- Opowiadanie: FoloinStephanus - Szczur na patyku, serce w papierku

Szczur na patyku, serce w papierku

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Szczur na patyku, serce w papierku

Z obrazu wiszącego na pochyłej ścianie zaczęła się wylewać woda. Namalowane słońce, dryfujące nad korytem rzeki, zaszło nagle i zaraz na granatowym niebie pojawił się bladziutki rogalik. Idzie na nów, pomyślała Gusia – śliczna, piwnooka córeczka mamusi i tatusia. Wychuchana, wymuskana.

Z nocnego stolika mała wzięła zielony kubeczek. Napełniła go świeżą wodą, upiła kilka łyków, po czym zlazła szybciutko z przemoczonego łóżeczka i podreptała do pokoju rodziców. Pożółkła trawa łaskotała jej bose nóżki, tak że przy każdym kroku Gusia śmiała się do rozpuku. W końcu, po przejściu łąki, znalazła się w ogromnym pokoju, którego ściany, podłogę i sufit tatuś wyłożył milionami mięciutkich obłoczków poruszających się na wietrze.

Dziewczynka postawiła stópkę na maleńkiej, siwej chmurce, czekającej tylko na okazję by odlecieć.

– No fruń! – nakazała piskliwym głosikiem, wciskając nóżką pedał gazu. Wtedy szara poduszeczka poszybowała w dół. Ciepły wiatr rozwiał płowe włosy dziecka, szepcąc do ucha mongolskie bajki. Gusia rozpoznała w nim głos mamusi.

– Nic nie rozumiem! – krzyknęła mała, osłaniając oczy przed jaskrawością bieli. Była już blisko celu, gdy chmury rozstąpiły się. Biel ustąpiła czerni, a przed oczętami Gusi ukazały się mroczne, krwawe obrazy: owce bez głów, rozszarpane wilki i niedźwiedzie, zalane czerwienią drogi, na których leżały martwe zające.

– To okropne! – Dziewczynka zakryła oczy. – Mamuniu! Tatuniu! Ja nie chcę!

Siwy obłoczek zatrzymał się na skraju ciemnego, gęstego lasu, z którego ciągnął zimny wiatr. Gusia odsłoniła oczy i zapłakana spojrzała na źródło lodowatego powiewu. Pomiędzy drzewami dojrzała przerażające, niebieskie tęczówki, przedzielone czarnymi kreskami. Ciszę zakłócił głośny pomruk wyłaniającego się z ciemności szarego smoczyska… Ptaki zgonił z gałęzi straszliwy pisk dziewczynki.

 

Piętnaście lat później

– Alfredzie, daj już spokój i tak to będzie widać. Lepiej załóż pasek od spodni – oschle stwierdziła kobieta, widząc jak mąż poprawia bez ustanku krawat.

– Dobrze Ilusiu. – Mężczyzna westchnął zrezygnowany, lecz mimo rozkazu żony nie wziął paska. Zdjął kuty ręcznie krawat i rzucił na fotel. Ten zaś jęknął żałośnie, zapadając się pod ciężarem męskiej ozdoby.

– Każe na siebie czekać – stwierdziła Ilusia, patrząc na skołowany czasem zegarek z pijaną kukułką. – Oby się nie rozmyślił. A jeśli to nie ona, Alfredzie? – Ilusia uniosła brwi. Mąż spojrzał na żonę, unosząc kącik ust.

– Ona, ona. Nie martw się, na pewno to ona…

Wybiła dwunasta i pijany ptaszek wychylił główkę zza tarczy zegara czknął, beknął przeciągle, po czym schował łebek. Wtedy to rozległo się ciche stuk-puk w okienku bliżej dachu. Ilusia bez słowa podeszła do drabiny wspięła się na pięćdziesiąty stopień i otworzyła skrzydło wielkości pomarańczy.

– Zapraszam – rzekła beznamiętnie do gościa.

Człowieczek wielkości kubka do kawy zlazł z drabiny, tuż za panią domu. Na dole rozejrzał się ceremonialnie i mlasnął z niesmakiem. Inaczej sobie wyobrażał rodzinny dom panienki. Ten wyglądał na smutny, napuchnięty od żałoby lub czegoś gorszego. Jego właściciele też jacyś tacy wielcy wydali się przybyszowi.

