- Opowiadanie: syf. - Czerwony Dom

Czerwony Dom

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Czerwony Dom

 

I

― Dzisiaj są takie ładne… ― wyszeptał, patrząc na zakute w łańcuchy kobiety, drepczące jedna za drugą ― jak kaczki ― drogą w kierunku bramy, którą sam o świcie opuścił.

― …a jutro będą tak brzydkie ― weszła mu w słowo.

Przez miarowy łoskot kroków przebił się kwik zarzynanej świni. Gospodarze krzykiem odgonili psa, który o mało co nie przewrócił wiadra z juchą. Dzieci podchwyciły zabawę i zaczęły tłuc zwierzę kijami.

― Jutro ich nie będzie ― stęknął. W jego oczach stanęły łzy. ― Nie ma jutra.

― Skończ to pieprzenie ― odparła ― i weź się w garść.

― Nie byłaś za murem. Nie byłaś w lochu…

Kobieta nic nie odpowiedziała. Popatrzyła z politowaniem na brata ― wychudłą karykaturę człowieka, rok temu tak butnego i aroganckiego, a dzisiaj przestraszonego własnego cienia.

Zmarnowali cały ranek nad brzegiem fosy okalającej twierdzę, bo Ralf nie był w stanie pożywić się na koniu. Bez opamiętania wepchnął w siebie wszystko, co miała do jedzenia, a potem dostał biegunki. Później zaś zemdlał. A następnie…

― A taki kiedyś byłeś odważny ― rzuciła znudzona. ― Jak byłam młodsza, widziałam w tobie bohatera.

― Męczyli wszystkich z kompanii ― zaczął opowiadać, gapiąc się gdzieś w niebo. ― Ja musiałem na to patrzeć. Greta, Bruno, Mars, Guillaume, Francesca…

Zasmarkał się, wyliczając imiona.

― Trzeba było nie bawić się w spiskowców.

― Ty suko ― wrzasnął.

Uderzyła go w twarz.

 

*

Kamienne mury stolicy prowincji budziły respekt i poczucie bezpieczeństwa.

Na iglicach baszt, przyozdobionych niegdyś królewskimi barwami, powiewały imperialne proporce. Za blankami migały głowy kuszników. Zza fortyfikacji zaś wystawały spiczaste wieże budynków, dzwonnice i sygnaturki świątyń, szczyty kamienicznych kominów. Od lewej w kierunku głównej bramy zachodził utwardzony zadbany trakt, od prawej miasto opływała rzeka.

Można było odczuć spokój i bezpieczeństwo.

Robotnicy tymczasem zwozili z lasu naręcza chrustu.

 

*

― To jest twój brat? ― zapytał August, kiedy Ralf poszedł już do wynajętego w karczmie pokoju.

W karczemnej izbie nie było zbyt wielu osób. W powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach przypalonych skwarek i smród starego kota, grzejącego się przy palenisku. Goście z ciekawością lub pewnym zażenowaniem spoglądali na młodą kobietę w towarzystwie barczystego mężczyzny. Ona nie wyglądała na skromną żonę w podróży, on zaś na kochającego męża.

― Tak ― odparła Angelika. ― Trochę się zmienił. Czerwony Dom zmienia ludzi. Myślałam… miałam nadzieję, że go jednak to ominie.

― Jak w związku z tym widzisz kwestię wywiązania się z umowy z Magistrem?

― Nie wiem. Musimy poczekać kilka dni, zobaczyć, czy Ralf dojdzie do siebie.

― Możemy poczekać. Nie spieszy się ― mruknął mężczyzna. ― Przynajmniej na razie.

 

*

― A był to taki ładny kraj ― westchnął Lorche, zamykając okno. Smród płonących na stosach ciał oznajmił nadejście wieczornej pory. ― Wystarczył splot pechowych okoliczności i głupi wypadek.

― Sądzisz, że to był wypadek? ― zapytał gość.

― A po co czarnoksiężniki miałyby mordować imperatora? ― Lorche wzruszył ramionami, a potem nalał sobie i rozmówcy wina. ― A zresztą co to za imperium, które pakuje władcę wespół z dziedzicem i marszałkami do jednego portalu…

― No i zobacz. Nowy imperator wziął wszystkich za mordę. Wystarczyły dwa lata i magów praktycznie nie ma. Sekt nie ma. Cudotwórców i wróżbitów też.

― Nie ma też wielu przypadkowych ludzi ― wtrącił Lorche. ― Myślisz, że na tych stosach to płoną wyłącznie spaczeni magią? Pisałem niedawno raport o agentach tajnej policji, którzy podrzucali swoim prywatnym przeciwnikom księgi i artefakty, żeby się ich pozbyć. Inni brali w łapę za usuwanie konkurencji, przykładowo, handlowej.

― Naprawdę? ― Gość się roześmiał. ― I gdzie ten raport?

― W piecu. ― Lorche upił wina. ― Góra nie zaakceptowała wniosków i kazała je zmienić. Gdzie drwa rąbią, tam lecą wióry.

― Wracając do poważnych tematów. Słyszałeś, że niejaki Ralf van Eyck opuścił twierdzę?

― To on jeszcze żyje?

― Prześlizgnął się jak szczupak między pieńkiem a toporem.

― Gówno zawsze na wierzch wypływa ― przytaknął Lorche. ― Ale po co właściwie mi o tym mówisz?

― Powinieneś mieć go na oku. Dwór imperatorski nie byłby zadowolony, gdyby nazwisko van Eyck znów wypłynęło przy okazji jakiejś intrygi. ― Po chwili dodał: ― Na dłuższą metę najlepiej by było, gdyby ten wichrzyciel zniknął na zawsze.

― Świetnie. ― Lorche popatrzył z niechęcią na rozmówcę.

― Ale uważaj, bo musi stać za nim ktoś wpływowy. Z Czerwonego Domu zazwyczaj nie wychodzi się na własnych nogach. Odwiedź nas kiedyś w stolicy.

 

*

― Strzeżcie się! ― kapłan, odziany w białe szaty z czerwonymi zdobieniami, krzyczał z podwyższenia na skraju placyku. ― Jad czarnoksiężników wciąż sączy się z ust ich akolitów! Beneficencji podłego porządku łakną powrotu zła, by znów zawładnąć waszymi duszami! Strzeżcie się i informujcie świątynną straż o tych osobnikach, którzy budzą wasze wątpliwości…

August von Blocke ― syn chorążego koronnego Albertusa von Blocke, który poległ u boku ostatniego króla Casimira, co ostatecznie przypieczętowało rozpoczęcie szalonego okresu bezkrólewia, calamitatis regnum, po którym nastało imperium ― z zimnym spokojem patrzył na kapłana, coraz zapalczywiej nawołującego do wyrwania chwastu zdrady. Mężczyzna przyglądał się rysom jego twarzy, zapamiętywał je, wyobrażał sobie, jak zostaną zdeformowane bólem nadziania na pal lub powolnego gotowania żywcem…

― Gdzie leziesz, ofermo! ― ryknął na niego wieśniak z wózkiem pełnym jajek.

