- Opowiadanie: Werwena - Czas zawraca w Neverville

Czas zawraca w Neverville

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Czas zawraca w Neverville

 

Czarodziej nie żyje. Pogrzeb w poniedziałek. Nie wiem, co robić.

Dodo

 

Peter Kid usiadł na skrzyni w ciasnym przedpokoju, ukrył twarz w dłoniach. Czuł na skórze woń świeżego drewna. Najmilszy zapach świata, który, tym razem, nie przyniósł ukojenia.

Biel upuszczonej chwilę wcześniej kartki przeświecała przez szczeliny między palcami. Obok, pulsując jaskrawym różem, leżała koperta z dziecięcej papeterii.

Wiszący nad głową mężczyzny zegar tykał. W głębi domu rozległ się dzwonek telefonu, po kilkunastu powtórzeniach umilkł.

Zegar tykał.

 

*

 

Świt zastał go drzemiącego na ogrodowej huśtawce, wciśniętej pod daszek werandy. Peter poruszał palcami stóp. Były zmarznięte, jakby zanurzył je w lodowatej wodzie. Nocą parne powietrze oszałamiało zapachem ziół, chłód musiał przyjść nad ranem, już po tym, jak mężczyzna osunął się w płytki sen.

Odrzucił wyświechtany pledzik, odsłaniając leżącą obok kopertę i wymiętą kartkę z wiadomością. Przetarł oczy i wyciągnął z kieszonki koszuli ołówek, zwykle pomocny przy nawiercaniu desek.

 

To bez sensu, Dodo. Dorothy. Nic nie mogę zrobić. Nie przyjadę.

Uwierz mi, zastanawiałem się długo, ale nie znalazłem ani sposobu, ani powodu, by do tego wracać.

Peter

 

Wsunął kartkę do różowej koperty. Nie było na niej ani jego adresu, ani znaczka. W wyróżniającym się pośród jaskrawych kwiatków prostokącie bladego fioletu widniało jedno słowo: Skrzat. Skreślił je, uśmiechając się smutno. Poniżej wpisał: Dodo.

Gdy wyszedł z cienia werandy na trawnik, rosa liznęła zmarznięte kostki, a wstające słońce połaskotało go po karku, tuż powyżej kołnierzyka. Idąc wzdłuż podjazdu do skrzynki na listy, mężczyzna próbował przywołać w myślach formułkę, rymowankę, którą poznał przed laty. Obawiał się, że nie przypomni sobie wszystkich słów, albo coś pokręci, ale w końcu skoro Dorothy zdołała to zrobić, musiało udać się i jemu. Wątpił, by w ciągu ostatnich dwudziestu lat korzystała z tej drogi kontaktu częściej niż on.

A on nie korzystał wcale.

Wciąż trzymał kwiecistą kopertę, szepcząc pod nosem, gdy na podjeździe zahamował gwałtownie samochód Billa Dawsona, omal go nie potrącając. Bill wyskoczył zza kierownicy, rozczochrany, w podkoszulku i spodniach od pasiastej piżamy.

– Chryste, Peter – zagrzmiał. – Piąta rano! W niedzielę! Czy ty i twój dzieciak nie wiecie, że normalni ludzie o tej porze śpią? Najpierw cholerne smarkacze demolują mi pół domu, a potem świrnięty facet włazi wprost pod koła! Idźcie wy wszyscy do diabła i dajcie się wyspać, do ciężkiej cholery!

Peter wsunął kopertę do tylnej kieszeni spodni.

– Spokojnie, Bill, nie wydzieraj się. Gdzie jest Roy? Z tobą? – Nachylił się do okna pasażera. Zza szyby spojrzały na niego wielkie, orzechowe oczy. Chłopiec zaciskał wargi, nie wiedząc najwyraźniej, czy w zaistniałych okolicznościach powinien przywitać ojca uśmiechem.

Peter uniósł dłoń w geście powitania i odwrócił się do Billa, uznawszy, że lepiej będzie uspokoić go, zanim mały wysiądzie.

– Co się stało? Sądziłem, że mam go odebrać po śniadaniu. Pokłócili się z Harrym?

– A gówno tam, zabieraj smarka, a jak im znowu przyjdzie do głowy zabawa w nocowanie, to weź ich do siebie, na zdrowie. Rechotali pół nocy, a potem coś im do tych zakutych łbów strzeliło. Szafka w kuchni oberwana, spadło cholerstwo z hukiem. Gary potłuczone. A to – przyskoczył do bagażnika, wyciągnął z niego połamane kuchenne krzesło – robota dla ciebie.

Peter skinął głową, tłumiąc rozbawienie. Odebrał od Dawsona fragmenty stołka, rzucił okiem na odłamane oparcie.

– Wiele z tego nie będzie. Nowe wam zrobię. Przepraszam za dzieciaka. Choć pewnie obaj winni.

– A pewnie! Mój już dostał w skórę, ale swojemu sam wlej, ja go za ciebie wychowywał nie będę. Wysiadaj, mały – powiedział, otwierając drzwi pasażera.

Roy wygramolił się z samochodu, wygiął usta w podkówkę, przestraszonym wzrokiem spojrzał na tatę. Peter zmarszczył brwi.

– Idź do domu.

Chłopiec posłusznie podreptał w stronę werandy.

– Skaranie boskie z tą smarkaterią – Bill pokręcił głową.

– Ta.

– Czekaj, mam tu jeszcze placek dla ciebie. Grace upiekła. I weź człowieku zadbaj o siebie, wyglądasz, jakbyś spał w ubraniu. Albo wcale. Blady jesteś jak trup.

– Dzięki, Bill. Ucałuj Grace.

Roy czekał na niego przy kuchennym stole, popijając sok. Mężczyzna napełnił szklankę dla siebie i usiadł naprzeciw syna. Chłopiec wbił wzrok w blat.

– Jesteś zły?

– Jeszcze nie wiem. – Peter, wiedząc, że mały tego nie widzi, pozwolił sobie na słaby uśmiech. – Zależy jak mi to wytłumaczysz. Bill był nieźle wkurzony.

– No bo myśmy… a ta szafka to sama… do kitu była przymocowana, i już. – Roy nieśmiało podniósł wzrok, a Peter zbliżył szklankę do ust, by ukryć rosnące rozbawienie.

– Co robiliście w kuchni nad ranem? Umawialiśmy się, że położycie się najpóźniej o północy, pamiętasz?

– Pamiętałem. Ale potem zapomniałem, bo budowaliśmy ten szałas, a w szałasie trzeba mieć jedzenie i ciastka i myśmy tych ciastek szukali, bo ciotka Grace trzyma je w takim słoiku, właśnie w tamtej szafce, tylko po ciemku trudno było znaleźć, który to słoik, bo ich tam było mnóstwo…

– Szałas?

– Noo, nie taki prawdziwy, tylko na niby budowaliśmy, w pokoju Harrego.

– Na niby… – Odstawił szklankę. Zapatrzył się w orzechowe oczy, niemal identyczne jak jego własne. – Na niby – powtórzył. Uśmiech, którego już nie krył, gasł powoli.

– Tato? – Roy zmarszczył brwi, a potem ziewnął. Peter otrząsnął się.

– Idź spać, młody. Taka budowa szałasu musi być wykańczająca.

Kiedy Roy pochrapywał w łóżku, Peter wrócił na werandę. Wydobył z różowej koperty świstek z wiadomością i zgniótł go w dłoni. Sięgnął po czystą kartkę, którą zabrał po drodze z kuchni.

 

Dodo, chciałem nie przyjeżdżać, nie wracać do tego. Ale wrócę. Na wypadek, gdyby to wszystko nie było na niby. Oczekujcie mnie jeszcze dzisiaj.

Skrzat

 

Miarowe skrzypienie huśtawki pomogło mu przypomnieć sobie rytm, wypełnić go słowami. Powtórzył je kilkukrotnie i wreszcie, niemal pewny, że odtworzył rymowankę prawidłowo, podbiegł do skrzynki na listy. Wrzucił do niej kopertę i wyszeptał zaklęcie.

Gdy uchylił klapkę i zajrzał do środka, nie dostrzegł niczego, prócz kilku naniesionych przez wiatr, uschniętych listków.

 

*

 

Kiedy w okolicach południa Roy zszedł do kuchni, czekały na niego przypalone tosty. Przy drzwiach do przedpokoju stały dwie małe walizki.

– Wyspany? – rzucił Peter, podnosząc na chwilę wzrok znad placka od Grace, który starał się pokroić i zapakować na drogę.

– Nie za bardzo.

– Będziesz mógł podrzemać w samochodzie. Może nie zauważysz, jak sam zjem te delicje. – Zgarnął palcami rozsypane obficie po blacie okruszki ciasta i wpakował do ust.

– Akurat – odparł chłopiec, z głośnym chrupnięciem odgryzając kęs twardego tostu. – Dokąd jedziemy?

– Do domu dziadków.

Roy przełknął głośno, spojrzał na ojca okrągłymi oczami.

– Prawdziwego?

– Tak.

– Tego, o który kłóciliście się z mamą? Co mówiłeś, że nigdy tam nie wrócisz?

Coś niepokojącego błysnęło w oku mężczyzny i Roy spuścił wzrok, obawiając się reakcji ojca. Peter westchnął ciężko.

– Pospiesz się.

Chłopiec chrupał chwilę w milczeniu, ale długo nie wytrzymał.

– Po co tam jedziemy?

– Na pogrzeb.

– Czyj pogrzeb? Powiesz mi, tato?

– Czarodzieja.

– Prawdziwego?

– Jak najbardziej.

– Był naszą rodziną?

– Nie.

– Znajomym?

– Kimś więcej.

– Opowiesz mi o nim?

Peter zamyślił się, milczał.

– To będzie trudne, Roy. Ale tak, opowiem ci w drodze.

 

*

 

– Nie wiem, od kiedy Czarodziej mieszkał w Neverville. Być może od zawsze. Ja poznałem go w okolicznościach, które trochę przypominają obecne – przy okazji pogrzebu. W sytuacji, jaką znasz. Wiesz, jak trudno jest żegnać matkę… – Zawiesił głos i spojrzał kątem oka na Roya. Chłopiec zacisnął usta, jak zawsze, gdy o niej rozmawiali. – Ubiegłej jesieni dużo o tym myślałem, choć obiecałem sobie nie wracać do tamtych czasów. Jednak znajomość z tym mężczyzną była kiedyś dla mnie ratunkiem, i nie mogę zapomnieć o najcenniejszej rzeczy, jaką mu zawdzięczam. Nie chodzi o to, że pomógł mi przetrwać żałobę, ale o to, że pokazał, jak ustrzec się błędu, który popełnił wówczas mój ojciec. Nauczył mnie, choć wtedy nie mogłem mieć o tym pojęcia, jak być przy tobie. Wiesz, że jestem przy tobie, prawda?

– Wiem, tato.

– Nazywał się Marques Greentwig – podjął po chwili. – Do dzisiaj nie wiem, co robił wtedy na cmentarzu. Od ceremonii minęło kilka godzin, zbliżał się wieczór, a ja tkwiłem tam samotnie. Pojawił się nagle, usiadł obok mnie. Pamiętam, jak, wystraszony, zapytałem go o coś. Nie odpowiedział. Zdawał sobie sprawę, że wcale nie potrzebowałem rozmowy. Więc siedział i milczał, a potem wyjął z kieszeni kartkę papieru i złożył z niej ptaka origami. Podarował mi go i odszedł bez słowa.

– Ptak okazał się magiczny już kolejnego ranka. Ożył, zapaskudził biurko, na którym go zostawiłem, i obudził mnie, domagając się wolności głośnym łomotaniem w szybę. Otworzyłem okno, a gdy pomknął w górę i zawisł w powietrzu, patrząc na mnie paciorkowym okiem, wspiąłem się na parapet i zeskoczyłem do ogródka. Biegłem za nim przez rozespane miasteczko, boso, w piżamie w radosne marchewki i brokułki. Co się śmiejesz?

– Naprawdę miałeś taką piżamę?

– Naprawdę.

– Co było dalej? – Chłopiec ziewnął, przymknął oczy.

– Zaprowadził mnie w okolicę, gdzie rzadko się zapuszczałem. Neverville sąsiadowało wtedy z lasem – kto wie, pewnie teraz się rozrosło – a tuż przed jego skrajem stało kilka niewielkich, pozbawionych ogrodzenia domków. Ptak wpadł do jednego z nich przez otwarte okno. Nieco onieśmielony, podkradłem się pod nie  i zajrzałem do środka.

– Zobaczyłem dwie postaci, siedzące w obszernych fotelach i popijające herbatę. W jednej z nich rozpoznałem Czarodzieja – już wtedy tak go nazywałem w myślach. Drugi osobnik, ubrany w jaskrawy surdut, był drobnej budowy i miał lisią głowę. Raczyli się parującym napojem i rozmawiali po cichu. Ptak, przycupnięty na ramieniu mężczyzny, łypał na mnie okiem.

– Wiem, że brzmi to nieprawdopodobnie. Nawet dla mnie. Nikomu dotąd tego nie opowiadałem. Bo wiesz, młody, ja przez lata nie chciałem wracać pamięcią do tamtych czasów. Tak, miałem wtedy coś, co chroniło mnie przed rozpaczą, ale potem wszystko się pogmatwało. Popełniłem parę błędów, powiedziałem kilka bzdur…

Roy zachrapał cicho, a Peter odczuł ulgę na myśl, że chłopiec nie usłyszał, jak zadrżał mu głos. Przyciszył radio i pozwolił, by szum silnika kołysał malca do snu.

 

*

 

Dorothy znakomicie wyczuła moment. Zapukała do drzwi właśnie wtedy, gdy Peter i Roy zdążyli pościągać płachty z mebli w salonie i kuchni, odkurzyć, zrobić pobieżny przegląd wszelkich instalacji oraz wykopać poduszki i kołdry z pawlaczy. Niebo na zewnątrz pociemniało, przez uchylone okno wpadał zapach młodej nocy i dźwięki koncertujących świerszczy, a stojący na kuchni czajnik coraz głośniej posykiwał, lizany niebieskim płomieniem.

Była niezwykła. Ubrana w koronkową bluzkę, gorsecik i długą spódnicę, wydała się Royowi wyciągnięta z jakiejś książkowej ilustracji. Efekt wzmagał okrągły, bordowy kapelusik i wymykające się spod niego, połyskujące sprężynki włosów. A także bose stopy, choć te akurat chłopiec uznał za najbardziej na miejscu w ciepłą, lipcową noc. Gdy podeszła, by mu się przedstawić i zmierzwić czuprynę, poczuł jej perfumy, przywodzące na myśl zapach szafki w kredensie, w której mama trzymała suszone owoce, gałkę muszkatołową i gwiazdki anyżu.

– A niech mnie, wyglądasz niemal zupełnie, jak kiedyś twój tato!

Peter na jej widok uśmiechnął się, przywitał, całując dłoń i policzek, a potem zaprosił do kuchni, gdzie podali herbatę.

– Nie ma to jak powrót na stare śmieci, prawda? – Żal i radość mieszały się w tym pytaniu w sposób, jakiego Roy dotąd nie słyszał.