– Napije się pan czegoś? – spytała pani domu, patrząc z powagą na niziutkiego mężczyznę w czerwonym fraku, szablą u pasa.

– Nie, dziękuję – odmówił z wyższością karzełek. – Panienka nie lubi czekać. Teraz kiedy już państwa znalazłem, nie możemy czekać. Nie czekać. Nie czekać. Idziemy! – Wyrzucił z siebie z prędkością karabinu, po czym spojrzał spod byka na mężczyznę. Alfred uniósł brew i spytał rzeczowym tonem, nie zwracając uwagi na nerwowość gościa:

– Jeśli można wiedzieć, jak się pan nazywa?

– Ignacy Lepusiński – odpowiedział z godnością przybysz, nie siląc się na ukłon.

– Tak, a więc w drogę – rzekł Alfred, kątem oka próbując wypatrzeć w rudej czuprynie gościa długich uszu.

 

* * *

– Niech pani się ucieszy, to pani zmaleje! Inaczej się pani nie zmieści w samochodzie! Niech się cieszy. Cieszy! Cie-szy! – stękał Ignacy, próbując wcisnąć Ilusię w maleńki nakręcany resorak.

– Panie Lupusiński polećmy chmurką, tak będzie lepiej – zaproponował Alfred, patrząc na człowieczka z góry. Ten zaś wyprostował się, napiął mięśnie i wysyczał przez zęby:

– Lepusiński! Czy ja niewyraźnie mówię?! – Karzełek obejrzał się przez ramię, sprawdzając czy pomylone nazwisko nie sprowadziło Złego. Na szczęście, w ciemnych krzaczorach otaczających dom nie wypatrzył niczego. Westchnął z ulgą.

– Przepraszam najmocniej. Weźmiemy pana i pański samochód. Jeśli to nie problem – odparł pokorniej Alfred, bo choć Ignacy nie grzeszył wzrostem, to wydał się mu groźny. Zwłaszcza, gdy karzełek odruchowo pogładził rękojeść batorówki.

 

* * *

– To jak to się wszystko zaczęło? Dlaczego państwo opuścili panienkę? – spytał Ignacy w połowie drogi, z niepokojem spoglądając w dół. Ziemia wyglądała na taką maleńką, mniejszą od niego. W pewnym momencie przerażony dostrzegł w dole czarną wieżę. Jedną ręką chwycił się kobiecej garsonki, drugą zaś przytrzymał mocniej samochód.

Gdy byli tuż nad zbiornikiem z wodą, gorące powietrze oplotło ich i zassało ku dołowi. Im bliżej dachu byli, tym cieplej się robiło. Wiatr zmiótł Ignacego z chmurki i już, już karzełek ulatywał w bulgoczący wir, gdy w ostatniej chwili złapała go za nogi Ilusia. Po chwili Alfred, zachowując zimną krew, gładko wyprowadził obłoczek z zawirowań.

– Można puścić, proszę pani. Można puścić. Puścić! – Ilusia odstawiła Ignacego na chmurkę. Kobieta powstrzymała się od uwag i gdy minęli Wieżę Ciśnień, podjęła przerwany wątek.

– Nie opuściliśmy jej. Po prostu zniknęła. Dziwne nam się wydało, że Gusia od smutku maleje. – Westchnęła. – Zabraliśmy ją do lekarza, ale nie mógł nic poradzić. Nie było na to żadnych lekarstw, żadnej rady. Po prostu… Pewnego dnia zniknęła. Szukaliśmy jej wszędzie. W domu, w ścianach i na zewnątrz. W ziemi, w drzewach. Przeszukaliśmy firanki, ściany. Nic.

– Ja sądzę, że naszą córkę porwano – rzekł ze smutkiem Alfred.

– Och, doprawdy? A może sama chciała odejść? – oburzył się Ignacy, poprawiając frak.

