- Opowiadanie: c21h23no5.enazet - Smaki ocalone

Smaki ocalone

Opo­wia­da­nie na Tru­skaw­ko­wy Szał; miało być strasz­nie, wy­szło obrzy­dli­wie, nie wzię­ło udzia­łu. Czy­ta­łam opko wie­lo­krot­nie i po­pra­wia­łam, ale może się zda­rzyć wpad­ka. Do­dat­ko­wo przy jed­nej kwe­stii po­mo­gli lu­dzie z Fan­ta­sty­ki Pol­skiej, zwłasz­cza Fen­rir (cho­dzi­ło o strzał w łeb, po­cząt­ko­wo po­cho­dził z łuku i miał po­sie­kać mózg – oka­za­ło się to nie­zbyt moż­li­we). W paru miej­scach może być mocno na­cią­ga­ne, ale nie do­strze­gam ra­żą­cych błę­dów lo­gicz­nych.

PS. Do­strze­gam za to in­spi­ra­cję fil­mem “Ga­briel”.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Smaki ocalone

Mdła breja wy­pły­wa­ła z ciała, nie­spiesz­nie ciek­nąc po bla­dych udach. Se­ri­na wy­cią­gnę­ła siną rękę i zgar­nę­ła brud­nym pal­cem nieco sfer­men­to­wa­nej, gę­stej cie­czy. Wło­ży­ła ją do na­brzmia­łych ust i z na­my­słem sma­ko­wa­ła.

– Nadal ma sło­na­wy po­smak.

– Taki krwi­sty, me­ta­licz­ny, czy może rybny?

– Jak… po­so­lo­ny po­pcorn z tru­skaw­ko­wym sosem.

– Po­pcorn?! – Eu­ge­niusz wsa­dził wiel­ką łapę mię­dzy nogi pro­duk­cyj­ne i z lu­bo­ścią na­peł­nił dłoń breją, po czym we­pchnął ją sobie do gar­dła. – Cho­le­ra, Bronx za mocno przy­piekł rurki.

– Nie chce mi się sku­bać na­stęp­nej… – jęk­nę­ła ko­bie­ta. – To naj­lep­sze, co dotąd wy­pro­du­ko­wa­li­śmy. Sprze­da­my, za­trud­ni­my sku­ba­cza i do­pie­ro bę­dzie­my udo­sko­na­lać.

Eu­ge­niusz splu­nął Se­ri­nie pod nogi.

– Je­steś le­ni­wym ścier­wem. Nie na­da­jesz się ani do łóżka, ani do ro­bo­ty.

Se­ri­na wzru­szy­ła obo­jęt­nie ra­mio­na­mi. Eu­ge­niusz zszedł z plat­for­my na zie­mię, z od­ra­zą za­ta­pia­jąc spuch­nię­te stopy w ba­gnie roz­kła­du. Ko­bie­ta spoj­rza­ła w oło­wia­ne, upstrzo­ne smu­ga­mi zgni­łej zie­le­ni niebo. Na plat­for­mę wdra­pa­ła się Emma, córka ich daw­nych są­sia­dów, przy­no­sząc spe­cy­ficz­ny, dzie­cię­cy smród i szpet­ną aurę ska­la­nia aktu two­rze­nia. Usia­dła przy Se­ri­nie i ro­zej­rza­ła się wokół. Ponad gę­stym, nie­ru­cho­mym mo­rzem z mi­liar­dów roz­ło­żo­nych or­ga­ni­zmów wy­ra­sta­ły setki chwiej­nych, ob­dra­pa­nych plat­form. Po ilo­ści zwłok do sku­ba­nia z da­le­ka można było okre­ślić, kto jest za­moż­ny, a kto kle­pie biedę. Pie­rza­ste kształ­ty wi­sia­ły na dru­tach ponad po­de­sta­mi ni­czym pta­sie pra­nie.