– Daj spokój, Dorothy. Dobrze wiesz, ile mnie to kosztuje. – Peter nie usiadł do stołu, opierał się o blat, zaciskając dłonie na jego krawędzi. – Cieszę się, że cię widzę, ale… nie cieszę się, że tu jestem.

– Dziękuję ci, Skrzacie.

– Dorothy, jesteśmy dorośli…

– Dziękuję, że przyjechałeś. Ja naprawdę nie wiem, co robić. Ale jednego jestem pewna. Skrzat i Dodo poradzą sobie z tym lepiej, niż Peter i Dorothy.

– Kim oni są? – wtrącił Roy.

Dorośli milczeli, patrząc na siebie.

– Dziećmi – powiedział w końcu Peter. – Cholera, co ja sobie myślałem? Powinienem był cię zostawić z Billem i Grace.

– Dlaczego? Wuj Bill był wściekły na mnie i Harry’ego, przecież wiesz.

Dorothy wyciągnęła dłoń, by dotknąć ramienia Petera.

– Daj spokój. Z nami będzie bezpieczny. Musimy tylko spokojnie pomyśleć. To się już zaczęło, Skrzacie. Nie wiem, czy zdążymy opróżnić ten dzbanek, zanim…

– Zanim co? – Roy przypatrywał się jej okrągłymi oczami.

Kobieta uśmiechnęła się do niego, w jej śniadych policzkach pojawiły się zabawne dołki.

– Wiesz, kochanie, prawdopodobnie czeka cię jutro naprawdę niesamowity dzień. Będziesz spał w pokoju taty? Powinieneś dobrze wypocząć, rano wszystko ci wyjaśnimy. Zgadzasz się?

Chłopiec niechętnie dał się zaprowadzić do położonego na końcu korytarza pokoiku. Dorothy pchnęła drzwi, zapaliła światło i sapnęła ze zdziwieniem. Tapczanik, niski stolik i krzesło ktoś litościwie okrył chroniącą od kurzu płachtą, ale szafa i regał nie załapały się na takie dobrodziejstwo. Wypełniające półki posążki i figurki, wystrugane z kawałków kory i drewna, oblepione kurzem i pajęczynami, wpatrywały się w nich z wyrzutem, jakby oszołomione żółtym światłem żarówki, którego nie oglądały od lat.

– Rany boskie, Peter… – wyszeptała. – Peter! One tu czekają – powiedziała, gdy mężczyzna pojawił się obok niej. – Czekają od przeszło dwudziestu lat.

Peter położył ręce na ramionach Roya.

– Obaj będziemy dziś spać w salonie. Tam jest czysto.

 

*

 

Gdy wrócili do kuchni, dopilnowawszy, by Roy umył zęby i umościł się na kanapie w salonie, Peter dolał stygnącej herbaty do filiżanek.

– Rzeźbisz? – zapytała Dorothy, mieszając łyżeczką chłodny napój.

– Daj spokój.

Kobieta westchnęła.

– Robię meble – powiedział, jakby tłumacząc się. – Mam swój warsztat. Powodzi mi się.

– Co miałaś na myśli mówiąc, że się już zaczęło? – Zapytał po chwili, przerywając niezręczną ciszę. – Co takiego się zaczęło?

– Niepokój. Strach. Panika. – Dorothy wyliczyła na palcach. – Czuć to w powietrzu. Gdy wiatr wieje od strony lasu, niesie zapach grozy.

– A więc wezwałaś mnie tu z powodu… zapachu? Wiatru?

– Wezwałam cię tu z powodu twojego zobowiązania. I pamięci, szacunku do człowieka, który…

– Z powodu dziecięcych zabaw i fantazji – przerwał jej.

– Peter, rozumiem, że wybrałeś ucieczkę w dorosłość – powiedziała po chwili milczenia. – Ja zrobiłam to samo, zaraz po tym, jak wyjechałeś z Neverville. Tak było łatwiej. Pozwoliłam, by wspomnienia tamtych wydarzeń wymieszały się w pamięci ze snami i marzeniami. Uwierzyłam, że wszystko, co działo się w jego ogrodzie i w lesie, działo się na niby, w naszych głowach. Zostawiłam tamten świat i kazałam mu o mnie zapomnieć, choć było mi po stokroć trudniej niż tobie, bo zostałam tutaj. Ale Czarodziej umarł, wkrótce spocznie w ziemi, a wtedy wszystko, co stworzył, obróci się na powrót w drewno i kamień. Za to, co dla nas zrobił, jesteśmy mu winni chociaż tyle, by przestać się oszukiwać i wypełnić dawne obietnice. Bo tamten świat i tak się o to upomni. Zwłaszcza o ciebie, Skrzacie. Wiesz o tym.

Mówiąc to, Dorothy po raz kolejny tej nocy doskonale wyczuła moment. „Tamten świat” upomniał się, głośnym łomotaniem w drzwi, nim Peter zdążył cokolwiek odpowiedzieć.

– Miałaś rację – stwierdził, gdy Dorothy zerwała się z krzesła. – Nie zdążyliśmy dopić herbaty.

 

*

 

– Witaj, Archetrypixie. – Peter gestem zaprosił do środka człekozwierza o lisiej głowie. – Przychodzisz w samą porę na letnią herbatę. Zdaje się, że wystarczy na jeszcze jedną filiżankę.

Archetrypix wpadł do przedsionka, rozbieganym wzrokiem powiódł po łuszczącej się tapecie i twarzach witających go ludzi.

– Nasz stwórca nie żyje – oznajmił czymś na pograniczu mowy i szczeknięcia. – Szukamy tego, który nas ocali.

Zanim którekolwiek z nich zdołało odpowiedzieć, stwór, węsząc, zwinnie prześliznął się między kobietą i mężczyzną. Kiedy Peter odwrócił się, by zamknąć drzwi za gościem, krzyk Dorothy wbił mu gdzieś w okolice krzyża zimne igiełki strachu.

– Archetrypixie!!!

Roy, już przebrany w piżamę i zaciekawiony późną wizytą, wychylał się nieśmiało zza framugi u wejścia do salonu. Widząc pędzącą ku niemu postać, zasłonił się dzierżonym w ręku jaśkiem, jak tarczą. Peter i Dorothy rzucili się z pomocą, ale człekozwierz zdążył chwycić chłopca i długim susem wpaść do kuchni. W jakiś niebywały sposób, zanim wyskoczył przez okno i umknął w noc, zdołał porwać ze sobą dzbanek z niedopitą herbatą.

– Roy!!! – Mężczyzna wrzasnął, ładując się na oddzielający go od okna kuchenny blat. Pisk chłopca rozbrzmiał w ciemności i wibrował chwilę w nocnym powietrzu, podczas gdy lisio-ludzka sylwetka napastnika z przerzuconą przez grzbiet ofiarą zniknęła w mroku. W bliższym i dalszym sąsiedztwie rozszczekały się psy.

– Zaczekaj, Peter – Dorothy chwyciła go za rękaw, gdy próbował przyjąć pozycję sprzyjającą wyskoczeniu śladem Archetrypixa, co dla wysokiego mężczyzny było zadaniem całkiem wymagającym.

– Zabrał go, skurczysyn! Nie możemy…

– Uspokój się. Dobrze wiemy, dokąd go zabrał. Wiemy też, że nie zrobi mu krzywdy. I możemy przypuszczać, że wkrótce się zorientuje, że się pomylił.

Peter zsunął się z blatu, gorączkowym krokiem ruszył do drzwi.

– Jeśli myślisz, że będę bezczynnie siedział, kiedy…

– Och, skąd, wcale tak nie myślę! Roy nie wie, że nic mu nie grozi, z pewnością jest przerażony. Ruszymy za nimi, ale ważne jest, byśmy myśleli trzeźwo.

– Czy ja nie myślę trzeźwo?!

Dorothy wyprzedziła go, zasłoniła sobą drzwi.

– Ustalmy jedno – powiedziała zaskakująco twardym głosem. – Archetrypix to nasz przyjaciel. Zawsze nim był i nadal nim pozostaje, bez względu na przeszłość. Tak samo jak reszta istot. Oni się boją, Peter, a wszystko co robią, dyktuje im strach. Wiem, że zdążyłeś dostrzec to w oczach Lisa. Royowi nic nie grozi, ale jeśli pójdziesz po niego, musisz być gotów, by dać im to, czego szukają.

Gdy patrzył na nią z wściekłą determinacją, pomyślała, że jego orzechowe oczy wyglądają niezwykle obco.

– Jestem gotów, by uwolnić moje dziecko.

Dorothy, odsuwając się od drzwi, uśmiechnęła się nieznacznie, przeczuwając, że taka deklaracja wystarczy, nawet jeśli jej przyjaciel nie był do końca świadom, co właściwie deklaruje.

 

*

 

Drzwi komórki jęknęły, zardzewiałe zawiasy postawiły opór, odwykłe od pracy. Peter pchnął jeszcze raz, solidnie bujając ciałem. Coś zgrzytnęło, trzasnęło i ustąpiło. Dorothy błysnęła latarką.

– Są – powiedział i odwrócił się do niej. Natychmiast zmrużył oczy i choć zmarszczył przy tym brwi, kobieta dostrzegła uśmiech, który nie zdążył umknąć z jego twarzy.

Kiedy pospiesznie pompowali opony, martwiła się, by nie okazały się zbyt sparciałe. Peter kilkukrotnie zaklął, wyrażając na głos wątpliwości, czy nie byłoby rozsądniej wsiąść w samochód, a ona cierpliwie przypominała mu, że na nic im się zda auto w leśnych chaszczach.

Wkrótce pędzili przez uśpione uliczki, zgarbieni i skurczeni na rowerach, z których dawno wyrośli. Światła paliły się w nielicznych oknach, świerszcze hałasowały, psy powarkiwały, zbudzone śpiewem nienaoliwionych łańcuchów i zbyt już rozespane, by szczekać. Gwiazdy wysrebrzały niebo, ciepły wiaterek głaskał ich po włosach i sypał nimi w oczy, gdy z impetem wpadali w zakręty. Peter czuł, jak z każdym silnym naciskiem na pedał, zdenerwowanie zmienia się w podniecenie, a gdzieś tuż obok czai się euforia, przed którą bronił się i zasłaniał odpowiedzialnością i dorosłym, poważnym gniewem.

Dorothy dogoniła go, zasapana. Gdzieś po drodze zgubiła kapelusik i ciemne sprężynki fruwały nad jej czołem.

– Roy jest bezpieczny – zawołała, jakby odgadując jego myśli i uczucia. – Musimy się spieszyć, ale cieszmy się tym! Jest jak kiedyś, prawda? Gdy wymykaliśmy się w letnie noce. Pamiętasz? – Nie zaczekała na odpowiedź. Zachichotała, uniosła się nad siodełkiem i wyprzedziła go.

– Wariatka – stwierdził ze śmiechem Peter, patrząc na jej łydki, błyskające spod zakasanej wysoko spódnicy, i bose pięty, podskakujące w szalonym tempie na kręcących się pedałach.

– Kto ostatni u Czarodzieja, ten stawia colę! – krzyknęła. Tak głośno, że śpiący za mijanym płotem pies uznał za stosowne zerwać się i obszczekać ich na całego, przekonując do tego kilka kolejnych Burków.

– Lepiej myśl, jak wytłumaczysz to swojej śwince-skarbonce! – odkrzyknął, zrównując się z nią.

 

*

 

Dorothy była szybsza. Peter, wpadając na wąski chodniczek, prowadzący ku dobrze mu znanym drzwiom, pomyślał z rozdrażnieniem o swojej kondycji, a zaraz potem, z troską, o odciskach, które po tej szaleńczej przejażdżce musiały już gęsto pokrywać podeszwy stóp jego przyjaciółki.

Porzucili rowery na zapuszczonym trawniku i usiedli na stopniach przed wejściem do domku Czarodzieja. Dyszeli ciężko. Lampka nad drzwiami zapaliła się, wyczuwając ich obecność.

– Nie powinniśmy się zatrzymywać – powiedział, gdy uspokoił nieco oddech.

– Odsapnijmy. I zastanówmy się, czy nie powinniśmy wejść do środka…

– Żartujesz?

– Nie żartuję. Archetrypix umknął z Royem do lasu, to pewne. Ale nie wiemy, co działo się tam przez te wszystkie lata. Z pewnością Czarodziej stworzył nowe istoty, które nas nie znają. Nie wiadomo, co zrobią, kiedy…

Peter zerwał się, skoczył ku rowerom.

– A więc tym bardziej nie możemy zwlekać. To już nie jest przyjazne nam miejsce, które dobrze znamy, a Bóg jeden wie, co oni zrobią z Royem!

– Myśl trzeźwo, Peter. Może poszukamy czegoś przydatnego? Choćby latarki? Mamy tylko jedną. – Pomachała niewielkim urządzeniem, które na czas jazdy przytroczyła sobie do paska spódnicy. Wstała i położyła dłoń na mosiężnej, okrągłej klamce. – Założymy się, że jak zawsze są otwarte?

– Dorothy. – Głos Petera był zimny i ostry. Sprawił, że natychmiast cofnęła rękę. – Ja tam nie wejdę. Nigdy.

Kiedy podeszła do niego, w słabym świetle lampki dostrzegła, że wargi mężczyzny drżą. Dotknęła dłoni, zaciśniętej na gumowej rączce kierownicy roweru.

– Dlaczego tu przyjechałeś?

– Ze względu na twoją prośbę – odparł, nie patrząc na nią.

– O której powiedziałeś niedawno, że dotyczyła dziecięcych fantazji.

– O co ci chodzi?

– On umarł, Skrzacie. Odszedł. Na niektóre rzeczy jest już za późno, ale na inne wciąż mamy wpływ. Ty masz. Tylko musisz najpierw rozliczyć się z przeszłością.

– Nie przyjechałem tu, by szukać przebaczenia, jeśli do tego pijesz. – Oswobodził rękę i wsiadł na rower.

– A może, by przebaczyć?

– Mam tego dość, Dorothy.

Nie odwrócił się, a ona nie miała wątpliwości, co chciał przez to powiedzieć.

– Peter!

Gdy wreszcie zatrzymał się i spojrzał na nią, bez słowa rzuciła mu latarkę. A kiedy zniknął na ścieżce, która z ogrodu Marquesa Greentwiga wpadała wprost w gęstą ścianę lasu, Dorothy ruszyła z powrotem do domku Czarodzieja. Zdecydowana, przekręciła klamkę.

Szkoda, że się nie założyliśmy, pomyślała, wchodząc do środka.

 

*

 

Jechał powoli. Przyświecał sobie latarką i wytężał pamięć, jednak odnajdywanie ścieżek w ciemnościach było trudne. Przez pewien czas zastanawiał się nawet, czy nie porzucić niewygodnego roweru, skoro poruszał się na nim niewiele szybciej, niż byłby w stanie iść, ale myśl o rychłym wschodzie słońca nadawała więcej sensu targaniu starego składaka. Napawała też nadzieją na odnalezienie właściwego kierunku – mężczyzna od dłuższego czasu nie był pewien, dokąd dotarł i w którą stronę zmierza.

