Bez czarodzieja?

– Tak… – Dowódca kilkukrotnie pokiwał głową, jakby próbując przekonać siebie samego do tego pomysłu. Po chwili spojrzał w stronę pociągu, w którego wnętrzu przed chwilą zniknął świadek ostatniej drogi mistrza Ishmaela. W panujących dookoła ciemnościach dostrzegł sylwetki kilku żołnierzy, poukrywanych w okolicznych nierównościach terenu. Wisząca w powietrzu cisza musiała oznaczać, że równie uważnie wypatrują oni wroga, co śledzą przebieg prowadzonej przez dowódców rozmowy.  – Chodźcie ze mną, chorąży!

Kapitan szybkim krokiem ruszył wzdłuż torów, pozostawiając szczątki martwego czarodzieja szakalom. Chorąży Doenitz posłusznie podążył za nim. Mniej więcej w połowie składu, dokładnie na wysokości wagonu dowódczego, napotkali prowadzonego przez dwóch żołnierzy maszynistę Ludwiga Steigera. Wyraźnie kulejący, starszy krasnolud oraz trzej podlegli mu palacze, byli jedynymi cywilami na pokładzie Donnerwetter.

Weteran dwóch wojen, kilkukrotnie odznaczony za odwagę, Steiger był prawdopodobnie największym specem od pociągów pancernych, jaki wciąż jeszcze żył. Wystarczyła mu zaledwie sugestia, że ktoś mógłby być na tyle szalony, by przy użyciu jednego z nich, rzucić wyzwanie smokowi, a z miejsca zapalił się do tego pomysłu. Potem nie było już siły, by pozbawić go szansy udziału w wyprawie. Ubrany w swój przeżarty przez mole mundur, z wystawą medali na piersi, emerytowany wojak przykuł się do parowozu, przysparzając wielu zmartwień i siniaków próbującym go od niego oderwać żandarmom.

– Kłopoty, kapitanie? – zapytał, choć nie było najmniejszej wątpliwości, że wiadomość o śmierci mistrza Ishmaela zdążyła lotem błyskawicy obiec już cały pociąg.

– Porozmawiamy w środku. – Dowódca pierwszy wspiął się na wagon, za nim podążył maszynista. Chorąży Doenitz dołączył do nich jako ostatni, jeszcze na zewnątrz wydając ostatnie dyspozycje oczekującym na nie żołnierzom.

Pierwszym, co zobaczył wewnątrz, była butelka schnappsa, bezceremonialnie opróżniana do zlewu przez kapitana.

– Siadajcie, panowie, to chwilę potrwa… – Dowódca musiał naprawdę poważnie traktować własne rozkazy, gdyż w w ciągu kolejnych kilku minut, postąpił tak samo z całą zawartością swojego oficerskiego barku. Już na sam widok takiego marnotrawstwa, chorąży Doenitz poczuł dotkliwą suchość w gardle. Gdy ten bluźnierczy rytuał wreszcie dobiegł końca, kapitan podszedł do stołu, przy którym siedzieli wyraźnie wstrząśnięci nim towarzysze. Następnie rozłożył na blacie starą mapę sztabową, którą unieruchomił przy pomocy dwóch opróżnionych przed minutą butelek.

– Odpowiadając na wasze wcześniejsze pytanie, chorąży, powtarzam, tak, jedziemy dalej. – Maszynista przyjął tę wiadomość z kamiennym wyrazem zniszczonej przez czas i ciężką pracę twarzy. Za to po minie siedzącego obok chorążego, od razu widać było, że nie podziela on jego optymizmu. – Chcielibyście zawrócić? Teraz, w połowie drogi?

– A czy takie przypadkiem nie były rozkazy dowództwa?

– Owszem, były. – Oficer pokiwał z uznaniem głową, nie po raz pierwszy zaskoczony domyślnością podwładnego, któremu nikt przecież nie zdradził dokładnych wytycznych dotyczących ich wyprawy. – Zgodnie z rozkazami, w przypadku śmierci któregokolwiek z kluczowych uczestników misji, moim obowiązkiem jest przerwać jej wykonywanie, wrócić do bazy i na resztę życia, a planuję się nim jeszcze trochę pocieszyć, stać się pośmiewiskiem wszystkich kolegów oficerów… A wy razem ze mną, chorąży! Naprawdę tego chcecie?

– Oczywiście, że nie, kapitanie! Ale to stoi w jawnej sprzeczności z tym fragmentem o cieszeniu się życiem…

– Niekoniecznie… – Von Steinberg uśmiechnął się porozumiewawczo do maszynisty i postukał palcem w rozłożoną przed sobą mapę. – Mamy potwierdzone informacje od naszych przyjaciół z Ostwaldu, że Sarreghusa nie widziano w tych stronach od kilku miesięcy! A ostatni raz, gdy miało to miejsce, odleciał na północ i jak dotąd nie wrócił. Zresztą, znając was, doskonale o tym wiecie.

– Oczywiście, że wiem, kapitanie, ale nie oznacza to jeszcze, żebym słowa elfów traktował zbyt poważnie. – Chociaż ze względu na wieloletnią wspólną służbę, w stosunkach ze swoim przełożonym chorąży mógł pozwolić sobie na znacznie więcej, niż nakazywałby to protokół, wciąż zachowywał się profesjonalnie. Widać jednak było, że z każdą kolejną minutą, utrzymanie nerwów na wodzy przypłaca coraz większym wysiłkiem. Ciężko sapał, mrugał nerwowo oczyma i nawet pachniał cebulą bardziej intensywnie, niż miał to w zwyczaju. Przez jego twarz, niemal całkowicie skrytą pod rudą, przetykaną siwymi pasmami brodą, co jakiś czas przebiegał niekontrolowany skurcz – pamiątka po szrapnelu, który kiedyś tylko cudem nie oderwał głowy chorążego od reszty jego ciała. – Nie ufam im i dobrze pan o tym wie!

– Wy nikomu nie ufacie, chorąży! – Kapitanowi naprawdę zależało na przekonaniu chorążego, dlatego, zamiast zasłonić się rozkazem, spróbował z innej strony. Pozwalając, by jego słowa zawisły w powietrzu, zaczął w skupieniu nabijać fajkę. Widząc spojrzenie starego maszynisty, skinieniem głowy pozwolił podwładnym uczynić to samo. – Elfy są fałszywe, gnomy chytre, ogry zwyczajnie głupie – zaczął przy akompaniamencie szelestu ubijanego w trzech cybuchach tytoniu. – Magowie nie umieją pić, orki to zwykłe dzikusy, a człowiek sprzedałby swoją własną matkę, gdyby tylko znalazł się idiota, gotowy za nią zapłacić… A skoro już o tym mowa, znając was, chorąży, własnej rodzicielki również nie darzyliście specjalnym zaufaniem!

– Zapomniał pan o smokach, kapitanie – mruknął podoficer, zaciągając się błękitnawym tytoniowym dymem. – Ze wszystkich istot na tym świecie, najbardziej nie ufam właśnie im! Nawet bardziej niż mojej szanownej matce, której pamięć raczył pan uprzejmie przywołać…

Zum Teufel, chorąży, przestańcie mi tu zgrzytać jak zapiaszczone łożysko! – niespodziewanie wykrzyknął kapitan, waląc dłonią w leżącą przed nim mapę. Siła ciosu była tak duża, że jedna z przytrzymujących ją butelek podskoczyła i z brzękiem spadła ze stołu. – Chyba nie zapomnieliście, że, podobnie jak wszyscy na pokładzie tego pociągu, zgłosiliście się na ochotnika? Czyżby plecak wypchany smoczym złotem nie był odpowiednią nagrodą za odwagę konieczną by po nie sięgnąć? Gdybym nie znał was tyle lat, chorąży, pomyślałbym, że strach was obleciał…

– Kapitanie… – wycedził podoficer, sięgając do pokładów samokontroli, których istnienia dotąd nawet nie podejrzewał.

– Nie chcę słuchać tego babskiego gadania, Doenitz!

– Jeżeli można… – Spokojny głos Steigera, dotąd w milczeniu przysłuchującego się tej wymianie uprzejmości, momentalnie ostudził buzujące wokół stołu emocje. – Jak rozumiem, planowaliśmy jechać tędy… – Brudny paznokieć maszynisty wskazał wytyczoną na mapie trasę. Pogrubiona na czerwono linia wiodła prosto jak strzała niemal do samego masywu górskiego, pod którym, w zamierzchłych czasach, krasnoludy nieustępliwie drążyły swoje złotorodne sztolnie. – To jest najkrótsza droga, ale moglibyśmy spróbować jej trochę nadłożyć i pojechać tędy. – Palec starego krasnoluda odbił w lewo i, zatoczywszy szeroki łuk, wrócił w to samo miejsce na mapie. – Dotrzemy do zwrotnicy, tylko nieco inną drogą. Przez większą jej część jechalibyśmy pomiędzy górami, więc szansa, że ktoś nas dostrzeże znacznie by zmalała. Węgla nam starczy jeszcze z nawiązką, a w górach przynajmniej nie będzie problemu z wodą.

– Ile dni zajmie nam objazd? – rzeczowo zapytał kapitan, zupełnie tracąc zainteresowanie naburmuszonym chorążym.

– Dwa, jeżeli torowisko będzie w tak samo dobrym stanie, jak dotychczas, trzy, jeżeli nie. Po drodze nie ma żadnych mostów ani tuneli, więc powinno obyć się bez większych problemów.

– Problemów? – wtrącił chorąży, uważnie wpatrując się w, z jakiegoś powodu, niepokojący go fragment mapy. – Pewnie zaraz mi się dostanie za moje czarnowidztwo i generalną skłonność do uprzedzeń, ale czy aby przypadkiem nie będziemy musieli przejechać przez ziemie orków?

– Zgadza się, na tych terenach zwykli mieć swoje koczowiska… – W przeciwieństwie do wydymającego pogardliwie wargi dowódcy, maszynista pokiwał ze zrozumieniem głową.

– Chorąży, nie mówcie mi teraz tylko, że boicie się tych kilku dzikusów? – Von Steinberg ponownie zwrócił się do podoficera, sięgając po coś pod stół. – Ani oni, ani nikt inny nie powstrzyma nas przed tryumfalnym powrotem do domu z kieszeniami pełnymi złota! Niech zgolę brodę, jeżeli się mylę!

Na widok pękatej butelczyny, która jakimś cudem musiała przetrwać urządzony w oficerskim barku pogrom, twarz chorążego Doenitza momentalnie się rozjaśniła. Pospiesznie rozlany do trzech kieliszków trunek, w czterech rundach rozprawił się z resztkami obiekcji i wątpliwości podoficera. Potem były już tylko rozważania, co każdy z siedzącej przy stole trójki zamierza zrobić ze swoją częścią łupu. Niestety, nawet te urocze fantazje uciąć musiał nieuchronny i tym razem ostateczny koniec alkoholu. Okazał się on również jednoznacznym sygnałem do odjazdu – gdy kapitan spojrzał na tarczę zegara, ze zdumieniem stwierdził, że przekonanie opornego chorążego do kontynuowania misji zajęło mu znacznie więcej czasu, niż przypuszczał.

Dziesięć minut później, Donnerwetter pędził przed siebie, światłem potężnych przednich reflektorów prując mrok nocy.

 

*

 

Po mknącym przez step pociągu prawie w ogóle nie było widać, że ostatnie sto lat spędził w zawalonym podziemnym schronie, jedynie przez przypadek odkrytym przez grupę młodocianych poszukiwaczy skarbów. Zakonserwowany grubą na dwa palce warstwą smaru, Donnerwetter wymagał jedynie drobnych zabiegów kosmetyczno-naprawczych, by znów stać się w pełni sprawnym pojazdem bojowym. Jedynym, nad czym należało popracować, było jego uzbrojenie – przestarzałe armaty zastąpiono ich nowocześniejszymi wersjami, przystosowanymi do współczesnej, zdecydowanie skuteczniejszej amunicji. Nie oznaczało to oczywiście, że przyglądający się temu z boku specjaliści znacząco nie pukali się w zmarszczone skrajnym powątpiewaniem czoła.

Ostatnia wojna bezlitośnie obnażyła wszelkie słabości broni kolejowej, na której ówczesne krasnoludy oparły trzon swojej potęgi militarnej. Niezależnie jak potężnie opancerzone i jaką dysponujące siłą ognia, ich największą wadą była ograniczona mobilność. Nawet tory, zabezpieczone sekretnymi runami zespolenia, których gęsta sieć zdążyła pokryć cały kontynent, nie dawały im większych szans na przetrwanie na coraz szybciej ewoluującym polu walki. Pancerne kolosy, budzące dotąd powszechny postrach i szacunek, wkrótce zaczęły zostawać w tyle, odstawione przez znacznie młodsze i bardziej elastyczne rodzaje oręża. Te, którym udało się uniknąć zniszczenia na służbie, przerobiono na żyletki, lub też, tak jak miało to początkowo stać się z nieoczekiwanie odnalezionym Donnerwetter, umieszczono w muzeach. Gdyby nie banda zbzikowanych zapaleńców, jak powszechnie określono pomysłodawców wyprawy po skarb Sarreghusa, pozostałby tam on po kres swoich dni.

A jednak, z pozoru niedorzeczny pomysł zdołał przebić się przez mur skostniałej wojskowej biurokracji i, nie bez nacisków zewnętrznych sponsorów przedsięwzięcia, przejść do fazy realizacji.

Odmalowany i zmodernizowany, liczący jedenaście wagonów skład, prezentował się niezwykle okazale i ostatecznie, po stuletnim uśpieniu wyjeżdżając z zakładów naprawczych, ucieszył oczy nawet największych przeciwników ekspedycji. Czołgowe armaty dumnie prezentowały swoje groźne paszcze, czterolufowe działka przeciwlotnicze obracały się płynnie, a ciasno upchnięta w wagonach szturmowych piechota uśmiechała się, udając, że jest jej całkiem wygodnie. Lokomotywa posapywała miarowo, z pozoru bez wysiłku ciągnąc za sobą ten niebagatelny ciężar. Poza nią i potężną, wypchaną aż po brzegi węglarką, w skład eszelonu wchodziły dwa wagony przeciwlotnicze – po jednym na każdym końcu pociągu, dwa artyleryjskie, w tym jeden wyposażony w nowoczesne działa przeciwpancerne. Jegrzy gnieździli się w dwóch w tradycyjnych wagonach piechoty, znacznie mniej wygodnych, niż ten, w którym urzędował dowodzący wyprawą oficer. Całości dopełniały trzy platformy, z których dwie wiozły szyny, podkłady i inny sprzęt inżynieryjny, a jedna skrywała swoją zawartość pod grubą brezentową plandeką.

Chociaż na współczesnym polu walki nie było już dla Donnerwetter miejsca, czekające go misja mogła się udać. Mimo początkowego sceptycyzmu, na brodatych twarzach żegnających go krasnoludów malowały się ostrożne, ale pełne nadziei uśmiechy.

Teraz, pancerny kolos był bliżej niż kiedykolwiek spełnienia pokładanych w nim oczekiwań. Niestety, zamiast pędzić prosto w stronę coraz lepiej widocznych gór, zmuszony był odbić na boczny, szerokim łukiem objeżdżający je tor. Poinformowani przez radio zwiadowcy przestawili zwrotnicę i podążyli dalej, celem zbadania nowego torowiska.

Krajobraz powoli zaczął się zmieniać. Miejsce bezkresnego stepu zajęła rzadka tajga. Co jakiś czas pociąg mijał również ruiny dawnych krasnoludzkich miast, które zniszczył ognisty gniew Sarreghusa. Niegdyś dumne i dostatnie, teraz były zaledwie wypalonym cieniem swojej dawnej chwały – domem dla niezliczonych istot, na które żaden szanujący się krasnolud nawet by nie splunął.

 

*

 

– Obserwują nas… – mruknął kapitan von Steinberg, odklejając oczy od peryskopu i wskazując chorążemu, by sam spojrzał.

Doenitz przywarł do gumowanego okularu i, przez chwilę majstrując przy wymyślnym mechanizmie urządzenia, spojrzał w tym samym kierunku. Wysoko, na stalowoszarym niebie wisiała drobna, szarpana wiatrem sylwetka. Gdyby nie skomplikowany zestaw potężnych soczewek peryskopu, można by pomyśleć, że to jakiś wielki ptak albo inny skrzydlaty drapieżnik. Chorąży jednak nie musiał nawet specjalnie wytężać oczu, by dostrzec wykonane ze zwierzęcych pęcherzy, rozpięte na lekkim stelażu skrzydła oraz zieloną twarz odzianego w grube futro pilota.

– Za daleko żeby go strącić… Coś z tym robimy?

– Nic, nie sądzę, żeby byli nam w stanie realnie zagrozić. Niedługo wjedziemy pomiędzy góry, tam będziemy bezpieczni. Z tego, co wiem, żadne orki już tam nie mieszkają, wszystkie przeniosły się do miast… – Dowódca ponownie przejął peryskop i rozejrzał się dookoła. – Wciąż ani śladu smoka, chorąży… Nie żałujecie trochę? Moglibyśmy zdobyć sławę pierwszych smokobójców od prawie tysiąca lat! Szkoda by było się nie sprawdzić…

– Donnerwetter jest potężny, ale nie sądzę, byśmy rzeczywiście dysponowali siłą ognia zdolną powstrzymać Sarreghusa. Zniechęcić jak najbardziej, może przegonić, ba, nawet zrujnować mu popołudniową herbatkę, ale zabić…

– Jak tak dalej pójdzie, pewnie się nie dowiemy…

 

*

 

Zielonoskórzy czciciele smoka przypomnieli o sobie kolejnego ranka, zaledwie kilka godzin przed osiągnięciem przez Donnerwetter bezpiecznej linii gór. Tym razem nie byli to jednak samotni zwiadowcy… Pstrokata, pędząca od strony najbliższego miasta banda, liczyć musiała dobre kilka setek, o ile nie więcej.

