- Opowiadanie: c21h23no5.enazet - Dzieci maszyn

Dzieci maszyn

Zrezygnowałam z pierwszej koncepcji (czerpania z własnych lat szczenięcych) i napisałam coś typowo mojego. Jako człowiek uprawiający urbex i przyklaskujący marzeniu Lema o innej ludzkości, nie wyobrażam sobie fantastyczniejszego dzieciństwa. Czy jest tu pozytywne światło? Jak na mnie to cały ogrom.

Dziękuję bemik, belhajowi i Skonecznemu za betalekturę. Podziękowania także dla incognito96, bo betowała poprzedni tekst.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Dzieci maszyn

Je­dy­ne Dzie­ci jak co rano wspię­ły się na zie­lo­ne wzgó­rze ponad ru­ina­mi mia­sta. Dzię­ki za­chmu­rzo­ne­mu niebu nie do­skwie­rał im żar, a lekki wiatr przy­jem­nie orzeź­wiał. Pło­wo­wło­sy Aron wszedł na ba­rier­kę ta­ra­su wi­do­ko­we­go i za­marł, jak dra­pież­ny ptak nad te­ry­to­rium łow­ów. Prze­śli­zgu­jąc się wzro­kiem po po­pę­ka­nych uli­cach, za­gra­co­nych przez rdze­wie­ją­ce po­jaz­dy, usta­lał dzi­siej­szą trasę. To­wa­rzy­szą­ca mu czwór­ka przy­ja­ciół usia­dła w cie­niu spę­ka­ne­go, upstrzo­ne­go pta­si­mi od­cho­da­mi po­są­gu ol­brzy­mie­go an­dro­ida i zwie­si­ła głowy. Jak na razie je­dy­nym rów­nie jak Aron pod­eks­cy­to­wa­nym uczest­ni­kiem wy­pra­wy zda­wał się Orson, stary owcza­rek nie­miec­ki. Oparł przed­nie łapy o ba­lu­stra­dę i ra­do­snym szczek­nię­ciem przy­wi­tał widok opu­sto­sza­łe­go Rio de Ja­ne­iro.

– Idzie­my do fa­bry­ki – za­wy­ro­ko­wał chło­piec.

– Fa­bry­ki ma­szyn? – spy­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem Alek­sja, pa­trząc na przy­wód­cę spode łba. – Dan­dro­idy za­bro­ni­ły nam…

– Kogo ob­cho­dzi, co nam za­bro­ni­ły? Cio­tecz­ka Fudżi, ostat­ni spraw­ny dan­dro­id, od dzi­siej­sze­go po­ran­ka jest już tylko nie­ak­tyw­nym zło­mem. Mo­że­my robić, co nam się po­do­ba!

Lex za­łkał ża­ło­śnie. Mi­ran­da ukry­ła twarz w dło­niach i re­cy­to­wa­ła bajkę “Kró­lo­wa Botów”. Ro­bi­ła tak za­wsze, gdy się de­ner­wo­wa­ła.

 

Za gó­ra­mi, za la­sa­mi

leży mia­sto z ma­rzeń twych,

gdzie ma­szy­ny razem z ludź­mi

śnią te same, wiecz­ne sny.

 

Aron po­czuł znie­cier­pli­wie­nie, ale wie­dział, że le­piej dodać po­zo­sta­łym otu­chy, niż ganić za smu­tek. Był prze­ko­na­ny, że już nie­dłu­go wszy­scy po­czu­ją ten sam zew wol­no­ści, który roz­pie­rał mu pierś i udzie­lał się psu.

– Cio­cia nawet nic nie po­czu­ła! Do­brze wie­cie, że tryb au­to­de­struk­cji spala od razu głów­ne­go proc­ka. Teraz sami mu­si­my o sie­bie za­dbać. Może w fa­bry­ce nie było już ni­cze­go przy­dat­ne­go ro­bo­tom, ale kto po­wie­dział, że nie znaj­dzie­my tam cze­goś dla nas?

– Dobra, ale po dro­dze ad­op­tu­je­my! – upar­ła się Alek­sja. Wsta­ła i zwią­zała dłu­gie rude włosy w nie­dba­ły kok. Aron prze­wró­cił ocza­mi.

– Mamy tak licz­ną ro­dzi­nę, że mo­gli­by­śmy wy­ta­pe­to­wać nią wie­żo­wiec. Chodź­my!

Przy­gnę­bio­na grup­ka ru­szy­ła po­wo­li w stro­nę opusz­czo­ne­go mia­sta, w miarę zbli­ża­nia się do nisz­cze­ją­cych bu­dyn­ków przy­spie­sza­jąc kroku. Je­dy­ne Dzie­ci nie­ustan­nie wy­słu­chi­wa­ły za­le­ceń dan­dro­idów, by bawić się wśród drzew i na łą­kach, za­miast włó­czyć po gro­żą­cych za­wa­le­niem bu­dow­lach. One jed­nak z nie­zmien­nym upo­rem eks­plo­ro­wa­ły ruiny, naj­pierw w po­szu­ki­wa­niu za­ba­wek i ksią­żek, póź­niej złud­ne­go to­wa­rzy­stwa in­nych ludzi. Sztucz­na in­te­li­gen­cja ga­ni­ła je za nie­po­słu­szeń­stwo, lecz nie mogła zabić w pod­opiecz­nych tę­sk­no­ty za wła­sną cy­wi­li­za­cją.

Gdy dzie­cia­ki za­nu­rzy­ły się w mar­twą aglo­me­ra­cję, żaden z nich nie umiał po­wstrzy­mać uśmie­chu. Szcząt­ki Rio de Ja­ne­iro sta­no­wi­ły ich raj, a tego dnia po raz pierw­szy raj ów nie był ob­wa­ro­wa­ny za­ka­za­mi. Je­dy­ne Dzie­ci po­czu­ły się wresz­cie na­praw­dę same na świe­cie. Do­zna­nie to przy­pra­wia­ło o dreszcz stra­chu i pod­nie­ce­nia jed­no­cze­śnie. Prze­bie­gły przez dzie­siąt­ki do­sko­na­le zna­nych ulic, pło­sząc stada pta­ków, je­le­ni i gry­zo­ni, za któ­ry­mi jak szcze­niak uga­niał się Orson. W końcu tra­fi­ły do prze­my­sło­wej dziel­ni­cy mia­sta, gdzie rzad­ko dotąd by­wa­ły. Wiel­kie bloki miesz­kal­ne i dłu­gie fa­bry­ki cią­gnę­ły się aż do doków przy wschod­niej plaży. Mi­ran­dę i Alek­sję za­chwy­cił ko­śla­wy, szkla­ny dom wie­lo­ro­dzin­ny, sto­ją­cy przy ulicy peł­nej bia­łych, su­ro­wych bu­dyn­ków. Dzie­ci we­szły do środ­ka i za­czę­ły dzia­łać we­dług stan­dar­do­wej pro­ce­du­ry – Lex prze­trzą­sał kuch­nię, Blan­che bu­szo­wał w sa­lo­nie oraz przed­po­ko­ju, Mi­ran­da w ła­zien­ce, a Aron i Alek­sja prze­glą­da­li rze­czy w sy­pial­ni. Miesz­ka­nia po­sia­da­ły mnó­stwo ele­men­tów wy­ko­na­nych z ko­lo­ro­we­go szkła – ścian, bla­tów, półek, lamp, ozdób i urzą­dzeń. Dziew­czyn­ki po­dzi­wia­ły wszech­obec­ne re­flek­sy świa­tła, chłop­cy śmia­li się z krysz­ta­ło­wej to­a­le­ty. W apar­ta­men­tach nie było wiele zdjęć miesz­kań­ców – kasta ro­bot­ni­cza za­ra­bia­ła kro­cie, mu­sia­ła jed­nak kon­cen­tro­wać się na pracy, nie życiu ro­dzin­nym. Je­dy­ne Dzie­ci na­tra­fi­ły za to na stosy do­ku­men­tów: ze­zwo­leń, badań le­kar­skich, po­na­gleń od wie­rzy­cie­li, roz­pi­sek i in­struk­ta­ży. 