― Spierdalaj, kmiocie.

Stanął na skraju zaułka i oparł się ręką o wilgotny mur. Ogarnął go wstyd na myśl o tym, co historia zrobiła z rycerstwem, a tym samym ― czym również i on się stał. Niegdysiejszy kwiat królestwa stoczył się, zaczął mówić językiem plebsu, zaczął myśleć jak hołota. A czymże jest kraj bez elit?

Mężczyzna otrząsnął się i ruszył przed siebie.

 

*

― Mam dla ciebie dobrą wiadomość ― zaczęła Angelika.

Ralf leżał na sienniku, skulony jak ślimak. Gapił się przez okno na niebo. Obok niego stała miska z nieruszonym jedzeniem.

― Francesca żyje ― kontynuowała kobieta.

― Co? Jak to?

― Jest taki człowiek, bardzo wpływowy ― cedziła słowa ― który w geście dobrej woli dołożył wysiłku, by ją ocalić.

― Mów! ― Ralf zerwał się w kierunku dziewczyny, ale stracił równowagę i upadł na deski. Potem chwycił za poły jej koszuli. Wyszeptał przez łzy: ― Gdzie ona jest?!

― Cii… ― Angelika głaskała go po głowie. ― To nie ode mnie zależy. Wszystko w swoim czasie.

 

*

August zgodnie z wytycznymi udał się na miejsce spotkania z ludźmi Magistra.

Opuszczony młyn na skraju lasu nie wyglądał zbyt zachęcająco. Butwiejące koło wciąż jeszcze się obracało, wydając przykre dla uszu skrzypienie. Dach budowli częściowo jednak się zapadł. Podwórko przed budynkiem zarosło niskimi drzewkami.

Mężczyzna ukrył sztylet pod narzutą i wszedł do środka.

Wewnątrz było zupełnie ciemno. August usłyszał cichy wdech i pierwszą część hasła:

― Krew na waszych rękach…

― …splami głowy waszych dzieci ― odparł.

Ktoś skrzesał ogień i zapalił małą lampkę. W słabym świetle August dostrzegł, że okienka izby przesłonięto materiałem. W kątach czaiło się czterech mężczyzn, wszyscy z kuszami. Pod ścianą zaś leżało coś, co nazbyt wyraźnie przypominało trupa. W powietrzu zresztą unosiła się, zmieszana ze smrodem stęchlizny, słodkawa woń krwi.

― Ktoś najwyraźniej zaczął interesować się tematem pana Ralfa ― powiedział człowiek Magistra.

― Skąd wziął się ten trup?

― No jak: skąd. Wypytywał o waszego chłopaczka, a myśmy się o tym dowiedzieli. To szpicel lokalnego Magistratu Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

― Sporo wiecie?

― Wiemy. Dlatego szpicel leży martwy, a mu tutaj rozmawiamy.

― Nikt się nim nie zainteresuje?

― Pewnie będą węszyć, ale tak się składa, że nic nie znajdą. Wy w każdym razie póki co możecie być spokojni. Zmieni się natomiast formuła naszych spotkań, o ile będą jeszcze potrzebne.

― Będą ― zapewnił August. ― Ralf to galaretka, która boi się własnego cienia. Trzeba będzie zaaranżować spotkanie z tą dziewczyną…

― …Francescą ― dokończył. ― Tak myśleliśmy. Załatwimy spotkanie, ale potem Ralf musi się zgodzić na udział w dalszym planie. Wtedy przekażemy wam resztę informacji. Nie muszę mówić, że jeżeli coś nie wypali, to Magister może być bardzo niezadowolony, prawda?

― Rozumiem ― odparł August. ― Ralf spotka się z dziewczyną i będzie współpracował. Ręczę za to.

Mężczyźni uzgodnili sposób porozumiewania się w przyszłości i jeden po drugim zaczęli opuszczać stary młyn.

 

*

Ralf śnił o Czerwonym Domu.

Jego myśli miękły jak kromka chleba na zawilgoconej posadzce, wola gasła jak wypalona świeczka, ciało sztywniało jak u trupa, wyrzuconego na śnieg. Mężczyzna znów był wleczony ciemnym korytarzem z pokoju przesłuchań do celi, z celi na galerię, skąd oglądał przesłuchania innych, z galerii na ławę pod szafotem, gdzie krwawo kończyli żywot przeciwnicy imperium. Na podobieństwo wiatru, niosącego odległy zapach, powróciła refleksja, którą musiał wysnuć, kiedy jeszcze nie pozbawili go rozumu ― Czerwony Dom musiał kiedyś być po prostu domem dla obłąkanych; potem zaś przyszedł imperator, wypuścił ich z cel i dał im do rąk narzędzia tortur.

Ralf śnił również o Parzątku.

Ten potwór w tłustym ludzkim ciele pracował w kuchni katowni. Śledczy oddali mu Gretę, kiedy już wszystko z niej wyciągnęli. Potem zaś prowadzali Ralfa do owej kuchni, by pokazywać mu, jak oprawca znęca się nad dziewczyną, polewając ją wrzątkiem.

― Dowiemy się od was wszystkiego ― mówili wtedy. ― Nie miejcie nadziei, że wyjdziecie stąd żywi.

Po kilku dniach Parzątko wrzucił związaną Gretę do kotła z gotująca się wodą.

Ralf się obudził.

 

*

― Dlaczego ja wyszedłem stamtąd żywy? ― Ralf chodził po pokoju z nożem w ręku. ― Dlaczego, pytam!

Angelika stała w kącie pomieszczenia,

― Ralf ― powiedziała cicho. ― Uspokój się, proszę.

― Nic się nie uspokoję. Jestem częścią jakieś gry. Ja nie chcę w nic grać! Rozumiesz?

― Usiądź.

― Ja już w niczym nie chcę brać udziału. Nie chcę.

Otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł August.

― Odejdź ode mnie ― jęknął Ralf, kierując ostrze w kierunku przybyłego.

― Czego ty się drzesz. Pół miasta zaraz tu się zleci ― syknął rycerz.