– Opo­wiedz mi, jak to wszyst­ko się stało – poprosiła Emma tak, że zabrzmiało to niczym rozkaz.

Se­ri­na uśmiech­nę­ła się, choć w ze­psu­tej duszy wes­tchnę­ła ze znu­że­niem. Te dzie­ci były wa­dli­we. Nie­wie­le po­tra­fi­ły za­pa­mię­tać, po­wie­dzieć czy zro­bić. Nie znały współ­czu­cia, nie po­sia­da­ły mo­ral­no­ści, cie­szy­ły się nisz­cze­niem i roz­kła­dem. Na­le­ża­ły do obec­nej epoki świa­ta i Se­ri­na nie­na­wi­dzi­ła ich do­kład­nie tak samo, jak jej. Ale chcia­ła być na tyle dobra, na ile jesz­cze mogła. Opo­wie­dzia­ła.

– Któ­re­goś dnia Bóg za­pra­gnął znisz­czyć swoje dzie­ła. Jak to nie­sta­bil­ny emo­cjo­nal­nie ar­ty­sta. Za­brał więc temu, co stwo­rzył, formę. Wszyst­ko na Ziemi za­czę­ło się roz­pusz­czać, także nasze skrzy­dła. Prze­ży­li­śmy, bo Bóg nas po­ży­czył na swoją służ­bę z in­ne­go świa­ta. By­li­śmy sku­ba­cza­mi piór, więc dawno temu zgar­nął nas stam­tąd z wor­ka­mi pie­rza. Stąd przy­szło mu na myśl, żeby swoim słu­gu­som dać skrzy­dła. Gdy za­rzą­dził ko­niec świa­ta, roz­kład do­tknął nas jako pierw­szych, bo znaj­do­wa­li­śmy się naj­bli­żej źró­dła. Roz­pu­ści­ły nam się skrzy­dła i my spa­dli­śmy w desz­czu piór na Zie­mię. Impet był tak wiel­ki, że wpa­dli­śmy do pie­kła, gdzie po­czę­to nas z ra­do­ścią de­pra­wo­wać. Sa­ma­el nie zo­rien­to­wał się, że Bóg rzu­cił wszyst­ko w cho­le­rę, póki do pie­kła nie za­czął mu wpły­wać roz­kła­da­ją­cy się świat. De­mo­ny uto­nę­ły, po­nie­waż były cięż­kie; Bóg po­ży­czył sobie ich ze świa­ta oło­wia­nych dusz. My je­ste­śmy lżej­si, wy­pły­nę­li­śmy na po­wierzch­nię. To, co ob­le­pi­ły nasze pióra, nie sto­pi­ło się, a gdy Bóg od­szedł, obrzy­dzo­ny dzie­łem swego ka­pry­su, oca­la­łe formy za­sty­gły. Wy­bu­do­wa­li­śmy z opie­rzo­nych przed­mio­tów plat­for­my. Znu­że­ni po­wo­li ga­sną­cą nie­śmier­tel­no­ścią na po­wierzch­ni reszt­ki świa­ta za­ję­li­śmy się wy­szu­ki­wa­niem ostat­nich war­to­ścio­wych rze­czy – ludz­kich zwłok, chro­nio­nych przez nasze pióra. Je­dy­ną drogą dla zdo­by­cia po­kar­mu inną od kar­ko­łom­ne­go prze­szu­ki­wa­nia zgni­li­zny jest od­twa­rza­nie go z pa­mię­ci czło­wie­czych mó­zgów. Sku­bie­my zwło­ki, mu­mi­fi­ku­je­my w nich, co się da, przy­pa­la­my rurki, czyli na­rzą­dy ukła­du po­kar­mo­we­go i wpusz­cza­my w ludz­kie gar­dła co­kol­wiek, naj­czę­ściej wszech­obec­ną breję roz­kła­du. Przy wiel­kich wy­sił­kach da się od­two­rzyć pro­ste smaki.