Las wypełniony był skrytą, milczącą obecnością. Peter wiedział, że jest obserwowany, czasami wydawało mu się, że dostrzega przyczajone w mroku sylwetki człekozwierzów, cudacznych istot i chimer, żadna z nich jednak nie zdradzała się, czy jest ożywionym stworem, czy martwym kamieniem lub pniakiem, zapomnianym przez Czarodzieja albo uznanym za dzieło zbyt niedoskonałe, by tchnąć w nie życie.

I tak wiedzą, że tu jestem, pomyślał i zdecydował się krzyknąć.

– Rooooy!!!

Gdzieś w oddali rozhukała się sowa.

– Rooooy!!!

Od wszechobecnego cykania świerszczy dzwoniło mu w uszach. Las śpiewał, jak zawsze w nocy.

Nikt nie odpowiadał.

– Archetrypixie!!!

Szelest pobliskich krzaków zabrzmiał jak stłumiony chichot. Peter zaklął z cicha.

– Co mnie, do ciężkiej cholery, podkusiło, żeby tu przyjeżdżać? Czego ode mnie chcesz?! – Drugie pytanie skierował gdzieś ponad czubki drzew. Dostrzegł przy tym, że choć na dole wciąż było ciemno, niebo powoli rozjaśniało się. Zarysy pni dawały się już rozpoznać bez pomocy latarki. Mężczyzna naparł mocno na pedały, łańcuch zajęczał żałośnie, ułamana gałązka prysnęła spod koła. Rower pomknął slalomem, a Peter raz po raz posykiwał wściekle, gdy przyczajone w mroku witki smagały go po głowie i ramionach.

W końcu, rozpędzony, najechał na coś, co wrzasnęło. Składak podskoczył na wyboju, Peter wypuścił kierownicę i stracił równowagę. Upadł na miękką ściółkę. Tuż obok domniemanej przeszkody i sprawcy zamieszania – stwora o szczurzym ryjku, odzianego w coś w rodzaju staromodnego fraka. Potworek był niewielki, sięgał mężczyźnie mniej więcej do kolan. Wyglądał na oszołomionego wypadkiem.

– Nie znam cię – stwierdził mężczyzna, rozcierając okolice krzyża.

Zwierzak prychnął.

– Nie chciałem cię rozjechać. Jesteś cały?

– Cały, cały. – Stwór cofnął się o kilka drobnych, nerwowych kroczków. – Kto ty jesteś?

– Peter. Szukam mojego synka. Widziałeś go?

Szczurek zastrzygł uszami, mrugnął.

– Mały chłopiec – podpowiedział mężczyzna, konstatując, że zwierzak nie rozumie. – O, taki. – Wyciągnął rękę, mniej więcej na wysokość odpowiadającą wzrostowi Roya. – Wiesz, gdzie go znajdę?

– Ach, wiem! – krzyknął stwór, drobiąc w miejscu nóżkami w maleńkich lakierkach.

– Zaprowadź mnie.

Szczurek prychnął znowu, splótł łapki na piersi i odwrócił łebek.

– No dalej, mały. Przecież mówię, że nie chciałem cię rozjechać. Nie zrobię ci krzywdy. Potrzebuję twojej pomocy.

Stwór zawahał się, wciąż jednak ostentacyjnie patrzył w przeciwnym kierunku.

– Posłuchaj. Jestem… byłem przyjacielem Czarodzieja. I może teraz będę mógł jakoś wam pomóc. Ale najpierw ty musisz pomóc mnie. To bardzo, bardzo ważne.

Szczurek pisnął, skoczył, zamachał łapką.

– Chodź! – Pomknął między bielejące coraz wyraźniej brzozy. Peter ruszył za nim, porzucając rower.

Wiara, że wkrótce uwolni Roya, dodała mu skrzydeł. Biegł po miękkim, zielonym dywanie, przez spokojny, szarzejący w świetle poranka las, i chwytał w nozdrza jego zapach. Zapach szczęścia. Wspomnień.

Biegaliśmy boso, pomyślał, a nasze stopy zapadały się w mchu. Uganialiśmy się za podobnymi stworzeniami, łaziliśmy z nimi po drzewach i czołgaliśmy się w norach, a odpoczywając, częstowaliśmy je herbatą z termosu. Wszystkie twory Czarodzieja dałyby się pokroić za herbatę, czort jeden wie dlaczego.

Szczurek zatrzymał się nagle, wyciągniętą łapką dał znać Peterowi, by i ten stanął.

– Tam. – Pokazał na niewielką polankę, rozciągającą się tuż za znajdującymi się przed nimi krzakami jeżyn. Peter obszedł je i dostrzegł pniak, na którym, z pochyloną głową i wzrokiem wbitym w coś, co obracał w dłoniach, siedział jego syn.

– Roy! – podbiegł do niego i chwycił za ramiona. Kątem oka zauważył, że tym, czym bawił się chłopiec, był kawałek kory i trzymane w drugiej ręce dłutko.

Chłopiec podniósł wzrok, spojrzał na mężczyznę. W jego orzechowych oczach Peter dostrzegł zdziwienie i strach. To zaniepokoiło go najpierw. A potem, gdy zauważył, że rozchylone w zaskoczeniu usta bardziej przypominają jego własne, niż te, które Roy odziedziczył po matce, puścił chłopca i zatoczył się w tył.

– Co, do…?

 

*

 

Dorothy również była zaskoczona, choć w nieco mniejszym stopniu. Mała Dodo i dorosła Dorothy spotkały się w saloniku Marquesa Greentwiga. Dodo myszkowała właśnie w kredensie, w którym miała zamiar pomyszkować Dorothy. Dziewczynka przyświecała sobie szklaną bańką, wypełnioną świetlikami. Czarodziej przedkładał takie sztuczki nad elektryczność.

– A niech mnie – powiedziała kobieta, zatrzymując się na progu pokoju.

– O-o – rzekła dziewczynka, wynurzając się zza otwartych drzwiczek, najwyraźniej zmieszana faktem, że została przyłapana. – Co tu robisz? I kto ty jesteś?

Dorothy zakryła usta dłonią, zachichotała. Podeszła do małej i kucnęła przy niej.

– Jestem dobrą wróżką – powiedziała, nie znajdując lepszej odpowiedzi. Dodo uśmiechnęła się szeroko, demonstrując imponującą szparę po utraconej górnej dwójce.

– Ojejku. Chciałabym być dobrą wróżką, kiedy dorosnę.

– Och, wiem. Pewnie nie tylko nią, prawda?

Dodo energicznie pokiwała głową.

– No! Chcę też być tancerką na lodzie, panią, która piecze najlepsze w świecie pączki, syrenką i listonoszem.

– Listonoszem? O tym już zapomniałam…

– Niedawno chciałam jeszcze być pilotem balona – szczebiotała dziewczynka, nie zwracając uwagi na wypowiedź Dorothy – ale już mi przeszło. A mój przyjaciel, Skrzat, wciąż chce być tylko jednym, nic mu się nie zmienia.

– Artystą rzeźbiarzem – szepnęła kobieta. – Pamiętam.

– O, skąd wiesz? Znasz Skrzata?

Dorothy skinęła głową, uśmiechając się smutno.

– On pięknie rzeźbi, prawie tak, jak Czarodziej. – Dodo zanurkowała z powrotem w głąb szafki. Przez chwilę Dorothy widziała wyłącznie jej bose pięty. – Tylko że my pewnie nie zdążymy dorosnąć, wiesz? Wszyscy mówią, że jutro zamienimy się w kamienie i drewno, bo Czarodziej umarł, a jutro go zakopią.

Kobieta poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku.

– Nie boisz się?

– Tylko trochę. Nie pamiętam, jak to jest być kamieniem. Ale one chyba nie jedzą, więc przyszłam tu, żeby najeść się herbatników z czekoladą. Czarodziej powiedział, że mogę przychodzić kiedy chcę. Gdyby nie był martwy, pewnie zaparzyłby nam herbaty.

– Same możemy to zrobić, jeśli chcesz. – Wstała i ruszyła w kierunku maleńkiej kuchni. Po kilku krokach zatrzymała się. – Słuchaj, Dodo, wiesz, gdzie teraz jest twój przyjaciel? Skrzat?

– Uhm. – Dziewczynka zdołała odnaleźć wreszcie pudełko z herbatnikami i wpakować sobie kilka ciastek do buzi.

– Zaprowadzisz mnie?

– Uhm. A skąd ty wiesz, że nazywam się Dodo? – Zapytała po chwili, marszcząc cienkie brewki.

– Przecież jestem wróżką. – Odwróciła się i zniknęła w kuchni. – A ty zdążysz dorosnąć, maleńka – mówiła dalej, choć dziewczynka najpewniej już jej nie słyszała. – I nie raz pomyślisz, że lepiej byłoby pozostać dziewczynką. Trwać w dzieciństwie, ale nie skamienieć.

 

*

 

Peter rozejrzał się nerwowo za Szczurkiem, ale stworek zniknął bez śladu. Rozwidniało się coraz bardziej i mężczyzna, choć nie mógł w to uwierzyć, nie miał wątpliwości, że jedyną osobą, towarzyszącą mu na pokrytej parującą z wolna rosą polanie, jest dziecko, którym sam kiedyś był. Dziesięcioletni, na oko, Skrzat.

Chłopiec schował za plecy to, co właśnie tworzył. Skulił się, ale nie odwracał wzroku, wpatrując się w dojrzałą, wypełnioną dziwnym smutkiem, wersję swoich oczu.

– Kim pan jest? – Zapytał w końcu.

Mężczyzna podszedł do niego ostrożnie, jakby obawiając się, że go spłoszy. Usiadł obok pniaka, na mokrym mchu.

– Mam na imię Peter.

– To tak, jak ja – powiedział Skrzat poważnie.

– Szukam chłopca, bardzo podobnego do ciebie. Lis Archetrypix por… przyprowadził go do lasu tej nocy. Wiesz, gdzie ich znajdę?

Skrzat pokręcił głową. Peter wiedział, że może mu wierzyć. Nie miał w zwyczaju kłamać.

Mężczyzna westchnął, ukrył twarz w dłoniach.

Po kilku długich chwilach usłyszał ciche skrobanie. Gdy podniósł głowę, zobaczył, że chłopiec zajął się swoim niedokończonym dziełkiem.

– Co to będzie?

Skrzat wzruszył ramionami.

– Tak tylko ćwiczę. I tak pewnie nie zdążę dokończyć.

– Nie zdążysz?

– Niedługo pogrzebią Czarodzieja i wtedy my wszyscy zamienimy się w rzeźby. Ja, Archetrypix, Dodo i cała reszta…

Mężczyzna przełknął ślinę. Zaciskał i rozluźniał szczęki, zgrzytając przy tym zębami, do wtóru skrzypienia dłutka.

– Nie musi tak być, prawda? – Zapytał nagle, nie patrząc na chłopca.

– Chyba musi. Niektórzy mówią, że Czarodziej miał mieć ucznia, który mógłby przedłużyć nam życie, jeśli wyrzeźbiłby jakąś istotę z Żywodębu. To takie drzewo, tutaj, w lesie… Chciałbym to zrobić, ale ja nie mogę, bo sam jestem wyrzeźbiony, a nowy Czarodziej miał być prawdziwym człowiekiem, tak jak stary… – Głos Skrzata załamał się, podbródek zadrżał. – Ogromnie chciałbym ich ocalić.

– Wiem. Bardzo dobrze wiem.

Ciche skrobanie, zapach poranka i dziwne uczucie, wzbudzone niezwykłym spotkaniem, poniosły myśli Petera ku wspomnieniom, do których nie wracał przez długie lata. Wyobraził sobie, że wciąż snuje opowieść, którą przerwał w samochodzie.

 

*

 

Nim Dorothy znalazła to, czego szukała, przetrząsnęła cały domek, łącznie ze stryszkiem i spiżarką. Przez chwilę obawiała się nawet, że stary Marques zabrał to ze sobą do trumny, ale w końcu, gdy już miała dać za wygraną, wpadło jej w ręce. Leżało jakby nigdy nic na spękanych, nie używanych doniczkach, stojących na ganku. Jakby specjalnie je tutaj zostawił, pomyślała, podnosząc poplamione, płócienne etui z parcianym paskiem. Peter miał je na wyciągnięcie ręki, kiedy odpoczywaliśmy po wyścigu.

W tym czasie Dodo upychała w zwleczonym ze stryszku, turystycznym plecaku termosy z herbatą i paczki herbatników.

– Pomyślałam, że inni też chcieliby jeszcze ich skosztować, póki mogą – wyjaśniła kobiecie. – A Czarodziejowi chyba już się nie przydadzą…

Dorothy zarzuciła bagaż na plecy, etui przewiesiła sobie przez ramię. Ukryte w środku narzędzia zadźwięczały.

Wsiadła na rower, w szarym świetle świtu dostrzegając wspomnienie pokrywającej go różowej farby oraz plamy rdzy. Zaczekała, aż Dodo wskoczy na bagażnik i ruszyła – przykurczona, zgarbiona pod ciężarem plecaka, czując, jak w pasie oplatają ją ciepłe rączki jej dziecięcej wersji.

 

*

 

Tuż po tym, pomyślał Peter, jak Archetrypix pożegnał się i wyszedł, Czarodziej zaprosił mnie do środka. Wtedy pierwszy raz z nim rozmawiałem. Opowiedział mi o swoim gościu i innych istotach, żyjących w lesie, które powstają pod jego dłutem z drzew i kamieni. I o tym, jak ożywia je za sprawą magii.

Byłem zafascynowany.

Potem, przy herbacie i ciastkach, podarował mi kawałek kory i pokazał, jak używać narzędzi. Gdy wróciłem do domu – wciąż w piżamie, z palcami pokrytymi pęcherzami i kilkoma skaleczeniami, z nową pasją i rodzącym się marzeniem w sercu, było już późne popołudnie. Ojciec przywitał mnie z ulgą. Chyba się martwił, ale był zbyt pochłonięty rozpaczą, by zacząć mnie szukać.

Następnego dnia przyprowadziłem do domku Marquesa Dodo, z którą zwykłem bawić się po szkole, a Czarodziej zabrał nas do lasu. Wtedy poznaliśmy jego mieszkańców. Większość z nich miała sylwetki podobne do ludzkich oraz zwierzęce głowy, ale były tam również istoty, wyglądające jak hybrydy rozmaitych gatunków, a także zupełnie dziwaczne, niepodobne do niczego, co widziałem wcześniej w moim ośmioletnim życiu. Natychmiast zapałaliśmy miłością do tego bajkowego świata i człowieka, który był jego twórcą i strażnikiem – poza nami, nikt w Neverville nie miał pojęcia o jego istnieniu.