Swoim zwyczajem, wymalowane w barwy wojenne, orki jechały na czym się dało. Pośród otwartych, podskakujących na wybojach ciężarówek oraz mrowia dwu-i trzykołowych motocykli, przemykali się wojownicy dosiadający miejscowych, wyjątkowo wyrośniętych wilków, dzików, a nawet reniferów. Ku swojemu rozbawieniu, przyglądający się temu z wciąż bezpiecznej odległości, kapitan dostrzegł sporą bandę goblinów, próbujących nadążyć za główną grupą na zdezelowanych rowerach. Ta najwyraźniej próbowała przeciąć drogę pociągu, zanim zdąży się on skryć pomiędzy górami.

– Zdążą, kapitanie, pędzą, jakby im sam Sarreghus tyłki przypalał – sapnął chorąży Doenitz, sprawdzając, czy bębenek jego rewolweru obraca się gładko. Na mundur zdążył już narzucić ciężki pancerz, a na szyi powiesić ozdobiony ochronnymi runami ryngraf. Hełm i gogle leżały na stole obok, cierpliwie czekając na swoją kolej.

– Dajcie spokój, żołnierzu… – Widząc swojego gotowego do boju podwładnego, kapitan uśmiechnął się znacząco. – To nie będzie nam dzisiaj potrzebne.

– Skąd ta pewność, kapitanie?

– A stąd, że w tych stronach nie widziano pociągu od tak dawna, że pewnie mało kto wie jak on wygląda. Ci tam mogą się tego jedynie domyślać… Nie sądzę, by przyszło im w ogóle do głowy, że może on być niebezpieczny. – To mówiąc, dowódca sięgnął po słuchawkę interkomu. – Pierwsza sekcja ognia, na mój sygnał, proszę o salwę ostrzegawczą… A nich tam, zum Teufel, dla pewności, walcie odłamkowym w czoło kolumny, ale tylko raz! Nie chcemy tu przecież niepotrzebnej rzezi…

– Tak jest, kapitanie! – W potwierdzeniu kanoniera dała się słyszeć wyraźna nuta rozczarowania…

Dwie wieżyczki ciężkich haubic, już od dawna podążających swoimi lufami za nadciągającym szybko wrogiem, wystrzeliły niemal równocześnie. Pierwszy pocisk nieco zniosło z celu i eksplodował jeszcze przed ujadającą dziko hordą. Drugi wszedł w nią jak krasnoludzki bucior w świeże łajno. Rozrywający się pomiędzy orkowymi pojazdami, odłamkowy pocisk praktycznie zdmuchnął z powierzchni ziemi wszystko w promieniu kilkuset metrów. Zielonoskórzy wojownicy próbowali zeskakiwać z przewracających się lub płonących ciężarówek, tylko po to, by dać się przygnieść innym, niedbale rozrzucanym po okolicy przez kolejne eksplozje paliwa. Służące im za wierzchowce zwierzęta uciekały na wszystkie strony, przeważnie już dawno zgubiwszy swoich jeźdźców. Nawet pomimo odległości i nieustannego hałasu robionego przez pędzący pociąg, dał się słyszeć zbiorowy ryk bólu i przerażenia, który wydarł się z setek gardeł ocalałych orków. Ta część zielonoskórej hordy, której udało się uniknąć zagłady, zawróciła w miejscu i w rozsypce pognała w kierunku ruin miasta, pozostawiając rannych i umierających za sobą.

– I to by było na tyle, chorąży! – Tryumfalnie oświadczył kapitan, składając peryskop i podkręcając wąsa. – Radio, wjeżdżamy na nieznany teren, łączność ze zwiadowcami co godzinę.

– Zrozumiałem, kapitanie – opowiedział głos z drugiej strony interkomu.

– To powinno ich powstrzymać od dalszych głupich pomysłów. – Uśmiechnięty dowódca odruchowo zajrzał do barku, jednak, na widok uczynionego w nim spustoszenia, zabrał się za nabijanie fajki.

– Zgadza się, a przy okazji, skutecznie obudzić smoka…

– Oj chorąży, chorąży… A wy jak zwykle szukacie dziury w całym… Dlaczego mnie to nie dziwi?

– Bo wiecie, że mam rację, kapitanie.

– Oby nie, możecie odejść.

– Tak jest, kapitanie. – Podoficer zasalutował i, z hełmem pod pachą, opuścił pomost obserwacyjny.

Zum Teufel… – zaklął pod nosem kapitan, po raz kolejny przywierając do zaledwie przed minutą złożonego peryskopu.

 

*

 

Gdy Donnerwetter wjechał pomiędzy góry, od razu dało się odczuć zmianę atmosfery w jego wnętrzu. Czując bliskość smoczego skarbu, krasnoludy wpadły w rodzaj nerwowego podniecenia, charakterystycznego dla wszelkiej maści maniaków, mających wkrótce spełnić swoje najdziksze fantazje. Na szczęście, żelazna dyscyplina, utrzymywana na pokładzie przez doświadczonych sierżantów, pozwalała uniknąć niepotrzebnego rozprężenia i wynikających z niego błędów.

Pociąg uparcie parł naprzód, zatrzymując się tylko po to, by uzupełnić zapas wody, bądź dokonać niezbędnych napraw torowiska. Zgodnie z meldunkami niestrudzonych gnomich zwiadowców, droga przed eszelonem była otwarta i względnie bezpieczna.

Utrzymawszy odpowiednie tempo, pociąg opuścił pasmo gór z nawet lepszym czasem, niż przewidywał to maszynista Steiger. Będąc ponownie na stepie, Donnerwetter rozwinął swoją pełną prędkość, tylko po to, by zatrzymać się po kilku godzinach jazdy. Tym razem jednak, to nie konieczność napraw, czy uzupełnienia zapasów była powodem tego postoju. Krasnoludy dotarły do celu.

 

*

 

Majestatyczna, wyrastająca prosto ze stepu góra, nie różniła się wiele od pasma, przez które dopiero co przedarł się Donnerwetter. Jedyną różnicą, widoczną zresztą tylko dla doświadczonych krasnoludzkich obserwatorów, były ślady ich dawnej chwały – tu i ówdzie, na stromym stoku wciąż trwały ruiny pradawnych strażnic, a na skałach widniały sekretne znaki, wskazujące bezpieczną drogę do wnętrza góry.

Jednak, aby ostatecznie dotrzeć do celu, Donnerwetter musiał znaleźć wiodący do niego tor, a taki widniał jedynie na starej mapie kapitana von Steinberga.

Pociąg zatrzymał się na zwrotnicy, łączącej pięć biegnących w różne strony torów, w tym ten, którym oryginalnie przybyć miał tutaj, skryty pod iluzją mistrza Ishmaela. Szóstego toru brakowało. Ktoś niewątpliwie dysponujący odpowiednią wiedzą i wielkim kunsztem, rozebrał torowisko, tym samym uniemożliwiając dalszą drogę w stronę góry.

– Co o tym myślicie, Ludwigu? – Kapitan von Steinberg stanął pośrodku splatającego się w tym miejscu torowiska i spojrzał na tkwiący u jego stóp metalowy blok. Równiutkie rzędy sekretnego pisma nic mu nie mówiły. Widział za to doskonale, do czego służył niewielki otwór, widniejący dokładnie pośrodku sztaby.

– Chwileczkę, kapitanie… – Maszynista podszedł bliżej i nałożył na nos okulary o podwójnych szkłach. Stare kości strzeliły głucho, gdy pochylał się nad kawałkiem metalu, zapisanym zaszyfrowanym językiem przodków. – Na szczęście żadnych bzdur o fazach księżyca… Odjąć czterysta dwadzieścia osiem, pomnożyć…Tak…– Przez chwilę mruczał pod nosem, dokonując piętrowych obliczeń, których wynik miał wskazać dalszą drogę. Wreszcie z trudem się wyprostował i spojrzał na przypatrującego mu się z wyczekiwaniem dowódcę. – Wjazd znajdziemy dokładnie dwa kilometry na północny zachód stąd, to będzie… – Starzec ponownie szybko przekalkulował coś w głowie, po czym obrócił się i wskazał dłonią miejsce na stromym zboczu góry. – Tam!

– Radio, do mnie! – w odpowiedzi, krzyknął za siebie kapitan. Radiotelegrafista, dźwigający na plecach przenośną radiostację, dopadł do niego w trzech krokach, w wyciągniętej dłoni ściskając słuchawkę. – Dajcie, mi zwiad!

– Czekają, kapitanie!

– Dobrze. – Dowódca skinął z aprobatą głową i przyłożył słuchawkę do ucha. – Dubois, Legrand, za chwilę ukaże się wam wejście, macie dokonać płytkiego zwiadu i meldować o wszystkim, co znajdziecie. Pozostajemy w ciągłym kontakcie radiowym, zrozumiano? Świetnie, podaje przybliżone współrzędne…

W tym czasie, dotąd nie uczestniczący w rozmowie, chorąży Doenitz podszedł do maszynisty.

– Dwa kilometry? Dużo…

– Osiem, dwanaście godzin roboty i po sprawie – odparł Steiger, drapiąc się w głowę. – Powiedzmy dzień…

– Dużo – powtórzył sucho chorąży, jednak nic więcej nie dodał, widząc zbliżającego się dowódcę, za którym, niczym pies na skręconym kablu, podążał radiotelegrafista.

– Zamiast stękać, Doenitz, bierzmy się do roboty, czas nas goni! – Von Steinberg sięgnął pod płytę chroniącego jego pierś pancerza i wyciągnął spod niej zawieszony na łańcuchu klucz. – Ludwigu, czyńcie honory! – Doceniony tym gestem, maszynista przyjął klucz i drżącą, po części ze starości, a po części z podniecenia, ręką wsunął go w otwór w sztabie. Ponownie zaczął coś liczyć pod nosem, przekręcając klucz to w jedną, to w drugą stronę. Wreszcie, coś zazgrzytało wewnątrz starego kawałka metalu, wywołując na twarzy równie wiekowego żołnierza wyraz niemal dziecięcej radości. Zaledwie sekundę później, zza pleców dowódcy szczęknęła radiostacja.

– Kapitanie… – nieśmiało zgłosił radiotelegrafista. – Jest!

 

*

 

Mało jest na świecie scen tak niesamowitych, że na zawsze zapadają w pamięć. Jedną są bezsprzecznie narodziny dziecka, drugą zorza polarna, płynąca po północnym niebie, jeszcze inną eksplodujący w kuli ognia czołg przeciwnika. Jednak, ktoś, kto raz widział kładące tory krasnoludy, nigdy nie doświadczy czegoś równie spektakularnego i budzącego podziw zarazem. Niewielkie wzrostem, za to potężnie rozrośnięte w barach, krasnoludy wykonywały swoją robotę z niemal zegarmistrzowską precyzją i, poza niezbędnymi, porozumiewawczymi mruknięciami, w absolutnym milczeniu.

 Dostępnych mu jegrów, kapitan von Steinberg podzielił na dwie części, jednej pozostawiając zadanie zabezpieczenia perymetru, drugą kierując do prac inżynieryjnych. A tutaj roboty było sporo.

Donnerwetter nie wiózł ze sobą materiałów, w ilości wystarczającej, by położyć aż tak długi odcinek toru. Dlatego też, zamiast uszczuplać zapasy, mogące przydać się w drodze powrotnej, dowódca zdecydował się na długotrwały proces rozbiórki jednego ze zbiegających się w tym miejscu torowisk. Ze względu na konieczność łamania chroniących je runów zespolenia, wymagało to znacznie więcej czasu i uwagi, tym samym zwiększając ryzyko czyjejś niespodziewanej wizyty. Na szczęście dla kapitana, zarówno orki, jak i Sarreghus, jak dotąd nie zdecydowały się niepokoić uwijających się jak w ukropie krasnoludów. Co więcej, meldunki, co chwila spływające od penetrujących podziemny kompleks zwiadowców potwierdzały, że potężnego gospodarza chwilowo rzeczywiście nie ma w domu.

Z wysokości wypuszczonego w powietrze balonu obserwacyjnego, von Steinberg mógł doskonale śledzić postęp prac. Oprócz dowódcy, w lekkim, acz dość ciasnym wiklinowym koszu znajdował się teraz już na stałe do niego przywiązany operator radia oraz obserwator. Ten ostatni, przy pomocy potężnej lornetki, chwilowo zastępował zaangażowanych gdzie indziej zwiadowców, bacznie wypatrując jakichkolwiek zagrożeń.

Ciągnięty na stalowej uwięzi balon powoli przemieszczał się w stronę widocznego już wjazdu do wnętrza góry. Do niedawna skryty dzięki zmyślnemu połączeniu iluzji i mechaniki, tunel kusił obietnicami chwały i bogactwa. Kilkaset metrów poniżej, wspomagane przez ogrzych siłaczy, krasnoludy dźwigały zdemontowane wcześniej szyny oraz podkłady, które następnie układano i zbijano kolejowymi gwoźdźmi na nowo powstającym torowisku. Dookoła nich, pozostali żołnierze czekali w gotowości na ewentualny atak, systematycznie podążając za ubijającym świeże tory pociągiem.

Praca szła szybko i bez przeszkód. Zanim zapadł zmrok, Donnerwetter zdążył zbliżyć się do góry o prawie półtora kilometra. Widok majaczącego w ciemnościach wlotu tunelu podziałał na krasnoludy niczym najlepsza zachęta do wzmożenia wysiłków. Ostatni fragment torowiska powstał w iście rekordowym tempie. Każdy chciał jak najszybciej dostać się do środka, by położyć spracowane dłonie na należnej mu nagrodzie. Chociaż zmęczone całodzienną pracą mięśnie protestowały, a w ustach, zamiast smaku krzepiącego piwa, od dawna czuć było jedynie piach, krasnoludy pracowały niestrudzenie, aż w końcu zdołały dopiąć swego. Majestatyczny Donnerwetter powoli wjechał w głąb tunelu, wioząc swoją dzielną załogę do serca góry.

 

*

 

Dubois trzykrotnie stuknął w słuchawkę radia, by dać znać pozostawionemu daleko w tyle towarzyszowi, że wciąż żyje. Na drugim końcu rozwiniętego za nim kabla, Legrand przekazywał następnie tę wiadomość dowódcy jadącego obok pociągu. Wypuszczony do przodu zwiadowca uśmiechnął się pod wąsem i w świetle przypiętej do hełmu latarki, spojrzał na trzymaną w dłoniach mapę. Widniejące na niej znaki wyglądały dokładnie tak samo, jak te, zdobiące olbrzymie, zagradzające dalszą drogę wrota, pod którymi znikały ciągnące się do początku tunelu tory. Czułe uszy zwiadowcy łowiły już miarowy stukot nadciągającego w jego stronę pociągu oraz delikatną wibrację szyn pod nogami.

Dubois mógłby oczywiście spróbować sforsować zamek samemu, by móc jako pierwszy dobrać się do czekającego po drugiej stronie łupu, ale zrezygnował z tego planu, nie chcąc na ostatnich metrach ryzykownej wyprawy, przez własną głupotę wpakować się na jakieś wymyślne, krasnoludzkie zabezpieczenie. Wolał już poczekać, aż dysponujący właściwym kluczem dowódca sam otworzy mu drogę po jego część łupu.

– Jak tam, Legrand, długo mam jeszcze na was czekać? – bardziej z nudy niż z konieczności wywołał drugiego zwiadowcę.

– Spokojnie, przyjacielu, będziemy u ciebie za kwadrans, może dwa.

– Pospieszcie się, bez odbioru. – Dubois schował ostrożnie złożoną mapę do przypiętego do pasa mapnika, po czym zajrzał do swojego chlebaka. Niestety, garść sucharów i resztka wody miały mu starczyć za jedyne towarzystwo podczas uciążliwie przedłużającego się oczekiwania. Zrezygnowany gnom kucnął i oparł się plecami o zimną powierzchnię wrót. Przed nim, w głębi szerokiego, wzmocnionego solidnym ożebrowaniem tunelu, zamajaczyły światła wciąż jeszcze odległej lokomotywy. Czekając na jej przybycie, zwiadowca kilka razy mimowolnie zerknął na ciągnący się wzdłuż sklepienia szyb techniczny. Pośród kilku grubych rur, którymi biegły kable, a kiedyś z pewnością i para, aż nazbyt dobrze widział rząd rozmieszczonych co metr otworów oraz wystające z ich wnętrza, spięte razem przewodem ładunki wybuchowe. Dubois wzdrygnął się mimowolnie, gdy pomyślał, że ktoś mógłby teraz zdetonować tak przygotowaną pułapkę, zawalając całą górę na jego głowę. Jednocześnie odrobinę ciekawiło go, czy dumni przodkowie współczesnych krasnoludów nie zrobili tego, będąc zbyt zajęci uciekaniem przed smokiem, czy też licząc na to, że uda im się jeszcze kiedyś odzyskać swoje królestwo. W tym drugim wypadku okazaliby się bardziej przewidującą i konsekwentną rasą, niż się to powszechnie uważa. Dobrze już widoczny parowóz, chociaż z pewnością setki lat później, niżby tego mogli chcieć, właśnie wiózł potomków władców tego miejsca, wystarczająco zdeterminowanych, by odbić chociaż część zawłaszczonego przez Sarreghusa skarbu. Stare porzekadło, mówiące, że, tak jak wszystkie dzieła krasnoludów są niezwykle trwałe, najbardziej ponadczasowa jest ich miłośc do złota, po raz kolejny okazywało się prawdziwe…

– Jedziecie prosto na mnie, tutaj wszystko w porządku. Bez odbioru. – Zwiadowca przerwał te rozważania, by zdać obowiązkowy meldunek.