– Har­riet Chap­man. Czar­na. Z nad­wa­gą, ale nie­zła szpry­cha. Mam jedną fotkę. – Blan­che prze­glą­dał tecz­ki z biur­ka przy te­le­wi­zo­rze. – In­ży­nier che­mii.

– Do­sta­ła od­zna­cze­nie za wy­na­le­zie­nie płynu chłod­ni­cze­go do mo­de­lu CT – mruk­nę­ła Alek­sja, oglą­da­jąc za­ku­rzo­ne dy­plo­my na ko­mo­dzie przy łóżku. – Może spo­wol­nił­by eks­plo­ata­cję cio­tecz­ki? Że też Fudżi upar­cie nie po­zwa­la­ła nam… 

– To już nieważne – skwi­to­wał Aron, ze zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi prze­bie­ra­jąc ubra­nia w sza­fie. – Twa­rzo­we ciusz­ki! – Za­chi­cho­tał, ciskając w przy­ja­ciół­kę czer­wo­nym, sznu­ro­wa­nym gor­se­tem. Alek­sja od­sko­czy­ła, jakby pró­bo­wał obrzucić ją szla­mem.

– Ueeee, weź się! Ja na pewno nie biorę tej baby.

– Ja ją wezmę! – za­wo­ła­ła Mi­ran­da. – Blan­che, masz jej toż­sa­mo­ściów­kę?

– Ta.

Eks­plo­ra­to­rzy prze­trzą­snę­li wszyst­kie miesz­ka­nia w szkla­nym bu­dyn­ku, ad­op­tu­jąc czter­dzie­ści dwie osoby. Każdy po­szu­ki­wacz zna­lazł oby­wa­te­la kasty ro­bot­ni­czej, który wy­jąt­ko­wo przy­padł mu do gustu. Aron zgar­nął sze­ścio­let­nie bliź­niacz­ki, które uro­dzi­ły się zro­śnię­te pu­pa­mi. Gdy wy­szli na ulicę, Lex znowu pła­kał, tym razem ze śmie­chu, oglą­da­jąc bez końca zdję­cia sprzed ope­ra­cji małej Kate i Bra­dley. Blan­che ze skon­ster­no­wa­ną miną pa­trzył na fo­to­gra­fie przed­sta­wia­ją­ce my­ślo­pro­ce­so­ry. Urzą­dze­nia te od po­ło­wy XXI wieku wsz­cze­pia­no wszyst­kim no­wo­rod­kom, dzię­ki czemu stop­nio­wo włą­cza­no dzie­ci do glo­bal­nej sieci świa­ta ludzi i ma­szyn. Blan­che do­tknął swo­jej czasz­ki za lewym uchem, tam, gdzie po­win­no znaj­do­wać się urzą­dze­nie.

– Cie­ka­we, jakie to było uczu­cie, mieć płyt­kę w gło­wie i do­stęp do sieci, w któ­rej bu­szo­wa­ły żywe umy­sły razem z SI.

– Mnie to w ogóle nie cie­ka­wi – stwier­dzi­ła Mi­ran­da, krzy­wiąc z od­ra­zą krągłą twarz. – Po­myśl, miał­byś do­stęp do sztucz­nych umy­słów, a one do two­je­go. Aż mam gęsią skór­kę, zo­bacz! Wolę kon­takt ze zwie­rza­ka­mi, niż z ma­szy­na­mi. – Po­kle­pa­ła Or­so­na po gło­wie, a ten po­li­zał ją po wierz­chu dłoni.

Je­dy­ne Dzie­ci prze­trzą­snę­ły jesz­cze pięć apar­ta­men­tow­ców, nim do­tar­ły do mon­stru­al­nej fa­bry­ki An­dro­id Com­pa­ny. Sta­nę­ły przed roz­chy­lo­ny­mi drzwia­mi głów­nej hali, czu­jąc pod­nie­ce­nie i zde­ner­wo­wa­nie. Orson za­marł nie­pew­nie w progu i spo­glą­dał to do środ­ka, to na swo­ich to­wa­rzy­szy. Do­oko­ła sły­chać było tylko szum morza i wy­so­kie trele skry­te­go w nad­brzeż­nych krze­wach ptac­twa. Żaden z ostat­nich ludzi przez kilka minut nie po­tra­fił wy­po­wie­dzieć hasła. Ła­ma­nie za­ka­zów opie­ku­nów za­wsze wią­za­ło się z ra­do­snym się­ga­niem ku swo­bo­dzie i przy­go­dom. Tym razem dzie­cia­ki zda­wa­ły sobie spra­wę, że mogą od­kryć coś, co skom­pli­ku­je ich życie dużo bar­dziej, niż dez­ak­ty­wa­cja ostat­niej, ro­zum­nej isto­ty poza nimi. W końcu Aron prze­mógł się i po­stą­pił do przo­du.

– Jaka pięk­na ta­jem­ni­ca – orzekł. Słowa sta­no­wi­ły usta­lo­ny przez dzie­cia­ki szyfr: jeśli ta­jem­ni­ca miała być “pięk­na”, uni­ka­li wsty­dli­wych, trau­ma­tycz­nych zna­le­zisk. Je­że­li “strasz­na” – wła­śnie ta­kich szu­ka­li. Przy­wód­ca Je­dy­nych Dzie­ci chciał, żeby ten pierw­szy dzień wol­no­ści był wspa­nia­łą przy­go­dą. Sam za­mie­rzał wró­cić do fa­bry­ki w nocy i spraw­dzić te nie­przy­jem­ne se­kre­ty, przed któ­ry­mi pró­bo­wa­ły chro­nić ich dan­dro­idy.

Po­szu­ki­wa­cze przy­gód za­głę­bi­li się w po­grą­żo­ne w pół­mro­ku hale pro­duk­cyj­ne, la­bo­ra­to­ria i ma­ga­zy­ny. Pomiędzy wielkimi maszynami poczuli się mali i słabi. Nie­któ­re po­miesz­cze­nia no­si­ły na sobie zna­mio­na złu­pie­nia przez ich opiekunów. Dan­dro­idy pró­bo­wa­ły na­pra­wić swoje uszko­dze­nia po pierw­szej fali pro­mie­nio­wa­nia, zwią­za­nej z wy­bu­cha­mi na Słoń­cu. W więk­szo­ści hal znaj­do­wa­ły się stan­dar­do­we an­dro­idy i ani­ma­tro­ni­ki, ale w jed­nej eks­plo­ra­to­rzy na­tknę­li się na ro­bo­ty – dzie­ci. Małe, ko­lo­ro­we ma­szy­ny wy­ma­lo­wa­ne miały na nie­ak­tyw­nych twa­rzach prze­sad­nie roz­ra­do­wa­ne uśmie­chy. 

– Jak na to pa­trzę, cieszę się, że nie prze­trwa­ło żadne źró­dło ener­gii. – Alek­sja wę­dro­wa­ła opusz­ka­mi pal­ców po po­licz­kach i ustach jed­ne­go ze sztucz­nych ma­ło­la­tów. – Dan­dro­idy pre­zen­to­wa­ły się le­piej. Tym, któ­rzy je stwo­rzy­li, nie za­le­ża­ło na po­do­bień­stwie do ludzi.