 

* * *

Na czele wojska, złożonego z różnorakich zwierząt obleczonych w zbroje, stała Gusia. Długie, płowe włosy zaplecione w warkocz obsiadły motyle, gotowe w każdej chwili zaatakować przeciwnika stalowymi skrzydełkami. Przy prawym boku panienki stał Cyn – ogromne, szare smoczysko otoczone przez żeliwne szerszenie. Z nozdrzy gada buchała szmaragdowa para, a spod języka wydobywał się zielony ogień. Cyn spoglądał co rusz na Gusię, czekając aż ta da sygnał do walki.

Dziewczyna zerkała na lewo, w miejsce, w którym powinien stać uzbrojony w batorówkę Ignaś. Od trzech dni jej mały towarzysz był w podróży – szukał sojuszników. Obiecał, że wróci przed jej urodzinami, ale nic nie zapowiadało, żeby dotrzymał słowa. Urodziny miała jutro, a było już późno. Byleby mu się nic złego nie stało… Potrząsnęła głową. Na pewno jest cały i zdrów, powtórzyła w myślach i skupiła się na wypatrywaniu wroga, a ten już nadchodził.

Z naprzeciwka, z lasu pokrytego śniegiem, powoli zaczęły się wyłaniać postaci na białych koniach, wysokie, szczupłe, pozbawione oczu, nosów i ust. Ich tytanowe włosy ciągnęły się do ziemi, zakrywając bladosine ciała. Jako broń służyły im seledynowe konie, które zamiast zębów miały noże i igły, a zamiast kopyt piły.

– Naprzód! – krzyknęła Gusia. W jednej chwili motyle i szerszenie poderwały się do lotu. Srebrzysta chmara rozcinała końskie cielska, nie mogąc jednak wyrządzić szkody jeźdźcom.

Gusia zawołała ponownie:

– Za mną! – Wtedy zwierzęce wojsko naparło na białe pomioty.

 

* * *

Siedzieli przy ogniskach zajadając pieczone szczury.

– To już trzeci atak w tym miesiącu panienko. Kuźnie nie nadążają z produkcją motylków, szerszeni. – Cyn położył smoczy łeb na kolanach Gusi, ta zaś szmatką zmyła z niego brunatną krew Białych. – Wielu z nas zginęło. I zginie. Jest nas coraz mniej. A ich coraz więcej. Panienko, czy damy radę?

– Cynie, nie wiem ile jeszcze ich jest, ale to jest nasz świat, nie możemy go tak po prostu oddać. Wszyscy to wiedzą – odparła stanowczo, by ukrócić niepotrzebne wątpliwości. Cyn był silny, wierny i nigdy by nie zwątpił, ale i on miał czasem chwile słabości. Zwłaszcza po walce, gdy zmęczony zasiadał z nią przy ognisku.

Oboje spojrzeli w czerń nieba. Niewielka biała plamka w mgnieniu oka rozpłukała się, odcinając bladość od mroku. Niedaleko nich, u stóp rozbeczanej, owczej góry rozbrzmiał kwartet smyczkowy złożony z gałązek topoli. Wietrzne kołysanki rozniosły się po całej dolinie. Gusia jednym ruchem ręki kazała zamilknąć owcom i wsłuchawszy się w muzykę wygrywaną przez kwartet, zapłakała. Smok, widząc srebrzyste krople spadające na drobne dłonie panienki, posmutniał.

– Jesteś już dużą dziewczynką… – powiedział Cyn, nieroztropnie unosząc głos. Na dźwięk potężnego basu owce zaczęły ryczeć ze strachu, a góra zachwiała się w posadach. Przerażone zwierzęta rozpierzchły się na wszystkie strony, pozostawiając za sobą stertę kłaczków.

– Co masz na myśli? – spytała, wiedząc jednak, co chciał powiedzieć. – Nie opuszczę was.

– Wiem Gusiu – zawstydził się smok. Spojrzał w piwne oczy panienki. Mógłby dla niej zrobić wszystko, pójść za nią wszędzie. Kochał ją, ale tak bardziej niż brat siostrę, bardziej niż poddany królową. Bardziej niż szeregowy żołnierz dowódcę.

– Gusiu, czy gdybym był człowiekiem…? – spytał, a jego szare policzki przybrały odcień funkii.