Donnerwetter wyraźnie zwalniał, a z wagonów zaczęli zeskakiwać jegrzy. Krasnoludzka piechota, uzbrojona w broń maszynową i wytrzymałe kamizelki balistyczne, musiała czuć się w tych tunelach jak w domu. Kilku żołnierzy wyprzedziło pociąg i podbiegło do wrót. Pośród nich, Dubois dopiero po chwili rozpoznał chorążego Doenitza.

– Dobra robota, Dubois. – Podoficer skinął głową, widząc leniwy salut zwiadowcy. Za jego plecami, gnom dostrzegł Legranda, zbliżającego się w towarzystwie kapitana von Steinberga oraz maszynisty Steigera. Oczywiście, oficerowi zasalutował ze znacznie większą dbałością.

– Spocznijcie, szeregowy. – Oczy dowódcy pałały dość niepokojącym blaskiem. – Pewnie jesteście zmęczeni, idźcie do kuchni, niech wyda wam wreszcie coś porządnego do jedzenia.

– Jeżeli pozwolicie, kapitanie, chciałbym zobaczyć, czy było warto tak długo katować się suchymi racjami.

– Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości! – Kapitan skinął głową i spojrzał na górujące nad nim wrota. – Ludwigu!

Maszynista wysunął się naprzód i bez słowa podszedł do przeszkody. Ostrożnie obmacał całą powierzchnię metalu, poświęcając dużo uwagi każdemu ze zdobiących je rysunków oraz płaskorzeźb. Wreszcie, z wyrazem tryumfu wymalowanym na twarzy, wskazał maleńki, niczym nie wyróżniający się punkt na absolutnie gładkiej w tym miejscu powierzchni. Widząc, że uwaga wszystkich dookoła skupiła się na nim, powoli zbliżył do niego usta i chuchnął. Ciepły oddech krasnoluda momentalnie ujawnił zamaskowany sprytną iluzją sekret. Klucz błyskawicznie znalazł się w odkrytej właśnie dziurce, a następnie powtórzył ten sam skomplikowany taniec, co w zamku antycznej zwrotnicy.

– Panowie… – Stary krasnolud zawiesił teatralnie głos, po czym z namaszczeniem pokonał opór ostatniej zapadki zamka. – Witajcie w Złotej Górze!

I tym razem, dzieło rąk architektów tego miejsca zadziałało bez zarzutu, zupełnie jakby ogrom czasu, jaki minął od chwili jego ostatniego użycia nie miał najmniejszego znaczenia. Masywne wrota powoli rozsunęły się na boki, wpuszczając do porzuconego przed wiekami wnętrza, ostre światło reflektorów parowozu. Stojące przed nim krasnoludy na moment wstrzymały oddech, mierząc z gotowej do strzału broni w stronę otwierającego się przed nimi pomieszczenia.

W środku nie było smoka. Potężna bestia musiała mieć swoje leże gdzieś wyżej, w bardziej przestronnej części góry, a nie w stosunkowo niskim, gęsto zastawionym magazynie. Tam, wśród bezcennych zabytków krasnoludzkiej sztuki kamieniarskiej, mogłaby w spokoju złożyć swoje majestatyczne cielsko. Tutaj, nie dość, że by się zwyczajnie nie zmieściła, jej poczucie estetyki musiałby dotkliwie ranić industrialny wystrój wnętrza.

Środkiem magazynu biegł jeden główny tor, będący przedłużeniem tego, na którym aktualnie z niecierpliwością posapywał Donnerwetter. Oprócz niego, z kilku bocznych tuneli dochodził mniejsze, niegdyś służące do transportowania towaru ze znajdujących się głęboko poniżej hut i warsztatów. Centralne miejsce magazynu zajmowała potężna obrotnica, pozwalająca w miejscu zawrócić nawet największą lokomotywę. To jednak nie ona przykuwała uwagę zamarłych w oczekiwaniu żołnierzy. Na biegnących wzdłuż torowiska platformach, w równiutkich rzędach stały kwadratowe, przykryte ochronnym płótnem słupki. Były ich dziesiątki, a może setki, a każdy wysokości dorosłego krasnoluda. Jeden z nich, czy to za sprawą czasu, czy też niedbałości magazyniera, nie był dokładnie przykryty. Spod odsłoniętego narożnika plandeki bił blask najmilszy oczom zapatrzonych w niego krasnoludów.

– I co wy na to, Dubois? – powoli zapytał kapitan, jak urzeczony wpatrując się w leżące przed nim bogactwo. – Warto było?

– Tak jest, kapitanie… – gnom odparł równie spowolnionym głosem.

 

*

 

Załadunek zajął resztę dnia i większą część nocy. Poza kilkoma pozostawionymi na zewnątrz wartownikami, brała w nim udział cała załoga pociągu. Na służących do tego celu wózkach, złote sztabki wozili zwykli żołnierze, palacze, a nawet mocno nadgryziony zębem czasu maszynista Steiger. Pomagali również oficerowie i nieprzywykli do tak ciężkiej pracy zwiadowcy. Snorri i Saxx dźwigali w swoich potężnych łapskach po kilkaset kilo kruszcu na raz, jedynie co jakiś czas gubiąc po drodze część swojego cennego urobku.

Złoto składano wszędzie – na opróżnionych z materiałów inżynieryjnych platformach, w wagonach piechoty, która od teraz miała podróżować na dachu pociągu, a nawet w węglarce, w miejscu zużytego już węgla. Żaden dyskomfort nie był w stanie zniechęcić krasnoludów do zmaksymalizowania swojego łupu. A smoczego skarbu nie ubywało. Po upchnięciu złotych sztabek w dosłownie każdym wolnym calu pociągu, na peronach wokół toru wciąż piętrzyło się ich co najmniej trzy razy tyle.

Widząc fortunę, którą siłą rzeczy musiał tu zostawić, kapitan von Steinberg westchnął ciężko. Szansa, że jemu samemu, lub komukolwiek innemu uda się dotrzeć w to miejsce po raz drugi, była zbyt mała, nawet jak na jego wrodzony optymizm.

– Więcej nie uciągniemy, kapitanie… – Stary maszynista poprawił okulary i stuknął palcem w trzymany w dłoni notatnik. Na zapisanej z góry na dół kartce zliczył każdą sztabkę, która została załadowana na pociąg w ciągu ostatnich godzin.

– Wiem, Ludwigu… I tak będziemy się teraz wlekli jak elfy na kacu. Jak stoimy z węglem?

– Tutaj, przy jednej z bocznic jest jego skład. Mamy wszystkiego pod dostatkiem, a przymusową głodówkę jakoś zniesiemy. Chyba, że wrócimy krótszą drogą, na wprost przez step. Wtedy będziemy mogli sobie nieco bardziej pofolgować.

– Ryzyko jest zbyt duże, zwłaszcza teraz. Pojedziemy naokoło, tak jak przyjechaliśmy.

– Zrozumiałem, akurat wody i sucharów nam nie zabraknie.

– Dobra robota! – Dowódca poklepał maszynistę po ramieniu, samemu doskonale wiedząc, że nie narodził się jeszcze krasnolud, któremu zaszkodziłaby krótka dieta. – Chorąży! – krzyknął w stronę krzątającej się za jego plecami grupy żołnierzy, spomiędzy których po chwili wyłonił się zawołany podoficer. – Zbierzcie ludzi, wracamy do domu!

 

*

 

Dociążony do granic absurdu, Donnerwetter opuścił gościnne progi Złotej Góry i rozpoczął mozolną drogę powrotną. Do gór dotarł bez przeszkód – jadący na dachach swoich wagonów jegrzy wydawali się wręcz cieszyć możliwością opuszczenia ciasnych przedziałów i skosztowania świeżego, górskiego powietrza. Dobrego humoru nie był w stanie im popsuć nawet znaczny spadek temperatury, związany z przebywaniem na dużej wysokości. Mimo, iż właśnie rozpoczynał się najbardziej ryzykowny fragment misji, cała załoga niestrudzenie pnącego się przez górskie przełęcze pociągu tryskała humorem i optymizmem. Uśmiechał się nawet chorąży Doenitz, budząc tym powszechne zdumienie i prowokując liczne żarty swoich podwładnych. Jednak, chociaż jemu samemu również udzieliła się atmosfera ogólnej wesołości, w głębi duszy podoficer doskonale wiedział, że coś w końcu pójdzie nie tak. Już niedługo, jego podejrzenia po raz kolejny miały okazać się prorocze.

 

*

 

Przyczajony za skałą Legrand nie potrzebował już nawet lornetki, by ocenić liczebność wroga i skalę zagrożenia, jakie stanowił on dla wlekącego się za jego plecami pociągu. Zielonoskórzy wybrali doskonałe miejsce na zasadzkę – tuż za zakrętem, w miejscu, w którym ściany gór niebezpiecznie zbliżały się do torowiska. Trzy wielkie trolle, nieustannie trzymane na muszkach przez grupę orkowych nadzorców, układały na torach całkiem sporą zaporę, wykonaną z pni drzew i kawałków skał. Dookoła nich oraz na zboczach gór, gnom zdążył naliczyć kilkudziesięciu zielonoskórych. Nie miał również złudzeń, że w pobliżu czai się ich znacznie więcej. Odwrócił się za siebie i odszukał wzrokiem miejsce, w którym ukrywał się drugi, nieustannie obserwujący go zwiadowca. Chociaż sam nie był w stanie go dostrzec, serią kilku szybkich gestów, wskazał mu treść wiadomości, którą ten następnie miał nadać do pociągu.

Na jego nieszczęście, cichy dźwięk za plecami zwrócił uwagę Legranda o ułamek sekundy za późno. Pokracznie chudy, wymalowany w barwy wojenne goblin dopadł do niego jednym susem i szybkim cięciem zakrzywionego noża poderżnął mu gardło. Gnom upadł na ziemię, w bezsensownym odruchu próbując zatamować dłońmi buchającą z przeciętej tętnicy krew. Zielonoskóry zabójca uśmiechnął się mściwie i oblizał ostrze noża długim, czarnym językiem…

 

*

 

Dubois, który nie zdążył w porę ostrzec obserwowanego przez lornetkę towarzysza przed podchodzącym go przeciwnikiem, poderwał się na nogi i pognał w stronę pozostawionych kilkaset metrów dalej motocykli. Potrzebował zaledwie pół minuty na dotarcie do radiostacji, drugie tyle by nadać wiadomość do pociągu. Niestety, nie zdołał pokonać nawet połowy dzielącego go od niej dystansu.

Pierwszego goblina dostrzegł zaraz po tym, jak zerwał się do biegu. Zielonoskóry klęczał za niewielką skałą, mniej więcej w połowie drogi do motocykli i mierzył w jego stronę z jakiegoś antycznego samopału. Tym razem jednak to gnomi zwiadowca wykazał się lepszym refleksem. W biegu wyszarpnięty z kabury na udzie, pistolet szczęknął dwukrotnie, posyłając dwie kule prosto pomiędzy oczy mocno zdziwionego tym faktem przeciwnika. W tym samym momencie, spomiędzy pobliskich zarośli, swój szpetny łeb wystawił kolejny goblin, najwyraźniej zwabiony odgłosem wystrzałów. On również błyskawicznie podzielił los towarzysza, którego bezgłowe ciało dopiero teraz osunęło się na ziemię. Na tym jednak dobra passa zwiadowcy się skończyła – dwaj kolejni zielonoskórzy musieli wcześniej podkraść się do motocykli i teraz, korzystając z dawanej przez nie zasłony, otworzyli ogień w stronę biegnącego im naprzeciw gnoma. W chaotycznej nawale wyjątkowo nieprecyzyjnego ognia, złapanie przypadkowej kuli było jedynie kwestią czasu. Dla nieopancerzonego zwiadowcy oznaczać musiało to koniec przygody. Nastąpił on zresztą chwilę później, gdy próbujący uciec spod ognia gnom oberwał w łydkę. Chociaż mocno spowolniony, Dubois nie stracił zimnej krwi. Wręcz przeciwnie, z charakterystyczną dla swojej rasy odwagą, zrobił jedyne, co pozostało w jego beznadziejnej sytuacji – sięgnął po przypięty do pasa granat.

 

*

 

– Kapitanie, od dwudziestu minut nie mamy kontaktu ze zwiadowcami. Nie reagują na moje wywołania… – Przejęty głos radiotelegrafisty wyrwał dowódcę z przyjemnego błogostanu.

– Czy w ostatnim kontakcie zgłaszali coś niepokojącego? – Von Steinberg przetarł oczy dłonią i wstał z fotela, w którym, na paleniu fajki i rozkosznych rozmyślaniach o zainwestowaniu swojej części łupu, spędził ostatnie kilka godzin.

– Nic.

– Kapitanie, tu maszynownia… – W rozmowę niespodziewanie wdarł się dobiegający z interkomu głos Steigera. – Przepraszam, ale jeden z moich chłopców od kilku minut upiera się, że słyszał eksplozję… Nie wiem, jakim cudem mógł cokolwiek usłyszeć w tym jazgocie, ale pomyślałem…

– Alarm bojowy! – ryknął dowódca, momentalnie przechodząc w stan najwyższej czujności. – Wszystkie sekcje, pełna gotowość! – Głos kapitana poniósł się rurami interkomu po całym pociągu, natychmiast podrywając na nogi całą jego nieco już rozprężoną załogę. – Maszynownia, przy obecnej prędkości i masie, jaką mamy drogę hamowania?

– Stanowczo zbyt długą, kapitanie… – odparł maszynista, bezbłędnie odgadując podejrzenia dowódcy.

– W takim razie, cała naprzód! A ty próbuj dalej! – rozkazał radiotelegrafiście dopadając do peryskopu.

– Tak jest! – równocześnie odpowiedzieli mu obaj podkomendni.

Von Steinberg doskonale wiedział, że zatrzymanie rozpędzonego, stalowego kolosa w ciasnej, nieustannie wijącej się przestrzeni pomiędzy górami jest nie tylko trudne, ale i niebezpieczne. Jedyną nadzieją dla przeciążonego składu było wykorzystanie tej sytuacji na swoją korzyść.

Chociaż dla dowódcy zagrożenie wciąż pozostawało niejasne, musiał on przyjąć możliwie najbardziej uniwersalny wariant postępowania, nawet, gdyby miał on zakładać siłowe przebijanie się pociągiem na drugą stronę gór. Na szczęście, odpowiedź na wszelkie pytania ukazała się jego oczom w chwili, gdy pędzący coraz szybciej Donnerwetter wyłonił się zza ograniczającego widoczność zakrętu.

Na torze przed wciąż nabierającym prędkości pociągiem wznosiła się całkiem sporej wielkości barykada. Orkowa konstrukcja była na tyle duża, że ewentualnie z nią zderzenie mogłoby okazać się opłakane w skutkach. Podjęcie kolejnej decyzji zabrało kapitanowi mniej niż sekundę.

– Maszynownia, jak torowisko zniesie zmasowany ostrzał artyleryjski?

– Kapitanie, runy wytrzymają nawet trafienie pociskiem burzącym kalibru sto dwadzieścia… – oparł maszynista, który również musiał już dobrze widzieć przeszkodę. – Martwi mnie jednak gruz, który pozostanie na torach. Przy naszej obecnej prędkości i masie, ryzyko wykolejenia jest całkiem spore!

– Damy radę, Ludwigu. Nie zwalniajcie pod żadnym pozorem! – Kapitan doskonale widział niezliczone sylwetki orków, już całkiem otwarcie kręcące się na zboczach okalających tory gór. – Artyleria ogień na przeszkodę, kiedy tylko będziecie gotowi! Pozostałe sekcje, strzelać bez rozkazu!

Ołowiano-trotylowe piekło rozpętało się dziesięć sekund później. Pierwsze ryknęły haubice, waląc raz za razem w coraz bliższą przeszkodę i zmieniając wszystko w okolicy w jedno wielkie gruzowisko. Chwilę później zawtórowały im działa przeciwpancerne, swoim morderczo precyzyjnym ogniem, kładąc na miejscu dwa najbliższe torowiska trolle. Ostatnie do kanonady dołączyły sekcje przeciwlotnicze oraz karabinów maszynowych. Pierwsze, korzystając ze sprzyjającego kąta nachylenia zbocza, w przeciągu kilkunastu sekund zmieliły każdego zielonoskórego, który miał pecha znajdować się zbyt wysoko. Ciężkim karabinom maszynowym pozostało już tylko selektywne likwidowanie pozostałych przy życiu przeciwników. Jedynie przyklejeni do dachu jegrzy nie wzięli udziału w tych krwawych żniwach, gdyż aktualnie całą ich uwagę absorbowało utrzymanie się na dachu pędzącego szaleńczo pociągu.

Chociaż krasnoludzki ogień błyskawicznie ostudził zapał zielonoskórych, nie był to jeszcze koniec niebezpieczeństwa. Donnerwetter z pełną prędkością wjechał w zaściełające tory rumowisko, swoim pancernym pługiem zmiatając, lub rozbijając w pył pozostałości przeszkody. Nie zdołał on jednak całkowicie oczyścić torów – kilka skalnych odłamków dostało się pod lemiesz, wyczuwalnie spowalniając pociąg i w każdej chwili zwiększając ryzyko jego wykolejenia. Zderzenie przypłaciło życiem również kilku jegrów, niewystarczająco mocno wczepionych w dach jednego z wagonów. Pechowi żołnierze, o ile zdołali przeżyć upadek i nie dostać się pod koła, nie mieli najmniejszych szans na przeżycie. Za pociągiem, ze zboczy gór spłynęło mrowie zielonoskórych, w przeciągu kilku sekund brutalnie mszczących się za zgotowaną im przed chwilą masakrę.

Donnerwetter umknął, ale nie na długo. Orki okazały się być sprytniejsze, niż jakikolwiek krasnolud mógłby podejrzewać. Gdy wciąż spowalniany przez gruz pociąg wszedł na szeroki, okalający zbocze łuk, oczom przyklejonego do peryskopu kapitana ukazał się nieco niepokojący widok.