Emma dawno już znu­dzi­ła się tą opo­wie­ścią; wsa­dzi­ła palce w po­chwę ciała pro­duk­cyj­ne­go i usi­ło­wa­ła zaj­rzeć do środ­ka. Se­ri­nie było obo­jęt­ne, co dziew­czyn­ka robi ze zwło­ka­mi mło­dej ko­bie­ty, póki nie do­ty­ka­ła bez­cen­nych na­rzą­dów ukła­du po­kar­mo­we­go. 

– Jak to się stało, że nie masz swo­ich dzie­ci? – spy­ta­ła Emma, ob­da­rza­jąc anie­li­cę tępym, zło­śli­wym spoj­rze­niem. – Tutaj was wszyst­kie gwał­cą. Ja je­stem bez­piecz­na, bo nie mam cipki.

– Egi mnie ochro­nił. On nie chce dzie­ci tak samo, jak ja. Nie uważa, byśmy byli zdol­ni do pło­dze­nia cze­goś in­ne­go, niż po­two­rów – Se­ri­na nawet nie pró­bo­wa­ła ugryźć się w język; Emma nie wy­ka­zy­wa­ła tyle by­stro­ści, by wziąć od­po­wiedź do sie­bie.

– Jak go zna­la­złaś?

– Zwer­bo­wa­łam. Byłam nie­gdyś anio­łem stró­żem GRU, ta­kiej for­ma­cji ludz­kiej od szpie­go­stwa. Oni mają za­sa­dę zwią­za­ną z tru­skaw­ka­mi. Cho­dzi o to, że nie mo­żesz nabić na ha­czyk tru­skaw­ki, kiedy chcesz zła­pać rybę. Mu­sisz tam wsa­dzić to, co lubi ryba: ja­kie­goś ro­ba­ka, coś ośli­zgłe­go.

– Co to jest ryba?

Se­ri­na po­krę­ci­ła głową.

– Aku­rat Egi ma fioła na punk­cie tru­ska­wek, więc może nie­po­trzeb­nie utrud­niam ci zro­zu­mie­nie. Wszy­scy na­oko­ło pro­du­ku­ją cenne smaki, chleb, miód, wino. Ja obie­ca­łam Egie­mu, że upich­ci­my smak tru­ska­wek.

Emma znu­ży­ła się roz­mo­wą i pod­peł­zła na skraj plat­for­my, ob­ser­wu­jąc Eu­ge­niu­sza, który pró­bo­wał łowić z morza zgni­li­zny oca­la­łe dzię­ki pió­rom przed­mio­ty. Wszech­obec­na breja po­sia­da­ła nie­zro­zu­mia­łe, od­strę­cza­ją­ce, we­wnętrz­ne pływy, przez co za­wsze ist­nia­ła moż­li­wość, że fale przy­nio­sły pod ich dom coś wię­cej, niż szlam. Egi zbli­żał się już do pół­noc­nej gra­ni­cy ich wło­ści, więc Se­ri­na była pewna, że zaraz usły­szy wrzask sta­rej Amene z są­sied­niej po­sia­dło­ści.

Plat­for­ma za­drża­ła. Ktoś wdra­py­wał się na nią od po­łu­dnia. Anie­li­ca zer­k­nę­ła w dół i zo­ba­czy­ła Helma, który, stę­ka­jąc i klnąc, wlókł się na górę. Se­ri­na wsta­ła i za­ło­ży­ła wy­chu­dzo­ne ręce na ob­wi­słe pier­si. Miała na­dzie­ję, że Helm zna­lazł coś tru­skaw­ko­we­go, ina­czej miała za­miar bez­ce­re­mo­nial­nie zrzu­cić go z po­wro­tem we wszech­obec­ną de­gren­go­la­dę.

Anioł wgra­mo­lił się na plat­for­mę, dy­sząc i kasz­ląc. We­pchnął Se­ri­nie w rękę brud­ną szma­tę z mięk­ką za­war­to­ścią. 