― Nie zbliżaj się do mnie!

― Nie bij go!

August szybkim ruchem chwycił Ralfa za dłoń, dzierżącą broń; szarpnął i zdzielił go barkiem w klatkę piersiową. Ostrze upadło na ziemię, a pozbawiony oddechu chłopak zatoczył się przysiadł na łóżku. Angelika przy nim kucnęła, odpychając rycerza.

― Nic ci nie jest?

― Ktoś już się nami zainteresował ― powiedział August. ― Nie ma czasu na mazgajenie się.

Ralf się skulił.

― Angelika ― rzucił rycerz. ― Wyjdź stąd.

― Słucham?

― Wyjdź, powiedziałem. To będzie męska rozmowa.

 

*

― Odgońcie tego pierdolonego psa! ― krzyknął Lorche.

Zwierzę rwało zębami flaki wylewające się z zarzuconego na płot trupa. Nie reagowało na światło i głosy ludzi. Przepędził je dopiero cios okutą pałką. Z jękiem, unosząc w pysku porwany w ostatniej chwili kawał wątroby, pobiegło, by skryć się w ciemności przylepionych do muru miejskiego magazynów.

― Znalazł się nasz informator ― powiedział Brumberg, oficer lokalnej tajnej policji. ― Myśli pan, że to dzieło tego Ralfa i jego wesołej kompanii?

― Jego wesoła kompania ― zaczął Lorche ― już dawno zgniła w którymś z kopców, które rosną po lasach dookoła Czerwonego Domu.

― Musi być ktoś trzeci, kto gra z nami w kotka i myszkę.

― Najwyraźniej tak. ― Lorche pokiwał głową. ― Mam zatem dla was dobrą radę. Weźcie się, kurwa, do roboty albo następnym razem to wasze truchła zawisną na płocie.

 

*

― Jesteście szaleni ― wymamrotał Ralf. ― Dlaczego nie możemy po prostu zapomnieć o tym kraju, o królestwie, o przeszłości i wyjechać… Nie wiem, daleko, do Republik Kupieckich?

Świtało. Przez uchyloną okiennicę do pokoju wlało się blade jak rozcieńczone mleko światło i zmieszało z żółcią świec. Z kątów powyłaziły pokraczne cienie.

― Naprawdę chciałbyś porzucić ojczyznę? ― zapytał August.

― Ja…

― Zobacz ― powiedział rycerz, podszedłszy do okna.

Za rzeką szumiały wierzby i dogorywały stosy. Wiatr co i rusz podnosił z pogorzelisk iskry, którymi sypał w twarze zaspanych strażników, odcinających od pali sczerniałe truchła. Mężczyźni machinalnie rąbali zwłoki na kawałki, mieszczące się do worków. Wypchane wory zaś układali na wozie.

― Chcesz pozwolić, by to trwało?

― Ja to już widziałem… Ja byłem obok.

― Myślisz, że tam płoną czarownicy? Magowie, guślarze albo inni czarujący?

― Ja się po prostu boję! ― krzyknął Ralf. ― Ja po prostu nie chcę, żeby mnie poniżali, torturowali, a potem zabili jak psa!

― A cudza śmierć cię nie mierzi? Zabijanie niewinnych ludzi z powodu nienawiści do wymyślonego wroga? Imperator z roku na rok coraz bardziej szaleje.

Ralf nie odpowiedział. Nalał sobie więcej wina i upił.

― W tym mieście jest pewnie jeden człowiek, zdolny czarować. Ty nim jesteś i wszyscy…

― Co?

― …wszyscy ― nie dał sobie przerwać August ― którzy płoną na stosach, giną tak naprawdę, byś ty mógł ocaleć i spełnić swoją rolę.

― Przecież ja nie potrafię czarować.

― Przestań kłamać. Masz w sobie magię. Angelika była świadkiem, jak zdarzało ci się czarować. Będziesz musiał nauczyć się tej sztuki.

― Co wy właściwie ode mnie chcecie?

― Jest człowiek, który podziela nasza misję. Wie, gdzie znajduje się grobowiec twojego dziada oraz jego magiczne artefakty. Z ich pomocą być może będziesz w stanie okiełznać magię i obalić imperatora. Głęboko na prowincji ukryty jest królewski dziedzic, dzięki któremu będzie można restaurować prawowitą władzę. Rozumiesz? Inaczej na zawsze możemy pozostać pod butem krwawego imperatora.

― A Francesca? ― zapytał Ralf. ― To jest karta przetargowa w waszych rękach? Szantaż?

― Nie w naszych ― odparł August. ― My jesteśmy tylko pionkami. Magister to prawdziwy gracz. To on ocalił ciebie oraz Franceskę od śmierci w lochach Czerwonego Domu.

― Za dużo tego wszystkiego dla mnie… Wczoraj wyszedłem z trzewi śmierci, by dowiedzieć się, że jutro znów mam narażać życie dla sprawy, w którą już przestałem wierzyć.

― Nie wierzysz w królestwo?

― Wierzę wyłącznie we własne zgnojone życie. I życie Franceski. Tylko dlatego wam pomogę.

 

*

― Myślisz, że się uda? ― szepnęła Angelika.

― Nie wiem, ale to ostatni moment, żeby się wycofać. ― mruknął August, ściągając z dziewczyny koszulę. ― Chcesz się wycofać?

― Nie ― jęknęła, czując jego język na szyi. ― Jak nie my, to kto?

― Nikt…

Zaskrzypiały drzwi do stajni.

― Kurwa ― ktoś wymamrotał. ― Tylko koniów mnie nie postraszcie.

Potem wyszedł.

Para zaczęła się śmiać, a potem August rzucił Angelikę na rozpostarty na sianie płaszcz.

 

*

Leżeli wtuleni w siebie.

― Przypomniałam sobie, jak mój brat i jego przyjaciele zaczęli parę lat temu działać na rzecz wolności. Przystojni chłopcy i te wyzwolone dziewczęta, jeżdżące konno, czytające książki i ćwiczące szermierkę. Zbierali się w naszym domu rodzinnym i dyskutowali o tym, że trzeba przekonać mieszczaństwo do upomnienia się o swoje prawa, inni mówili, że należy zanieść żagiew narodowego ducha pod chłopskie strzechy… Nie śmiej się ― kontynuowała Angelika. ― Naprawdę używali takich słów. Ja byłam trochę za młoda, więc tylko się im przysłuchiwałam. Byli tacy pewni siebie i ufni, że tak można, że władza im pozwoli na krytykę i działania. Zaczęli wyciągać ludzi na ulicę. A potem był ten wypadek, pierwszy imperator zginął i okazało się, że jego brat jako nowy samowładca może wszystko. A człowiek….