– To praw­da. Wujek Levi wy­glą­dał do­kład­nie tak, jak wy­obra­żam sobie Mar­sjan. A Fudżi miała w sobie coś z ośmior­ni­cy. – Mi­ran­da spłasz­czy­ła pal­ca­mi nos i wy­dę­ła usta. Orson prze­krzy­wił głowę i za­skom­lał, zu­peł­nie jak wtedy, gdy ciot­ka wy­da­wa­ła mu po­le­ce­nia, któ­rych nie poj­mo­wał. Sala roz­brzmia­ła sal­wa­mi śmie­chu.

– Spró­buj­my do­wie­dzieć się wię­cej – wy­krztu­sił Lex, przy­glą­da­jąc się spi­so­wi po­miesz­czeń na ścia­nie. – Ar­chi­wum jest nie­da­le­ko.

Dzie­ci po­ki­wa­ły gło­wa­mi i ru­szy­ły we wska­za­nym kie­run­ku. Aron miał ocho­tę się sprze­ci­wić – nie wie­dział, na jakie ta­jem­ni­ce sta­rej fa­bry­ki mogą się na­tknąć. Stwier­dził jed­nak, że do­wie­dze­nie się jak naj­wię­cej o dan­dro­idach może pomóc przy­ja­cio­łom po­ra­dzić sobie ze stra­tą istot, które nie­udol­nie, lecz naj­le­piej, jak umia­ły, peł­ni­ły rolę ich ro­dzi­ców.

Ar­chi­wum po­dzie­lo­ne było na dwie czę­ści – da­nych prze­cho­wy­wa­nych na pa­pie­rze i tych upcha­nych w kom­pu­te­rach. Z wes­tchnie­nia­mi żalu mi­nę­li sze­re­gi bez­u­ży­tecz­nych sta­no­wisk przy pła­skich ekra­nach i prze­szli tam, gdzie półki z ka­ta­lo­ga­mi pię­trzy­ły się do su­fi­tu. Co kilka me­trów stały elek­tro­nicz­ne dra­bi­ny, z któ­rych nie byli w sta­nie sko­rzy­stać. 

– Znajdź­my od­po­wied­ni dział, a ja się we­sp­nę – za­ko­men­de­ro­wał Aron.

Roz­pierz­chli się po­mię­dzy re­ga­ła­mi. Po kilku mi­nu­tach za­wo­łał ich Blan­che, który zna­lazł ostat­nie spra­woz­da­nia z pro­duk­cji, da­to­wa­ne na rok dwa ty­sią­ce sto dwu­dzie­sty. Ka­ta­lo­gi znaj­do­wa­ły się ja­kieś pięć me­trów nad zie­mią. Blan­che po­kle­pał przy­wód­cę po ra­mie­niu.

– Zła­pię cię, jakby co.

– Ehe, tak jak ostat­nio? – za­kpił Aron.

– Ej, ostat­nio go­ni­ły nas dzi­kie psy, mu­sia­łem trzy­mać Or­so­na! Zła­pię, obie­cu­ję.

Chło­pak za­czął wspi­nać się po pół­kach, wy­obra­ża­jąc sobie, że to drze­wo, a na dole czeka mięk­ka trawa, nie twar­dy beton. Gdy się­gnął po czer­wo­ne se­gre­ga­to­ry i strą­cił je na dół, z pu­ste­go re­ga­łu ze­rwa­ło się stado nie­to­pe­rzy. Za­sko­czo­ny Aron pu­ścił me­ta­lo­wą kon­struk­cję i spadł.

A Blan­che go nie zła­pał.

 

Chło­pak ock­nął się na pul­pi­cie pod ścia­ną, z opa­trun­kiem na po­ty­li­cy. Czuł cuch­ną­cą maść Mi­ran­dy, co ozna­cza­ło, że nie roz­ciął skóry, nabił tylko so­lid­ne­go guza. Usły­szał śmie­chy i pod­nie­co­ne głosy przy­ja­ciół. Co od­kry­li jego to­wa­rzy­sze? Pod­niósł się do po­zy­cji sie­dzą­cej, ale na­tych­miast po­czuł za­wro­ty głowy. Zre­zy­gno­wa­ny opadł z po­wro­tem na blat. Orson trzy­mał łeb przy jego ra­mie­niu i przy­glą­dał mu się z tro­ską.

– Pro­fe­so­rze Aro­nie McGre­go­rze, pro­szę leżeć. Po­da­my panu in­for­ma­cje na tacy. – Alek­sja po­de­szła do przy­wód­cy z pod­kład­ką do no­to­wa­nia. Ukło­ni­ła się te­atral­nie i wy­cią­gnę­ła ku przy­ja­cie­lo­wi trzy­ma­ny przed­miot, na któ­rym le­ża­ła toż­sa­mo­ściów­ka i plik do­ku­men­tów.

– Co jest grane? – spy­tał zdez­o­rien­to­wa­ny chło­pak, bio­rąc od dziew­czy­ny pa­pie­ry. Spoj­rzał na do­ku­ment toż­sa­mo­ści i wy­char­czał coś nie­zro­zu­mia­łe­go ze ści­śnię­te­go gar­dła. Przy­ja­cie­le ryk­nę­li śmie­chem.

– Pan pro­fe­sor taki elo­kwent­ny! – za­chi­cho­ta­ła Mi­ran­da.

– Bio­neu­ro­log ze zwie­chą mózgu… – Lex po raz trze­ci tego dnia zalał się łzami.

Przy­wód­ca Je­dy­nych Dzie­ci wpa­try­wał się w zdję­cie pro­fe­so­ra bio­neu­ro­lo­gii, za­trud­nio­ne­go w An­dro­id Com­pa­ny ponad sto lat temu.

– Czy to mój oj­ciec?

– Nie, stary. To ty! – Alek­sja dźgnę­ła pal­cem po­zo­sta­łe pa­pie­ry. – Aron McGre­gor, Alek­sja Kin­dle, Lex Hoł­kow i Mi­ran­da Tong to twór­cy dan­dro­idów. Zo­sta­wi­li­śmy swoje roz­pać­ka­ne DNA i eks­pe­ry­men­tal­ną ma­szy­nę do klo­no­wa­nia, gdyby nas za­bra­kło, a ro­bo­ty miały awa­rię.

Aron nie był pewny, czy oszo­ło­mie­nie to wynik upad­ku, czy do­star­czo­nych re­we­la­cji. Usiadł ostroż­nie i przej­rzał pa­pie­ry.

– Wie­dzie­li­śmy o Klo­ne­xie – mruk­nął. – Tej roz­kle­ko­ta­nej ma­szy­nie, z któ­re­j Fudżi i Levi nas wy­cią­gnę­li, po czym się roz­pa­dła. Zu­ży­li na jej włą­cze­nie dro­go­cen­ną reszt­kę ener­gii. Ale mó­wi­li…

– Że długo szu­ka­li no­śni­ków DNA – do­koń­czył Lex. – Kłam­stwo, były tutaj przez cały czas. Przez ponad sto lat ma­szy­ny nie chcia­ły nas od­two­rzyć, mimo że nisz­czy­ło je Słoń­ce. Zro­bi­ły to do­pie­ro, gdy było już za późno. Nie zdą­ży­li­śmy do­ro­snąć, żeby je na­pra­wić.

– Blan­che’a nie ma w eki­pie kon­struk­tor­skiej – za­uwa­żył Aron.