– Nie gnieć! – fuk­nął, gdy ko­bie­ta za­czę­ła ob­ma­cy­wać dar. – To tru­skaw­ki, naj­praw­dziw­sze na tym ob­le­śnym świe­cie. Tro­chę przej­rza­łe, ale…

Se­ri­na z nie­do­wie­rza­niem zer­k­nę­ła do środ­ka za­wi­niąt­ka i szyb­ko scho­wa­ła je do kie­sze­ni po­strzę­pio­ne­go, wil­got­ne­go płasz­cza.

– Przej­rza­łe są naj­lep­sze! Im moc­niej­szy smak, tym więk­sza szan­sa, że zwło­ki wier­nie go od­two­rzą.

Helm wy­szcze­rzył ze­psu­te zęby.

– My­ślisz, że do­sta­nę ja­kieś po­dzię­ko­wa­nie od Ga­brie­la?

Anie­li­ca zer­k­nę­ła na Emmę, ale ta usnę­ła już z głową zwi­sa­ją­cą z plat­for­my. Se­ri­na pal­nę­ła Helma w ły­si­nę upstrzo­ną wrzo­da­mi.

– Nie uży­waj aniel­skich imion, idio­to. Co chcesz w za­mian? Por­no­sy? Egie­mu już nie­po­trzeb­ne, nie tknął gazet ani ko­bie­cych zwłok od dawna. Pew­nie od­dał­by ci i swoją ru­chacz­kę, od pasa w dół jesz­cze się nie roz­ło­ży­ła, sama mu­mi­fi­ko­wa­łam… Ale le­piej dziś go o to nie pytaj, wstał lewą nogą…

Roz­anie­lo­ny Helm przy­jął pudło świń­skich, wy­mię­tych pi­se­mek, obie­cu­jąc wró­cić na­za­jutrz po ru­chacz­kę. Se­ri­na po­de­szła do sze­re­gu roz­wie­szo­nych na sznu­rze zwłok, wy­ję­ła kilka tru­ska­wek, roz­gnio­tła je w dło­niach i za­czę­ła wcie­rać osku­ba­nej ko­bie­cie w pod­nie­bie­nie, dzią­sła i język. Cie­szy­ła się, że łatwo zbyła Helma. Męż­czyź­ni to takie pro­ste isto­ty. Sama zyska wdzięcz­ność Eu­ge­niu­sza, kiedy ten na­pcha mordę praw­dzi­wy­mi tru­skaw­ka­mi, a zwło­ki pro­duk­cyj­ne za­pew­nią mu tru­skaw­ko­wy szlam do końca reszt­ki świa­ta.

Usły­sza­ła roz­dzie­ra­ją­cy wrzask Amene i uśmiech­nę­ła się; mimo naj­szczer­szych chęci tej wiedź­mie nie można było ży­czyć do­brze ani po­wstrzy­mać się od dzia­ła­nia jej na nerwy. Do­pie­ro po chwi­li do Se­ri­ny do­tar­ło, że krzyk prze­siąk­nię­ty jest prze­ra­że­niem, nie obu­rze­niem. In­stynk­tow­nie spoj­rza­ła w zgni­ło­zie­lo­ne niebo i po­czu­ła, jak jej ata­ko­wa­ne wszech­obec­nym roz­kła­dem, dziu­ra­we serce przy­spie­sza gwał­tow­nie.