― …a człowiek znaczy mniej niż kostka bruku ― dokończył August. ― Wiem. Dlatego musimy spróbować.

August o świcie wyjechał z miasta.

 

*

Lorche, syn stajennego i szwaczki, stał w oknie i popijał wino z ze srebrnego kielicha, zdobionego herbem jakiejś szlacheckiej rodziny. Teraz tacy jak on przejęli władzę, stanowili prawo, zabierali majątki. Bili. Mężczyzna czuł, że w związku z tym spoczywa na nim pewna odpowiedzialność za losy tego kraju – starał się wykonywać sumiennie swoją pracę, nauczył się poprawnej gramatyki. Gminne pochodzenie dawało jednak czasem o sobie znać, czego nie mógł przeboleć.

Stał w tym oknie i zastanawiał się, kim by był, gdyby nie imperator. Stajennym, pastuchem, trupem porzuconym po jakiejś potyczce, bandytą… kimś wykluczonym przez poprzedni system. Teraz, jak przystało na syna tej ziemi, mógł służyć ojczyźnie – pochwycić van Eycka.

 

 

II

― Nareszcie wróciłeś ― powiedziała Angelika, kiedy August blisko dwóch tygodniach nieobecności stanął w progu pokoju.

Kobieta wstała i się do niego przytuliła.

― Co z twoim bratem? ― zapytał.

― Uspokoił się. Perspektywa spotkania z Francescą wyraźnie go wzmocniła.

― Ja załatwiłem sprawy z moimi ludźmi poza miastem. Będą gotowi na nasz sygnał.

― Były jakieś wiadomości od Magistra?

― Tak. Jutro zmieniamy kwaterę. Ralf dostanie dwa dni z dziewczyną i ruszamy na grobowiec. Sługus Magistra mówił, że trzeba się pospieszyć, ponieważ tajna policja również zaczęła się interesować skarbami po waszym dziadzie.

― Szkoda, że to nie ty jesteś dziedziczką magicznych mocy. Wszystko byłoby prostsze.

― Niestety ― odparła Angelika, krzywo się uśmiechając. ― Los dał mi rolę statystki, wiecznie na uboczu, zawsze pokrzywdzonej czynami głównych aktorów.

 

*

― Kim jest ten Magister? ― zapytał Ralf, kiedy opuścili karczmę.

― Nie wiemy. Pomaga osobom zaangażowanym w sprawę.

― Widzieliście go chociaż?

― Raz go spotkałem. Poza tym tylko jego ludzi.

Ulica przywitała ich krzykami i gwarem. Kwiczały pędzone na pole świnie, stadko gęsi poderwało się do nieudolnego lotu, sypiąc dookoła piórami, rozpędzone przez narowistego chłopskiego konia. Na wozie zatrzęsły się popakowane w szmaty sery. Ktoś kogoś zdzielił kijem, ktoś coś ukradł, kogoś ugryzł pies.

Ponad harmider wybijał się jednak głos herolda.

― Osoby ujęte w zeszłorocznym spisie miejskim, którym rada miasta wydała kartę obywatelską, mają stawić się w dniu dzisiejszym na Rynku Zbożowym celem odebrania jednorazowej zapomogi.

― Brawo! Brawo! ― ciżba zaczęła wznosić pochwalne okrzyki.

― Z rozkazu miłościwie nam panującego imperatora ćwiartka od każdej złotej korony odebranej oficjelom dawnej skorumpowanej administracji królewskiej, czarownikom, zdradzieckiej arystokracji i innym sprzedawczykom, wrogim ludowi i krajowi, przekazana zostanie tym, których poprzednia władza bezlitośnie łupiła! Wam!

― Nieźle ― zażartował Ralf. ― Może i my się ustawimy?

― A kartę masz? ― zapytała Angelika.

― No zobacz, musiała się zgubić w Czerwonym Domu. Napiszę do nich pismo, wzywające do jej wydania.

― Ale się nagle odważny zrobiłeś… ― rzucił August.

― A mam jakiekolwiek wyjście?

― Nie masz. Racja.

 

*

― Szanowny panie Lorche ― zaczął od progu oficer straży Brumberg.

― Czego?

Mężczyzna przewalał sterty papierów i ksiąg. Na stole rozpościerała się stara mapa. Nad pracą czuwała pusta karafka.

― Nasz wspólny znajomy ze stolicy kazał przekazać panu informację, że przez przypadek natknął się na niejakiego pana van Eycka, w pośpiechu opuszczającego miasto Mostem Wschodnim.

― To są jakieś żarty. Kurwa ich wszystkich mać! ― ryknął Lorche. ― Zbieraj ludzi. Musimy jechać! Byle szybko!

― Nasz znajomy mówił również, że w trosce o bezpieczeństwo stanu wysłał za nimi paru swoich ludzi.

 

*

― Ładnie tu ― powiedziała Angelika.

Stali we dwoje na pomoście. Przed nimi rozciągało się spore jezioro. Wzdłuż linii brzegu stała nieregularna zabudowa rybackiej osady.

Podróż do tego miejsca zajęła kilka dni, ale ― według wiadomości od łącznika ― miało ono stanowić dobrą bazę wypadową do grobowca starego van Eycka.

― Prywatna wieś ― skomentował August. ― Za Magistrem musi stać poważny kapitał i wpływowi ludzie.

― Nie zaprzątajmy sobie dzisiaj tym głów. Zobacz. ― wskazała na dwoje ludzi w oddali. ― Jak ciebie nie było, między wierszami wypytałam Ralfa o to, w jakim stanie mogłaby być Francesca. Wiesz, żeby też zaczął o tym myśleć i się przygotował.

― No?

― Wygląda o wiele lepiej, niż powinna. Myślę, że musieli ją leczyć magią.

Kilka mew krążyło nad plażą, gdzie schły rozwieszone sieci. Ich krzyk niósł się nad wodą, by zniknąć w ciemnej czeluści boru.

― Magią? Naprawdę?

― No chyba nie myślisz, że imperator wyłapał wszystkich czarujących, a pozostał tylko jeden, i to jeszcze ukryty w Czerwonym Domu, rodzynek w postaci mojego brata?

― Pewnie masz rację.

― Ralf mówił, że nie potrafi panować nad magią, a teraz okazuje się, że idzie mu całkiem dobrze.