Nad torowiskiem, w miejscu, gdzie biegło ono wzdłuż ściany stromego urwiska, kłębiła się kolejna duża grupa zielonoskórych. Orki i ich goblini krewniacy niemal doszczętnie oblepiali kilkadziesiąt grubych, spuszczonych z góry lin. Inni zasiadali na długich, drewnianych drabinach, które właśnie nad torowisko opuszczały trolle. Niestety, odległość od nowego niebezpieczeństwa była za mała i kurczyła się zbyt szybko, by spróbować go w jakikolwiek sposób uniknąć. Plujący ogniem na wszystkie strony pociąg przejechał pod urwiskiem, zahaczając i zrywając niektóre ze zdobiących je groteskowych girland.

W mgnieniu oka, jegrzy, za jedyne zadanie mający dotąd utrzymanie się na dachu, zmuszeni zostali do walki z przeważającym liczebnie wrogiem. Krępe i dociążone pancerzem krasnoludy miały co prawda pewną przewagę nad znacznie od nich lżejszymi zielonoskórymi, jednak sypiących się na ich głowy przeciwników przybywało z każdą minutą. W wykrzywione wściekłością, wymalowane pyski orków wypaliły krasnoludzkie rewolwery, w ruch poszły bagnety i saperki. Na jednym z dachów, otoczony przez kilku ujadających obłąkańczo orków, wielkim kolejowym młotem walczył chorąży Doenitz.

Zielonoskórzy nie byli nawet w połowie tak dobrze wyszkoleni i wyposażeni jak obrońcy eszelonu. Uzbrojeni w krzywe noże, pordzewiałe toporki i jednostrzałowe, pamiętające jeszcze ostatnią wojnę pistolety, w bezpośredniej walce nie mogli się nawet równać z zawodowymi krasnoludzkimi żołnierzami. Szybko okazało się, że nawet ich miażdżąca przewaga liczebna nie wystarczy, by pozbawić krasnoludy ich wymarzonego skarbu. Żołnierze kapitana von Steinberga powoli zaczynali spychać intruzów z dachu pociągu, który z każdą chwilą coraz bliższy był wyrwania się spomiędzy gór.

– Zgnieść ich jak robaki, chłopcy! – ryknął chorąży Doenitz, ciosem swojego młota spychając kolejnego orka pod koła pędzącego pociągu. – Nie dostaną naszego… – Poprawiając przekrzywiony podczas walki hełm, spojrzał przed siebie. – Złota… – dokończył, widząc na niebie złowieszczo wyglądający punkt. – A niech to… – Z tymi słowami zeskoczył z dachu wagonu i dopadł do najbliższej rury interkomu.

– Kapitanie, czy widzi pan to, co ja? – zapytał nadzwyczaj opanowanym głosem.

– Tak, chorąży, niestety widzę – odparł równie spokojnie dowódca. – Jak wygląda sytuacja u was?

– Opanowana. – Jakby na potwierdzenie tych słów, gdzieś z góry spadło zmaltretowane ciało jakiegoś orka.

– To dobrze, wiecie co robić!

– Tak jest, kapitanie! – Chorąży wspiął się z powrotem na dach i sięgnął po gwizdek. Trzy sygnały – dwa krótkie i jeden długi, przebiły się przez panujący dookoła harmider i momentalnie skierowały uwagę sprzątających pociąg krasnoludów na nowe niebezpieczeństwo. Dwa krótkie i jeden długi, jakby nieco histerycznie przeciągnięty gwizd, w krasnoludzkiej księdze kodów i sygnałów oznaczały tylko jedno słowo – smok…

 

*

 

Donnerwetter wypadł spomiędzy gór, pozostawiając ostatecznie zniechęconych zielonoskórych za sobą. Najwyraźniej posmakowawszy już raz siły ognia stalowego potwora, orki nie próbowały go ścigać na otwartej przestrzeni.

Był ku temu jeszcze jeden istotny powód, a imię jego brzmiało Sarreghus. Mimo iż smok był wciąż bardzo daleko, żaden z jego zielonoskórych wyznawców nie zamierzał stać się jego kolejny posiłkiem.

Obserwując majestatyczną sylwetkę płynącego nad horyzontem gada, kapitan von Steinberg nie miał najmniejszych wątpliwości, że okoliczne orki tylko czekają aż dokończy on to, co im samym się nie udało. Z tego też powodu chciał jak najszybciej oddalić się od gór i większych siedlisk tubylców – ani przez chwilę nie łudził się, że jego przeciążony złotem eszelon zdoła umknąć gniewowi czerwonołuskiej bestii.

– Kapitanie? – Za plecami dowódcy zadudnił głos chorążego Doenitza.

– No tak, chorąży, możecie to powiedzieć…

– Może później. Jakie rozkazy?

– Na moje oko, wejdzie w zasięg naszego ognia za jakieś piętnaście minut. My w jego, za dwadzieścia. Pięć minut to całkiem dużo, prawda, Doenitz?

– To zależy, na co, kapitanie…

– Już dobrze wiecie, Doenitz! – Dowódca uśmiechnął się, wskazując ustnikiem nabijanej właśnie fajki w stronę skwaszonego podoficera. – Maszynownia?!

– Tak jest, kapitanie? – odpowiedział niezawodny maszynista Steiger.

– Na mój sygnał rozpoczniecie hamowanie, zrozumiano?

– Oczywiście, kapitanie.

– A wy, chorąży, uśmiechnijcie się wreszcie!

– Właśnie próbuję, kapitanie… – odburknął Doenitz. – Długi Hans?

– Dokładnie tak… – Po raz wtóry uśmiechnął się dowódca.

 

*

 

Wyścig pomiędzy pancernym pociągiem, a wielkim, czerwonołuskim smokiem, był z góry skazany na porażkę. Niesiony południowym wiatrem, Sarreghus nieubłaganie doganiał Donnerwetter, z każdą sekundą rosnąc w oczach jego załogi. Nie był być może największym przedstawicielem swojej rasy, ale ewentualne braki w rozmiarze z nawiązką rekompensował sobie szybkością i sprytem. To właśnie dlatego, pociąg, który mógłby jeszcze próbować prześcignąć którąś z wielkich, a przez to dość ociężałych, bestii z południa, zmuszony był stanąć do walki. Wbrew pozorom, nie była ona aż tak beznadziejna, jak niektórym mogłoby się to wydawać.

– Cel w zasięgu, kapitanie. – Słysząc zgłoszenie dowódcy stanowisk przeciwlotniczych, kapitan odłożył fajkę i po raz setny tego dnia, przycisnął twarz do okularu peryskopu. Promienie słońca połyskiwały na nieskazitelnej łusce Sarreghusa, w którego oczach, kapitan mógłby przysiąc, zamiast w pełni zrozumiałej złości lśniło jedynie rozbawienie. Nawet pomimo różnicy w wielkości pomiędzy nim, a jego krewniakami, zbliżający się szybko smok był wciąż olbrzymi i ekstremalnie niebezpieczny – jeżeli coś, poza przeświadczeniem o własnej wyższości, wprawiło go w dobry humor, nie mogło to być nic przyjemnego. A przynajmniej dla załogi próbującego ujść z jego skarbem pociągu.

– Ognia! – zakomenderował dowódca, uznając, że przeciwnik znalazł się już wystarczająco blisko. – Maszynownia, hamujcie za półtorej minuty!

Jeżeli stary maszynista cokolwiek odpowiedział, jego słowa utonęły w nagłym jazgocie stanowisk przeciwlotniczych. Wściekłemu ujadaniu dwóch czterolufowych działek chwilę później zawtórował rytmiczny stukot pary ich obdarzonych większym kalibrem kuzynów.

Przez szkła peryskopu, kapitan widział, jak setki mniejszych pocisków zaczynają odbijać się od legendarnie twardej smoczej łuski, nie pozostawiając na niej choćby najmniejszej rysy. Podobnie miała się sprawa z ogniem pozostałej artylerii eszelonu – powolne i mniej celne wieże czołgowe, które w końcu znalazły się w zasięgu, pakowały w cel pocisk za pociskiem, z każdym strzałem odnosząc ten sam efekt. Nawet amunicja najcięższych dział wydawała się nie robić na smoku najmniejszego wrażenia. Kilka przeciwpancernych pocisków co najwyżej lekko wgniotło łuskę, sądząc po wyrazie pyska nabierającego właśnie powietrza przeciwnika, niespecjalnie psując mu humor.

Gdy do zalania pociągu strumieniem niszczycielskiego ognia, Sarreghusowi pozostało zaledwie kilkadziesiąt sekund, jego ofiara zrobiła coś, czego nawet on nie mógł się spodziewać. Nagle, do ogłuszającej kanonady dołączył upiorny pisk hamulców, a Donnerwetter zaczął szybko wytracać prędkość. Niebagatelna masa nieustannie ostrzeliwującego się składu sprawiła, że do pełnego zatrzymania potrzebował on dobrych kilku kilometrów. Jeszcze zanim to ostatecznie zrobił, ryzykując skręcenie karków, z dachów wagonów i platform, na ziemię zeskoczyła znaczna część jego załogi.

Większość jegrów rozproszyła się po okolicy, celem zabezpieczenia jej przed ewentualnym pościgiem ze strony zostawionych za plecami zielonoskórych. Ci, aktualnie nie zajmujący się okopywaniem na nowych pozycjach, podbiegli do platformy, której tajemniczy ładunek kryły dotąd zwoje grubego, nieprzemakalnego płótna. Wraz z jego odsłonięciem, utęsknione światło dzienne ujrzał Długi Hans – wielkokalibrowe działo o lufie dłuższej niż ciągnący pociąg parowóz.

Podczas, gdy na platformę wskoczył kanonier i oba ogry, reszta krasnoludów chwyciła za umocowane na niej narzędzia. Przy pomocy grubych stalowych lin i wbijanych głęboko w ziemię haków, w ciągu kilkunastu sekund zakotwiczyły wagon wraz z jego śmiercionośnym ładunkiem. Gdy Długi Hans został już odpowiednio zabezpieczony przed skutkami własnego odrzutu, piechota dołączyła do swoich towarzyszy kryjących się w pobliżu. Od tego momentu, losy całej wyprawy spoczęły w rękach kanonierów oraz osławionej mocy Długiego Hansa.

 

*

 

Starszy kanonier Günter Schmidt usadowił się na zimnym siedzeniu, przetarł spocone czoło i naciągnął gogle na oczy. Za jego plecami, Saxx właśnie skończył ładować olbrzymi pocisk i z hukiem zatrzasnął masywny zamek działa. Schmidt skinął głową, zakładając na uszy ochronne słuchawki.

– Czterdzieści stopni w lewo, sześćdziesiąt do góry… – Przybliżony przez przyrządy celownicze armaty, Sarreghus wyglądał jakby był na wyciągnięcie ręki. Kanonier mógł bez trudu zajrzeć w głąb jego przepastnej gardzieli, na dnie której pełzały już pierwsze, zwiastujące zagładę płomienie. – Dwa stopnie do góry, jeden w lewo… – Oba ogry wykonały polecenie, za pomocą olbrzymich korb sterując obrotnicą, na której wsparto całe działo i unosząc jego lufę. – Jeszcze pół w prawo…

Kanonier Schmidt był przerażony. Gdyby nie gogle, ściekający po nim pot prawdopodobnie kompletnie uniemożliwiłby mu celowanie. Nie tyle bał się jednak śmierci, co bardziej przyniesienia hańby swojej rodzinie i przełożonym. Do tego niezmiernie odpowiedzialnego zadania został wybrany spośród setek innych kanonierów, z których każdy chciał wsławić się zabiciem legendarnego smoka. On został uznany za najlepszego i to właśnie w jego rękach spoczywał teraz ciężar odpowiedzialności za życia towarzyszy broni. Presja i nerwy były olbrzymie, ale czekająca go chwała jeszcze większa.

– Pół stopnia w lewo, jeden… Nie, pół w górę! – Pośrodku ryczącego ogniem pociągu, kanonier Schmidt zdołał w końcu uspokoić nerwy i chwycił za zdecydowanie mniejsze korbki, przeznaczone do precyzyjnego celowania. Teraz liczył się każdy milimetr, nawet najmniejsze drgnięcie dłoni mogło wpłynąć na celność strzału.

– Ognia! – rzucił, pociągając za rygiel spustu. Nawet pomimo solidnego zakotwiczenia, platformą szarpnął potworny odrzut wystrzału. Jedna z mocujących go do podłoża linek trzasnęła, jakby wykonana była nie ze stali, a ze sparciałych konopi. Ogromny pocisk, wystrzelony z lufy Długiego Hansa, z rykiem pomknął w stronę pędzącego na spotkanie z pociągiem smoka.

– Ładuj! – krzyknął kanonier, już w momencie wystrzału wiedząc, że spudłował. – Poprawka! Półtora stopnia w górę, jeden stopień w lewo, szybko!

Nie czekając aż ogry wykonają swoje zadanie, Schmidt poprawił nastaw przyrządów celowniczych. Smok był coraz bliżej – nie mógł pozwolić sobie na kolejną pomyłkę. Nieco zbyt mocnym klepnięciem w ramię, Saxx poinformował go o załadowaniu kolejnego pocisku.

– Ognia! – Kolejny strzał był niemal idealny. Gdyby Sarreghus w ostatniej chwili nie zmienił nieco kierunku lotu, pocisk wszedłby w jego brzuszysko jak w masło.

– Ładuj! – Tym razem już bez większej nadziej zakomenderował kanonier, nanosząc kolejne poprawki. Z nozdrzy wciąż niesłabnącego pod ostrzałem smoka, zaczęły wydobywać się kłęby siwego dymu. Oznaczało to tylko tyle, że załodze Donnerwetter pozostało zaledwie kilka sekund życia. Może pięć…

Cztery…

Trzy, dwie…

Klepnięcie w ramię…

Trzeci pocisk bezbłędnie pomknął do celu. Efekt trafienia w sam środek smoczej piersi okazał się bardziej niż zadowalający. Sarreghus ryknął donośnie, po czym runął w dół.

Na widok majestatycznej bestii uderzającej w ziemię, z piersi kanoniera Schmidta, wraz ze wstrzymywanym zbyt długo oddechem, wydobył się tryumfalny okrzyk. Chwilę później zawtórowały mu basowe ryki Snorriego i Saxxa oraz wiwaty reszty krasnoludów. Pozostała artyleria pociągu nie przestała jednak strzelać – z rozkazu kapitana von Steinberga, na przysłonięte chmurą kurzu miejsce upadku Sarreghusa, przez kolejną minutę zrzucono tyle ton trotylu, że starczyłoby na zrównanie z ziemią całkiem sporego miasta.

Uniknąwszy zagłady tylko dzięki opanowaniu i umiejętnościom starszego kanoniera Schmidta, Donnerwetter powoli ruszył naprzód, pozostawiając za sobą orki, Sarreghusa i wciąż nieprzebrane skarby Złotej Góry.

 

*

 

 

– Wygląda na to, że zdołam ocalić brodę, chorąży! – Z braku bardziej stosownego do okazji napitku, kapitan von Steinberg nalał aromatycznej kawy do dwóch stojących na stoliku filiżanek.

– Zgadza się, kapitanie, wszystko na to wskazuje. – Doenitz odczekał, aż oficer napije się pierwszy, a następnie sam skosztował poczęstunku. – Miał pan rację, udało się! – Najwyraźniej dopiero teraz w pełni uwierzył w sukces wyprawy, gdyż uśmiech na jego twarzy wydawał się nieco mniej kwaśny, niż zwykle.

– Chwała i bogactwo przed nami, Doenitz! Przyszłość nie mogłaby malować się w bardziej optymistycznych barwach!

– Wyborna kawa, kapitanie… – Podoficer przezornie postanowił nie ustosunkowywać się do ostatniego, jak dla niego nieco zbyt śmiałego stwierdzenia dowódcy. – Ludwig twierdzi, że, przy utrzymaniu obecnego tempa, smocze królestwo opuścimy za trzy dni, do granic Ostwaldu dotrzemy za kolejne dwa. Uzupełnimy zapasy u elfów i za tydzień będziemy w domu.

– A wrócimy do niego jako bohaterowie. Zum Teufel, cholernie bogaci bohaterowie! Kilka dni na tym cienkim, elfim sikaczu jakoś powinniśmy przetrwać.

– Oby… – Chorąży dopił kawę i wstał od stołu. – Pozwoli pan, kapitanie, że się oddalę. Nie mamy zwiadowców, a tydzień to bardzo długo, kto wie, co się jeszcze może wydarzyć.

– Idź, ty po stokroć przeklęty marudo! – parsknął rozbawiony dowódca, sięgając po fajkę. – Idź, pilnuj, wypatruj, szykuj się na najgorsze! A ja tu sobie w spokoju fajeczkę popykam…

– Tak jest, kapitanie! – Doenitz wyprężył się służbiście, głośno strzelając obcasami. W głębi duszy, pod wieloletnimi złogami pesymizmu i nieufności, pod złożami podejrzliwości, dorównującymi jedynie bogactwu tych, ciągnących się pod Złotą Górą, gdzieś, na samym jej dnie, w najciemniejszym, wilgotnym i cuchnącym cebulą zakątku, starszy chorąży Doenitz był szczęśliwy. W najmniejszym stopniu nie oznaczało to, że nie szykował się na najgorsze. Akurat na to był zawsze przygotowany.

 

*

 

Kolejne dni minęły pod znakiem odliczania antycznych słupów milowych, ciągnących się wzdłuż żelaznej drogi. Z każdym kolejnym, kres wyprawy stawał się coraz bliższy. Dla załogi pociągu, mocno już znudzonej żelaznymi racjami i brakiem alkoholu, nawet perspektywa krótkiego postoju w którejś z licznych stanic na granicy elfiego dominium, była obiecującą odmianą.