– Cynie – szepnęła. – Odnalazłeś mnie w ciemnym lesie, jak byłam mała. Zawsze przy mnie byłeś. Pokazałeś mi jak walczyć, jak chronić bezbronnych. Nauczyłeś mnie wszystkiego. Nie liczy się dla mnie twój wygląd, tylko twoje serce. Kocham cię Cynie.

Pocałowała go w zabliźnione oko i czule ujęła jego łapę. Smok uśmiechnął się i szepnął bardziej do siebie, choć Gusia go dobrze słyszała:

– Moje serce będzie zawsze przy tobie.

 

* * *

– Och, jak tu ciemno – jęknęła Ilusia i nagle zmieniła temat: – Czy nas pozna, Alfredzie?

– Jak państwo w końcu nabiorą ludzkich rozmiarów, to chociaż nie będzie musiała zadzierać głowy. Zmniejszyć się. Zmniejszyć! – zirytował się Ignacy. – Ile można się smucić? No ile? Ile?

Cała trójka zeskoczyła z chmurki na wyłożoną kocimi łbami ścieżkę. Różnokolorowe główki miauknęły żałośnie i w zemście za zdeptanie wąsów, zaczęły przygryzać buty przybyłych. Ignacy spojrzał na zegarek.

– Niech się państwo odsuną. – Wskazał na szarą trawę obok drogi i ponaglił ich. – Na pobocze. Pobocze! – W ciemniejszym końcu lasu zaiskrzyły tysiące perełek, diamencików. Po chwili ścieżkę zalał potok srebrzystych rybek, wesoło wskakujących do kocich pyszczków. Gdy rybki zrównały się z trójką przybyszy, Ignacy oznajmił:

– Tam kocie łby się kończą. – Wskazał miejsce, w którym rybki zawracały. – I zaczyna polna droga. Pójdziemy nią do pałacu. Do pałacu. Pałacu! – krzyknął i ruszył na przód.

Szli krótko. Pod koniec ścieżka zaczęła się wznosić. Coraz wyżej i wyżej. Wiła się wśród koron drzew szepcących mongolskie bajki. Ilusia słysząc słowa, którymi sama kiedyś układała do snu córkę rozpłakała się prawdziwymi, matczynymi łzami.

 

* * *

Ogromny pałac świecił pustkami. Nie było w nim żadnych mebli, nawet łóżka. Jedynie naprzeciw wejścia, na ścianie wisiał obraz, z którego wypływał wodospad. Ilusia i Alfred od razu go rozpoznali. Taki sam wisiał w pokoju ich córeczki. Podeszli do niego i nabrali w dłonie odrobinę przejrzystej wody, reszta znikała w czarnej jak noc podłodze.

– Niech się państwo napiją, skoro są spragnieni. No niech piją. Piją! – powiedział Ignacy zdziwiony ich zachowaniem. – Obrazu nie widzieli. Phi! Nie widzieli!

– Gdzie nasza córunia? Chcemy ją zobaczyć, jak najszybciej – poprosiła, wręcz nakazała Ilusia, gdy tylko upiła łyk lodowatej cieczy.

 

* * *

– Odprowadzę do zagród wojska, panienko. – Cyn wstał mimo ogromnego zmęczenia. Zagarnął w szare łapska resztki stalowych motylków, zarzucił na plecy włosy wroga zaplecione w warkocze i odszedł w stronę przerzedzonych pułków.

Gusia patrzyła, jak Cyn uginający się pod zdobyczą, z zadowolenia macha ogonem. Gdy zniknął jej z oczu, bez pośpiechu podążyła do pałacu. Smacznie śpiące kocie łebki przebudziły się na chwilę. Ciepłe języczki i czarne wąsiki łaskotały bose stopy dziewczyny. Szczęśliwa po wygranej bitwie, roześmiana, zakochana stanęła w prawie pustej komnacie. Nic nie powinno w niej być, nic. Żadnych mebli, jedynie obraz, który miał przypominać jej rodziców, lecz tym razem w komnacie stało troje ludzi. Ignaś i dwoje dorosłych.

– Panienko. – Niziutki mężczyzna ukłonił się do ziemi.

– Ignasiu! – Gusia uśmiechnęła się na widok towarzysza, lecz zaraz spytała marszcząc czoło: – Kto to jest?