― Jak byłam mała, dziadek opowiadał, że to nie jest do końca tak, że musisz się uczyć magii. Pokazywał mi jakieś alchemiczne roztwory, dziwne mapy i mówił, że to są sztuki, które wymagają czasu i poświęcenia. Czary to wola. Musisz mieć cel, który chcesz zrealizować. Najwyraźniej Ralf dzięki Francesce zapanował nad magią.

― Obyś miała rację.

Stali i patrzyli na jezioro.

― Na początku tego wszystkiego… ― zaczęła po dłuższej chwili dziewczyna ― kiedy jeszcze imperator obawiał się otwarcie wystąpić przeciw tradycji, my ― gorzko rzuciła ― kwiat tego kraju, myśleliśmy, że jak tylko wstaniemy z krzeseł, będziemy mogli zmienić rzeczywistość; że jesteśmy nietykalni; że bez elit nie można rządzić krajem.

― Zabawne ― powiedział August. ― Mnie też niedawno przeraziła ta myśl.

― Okazało się, że imperatorowi wystarczą jacyś nieudacznicy, wyciągnięci spośród plebsu i chamstwa, których wystarczy karmić nienawiścią jak psa. Pamiętam te spotkania, te wyniosłe mowy, wizję wielkiego sukcesu. Gdybym wtedy była trochę starsza, pewnie podzieliłabym los przyjaciół Ralfa. Mimo to czuję, że muszę zaangażować się w sprawę.

― To honor.

― Nie chcę już używać napuszonych słów. Chyba po prostu tak trzeba.

 

*

― Już czas. ― August wyswobodził się z objęć Angeliki, słysząc pukanie do drzwi izby.

Dziewczyna otworzyła oczy i wstała. Ubrali się, szybko coś zjedli i przygotowali do wyjścia. Mężczyzna wsunął na siebie kolczugę i pancerne naramienniki. Przygotował miecz.

― Myślisz, że będzie potrzebne całe to żelastwo? ― zapytała.

― Nie wiem. Nie zaszkodzi.

― Jak uważasz.

Wyciągnęła z kufra lekką szablę. Ciasno upięła włosy, a potem narzuciła na plecy ciepłą pelerynę.

― Ładnie wyglądasz w podróży ― powiedział August.

Dziewczyna się uśmiechnęła.

Wyszli.

Słońce zachodziło, rozlewając czerwoną poświatę na tafli jeziora. Na placyku zebrało się około piętnastu osób: Ralf, Angelika i August, ludzie Magistra wraz z badaczem, który miał ustalić położenie grobowca oraz rycerscy synowie.

― Plan jest następujący ― zaczął mówić człowiek Magistra. ― Nocą przemierzymy odcinek Traktu Południowego do starej twierdzy Rijn. Droga nie jest uczęszczana, więc nikt nie powinien tam nas zauważyć, a potem znikniemy w lasach za zamczyskiem. Zgodnie zaś z tym, co mówi pan Proctor, do celu powinniśmy dotrzeć za jakieś trzy dni.

― A jak się panu udało ustalić to miejsce? ― Ralf zaznaczył swoją obecność. ― Dziad był bardzo skrytym człowiekiem.

― Analiza, szanowny panie, wielu dokumentów o charakterze, hmm, finansowo-logistycznym…

― Porozmawiacie sobie w drodze. Ruszamy!

― Panowie! ― zaczął August. ― Przed nami droga, na końcu której znajdziemy albo wyzwolenie ojczyzny, albo śmierć. Stąd nie ma już powrotu. Zostaliście naznaczeni ciężkim brzmieniem troski o tradycję, przyszłość i dobro kraju. Nie ma lepszych od was. Tyrania upadnie!

― Upadnie!

― Upadnie!

 

*

Stary trakt graniczny powoli, z roku na rok niknął pod naporem bukowego lasu. Wciąż jednak pozwalał na zachowanie kierunku i tempa marszu. Ludzie Magistra jechali na czele, zachowując milczący spokój. Zaraz za nimi ― pogrążeni w cichej rozmowie Ralf i Francesca. Pozostali podnieconymi głosami roili o czynach przyszłości i powrocie tradycji.

― Jesteśmy na miejscu!

Na niewielkim wzniesieniu, pośród skał, sterczała stara wieża obserwacyjna, mocno już nagryziona zębem czasu. Na pokruszonych blankach zasiadło stado kruków, bacznie przyglądających się zebranym. U podnóża budowli walały się resztki małych kości i strzępy futra, kamienie nikły po hałdami ptasiego łajna. Pióra wirowały na wietrze.

― Kraaa! Kraa!

― Podejrzewałem dziadziusia o trochę większy rozmach ― rzucił Ralf.

― Zgodnie z tym, co udało mi się ustalić ― zaczął przewodnik ― magia uczyniona przez potomka Melchiora van Eycka otwiera wejście…

― Tak ― przerwał mu Ralf, gładząc Francescę po dłoni. ― Już to mówiłeś. Jaki jest plan, mam już teraz próbować, czy rozbijamy obóz i próbujemy tam wejść z rana?

― Kraa!

― Lepiej z rana ― powiedział człowiek Magistra. ― Trudno powiedzieć, co tam zastaniemy.

― Kraa! Kraa!

― Ale skurwysyny skrzeczą ― ktoś skomentował. ― Odjedźmy kawałek od wieży, bo nie dadzą nam spać.

Mężczyźni powiązali konie i zostawili je pośród drzew. Potem zaczęto szykować obozowisko.

Jeden z ptaków w międzyczasie sfrunął z wieży i usiadł Angelice na ramieniu.

― Kraa!

― Sio! ― August machnął ręką.

Ptak podskoczył, ale po chwili znów wylądował.

― Zostaw ― syknęła dziewczyna. ― Widzisz, że coś chce. Co mi powiesz, ptaszyno?

― Kraa! Kra!

 

*

― Panie! ― powiedział Brumberg. ― Konie są zmęczone. Ludzie też. Sam pan słyszał, że konspiratorów jest kilkunastu. Ponadto po lasach kręcą się jakieś bandy zbrojne. Powinniśmy poczekać na posiłki, a już na pewno musimy zarządzić dłuższy odpoczynek.

Zmierzch zapadał nad ruinami twierdzy Bosch, siostrzanego dla Rijn zamczyska. Cień zaległ nad starym traktem granicznym, wciąż jeszcze przejezdnym. Grupa jeźdźców urządziła krótki postój.

― Nie.

― Możemy przegrać walkę, gdyby do niej doszło w takich warunkach.