Następne lata naszego dzieciństwa były wypełnione magią i pasją. Całymi dniami ganialiśmy się z Dodo po lesie, zaczepiając naszych niezwykłych przyjaciół. Ścigaliśmy się wierzchem na monstrualnych ropuchach, odwiedzaliśmy nadrzewne domki, w których mieszkały wielkouche stworki, a nocami, gapiąc się w gwiazdy, snuliśmy dziecięce filozofie i przekomarzaliśmy się z człekozwierzami. Czarodziej uczył nas drobnych sztuczek, takich jak magiczne przesyłanie wiadomości, a gdy Dodo zaszywała się gdzieś z nosem w książce, ja brałem narzędzia i rzeźbiłem.

A potem nadeszły wakacje, w czasie których wypadały moje trzynaste urodziny. Potrafiłem już tworzyć figurki, niemal w niczym nie ustępujące rzeźbom Marquesa, ale wciąż ćwiczyłem pod jego okiem. Pewnego wieczoru zdradził mi swoje plany wobec mnie, a ja zachłysnąłem się pychą.

Patrzyłem wtedy, jak wykańczał kamienną rzeźbę chłopca o bawolich rogach i zapytałem, czy i jego ożywi. Przytaknął, zadowolony ze swojego dzieła, i powiedział:

– Kiedyś to od ciebie będzie zależało życie tych wszystkich istot. Dasz im je, rzeźbiąc w Żywodębie. Kiedyś, gdy nadejdzie czas.

Pomysł, który wówczas zaświtał mi głowie, zrodził się ze szczenięcej zuchwałości oraz rany, która mimo najpiękniejszych czarów, pozostawała wciąż niezabliźniona.

Wiedziałem, gdzie rośnie Żywodąb. Wiedziałem, że miały minąć jeszcze długie lata, zanim Czarodziej pozwoliłby mi w nim rzeźbić. Byłem świadomy, że nie zgodziłby się na to, co zamierzałem zrobić, że igram z czymś niebezpiecznym. Dlatego o swoich planach nie powiedziałem nikomu, głupio sądząc, że zdołam ukryć coś przed Dodo. Tamtej nocy, gdy przyłapała mnie na samotnej wyprawie do lasu, chcąc nie chcąc, została moją wspólniczką. Dlatego później, gdy przekreśliłem wszystko, co kiedykolwiek dostałem od Marquesa Greentwiga, ona również musiała pożegnać się z najpiękniejszymi latami swojego życia.

 

*

 

– Zaprowadź mnie tam. – Peter podniósł się. Spojrzał w górę, na niebo. Słońce wciąż nie uniosło się ponad wierzchołki drzew, do pogrzebu pozostawało więc jeszcze kilka godzin. Nie był do końca pewien, co zamierza zrobić, ale jedno wydawało się oczywiste: miejsce, w które Archetrypix zabrał Roya. – Być może zdążymy.

Chłopiec zerknął na niego. Coś błysnęło w jego oku – nadzieja albo łza.

– Jesteś rzeźbiarzem?

Mężczyzna milczał, spoglądając na swoje dłonie. Nawykłe do rzemiosła, poznaczone bliznami, z opuszkami o stwardniałym naskórku. Patrzył na ręce stolarza i zastanawiał się, czy po tych wszystkich latach udawania, że robi nimi to, do czego zostały stworzone, będzie potrafił przywołać dawno zapomniany talent.

– Byłem. I zawiodłem – dodał nieco ciszej, patrząc na chłopca, dzierżącego kawałek kory, maleńkie dłutko i wielkie marzenie. – Chodźmy już.

 

*

 

– Naprawdę jesteś wyrzeźbiony? – Roy po raz kolejny dotknął lisiego pyszczka, zanurzył palce w rudym futrze między spiczastymi uszami. – Tak naprawdę, naprawdę?

Archetrypix westchnął, otworzył mordkę, nadając jej kształt zbliżony do uśmiechu. Chłopiec dziwił się cały czas – od chwili, gdy przestał się bać. Kiedy niósł go przez układające się do snu miasteczko, mały darł się nieustannie, niemal nie robiąc przerw na złapanie oddechu, przez co i Lis miał duszę na ramieniu. Gdyby ktoś ich zobaczył…

– To byłaby katastrofa! – tłumaczył później chłopcu, gdy byli już bezpieczni pośród leśnego mroku. – Nic ci nie grozi, mały, musisz mi uwierzyć. Strasznie mi przykro, że cię wystraszyłem, nie chciałem tego. Ale wydało mi się to jedynym sposobem, by twój tato zechciał wejść do lasu… By nie zastanawiał się zbyt długo. My nie mamy czasu.

– Dlaczego? – Roy wpatrywał się w wirujące nad nimi kule i połyskujące w nich świetliki. Zafascynowany, powoli zapominał o strachu.

– Z powodu śmierci Czarodzieja, naszego stwórcy. Wyszliśmy spod jego rąk, a za sprawą magii zyskaliśmy życie. To pierwiastki jego duszy, które w nas tchnął…

– Pierwiosnki?

– Mam na myśli cząstki. Kawałki. To dzięki nim staliśmy się istotami z krwi i kości, choć powstaliśmy z drewna i kamienia. Ale gdy ciało Czarodzieja spocznie w ziemi, jego dusza będzie musiała ulecieć z tego świata, zabierając te kawałki, a wraz z nimi nasze życie.

– Ojejej…

– A twój tato może temu zapobiec. Jeśli dusza Czarodzieja znajdzie dla siebie jakieś inne miejsce, zanim zakopią ciało, wówczas my pozostaniemy żywi.

– Co to by miało być za miejsce, Panie Lisie?

– Żywodąb. O ile ktoś nada mu właściwy kształt.

– Mój tato?

– Tak. Tam na niego zaczekamy.

 

*

 

W pierwszym odruchu miał zamiar chwycić Roya i pobiec w kierunku miasteczka równie szybko, jak Archetrypix pognał z nim prędzej do lasu. Powstrzymał się. Porwał tylko syna w ramiona i tulił go długo. A potem, siląc się na spokój, oznajmił:

– Wracamy do domu.

Chwycił Roya za rękę i pociągnął, delikatnie i stanowczo. Starał się nie patrzeć na Archetrypixa i małego Skrzata, udawać, że ich tam nie ma. Że to tylko dziecięce fantazje, wybujała wyobraźnia.

Chłopiec zaparł się.

– Nie, tato. Pan Lis cię potrzebuje. Pomóż mu. Proszę. On nie chciał mnie przestraszyć i… jest miły.

Peter zawahał się. Czuł na sobie spojrzenia trzech par oczu i bijące z nich strach, nadzieję i współczucie.

– Kim jest ten chłopiec, tatusiu?

Nie odpowiedział. Podszedł do drzewa.

Żywodąb rozrósł się i zmienił, jednak Peter bez trudu odnalazł na nim pamiątkę tamtej nocy sprzed dwudziestu lat. Ranę, którą zdążył zadać drzewu, zanim Marques Greentwig, zaalarmowany przez któreś z leśnych stworzeń, nie wytrącił mu breszki. Mężczyzna dotknął rozległej szramy w korze, a wspomnienia wybuchły w jego umyśle, wyciskając szczypiące łzy.

Czarodziej zmaterializował się wtedy przy Żywodębie, zupełnie jakby powstał z księżycowych cieni, otaczających drzewo i dwójkę nieposłusznych dzieci. Był zmieniony gniewem, jakby wyższy, potężniejszy, o twarzy obcej, złej, wykrzywionej w grymasie, jakie Skrzat nadawał czasem demonom, które strugał w topolowej korze.

– Zawiodłeś mnie – powiedział zimno, patrząc chłopcu prosto w pałające strachem i wściekłością oczy. – Nieposłuszeństwem i brakiem rozumu. Czy wiesz, co zamierzałeś zrobić?

– A ty?! Co ty możesz o tym wiedzieć? Ja chciałem… ona nie powinna była mnie zostawiać. Rozumiesz? Nie mogła!

– To tak nie działa, Peter…

– Sam to powiedziałeś! Rzeźbiąc w Żywodębie, będę mógł dawać życie! Powiedziałeś! Że kiedyś wszystko będzie zależało ode mnie… Przecież po to mnie uczysz! Żebym był twoim następcą, żebym posiadł twoją moc… – sięgnął po leżący w trawie łom, podniósł go i zamierzył się na drzewo, by odłupać nadcięty fragment kory.

Wystarczyło, że Marques Greentwig wykonał niewielki gest, a chłopiec przewrócił się, pchnięty niewidzialną siłą. Spojrzał na groźną sylwetkę i dostrzegł w niej kolejnego dorosłego – po zmarłej matce i nieobecnym po jej śmierci ojcu – który się od niego odwrócił. Który odebrał mu nadzieję.

– Nigdy nie będziesz moim następcą, Peter. – Jego głos był jak szelest wiatru w liściach.

– Nienawidzę cię!

Pamiętał strach i wściekłość, które wówczas zalały go gorącą falą. Pamiętał swój krzyk i słowa – ciosy, które bezlitośnie zadawał w serce Marqesa Greentwiga. Pamiętał łzy i pieczenie policzków, cichy szloch Dodo i jej bezradną minę – widok równie niecodzienny, jak gniew Czarodzieja.

– Odejdź, Peterze Kid – Czarodziej uciął wymierzany w niego atak. – Odejdź stąd.

To był ostatni raz, kiedy Skrzat przebywał w zaczarowanym lesie. Następnego dnia poprosił ojca, by zapisał go do szkoły z internatem, do której wybierał się Billy Dawson, jego kuzyn.

Pod koniec wakacji trzynastoletni Peter Kid wyjechał z Neverville. Wrócił tam tylko raz, osiem lat później, gdy jego ojciec zmarł niespodziewanie na atak serca. Załatwił, co było trzeba, pożegnał mężczyznę, który dawno temu stał się dla niego obcy, i wyjechał, by na dobre zapomnieć o Neverville. Aż do dnia, w którym dostał wiadomość w różowej kopercie.

Dorosły Peter cofnął się od drzewa, przytłoczony ciężarem wspomnień, zwiesił bezradnie ręce. Poczuł małe, poznaczone pęcherzami paluszki, wciskające się w jego dłoń. Przez chwilę miał ochotę odtrącić je, odejść, zapomnieć.

A potem spojrzał w orzechowe oczy i zrozumiał, kim wówczas by się stał.

Kucnął przy małym Skrzacie i wpatrywał się w jego poważną buzię. To druga najwspanialsza rzecz, jaką dla mnie zrobiłeś, Marquesie Greentwig, pomyślał. A potem, obejmując chłopca i przyciskając go do piersi, wyszeptał słowa, których obaj potrzebowali.

– Na niektóre rzeczy nie mamy wpływu i nie będziemy mieli nigdy, choćbyśmy posiedli największą moc. Inne nadal są w naszych rękach. Czemu, u diabła, nie pojąłem tego wcześniej?

Trawa zaszeleściła lekko, gdy podszedł do nich Archetrypix.

– Czarodziej nigdy nie obiecywał ci swojej mocy. Być może nawet chciałby ci ją przekazać, ale nie miał takiej możliwości. Tak jak nikt nie może wskrzesić tego, co umarło. Ale póki ciało nie trafi do ziemi, a dusza nie uleci ku krainie zmarłych, można ją zatrzymać. Czy rozumiesz, czego on od ciebie chciał, Skrzacie? Czy wiesz, o co cię prosimy?

Peter skinął głową. Wspinające się coraz wyżej słońce liznęło go promieniem po karku, przypominając o upływie czasu. Podszedł do Żywodębu, ponownie dotknął miejsca, w którym kiedyś starał się zedrzeć korę. Rzucił okiem na niewielkie dłutko, wystające z kieszeni małego Skrzata.

– Szlag… Bez narzędzi nie damy rady.

 

*

 

– Cholera, wiedziałam, że sparciałe, dziadostwo…

Dorothy i Dodo wpatrywały się bezradnie w sflaczałą dętkę. Rdzawo-różowy rower przestał być przydatny. Słońce wspinało się ku koronom drzew. Powoli i nieustępliwie.

– Daleko jeszcze? – zapytała Dorothy, choć znała odpowiedź. Ostatecznie las nie zmienił się aż tak bardzo i za dnia całkiem nieźle mogła się w nim orientować.

– Trochę tak – odparła dziewczynka. – Na pieszo będziemy szły i szły…

– Szlag!

Kobieta wbiła palce w burzę włosów, kopnęła wściekle szyszkę. Miała ochotę kopnąć rower, ale powstrzymała się.

– Haaalooo! – zawołała dziewczynka, po czym odezwała się do Dorothy. – Wołaj ze mną, może ktoś przyjdzie nam pomóc. Niektóre ze stworzeń potrafią biegać dużo szybciej i dłużej niż ja i Skrzat, a może gdzieś w pobliżu będą Wielkie Ropuchy? Na Ropuchach dotrzemy do Skrzata raz, dwa!

Wołały dłuższą chwilę, ale nikt się nie zjawiał. W końcu Dorothy zamilkła, zrezygnowana. A potem klasnęła i zrzuciła z ramion plecak.

– Dodo, jesteś genialna! – oznajmiła, nie do końca wiedząc, czy chwali samą siebie, czy małą. Zresztą, właściwie wychodziło na jedno.

Wyciągnęła termos z herbatą, odkręciła. Smużka pary uniosła się nad nim, niosąc intensywny aromat. Pomachała dłonią, by pomóc mu rozejść się w powietrzu. Dodo zaśmiała się.

– Haloooo! Komu herbaty?!

Nie czekały długo. Niziutka postać o sympatycznym, szczurzym ryjku wychynęła zza krzaków jałowca. Stworek, niespokojnie ruszając noskiem, podbiegł do Dodo. Nieufnym wzrokiem spoglądał na Dorothy i porzucony nieopodal rower.

– Czy ona cię rozjechała? – zapytał. – Mnie też rozjechał duży człowiek.

– Argo, poczęstuję cię herbatą, jeśli znajdziesz szybko kogoś, kto pomoże nam dostać się migiem do Żywodębu. Rower się nam zepsuł. Czy gdzieś tu są Ropuchy?

– O nie, nie widziałem ich – Stworek zmartwił się, przełknął ślinę, wpatrując się pożądliwie w termos. A potem pragnienie rozjaśniło mu pamięć. – Ale on mnie rozjechał tu, niedaleko. I zostawił ten piekielny pojazd!

 

*

 

Gdy wraz ze Szczurkiem i małą wersją siebie zjawiła się na starym składaku i podała etui, Peter uścisnął ją krótko, ale niezwykle krzepko, po czym wziął się do roboty. Mały Skrzat wyściskał małą Dodo, a zachwycony Roy rzucił się Dorothy na szyję. Argo i Archetrypix pomknęli w las, by powiadomić pozostałe istoty o budzącej się nadziei. A słońce było coraz wyżej.

Polana wokół Żywodębu zapełniała się powoli cichą, bajkową obecnością. Spomiędzy drzew wyłaniały się cudowne, dziwaczne i fantastyczne sylwetki. Podchodziły i witały się z Dorothy i Peterem, który odpowiadał krótkimi skinieniami, nie odrywając się od pracy.

A gdy skończył, przeraził się, że nie zdążył. Wszystkie postaci wpatrywały się w pień Żywodębu, nieruchome, zastygłe w wyrazie podziwu. Jak posągi.