Ciem­na chmu­ra na ho­ry­zon­cie zda­wa­ła się więk­sza, niż kie­dy­kol­wiek; mu­sia­ło ich być kil­ku­dzie­się­ciu. Szy­bo­wa­li w ciszy przez brud­ne niebo, chcąc spaść na ospa­łą osadę ni­czym po­lu­ją­ce dra­pież­ni­ki. Se­ri­na rzu­ci­ła się do dźwi­gni z boku plat­for­my, otwie­ra­jąc dolny po­kład. Szarp­nę­ła sznur na pra­nie i zwło­ki zwa­li­ły się do kry­jów­ki. Anie­li­ca spoj­rza­ła na Eu­ge­niu­sza. Za­nu­rzał się już z gry­ma­sem obrzy­dze­nia w breję, wkła­da­jąc sobie do ust pla­sti­ko­wą rurkę. Każdy nosił tego typu przed­miot – słom­kę, trzci­nę, rurkę – by w razie nie­bez­pie­czeń­stwa skryć się pod po­wierzch­nią ośli­zgłe­go morza. Se­ri­na prze­nio­sła wzrok na wciąż śpią­cą twar­do Emmę. Jej rzad­kie, białe włosy za­plą­ta­ły się w ele­men­ty plat­for­my, brud­ny kciuk wsa­dzi­ła w usta jak smo­czek. Prze­ła­mu­jąc opór, anie­li­ca po­chy­li­ła się i szarp­nę­ła dziew­czyn­ką.

– Emma, wsta­waj!

Wokół przy­by­wa­ło wrza­sków i huków; wszy­scy pró­bo­wa­li skryć się przed ika­ro­wym od­dzia­łem, który już ko­ło­wał nad osadą, co chwi­la nur­ku­jąc ku któ­rejś plat­for­mie. Dziew­czyn­ka pod­nio­sła rękę i wbiła dłu­gie, czar­ne pa­zu­ry w przed­ra­mię Se­ri­ny, mru­cząc coś z wro­go­ścią. Srał ją pies, po­my­śla­ła ze zło­ścią ko­bie­ta, wy­szar­pu­jąc rękę i wpeł­za­jąc pod plat­for­mę. Po­czu­ła odór bu­twie­nia i ple­śni; drew­nia­ną war­stwę po­de­stu znowu za­ata­ko­wa­ła wil­goć i po­rósł ją obrzy­dli­wy, wło­cha­ty grzyb. Czu­jąc mdło­ści oraz nie­rów­ne ko­ła­ta­nie serca, anie­li­ca za­mknę­ła drzwi swo­jej kry­jów­ki i ode­mknę­ła trzy małe okien­ka. Się­gnę­ła po wiel­kie, me­ta­lo­we pudło, wci­śnię­te w kąt za­pa­so­wej plat­for­my, tuż za le­go­wi­skiem Eu­ge­niu­sza. Egi trzy­mał tam swój łuk, wy­skro­ba­ny z kar­ło­wa­te­go wiązu na wzór tego, któ­rym nie­gdyś ob­da­rzył go Bóg. Na pewno nie był tak oka­za­ły, ale w sil­nych rę­kach sta­no­wił celną, strasz­li­wą broń. Se­ri­na sła­bła z dnia na dzień, lecz kiedy prze­je­cha­ła dło­nią po rzeź­bie­niach broni, przed­sta­wia­ją­cych anio­ły w locie, po­czu­ła go­rą­cą, spi­na­ją­cą wiot­kie mię­śnie po­trze­bę prze­ciw­sta­wie­nia się nie­spra­wie­dli­wo­ści. Wy­cią­gnę­ła z pudła kilka dłu­gich, z pie­czo­ło­wi­to­ścią wy­cio­sa­nych strzał, na­ło­ży­ła jedną na cię­ci­wę i wy­sta­wi­ła przez wschod­nie okien­ko, gdzie już mi­ga­ły pierw­sze anio­ły ika­ro­we.