― Nie rozumiesz, Brumberg. Ten młody van Eyck też jest czarownikiem. Płonące drzewa, o których mówili wieśniacy, to jego dzieło. Nie wiem, jakim, kurwa, cudem go wypuścili z Czerwonego Domu. Ty w ogóle widziałeś, co rozgniewany mag potrafi zrobić z człowiekiem?

― Nie, słyszałem tylko opowieści.

― A ja widziałem. Tego skurwysyna trzeba powstrzymać.

― Przed czym niby?

― On i ta banda wcale przed nami nie uciekają. Gdzieś w tych lasach kryje się legendarny grób Melchiora van Eycka. Jak Ralf położy łapy na przeklętych artefaktach, stanie się coś strasznego. Powiem ci, tak od serca: przy całej mojej niechęci do metod, jakie nadeszły wraz z imperatorem, decyzja o wytrzebieniu magii była tą prawdziwie słuszną. To jest zło i najgorsze kurewstwo, które trzeba wytrzebić. Magia korumpuje człowieka, niszczy jego otoczenie, rani i kaleczy innych. My teraz po prostu nie mamy czasu, musimy powstrzymać van Eycka. Oby te sługusy wiedziały, dokąd nas prowadzą.

― A jak ich dorwiemy?

― Nie sądzisz chyba, że banda chłystków-marzycieli pokona twoich wyjadaczy.

 

*

― Kraaa!

Świt był zimny i nieprzyjemny. Wywlókł z okolicznych strumieni i uroczysk strzępy mgły, które rozwiesił pomiędzy drzewami i wokół samotnej wieży. Nad ranem zleciało się więcej kruków ― czarne, smoliste kule siedziały również na kamieniach, wpatrując się w przybyłych z nieprzyjemnym wyczekiwaniem.

― Dowiedziałaś się czegoś od swojego wczorajszego rozmówcy?

― Opowiedział mi o ukrytych skarbach ― nerwowym głosem zażartowała Angelika. ― Tak naprawdę wydawał się bardzo rozumny. I jakiś taki smutny.

― Też byś była smutna, jakbyś miała żyć w tym miejscu.

― Nie wiem… ― zamyśliła się. Po chwili, kiedy pojawił się Ralf, krzyknęła: ― No, braciszku! Pokaż, co potrafisz!

Zgromadzeni osunęli się aż do linii drzew. Mężczyzna stanął przed zawalonym wejściem do wieży i skoncentrował się. Na długą chwilę zapanowała cisza. Potem powietrze wysycił zapach słodkich jabłek, a ptaki gwałtownie zerwały się do lotu. Krakanie mieszało się z furkotem skrzydeł i kwikiem wierzchowców. Potem zaś opadła zasłona iluzji i pośród skał ujawniło się zejście do grobowca. Okoliczne buki przeistoczyły się tymczasem w karykatury papierówek, jeden z koni wrósł w ziemie dwiema nogami i zaczął potwornie wierzgać. Kilkanaście kruków zmieniło się w jabłka i spadło w liście.

― Tak ― powiedział pewnym głosem Ralf, łapiąc dwa owoce. ― O tym marzyłem.

Jedno dał Francesce, drugie sam zaczął jeść.

― Miejcie nas w opiece ― ktoś jęknął.

― Ralf! Zrób coś! ― krzyknęła Angelika.

Mężczyzna zbył ją wzrokiem, wziął Francescę pod rękę i zeszli razem w czeluście grobowca. Jeden z rycerzy dobił przepoczwarzonego konia. Kilka osób zostało na straży obozowiska, a reszta rozpaliła pochodnie i również ruszyła w dół.

 

*

Wzdłuż długiej hali ciągnęła się podwójna kolumnada. W ścianach zaś były wnęki, w których czaiły się potworności i rzeczy piękne, tajemnicze urządzenia i słoje z kolorowymi cieczami, magiczne artefakty i broń dawnych bohaterów. Na końcu, na środku półokrągłego zwieńczenia pomieszczenia, stał kamienny sarkofag, otoczony zakurzonymi półkami z księgami.

― To prawda… ― powiedział Ralf. ― Wszystko na mnie czekało. A ja głupi dałem się zamknąć w Czerwonym Domu. Władcy tego świata, teraz poznacie mój gniew.

― Mój kochany ― mruknęła Francesca.

― To nie tak miało być… ― szepnęła Angelika, tuląc się do ramienia Augusta.

― Moi mili ― zaczął mówić, czując, że jego ciało znów wypełniają dawne siły. ― Obalimy dyktat zła, zbudowany przez przeklętego imperatora. Odnajdziemy i osadzimy na tronie prawowitego dziedzica. Odnowimy królestwo. Przywrócimy magii należne jej miejsce…

Na schodach rozniósł się, potęgowany echem hali, żelazny łoskot.

August i jego rycerze dobyli broni i ruszyli w kierunku wejścia. Do hali wpadli Lorche, Brumberg i strażnicy.

― Skurwysyny! Rzućcie broń! ― ryczał Lorche. ― Przecież to jest mag!

― Bronić Ralfa! ― krzyknął August, podnosząc tarczę.

Angelika cofnęła się w kierunku brata.

― Darujemy wam! ― wołał Lorche. ― To mag jest zagrożeniem, nie wy.

― Nigdy! ― krzyknął jeden ze szlachciców. ― Imperialny sprzedawczyku.

Rycerze zebrali się w kupę i wznieśli z tarcz mur, najeżony ostrzami mieczy. Czyste twarze i ładne stroje mogły budzić wrażenie, że młodzieńcy noszą miecze tylko dla ozdoby – w rzeczywistości jednak każdy z nich spędził dzieciństwo na kultywowaniu tradycji przodków, o czym mieli się przekonać strażnicy tajnej policji.

― Zginiecie tutaj!

― To ty zginiesz!

― Strzelać ― syknął Lorche.

Jego strażnicy wypuścili salwę bełtów. Na posadzkę zwalił się jeden z rycerzy. Zza tarcz posypały się oszczepy, a potem August i jego kompani z rykiem rzucili się na strażników. Białka oczy błyszczały w otworach hełmów, zazgrzytały przeraźliwie blachy pancerzy. Ryk szarżujących wypełnił halę. Żelazna pięść wbiła się w zaskoczoną straż. Brumberg w międzyczasie padł na kolana z wbitym w usta drewnianym prętem.

― Bij-zabij!

Szarża zepchnęła strażników w kierunku schodów. Tam próbowali stawić opór, ale zmęczenie szybko dało o sobie znać i zmusiło ich do wycofania się ku górze. Młodzi rycerze szli za nimi, depcząc trupy.