W ciszy dało się usłyszeć, jak tocząca się po policzku Dorothy łza spada na trawę.

A potem wybuchła burza oklasków. Klaskał każdy, kto miał dłonie lub łapy.

– Jest doskonały – szepnęła Dorothy, wpatrując się w wyrzeźbioną w pniu twarz. – Dobrze, że potrafiłeś przypomnieć go sobie właśnie takim.

Nieruchoma twarz Czarodzieja spoglądała na wszystkie zgromadzone wokół niej stworzenia, uśmiechając się łagodnie.

Słońce dotarło do szczytu nieba. Peter otarł pot z czoła.

– Pora się pożegnać – powiedział.

– Zaczekaj. – Dorothy podeszła do małego Skrzata, kucnęła przy nim. – Kim zostaniesz, gdy dorośniesz, Peter? – zapytała go. Chciała, by dorosły Skrzat to usłyszał.

– Artystą rzeźbiarzem.

– A ja – odezwał się stojący obok Roy – chciałbym zostać dzieckiem. Nawet gdy dorosnę.

 

*

 

Marqesa Greentwiga żegnało niewielu. Kilkoro sąsiadów, delegacja z miejskiej biblioteki, często odwiedzanej przez zmarłego, i grupka staruszków, z którymi czasami grywał w szachy na skwerku pod ratuszem.

Ksiądz jako pierwszy dostrzegł dziwaczny kondukt, który nadciągnął na cmentarz od strony lasu. Słowa modlitwy zamarły mu na ustach, twarz zbladła. Któryś z sąsiadów nieboszczyka podał duchownemu ramię, bo byłby się biedak przewrócił. Ktoś inny spojrzał za siebie, zaciekawiony, co tak poruszyło wielebnego. Inni poszli za jego przykładem.

Ktoś krzyknął, ktoś przeżegnał się.

Alejką ciągnął pochód, prowadzony przez ubrudzonego po łokcie mężczyznę o pokaleczonych dłoniach, idącego za rękę z bosą i rozczochraną kobietą w ekstrawaganckim stroju. Tuż za nimi dreptała trójka dzieci: dwóch bliźniaczo podobnych do siebie chłopców, w tym jeden w piżamie, i szczerbata dziewuszka – podobnie jak kobieta, posiadająca burzę włosów i żadnego obuwia. Za nimi dawało się dostrzec drobnego osobnika w jaskrawym surducie, który z jakichś powodów miał na sobie lisią maskę. Na jego ramieniu siedział chudy karzeł, przebrany za szczura we fraku. Dalej ciągnęli kolejni uczestnicy maskarady, choć coraz trudniej było wierzyć, że ich przedziwny wygląd to kwestia przebrania. Dawało się już dostrzec dwugłową pannę z końskim tułowiem, skrzydlatego borsuka, młodzieńca o bawolich rogach…

Niesamowitych istot było w kondukcie wiele, ale żadna nie wydawała się groźna. Wszystkie były poważne, smutne i ciche. Pochód zatrzymał się w pewnej odległości, a mężczyzna na jego czele dał znak księdzu, by kontynuował ceremonię.

 

*

 

Bill Dawson pochylił się, by wydobyć ze skrzynki stertę listów. Zaklął, gdy zimny, późnojesienny wiatr porwał ją i rozrzucił po podwórku. Mężczyzna zbierał przesyłki,  przelotnie rzucając okiem na koperty i czuł, jak nasycone wilgocią powietrze wdziera mu się pod szalik. Miał już w rękach spory stosik rachunków i ulotek, gdy podniósł osobliwy list, pozbawiony znaczka i adresu. Drobne litery, wypisane znajomym charakterem, układały się w jego nazwisko: Billy Dawson.

– Billy? Do diabła, nikt mi nie mówił Billy od dobrych piętnastu lat.

Wszedłszy do domu, porzucił zwykłą korespondencję i otworzył tajemniczą kopertę.

 

Billy,

wybacz, że przeszło rok temu zniknąłem, nie zrobiwszy dla ciebie obiecanego krzesła. Obawiam się, że nieprędko wrócę do stolarki. Właściwie, w ogóle tego nie planuję. Nie wiem, czy uznasz to za dobrą rekompensatę, ale będzie mi cholernie miło, jeśli przyjmiecie z Grace załączone zaproszenie.

Peter

 

Wsunął dłoń do koperty i wydobył zeń niewielki, elegancki kartonik. Wytłoczone na nim litery głosiły:

 

 „Tam, gdzie zawraca czas”

wernisaż  rzeźb Petera Kida

 

– A niech mnie – wymamrotał Bill, uśmiechając się.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Widzę, że według tutejszego licznika przekroczyłam limit. Zciacham te 400 znaków po weekendzie. W międzyczasie, możecie podpowiedzieć, gdzie ciąć ;)

Oczekujcie mnie, jeszcze dzisiaj.

Zbędny przecinek. 

 

Nieco onieśmielony, podkradłem się pod nie zajrzałem do środka.

A tu z kolei czegoś zabrakło po “nie” – przydałby się przecinek albo “i”. 

 

Wuj Bill był wściekły na mnie i Harrego, przecież wiesz.

Harry’ego. 

 

…przekonując do tego kilka kolejnych Burków.

Burki to raczej na polskich podwórkach ;) To nie uwaga, tylko refleksja. 

 

Gdyby nie był martwy, pewnie sparzyłby nam herbaty.

To jakiś regionalizm? Pierwszy raz się z takim wyrażeniem spotykam. Zwykle widywałam “zaparzyć”. 

 

Zawsze jest w Twoich tekstach magia, Werweno, specyficzny klimat i niezwykle plastyczne opisy, oddziałujące na wyobraźnię. Nie miałam problemu z wkroczeniem do magicznego świata Czarodzieja. 

Bardzo mi się podobała kumpelska relacja ojciec/syn oraz postać Petera, mierzącego się z konsekwencjami swoich czynów. Najmocniejsza dla mnie była scena, która rozegrała się pod żywodębem, między Czarodziejem i Peterem. Coś czuję, że zapadnie mi w pamięć. 

Za to rozczulił mnie rozjechany Szczurek <3

 

Gdybyś miała coś ciąć, to raczej bliżej początku. 

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Długo. Za długo. Dialogi skróciłbym. W odróżnieniu do gravel scena czarodzieja z Peterem jest dla mnie zbyt niejasna. Peter chciał wyrzeźbić matkę czy ściąć drzewo? Sam mam ośmioletnią córkę, więc w zachowanie Petera mogę uwierzyć, jednak mojej córce złość przechodzi po paru minutach. 

Dobre zakończenie.

Bardzo mi się podobało to opowiadanie. Idealne na konkurs – wróżę zwycięstwo. Urokliwe i pełne dzieciństwa aż po brzegi. Świetny pomysł.

Rower pomknął slalomem, a Peter raz po raz posykiwał wściekle, gdy przyczajone w mroku witki smagały go po głowie i plecach.

A jakim cudem po plecach? Tyłem jechał czy na dziecięcym rowerku przybrał sylwetkę kolarza, z nisko pochyloną głową?

Babska logika rządzi!

I ja kupuję.

Doczekałem się w końcu końców.

Coś bym… ale nie.

Brawo.

Bardzo zacny pomysł.

Wyjątkowo spodobało mi się niezwykle umiejętne przeplecenie świata realnego z baśniowym i udowodnienie, że nawet ci dorośli, którzy dawno porzucili marzenia snute w dzieciństwie, zawsze mogą do nich wrócić.

Lektura sprawiła mi tak dużą i prawdziwą przyjemność, że kiedy poprawisz usterki kliknę Bibliotekę, a nawet odwiedzę nominowalnię. ;-)

 

Idź­cie wy wszy­scy w cho­le­rę i daj­cie się wy­spać, do cięż­kie­go dia­bła! – A może: Idź­cie wy wszy­scy do diabła i daj­cie się wy­spać, do cięż­kie­j cholery!

 

tylko po ciem­ku trud­no była zna­leźć… – Literówka.

 

z gło­śnym chrup­nię­ciem od­gry­za­jąc kęs twar­de­go tosta. – …kęs twar­de­go tostu.

 

W sy­tu­acji, jaką znasz. W sy­tu­acji, którą znasz.

 

Nie cho­dzi o to, że po­mógł mi prze­trwać ża­ło­bę, ale o to, że po­ka­zał mi, jak ustrzec się błędu, jaki po­peł­nił wów­czas mój oj­ciec.Nie cho­dzi o to, że po­mógł mi prze­trwać ża­ło­bę, ale o to, że po­ka­zał, jak ustrzec się błędu, który po­peł­nił wów­czas mój oj­ciec.

 

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się do niego, jej śnia­de po­licz­ki za­pa­dły się w za­baw­ne dołki. – Wydaje mi się, że policzki mogą się zapaść na skutek wychudzenia albo kiedy straci się zęby.

Proponuje: …w jej śnia­dych po­licz­kach ukazały/ pojawiły się za­baw­ne dołki.

 

Dodo za­nur­ko­wa­ła z po­wro­tem wgłąb szaf­ki.Dodo za­nur­ko­wa­ła z po­wro­tem w głąb szaf­ki.

 

Gdyby nie był mar­twy, pew­nie spa­rzył­by nam her­ba­ty. – Czy Dodo specjalnie mówi sparzyłby, zamiast zaparzyłby?

 

Dziew­czyn­ka zdo­ła­ła od­na­leźć wresz­cie pu­deł­ko z her­bat­ni­ka­mi i za­pa­ko­wać sobie kilka cia­stek do buzi. – …w­pa­ko­wać/ wsadzić sobie kilka cia­stek do buzi.

 

Gdy zja­wi­ła się na wraz ze Szczur­kiem i małą wer­sją sie­bie na jego sta­rym skła­da­ku i po­da­ła mu etui, Peter uści­snął ją krót­ko, ale nie­zwy­kle krzep­ko, po czym wziął się za ro­bo­tę. –  Proponuję: Gdy wraz ze Szczur­kiem i małą wer­sją sie­bie zja­wi­ła się na sta­rym skła­da­ku i po­da­ła etui, Peter uści­snął ją krót­ko, ale nie­zwy­kle krzep­ko, po czym wziął się do ro­bo­ty.

 

by po­wia­do­mić po­zo­sta­łe isto­ty o na­dziei, jaka im za­świ­ta­ła. – Wydaje mi się, że świtać może np. pomysł, ale nadzieja chyba nie świta.

Raczej: …by po­wia­do­mić po­zo­sta­łe isto­ty o budzącej się na­dziei. Lub: …by po­wia­do­mić po­zo­sta­łe isto­ty, że jest na­dzieja. Albo: …by po­wia­do­mić po­zo­sta­łe isto­ty, żeby nie traciły na­dziei.

 

A słoń­ce pięło się w górę. – Masło maślane. Czy mogło piąć się w dół?

Może: A słońce wciąż pięło się. Lub: A słońce było coraz wyżej.

 

Z po­mię­dzy drzew wy­ła­nia­ły się cu­dow­ne, dzi­wacz­ne i fan­ta­stycz­ne syl­wet­ki.Spo­mię­dzy drzew

 

Ktoś krzyk­nął, ktoś prze­że­gnał się gło­śno. – Jaki dźwięk wydaje głośne przeżegnanie się?

 

dwoje bliź­nia­czo po­dob­nych do sie­bie chłop­ców… – Piszesz o chłopcach, więc: …dwóch bliź­nia­czo po­dob­nych do sie­bie chłop­ców

Dwoje to chłopiec i dziewczynka.

 

Męż­czy­zna zbie­rał prze­sył­ki, czu­jąc, jak na­sy­co­ne wil­go­cią po­wie­trze wdzie­ra mu się pod sza­lik, i prze­lot­nie rzu­ca­jąc okiem na ko­per­ty. – Mam wrażenie, że wdzierające się pod szalik powietrze, przelotnie patrzy na koperty.

Proponuję: Męż­czy­zna zbie­rał prze­sył­ki, prze­lot­nie rzu­ca­jąc okiem na ko­per­ty i czu­ł, jak na­sy­co­ne wil­go­cią po­wie­trze wdzie­ra mu się pod sza­lik.

 

Nie wiem, czy uznasz to za to dobrą re­kom­pen­sa­tę – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Peter Kid – „Tam, gdzie za­wra­ca czas”

wer­ni­saż wy­sta­wy rzeźb – Chyba masło maślane, albowiem wernisaż to uroczyste otwarcie wystawy.

Proponuję: „Tam, gdzie za­wra­ca czas”

wer­ni­saż rzeźb Petera Kida

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst jest na tyle dobrze napisany (może poza lekko kulejącą interpunkcją), że na bibliotekę w moim odczuciu zasługuje, ale… W sumie zawiodłam się. Intrygujący tytuł miał słabe zawiązanie w fabule, momentami tekst się dłużył, a całość  była mocno przewidywalna. Ja chyba po prostu nie nadaję się na czytelnika tekstów z tego konkursu ;) Za słodkie to dla mnie wszystko. Umiem docenić pióro, ale żaden tekst mnie jakoś nie porwał. Dlatego klik dałam, ale z nominacją niestety będę na nie.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Cudowna baja na dobranoc. Myślę, że gdybym dostała taką opowieść do ręki, gdy miałam osiem – dziesięć lat, przeczytałabym ją bez odrywania się.

Pięknie malujesz obrazy, fantastycznie budujesz klimat. Dla mnie, choć dzieciństwo mam już za sobą, bardzo, bardzo. 

Jedyny maciupeńki, malusi, naprawdę mikroskopijny zarzut to skojarzenie z Piotrusiem Panem. Mogłaś chociaż zmienić mu personalia wink

No i oczywiście klik!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik, ale dlaczego uważasz, że to szkodliwe skojarzenie? W końcu obydwaj mieli jakieś problemy z dorastaniem. ;-)

Babska logika rządzi!

“spieszyć” pisane przez “s” ma inne znaczenie niż to, którego chciałaś użyć :) Powinno być śpieszyć/pośpieszyć, parę razy się przewinęło.

Ładne, urokliwe i mam wrażenie, że pełne nawiązań :) (Dorothy – z Czarnoksiężnikiem z krainy Oz, zwierzątka uwielbiające herbatę – z Alicją w Krainie Czarów). Klepię biblio :)

A to przepraszam :)

A nic się nie stało. ;-)

Osobiście, jeśli muszę, wolę się śpieszyć. Jeśli jednak okoliczności zmuszą mnie do opuszczenia unieruchomionego pojazdu, mogę się spieszyć, nie przestając się śpieszyć. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finklo, nie jest to bardzo szkodliwe skojarzenie, a po prostu mój zarzut, że Autorka skorzystała z już istniejącego wzoru. Bellatrix podała więcej takich skojarzeń. Co nie zmienia faktu, że mi się bardzo.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Wiszący nad głową mężczyzny zegar tykał. W głębi domu rozległ się dzwonek telefonu, po kilkunastu powtórzeniach umilkł.

Zegar tykał.

sparzyłby nam…

A może lepiej zaparzyłby nam?