Od­dział “Ikar” był grup­ką sku­ba­czy, któ­rzy szczę­śli­wym dla sie­bie tra­fem spa­da­jąc z nieba przy­wa­li­li w fa­bry­kę ae­ro­mo­bil­nych ma­szyn. Wiele me­cha­ni­zmów oca­la­ło, ob­le­pio­ne ich pió­ra­mi. Gdy wy­pły­nę­li z pie­kła, za­ba­ry­ka­do­wa­li się tam i utwo­rzy­li strasz­li­wy, lot­ni­czy pułk, który ata­ko­wał dzi­kie osady z nieba i kradł wszyst­ko, co miało ja­ką­kol­wiek war­tość. Sta­no­wi­li punkt wyżej w po­wsta­łej w reszt­ce świa­ta hie­rar­chii – ma­ją­ce mniej szczę­ścia anio­ły nu­rza­ły się po szyję w cuch­ną­cej brei, po­szu­ku­jąc skar­bów, a “Ikar” wy­ry­wał im z rąk zna­le­zi­ska, nawet nie zbli­ża­jąc się do po­wierzch­ni mdłe­go morza. 

Se­ri­na cier­pli­wie cze­ka­ła na po­ja­wie­nie się w za­się­gu strza­łu hersz­ta bandy, Zerry, zwa­ne­go nie­gdyś ar­cha­nio­łem Mi­cha­łem. Łatwo można go było roz­po­znać po naj­więk­szej kon­struk­cji, dzię­ki któ­rej fru­wał, ob­le­czo­nej w jego wła­sne, lekko błę­kit­ne pióra. Osad­ni­cy wie­lo­krot­nie pró­bo­wa­li strze­lać w Zerrę i jego skrzy­dła, ale ten był nie­zmier­nie zwin­ny i za­ku­ty w zbro­ję. Zło­żo­na z oca­la­łych czę­ści kilku me­cha­nicz­nych mo­de­li oka­za­ła się jak dotąd nie­zwy­cię­żo­na. Po­nad­to pióra chro­ni­ły wiel­ką lot­nię. Mało tego, trze­ba by tra­fić go z ar­ma­ty, wbić w niego kil­ka­dzie­siąt po­ci­sków lub cel­nie tra­fić w mózg, by uszko­dzić wy­star­cza­ją­co dy­szą­ce reszt­ką nie­śmier­tel­no­ści ciało anio­ła. Se­ri­na chcia­ła spró­bo­wać tra­fić w jego gar­dło roz­ry­wa­ją­cym gro­tem. Niech się czas jakiś Zerra dławi wszyst­kim, co weź­mie do mordy. Jed­nak mi­nu­ty pły­nę­ły, wrza­ski wy­bu­cha­ły i ci­chły, a herszt nie po­ja­wiał się w za­się­gu strza­łu.

Anie­li­ca miała już po­słać po­cisk w ko­go­kol­wiek. W osa­dzie znaj­do­wa­ło się kilku łucz­ni­ków, a ich nad­rzęd­ne za­da­nie sta­no­wi­ło zdo­by­cie lotni. Skoro cięż­ko uszko­dzić anio­ła, sta­ra­no się roz­wa­lić skrzy­dła, by spa­dły wraz z lot­ni­kiem do cuch­ną­ce­go morza. Parę razy udało się strą­cić ika­row­ca, ale od­dział bły­ska­wicz­nie nur­ko­wał po lot­nię, naj­czę­ściej po­rzu­ca­jąc swo­je­go żoł­nie­rza. Zerra brzy­dził się mo­rzem roz­kła­du i nie po­zwa­lał swoim anio­łom za­nu­rzyć w niej choć­by palca. Wszech­obec­ny szlam, esen­cja ago­nii świa­ta od­strę­cza­ła go jesz­cze bar­dziej, niż upo­śle­dzo­ne, aniel­skie dzie­ci. Tylko raz Egi zdo­był skrzy­dła, ale Zerra w za­mian pod­pa­lił jego plat­for­mę i wy­kro­ił wiel­ką ma­cze­tą kawał mięsa z jego nogi. Od tam­tej pory Eu­ge­niusz nie strze­lał, po­zwa­lał jed­nak Se­ri­nie uży­wać łuku.