 

*

Angelika z krzykiem wybiegła z grobowca.

Na zewnątrz dostrzegła stojących tarcza w tarczę rycerzy, kruki zlatujące się powoli w okolice zakrwawionych trupów, przegrupowanych i gotowych do kolejnego natarcia strażników oraz ― wychodzących z lasu kolejnych zbrojnych.

Dziewczyna wbiegła między rycerzy.

― Dotarliśmy do smutnego końca opowieści ― powiedział mężczyzna, stojący na czele nowo przybyłych żołnierzy. Potem zdjął hełm.

― Magister… ― szepnął zrezygnowany August.

― Ty… ― ryknął Lorche. ― Ukartowałeś całą tę akcję!

― …szanowni szlachcice ― mówił Magister. ― Jeżeli złożycie broń, daruję waszym rodzinom. Jeżeli zaś podniesiecie rękę na moich ludzi, obejrzycie śmierć waszych matek, ojców i braci, nim sami sczeźniecie…

― Co się stało? ― szepnął August.

― Ralfa coś opętało… Zamienił w kamień tych ludzi w grobowcu. Potem siłą woli odsunął wieko sarkofagu i zabrał z wnętrza czaszkę dziadka i jakieś rzeczy. Potem… ja uciekłam.

― Wprost w sidła tego skurwysyna ― dokończył August.

― Co do ciebie, Lorche – deklamował Magister. – Panowie, zakuć go w kajdany. To zdrajca i nieudacznik.

― Po moim, kurwa, trupie.

Z grobowca wyszedł Ralf wraz z Francescą.

― Kim jesteś, nędzny pomiocie? ― z pychą zapytał Magistra.

― Twoim końcem.

Wtedy rozpętała się burza. Ralf rzucił w kierunku przeciwników wszystkie szaleństwa swojej woli, zrodzone pośród zawilgoconych murów Czerwonego Domu, spotęgowane mocą drzemiącą w artefaktach starego van Eycka. Niebo poczerniało. Kruki znów poderwały się do lotu. Wieża zaczęła pluć cegłami w kierunku zbrojnych. Wybuchy z wnętrza ziemi podrywały ludzi w powietrze, niektórzy z nich w locie zamieniali się w ptasie karykatury, inni po prostu pękali jak zgniłe jabłka. Krzyk zmieszał się z potwornym dudnieniem magii.

Magister również rozłożył ręce, z jego dłoni zaczęło bić światło. Zbrojni zaszarżowali na rycerzy. Strażnicy Lorche'a rzucili się do ucieczki, ale padli pokotem, wystrzelani przez kolejny oddział strzelców, czający się w krzakach.

Potem na las spadło piekło.

 

III

Angelika każdym fragmentem swojego ciała czuła wyboje na drodze. Związana, leżała obok pokiereszowanego Lorche'a. Na wozie było jeszcze trzech rannych rycerzy, również powiązanych jak snopki siana.

― Skurwysyn ― szeptał Lorche. ― Załatwił wszystkich.

– Nie chcę z tobą rozmawiać.

– A nie chcij sobie. Zejdź z tego wozu i pójdź sobie w pizdu, jak jesteś taka mądra. – Zakasłał. – Nie myślałem, że tak to się skończy. Kurwa, ostrzegali mnie, Lorche, nie pchaj paluchów między drzwi, nie prowokuj. A ja, durny, pisałem raporty do stolicy, że ten albo tamten nadużywa władzy, takich a takich niesłusznie osadzono w lochu. Po co mi to było…

– Spowiadasz mi się? – zapytała Angelika.

– Nie, nie wiem. Może tak. To wy mieliście być całym złem. Jak żeśmy was zastąpili, to kraj miał się stać lepszym miejscem. A tu dupa… Nic się nie zmieniło. Magister będzie miał powód, by zacząć kolejną czystkę.

W oddali widać już było jakieś małe, szare miasteczko.

Dziewczyna spodziewała się, że na rozstaju odbiją na Trakt Królewski, a za kilka dni zamkną się za nią na wieki wrota Czerwonego Domu. Czuła strach, ale z drugiej strony cieszyła się, że nie ma z nią Ralfa i Augusta.

– Nie spodziewałem się, kurwa tego, że Volkranz będzie magiem.

– Słucham?

– Dla was Magister. Czarnoksiężnik na służbie imperatora, to się porobiło. Nikt by mi nie uwierzył, gdybym jakoś stąd uciekł. Dał wciry twojemu bratu. – Lorche zarechotał.

– Ralf uciekł – szepnęła Angelika.

– Raczej porwała go ta trąba powietrzna. Jego i tę dziwkę.

– Widziałeś, co się stało z Augustem?

– Kim?

– Nieważne – szybko odparła.

August… na pewno myślał, że umarła, kiedy wskakiwał na konia. Inaczej przecież by jej nie zostawił. Mimo wszystko liczyła, że w zawierusze zbrojni go nie dopadli. Rankiem przecież wszyscy zbędni Magistrowi jeńcy zawiśli ― paru strażników Lorche'a, którzy mogliby rozpowiadać nieprawe historie, i jeden z rycerzyków, zbyt chory, by dalej jechać, ze skrzypieniem kołysali się na przydrożnym dębie.

– Zostaliśmy we dwoje – mruknął Lorche. – Sponiewierana księżniczka i zbity pies.

– Tak – przyznała mu rację. – Tylko my oberwiemy za to, co zrobili inni.

Angelika ze zdziwieniem dostrzegła, że kondukt skierował się jednak ku miasteczku. Okazało się, że Magister wolał nie ryzykować podróży z tak niebezpiecznym towarem. Przy biciu dzwonów spędzono mieszkańców na rynek, gdzie na podeście już czekał kat z toporem. Teraz nawet Czerwony Dom stał się nieosiągalnym marzeniem.

Wpierw Lorche, a potem Angelika złożyli głowy na poszczerbionym pieńku. Ich krew zmieszała się pośród trocin. Na koniec dwa ciała zaległy we wspólnym grobie.

 

Fin  

Koniec

Komentarze

To chyba Twoje pierwsze opowiadanie, Syfie, przez które przebrnęłam z prawdziwym trudem. Zupełnie nie przypadł mi do gustu pomysł głoszenia idei rewolucyjnych w scenerii fantasy. Nie podobają mi się niektóre użyte słowa i wyrażenia, że wymienię: robotnicy, plebs, rola statystki czy do­ku­men­t fi­nan­so­wo-lo­gi­stycz­ny, a zdanie: Zo­sta­li­ście na­zna­cze­ni cięż­kim brzmie­niem tro­ski o tra­dy­cję, przy­szłość i dobro kraju. – brzmi jakby wypowiadał je działacz na zetemesowskim zebraniu.  