 

Przeczytałam. Bardzo ciekawy pomysł. Zgadzam się z Bemik, że historia idealna dla dzieci, jako bajka na dobranoc. Ciepła i pełna nawiązań, jak zauważyła Bellatrix, aż chciałoby się jeszcze więcej. :)

Fajnie, że bohater jest dorosły i wraca pamięcią do tego, co już było, gdy był dzieckiem. Miał interesujący pomysł, co zrobić z magicznym drzewem. Ciekawe. Dzieci jednak mają bujną wyobraźnię. Bardzo mi się podobało. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Wszystkim serdecznie i gorąco dziękuję za czytanie i komentarze :) I za wrzucenie do Biblioteki :) 

Wskazane usterki poprawiłam.

 

gravel, cieszę się, że dostrzegłas tutaj klimat i magię – bardzo mi na tym zależało, a mam wrażenie, że jakoś trudniej jest mi to osiągać przy trzecioosobowej narracji.

Miło mi też, że Szczurek spełnił swoje zadanie ;)

Nie wiem, czy sparzenie herbaty to regionalizm czy jakiś wyjątkowo mocno powielany błąd w moim otoczeniu :P Ale zmieniam, zmieniam, bo już co najmniej trzy osoby zakłuło w oczy. Dzięki! :)

 

gwidon, dziękuje za sugestie, poprzyglądam się tym dialogom. Być może ich rozwlekłość wynika z faktu, że jestem w trakcie ponownej lektury wiedźmina w ramach przygotowań do konkursu NF, więc może coś mi się w tym obszarze udzieliło od ASa ;) Choć szczerze mówiąc, jak poprawiałam kolejne wersje przed wrzuceniem to coś tam już powycinałam no i trudno mi określić, co jeszcze można…

Co do zarzutów fabularnych, to głupio mi się tłumaczyć, skoro tekst sam się nie wytłumaczył ;) Ale przecież Peter nie dałby rady ściąć drzewa łomem ;) A czy złość zbyt długo zalegająca? Chyba nie, chłopak był po srogich przejściach, został praktycznie bez rodziców, nic dziwnego, że się emocjonalnie pozaburzał (Spojrzał na groźną sylwetkę i dostrzegł w niej kolejnego dorosłego – po zmarłej matce i nieobecnym po jej śmierci ojcu – który się od niego odwrócił. Który odebrał mu nadzieję.)

W każdym razie dziękuję, że napisałeś o tych wątpliwościach, skoro się pojawiły, to dla mnie to jest rzecz do przemyślenia, czemu tak się stało.

Cieszę się, że choć zakończenie Ci się spodobało ;)

 

Finklo, dzięki! Bardzo się cieszę, że Ci się spodobało. Z wróżbami zaczekajmy, bo sądzę, że konkurencja ma sporo do powiedzenia, ale jest mi bardzo miło, że tak obstawiasz :D

Poprawiłam plecy na ramiona :)

 

shadook_a, muszę przyznać, że Twoje komantarze (w tym powyższy) bywaja dla mnie nieco enigmatyczne ;) Ale zrozumiałam “brawo”i “kupuję”, więc chyba jest okej ;)

Jeśli coś byś, to śmiało ;)

 

regulatorzy, to ogromna przyjemność wiedzieć, że się sprawiło komuś przyjemność swoją pisaniną :) Bardzo się cieszę, że Ci się podobało. Błędy poprawiłam, więc… biblioteka już jest, ale jesli nadal masz chęć odwiedzić pewne miejsca, to będę zaszczycona i szczęśliwa ;)

Wątpliwości mam tylko co do jednej sugestii: 

 

W sytuacji, jaką znasz. – W sytuacji, którą znasz.

 

Nie wiem, może ja źle rozumiem, kiedy “jaki” a kiedy “który”, ale zdaje mi się, że skoro Roy nie mógł znać tej konkretnej sytuacji, czyli śmierci matki Petera, ale znał podobną, czyli śmierć własnej matki, to chyba jednak była to “sytuacja, taka jak x”, czyli jednak “jaką”. Czy źle myślę?”

 

Tenszo, a to smuteczek :( Ale dziękuję za przeczytanie i klik mimo wszystko. Jeśli pamiętasz i mogłabyś podpowiedzieć, w których momentach były dłużyzny, to sądzę, że sporo na tym skorzystam i będę wdzięczna :)

 

bemik, cieszę się bardzo, bardzo, że Ci się bardzo, bardzo :)

Z Piotrusiem Panem i pozostałymi odniesieniami do znanych bajkowych dzieciaków,to faktycznie były one zamierzone, choć nie na zasadzie kopiowania starych wzorców, raczej zabawy symboliką i mrugnięcia okiem do czytelnika. Najpierw był pomysł, potem wykombinowałam, żeby je wpleść. Ale fajnie, że napisałaś, że Tobie to nie do końca podeszło, dobrze jest wiedzieć, że odbiór takiej zabawy może być różny. I cieszę się, że to jednak malusie i mikroskopijne zarzuciątko ;) 

 

Bellatrix, jak wspomniałam wyżej, nawiązania słusznie rozszyfrowane ;) Cieszę się bardzo, że Ci się spodobało!

 

Morgiano, Tobie przede wszystkim dziękuję za wsparcie psychiczne i motywację w trakcie pisania! Świetnie jest mieć takiego “writing buddy”, co mu posmęcić można, jak jest gorzej, i pochwalić się, jak dobrze idzie. Polecam wszystkim! :)

Cieszę się też bardzo, że spodobał Ci się efekt tej pracy :)

Powtórzenie z zegarem jest zamierzone, chodziło mi o podkreślenie ciszy i mijającego czasu, a przez to emocji, w którymi zmaga się Peter po odczytaniu wiadomości.

Oj tak, dzieci mają bujną wyobraźnię i szaloną odwagę. Jest czego im zazdrościć ;) 

 

OK, Werweno.

Przed chwilą odwiedziłam pewne miejsce. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg. to miejsce to piekło poprawnie napisanych opowiadań?laugh

Werweno, podejrzewam, że AS pisząc sagę miał wydawcę, który brał wszystko, nawet gdyby Nowa dostała 400 stronicowy dialog to też pewnie by wydali. Do dziś pamiętam dialog z jednej z książek Piekary – tak około 20 stron rozmowy o niczym.

 

Początek był dobry, te enigmatyczne liściki ciekawiły, ale potem to sie rozmyło w natłoku opisów i rozwleczonych rozmów. W sumie, gdy tylko pojawiły się wspominki o Czarodzieju, już wiedziałam, jaki kształt przybierze opowiadanie. Miałam nadzieję, że się mylę, ale nie. Trochę lepiej było, kiedy doszłam do wspomnień spod drzewa. Uczucia i emocje bohaterów nieco ożywiły fabułę. Ale końcówkę to już skanowałam z pewnym zmęczeniem.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Reg. to miejsce to piekło poprawnie napisanych opowiadań?laugh

Zaledwie przedsionek, Gwidonie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Werweno, nie dziekuj. Nie masz za co. Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

mężczyzna próbował przywołać w myślach formułkę, rymowankę, której nauczył się przed laty. Obawiał się, że nie przypomni sobie wszystkich słów, albo coś pokręci, ale w końcu(+,) skoro udało się Dorothy, musiało udać się i jemu. Wątpił, by w ciągu ostatnich dwudziestu lat korzystała z tej drogi kontaktu częściej niż on.

 

Miarowe skrzypienie huśtawki pomogło mu przypomnieć sobie rytm, wypełnić go słowami. ← potknęłam się tu – kto wypełnił się słowami, rytm czy bohater?

 

A kiedy zniknął na ścieżce, która z ogrodu Marquesa Greentwiga wpadała wprost w gęstą ścianę lasu, ruszyła z powrotem do domku Czarodzieja. ← ach, ścieżka ruszyła do domku czarodzieja? ;)

 

A ty zdążysz dorosnąć, maleńka. – Mówiła dalej, choć dziewczynka najpewniej już jej nie słyszała. ← oj, zły zapis dialogu.

 

wpatrując się w dojrzałą, wypełnioną dziwnym smutkiem, wersję swoich oczu. ← nope. 

 

Większość z nich miała sylwetki podobne do ludzkich oraz zwierzęce głowy, ale były tam również istoty, wyglądające jak hybrydy rozmaitych gatunków, a także zupełnie dziwaczne, niepodobne do niczego, co widziałem wcześniej, w moim ośmioletnim życiu. ← mimo, ze jestem zwolenniczką przecinków, usunęłabym ten przed wyglądające (choć to raczej nie błąd) i w moim (to już błąd).

 

Stworek niespokojnie ruszał noskiem, podbiegł do Dodo. ← co ma piernik do wiatraka? Albo to dwa osobne zdania, albo niespokojnie ruszał noskiem, podbiegając… czy coś takiego.

 

– O nie, nie widziałem ich(+.) – Stworek zmartwił się, przełknął ślinę, wpatrując się pożądliwie w termos. ← ja bym zaryzykowała wyrzucenie kolejnego się.

 

Ładnie napisane, choć mogłabym się poprzyczepiać więcej ;) Bardzo plastycznie opisujesz zwyczajne rzeczy, to duży plus, można wiele zobaczyć i poczuć z tego, co się czyta. Ale historii nie kupuję, bo to nie mój target – wiadomo, mnie trzeba zarzucić jakimś moralitetem i obrzuceniem ludzkości błotem. Albo w ogóle nie mówić o ludziach, jak Morgiana. Przeszkadzała mi ta “Dodo” – kojarzyła mi się z ptakiem dodo, który jest głupi i tak też postrzegałam mimowolnie bohaterkę.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Przeczytałem i jestem generalnie na tak :-). W wolnej chwili postaram się napisać coś konkretniejszego.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Fajny pomysł, tak przedstawionego dzieciństwa chyba właśnie oczekiwał zygfryd organizując ten konkurs. Dobrze napisane, chociaż pojawiło się parę dłużyzn, których można było uniknąć. Opowiadanie podobało mi się, zdecydowany faworyt konkursu :)

Reg, :D

Gwidon, może tak było ;) Tak czy inaczej raczej nieźle na tym wyszli ;) Ale tak, w kwestii dialogów na pewno sporo nauki przede mną.

Tenszo, dzięki za dopowiedzenie :)

Morgi :) 

Enazet, dzięki za wizytę! Ano, że w Twój gust nie trafiłam, to mnie nie dziwi ;) Zaraz poprawię usterki. Fajnie, że napisałaś o Dodo, nie przewidziałam takiego skojarzenia. Nie zmienię, bo już się przywiązałam, ale na przyszłość sobie notuję żeby takie zagrożenia przewidywać. Cieszę się, że pozytywy jakieś znalazłaś :)

Nevaz, fajnie że przeczytałeś! Jestem, generalnie, ucieszona i czekam na szczegóły ;)

Belhaj, dzięki za wizytę :) Nie zapeszaj proszę z faworytem ;) Ale bardzo mi miło, że tak myślisz. A gdzie dłużyzny? Może jak pozbieram Wasze sugestie do kupy to uda mi się coś tam przyciąć…

 

 

Można by skrócić niektóre dialogi. Jak już ktoś wcześniej wspomniał czasem są nadmiernie rozwleczone. Ale nie rzutuje to na odbiór całości.

Edit: Po zastanowieniu nominuję również do piórka :)

Oceniając tekst przez pryzmat konkursu, myślę że jest bardzo dobry. Sporo klimatycznych momentów pełnych niewinnego, zaczarowanego dzieciństwa. Dostrzegam grę słów, pomiędzy Peterem Panem a Peterem Kidem – w tym kontekście odczytuję również tytuł opowiadania. Lekki niedosyt pozostał – chyba oczekiwałem, że zaskoczysz mnie czymś bardziej nieprzewidywalnym. Z drugiej strony doceniam, że uczciwie i konsekwentnie trzymałaś się ram dzieciństwa. Ostatecznie w takich historiach prostota przesłania też może być walorem. Dodatkowo chciałbym pochwalić początek i koniec :). Początek za relacje ojca z synem, skutecznie wzbudzające sympatie do głównego bohatera. Koniec za piękny pochód dziwacznych stworzeń. Natomiast koniec-koniec tak sobie mi się spodobał – skróciłbym go, opatrzył podtytułem “Epilog” i ograniczył tylko do listu.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Bardzo urokliwe i nostalgiczne opowiadanie. Że ładnie napisane to wiadomo. Podobało mi się, że nie jest wszystko wyłożone od początku, pojawia się pewne odkrywanie tajemnicy, co już samo w sobie kojarzy się z dzieciństwem. A mimo tego czytelnik od razu wie, z jakiego typu tekstem ma do czynienia, udało Ci się przez cały czas utrzymać podobny klimat. Jednocześnie czuje się pozytywne ciepło (aż pozazdrościłam dzieciństwa spędzonego z leśnymi stworzeniami) i jakieś smutne rwanie w duszy.  No i poza klimatem jest sensowna – mimo stosunkowej prostoty – fabuła, a to też ważne. Jakichś szczególnych minusów nie znalazłam – nawet jeśli były, pochłonęło mnie czytanie.

Belhaj, Dzieki za nominację! Pozostałym też dziękuję, ogromnie mi miło, że uważacie tekst za godzien piórka :)))

Nevaz, Dzięki za szczegóły i sugestie :) Gry słowne zidentyfikowałeś prawidłowo, to znaczy zgodnie z tym, co autor miał na myśli ;) Ano, zgadzam się, że fabuła nie jest zaskakująca, ale też jakoś na tym mi szczególnie nie zależało w tym przypadku. Choć i tak uwagę biorę do serca – zwłaszcza, że to kolejny taki głos.

Teyami, dzięki za odwiedziny :) Cieszę się, że znalazłaś sporo plusów, a minusów szczególnych nie ;) I że wspomniałaś o emocjach, choć akurat zazdrości nie miałam na celu wywoływać ;)  

Ładna dziewczyna, to i ładne opowiastki pisze. Dla mnie trochę za słodko, a oblizywać się do opowiadania, wielce nieobyczajne. Trochę więcej krwi Werweno.

Melduję, że przeczytałam :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Gwidonie, coś mi się zdaje, że ta zasada nie zawsze działa, oraz że niewiele w niej sensu :P No cóż, ta akurat opowiastka miała być słodka, krew będzie innym razem ;)

 

Śniąca, cieszę się. Emocje rosną! ;) 

Piotruś Pan, Harry Potter, Dorotka z Oz ( bez trzewików), Czarodziej jak Kapelusznik z Alicji… ,

herbatka, rowerki itd. Tyle postaci skojarzyłam czytając to opowiadanie. Bajka, bajeczka,

bajunia – dziękuję za tę formę rozrywki. Że przydługie, że z gramatycznymi błędami – nic to.

Podobało mi się. smiley

W każdym nor­malnym człowieku tkwi sza­leniec i próbu­je wy­dos­tać się na zewnątrz.