Przez nikogo nie niepokojony, Donnerwetter pędził przed siebie, z mozołem i wytrwałością swoich krasnoludzkich konstruktorów, pożerając kolejne mile.

– Mauser, chodź no tutaj, wzrok masz lepszy… – Maszynista Steiger kilkukrotnie mrugnął i wezwał do siebie jednego z młodszych palaczy. – Tam, widzisz coś…

Umorusany sadzą palacz posłusznie podszedł bliżej i spojrzał w wąski, dodatkowo zakratowany pancernymi prętami wizjer parowozu.

– Chyba zbliżamy się do Ostwaldu, to ciemne na horyzoncie to na pewno las…

– Nie o tym mówię, chłopcze, wiem przecież, że to las! Wydawało mi się, że widzę jakiś odbłysk… Nieważne, wracaj do szufli, pewnie mi oczy figle płatają! Kapitanie, tu maszynownia… – Stary krasnolud pochylił się nad rurą interkomu.

– Tak, Ludwigu? – Z drugiej strony niemal natychmiast dobiegł głos dowódcy.

 – Przepraszam, że do tego wracam, ale czy jest pan pewien, że nie powinniśmy wysłać naprzód choćby jakiegoś symbolicznego zwiadu?

– Dobrze, skoro ukoi to twoje nerwy, puścimy przodem dwóch chłopców na zapasowym motocyklu. W porządku?

– Dziękuję, kapitanie, to powinno wystarczyć. I jeszcze raz przepraszam.

– Nie ma sprawy, daj znać, gdy będziemy gotowi się zatrzymać.

– Tak jest, kapitanie!

Dowódca nic już więcej nie powiedział, prawdopodobnie zajęty wydawaniem stosownych dyspozycji chorążemu Doenitzowi. Uspokojony maszynista ponownie spojrzał w wizjer, tym razem nawet nie usiłując dostrzec budzącego jego podejrzliwość błysku. Gdy jednak ujrzał go ponownie, było już za późno.

Na świecie nie było wielu snajperów, mogących poszczycić się precyzją potrzebną do trafienia w oko celu, widocznego jedynie przez wąską, zakratowaną szczelinę, a do tego poruszającego się w pędzącym i co jakiś czas podskakującym pociągu. Gdyby ktoś zapytał o nich starszego chorążego Doenitza, ten bez cienia wątpliwości odparłby, że wszyscy oni są elfami. I w tym wypadku miałby całkowitą rację.

Elfi pocisk wszedł w cel idealnie, na miejscu zabijając starego maszynistę. Padając, Steiger, trzymający już przecież dłonie na dźwigni hamulca, pociągnął ją za sobą w dół. Tylko to uchroniło Donnerwetter przed wpadnięciem głębiej w niemal bezbłędnie przygotowaną na niego zasadzkę.

W hamującym nagle pociągu, alarm ogłoszono kilka sekund później. Do tego czasu, nieludzko precyzyjny ogień ukrytych gdzieś daleko z przodu przeciwników, zdążył poważnie przetrzebić siedzącą na dachach wagonów piechotę. Na nic zdały się wytrzymałe pancerze i ochronne runy, zdobiące ryngrafy, zwisające na piersiach jegrów. Zdolne powstrzymać pomniejsze wrogie zaklęcia, odłamki, a nawet kilka trafień z broni mniejszego kalibru, nie stanowiły żadnej ochrony przed przeciwpancernymi pociskami, wystrzelonymi z wyborowych karabinów elfów. Bezbronni piechociarze ratowali się zeskakując z dachów, kryjąc pomiędzy wagonami i platformami, lub, o ile nie skręcili karków w trakcie ucieczki, na ziemi.

Donnerwetter zwalniał coraz bardziej, a wewnątrz jego pancernych wieży, kanonierzy próbowali rozpaczliwie namierzyć źródło niebezpieczeństwa. Ujawniło się ona dopiero, gdy wróg, najwyraźniej nie mając już w polu widzenia żadnych miękkich celów, postanowił skorzystać z cięższego arsenału.

Osiem zgrabnych czołgów, charakterystycznej elfiej konstrukcji, ujawniło się wraz z pierwszą salwą z ich lekkich, dwulufowych działek. Tym razem jednak, to krasnoludzcy kanonierzy mieli przewagę. Gruby pancerz wieżyczek oraz cięższy kaliber ich armat, sprawiły, że połowę elfich maszyn wyeliminowano w przeciągu niecałej minuty. Pozostałe, korzystając z przewagi szybkości i zwrotności, rozpierzchły się po okolicy, nawet na sekundę nie przerywając ognia. To jednak nie był koniec problemów kapitana Steinberga. Dwa niszczyciele czołgów, dotąd przyczajone na pobliskich wzgórzach i zamaskowane iluzjonistyczną magią, otworzyły ogień ze swoich znacznie bardziej niebezpiecznych dział.

I tutaj ponownie, elfia precyzja okazała się skuteczniejsza niż dość toporna, choć zwykle zdecydowanie wystarczająca myśl techniczna ich krasnoludzkich przeciwników. Przeciwpancerne pociski błyskawicznie rozprawiły się z najcięższymi wieżami pociągu, niszcząc je lub unieruchamiając. Pozostałe stanowiska ogniowe wyeliminowano w następnej kolejności – jedna po drugiej, armaty Donnerwetter milkły. W nastałej nagle ciszy, dał się słyszeć podniecony śpiew kilkunastu gwizdków sygnałowych.

Ocalałe krasnoludy wysypały się z pociągu i ruszyły biegiem w stronę najbliższego wzgórza, tego, z którego właśnie gładko zjeżdżał jeden z niszczycieli czołgów. Nie zdążył on jednak umknąć zemście wściekłych krasnoludów. Długolufowe działko bezodrzutowe, niesione niczym piórko w masywnych łapskach Saxxa, w ułamku sekundy zmieniło go w stertę dymiącego złomu. Podobny los szybko spotkał jeden z ocalałych czołgów, które właśnie ruszyły w pogoń za salwującą się ucieczką piechotą.

Chociaż ktoś mógłby pomyśleć, że uciekający, dociążeni wypchanymi złotem plecakami, jegrzy i ocaleli z pogromu kanonierzy byli łatwym celem, w rzeczywistości, chcące ich ścigać elfy czekało trudne zadanie. Każdy z prących ku wzgórzu żołnierzy zostawiał za sobą kilka przeciwczołgowych min, czyniąc z trasy swojej ucieczki morderczą pułapkę dla wrogich pojazdów pancernych. Nie stanowiły one oczywiście zagrożenia dla lekkiego, dwuosobowego motocykla, który jako ostatni, z rykiem silnika opuścił pokład pociągu i pognał w ślad za coraz bliższymi upatrzonych pozycji jegrami.

– Szybciej się nie da, Doenitz?! – siedzący w koszu pojazdu kapitan von Steinberg spróbował przekrzyczeć Donośny warkot silnika.

– Pewnie da, ale wolę jechać wolniej zygzakami, niż wystawić się na łatwy strzał ich cholernym snajperom! Zresztą, jak pan woli, to nie ja jestem tutaj oficerem, to nie na mnie będą polować…

– Racja, chorąży, dobry plan… – Gdzieś z tyłu eksplodował kolejny czołg, tym razem rozpruty przez jedną z min.

Dla elfich prześladowców musiało być to wystarczającym sygnałem, by, przynajmniej na razie, zaniechać dalszej pogoni. Pozostałe pojazdy wycofały się do porzuconego pociągu, pół minuty później dołączyły do nich trzy transportery opancerzone, z których wnętrz natychmiast wysypała się piechota. Do tego czasu, jegrzy i ich dowódca zdołali dotrzeć na szczyt wzgórza i rozpocząć na nim prace inżynieryjne. W przeciągu kolejnej godziny, z niegroźnego pagórka, przeistoczyli go w fortecę – porytą okopami, najeżoną lufami karabinów maszynowych i otoczoną gęstym polem minowym.

 

*

 

– Proszę, kapitanie, pozwoliłem sobie naostrzyć pańską brzytwę. – Wbrew pozornej beznadziei swojego położenia, starszy chorąży Doenitz wydawał się być w doskonałym humorze. Starając się nie uśmiechać zbyt szeroko, na okopie, tuż obok przyklejonego do lornetki dowódcy, położył skórzane etui z przyrządami do golenia.

– Poczekajcie, Doenitz, nic nie jest jeszcze do końca przesądzone…

– Kapitanie, z całym szacunkiem, chociaż tutaj możemy utrzymać się nawet miesiąc, nie zdołamy odbić pociągu. A tamci pewnie zdołają uruchomić go w ciągu kilku godzin!

– Macie rację, chorąży, ale ja nie o tym. Spójrzcie, tam obok parowozu… – Z tymi słowami, dowódca przekazał lornetkę w dłonie podoficera.

– Hmm, niezły sprzęt mają, musieli przygotowywać to od dawna. Ci trzej w płaszczach to pewnie ich dowódcy…

– A któż to tam sobie z nimi tak swobodnie gawędzi? – zapytał kapitan, zapalając fajkę.

– Ishmael… – zgrzytnął zębami Doenitz. Na widok znajomego, siwobrodego mężczyzny, stojącego w otoczeniu elfich oficerów, jego dobry nastrój natychmiast się ulotnił.

– Tak też właśnie mi się wydawało… Zdrajca od początku mieszał nam szyki. A teraz mamy go na talerzu.

– To na co my jeszcze czekamy, kapitanie?

– Chyba już na nic… – Dowódca sięgnął do przypiętego do pasa zasobnika i wyciągnął z niego radiowy detonator. Następnie odbezpieczył go i z mściwym wyrazem twarzy oparł palec na jego spuście. – Nikt nie dostanie naszego złota, a już na pewno żaden spiczastouchy leśny przygłup!

W chwili, gdy właśnie zamierzał detonować rozmieszczone w pociągu ładunku, powstrzymał go dobiegający zza pleców, zbyt dobrze znajomy wrzask gwizdka sygnałowego. Trzy sygnały – dwa krótkie i jeden długi. Smok.

Najwyraźniej nauczony złym doświadczeniem, Sarreghus nie zaryzykował kolejnego ataku lotem nurkowym. Chcąc uniknąć przedwczesnego wykrycia, musiał podążać tropem Donnerwetter lecąc tuż nad ziemią. Nie mogąc liczyć na sprzyjające prądy powietrza, poruszał się tym sposobem znacznie wolniej, przez co zdołał dopaść pociąg dopiero teraz. Zadowoleni z siebie, rozproszeni dookoła składu elfi żołnierze, którzy już zacierali ręce nad uczciwie zdobytym krasnoludzkim łupem, nie mieli najmniejszych szans. Ziejąca ogniem bestia spadła na nich, rycząc wściekle i w przeciągu kilku sekund zabijając wszystko w promieniu pół kilometra. Żaden z elfów nie zdołał umknąć ognistemu gniewowi olbrzymiego gada. Obserwując jego okrutne dzieło ze względnie bezpiecznej odległości, kapitan von Steinberg nie bez mściwej satysfakcji ujrzał, jak mistrz Ishmael zmienia się w tylko z grubsza przypominającą człowieka skwarkę.

Dokonawszy już krwawej pomsty, Sarreghus nakrył osmalony pociąg swoim olbrzymim cielskiem i ryknął przeciągle, jakby na przestrogę każdemu, kto zdecyduje się ponownie sięgnąć po jego skarb. Tocząc dookoła wzrokiem przekrwionych oczu, spojrzał wprost na obserwującego go z daleka krasnoluda.

– I to by było, zum Teufel, na tyle… – Palec krasnoludzkiego dowódcy powoli pokonał opór spustu detonatora.

Pierwsze eksplodowały ładunki rozmieszczone w wagonach, zaraz po nich amunicja do dział, a na końcu, z potwornym rykiem rozrywanego metalu i uchodzącej nagle pary, pękł potężny kocioł parowozu. Donnerwetter zakończył chwalebną służbę w olbrzymiej, czerwonej kuli ognia, w ostatnią drogę zabierając ze sobą legendarnego Sarreghusa.

– Kryć się! – Słysząc rozkaz i wymowny świst tnącego powietrze metalu, żołnierze kapitana von Steinberga skulili się na dnie okopów. Chwilę później, na ich pozycję spadł deszcz odłamków, krwawych strzępów smoczego cielska oraz ciężkich złotych sztabek.

 

*

 

– Znowu zaczynacie, Doenitz? – warknął zniecierpliwiony kapitan.

– Mówię tylko, że przed nami długa, a z racji na bliskość Ostwaldu, niebezpieczna droga. Powinniśmy ukryć gdzieś złoto i podróżować bez dodatkowego obciążenia.

– To idź i sam wytłumacz to naszym chłopcom! Nie po to przeszli przez to wszystko, by teraz zostawiać swoją nagrodę elfom!

– Ale przecież i tak je stracą! Dowództwo zarekwiruje wszystko, co tylko zdołamy stąd wynieść, chcąc pokryć straty, jakie przyniosła nasza misja! Wyzbieranie tego wszystkiego zajmie całe tygodnia, zanim nasi tu dotrą, elfy już dawno wszystko wydziobią! Ponieśliśmy klęskę, kapitanie! Nikt nie powita nas jak bohaterów, będziemy mieli szczęście, jeżeli nie postawią nas przed sądem!

– Klęskę? – Kapitan von Steinberg ostatecznie stracił cierpliwość. Zerwał się z dna okopu i doskoczył do marudzącego podoficera, niemal stykając się z nim brodatą twarzą. – Klęskę?! Wykryliśmy, a następnie zlikwidowaliśmy kreta oraz elfi spisek, zabiliśmy smoka, uwalniając od niego Złotą Górę i na nowo otwierając drogę do jej skarbów! Nazywacie to klęską, chorąży?! – Ustnik trzymanej przez dowódcę fajki dźgał w pierś starszego chorążego, boleśnie akcentując każde słowo.

– Nie zdołamy zabezpieczyć Złotej Góry przed zielonoskórymi! A rozpełzną się po niej jak tylko zrozumieją, że ich pan i władca nie żyje!

– Akurat w tej kwestii macie absolutną rację, Doenitz! – Niespodziewanie, zmarszczone oblicze dowódcy wygładził promienny uśmiech. – Powiedzcie mi w takim razie, kogo nasi dowódcy skierują do tego zaszczytnego zadania? – Ponieważ chorąży nic nie odpowiedział, kapitan odstąpił o krok do tyłu i z lubością zaciągnął się fajką. – Nie wiem jak wy, ale ja chwilowo nie mam nic lepszego do roboty!

 

 

Koniec

Komentarze

Bardzo sympatyczne opowiadanie – uprzyjemniło mi wieczór.  Opowieść fajnie się snuła i co chwila zły koniec zmieniał się w dobry koniec.

Znalazłam parę literówek, trochę przecinków postawionych nie w tych miejscach, co potrzeba i oczywiście (oczywiście, bo to często się zdarza) zły zapis dialogów. Ale na to jest rada: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przygodówka, ze zwrotami akcji co chwilę. Czytałam z zainteresowaniem. Ale sądzę, że tekst zyskałby na skróceniu. Niektóre opisy wydają mi się za długie.

zawsze jednak wiązała się z poważny ryzykiem dla unieruchomionego,

Literówka. Jedna z wielu.

Upchnąwszy złote sztabki w dosłownie każdym wolnym calu pociągu, na peronach wokół toru wciąż piętrzyło się co najmniej trzy razy tyle.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzą bzdury.

Na swoje nieszczęście, cichy dźwięk za plecami zwrócił uwagę

I to ten dźwięk miał pecha?

a wewnątrz jego pancernych wierzy,

Czego?!

Babska logika rządzi!

Ojć, ta wierza mi umknęła, bo nie darowałabym! 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Oj, sam nie wierzę w tę wieżę… Przepraszam i dziękuję :)

Krzysztof

No, skoro poprawiłeś, to kliknę na Bibliotekę. Ale żeby to był ostatni raz! ;-)

Babska logika rządzi!

To ja też, bo generalnie tekst zasługuje na uwagę – choćby ze względu na płynność, z jaką się czyta.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bardzo zacna opowieść o złocie dla zuchwałych, tym razem w wersji krasnoludzkiej. Poza zajmującą historią i wartką akcją obfitującą w wiele niespodzianek, bardzo przypadło mi do gustu, a z czym spotkałam się chyba po raz pierwszy, wyposażenie bohaterów w sprzęt militarny, jakże różniący się od tego, który znałam z dotychczas przeczytanych opowieści fantasy.

Chciałabym móc powiedzieć, że opowiadanie czytało się świetnie, ale, niestety, usterki nieco zepsuły mi tę przyjemność.

Mam nadzieję, Krzysztofie, że Twoje kolejne opowiadania będą równie zajmujące i znacznie lepiej dopracowane. ;-)

 

zwykł w ta­kich chwi­la wy­cho­dzić ze swo­je­go prze­dzia­łu… – Literówka.

 

Obaj mię­śnia­cy, ko­rzy­sta­jąc żu­ra­wia za­mon­to­wa­ne­go na dachu lo­ko­mo­ty­wy… – Pewnie miało być: Obaj mię­śnia­cy, ko­rzy­sta­jąc z żu­ra­wia za­mon­to­wa­ne­go na dachu lo­ko­mo­ty­wy

 

Z resz­tą, zna­jąc was, do­sko­na­le o tym wie­cie.Zresz­tą, zna­jąc was, do­sko­na­le o tym wie­cie.

 

na któ­rej ów­cze­sne kra­sno­lu­dy oparł trzon swo­jej po­tę­gi mi­li­tar­nej. – Literówka.

 

Je­grzy gnieź­dzi­li się dwóch tra­dy­cyj­nych wa­go­nach pie­cho­ty… – Je­grzy gnieź­dzi­li się w dwóch tra­dy­cyj­nych wa­go­nach pie­cho­ty

 

a jedna skry­wa­ła swoja za­war­tość… – Literówka.