– Panienko, poszedłem szukać kogoś, kto odpędzi Białych. – Jak nigdy Ignaś mówił powoli, bez krzyków. – Kogoś kto ma ogromną władzę nad nimi. I znalazłem. W starych księgach wyczytałem, że tylko dwie osoby mogą to zrobić i to bez przemocy, bez rozlewu krwi. To twoi rodzice panienko. Rodzice!

– Rodzice? – Gusia popatrzyła wielkimi oczami na dorosłych. Nie widziała ich od piętnastu lat, nie rozpoznawała ich, choć oczy kobiety wydały jej się znajome.

– Agnieszko – szepnęła tkliwie kobieta, wyciągając ręce w stronę córki. Gusia skrzywiła się na dźwięk pełnego imienia. Wręcz z obrzydzeniem przyjęła uściski, głaskania i całusy. Gdy w końcu dorośli dali spokój z czułościami, Gusia spytała z nadzieją:

– Naprawdę jesteście w stanie powstrzymać Białą Armię? Już nikt nie zginie?

– Tak, jesteśmy w stanie…

W oddali rozległ się dźwięk słoniowych trąb. Gusia już chciała wyciągnąć miecz i popędzić z powrotem na pole bitwy, lecz Ignaś ją powstrzymał:

– Niech panienka zostanie! Niech porozmawia z rodzicami o zawieszeniu broni!

Maleńki człowieczek wyjął zza pasa batorówkę i popędził ku wyjściu. W jednej chwili zniknął Gusi z oczu, ta zaś nie marnowała czasu.

– Proszę, powstrzymajcie ich. Błagam! – Już chciała klękać przed nimi, ale Ilusia ją powstrzymała.

– Głupia – syknął cicho mąż.

– Dobrze, ale jest jeden warunek. – Kobieta nagle spoważniała. Wyprostowała się i ściągnęła usta w grymasie wyższości.

– Wrócisz z nami – oświadczył Alfred głosem nie znoszącym sprzeciwu. – Do domu. Bez żadnych cyrków. Inaczej będziesz musiała…

Gusia chciała zaprotestować, gdy do komnaty wbiegł Ignacy. Cały zakrwawiony, pełny żalu, przez co dużo wyższy, padł na kolana przed dziewczyną.

– Ignasiu, co się stało?! – Gusia przyklękła przed nim.

– Panienko, Cyn… – wyciągnął ku niej ręce. Na dłoniach podał jej zawiniątko. Dziewczyna wzięła je od niego i otworzyła.

– Nie! – komnatę wypełnił przeraźliwy krzyk.

W zielonozgniły papierek zapakowano szare, smocze serce. Jeszcze biło – maleńkie szczęśliwe serduszko. Łzy pociekły po policzkach Gusi, gdy naraz Ignaś padł martwy, a w drzwiach stanął biały jeździec z naprężonym łukiem w rękach. Prosto w Gusię wycelowana była druga strzała.

 

Dwa lata później

 

– Mamo idę do sklepu! – zawołała.

– Kup kilo kartofli!

– Dobrze!

Trzasnęły drzwi i dziewczyna wyszła z domu. Wolnym krokiem przeszła przez park, kierując się do dyskontu obok dworca.

Jutro były jej urodziny. Jakoś nie bardzo ją to cieszyło. Ostatnich nie pamiętała, przedostatnich też… W ogóle niewiele pamiętała, jakby czas nie istniał, a ona miała mimo wzrostu, mimo innego odbicia w lustrze cały czas pięć lat. Potrafiła czytać, pisać. Znała wiele rzeczy i książek. Może jej się tylko zdawało, ale znała też wiele miejsc, choć nie pamiętała by w którymś była. Całe jej życie to niepamięć.

– Przepraszam! Przepraszam! Panienko! – Usłyszała za sobą potężny, męski głos. Obróciła się by spojrzeć do kogo należy. Był to młody mężczyzna, może niewiele starszy od niej. Poprawił dłonią nie siwe, a szare włosy i spojrzał na nią zdrowym okiem. W ręku trzymał klatkę z zającem. Próbując złapać oddech, wysapał:

– Dzień dobry, chciałem…

– Och, cicho bądź Cynie. Cicho bądź! Cicho! Tak mną wytrząsłeś, że… – uskarżał się rudy futrzak.