Fajne, podobało mi się :)

Bardzo lubię Twój styl, Werweno, bo zwykle mam wrażenie, że tych opowiadań nie czytam, tylko je oglądam:) Ciepłe, bajkowe, teraz mi się podobało, ale jako dziecko byłabym zachwycona.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

tu i tam, dziękuję za komentarz :) Szkoda, że nie wypunktowałaś jakie błędy znalazłaś.  Harry’ego Pottera akurat się nie spodziewałam ;) Cieszę się, że mimo wszystko choć trochę Ci się spodobało :)

 

Anet, cieszę się :)

 

AlexFagus, dzięki, strasznie to fajne, z tym oglądaniem :D

 

Ech, magicznie piszesz. Bardzo mi się podobało, nie mam co dodawać więcej. Może tylko tyle, że zdumiałam się Twojej niefrasobliwości – spalasz (znowu) taki tekst tutaj. Dopiero po przejrzeniu komentarzy zorientowałam się, że to na portalowy konkurs. Więc pozostaje mi życzyć powodzenia.

Dzięki, ocho :) 

Nie wiem, czy to niefrasobliwość… i w ogóle mam takie mieszane uczucia teraz, bo z jednej trony cieszę się komplementem, z drugiej czuję się trochę kopnięta w tyłek ;) W każdym razie najbliższe dwa-trzy teksty nad którymi planuję pracować polecą poza portal ;)

W każ­dym razie naj­bliż­sze dwa-trzy tek­sty nad któ­ry­mi pla­nu­ję pra­co­wać po­le­cą poza por­tal ;)

Popieram.

Nie przychylam się do zdania, że tekst wyżej jest aż tak dobry, by poszedłszy drukiem zwalił czytelników w nóg, aczkolwiek gorsze teksty miewały różne wartościowe nominacje, i rzeczywiście czasem lepiej sie wstrzymać z publikacją na portalu. Sporo osób stąd zniknęło w niewyjaśnionych okolicznościach, a później odnajdywali się w książkowych antologiach.

z drugiej czuję się trochę kopnięta w tyłek ;)

 

No, mam nadzieję. :) 

Werweno smiley podobało mi się bardziej niż trochę, dopiero teraz zauważyłam, że pyknęłam nie tę ilość gwiazdek, mea culpa. Po pierwsze, primo: tak mi się czytało, że i Potter wlazł w czaszkę, po drugie, primo: “błędny” komentarz odnosił się do wcześniejszych wpisów wink. Tak fajnie się Cię “czyta”. Pozdrawiam tu.

W każdym nor­malnym człowieku tkwi sza­leniec i próbu­je wy­dos­tać się na zewnątrz.

Ale, z tego co kojarzę, ocenę można zmienić. Próbowałaś pyknąć inną liczbę gwiazdek?

Babska logika rządzi!

Kurfanna mać twoja, Werweno – ja i realizm magiczny, to za przeproszeniem, dwa warczące na siebie kundle nad ostatnim gnatem… A tu sru, wsiąkłem znów w twoją bajkę ;-)

 

Znaczy, dobre było. Pięknei użyta konwencja bajki, kilka intertekstualizmów (tylko mi parasolki i Mary Poppins brakowało). Z jednej strony szkoda, że odwołania do bajkowego kanonu kultury anglosaskiej (bo nasza tyż zajebista, a przez brak jej rozpoznawalności odświeżająca), z drugiej to dobry ruch, jeśli kiedyś chciałabyś taki tekst potraktować tłumaczeniem na angielski.

 

Z zastrzezeniem głównym przedpiśców zgadzam się: skracać. Dialogi można kondensowac, niektóre opisy, uwaga Nevaza celna o samym zakonczeniu (ta o możliwości skrócenia go do samego liściku – jego treść mówi wszystko). Ale jestem na TAK.

 

Masz talent do takiego pisania, próbuj zdecydowanie sił z drukiem – NF, Smokopolitan, w sieci jeszcze Esensja lub jakies konkursy konczące się drukowanymi antologiami. Będą cię kopać, wylewać  na łeb krytykę, kręcić nosem, ale coś z tego na pewno dla siebie wyniesiesz i wtedy zobaczymy Twoje opowiadanie w ładnym piśmie lub książce :-) Albo i całą powieść?

Znów mnie na proroctwa i wieszczenie zniosło, wybaczcie… Pora taka nocna, majowa, słowiki znów przyćpały na zaświergolenie to i się rybsko w stawie załapało.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

. Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Gwidon, ocha, Psycho – :)) Dzięki. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Ale spróbuję na pewno. Mam nadzieję, że Proroctwo Ryby się ziści :D

 

tu i tam, a to się tym bardziej cieszę :) Finkla chyba słusznie prawi, że ocenę można zmienić. Jeśli chcesz ;)

 

Kropku, witaj :)

Nie będę się przesadnie rozpisywał, bo wiele już o tekście zostało powiedziane. Od siebie dodam tylko, że nie bardzo rozumiem, dlaczego teksty na takim poziomie udostępniasz za darmo Internecie, zamiast iść z nimi do druku, ale cóż -darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda i w ogóle.

Vyzarcie, to brak wiary w siebie i totalny brak zmysłu przedsiębiorczości ;) Dobra, naprawdę obiecuję że kolejny tekst wrzucę tutaj dopiero jak nie spodoba się gdzie indziej.

Dzięki za przeczytanie, bardzo się cieszę, że uważasz, że poziom wysoki :)) 

No i zmieniłam :) z największą ochotą, dzięki Finkla. 

W każdym nor­malnym człowieku tkwi sza­leniec i próbu­je wy­dos­tać się na zewnątrz.

Tu i tam – :D

Przeczytane.

Bardzo dobre opowiadanie. Podobało mi się podejście i pokazanie dzieciństwa z kilku stron – małego Petera, dużego Petera (i odpowiednio Dodo) oraz jego syna. Przepięknie odmalowałaś zarówno bohaterów, jak i otaczających ich świat – wszystko miałam przed oczami jak żywe. Jest ciepło i słodycz, ale i odrobina goryczy w idealnie wyważonych proporcjach.

Muszę przyznać, że z niecierpliwością wyczekiwałam co za moment będzie i mimo że kilku rzeczy się domyśliłam wcześniej, nie zepsuło mi to lektury.

Do jednej tylko rzeczy bym się doczepiła. Dlaczego imiona i nazwiska nie polskie? Nic w tekście nie wskazuje, że akcja dzieje się / musi się dziać w obcym kraju. Może dziać się gdziekolwiek, dlaczego więc nie na naszym podwórku?

Ze strony formalnej – dzieciństwo jest, fantastyka jest, zbędnych traum brak, czyli jest wszystko jak być powinno. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca, dziękuję za opinię :) Pierwsza jurorska i pozytywna – szalenie mnie to cieszy :)) Co do niepolskości, to wiesz, wiedziałam, że wcześniej czy później ktoś zwróci na to uwagę, ale cóż, chyba niewiele mam na swoją obronę, w każdym razie niewiele racjonalnych argumentów. Po prostu tak to widziałam w wyobraźni, takie amerykańskie miasteczka i domki z werandami, a Czarodziej w mojej głowie był czarnoskóry, choć jakoś ostatecznie nijak o tym nie wspomniałam. Może to wina tego, co mi do pisania grało na playliście, że właśnie taki a nie inny klimat czułam, a może to, że ten motyw miałam w głowie jako zalążek czegoś dłuższego, może przyszłej powieści, gdzie miałoby to większe znaczenie? A może nie, sama nie wiem. W każdym razie próbowałam nawet przez moment myśleć o bohaterach jako Piotrze i Dorocie ale zaraz mi całe flow siadało. Nic racjonalnego, tak się chciała ta opowieść opowiedzieć i cóż ja mogłam… ;P 

 

Zygfrydzie, na Twoją opinię czekam z niecierpliwością. I na rozwinięcie Cieniokropka też oczywiście :)

Bardzo dobre! Nie planowałem sięgać do tekstów z “Fantastycznego dzieciństwa”, ale piórko i wspomnienie Tiliszy mnie do tego zachęciły. I nie żałuję, bo opowiadanie jest naprawdę dobre. W klimat wsiąkłem natychmiast i nie wypuścił mnie do końca. Do tego bardzo udane postaci, piękny styl…

No właśnie. Nie wiem czy to stricte styl, czy sposób prowadzenia narracji, czy może coś pokrewnego – w każdym razie uważam to za jeden z najważniejszych elementów profesjonalnego pisania. Są teksty, którym fabularnie nie ma nic do zarzucenia, powinny być wręcz świetne, ale mimo wszystko czyta się je jak “takie tam wprawki”, opowiadania amatorów w Internecie. Po drugiej stronie barykady są opowiadania, które jak już się zacznie czytać, to porywają, natychmiast zaczyna się postrzegać autora jako Opowiadacza-Który-Wie-Co-Robi, i daje się mu kredyt zaufania nawet kiedy pojawiają się jakieś potknięcia. I Ty zdecydowanie jesteś w tej drugiej grupie.

To jest dla mnie ta tajemnicza cecha wyróżniająca osoby, które spokojnie mogą już publikować na papierze, od tych, które najpierw powinny jeszcze popracować. A dodam, że zdarzają się i osoby publikujące, którym tego brakuje.

Tak więc – podobało mi się bardzo. Tym niemniej fabułę można byłoby trochę podciągnąć – w drugiej części wszystko idzie nieco po sznurku do z góry upatrzonego celu. Tekst jest na tyle krótki, a klimatu na tyle dużo, że to nie razi (poza tym w tej części ciekawe i mniej spodziewane są wstawki retrospekcyjne) – ale zawsze lepiej by było, gdyby tak nie było ;)

 

A z konkretniejszych spostrzeżeń:

– nie wiem, czy coś obcinałaś, ale mnie rozmowy nie wydawały się przegadane.

– ptak dodo jest niezamierzony? To mnie zaskoczyłaś. Zwłaszcza, że to kolejne skojarzenie z Alicją w Krainie Czarów – w której, swoją drogą, dodo miał być personalizacją (animalizacją?) samego autora.

– widziałem nawiązanie do Piotrusia Pana, ale Peter Kid i tak bardziej mi się kojarzył z Billym Kidem albo Karate Kid, trochę nie w klimacie ;)

– Kogoś prosiłaś o wytknięcie błędów, to ja wrzucę to, co mnie rzuciło się w oczy (i zaznaczyłem, bo nie wszystko zaznaczyłem):

––– dwa razy Marques staje się Marqesem

––– Archetrypix westchnął, otworzył mordkę, nadając jej kształt zbliżony do uśmiechu. Chłopiec dziwił się cały czas – od chwili, gdy przestał się bać. Kiedy niósł go przez układające się do snu miasteczko – stąd wynika, że to chłopiec go niósł. Nie jestem pewien kogo.

––– W pierwszym odruchu miał zamiar chwycić Roya i pobiec w kierunku miasteczka równie szybko, jak Archetrypix pognał z nim prędzej do lasu. – to “prędzej” to chyba przez pomyłkę? Bo nie rozumiem, co ma tam znaczyć.

––– kiedy ostatnia głoska zapisywana obcą literą jest zmiękczona – czyli kiedy występuje po niej i – końcówka powinna być spolszczona, a więc miejscownik i wołacz od imienia Archetrypix powinien brzmieć: Archetrypiksie. (Nowa zasada mówi zresztą, że można x zamieniać na ks we wszystkich przypadkach zależnych, ale to przecież strasznie wygląda i jest wbrew temu, że x coraz bardziej się przyswaja w języku polskim…).

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Diriadzie, bardzo się cieszę, że tu zajrzałeś, dziękuję za obszerny komentarz :)

Osobiście nie jestem pewna, czy wiem, co robię, kiedy piszę, ale to dobrze, że ostatecznie wygląda to tak, jakbym wiedziała ;) Czego przykładem, hehe, jest choćby Dodo – serio totalnie nie myślałam o ptaku, a wyszło w sumie nieźle, choć co do tego zdania są podzielone.

Dziękuje za wszystkie komplementa oraz uwagi :)

Opowiadanie zajęło w konkursie 1. miejsce.

 

Cudny tekst, który dostarczył mi wszystkiego, czego chciałem od tekstów tego konkursu. Jest dzieciństwo na pierwszym planie i to cudowne, magiczne. Jest trochę nostalgii i powrót do dzieciństwa (kolejny z bardzo lubianych przeze mnie motywów). A wszystko napisane ładnym językiem, ubrane we wciągającą fabułę i oparte na niezłych bohaterach. Nie ma się do czego przyczepić. Gratulacje :)

Piszesz bardzo obrazowo i rozwlekle. To może komuś przeszkadzać, bo akcja toczy się zbyt wolno, a kogoś innego zachwycać, bo tworzysz klimat. Tu nie ma więc problemu. Kłopot w tym, że ten styl przenosisz do dialogów. Ludzie tak nie rozmawiają ze sobą. To, jak Peter opowiada w samochodzie Royowi historię z dzieciństwa, brzmi, jakby czytał mu bajkę na dobranoc, a nie wspominał prawdziwe zdarzenia na żywo z niczego (czyli z głowy).

Zygfrydzie, dzięki! :)

 

Tfurco, dzięki za przeczytanie i obiektywną opinię – rzeczywiście nie da się tak, żeby każdy był usatysfakcjonowany ;) Stawiam na klimat, zgadza się.

Słuszna uwaga z wypowiedziami Petera. Poniekąd jestem tego świadoma – w tych fragmentach, gdzie pojawiają się jego wspomnienia, chciałam, aby Peter chwilowo przejmował rolę narratora. Rzeczywiście mogło się to odbić na naturalności dialogu, choć dążyłam do kompromisu na tym polu. Może nie całkiem się powiodło, a może znowu nie każdemu podchodzi takie rozwiązanie. Dziękuję za sugestię :)

Przeczytałam opowiadanie jakąś dobę temu i powiem ci, Werweno, że nie mogę przestać o nim myśleć. Podoba mi się dosłownie wszystko; nie dziwię się, że zajęło w konkursie I miejsce. Trochę przypomina mi opowiadania Tolkiena (”Opowieści z Niebezpiecznego Królestwa”), aż się ciepło robi na serduszku. Fantastycznie budujesz klimat, operując szczegółami i odczuciami bohaterów – tak idealnie wstrzeliłaś się w mój gust, że nie jestem w stanie dostrzec żadnych uchybień ;) I nie będę próbować.

A pierwsze zdanie po prostu mnie podbiło i nie wypuściło aż do końca!

Mer :))

Strasznie mi miło przeczytać taki komentarz :) Bardzo, bardzo się cieszę! Dziękuję :)

Piękna opowieść, piszesz bardzo obrazowo – chyba jeszcze nigdy tak nie miałam, że w trakcie czytania odgrywałam w głowie film, takie typowe amerykańskie kino. To chyba zasługa tych detali, tych rowerów, bosych stóp (moje własne mnie bolały jak przeczytałam o jeździe na rowerze bez butów), te wszystkie drobne przedmioty budujące klimat. Jestem z czytania bardziej niż zadowolona :)

kam_mod, dziękuję, miło mi niezmiernie :D Jejciu, nie chciałam, żeby coś kogoś bolało, ale skoro tak wyszło, to i przykro mi i cieszę się ;P 

Fajna sprawa, z tym filmem. Często pisanie rozpoczynam od stworzenia w głowie takiego “trailera” i takie filmowe porównanie jakoś bardzo mi pasuje. Cieszę się więc tym bardziej! Dziękuję! :)

Werwenko, rzadko to mówię, bo i okazji niewiele, ale… zazdrość.