Nim ko­bie­ta skie­ro­wa­ła grot ku ro­ze­śmia­ne­mu, nie­zna­ne­mu anio­ło­wi, który zdo­był cały sznur pełen opie­rzo­nych zwłok, plat­for­ma za­dud­ni­ła, za­trzę­sła się, a nad głową anie­li­cy roz­legł się me­cha­nicz­ny ryk. Po­czu­ła, jak z tru­dem roz­sze­rza­ją się jej sztyw­ne źre­ni­ce i za­ci­ska­ją za­sta­łe szczę­ki. Kilka razy sły­sza­ła już ten dźwięk i wi­dzia­ła, co z sobą przy­no­si. “Ikar” miał na po­sia­da­niu piłę spa­li­no­wą i nie­raz z lu­bo­ścią roz­wa­lał plat­for­my, a nawet roz­kra­jał nad­gni­łe anio­ły. Przez chwi­lę upior­ny od­głos pra­cu­ją­cej piły dud­nił nad ko­bie­tą, którą zalał cuch­ną­cy, zimny pot. Spa­ra­li­żo­wa­ło ją i bra­kło jej tchu. Mimo jak naj­gor­szych ży­czeń, które co­dzien­nie skła­da­ła reszt­ce świa­ta, bała się umie­rać, po­nie­waż nie stwo­rzo­no jej ku temu. Do­pie­ro, gdy ryk umilkł, zła­pa­ła kilka hau­stów gorz­kie­go po­wie­trza.

– Eu­ge­niu­szu! – Se­ri­na szyb­ko cof­nę­ła ra­mio­na, by scho­wać grot, gdy roz­po­zna­ła nad głową głos Zerry. – Zo­sta­wiasz mi na plat­for­mie bez­u­ży­tecz­ne dzie­cię, za­miast wy­sta­wić da­ni­nę? Chcę od cie­bie nowa kurwę, ludz­ką bądź aniel­ską, wszyst­ko jedno. Mam sobie ją wy­grze­bać z two­je­go domu?

Po tąp­nię­ciach roz­po­zna­ła, że pod­szedł do Emmy. Mu­siał naj­pierw po­chy­lić się nad sło­na­wą, tru­skaw­ko­wą ka­łu­żą, bo na dłuż­szą chwi­lę za­pa­dła cisza, po czym oznaj­mił do­no­śnie:

– Kiep­sko ci idzie, bra­cie! Jak mo­żesz wciąż trwo­nić czas i zwło­ki na ten twój tru­skaw­ko­wy szał? Czyż­byś nadal pró­bo­wał za­do­wo­lić Boga, u końca świa­ta, w ośli­zgłym cie­niu jego bez­gra­nicz­nej po­gar­dy? 

– Wolę pró­bo­wać za­do­wo­lić Boga, niż cie­bie – do­le­cia­ło spod po­se­sji Amene. Egi dał się spro­wo­ko­wać, wy­wa­bić z morza i wcią­gnąć w kon­wer­sa­cję. Se­ri­na ostroż­nie, drżąc z prze­ję­cia prze­su­nę­ła się na pół­noc i od­wró­ci­ła ku ocie­ka­ją­ce­mu sło­no-tru­skaw­ko­wym szla­mem okien­ku, nad któ­rym wła­śnie sta­nął Zerra. Zo­ba­czy­ła nad sobą chro­po­wa­tą kon­struk­cję czar­ne­go na­pier­śni­ka, ka­wa­łek ostrza piły, a po­wy­żej od­sło­nię­te, tru­pio blade pod­gar­dle ar­cha­nio­ła pod nie­bie­skim heł­mem. Wstrzy­mu­jąc od­dech za­czę­ła prze­su­wać się ku kupie szmat, w któ­rej spała. W tym cza­sie do plat­for­my pod­fru­nął jakiś ika­ro­wiec, pro­sząc ochry­płym gło­sem:

– Panie, czy mo­że­my po­grać w dzidę tym ścier­wem? 