 

 

 

Siostrze, która w spektakularny sposób dołączyła do Piotrusia Pana

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałam heart

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

O kurcze, ładnie napisane. Zanim się zorientowałem, już był epilog.

 

POZOR, SpOiLeRy!!!

Wiem, że limit dusi, ale po łebkach potraktowałeś Białych, nie dałeś nawet szansy Czytelnikowi domyślić się, czemu atakują i jakim sposobem rodzice Gusi mogli ich powstrzymać. Ponadto zmartwychwstanie Cyna w innej formie to dość słaby chwyt – myślę, że ciekawiej by było z niedopowiedzeniem lub, jeśli chciałeś przekazać krzepiacą myśl o miłości pokonującej śmierć – jakoś mniej dosłownie.

Ignaś wyszedł ci rewelacyjny, zakochany smok jak należy. Sama baśń przykuwa uwagę i to zakończenie tylko imo troszkę w ckliwosc poszło, jakkolwiek też pasuje do całości.

 

Nie wiem, czy mogę zapytać, ale nurtuje mnie ciekawość: jak twoja Siostra wskoczyła do Nibylandii?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

bemik – dziękuję :)

 

Rybo – kurde, naprawdę tak wyszło z tą miłością i “zmartwychwstaniem”? Normalnie mnie teraz zagiąłeś, nie spodziewałem się takiej interpretacji. A i dzięki, fajnie, że się spodobało :)

Moja siostra cytując klasyka “zeszła po sznurku”, jak niedawno Piotruś Pan…

 

Edek:

Rybo dzięki za bibliotekę :)

F.S

Ale z Siostrą wszystko dobrze, tak?

 

To moja interpretacja, a właściwie mojego rozpirzonego zmęczeniem i chorobą twarożku – znaczy poszedłem po linii najmniejszego oporu w odbiorze :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jak zmęczeni i choroba to rozumiem :)

Pamiętasz kto grał w Hooku Piotrusia? Jak sobie przypomnisz, to się nie przejmuj. Moja siostra od piętnastu lat chorowała.

F.S

Niestety, podejrzewałam takie właśnie wyjaśnienie, choć stawiałam na własny wybór, a nie na siłę wyższą. Przykro mi bardzo, Foloinie.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

O kufa. Przykro mi. Serio. Nie złapałem o jakiego Piotrusia Pana chodziło. Jestem dureń.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

 Dobra, zostawmy temat, bo normalnie depresyjnie się tu robi…

 

Edek:

W porządku Rybo.

F.S

Foloinie, jest absurdalnie, ale i baśniowo, a ponieważ w baśni wszystko jest możliwe, mam wrażenie, że wrodzona absurdowi absurdalność wypadła dość blado, ale to już nie mój problem, niech się tym martwi jury. Mnie opowiadanie podobało się, nic mi w nim nie przeszkadzało i czytałam z prawdziwą przyjemnością. ;-)

 

Le­piej ubierz pasek od spodni – oschle stwier­dzi­ła ko­bie­ta… – W co należy ubrać pasek?

Paska do spodni, tak jak żadnej inne części garderoby, nie ubiera się! Pasek można założyć.

 

pa­trząc z po­wa­gą na ni­ziut­kie­go męż­czy­znę w czer­wo­nym fraku i sza­blą u pasa. – …pa­trząc z po­wa­gą na ni­ziut­kie­go męż­czy­znę w czer­wo­nym fraku, z sza­blą u pasa.

 

za­czę­ły się wy­ła­niać po­sta­ci wy­so­kie, szczu­płe na bia­łych ko­niach, po­zba­wio­ne oczu, nosów i ust. – Czy tylko na białych koniach postaci były szczupłe? ;-)

Może: …za­czę­ły się wy­ła­niać po­sta­ci na białych koniach, wy­so­kie, szczu­płe, po­zba­wio­ne oczu, nosów i ust.

 

a jego szare po­licz­ki przy­bra­ły od­cień fun­kii. – Czy na pewno odcień funkii, czyli biały lub błękitnofioletowy? Czy może chodziło o fuksję, która ma kwiaty w odcieniach czerwieni i fioletu?