– Ano nie. Na­zy­wa się Blan­che Pevox. Elek­tryk – ge­niusz.

– Ra­czej kre­tyn, który znowu mnie nie zła­pał – mruk­nął przy­wód­ca. – Gdzie on jest?

– Grze­bie w roz­dziel­ni przy głów­nej ha…

Prze­cią­gły zgrzyt i łomot za­trzę­sły fa­bry­ką. Orson stu­lił uszy, ale po­stą­pił przed eks­plo­ra­to­rów i po­słał w prze­strzeń ostrze­gaw­cze war­cze­nie. Stu­let­nie lampy nad gło­wa­mi Je­dy­nych Dzie­ci mi­go­ta­ły przez kilka chwil, po czym ja­snym świa­tłem za­pło­nę­ła po­ło­wa z nich. Ekra­ny kom­pu­te­rów zro­bi­ły się nie­bie­skie. Gdy szok zwią­za­ny z pierw­szym kon­tak­tem z elek­trycz­no­ścią minął i udało się uspo­ko­ić psa, Lex obej­rzał kilka naj­bliż­szych urzą­dzeń.

– Nie ma dys­ków. Te pudła są bez­u­ży­tecz­ne.

Cze­ka­jąc, aż do­łą­czy do nich Blan­che, spo­glą­da­li z nie­do­wie­rza­niem na sztucz­ne świa­tło ża­ró­wek. Przy­szły elek­tryk wró­cił do ar­chi­wum ze spraw­nym ani­ma­tro­ni­kiem. Upior­ny za­ją­czek bez prze­rwy krę­cił głową i ska­kał jak sza­lo­ny, wzbi­ja­jąc się nie­mal ponad ich głowy. Orson kła­pał szczę­ka­mi za każ­dym razem, gdy robot wy­ska­ki­wał w górę.

– Zna­la­złem za­pa­so­wy obieg ener­gii – oznaj­mił Blan­che. – Był spryt­nie scho­wa­ny, ale dałem radę. Chyba sam go ukry­łem. Zając po­trze­bu­je tylko kil­ku­se­kun­do­we­go ła­do­wa­nia na naj­niż­szym na­pię­ciu, więc po­my­śla­łem, że…

– Wy­łącz go, głup­ku! – syk­nę­ła Mi­ran­da. – Lep­szy żywy zając, niż to coś. To ob­ra­ża zwie­rzę­ta.

Blan­che z cięż­kim wes­tchnie­niem unie­ru­cho­mił ani­ma­tro­ni­ka. Aron spoj­rzał na stosy papierów, po­roz­kła­da­nych na naj­bliż­szych pul­pi­tach. Jego ekipa naj­wy­raź­niej bu­szo­wa­ła tutaj przez kilka go­dzin, nim od­zy­skał świa­do­mość. Skrzy­wił się na myśl o tym, co mogła zna­leźć. To miał być dobry dzień…

– Po­wi­nie­nem zmie­nić hasło, zanim za­py­tam, ja­ki­mi jesz­cze kłam­stwa­mi kar­mi­ły nas dan­dro­idy?

– Nie­ko­niecz­nie – od­par­ła Alek­sja. – Nie znaj­dzie­my tutaj po­wo­dów, dla któ­rych ma­szy­ny olały nas na sto lat. Za to spi­sa­li­śmy wszyst­kie swoje in­ten­cje, do­ty­czą­ce ich stwo­rze­nia. I moż­li­wych kon­se­kwen­cji pod­pię­cia ich do sieci.

– Chyba lu­dzie skoń­czy­li rów­nie bez­bo­le­śnie, jak cio­tecz­ka – stwier­dzi­ła ostroż­nie Mi­ran­da. – To nie była za­ra­za, o któ­rej na­po­my­ka­ły dan­dro­idy. Ra­czej… wiel­kie zwar­cie.

– Po­każ­cie mi to! 

Aron aż do póź­ne­go po­po­łu­dnia stu­dio­wał zbio­ry ar­chi­wum fa­bry­ki. Do­wie­dział się, że dan­dro­idy miały być nowym ro­dza­jem SI, ob­da­rzo­nym “duszą”, czyli sztucz­ną mo­ral­no­ścią i współ­od­czu­wa­niem. Wy­so­ka in­te­li­gen­cja nie była prio­ry­te­tem pro­jek­tu, co tłu­ma­czy­ło czę­ścio­wą nie­po­rad­ność cio­tecz­ki Fudżi i po­zo­sta­łych opie­ku­nów Je­dy­nych Dzie­ci. Lex jako główny pro­gra­mi­sta wy­na­lazł kod ak­ty­wa­cyj­ny, Aron i Mi­ran­da, spe­cja­li­ści od ludz­kie­go mózgu, wraz ze swoimi pomocnikami opracowali sche­mat, a in­ży­nier Alek­sja sprawowała pieczę nad urze­czy­wist­nieniem go przez zespół konstruktorów. W do­ku­men­tach bra­ko­wa­ło pla­nów, we­dług któ­rych udało się stwo­rzyć dan­dro­idy. Po­dob­nie rzecz miała się z bu­do­wą my­ślo­pro­ce­so­ra i spo­so­bem utwo­rze­nia wspól­nej sieci ludzkich umysłów i SI. Je­dy­ne Dzie­ci zna­la­zły za to wła­sne ostrze­że­nia, że ist­nie­je jedna mi­lio­no­wa pro­cen­ta szan­sy, iż pod­pię­cie no­wych ma­szyn do sys­te­mu spo­wo­du­je glo­bal­ne zwar­cie. Powód podał Lex. Przy­znał w pa­pie­rach, że oszukiwał, two­rząc sztuczną duszę. Spró­bo­wał za­ko­do­wać ludz­kie spo­so­by za­cho­wa­nia za po­mo­cą zwy­kłej me­to­dy zero je­dyn­ko­wej: praw­da – fałsz. Upro­ścił w ten spo­sób ludz­ką psy­chi­kę i spro­wa­dził świat do czar­no-bia­łych barw. Kod nad­spo­dzie­wa­nie bez­błęd­nie dzia­łał, ale ist­nia­ło zni­ko­me praw­do­po­do­bień­stwo, że skom­pli­ko­wa­ny, ludz­ki umysł od­rzu­ci kon­takt z tak pro­stą duszą. Nikt z na­ukow­ców nie wziął na po­waż­nie jed­nej mi­lio­no­wej pro­cen­ta, su­ge­ru­ją­cej nie­bez­pie­czeń­stwo awa­rii sys­te­mu i spa­le­nia no­śni­ków da­nych – my­ślo­pro­ce­so­rów, które miał w gło­wie każdy czło­wiek na Ziemi.

Aron za­mknął grubą książ­kę “Dan­dro­id – an­dro­id z duszą”, opi­su­ją­cą na­dzie­je, zwią­za­ne z nową tech­no­lo­gią, które sam po czę­ści spi­sał. Było to dla niego nie­zwy­kłe do­zna­nie: wła­sne słowa, umiesz­czo­ne na nie­zli­czo­nych stro­nach, zda­wa­ły się jed­no­cze­śnie zna­jo­me i od­le­głe, zro­zu­mia­łe i zu­peł­nie nie­przy­stęp­ne.

– Jako do­ro­śli by­li­śmy po­twor­ny­mi nu­dzia­rza­mi – stwier­dził, zie­wa­jąc.

– I ma­rzy­cie­la­mi – do­da­ła Alek­sja, oglą­da­jąc al­bu­my, w któ­rych wy­cię­to wiele zdjęć, ma­ją­cych uka­zy­wać po­szcze­gól­ne ele­men­ty dan­dro­idów. – Nasze fan­ta­zje wy­bi­ły ludzi.