 

Po­in­for­mo­wa­ni prze radio zwia­dow­cy prze­sta­wi­li zwrot­ni­cę… – Literówka.

 

Cho­rą­ży jed­nak nie mu­siał nawet spe­cjal­nie wy­tę­żać oczy… – Literówka.

 

oraz mro­wia dwu i trzy­kło­wych mo­to­cy­kli… – Mm wrażenie, że te trzykłowe lubiły wziąć coś na ząb. ;-)

oraz mro­wia dwu- i trzy­koło­wych mo­to­cy­kli

 

na stro­mym stoku wciąż trwa­ły ruin pra­daw­nych straż­nic… – Literówka.

 

mel­dun­ki, co chwi­la spły­wa­ją­ce od pe­ne­tru­ją­cy pod­ziem­ny kom­pleks zwia­dow­ców… – Literówka.

 

zli­czył każdą sztab­kę, jaka zo­sta­ła za­ła­do­wa­na na po­ciąg… – …zli­czył każdą sztab­kę, która zo­sta­ła za­ła­do­wa­na na po­ciąg

 

Po­je­dzie­my na około, tak jak przy­je­cha­li­śmy.Po­je­dzie­my naokoło, tak jak przy­je­cha­li­śmy.

 

roz­po­czął swoją mo­zol­ną drogę po­wrot­ną. – Czy zaimek jest konieczny?

 

spa­dek tem­pe­ra­tu­ry, zwią­za­ny z prze­by­wa­niem na du­żych wy­so­ko­ściach. – …z prze­by­wa­niem na du­żej wy­so­ko­ści.

 

ob­li­zał ostrze noża swoim dłu­gim, czar­nym ję­zy­kiem… – Czy mógł oblizać ostrze cudzym językiem?

 

było wy­ko­rzy­sta­nie tej sy­tu­acji na swoja ko­rzyść. – Literówka.

 

kła­dąc na miej­scu trzy naj­bliż­sze to­ro­wi­sku trol­le. – …kła­dąc na miej­scu trzy naj­bliż­sze to­ro­wi­ska trol­le.

Chyba że trzy padłe trolle, torowisko umiłowało sobie szczególnie. ;-)

 

Pierw­sze, ko­rzy­sta­jąc z sprzy­ja­ją­ce­go kąta na­chy­le­nia zbo­cza… – Pierw­sze, ko­rzy­sta­jąc ze sprzy­ja­ją­ce­go kąta na­chy­le­nia zbo­cza

 

Krępe i do­cią­żo­ne pan­ce­rzem kra­sno­lu­dy miał co praw­da pewną prze­wa­gę… – Literówka.

 

po­je­dyn­czej walce nie mogli się nawet rów­nać z za­wo­do­wy­mi kra­sno­ludz­ki­mi żoł­nie­rza­mi. – Raczej: …bezpośredniej walce

 

Do­wód­ca uśmiech­nął się, dźga­jąc cy­bu­chem na­bi­ja­nej wła­śnie fajki w stro­nę skwa­szo­ne­go pod­ofi­ce­ra. – Cybuch, to cześć fajki między jej główką a ustnikiem. Cybuchem nie można dźgać.

 

świa­tło dzien­ne uj­rzał Długi Hans -wiel­ko­ka­li­bro­we dzia­ło… – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Ka­no­nier mógł bez trudu zaj­rzeć w głąby jego prze­past­nej gar­dzie­li… – Ka­no­nier mógł bez trudu zaj­rzeć w głąb jego prze­past­nej gar­dzie­li…

Bo nie przypuszczam, by smok miał w gardzieli główki kapusty? ;-)

 

Gdyby nie gogle, ście­ka­jąc po nim pot praw­do­po­dob­nie… – Literówka.

 

z któ­rych każdy jeden chciał wsła­wić się za­bi­ciem le­gen­dar­ne­go smoka. – Wystarczy: …z któ­rych każdy chciał

 

jakby wy­ko­na­na był nie ze stali, a z spar­cia­łych ko­no­pi. – …jakby wy­ko­na­na była nie ze stali, a ze spar­cia­łych ko­no­pi.

 

wraz z wstrzy­my­wa­nym zbyt długo od­de­chem… – …wraz ze wstrzy­my­wa­nym zbyt długo od­de­chem

 

po­zo­sta­wia­jąc za sobą orki, Sar­re­ghu­sa i wciąż nie­prze­bra­ne skar­by Zło­tej Góry – Brak kropki na końcu zdania.

 

Pod­ofi­cer prze­zor­nie po­sta­no­wił nie usto­sun­ko­wy­wać się do ostat­nie­go, jak na dla niego nieco zbyt śmia­łe­go stwier­dze­nia do­wód­cy. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

ma­szy­ni­sta Ste­iger kil­ku­krot­nie mru­gnął oczy­ma i we­zwał do sie­bie… – …ma­szy­ni­sta Ste­iger kil­ku­krot­nie mru­gnął/ zamrugał i we­zwał do sie­bie

Oczami nie można mrugać, mrugamy powiekami.

 

I w tym wy­pad­ku miał by cał­ko­wi­tą rację.I w tym wy­pad­ku miałby cał­ko­wi­tą rację.

 

zwy­kle zde­cy­do­wa­nie wy­ster­cza­ją­ca myśl tech­nicz­na… – Literówka.

 

Oca­la­łe kra­sno­lu­dy wy­spa­ły się z po­cią­gu… – Literówka.

 

zo­sta­wiał za sobą kilka prze­ciw­czoł­go­wych miny… – Literówka.

 

ka­pi­tan von Ste­in­berg, ja­dą­cy w bocz­nym koszu po­jaz­du. – Kosz/ wózek motocykl ma zawsze z boku. Powtórzenie.

Proponuję: …ka­pi­tan von Ste­in­berg, siedzący w koszu po­jaz­du.

 

Z resz­tą, jak pan woli, to nie ja je­stem tutaj ofi­ce­rem… – Zresz­tą, jak pan woli

 

Po­zo­sta­łe po­jaz­dy wy­co­fa­ły się do po po­rzu­co­ne­go po­cią­gu… – Dwa grzybki w barszczyku.

 

pół mi­nu­ty póź­niej do­łą­czył do nich trzy trans­por­te­ry opan­ce­rzo­ne… – Literówka.

 

Zdraj­ca od po­cząt­ku mie­szał nam w szy­kach. – Raczej: Zdraj­ca od po­cząt­ku mie­szał nam szy­ki.

 

w prze­cią­gu kilku se­kund za­bi­ja­jąc wszyst­ko pro­mie­niu pół ki­lo­me­tra. – Czegoś tu zabrakło.

 

Ob­ser­wu­jąc jego okrut­ne dzie­ło z względ­nie bez­piecz­nej od­le­gło­ści… – Ob­ser­wu­jąc jego okrut­ne dzie­ło ze względ­nie bez­piecz­nej od­le­gło­ści

 

wszyst­ko, co tylko zdo­ła­my stad wy­nieść… – Literówka.

 

Cy­buch trzy­ma­nej przez do­wód­cę fajki dźgał w pierś star­sze­go cho­rą­że­go… – Już zostało ustalone, że cybuch nie może dźgać.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, wielkie dzięki za miłe słowa oraz czas, który poświeciłaś na tak szczegółowe wypunktowanie różnego rodzaju bubli w tekście. Z tymi ostatnimi już się rozprawiłem, mam naiwną nadzieję, że ostatecznie :-)

Krzysztof

Po­rząd­ne po­wia­da­nie, które czyta się z przy­jem­no­ścią, wręcz za­chę­ca do miłej o nim wy­po­wie­dzi. Bar­dzo się cie­szę, że z uster­ka­mi roz­pra­wi­łeś się bły­ska­wicz­nie i bez żad­nych ce­re­gie­li. ;-)

Dodam jeszcze, o czym zapomniałam w poprzednim komentarzu, że bardzo przypadł mi do gustu humor – nienachalny i w dobrym gatunku, o co niełatwo w opowieści o krasnoludach, a także to, że co prawda używasz przekleństw, ale jakże łagodnych i nietypowych. ;-D

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Krzysztofie, przemyślawszy sprawę dogłębnie, uznałam że Donnerwetter zasługuje na nominację. Ponieważ jednak opowiadanie zostało dodane pod sam koniec września, w dodatku do krótkich nie należy, Loża zajmie się nim już w październiku. Jestem przekonana, że wykażesz się cierpliwością i zrozumieniem. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oj, cierpliwości to mi akurat nie brakuje :-) Wielkie dzięki!

Krzysztof

;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, ale może wspomnisz o nominacji w odpowiednim wątku już teraz? Bo opowiadanie nie dosyć, że długie, to jeszcze debiutanckie, trudno mu się doczłapać do Biblioteki. Niech więcej osób zajrzy, póki jeszcze nie przepadło w czeluściach.

Babska logika rządzi!

Chciałam to zrobić już w wątku październikowym, ale masz rację, Finklo. Im wcześniej zwrócę nań uwagę ludu, tym lepiej dla opowiadania. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W sumie, jeśli wątek październikowy już jest, to wszystko jedno, z którego świat się dowie. :-)

Babska logika rządzi!

Jeszcze nie ma, więc wykorzystałam wrześniowy. A kiedy pojawi się październikowy, świat dowie się raz jeszcze. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrych wieści nigdy dosyć. ;-)

Babska logika rządzi!

Zum Teufel, fajnie tu u Was!

Krzysztof

;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Odciągali rygle kaemów? Naprawdę? Ciekawa konstrukcja…

Pozdrowka.

@ RogerRedeye:

Owszem mogłem napisać “Rękojeści napinaczy zamków”, ale uznałem, że czytelnik mógłby nie docenić tego rodzaju szczegółowości ;-)

Np. ok 1:00 minuty (Strzelanie z MG-34 i MG-42):

https://www.youtube.com/watch?v=GfJkU4Sah8I

Krzysztof

No i trzeba było tak napisać, bo wyszło śmiesznie. Akurat MG-42 był ryglowany rolkami. Erkaem Browning wz 28 był chyba ryglowany przekoszeniem zamka – nie pamiętam dokładnie. Ne ma czegoś takiego, jak odciąganie rygla w karabinie maszynowym. Można odciągnąć zamek, suwadło, z zasady rączką suwadła, ale nie rygiel. Ryglowanie zamka to czynność, i w zależności od modelu broni odbywa się to w bardzo różny sposób.

No i nie rękojeść… 

Trzeba było trochę poczytać.

Pozdrówka.

Hej, pewnie masz rację (przyznam, że o suwadle nie pomyślałem), nie zamierzam spierać się o taki szczegół, jak nazewnictwo jednego, nieistotnego dla fabuły elementu konstrukcji krasnoludzkiego kaemu.  Mam nadzieję, że nie przeszkodził on Tobie w odbiorze utworu jako całości :-)

Krzysztof

No to jedziemy…

 

“Donnerwetter buchnął biała parą z obu kominów swojej brzuchatej lokomotyw.“ – literówka: białą; literówka: lokomotywy.

 

“Ciężko opancerzony parowóz“ – w tym akapicie trzykrotnie powtarzasz, że pociąg jest pancerny; czytelnicy zrozumieli za pierwszym ;)

 

Bemik ma rację, część przecinków wydaje się postawiona losowo.

 

Często też stosujesz zbędne zaimki typu “swój”. Przynajmniej połowę dałoby się skreślić bez strat na estetyce i sensie zdań, a zwracają uwagę; zaimkoza jest ZUA.

 

“…zawsze jednak wiązała się z poważny ryzykiem dla unieruchomionego…” – literówka: poważnym

 

“Wtedy również jego krasnoludzka załoga prezentowała budzące podziwy wyszkolenie i dyscyplinę.“ – literówka: jeden podziw, nie podziwy.

 

“…potrafiliby w przeciągu kilku godzin, po ciemku i pod ogniem wroga, przerzucić most przez rwącą górską rzekę. Na szczęście, na otaczającym leże Sarreghusa stepie, tych ostatnich nie było zbyt wiele.“ – Przepraszam, ale to jest zwyczajnie bez sensu. To zrozumiałe, że na stepie nie ma górskich rzek.

 

“Dowódca musiał naprawdę poważnie traktować własne rozkazy, gdyż w wciągu kolejnych kilku minut, w ten sam sposób potraktował całą zawartość swojego oficerskiego barku.“ – powtórzenie.

 

“Gdy ten bluźnierczy rytuał wreszcie dobiegł końca, kapitan podszedł do stołu, przy którym siedzieli wyraźnie wstrząśnięci nim towarzysze. Następnie rozłożył na nim starą mapę sztabową, którą unieruchomił przy pomocy dwóch opróżnionych przed minutą butelek.“ – Wiem, że się czepiam, ale przy takim sformułowaniu “nim” wydaje się być rytuał ; )

 

“Chociaż ze względu na wieloletnią wspólna służbę…” – literówka: wspólną.

 

“– Elfy są fałszywe, gnomy chytre, ogry zwyczajnie głupie – Zzaczął przy akompaniamencie szelestu ubijanego w trzech cybuchach tytoniu.“

 

“A skoro już o tym mowa, znając was, chorąży, własnej rodzicielki również nie darzylibyście specjalnym zaufaniem!“ – Czemu tryb przypuszczający? Czy chorąży nie miał żadnej matki, nigdy? raczej: darzyliście.

 

“– Zapomniał pan o smokach, kapitanie[-.] – mruknął podoficer“

 

“Przez większą jej cześć jechalibyśmy pomiędzy górami“ – literówka: część

 

“Ani oni, ani nikt inny nie powstrzyma nas od tryumfalnego powrotu“ – Wydaje mi się, że właściwą kolokacją jest powstrzymywanie przed, a nie od.

 

“Całości dopełniały trzy platformy, z których dwie wiozły szyny, podkłady i inny sprzęt saperski…” – Przyznam, że nie rozumiem. Czy szyny i podkłady są typowym sprzętem saperskim? Czy nie zostały zabrane na wypadek konieczności naprawy torów n trasie pociągu, a nie do działań saperskich…?

 

“Teraz, pancerny behemot był bliżej niż kiedykolwiek…” – Kolejny raz się pewnie czepiam, ale w słownikach “Behemot” występuje jedynie jako nazwa własna, biblijny potwór, istota nosząca takie imię, a nie synonim bestii.

 

“– Zdążą, kapitanie, pędzą, jakby im sam Sarreghus tyłki przypalał[-.] – sapnął chorąży Doenitz“

 

“– Zrozumiałem, kapitanie[-.] – opowiedział głos z drugiej strony interkomu.“

 

“Odjąć czterysta dwadzieścia osiem, pomnożyć…Tak… – pPrzez chwilę mruczał pod nosem, dokonując piętrowych obliczeń, których wynik miał wskazać dalszą drogę.“ – brak spacji po wielokropku.

 

“Radiotelegrafista, dźwigający na plecach przenośną radiostacje“ – literówka: radiostację

 

“– Osiem, dwanaście godzin roboty i po sprawie[-.] – odparł Steiger, drapiąc się w głowę. – Powiedzmy dzień…

– Dużo[-.]Ppowtórzył sucho chorąży“

 

“Doceniony tym gestem, maszynista przyjął klucz i drżącą, po części ze starości, a po części z podniecenia, ręką wsunął jego główkę w otwór w sztabie.“ – Hm, a czy główka to nie jest czasem to, za co się trzyma klucz, a nie to, co się wsadza w zamek?

 

“Ponownie zaczął coś liczyć pod nosem, przekręcając kluczem to w jedną, to w drugą stronę.“

 

“Środkiem magazynu biegł jeden główny tor, będący przedłużeniem tego, na który aktualnie z niecierpliwością posapywał Donnerwetter.“ – literówka: którym

 

“Upchnąwszy złote sztabki w dosłownie każdym wolnym calu pociągu, na peronach wokół toru wciąż piętrzyło się co najmniej trzy razy tyle.“ – To zdanie jest niegramatyczne.

 

“– Kapitanie, od dwudziestu minut nie mamy kontaktu ze zwiadowcami. Nie reagują na moje wywołania… – pPrzejęty głos radiotelegrafisty wyrwał dowódcę z przyjemnego błogostanu.“

 

“– Kapitanie, tu maszynownia… – w W rozmowę niespodziewanie wdarł się dobiegający z interkomu głos Steigera.“

 

“Pierwsze ryknęły haubice, waląc raz za razem w coraz bliższą przeszkodę i zmieniając wszystko w okolicy w jedno wielkie gruzowisko. Chwilę później zawtórowały jej działa przeciwpancerne” – “jej”, to znaczy komu? Okolicy? Czy nie raczej im – haubicom?

 

“…kładąc na miejscu trzy najbliższe torowiska trolle.“ – W scenie ze zwiadowcami w ogóle była mowa tylko o trzech trollach.

 

“Jednie przyklejeni do dachu jegrzy nie wzięli udziału“ – literówka: jedynie

 

“W mgnieniu oka, jegrzy, za jedyne zadanie mający dotąd utrzymanie się na dachu, zmuszeni zostali do walki z przeważającym liczebnie przeciwnikiem. Krępe i dociążone pancerzem krasnoludy miały co prawda pewną przewagę nad znacznie od nich lżejszymi zielonoskórymi, jednak sypiących się na ich głowy przeciwników przybywało z każdą minutą. (…)

Zielonoskórzy nie byli nawet w połowie tak dobrze wyszkoleni i wyposażeni jak ich przeciwnicy. (…) Żołnierze kapitana von Steinberga powoli zaczynali spychać przeciwników z dachu pociągu, który z każdą chwilą coraz bliższy był wyrwania się spomiędzy gór.“

Dużo tych przeciwników…

 

“– Tak[+,] chorąży, niestety widzę[-.] – odparł równie spokojnie dowódca“

 

“Obserwując majestatyczną sylwetce płynącego nad horyzontem gada…” – sylwetkę, nie sylwetce

 

“– Kapitanie? – zZa plecami dowódcy zadudnił głos chorążego Doenitza.“

 

“Dowódca uśmiechnął się, dźgając ustnikiem nabijanej właśnie fajki w stronę skwaszonego podoficera.“ – Nie rozumiem tego zdania. Co dźgając?