 

Je­dy­nie na­prze­ciw wej­ścia, tuż po ścia­ną wi­siał obraz… – Literówka.

Co to znaczy, że obraz wisiał tuż pod ścianą?

 

– Agniesz­ko – szep­nę­ła ckli­wie ko­bie­ta… – Podejrzewam, że miało być: – Agniesz­ko – szep­nę­ła tkli­wie ko­bie­ta

Sprawdź znaczenie słów ckliwytkliwy.

 

Był to młody męż­czy­zna, może nie wiele star­szy od niej.Był to młody męż­czy­zna, może niewiele star­szy od niej.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Baśń to bardzo zacna, jednak pokręcę nieco nosem, jeśli wolno. Bo malownicza absurdalność pasuje do świata Cyna, Ignacego i Białych Jeźdźców. Nie do rzeczywistości rodziców Gusi. Chyba, że to ten sam świat, a ja kompletnie tekstu nie zrozumiałem…

Podobnie jak Psychofiszowi, przeszkadzało mi nieco to, iż nie bardzo wiadomo kto, co i dlaczego. A limit aż tak mocno nie dusił, do dwudziestu tysięcy trochę Ci jednak zostało… Mimo to, czytało się bardzo przyjemnie.

Trafiały się nienajlepiej brzmiące powtórzenia:

wystraszone ptaki zgonił z gałęzi straszliwy pisk dziewczynki. 

ciemniejszym końcu lasu zaiskrzyły tysiące perełek, diamencików. Po chwili ciemną ścieżkę zalał potok…

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Reg – dziękuję pięknie za komentarz (zawsze bezcenny :) i bibliotekę (też bezcenną :). Tak przy okazji – chodziło o funkię :) Kłaniam się.

thargone – czasami bywa, to zależy jednak od interpretacji :) Dzięki wielkie za odwiedziny i komentarz.

 

 

 

F.S

Jak na moje oko, to brak jest w tekście sporej ilości przecinków, zwłaszcza przy wołaczach. 

Jak na mój gust z kolei, jest za dużo zdrobnień. Baśń by wcale nie utraciła uroku, gdyby ich tyle nie było. 

Bo jest za to w opowieści pewien czar, urok, który porywa. Obraz, z którego na posadzkę leje się woda, to mój ulubiony element wystroju tekstu :)  

Mimo wspomnianych zarzutów przeczytałam z przyjemnością. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przyznam szczerze, że gdyby nie dyżur bym nie przeczytał. Nie podoba mi się za bardzo ten absurdalny konkurs, nie lubię takich onirycznych tekstów. Ale muszę przyznać, że napisane bardzo dobrze, czytało się szybko i bez potknięć :)

śniąca – przejrzę przecinki, choć nie obiecuję, że coś wskóram w tej kwestii, one jakby mnie specjalnie unikały :) co do zdrobnień – jakoś tak mnie wzięło :) I bardzo serdecznie dziękuję za bibliotekę. Kłaniam się.

belhaj – bardzo się cieszę że Ci się dobrze czytało :) Dzięki za komentarz!

F.S

Tak przy okazji – chodziło o funkię :)

Jednak o funkię, powiadasz. Uroczo rumienił się smok. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jakoś tak różowy mi nie pasował do szarego :) A zawsze mogło być gorzej, jak w kabarecie “seledynowy w odcieniu brązu” :D

F.S

Istotnie. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Tak cholernie osobisty tekst, że aż strach ładować się z butami.

jego szare policzki przybrały odcień funkii.

Nie wiem, jak wygląda funkia, ale słownik podaje, że biała albo fioletowa. To jaki kolor przybrał smok? Zarumienił się czy zbladł?

Babska logika rządzi!

Smok rumienił się bardzo absurdalnie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Racja Reg, rumienił się absurdalnie :)

Finklo – owszem bardzo osobisty, ale nie znaczy, że niemogący poddać się krytyce. Po toż go tu wstawiłem :) Serdecznie dziękuję za bibliotekę. Kłaniam się.

F.S

Ktokolwiek dokliknąłl bibliotekę (niestety nie wyświetla mi się) – bardzo dziękuję.