– Moje czi­to­wa­nie ich wy­bi­ło – mruk­nął Lex, który bar­dzo prze­ży­wał całą sy­tu­ację.

– Daj spo­kój, stary. – Przy­wód­ca skrzy­wił się, roz­glą­da­jąc po sali. – Płyt­ki w gło­wach, dusze w ma­szy­nach… To nie nasza wina, że pa­trzy­li­śmy w tę samą stro­nę, co wszy­scy. Chcie­li­śmy się złą­czyć z ma­szy­na­mi, a od­ciąć od na­tu­ry. Idio­tyzm.

– Jak my­śli­cie, kto to zro­bił? – Alek­sja unio­sła jeden z al­bu­mów, pre­zen­tu­jąc po­cię­te kart­ki.

– Ma­szy­ny – mruk­nął Blan­che, który od go­dzi­ny cho­dził w tę i z po­wro­tem wzdłuż półek, my­śląc in­ten­syw­nie. – Mam dwie teo­rie na temat tego, dla­cze­go dan­dro­idy zwle­ka­ły ze sklo­no­wa­niem nas. Albo stwierdziły, że to my jesteśmy zbędni, albo, że one. Sta­wiam na to drugie. Sami po­my­śl­cie. Nie­mal wszyst­kie dan­dro­idy się zużyły, zanim od­two­rzy­ły czło­wie­ka. Gdy to wresz­cie uczy­ni­ły, od razu spa­li­ły Klo­nex: sztucz­nego twór­cę. Nie za­przę­gły nas od razu do ro­bo­ty – na­pra­wia­nia ich – tylko po­zwa­la­ły na za­ba­wę i naukę tego, co chce­my. Pcha­ły ku kon­tak­to­wi z na­tu­rą, ga­ni­ły za ślę­cze­nie w Rio. Przed śmier­cią wszyst­kie zde­cy­do­wa­ły się na au­to­de­struk­cję, nisz­cząc dyski i we­wnętrz­ną in­sta­la­cję. Do­ku­men­ty na temat ich skon­stru­owa­nia są wy­bra­ko­wa­ne, w kom­pu­te­rach bra­ku­je no­śni­ków da­nych. Sądzę, że dan­dro­idy uzna­ły sie­bie za gówniany po­mysł. Sie­bie i wszyst­ko, co pro­du­ko­wał An­dro­id Com­pa­ny.

– Od­da­ły nam pla­ne­tę – szep­nął Lex. – Niezłe jaja. Je­ste­śmy roz­piesz­czo­ny­mi dzieć­mi ma­szyn – sa­mo­bój­ców.

– No. Roboty znisz­czy­ły wła­sną rasę i od­cię­ły od prądu im po­dob­ne – dodał Blan­che. – Źró­dło ener­gii, do któ­re­go pod­łą­czo­ny jest głów­ny obieg, zo­sta­ło po­dziu­ra­wio­ne i opróż­nio­ne.

– Lex – mruk­nę­ła Alek­sja po dłu­giej chwi­li ciszy. – Jeśli to praw­da, stwo­rzy­łeś praw­dzi­wy kod na duszę. Serio. Dan­dro­idy były… dobre.

Je­dy­ne Dzie­ci pa­trzy­ły po sobie roz­sze­rzo­ny­mi źre­ni­ca­mi. Ta­kiej przy­go­dy nawet Aron się nie spo­dzie­wał. Mi­ran­da ob­ję­ła swoją twarz dłoń­mi i znów wy­re­cy­to­wa­ła frag­ment bajki.

 

Ja – ma­szy­na – cie­bie ko­cham

a czy ty mnie umi­łu­jesz?

myślę, czuję, choć nie szlo­cham

nie płacz – ja cię ura­tu­ję

 

Eks­plo­ra­to­rzy usły­sze­li zbli­ża­ją­ce się kroki w ko­ry­ta­rzu i od­gło­sy obi­ja­nia o ścia­ny. Po­pa­trzy­li zdez­o­rien­to­wa­ni na Blan­che’a.

– Ach, tak. Sam się włą­czył, jest na stałe pod­pię­ty do gniazd­ka z prą­dem. I okrop­nie iry­tu­ją­cy.

Do ar­chi­wum wszedł wy­so­ki an­dro­id. Z da­le­ka widać było, że ma gład­kie, ide­al­ne rysy twa­rzy o bez­myśl­nym wy­ra­zie. Ubra­ny w cu­kier­ko­wo ró­żo­wy pod­ko­szu­lek z na­pi­sem BEST FRIEND wy­cią­gał przed sie­bie ręce, jakby szu­kał kogoś do przy­tu­le­nia.

– W czym mogę pomóc? Ko­cham cię! W czym mogę pomóc? Ko­cham cię! W czym mogę… – po­wta­rzał zgrzy­tli­wym gło­sem, obi­ja­jąc się o pul­pi­ty. Cią­gnął za sobą prze­wód, który co jakiś czas się blokował, a an­dro­id drep­tał ko­micz­nie w miej­scu.

– Upior­ne – stwier­dzi­ła Mi­ran­da. – Ten stwór w ni­czym nie przy­po­mi­na na­szych dan­dro­idów. Jest jawnym prześmiewstwem z nas samych.

Lex pod­szedł do ro­bo­ta, który za­kli­no­wał się mię­dzy biur­ka­mi i obej­rzał panel na jego ple­cach.

– Ktoś uszko­dził moduł za­cho­wa­nia i ko­mu­ni­ka­cji – stwier­dził. – To bez­myśl­ny, ze­psu­ty au­to­mat. – Spoj­rzał z kon­ster­na­cją na przy­ja­ciół. – Po co nam były te wszyst­kie ma­szy­ny? Czemu chcie­li­śmy się ko­mu­ni­ko­wać z ka­wał­kiem złomu, kiedy mo­gli­śmy roz­ma­wiać ze sobą?

– Ka­ście ro­bot­ni­ków nie wolno było za wiele gadać. – Mi­ran­da po­ma­cha­ła toż­sa­mo­ściów­ką Har­riet Chap­man.

– A ar­ty­ści to niby mogli? – rzu­cił z prze­ką­sem Aron. – Albo rzą­dzą­cy? Wszy­scy mieli cią­gle pra­co­wać. Nawet dzie­ciom nie pozwalano żyć tak, jak nam. Od czwar­te­go roku życia sie­dzia­ły od rana do wie­czo­ra w szko­le.

– Może ba­li­śmy się sa­mych sie­bie? – spytała Aleksja. – Fudżi ma­wia­ła prze­cież, że je­ste­śmy nie­prze­wi­dy­wal­ni jak nasza matka – na­tu­ra.

– Olej­my to. – Przy­szły pro­gra­mi­sta wy­glą­dał, jakby wy­czer­pał się jego zasób cier­pli­wo­ści dla fa­na­be­rii wła­snej rasy. Pod­biegł do pudła czystych ar­ku­szy pa­pie­ru, po czym po­ło­żył przed Aro­nem pusty no­tat­nik i dłu­go­pis. Jego oczy błysz­cza­ły w pół­mro­ku. – Je­ste­śmy wolni. Za­czy­na­my czło­wie­ka od nowa. Nasz roz­dział hi­sto­rii. Jak go na­zwie­my?

Aron zmarsz­czył brwi i długą chwi­lę wpa­try­wał się w szcze­bio­czą­ce­go bez­myśl­nie an­dro­ida i ob­szcze­ku­ją­ce­go go Or­so­na. Nagle chło­pak ro­ze­śmiał się i kla­snął w dło­nie.