 

Peace!

 

P.S.

Sporo jest tutaj autorów (płci dowolnej), których piórka lubię i podziwiam, ale niewielu takich, którym bym zazdrościł. Ale Tobie tego opowiadania bezsprzecznie zazdroszczę.

Powtórzę teraz coś, co kiedyś napisałem Alex: pełna profeska. To opowiadanie jest z gatunku tych, których nie powstydziłby się żaden papier. Bije na głowę wszystko, co do tej pory przeczytałem w NF. (Inna rzecz, że nie było tego znowu wcale tak wiele. Niemniej).

Historia mi się bardzo, ale wykonanie – bardziej. Na ten temat już jednak pisałem (krótko, ale szczerze) więc teraz coś bardziej merytorycznie.

Albo i nie, bo jedyne, co mam ochotę napisać, to: miazga.

Spróbuję jednak: Wykreowałaś niesamowity klimat – tajemnica, magia, Chameryka! (z jakiegoś powodu uwielbiam to tło), powracające wspomnienia… i uczucia – świetnych, pełnokrwistych bohaterów, ich chyba jeszcze lepsze drugie (pierwsze?) wcielenia, oraz cudowny „świat gdzieś obok”. Jest tutaj wiele (chwilami może nawet zbyt wiele) z bajki, trochę z romansu, szczypta grozy i nieco melodramatu. A wszystko boleśnie prawdziwe i – tak po prostu – piękne.

Dziękuję.

I jeszcze raz gratuluję zasłużonego zwycięstwa.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, moje połechtane ego nie może przestać chichotać :))

Dziekuję.

Cała szczerość po mojej stronie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Przyznam, że podchodziłem do tekstu parę razy. Raz że tag z dzieciństwem, a postaci dzieci w literaturze łatwo spieprzyć. Dwa, że na dzień dobry wspominasz o czarodzieju, co sugeruje fantasy, za którym nie przepadam. Trzy, że długość taka, że żeby na raz przeczytać, to trzeba dysponować dłuższą chwilą…

Ależ byłem głupi! Ach, Werweno, cóż to jest za opowiadanie! Z pewnością wszystko już zostało powiedziane wyżej i nie będę odkrywczy w tym, co napiszę. Malujesz słowem po mistrzowsku, tak napisana książka, myślę, że bez problemu znalazłaby odbiorców. Sprawiłaś, że polubiłem każdą z postaci, mimo że żadna z nich nie była negatywna i uniknęłaś przesadnej słodkości. Nie mogę wyjść z podziwu, wykreowałaś je cudownie. Urocza historia stała się z czasem wzruszająca, a zakończenie pozostawiło mnie z nostalgicznym uśmiechem na ustach.

Polałem lukrem jak cukiernik, to Cię zasłodzę jeszcze bardziej, a co mi tam. Może i przeczytałem jak dotąd jakiś ułamek opowiadań z forum, ale póki co, to podobało mi się najbardziej.

Pozdrawiam! ;)

Ale słodkość z jasnej strony mocy :) Dziękuję z ogromnym bananem na twarzy, szalenie mi miło i cieszę się bardzo, że tekst dostarczył Ci pozytywnych emocji :)) 

Nie będę zbyt oryginalna w moim komentarzu… 

Twoja historia bardzo mi się spodobała! Dosłownie pochłonęłam całość w kilkadziesiąt minut :D ujęły mnie te mrugnięcia okiem i nawiązania do kultowych bajek jak Piotruś Pan czy Alicja w Krainie Czarów.  Każdą z postaci wykreowałaś w taki sposób, że nie da się ich nie lubić, a nie są przy tym zbyt przesłodzone. Za to też duży plus. Nie zabrakło  mi także wzruszeń jak przy historii matki małego Petera. W dwóch słowach – cud, miód :D

Na koniec dodam, że czytając przyszły mi na myśl książki Neila Gaimana, które cechują się bogactwem, wręcz przesytem, magii i fantastycznych stworzeń. Co oczywiście działa na ich korzyść ;)

 

 

Nerisso, bardzo dziękuje za komentarz :) Tym milszy, że Gaimana ubóstwiam i jeśli coś w moim pisaniu Ci się z nim skojarzyło, to ogromny to dla mnie komplement :)

Możesz odetchnąć, bo tym razem mi się spodobało i to bardzo :D

Wspaniała opowieść. Może faktycznie ma coś z Gaimana, ale obecna tu, fajna amerykańskość przypomina mi też tło w tekstach Kinga, choćby w “Tym”. Nie dłużyło mi się ani trochę, więc ja bym nic nie ciął. Takie rzeczy chce się czytać. W fabule wszystko zagrało. Pomysł na Czarodzieja i jego istoty może nieszczególnie oryginalny, ale za to uroczy. Ogólnie kawał pozytywnej prozy, a myślę, że taką jest trudno napisać bez popadania w przesadną słodycz czy kicz. Tobie się udało. Gratuluję piórka i wygranej w konkursie :)

Uff, odetchnełam ;)

Dziękuję, fun, bardzo się cieszę, że Ci się spodobało. I że tę amerykańskość daje się wyczuć, taki właśnie klimat miałam w głowie pisząc :)

Przeczytałem.

I żałuję.

Oczywiście żałuję tego, że dopiero teraz ;)

Wspaniała opowieść, pełna klimatu, magii, nostalgii, baśniowości. Historia od początku mnie wciągnęła i nie dała oderwać od siebie aż do końca. Nie chcę już pisać hymnu pochwalnego, po prostu tekst wrzucam bez wahania na półkę tych portalowych opowieści, które najbardziej do mnie trafiły.

Ktoś wyżej pisał, że tekstu nie powstydziłby się papier. Zgadzam się ;)

Perrux, ale żeś mi podniósł ciśnienie tym żalem ;)

Dzięki! Cieszę się, że trafiam na taka zaszczytną półkę :))

Intrygujący początek – od razu udało Ci się wprowadzić magiczny klimat. Świetny, lekki język. Nie wiem, czy to temat, czy anglosaska scenografia, w każdym razie czytając miałam przed oczami gotowe kadry z filmu na podstawie Twojego tekstu ;) Co oczywiście nie jest wadą.

Wadą dla mnie była przewidywalność – ta “familijna”, kojarząca się z kinem rodzinnym fabuła była na poziomie konstrukcyjnym, np. w relacjach między postaciami dość oczywista. Szkoda, bo piszesz naprawdę dobrze, przez ten tekst się “płynie”, tylko brakuje jakiegoś zaskakującego elementu, przełamania schematu, może głębszej analizy psychologicznej postaci.

Plus za kreację niesamowitego świata lasu.

Nie wiem natomiast, co myśleć o zakończeniu. Co prawda mam wrażenie, że ten tekst miał być swego rodzaju metaforą powrotu do porzuconych, dziecięcych marzeń (marzeń o byciu artystą?), jednak ma pewne niepokojące akcenty. W miarę czytania zaczęłam myśleć, że Czarodziej tworzył te dziwne istoty dla własnej przyjemności, dla zabawy, dodając im dziwaczne cechy eksponatów z “gabinetu osobliwości” i ożywiał je również dla zabawy i mając pełną świadomość, że kiedyś umrą wraz z nim. Wielce niepokojąca metafora sztuki jak na taką “familijną” bajkę ;)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Zacząłem czytać ten tekst wczoraj, a skończyłem dziś. Już wpół do pierwszej, więc mogę klepać bzdury, ponieważ umysł zmęczony. Ale może właśnie na pograniczu jawy i snu powinno się przedzierać przez tego typu historie. Stworzyłaś taki, jakże lubiany przeze mnie klimat, taki (wybaczcie moją monotematyczność, ale dla mnie ten autor jest mistrzem), taki po prostu “Kingowy”. Małe miasteczko, dzieciaki puszczone samopas jeżdżące po okolicy na rowerach, przeżywające swoje przygody, rozterki i tragedie.

Warto było zarwać ten wieczór. Bardzo rzuciło mi się w oczy coś, o czym chyba nikt nie wspomniał w komentarzach. Mam na myśli ten motyw, że gdy Czarodziej umiera, umiera też to, co stworzył. Jakie to głębokie.  Nie wiem, czy zrobiłaś to specjalnie, czy wyszło tak samo, ale to jest sens życia. Kiedy umrzemy, trafimy do grobu to całe nasze życie zostaje wykasowane. Nasze wspomnienia, dokonania itd. Ktoś wyrzuci nasze pamiątki, albumy ze zdjęciami, to co stworzyliśmy. Wszelkie ślady naszej bytności na Ziemi zostaną wykasowane. Tak samo jest z Twoim Czarodziejem. No chyba, że znajdzie się ktoś, kto po naszej śmierci będzie o nas pamiętał (nasze dzieci lub inni ludzie, dla których byliśmy ważni), podniesie zakurzony album, najzwyczajniej w świecie będzie pamiętał. Dzięki temu to, czego dokonaliśmy nie przepadnie. 

Świetne, jakiegoś tam zagubionego przecinka nie będę się czepiał ponieważ jestem kompletnym interpunkcyjnym zacofańcem. 

Sama fabuła dość przewidywalna, tak jak mówią  również inni, taka bajeczka. Bardzo mnie jednak poruszyło to, o czym mówiłem powyżej. Niesamowicie fajnie ujęta i obrócona w dziecięcą historię prawda.

Mówiłem, że będę gadał głupoty. Idę  spać, bo dwulatek jutro rano, a raczej dziś rano nie będzie miał litości;)

 

Prześliczne!

Nie mogę się przyczepić do tekstu, to przyczepię się do komentarzy – żadne skracanie nie wchodzi w rachubę, imiona postaci świetne a zegar ma tykać dwa razy. Ma być, jak jest.

I jeśli już, to żaden Gaiman, żaden King tylko Jonathan Carroll pełną gębą.

 

Dobrze mi się czytało, choć czysto familijne (a tak te utwór odbieram) opowiadania to nie mój konik. Jednak przedstawiona nostalgia i baśnie mają urokliwy klimat, który tutaj bardzo przypadł mi do gustu. Na plus piękny opis niektórych scen, jak choćby końcowy kondukt pogrzebowy. W innych momentach niestety skakałem wzrokiem do przodu, treści bowiem zbyt mi się dłużyły. Ale podsumowując – nie żałuję lektury.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ale tu ruch ostatnio… samuraje, wszędzie samuraje! :)

 

Mirabell, cieszę się, że te kadry z filmu to nie wada, bo kojarzę, że podobne komentarze już się wyżej pojawiały. Wydaje mi się, że rzeczywiście często pisząc myślę “filmowo” ;)

Przewidywalność – tak, biorę to na klatę. To na pewno ważny kawałek do rozwoju.

Dziękuję, że podzieliłaś się refleksją o zakończeniu. Właściwie nie miało być niepokojąco. Ale dałaś mi tym do myślenia – co czytelnik może mieć na myśli ;)

 

Shagga, Tobie też dziękuję za bardzo refleksyjny komentarz. Cieszę się, że klimat przypadł Ci do gustu i miło mi, że poświęciłeś późnowieczorne godziny na Neverville. Mam nadzieje, że poranek nie był zbyt trudny ;)

 

Coboldzie, dziękuję. Piękny komplement: “Ma być, jak jest.” :))) 

 

NoWhereMan, dzięki za wizytę i komentarz :) Dobrze, że znalazły się plusy, pomimo familijności :) 

Bardzo bajecznie i sentymetalnie. Spodobało mi się, zwłaszcza, że lubię motyw lasu. Lasy w ogóle są spoko. Do tego bardzo fajni bohaterowie i ta magia dzieciństwa. Zabrakło mi jakichś zapadających w pamięć scen.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ano pewno, że lasy są spoko :) Miło mi, Dziadku, że odwiedziłeś mój – dzięki!

Werweno, jestem wielkim fanem Twojego stylu i choć tu też go widać i ukłucie zazdrości znów się pojawiło nieproszone, to całość niespecjalnie mnie poruszyła. Czytałem jednak w najgorszych z możliwych warunków, również we łbie miałem kiełbie, więc może to dlatego. Albo po prostu zupełny rozjazd gustów. Nawet nie potrafiłbym powiedzieć, co mi nie podpasowało. Na pewno widziałem drobiazgi (czytałem w niedzielę, więc już się rozmyło) – np. trzy razy, całkiem blisko siebie, Peter i Dorothy zaczynają wypowiedź od “daj spokój”. Nie żeby niemożliwe, ale… sama wiesz, jak jest :) W każdym razie bardzo to nie raziło, taka to tylko podpowiedź.

Więc tylko niekonstruktywne: przeczytałem i dzięki za tę chwilę w Twoim świecie. Wybacz, że nie mam nic ciekawszego do powiedzenia.

Vargu, cieszę się, że tu zajrzałeś i że zostawiłeś ślad. wcale nie tak niekontsruktywny, jak Ci się może wydawać – kiedyś w wolnej chwili spróbuję wyszukać ten niezgrabny dialog ;) a w przyszłości bardziej tego pilnować. Szkoda, że nie bardzo Ci podeszło. Może kolejnym razem, w lepszych warunkach i innym temacie. A za komplement w pierwszym zdaniu – dziękuję! :)))

Heh, przeczytałem całkiem sporo opowiadań z tego dość ważnego dla mnie konkursu, jednak Twoje z premedytacją pominąłem. Nie dość że pozytywne i ciepłe, to jeszcze długie – to wynikało z pierwszych komentarzy, tego Count nie znosi ;D No dobra, długość jest kwestią względną, a 50 tysi na ekranie to jeszcze można bez problemu przeczytać.

 

Teraz jednak z pewnych istotnych względów przeczytałem i cóż… mogę Ci jedynie powiedzieć, Werweno, że swojego czasu brat krytykował mnie za określanie opowiadanie słowem “piękne”. Że niby za bardzo odnosi się do widoku, by określać w ten sposób treść. A jednak to opowiadanie naprawdę jest piękne i twierdzę tak z pełnym przekonaniem :)

Choć nie ukrywam, że powolne tempo trochę nudziło XD

 

Immersja cudna, bohaterowie też przyjemni (najbardziej podobał mi się chyba Archetrypix :D), ten cały czarodziej i powrót Skrzata do czasów dzieciństwa… Fajnie to wszystko złożyłaś. Może trochę szwankował balans między rozwleczonym początkiem, a szybkim finałem (scena rzeźbienia w Żywodębie), ale to w sumie niezbyt mocny zarzut.

 

No nic – podobało się. I przepraszam za to pierdzielenie przez większość komentarza ;D

Trzym się ciepło.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Cześć, Hrabio, bardzo mi miło, że przeczytałeś i popierdzieliłeś trochę ;)

Dziękuje, biorę do serca i pochwały i uwagi o tempie.

Ciekawa jestem, co to za istotne względy skłoniły Cię, by jednak zmierzyć się z 50k ciepła i pozytywności ;)

Nowa Fantastyka