 

“Dwa stopień do góry, jeden w lewo…“ – dwa stopnie, nie stopień

 

“Oba ogry wykonały polecenie, za pomocą olbrzymich korb sterując obrotnicą, na której wsparto całe działo i unosząc jego lufę.” – Ogry, przedstawione jako tępa, tania siła robocza, gubiące złoto podczas załadunku, teraz bezbłędnie wykonują tak precyzyjne polecenia?

 

“Widząc, jak majestatyczna bestia uderza w ziemię, z piersi kanoniera Schmidta, wraz ze wstrzymywanym zbyt długo oddechem, wydobył się tryumfalny okrzyk.“ – Kolejne niegramatyczne zdanie.

 

“– Mauser, chodź no tutaj, wzrok masz lepszy… – mMaszynista Steiger kilkukrotnie mrugnął i wezwał do siebie jednego z młodszych palaczy.

 

“– Tak, Ludwigu? – z Z drugiej strony niemal natychmiast dobiegł głos dowódcy.“

 

W opisie wymiany ognia z elfami słowo “działo” pojawia się co najmniej sześciokrotnie, a zgrzyta już za czwartym, bo to ledwo dwa akapity są.

 

“– Szybciej się nie da, Doenitz?! – donośny warkot silnika spróbował przekrzyczeć kapitan von Steinberg, siedzący w koszu pojazdu.“ – Pomijając fakt, że po półpauzie potrzebna jest wielka litera, szyk zdania sprawia, że wydaje się, że to warkot próbował być głośniejszy nić kapitan, a nie odwrotnie…

 

“Najwyraźniej nauczony złym doświadczeniem, Sarreghus nie zaryzykował kolejnego ataku lotem nurkowym. Chcąc uniknąć przedwczesnego wykrycia i ataku…”

 

Przykład nad-swojości:

“Donnerwetter zakończył swoją chwalebną służbę w olbrzymiej, czerwonej kuli ognia, w ostatnią drogę zabierając ze sobą legendarnego Sarreghusa. – Kryć się!

Słysząc rozkaz i wymowny świst tnącego powietrze metalu, żołnierze kapitana von Steinberga skulili się na dnie swoich okopów.“

 

“– Klęskę?! – Wykryliśmy, a następnie zlikwidowaliśmy kreta oraz elfi spisek…: – zbędna półpauza po wykrzykniku.

 

 

Przeczytanie Twojego opowiadania zajęło mi mnóstwo czasu, na dodatek robiłam to z przerwami. Były momenty, w których czułam się znużona. Jakoś, mimo wszystko, wydawało mi się, że za łatwo im idzie. Lwia część tekstu to opis jak docierają do góry i bez przeszkód zabierają złoto. Jedna szarża odstraszonych natychmiast zielonoskórych to mało. Brakuje tam czegoś, co zagęściło by akcje, bo tak to tylko jadą, jadą i jadą… A to, przy opowiadaniu o takiej objętości, kłopot, bo niektórzy czytelnicy mogą odpaść z braku zainteresowania, co dalej. Dopiero potem zrobiło się ciekawiej i zdecydowanie bardziej mi się zaczęło wszystko podobać. Na szczęście najlepsze zostawiłeś na koniec, bo już obawiałam się, że zakończenie wyjdzie miałkie i pozbawione jakiejkolwiek siły przebicia – a tu niespodzianka ;)

Uważam, że tekst zdecydowanie by skorzystał na pewnym odchudzeniu pierwszej połowy, ale generalnie lekturę zaliczam do udanych. Brawo ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Cześć, dzięki za cierpliwość, cenne wskazówki i kolejną porcję byków do przełknięcia :-) Skorygowałem chyba wszystkie – miałem jedynie problem z tym nieszczęsnym behemotem… Najwyraźniej jestem spaczony rozumowaniem “po angielsku”, gdyż w tym języku słowo to ma właśnie odpowiednie do mojego zamierzenia znaczenie (”something of monstrous size, power, or appearance <a behemoth truck>”). Poprawiłem, żeby wszystko było cacy ;-)

Pozdrawiam serdecznie!

Krzysztof

Mechanisches Gott im himmeln! Bardzo miś, a nawet misie. 

Nie przepadam za krasnoludami, elfami, orkami, ale zostali mi sprzedani tak zajmująco, że biorę w ciemno. Grosse plus za militaria i liczne sceny batalistyczne – jest rozmach. Ujął mnie szwejkowski humor, teutońskie nazwiska i nazwy geograficzne (Ostwald!). Podobnie jak inni komentujący zalecam lekkie odchudzenie historii, tak o 1/10 powinno wystarczyć. 

Merde! Zapomniałbym. Le petit plusik dodatkowy za nazwiska motocyklowych zwiadowców, no i czekam na zasugerowany w zakończeniu drugi sezon Donnerwettera :-). 

Przyczajony użyszkodnik

Wiesz, po prostu z ciekawości sprawdziłam tego Behemota w słowniku PWN i jeszcze gdzieś i wyszło mi na to, że (przynajmniej po polsku) mamy tylko Behemota przez B… Znaczenie i Twój zamysł były dla mnie jasne, ale czy taki behemot jest poprawny z językowego punktu widzenia? Chyba nie ; (

 

Również pozdrawiam ;) I również zachęcam do napisania kontynuacji!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dobra kontynuacja nie jest zła. Złote sztabki czekają we wnętrzu góry. Rdzewieć nie rdzewieją, ale…

Chyba że masz coś innego na warsztacie. To pisz, co chcesz.

Babska logika rządzi!

Hehe… Ciąg dalszy już jest, nie wiem tylko, czy wystarczająco dobry :-)

Krzysztof

Dopiero byłoby śmiesznie, gdyby Loża w październiku rozpatrywała ten tekst i od razu ciąg dalszy. ;-)

Babska logika rządzi!

Musi swoje odleżeć…

Krzysztof

A, to popieram.

Babska logika rządzi!

Ależ steampunkowa przygodówka!

Złoto dla zuchwałych krasnoludów, zdrada, smok, zielonoskórzy i jeszcze te wąskodupe partyzanty… Miodek ;-) Podane w odświeżającej estetyce, nawiązuje do wojennych filmów awanturniczych – alez mi się. 

 

Fabularnie – od starcia do starcia, ze złotem jako głównym motorem działań krasnoludzkiej brygady piechoty skoleizowanej ;-D Nihil novi, ale podane i przetworzone smacznie, rozrywa lepiej niż Donnerwetter ;-) Upstrzone smaczkami (w postaci np. nazwisk postaci), co zawsze cieszy. Zawiązanie wrzucone ot tak, znienacka w pierwszych stronach, skutecznie zachęciło mnie do kontynuowania lektury – i nie żałuję. Zwroty akcji klasyczne – to na górze, to na dole – nudzić się nie można. Trochę szkoda, że elfy pociągnięte stereotypem (lekkie czołgi, snajperzy), tu imo można było je ciekawiej przetworzyć plus pytanie: krasnoludy, wiozące taki łup, nie spodziewały się ze strony uszaków kłopotów nic a nic? Oj, kapitan zasłużył na burę…

 

Tak, skracałbym niektóre fragmenty, ale pal to sześć – dzięki za przyjemną lekturę!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Świetne opowiadanie ;) Czytałem z wypiekami na twarzy nie mogąc się oderwać. Kawał dobrze napisanej, awanturniczej, pełnej przygód i zwrotów akcji opowieści. W prosty, a jednocześnie oryginalny sposób opisałeś na nowo klasyczną przecież historię smoka, skarbu i krasnoludów pragnących go zdobyć. Czuć lekkie echa nowego Mad Maxa (w scenie pierwszej walki z orkami). Lekkie potknięcia językowe, które już wyłapały dziewczyny w żadnym stopniu nie przeszkadzały mi w lekturze, tego długiego przecież opowiadania. Myślę, że spokojnie mógłbyś wysłać ten tekst do któregoś z zinów, a może nawet NF.

Czekam na kontynuację i lecę nominować :)

Ludzie, waszymi pozytywnymi komentarzami daliście mi ogromnego kopa do dalszego pisania i doskonalenia warsztatu. Ogromnie Wam za to dziękuję! Mam tyko nadzieję, że kolejnymi dziełami nie strącę zbyt wysoko zawieszonej poprzeczki ;-)

Pozdrawiam i jeszcze raz dzięki!

Krzysztof

Osobliwy to przypadek, kiedy skopany jest wdzięczny kopaczom, w dodatku żyje nadzieją na udany skok wzwyż. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Masochista, jak nic !-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Steampunkowy ( nie wiem czy to dobre określenie, bo technika chyba nawet bardziej niż parowa) miks Hobbita ze Złotem za Zuchwałych. Mnie się bardzo! 

Tylko nie doczekałem się ryku krasnoludzkich myśliwców tnących niebo w locie nurkowym, ale pal to licho!

Nie uważam, aby tekst wymagał jakiegoś skrócenia, wg. mnie, jest tyle, ile potrzeba. Naprawdę świetnie się czytało.

 

Sith Happens!

Dobre opowiadanie, porządnie napisane, do docenienia. Ale to nie mój target, więc mnie w żadnym momencie nie porwało. Żeby się nie znużyć fabułą, skupiłam się na walorach językowych, więc lektura była bezbolesna, a nawet miła. Skojarzenie z Hobbitem dodało plusów.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dziękuję, szczególnie, że chociaż to nie Twoja bajka, nie uznałaś jej lektury za kompletną stratę czasu. Pozdrawiam serdecznie! 

Krzysztof

Znów komentarz nadrabiam późno i znów nie mam nic nowego do dodania. Czytało mi się świetnie, mimo licznych literówek. Uważam, ze to bardzo dobra, lekka opowieść przygodowa. Bardzo mi się nazwiska postaci i przekleństwo. Zgrałeś to wszystko fantastycznie.

Szkoda, że Donnerwetter skończył jak skończył, bo dla mnie pociąg, mimo że maszyna, był jednym z głównych bohaterów – tak sympatycznie go przedstawiłeś. A ja nie lubię, gdy główny bohater ginie.

Pewnie znalazłoby się coś, do czego mogłabym się przyczepić, ale mi się nie chce. Niech fajna awantura nią po prostu pozostanie.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Za przedpiścami powtórzę, że świetna awanturnicza historia i doskonały sposób na odświeżenie klasyka, te smaczki militarne jak wisienki na torcie

Zgadzam się, że możnaby nieco odchudzić początek.​

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

@ śniąca, fleurdelacour, Zalth – Cieszę się, że dobrze weszło :-) A co do długości tekstu, to mam ogólnie problem z pisaniem opowiadań, bo mi przeważnie wychodzą z nich powieści. Obawiam się, że tak będzie i teraz – publikowane tu kiedyś “Ślady we krwi” nieoczekiwanie rozrosły się w historię na dwa tomy, a do “Donnerwetter” mam już dwie “dokrętki” ;-)

Pozdrawiam!

Krzysztof

Jak wiadomo, ulubioną (i jedyną) pieśnią krasnoludów jest:

Zloto, złoto, złoto…

Złoto, złoto, złoto…

Złoto, złoto, złoto…

I jeszcze raz!

Złoto… :D

Uważam, że udało ci się na swój sposób oddać tę prostą prawdę w całej krasie. Opowiadanie jest klasyczne do bólu, tym bardziej gratuluję, że jednak wyszło z tego coś przyjemnego, a przede wszystkim – ciekawego. Tylko początek bym przycięła, bo przyznam, że nie wciągnął mnie z kopyta ;) Nic to nie zmienia, ale jestem na TAK w kwestii piórka.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Pięknie dziękuję!

Krzysztof

Czytałem dawność temu, ale z jakiegoś powodu nie zabrałem się z marszu za komentarz, mój błąd, przepraszam.

 

Na początek zjebka – jak na tekst piórkowy, masz za dużo byków. Jak na tekst srebrnopiórkowy masz o wiele za dużo byków. A biorąc pod uwagę całkowitą pewność, jaką żywię odnośnie tego, że Reg tu była i Ci błogosławiła, zjebka moja podwójnej jest mocy.

 

Poza tym… Do czego by się tutaj jeszcze przywalić? W ogólnym rozrachunku tekst nie zostawił po sobie tak naprawdę nic. Okey, póki czytałem, bawiłem się świetnie, ale kiedy skończyłem, naszło mnie takie przyciężkie “No dobra… I co?”.

Rozumiem, że to lekka, niezobowiązująca przygodówka napisana ku radości; zapewne w takim samym stopniu radości tworzenia, co czytania (a ta była tak wielka, że aż się powtórzę: było świetnie), ale – zapewne właśnie przez miodność Twego pióra – ten niedosyt drażni i rozczarowuje w dwójnasób.

Ta niemiecczyzna, choć bez wątpienia urokliwa i charakterna, mnie jednak trochę męczyła.

 

Ale poza tym – bomba! Warsztat do podlepperowania, ale styl świetny, zasysający od pierwszego zdania, bogaty, kwiecisty, ale nieprzesadzony, językiem bogaty, ale doskonale zrozumiały, pomysł – rewelka, moje klimaty, humor też pro – i sam w sobie i jako komponent takiej właśnie opowieści.

Bohaterowie – ja, ja, gut!

 

No co tu dużo gadać; kawałek tekstu tak dobry, że cieszy mnie, iż kontynuacja jest jeszcze dłuższa (co oczywiście nie znaczy, że przysiądę do niej kiedykolwiek – zamierzam, bo zamierzam, ale… ale jest tyle rzeczy, które zamierzam, że z góry proszę o wybaczenie, jeśli jednak nie zajrzę).

 

Gratuluję sreberka – prawdę mówiąc byłem niemal pewny, że tak to się skończy – i mam nadzieję, że go nie zmarnujesz.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu Burzy, najpierw co do zapewne słusznej zjebki – czy istniej cień(!) szansy, że czytałeś opowiadanie tuż po publikacji, zanim je poprawiłem? Pytam, gdyż wszystkie błędy wytknięte powyżej przez szacowne Panie, skorygowałem praktycznie natychmiast, dwukrotnie przerąbując się przy tym przez tekst od deski do deski…  Jeżeli mimo to jakieś buble się ostały i wciąż szpecą, to znaczy, że czeka mnie kolejny pracowity weekend… Cóż, srebro zobowiązuje :-)

Potwierdzam, miałem olbrzymią radochę pisząc Donnerwetter i cieszę się, że udzieliła się ona również Tobie (oraz  innym czytelnikom, którzy okazali tej historii tyle entuzjazmu). Dziękuję za bezcenny zastrzyk pozytywnej energii!

A szansę postaram się wykorzystać jak najlepiej (o ile presja mnie nie przytka) ;-)

Pozdrawiam!

 

.

 

 

Krzysztof

Ja również przeczytałem, choć przyznam szczerze, Autorze – zajęło mi to duuuużo czasu. Piszesz świetnie, nie jest to jednak poziom mej drogiej sojuszniczki Tenszy, więc kilkakrotnie czułem się znużony i przerywałem lekturę.

Przejdźmy jednak do konkretów! Historia to klasyka fantasy, napisana bardzo zacnie, na dodatek ubarwiona tymi wszystkimi motocyklami i karabinami. No i wspaniałym pociągiem <3

Bohaterowie zdecydowanie na plus, drobne sceny sprawiły, że polubiłem tę ekipę i do końca jej kibicowałem. Tempo akcji właściwe, choć przydałoby się zdynamizować starcia. Zdarzały się momenty dość statyczne, jak choćby strzelanie w smoka. Może to tylko moje wrażenie, ale późniejsza walka z elfami zdawała mi się “szybsza”.

Szkoda Donnerwettera! Takiś fajny pociąg stworzył, po czym go wysadziłeś :/

Koniec końców, podobało mi się, choć opowiadaniu nie zaszkodziłoby trochę fabularnych fajerwerków no i… wydanie go na papierze :P Wtedy czytanie byłoby bardziej komfortowe, a satysfakcja jeszcze większa :)

 

Tyle ode mnie, na koniec kilka uwag (moim zdaniem wcale nie jest ich tak wiele, jak prawi mości Cień :P ):

Żołnierze kapitana von Steinberga powoli zaczynali spychać intruzówz dachu pociągu,

Literówka

W biegu wyszarpnięty z kabury na udzie, pistolet szczęknął dwa razy, posyłając dwie kule prosto pomiędzy oczy mocno zdziwionego tym faktem przeciwnika.

Powtórzenie

Nie czkając aż ogry wykonają swoje zadanie, Schmidt poprawił nastaw przyrządów celowniczych.

I znów literówka ;)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

CountPrimagen, dziękuję za cenny czas, który poświęciłeś na przebrnięcie przez mój tekst!

Mi też żal było rozstać się z bohaterskim Donnerwetterem, ale myślę, że zginął śmiercią godną żołnierza, zamiast sczeznąć gdzieś na złomowisku…

I oczywiście Tobie również gratuluję wyróżnienia :-)

Pozdrawiam!

 

Krzysztof

Tekst najzwyczajniej w świecie ZNAKOMITY! Nie zgadzam się, że trzeba go przycinać z przodu. Nie szkoda mi też Donnerwettera – rozwalono go dokładnie w odpowiednim momencie. Scena ze strzelaniem do smoka nie była za długa – była świetnie wymierzona i trzymająca w napięciu. Świetne było to połączenie fantasy i nowszej techniki – zaskakujące i ujmujące!

Co najwyżej do słabości zielonych mógłbym się przyczepić – ale tylko nieznacznie.