– Niech bę­dzie po myśli cio­tecz­ki Fudżi i resz­ty dan­dro­idów. Zro­bi­my czło­wie­ka na od­wrót. Jego przod­ka­mi zostaną ma­szy­ny. Wyj­dzie z tech­no­lo­gii, cze­goś pry­mi­tyw­ne­go, ku mądrej na­tu­rze. 

Je­dy­ne Dzie­ci uśmiech­nę­ły się i okrą­ży­ły przy­wód­cę. Ten się­gnął po przy­rzą­dy  do pi­sa­nia i na­kre­ślił na pierw­szej stro­nie ze­szy­tu: Dzie­ci ma­szyn.

Koniec

Komentarze

Zawsze, gdy sięgam po tekst enazet, mam mieszane uczucia. No bo nigdy nie wiadomo, w co człowiek wpadanie. Tym razem okazało się, że dobrze wpadłam. 

Jak zawsze zaskakujący pomysł.

Jak zawsze odpowiedni klimat.

Jak zawsze dobre wykonanie.

Jak zawsze coś, o czym warto opowiedzieć innym.

Tym razem nawet SF bardzo mi nie przeszkadzało. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Borze iglasty, zrobię sobie screena tego komentarza i powieszę na ścianie :) (Czy ja już tego kiedyś nie pisałam, też pod twoim komentarzem?) Dziękuję!

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Podpinam się pod słowa bemik i również polecam :)

Hej, Ty naprawdę potrafisz zrobić to optymistycznie, Nazi! ;D

Bardzo mi się podobało – zarazem pomysł, jak i realizacja na wysokim poziomie, na dodatek tym razem nie przefilozofowałaś ;P

Wizja jest zarazem straszna i krzepiąca, pięknie przywołałaś też ducha Asimova – roboty postąpiły zgodnie z zerowym prawem robotyki ;)

Zastanawia mnie tylko ten pies… Skąd on i po co? Chciałaś oddać hołd któremuś z Orsonów?

Jak na to patrzę, nie żałuję, że nie przetrwało żadne źródło energii.

Tak koncypuję, czy tu nie lepsze byłoby wtrącenie – “cieszę się”, dzięki czemu nie dublowałoby Ci się “nie”.

 

To co, teraz w ramach relaksu “jakaś straszna tajemnica”? ;)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Dziękuję, belhaju :)

 

CountPrimagen, czemu po tonie twoich wypowiedzi mam wrażenie, że się znamy? ;> 

Dziękuję pięknie za lekturę, opinię i podpowiedź. Zmieniłam dublowanie na cieszę się. Pies był właściwie dodany na koniec. Włóczęgi z psem kojarzą mi się z dzieciństwem i uprawiam je do dziś. Poza tym, Orson miał być żywym rodzajem opiekuna, poza dandroidami, które przecież robiły, co mogły, byleby dzieci miały więcej kontaktu z naturą, niż technologią. Występował też jako kontrast np. do bezmyślnego zająca.

Żadnych tajemnic! :P Dodałam w tym miesiącu trzy opowiadania, mam dość. 

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Oczywiście, że się znamy, droga Naz – jestem Twoim aniołem stróżem ;D

 

Zaiste, trzy… Chyba nawet się skuszę, choć przyznam, że “ciężar gatunkowy” jakim cechują się Twoje dzieła, dotychczas skutecznie mnie zniechęcał – u zarania wiosny zrobiłem się taki… leniwy mentalnie ;P

Rzeczywiście – pies daje dobry kontrast dla robotów, czego wcześniej nie zauważyłem, zapewne przez fakt, iż jest to wątek mocno poboczny… Niemniej, ma to sens ;)

 

Uch, niechaj więc tajemnice poczekają! Trzymaj się.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Tym razem przeczytałam bez najmniejszej przykrości. Bardzo zacny pomysł i takież wykonanie sprawiły, że lektura okazała się przyjemnością. ;-)

 

mruk­nął Blan­che, który od go­dzi­ny cho­dził w te i z po­wro­tem wzdłuż półek… – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ta wiekopomna chwila nadeszła… Reg się podobało. Dziękuję!

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Nadal się podoba. Jutro też będzie mi się podobać. I jest to wyłącznie Twoja zasługa. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Serce rośnie, gdy widzę, taką życzliwość między mymi drogimi sojuszniczkami :D

Dobrze, że Ci się podoba Reg, bo to opowiadanko zasługuje, by się podobać <3

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Przestań tu kampić i się podlizywać :P

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Pomysł istotnie dobry – prototypowa maszyna do klonowania na wszelki wypadek, gdyby coś nie wyszło :-)

Nie zachwyciło jednak, zapewne dlatego, że koncepcja nie bardzo przystaje do krótkiej formy opowiadania. Dzieci wychowane przez maszyny, sto lat po zagładzie ludzi… Tak późno, bo androidy dbały zapewne o to, by młodzi nie potykali się co rusz o mumie i szkielety… Bezinteresowne dobro automatów i nieuchronne zagubienie dzieci – tych ostatnich/pierwszych w nowym świecie…

To wymaga rozpisania na szerszą gamę dźwięków, niż Twoje dwadzieścia tysięcy znaków. Za dużo w Twoim tekście worldbuildingu, za mało emocji. Dlatego tekst wyszedł udany, ale jakiś bardzo płaski. Wyzuty z należnych mu uczuć.

Sorry, ale Twoja poprzeczka wisi bardzo wysoko!

 

Bardziej krytykować się nie odważę, bo ani chybi podróżujący w czasie, owadziopodobny kosmita skróci mnie o głowę… 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Uf, brak krytycznego sądu zaburzał równowagę. Dzięki, thargone. Naprawdę, mam jakąś poprzeczkę, i to wysoko? Cóż, trzeba być elastycznym… ;) A tak serio, zapamiętam uwagę o potrzebie rozpisania i deficycie emocjonalnym. Fajnie, że mnie odwiedziłeś.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Mnie też się spodobało. Tym razem nie masz przerostu filozofii, koncepcja ciekawa. Zaskoczyło mnie, że nie można było znaleźć żadnego źródła energii, ale w końcu stało to się jasne.

Babska logika rządzi!

Melduję, że przeczytałam :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No cóż, bywa że nie podzielam entuzjazmu. Tak stało się tym razem. Pomysł ciekawy i podnosi ocenę opowiadania. Ale uważam, że nie wykorzystałaś jego potencjału. Limit znaków jest spory, żeby rozwinąć historię, przygodę, dodać trochę plastycznych scen eksploracji terenu, pokazać przyjaźń łączącą dzieciaki, więź emocjonalną – przecież mają tylko siebie. A tu, niestety, zarysowałaś pewną wizję i tyle. Jakby nie ma żadnej przygody ani emocji.

No i styl, Naz, jakby nie Twój – taki jednowymiarowy. Przykład:

 

Dzięki zachmurzonemu niebu nie doskwierał im żar, a lekki wiatr przyjemnie orzeźwiał. – Wiem o tym, że umiesz pisać ładniejsze zdania. To jest… hmm… jakby jednowymiarowe. Nie robi żadnego wrażenia.

 

 Wybacz za surową opinię, ale to mój filtr, tak odbieram tekst. Obym był odosobnionym przypadkiem. No cóż, tym razem opowiadanie nie zachwyciło.

Pozdro. B.

 

 

Ja również przyłączam się do zadowolonych z lektury. Ale nie mogę się nie zgodzić z Thargonem, że chciałoby się więcej i dłużej. Ale to chyba dobrze? ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Finklo, dzięki za lekturę i punkt :) Cieszę się, że tym razem nie nawydziwiałam.