Niestety, ponieważ nie liczyłem na biblioteczny sukces, nie dodałem notki i na głównej mnie nie ma ha, ha, ha :D (to jest śmiech przez jedną łzę, a właściwie kroplę śliny, którą plułem sobie w brodę).

Jeszcze raz dzięki!

F.S

Dziękuję :)

F.S

Przeczytałam.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dziękuję :)

F.S

Przeczytałem. Dzięki za ten osobisty tekst.

Dziękuję, bardzo proszę.

F.S

Przeczytałam z przyjemnością.

Bardzo się cieszę i dziękuję za komentarz.

F.S

Przeczytałam Twoje opowiadanie dwa razy i dalej mam wrażenie, że nie całkiem mi się poukładało w jedną historię (mimo że wiem, że ona tam jest, i mimo że potrafię sobie zbudować własną interpretację). Fajny jest obraz z lejącą się wodą i rośnięcie/kurczenie się pod wpływem emocji. I chcę wierzyć, że Gusia cieszy się z powrotu Cyna, i trafia w świat, w którym jest na swoim miejscu.

Przeczytałam bez przykrości. Absurd jest, ale tak jak u Zygfryda bardziej baśniowy niż faktycznie absurdalny. Historia przyjemnie napisana, lecz wydaje mi się, że trochę przewidywalna. 

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Drogie Panie, opowiadanie powstało pod wpływem chwili :) Baśniowość, jak i niepoukładanie pewnych kwestii od początku dyskwalifikowało je w tym konkursie, a mimo to wystawiłem je, dla własnej satysfakcji :) Cieszę się, że chociaż czytało się dobrze i że chociaż niektóre kwestie są do podobania się :) Obu Paniom się kłaniam i jeszcze raz dziękuję za przeczytanie.

F.S

A tak nadrabiam zaległości, to i tu wpadłem.

Nie czekać. Idziemy! – Wyrzucił z siebie z prędkością karabinu, po czym spojrzał spod byka na mężczyznę

Wyrzucił z małej wg mnie (ekhm, wiem, mówi się małą, ale to taki niejasny zwrot), lecz… no nie zaczynajmy może znów dyskusji o zapisie dialogów. :)

W każdym razie przez brak małej litery czyta się źle, bo owo wyrzucenie zdaje się nie dotyczyć dialogu – w pierwszej więc chwili musiałem się zastanowić czego. Natomiast jeśli uważasz, że z dużej… się nie czepiam.

Widziałem przynajmniej 6 błędów interpunkcyjnych (niektóre w sumie dyskusyjne), ale nie chciało mi się listować, wybacz :)

Bardzo obrazowo i pomysłowo, Foloinie. Z wyobraźnią niemal Ende’owską. Czytało się nieźle, a jednak mnie zabrakło nieco płynności (cięcia zawsze potęgują to wrażenie, ale to mój problem). Niektóre sformułowania nieco “zacinały” czytanie. Wypisywałem je, ale przypadkiem skasowałem :/ Na pewno męska ozdoba jako synonim krawata średnio mi leżała, widziałem też nadmiar zwrotów typu: tacy jacyś etc. Oczywiście można ich używać, ale przy zbyt dużym zagęszczeniu zdania stają się nieczytelne. A, jeszcze takie np.: zarzucił na plecy włosy wroga zaplecione w warkocze, za dużo tych słów opisu wg mnie, jeśli warkocz wroga, to po co jeszcze, że to włosy (a co miało być?).

Miałem też chwilami problem z nadążeniem za fabułą, może po prostu za trudno wychwycić powiązania między wydarzeniami (niechby i były absurdalne).

Niemniej całkiem zacny tekst. Wykonanie prawie dobre, za to za rzadką tu niezwykłość solidne 5.

Dzięki za odwiedziny i komentarz. Tekst powstał bardzo szybko – w ciągu jednego dnia, a później odleżał zaledwie cztery, więc niedociągnięcia, siłą rzeczy, muszą być. Zależało mi na wartkiej historii, bez zbędnych dupereli (choć nie zawsze mi się to udawało) i stąd cięcia tekstu, oraz brak wyjaśnień (np. kim byli Biali). 

Cieszę się, że się podobało.

Jeszcze raz dzięki!

F.S

Nowa Fantastyka