Przy okazji – nadal masz literówki niewyłapane przez powyższe, życzliwe duszyczki… więc się strzeż (przed nimi nie obroni Cię nawet Długi Hans!) laugh

Dzięki, Gostomysł., cieszę się, że historia spodobała Ci się bez większych zastrzeżeń! Właśnie zabieram się za poszukiwania wspomnianych literówek, oby tym razem Moc była ze mną :-)

Pozdrawiam!

 

EDIT: Znalazłem dwie… Reszta wciąż czai się w ukryciu i bezlitośnie szydzi z moich wysiłków  ;-)

Krzysztof

Należę do osób, które na widok słowa “krasnolud” uciekają w popłochu, porzucając tekst. Po lekturze Twojego opowiadania zaczęłam się zastanawiać, czy – być może – w ten sposób jednak sporo nie tracę. Chyba jednak nie, a “Donnerwetter” jest po prostu chlubnym wyjątkiem.

Wszystko już zostało napisane, więc – mało oryginalnie stwierdzę, że czytało mi się świetnie, a humor, użyty w tym tekście, zasługuje na dodatkowe uznanie.

Dziękuję bardzo! Cieszę się szczególnie, gdyż była to moja pierwsza przygoda z brodaczami i nigdy nie przypuszczałem, że zostanie ona tak ciepło przyjęta :-)

Pozdrawiam!

Krzysztof

Niby zwykła przygodówka, ale jaka wizja! Przeczytałem tydzień temu i ciągle mi siedzi w głowie pociąg pancerny wypełniony krasnoludami w pikielhaubach. Jak dla mnie mógłbyś skończyć po kilku pierwszych akapitach i tak byłbym zachwycony.

I jeszcze to:

Mało jest na świecie scen tak niesamowitych, że na zawsze zapadają w pamięć. Jedną są bezsprzecznie narodziny dziecka, drugą zorza polarna, płynąca po północnym niebie, jeszcze inną eksplodujący w kuli ognia czołg przeciwnika. Jednak, ktoś, kto raz widział kładące tory krasnoludy, nigdy nie doświadczy czegoś równie spektakularnego i budzącego podziw zarazem.

Jak ja Ci zazdroszczę tego kawałka!

Wielkie dzięki, coboldzie!  Swoją zazdrością miło połechtałeś moje ego ;-)

Krzysztof

Nieco zbyt mocnym klepnięciem w ramie, Saxx poinformował go

Dowódca musiał naprawdę poważnie traktować własne rozkazy, gdyż w wciągu kolejnych kilku minut,

Stare porzekadło, mówiące, że, tak jak wszystkie dzieła krasnoludów są niezwykle trwałe, najbardziej ponadczasowa jest ich miłości do złota, po raz kolejny okazywało się prawdziwe…

Pewni jesteście zmęczeni, idźcie do kuchni, niech wyda wam wreszcie coś porządnego do jedzenia.

Tylu użytkowników przeczytało, pół loży, sam redaktor, który w zachwycie sypnął srebrem, a tu nadal straszą niepoprawione literówki.

Nie przepadam za high fantasy, a po przeczytaniu tego opowiadania… nadal nie przepadam za high fantasy. ;) Muszę jednak przyznać, że ten steampunk złagodził moje obiekcje względem gatunku i dodał oryginalnego smaku. Odniosłem wrażenie, Krzysztofie, że masz fascynujący dar pisania w porywający sposób o rzeczach do bólu nudnych. Bo wynudziłem się, jeśli chodzi o fabułę, choć podkreślę raz jeszcze, że nie przepadam za fantasy, niemniej jakoś doczytałem tę niemałą kobyłę do końca. Noty za styl, według mnie, należą się tutaj najwyższe.

Drażniła mnie tylko irytująca tendencja do zapowiadania tego, co się stanie. Na przykład narrator niezbyt subtelnie sugeruje, że Dubois za chwilę umrze, po czym raczysz mnie, autorze, ze dwoma rozwlekłymi akapitami, w których niby próbujesz jakieś napięcie wprowadzić – czy go zabiją, czy nie zabiją. No ale wiadomo, że zabiją, więc po co to lanie wody? Takich fragmentów było kilka.

Pozdrawiam!

Hej, MrBrightside, dzięki za wizytę i kilka cennych uwag. Błędy poprawione :-)

Pozdrawiam! 

Krzysztof

To teraz ja. Z czytaniem uwinąłem się w ciągu jednego dnia (oczywiście z przerwami), więc postaram się skomentować na świeżo, żeby nic nie uleciało. Takiej historii o krasnoludach, elfach i smoku jeszcze nie słyszałem. Mam na myśli głównie wyposażenie militarne i osadzenie bohaterów w świecie postapokaliptyczno-drugowojnoświatowo-fantazowo-tolkienowo-pociągowym. Duży plus za pomysł. Dla mnie bomba. Tego rodzaju połączenie powyższych czynników sprawiło, że w tematyce krasnoludów i smoków pojawił się powiew świeżości.

Tekst trochę przydługi. Mam  na myśli głównie pierwszą część. Smok, choć była o nim mowa już od początku i wydawał się być jednym z filarów opowiadania, pojawia się dopiero w dwóch trzecich długości tekstu. Troszkę bym jednak tam z przodu przyciął. Choć mogę się mylić, gdyż mnie też zarzucano przydługie opisy.

Użycie nazwisk i ogólnie nazewnictwa niemieckiego przywołuje skojarzenia z III Rzeszą, co w mojej opinii dodaje Donnerwetter’owi, jako pancernemu pociągowi realizmu. 

Zgrabnie opisujesz świat. Czytając widziałem dokładnie, jako co wygląda, łatwo było sobie wszystko wyobrazić. Do tego stopnia, że chwilami czułem się, jakbym oglądał film. Zwłaszcza w scenach batalistycznych, które zachwycają barwnymi opisami. 

Jakbym miał się jeszcze do czegoś doczepić to byłby to Długi Hans. Śmiem twierdzić, że pierwowzorem działa była nazistowska “Dora” czyli Ciężki Gustaw lub inne działo podobnej konstrukcji. Kaliber 802 mm. Donośność 47-50 km i pociski ważące 7,1 tony. Z uwagi na ciężar pocisków i niezwykle żmudny proces ładowania działo to było w stanie oddać dwa do trzech strzałów na godzinę. Twój Gunter Schmidt walnął trzykrotnie w ciągu niecałej minuty. Troszkę to przekoloryzowane. Na Twoją obronę Krzysztofie przemawia jednak fakt, że Gunter dysponował dwoma ogrami, a naziści nie:) Być może stąd te różnice. No i w końcu to fantasy, więc pewnie się czepiam;p

Reasumując. Świetna historia. Niecodzienna kreacja bohaterów. Fabuła raczej przewidywalna. Bardzo przyjemnie się czytało. Proporcje trochę zachwiane (początek przydługi w stosunku do długości późniejszych scen akcji). Odwieczna wojna krasnoludów z Elfami pokazana w zupełnie nowym świetle. 

Bardzo dobry tekst. Zdecydowanie godny polecenia. 

Nie wiem dlaczego, ale w roli dowódcy widziałem Jeana Reno z krzyżem żelaznym na piersi i przepaską na oku;)

@Shagga, dzięki, że wpadłeś i pozostawiłeś po sobie tak pełnowartościowy feedback ;-).

Bardzo miło czyta się takie słowa, nawet jeżeli jak bumerang powraca kwestia pewnego rozwleczenia historii :-).

Co do Długiego Hansa, to nie Dora była jego pierwowzorem, ale nieco późniejszy, jankeski Long Tom, którego postanowiłem wsadzić na podwozie kolejowe (szybkostrzelność 40/h, czyli 1 pocisk na 1,5 minuty – myślę, że w realiach fantasy do zrobienia ;-)

Jeszcze raz dzięki!

Pozdrawiam!

Krzysztof

Opowiadaniom o krasnoludach i elfach niełatwo mnie kupić i przyznam szczerze, że początek wydał mi się raczej zniechęcający, szczególnie, że od razu widziałam czytelne odwołania do “Hobbita”. Ale że oni pociągiem? Strasznie to musi być wydumane…

Tymczasem im dalej w tekst, tym bardziej się wciągałam – może i trochę za łatwo im poszło, może historia od walki do walki, bez wnikania w jakieś głębsze motywy czy brońcie bogowie psychologię ;) Niemniej wątek steampunkowy jest bardzo ciekawy i wizja pociągu-potwora i sunącego po dawno nieużywanych torach do opuszczonego, krasnoludzkiego królestwa naprawdę do mnie przemówiła. A subtelnych, “hobbitowych” elementów jest akurat tyle, ile być powinno. Nie myślałam, że będę chwalić przygodówkę o krasnoludach w pociągu, ale właśnie tak jest ;)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Ciekawe, Mirabell, wygląda na to, że tag “krasnoludy” działa na większość potencjalnych czytelników dość odstraszająco – szczególnie na przedstawicielki płci nadobnej, które chyba z obawy przed lawiną przaśności i niewybrednych żartów, umykają w popłochu :-) Tym bardziej cieszę się, że udało mi się temat nieco odczarować dla chociaż części z nich.

Dzięki, że wpadłaś i nie uznałaś poświęconego tu czasu za zmarnowany! 

Pozdrawiam!

Krzysztof

Uniwersum mnie wciągnęło. Niby wiele w rpg takich kombinacji steampunka z fantasy, ale tutejsze zostało bardzo ładnie opisane, z ciekawymi zmieszaniem technologii i magii.

Sama fabułą zaś nie porywa, typowa przygoda ze zwrotami akcji. Zdrada Iszmaela trochę taka na siłę. Walki opisane z należytą starannością. Sam język opisów przypadł mi do gustów. Moim zdaniem niepotrzebnie kapitan przeklinał te parę razy po niemiecku – burzyło to moją immersję w opowieść. Jedna pozostałe “zniemczenia” krasnoludów, jak nazwy czy imiona nie przeszkadzały w ogóle. Ot, ciekawostka.

Podsumowując: bardzo ciekawie wykreowany świat przedstawiony w zaledwie dobrej opowieści.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za wizytę, NoWhereMan!

Pozdrawiam!

Krzysztof

Bardzo przyjemna lektura :) Ten pancerny pociąg – wizja pierwsza klasa. Bohaterowie sympatyczni, akcja wartka – no, może poza początkiem, do którego mam takie same uwagi, jak przedpiśćcy, za gładko to idzie. Potem są porządne kłopoty i robi się naprawdę ciekawie.

Do pełni satysfakcji brakuje mi jednak jakiegoś dopełniającego wątku, czegoś w relacjach między bohaterami, może jakiejś głębi – nie przesadnej, bo to jednak lekka, przygodowa konwencja jest, ale trochę gęstego by się przydało.

Dziękuje, Werweno – nieco pogłębiłem temat w kontynuacji (jest dosłownie głębiej, gęściej i bardziej lepko ;-) Zapraszam serdecznie: Wybraniec kości

Pozdrawiam!

 

Krzysztof

Zajrzę wkrótce :)

Ciekawa historia i dobre wykonanie, czegóż chcieć więcej? ;) Pancerny pociąg to mega-kozacki pomysł. ;D Krasnoludy, smok i elfy w nowej odsłonie moim zdaniem wypadają dobrze i nie rozumiem skąd takie uprzedzenia wśród komentujących – zwłaszcza, że jesteśmy na portalu fantastycznym.

Jeśli miałbym się czegoś czepiać, to powiedziałbym – jak już chyba wspomniało parę osób – że trochę za gładko to wszystko poszło. Skoro krasnoludy posiadały broń zdolną zdjąć jednym strzałem smoka, to dlaczego nie posłali tam porządnego wojska, które raz dwa rozprawiłoby się z gadem i zabrało więcej skarbów? No ale Gwiezdne Wojny i Indiana Jones miały o wiele więcej dziur logicznych, a i tak zawsze świetnie się przy nich bawię – tak jak przy Donnerwetterze. ;) Pozdrawiam! 

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Dzięki Elanarze, zwłaszcza za porównanie do tak cenionych przeze mnie tytułów :-) Cieszę się, że ktoś czytając mój tekst bawi się równie dobrze, jak ja go pisząc. A co do broni na smoka, to zauważ, że Długi Hans wcale nie dał mu rady :D Dzięki jeszcze raz i również pozdrawiam!

Krzysztof

Ze smutkiem muszę przyznać, że to opowiadanie nie pozwoli mi ukończyć Drogi Samuraja, bo go po prostu nie przeczytałem i nie przeczytam. Próbowałem kilka razy, ale są rzeczy, które bardzo skutecznie mnie odpychają od tego tekstu. 

Po pierwsze temat krasnoludów w steampunkowym ujęciu nie jest czymś, co lubię. Z komentarzy wnioskuję, że jest to czysto rozrywkowa historia. No okej, ale srebrne piórko, szóstki, jednomyślność Loży… Chciałem dać szansę.

Więc po drugie początek. W drugim zdaniu niepoprawny szyk, potem zła interpunkcja, chaotyczny zapis dialogów, powtórzenia. Nie wiem, może trzeba by się wgryźć i przymknąć na to oko. Ale tekst długi, więc czy jest sens się męczyć? 

I po trzecie postawa Autora. Krzysztofie, nie widzisz, że plebiscytowa konkurencja przeczytała i skomentowała Twój tekst? Czemu nie odwdzięczysz im się tym samym? 

To tyle, może te uwagi na coś Ci się przydadzą. Pozdrawiam. 

Fun­the­sys­tem, tak czy inaczej, doceniam to, że tu wpadłeś. Wybacz mi jednak, że przez natłok pracy i innych obowiązków nie skorzystam z drogi Bushido i pozostanę cichym ninja… Pozdrawiam!

Krzysztof

Bardzo przyjemna przygoda. Podobało mi się połączenie steampunku z elementami klasycznego fantasy. Udało Ci się sprawdzić, że czytelnik naprawdę kibicuje postaciom w ich misji.

W tekście zdarzają się niepotrzebne przecinki. Na moje oko trochę za dużo też wtrąceń.

Dzięki, Zygfrydzie, w wolnej chwili spróbuję jeszcze tekst podszlifować :-)

Pozdrawiam!

Krzysztof

Bardzo solidnie napisany tekst, więc pomimo długiego metrażu przeczytałem z zainteresowaniem. Podobały mi się steampunkowe elementy oraz dynamiczne sceny akcji. Jak dla mnie temat wyprawy po smoczy skarb trochę zbyt klasyczny, ale to już kwestia gustu.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Interesująca koncepcja świata. Bardzo podobał mi się początek, który zatrzymał mnie na dłuższą chwilę, przy tekście. Muszę się zgodzić Elanarem, że pociąg wyszedł super i mnie nie raziły w oczy wplecione postacie typowo fantastyczne. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

No, nadrobiłem. Klimat pociągowych krasnoludów, runicznych torów itp. bardzo przyjemny. A jeszcze jakby to opatrzyć ilustracjami, to wyglądałoby miodzio.

Natomiast fabularnie… Rozumiem, że to lekka przygodówka, ale dla mnie jednak za mocno tkwi w schemacie. Czekałem na jakieś nieoczekiwane wydarzenie, jakąś zwrotnicę, żeby opowiadanie nie pędziło po torach jeszcze prostszych niż Donnerwetter, ale nie bardzo się doczekałem. No, poza zdradą Ishmaela, która była fajnym akcentem, bo akurat zdążyłem już o jego śmierci zapomnieć (co dla efektu zaskoczenia działa najlepiej) – tylko  że czekałem na to 70 tys. znaków, trochę dużo.

 

W kwestii interpunkcji – faktycznie jest sporo błędów, zwłaszcza nadprogramowych przecinków, ale sporej ich liczby pomoże Ci unikać ten przykład:

Każdy z prących ku wzgórzu żołnierzy, zostawiał za sobą kilka przeciwczołgowych min…

To jest przecinek pomiędzy podmiotem a orzeczeniem, nieważne, że podmiot jest długi. Nie postawiłbyś przecież przecinka w zdaniu “Żołnierz zostawiał za sobą…”. Więc jeśli tego “żołnierza” trochę rozbudujesz (w ramach jednego zdania składowego), to nadal przecinka nie potrzebujesz. “Każdy z żołnierzy zostawiał…” >>> “Każdy z radosnych żołnierzy zostawiał…” >>> “Każdy z prących ku wzgórzu żołnierzy zostawiał za sobą kilka przeciwczołgowych min…”. A co tam, przecinka nie byłoby nawet w wyrażeniu: “Każdy z radosnych żołnierzy armii Nabuchodonozora Pierwszego prących ku usłanemu stokrotkami w rozkwicie wzgórzu w towarzystwie płaczących niewiast w fioletowych kapeluszach o szerokich rondach i haftowanych wykończeniach z dzwoneczkami zostawiał za sobą kilka przeciwczołgowych min”.

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Morgiano, SzyszkowyDziadku, Diriadzie, wybaczcie proszę odpowiedź nie dość, że spóźnioną to jeszcze zbiorczą! Na głowie tyle, a czasu wciąż zbyt mało – na własny pogrzeb też bym pewnie nie zdążył ;-)

Bardzo dziękuję za miłe odwiedziny i komentarze :-)Przyznaję, historia ta miała być lekką, niezobowiązującą lekturą. Owszem, nie przeczę, że może nieszczególnie oryginalną – zależało mi właśnie na opowiedzeniu znanej wszystkim historii w nieco innej wersji (stąd lekka “szydera” z mojego ukochanego “Hobbita”).

Diriadzie, szczególne podziękowania dla Ciebie – po zaimkozie, przecinkoza jest moim wielkim wrogiem, być może dzięki Twoim uwagom uda mi się z nią sobie nieco lepiej radzić :-)

 

Pozdrawiam serdecznie, choć późno i zbiorczo!

Krzysztof

Do połowy przynudzało, później zrobiło się ciekawie, choć sztampowo. 

sesi19, dzięki za wizytę!

Pozdrawiam!

Krzysztof

Nowa Fantastyka