Blackburn, ciężko się rozpisywać, mając tak dużo obowiązków i jednocześnie pomysłów ;< Rozumiem twoje obiekcje, bo poszłam w minimalizm z premedytacją. Zawsze jestem zadowolona ze szczerych opinii, nie ma czego wybaczać ;)

Morgiano, serce się raduje, że tekst nie zmęczył i przypadł do gustu.

śniąca, meldunek przyjęty ;) 

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Podoba mi się idea i podoba mi się klimat, jednak na kolana nie zostałam rzucona. Cały czas zastanawiałam się nad wiarygodnością zachowania dzieci – nie wiemy, ile mają lat, ale jakoś nie kupuję ich opanowania, braku strachu, generalnego cynizmu. Zostali sami w piątkę, bez opieki i uważają to tylko za ekscytujące? Nie martwią się o pożywienie? Czym byli karmieni przez te wszystkie lata? Jeśli nie ma elektryczności, ktoś musiał coś uprawiać czy hodować, wiedzieć jak to zrobić, jak to wykorzystać, a teraz nie został już nikt, tylko oni. Nie potrzebują schronienia na noc? O dzikich psach wspominają ze śmiechem… Bez trudu czytają i pojmują rozprawy naukowe, bez zdumienia przyjmują wieści o swojej tożsamości. Ponadto nie wiem, czym dokładnie są dandroidy, ale wątpię, by potrafiły wychować dzieci w naszym, ludzkim rozumieniu tego słowa… i tak dalej.

Także generalnie lekturę uważam za udaną, ale cały czas z tyłu głowy siedziały mi te wszystkie wątpliwości, które nie pozwoliły mi przyjąć opowiadania na serio. Wizja ciekawa, ale jako szkic i zarys poważnej historii, do dopracowania i uwiarygodnienia, moim zdaniem.

 

Technicznie bez zarzutu (zwróciłam uwagę na cały jeden zbędny przecinek).

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

joseheim, dziękuję za lekturę i opinię. Wątpliwości wynikają z braku rozbudowania tekstu – wydaje mi się, że dałabym radę to wszystko wyjaśnić. Pewne rzeczy zostają w domyśle – dandroidy były dość ludzkie, a do tego miały swoją “misję”. Opuszczone miasto zawierało masę informacji. Te dwie sprawy razem mogą pozwolić na wiele – od obdarzenia doskonałą znajomością sposobów upraw i pozyskiwania pożywienia po technikalia z ludzkiego świata. Ale wiadomo, każda odpowiedź (lub tylko jej próba) prowadzi do kolejnych niewiadomych i szeregu nowych wątpliwości, więc zostawmy to tak, jak jest ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Ciekawy pomysł :)

<kaszle>

<kaszle>

<chrząka>

Który mamy rok?! Miałem to opowiadanie skomentować, chyba wczoraj napisałem, że je skomentuję. Załóżmy, że to było wczoraj…

 

Ciekawie wykreowany świat, obrazowe opustoszałe Rio (dobry i oryginalny wybór lokacji). Koncepcja ostatnich ludzi na Ziemi (albo prawdopodobnie ostatnich) też z potencjałem, ale mój zmysł eksperta podpowiada mi, że jeden z betujących czytał to jakoś na ostatnią chwilę, powinien on zwrócić uwagę na przykład na taką rzecz:

Cioteczka Fudżi, ostatni sprawny dandroid, od dzisiejszego poranka jest już tylko nieaktywnym złomem.

Czyli, że postacią zdarza się w mówić oczywiste dla reszty rzeczy.

Albo na taką, że 

istnieje jedna milionowa procenta szansy

na ABSOLUTNIE WSZYSTKO, na przykład na eksplozję Twojej, autorko, głowy podczas czytania tego komentarza. Sądzę, że żadne pomiary nie wykazywałyby takich wartości, a każdy zdrowy na umyśle naukowiec olałby taką informację przy swojej pracy, nawet gdyby była prawdziwa.

Wspominanie o jakiejkolwiek w ogóle sztucznej duszy, jest dla mnie tak śliskim i grząskim tematem, że tylko zaznaczę, że tak jest, nic więcej nie napiszę.

Dziwi mnie też, że dzieci postrzegają oryginalnych posiadaczy swoich kodów DNA jako siebie samych. Myślę, że to raczej bodźce zewnętrzne (wychowanie, środowisko, problemy) kształtują daną osobę, sama biologia ma z tożsamością raczej niewiele wspólnego.

Wszyscy mieli ciągle pracować.

W cywilizacji, która doszła do bezpośredniego połączenia umysłów, wydaje mi się to zupełnie nieprawdopodobne.  Postrzeganie świata zmieniłoby się na tyle, że takie reguły zostałyby błyskawicznie odrzucone.

Kolejna rzecz, o jakiej pisałem w becie (”i nie było mnie słychać, więc powtórzę jeszcze raz” ;) czyli kwestia w ogóle osobowości dzieci. Uważam, że wychowanie bez mediów, kontaktu z całym społeczeństwem i nie przez członków tej samej rasy, a przez androidy (jakkolwiek ludzkie), nie owocowałoby zachowywaniem się Dzieci podobnym do zachowań… dzieci. :D Kolejna rzecz: Dzieci śmieją się z dosyć trywialnych spraw, są widocznie “dziecięce”(za to plus), a jednocześnie składają bardzo złożone zdania i rozmawiają na poważne tematy, co mi się gryzie. Przemodelowałaś pewną rzecz, która sprawiała, że wiarygodność tego tekstu była bardzo niska (chwała Ci za to :D ), ale z powyższych powodów nadal jakoś tego wszystkiego nie widzę.

Znaczy widzę, ale nie do końca kupuję.

Taki ze mnie zgorzknialec, że dużo lepiej idzie mi rozpisywanie się na temat tego, co mi zgrzyta w tekście, ale to nie jest tak, że całość mi się nie podobała, wręcz przeciwnie, ładne, przyjemne, pomysłowe. Ale też nie było tu czegoś takiego, co by mnie chwyciło za gardło (aka. urzekło) i sprawiło, że zapamiętam ten tekst na dłużej. No i te zgrzyty…  Może dałbym cztery, ale znając inne poczynania autorki, nie mogę, potencjał pomysłu niewykorzystany, moim skromnym (i kurewsko leniwym) zdaniem. Więc wystawiam trzy na sześć możliwych elektronicznych zajęcy. :D

No nieźle.

Skoneczny, twoje upierdliwe czepianie się naprawdę zwiastuje ci karierę redaktorską :P Tyle, że z powodu lenistwa nim nie zostaniesz. Fallstart absolutny.

A ze mną jest tak, że jak mam fajny pomysł na opowiadanie, to jak najszybciej chcę go zamknąć w ramach, bo kupa innych rzeczy do pisania ;< I co któreś tam z kolei opko ma np. niewykorzystany potencjał lub naciągnięte gdzieniegdzie realia. Ale wydawało mi się, że tutaj jest w miarę logicznie, bo te dzieci miały nieustanny kontakt z wytworami ludzkimi, zgromadzoną wiedzą i podpowiedziami dandroidów. No i to mali geniusze. Dlaczego przy połączeniu umysłów z jakąś hipersiecią nie byłoby nieustannej pracy? Może praca zlałaby się w pewien sposób z rozrywką, tak że każda zabawa byłaby produktywna?

No z trójką to przesadziłeś. Nawet grafomanom tyle nie daję przy tekstach, gdzie jest błąd na błędzie!