Przykro mi to pisać, ale Czerwony Dom nie podoba mi się. ;-)

 

Be­ne­fi­cen­cji pod­łe­go po­rząd­ku łakną po­wro­tu zła… – Pewnie miało być: Be­ne­fi­cjen­ci pod­łe­go po­rząd­ku łakną po­wro­tu zła

 

An­ge­li­ka stała w kącie po­miesz­cze­nia, – Czy tu nie powinna być kropka?

 

Jest czło­wiek, który po­dzie­la nasza misję. – Czy misję można podzielać?

Może: Jest czło­wiek, który wierzy w naszą misję.

 

kiedy Au­gust bli­sko dwóch ty­go­dniach nie­obec­no­ści sta­nął w progu po­ko­ju.

Ko­bie­ta wsta­ła i się do niego przy­tu­li­ła. – Powtórzenie.

Może: …kiedy Au­gust, po bli­sko dwóch ty­go­dniach nie­obec­no­ści, sta­nął w progu po­ko­ju.

Ko­bie­ta podeszła i przy­tu­li­ła się do niego.

 

Wciąż jed­nak po­zwa­lał na za­cho­wa­nie kie­run­ku i tempa mar­szu. Lu­dzie Ma­gi­stra je­cha­li na czele, za­cho­wu­jąc mil­czą­cy spo­kój. – Powtórzenie.

 

ster­cza­ła stara wieża ob­ser­wa­cyj­na, mocno już na­gry­zio­na zębem czasu. – Literówka.

 

mam już teraz pró­bo­wać, czy roz­bi­ja­my obóz i pró­bu­je­my tam wejść z rana? – Powtórzenie.

 

Na scho­dach roz­niósł się, po­tę­go­wa­ny echem hali, że­la­zny ło­skot. – Raczej: Na scho­dach roz­niósł się, po­tę­go­wa­ny echem hali, ło­skot żelaza.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

a dzisiaj przestraszonego własnego cienia. – chyba raczej bojącego się własnego cienia albo przestraszonego własnym cieniem

Muszę przerwać, pewnie dopiero juto wrócę.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przykro mi, syfie, nie podobało mi się. Jesteś całkiem doświadczonym autorem, jednak w tym tekście wskazywało na to ledwie parę błyskotliwych zdań. Przeważająca większość była bardzo, bardzo przeciętna. Miałam wrażenie, że akcja pędzi, że idziesz na skróty. Nie podpasował mi też klimat.

Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

brzmi jakby wypowiadał je działacz na zetemesowskim zebraniu.  

 

Nie są ci ludzie Twoim zdaniem  tak słodko naiwni? ; )

I po co to było?

A i owszem, Syfie. Wyczuwam nawet podobne zaangażowanie i przeświadczenie o jedynie słusznie wyznaczonej drodze, prowadzącej ku świetlanej przyszłości. ;-)

 

Raz jeszcze przeczytałam to zdanie i teraz tu je dopisuję:

Zostaliście naznaczeni ciężkim brzmieniem troski o tradycję… – Zostaliście naznaczeni ciężkim brzemieniem troski o tradycję

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wróciłam i żałuję. Rozumiem, że okrucieństwo było Ci potrzebne dla uzyskania lepszego efektu, ale ja chyba mam gorszy dzień. Wymiękłam gdzieś w połowie, przepraszam, ale nie jestem w stanie tego czytać.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Też miałam silne skojarzenia z komunistami.

Nie porwało, chociaż przeniesienie rewolucji na grunt fantasy wydaje się ciekawe. Tylko oprócz tego pomysłu w tekście zbyt wiele nie ma. Dość długo trudno mi się było zorientować, kto jest kim. Poszatkowałeś akcję na krótkie scenki, wprowadzasz wiele postaci…

a dzisiaj przestraszonego własnego cienia.

Zgrzyta. Wydaje mi się można przestraszyć się czegoś albo być przestraszonym, ale wtedy już bez dodatków.

Beneficencji podłego porządku łakną powrotu zła,

Literówka.

Zgromadzeni osunęli się aż do linii drzew.

I tu też.

Babska logika rządzi!

No cóż – czasem nie wyjdzie ; )

 

okrucieństwo było Ci potrzebne dla uzyskania lepszego efektu,

A starałem się tonować ; )

I po co to było?

Moja opinia jest odmienna niż opinie dotychczasowych czytaczy. Uważam, że tekst jest prawie dobry. Nawiązania polityczne są do bólu czytelne, mimo to napisałeś te fragmenty w sposób na tyle subtelny, że ktoś niezorientowany w temacie mógłby czytać tę historię nie znając pierwowzoru. Jest akcja, coś się dzieje. Dialogi niestety faktycznie trochę drewniane. Np. gdy Lorche mówi o korumpującej człowieka magii. Nie kupuję tego. No i zakończenie nie wyszło. Magister niby jest cały czas obecny gdzieś za kulisami, ale i tak sprawia wrażenie wyskakującego z kapelusza, za mało się o nim dowiadujemy, a końcówka nie zawiera w sobie nic ciekawego. Zdaję sobie sprawę, że to mały ukłon w stronę hmm… realizmu, ale jednak opowiadanie fantasy to nie reportaż z historii, która przecież i tak się nie wydarzyła, a fikcyjny tekst, który ma sprawić przyjemność odbiorcy. Spodobał mi się tytuł i nawet ciekawie się zapowiadało, ale tu też nie wykorzystałeś w pełni potencjału, który czerwony dom dawał. 

Podsumowując – gdybyś pozmieniał to i owo, byłoby nieźle ;-).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Hm, dzięki za komentarz. 

Myślałem, że końcówka będzie taka wyciszająca raczej. Dialogi – cóż, szukałem stylistycznej alternatywy dla sposobu wypowiedzi postaci, żeby brzmiały nieco inaczej niż zazwyczaj, bardziej podniośle i zaangażowanie ; )

I po co to było?

Reg, a czemu słowo “plebs” Ci tu nie pasuje : > ?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Plebs, chyba dość bezmyślnie, przylgnął mi do robotników, Nevazie. Dzięki za czujność. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ależ nie ma za co : )

Mam uraz do łaciny po studiach, ale w tej sytuacji nie mogę się powstrzymać:

 

Quis custodiet ipsos custodes?

 

;-)

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nowa Fantastyka