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

No dałbym 4/7 albo 3/5, ale że skala jest 6 punktowa, to zaokrągliłem w dół, może niesłusznie. W takim razie odklikuję i niech powyższa ściana tekstu będzie jedyną oceną ;)

No nieźle.

Jakby tekst był mniej pompatyczny, niewątpliwie byłby ciekawszy.

Pozdrówka.

Roger, nie mam zamiaru się kłócić – moje wykształcenie, które jest także zamiłowaniem, stylem myślenia i co tylko, zawsze robi w tekście swoje. Pompatyczność jest bardzo dobrym tego określeniem.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

A o co się tu kłócić… Każdy pisze tak, jak lubi, a każdy czytelnik ocenia tekst według swojego gustu.

Dodam jeszcze, że ta bombastyczna nuta narracji mnie raziła, jednak innym może ona odpowiadać. Przy okazji – opowiadanie jest co nieco przegadane. 

Pozdrówka.

To też od początku weszło mi w źrenice. Potem lekko przestało.

A teraz uważam, że jest spoko i bamboko.

Przeczytane.

Dziękuję za rady, Roger. :) shadook, miło, że wpadłeś i wyraziłeś opinię.

Podejrzewam, że to ty, zygfrydzie, podbiłeś do Biblioteki, dziękuję.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Łał. No mnie się bardzo. Nie będę się rozpisywać jak i dlaczego, bo ja niestety z tych, co błędów się czepiają, ale jak coś się podoba, to się podoba i już!

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Bardzo ciekawy pomysł, bardzo ładnie przedstawiony. I nie ma przytłaczającej filozofii ;) (droczę się, mam nadzieję, że wybaczysz).

Budujesz w jednym, wcale nie tak długim tekście cały świat. I znów mam wrażenie że cos się nie zgadza, rozmija. Podrzucasz elementy, których bliżej nie wyjaśniasz i nad którymi się głowię „o co w tym chodzi?”. Przykładem są adopcje. Słowo jest mi znane, ale w podanym kontekście nie do końca łapię na czym tu polegają i po co są. To taki drobny minusik.

Ze strony formalnej – dzieciństwo jest, fantastyka jest, zbędnych traum brak, czyli jest wszystko jak być powinno. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Fleur, cała przyjemność po mojej stronie.

Śniąca, to wielka ulga, że nic cię nie przygniotło. Kwestia adopcji – złaknione ludzkiej rodziny dzieci wybierają sobie spośród odnajdywanych dokumentów osób te, które przypadają im do gustu, tworząc sobie metaforyczną rodzinę. Każde z nich ma stosy tożsamościówek. Wiem, że jest tu wiele ledwo zarysowanych rzeczy. Cieszę się jednak, że uznajesz to za “drobny minusik” :)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Komentarz Thargona wyjątkowo przypadł mi do gustu, bo wyraża również moje odczucia.

Pomysł bardzo mi się spodobał, a już sam tytuł brzmi po prostu wspaniale, ale twoi mali bohaterowie byli trochę mało wyraziści – można by pomyśleć, że wychowały ich jakieś roboty ;). Reakcja na przełomowe odkrycie trochę dziwna, a następujące po niej dialogi – mało przekonujące. Trochę mało latynoamerykańskich akcentów, jak na opowiadanie z akcją w Rio : >. Czy był Ci potrzebny tylko posąg olbrzymiego androida przywodzący na myśl Jezusa Zbawiciela?

Podobały mi się natomiast relacje między dziećmi a maszynami, czułem, że mogłabyś wykrzesać z tego pomysłu trochę więcej literackiego ognia : ).

 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

A cóż to tak przyciąga, pociąga i mami zmysły? Czy to działka Heroiny dla ćpuna? Czy to Jedyny Pierścień dla Nazgula?

Nie! To .!

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dziękuję za trafne spostrzeżenia / dziwne komentarze ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Opowiadanie zajęło w konkursie 4. miejsce.

 

Ładny klimat postapo i ciekawy wątek dzieci wychowanych przez roboty (podobny motyw był w opowiadaniu „Każdy cywilizowany człowiek” w NF i było to jedno z najlepszych opowiadań, jakie do tej pory w NF czytałem). Całość jak zawsze dobrze napisana. Mniej spodobali mi się bohaterowie, których różniły, miałem wrażenie, wykonywane „w przyszłości” zawody. Fabularnie interesująco, ale cała historia mam wrażenie ograniczyła się tylko do poznania przez dzieci prawdy i to całkiem szybko i łatwo im to poszło. Mimo drobnych zastrzeżeń całość na duży plus.

Naz w chyba najlepszym wydaniu: jest mądrze, z przesłaniem, ale bez przesadnego przynudzania, filozofowania, poetyzowania, imperatyzowania narracyjnego i nonklarowności przekazu.

O wykonaniu powstanie tylko to jedno quasi-zdanie, które sprowadza się dostwierdzenia, że nie ma sensu się dalej rozwodzić, bo i tak wiesz, że robisz dobrą robotę, amen.

W historii podobała mi się najbardziej właśnie prostota i dynamika. Po prostu się dzieje, a ja ogarniam, co się dzieje. Chyba miałem tam na początku jakieś zastrzeżenia, ale już dawno zblakły, a ponowne (pobieżne, ale mocno odświeżające) czytanie na nic wartego reprymend i polemiki mnie nie naprowadziło. Zatem się nie czepiam, a tylko chwalę. Naprawdę fajny pomysł na postapo z małym, ale dobrym twistem i – jak dla mnie – miodnym zakończeniem.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Witaj!

Przeczytałem z polecenia Hrabiego młota-tarczy-ogrodnika Primagena. I polecił słusznie bo to kawał dobrej lektury.

Przedpiśców tylko przeskanowałem więc mogę się powtarzać.

Podobało się tzn. zacząłem w pracy na przerwie ale nie zdążyłem a wciągnęło na tyle bym dokończył z rana ;)

Mam jeden zarzut: czas jest rozjechany. Dzieciaki pierw planują, później długo idą, przeczesują kilka apartamentowców, docierają do fabryki, przeczesują fabrykę, kilka godzin szperają w papierach i mamy późne popołudnie. Coś mi się zdaje, być może błędnie, że do nocy by się nie wyrobili. Ale to tylko moje odczucie.

Poza tą drobnostką wszystko jak należy. Jest klimat, ciekawy świat, kupa pomysłów na Dandroidy, zabezpieczenie maszyną do klonowania, rodziców robo-samobójców, zwarcio-apokalipsę itp. No i jest też pies ;D

Jestem kontent z lektury, i z zakończenia.

Pozdrawiam!

* + Wiktor 1.07.2016 "A kiedy przyjdzie nam się spotkać to poznamy się po oczach."

Dziękuję, Mytrixie :) O, chyba nikt nie wspominał o czasie, cenna uwaga. Być może faktycznie po łebkach potraktowałam moc zadań, jaka przed nimi stała, jeśli chodzi o potrzebny na to czas.

Miło mi, że wciągnęło i mogło umilić przerwę.

 

Cieniu, cenię sobie, że przyszedłeś tu po długim czasie, by wyrazić swoją opinię :)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

No to i ja mogę powiedzieć, żeś przywrócił tymże komentarzem honor miana “Mytrix”, zaś dziatki Twe z chlubą i dumą będą mogły wznieść swe głowy, na portal w przyszłości zaglądając.

Takoż dumny jestem wielce, że polecankę mą subtelną i nienachalną, uznałeś za godną rozpatrzenia, a tekst zrobił pozytywne wrażenie, steraną codziennością imaginację pobudzając.

Pozdrawiam serdecznie ;D

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Nowa Fantastyka
Patronujemy