Cho­dzi­ło mu o Emmę. Po­dob­nie jak Se­ri­na i Egi, Zerra nie był zwo­len­ni­kiem pło­dze­nia dzie­ci. Jeśli ja­kieś do­rwał albo jego pro­sty­tut­ki za­cho­dzi­ły w ciążę, za­bi­jał je ze wstrę­tem. Dotąd Se­ri­na nigdy się na to nie zdo­by­ła, lecz prze­cież zda­wa­ła sobie spra­wę, czym skoń­czy się po­rzu­ce­nie dziew­czyn­ki na gór­nej plat­for­mie. Pra­gnę­ła po­czuć wy­rzu­ty su­mie­nia, bo nigdy nie chcia­ła stać się po­dob­na Zerze. Ale nie po­tra­fi­ła. Nie umia­ła prze­jąć się tym, że po­rzu­co­na przez głu­pich ro­dzi­ców Emma zaraz skoń­czy jako kukła do na­bi­ja­nia na drew­nia­ne dzidy ika­ro­wych anio­łów w ja­kiejś pro­stac­kiej, ma­ka­brycz­nej za­ba­wie. Krzy­czał w niej jeden in­stynkt – żądza mordu, pod­la­na żalem, skry­wa­ną roz­pa­czą i nie­wy­obra­żal­nym zmę­cze­niem aktu umie­ra­nia, w któ­rym uczest­ni­czy­ła, choć po­wo­ła­no ją ku nie­śmier­tel­no­ści.

Wy­cią­gnę­ła spod swo­je­go po­sła­nia rzecz, która wresz­cie mogła się przy­dać – zna­le­zio­ny lata wcze­śniej pi­sto­let z jed­nym po­ci­skiem pół­płasz­czo­wym. Trud­no było coś ukryć na plat­for­mie, jed­nak Egi albo nie miał po­ję­cia o zna­le­zi­sku, albo uda­wał, że nie wie; pa­ro­krot­nie zda­rza­ły się sy­tu­acje, gdy splu­wa by się przy­da­ła, lecz żadne z nich po nią nie się­gnę­ło. Przy­gry­za­jąc zimne wargi, Se­ri­na wró­ci­ła na sta­no­wi­sko i od­bez­pie­czy­ła broń. Jej je­dy­ną szan­są była go­rą­ca nie­na­wiść, jaką Zerra czuł do Eu­ge­niu­sza. Hip­no­ty­zo­wa­ła hersz­ta ika­row­ców, od­gra­dza­jąc od świa­ta wokół, wy­sta­wia­jąc na nie­bez­pie­czeń­stwo ukry­te tuż pod sto­pa­mi.

– Bierz ją i zjeż­dżaj! – wark­nął ar­cha­nioł, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od jed­ne­go punk­tu po­ni­żej plat­for­my, któ­rym z pew­no­ścią był ob­le­pio­ny szla­mem Egi. – Prze­stań ta­plać się w ba­gnie z tą ho­ło­tą, Ga­briel. Do­łącz do mnie. Przyj­mę cię. Za­wsze cię przyj­mę. Je­ste­śmy wy­gnań­ca­mi, ale lep­szy­mi od resz­ty.

– Sa­ma­el uto­nął, ale cóż to zmie­nia, skoro za­ją­łeś jego miej­sce. Rzy­gam tym wszyst­kim, Mi­cha­le. Ale wie­rzę, że póki ist­nie­je zło, musi trwać skra­wek dobra, choć­by nad­gni­ły i szpet­ny.

– Bre­dzisz! Nigdy dotąd ci tego nie mó­wi­łem, ale… – Zerra pod­niósł pod­bró­dek, od­sła­nia­jąc pro­stą drogę dla po­ci­sku ku mó­zgo­wi. Se­ri­nie ręce drża­ły, lecz spię­ła mię­śnie w osta­tecz­nym, roz­pacz­li­wym akcie, wy­ce­lo­wa­ła i strze­li­ła.

Plat­for­ma za­trzę­sła się i za­chwia­ła okrut­nie, roz­le­gło się kilka huków – w po­dest wal­nę­ła lot­nia, piła i ciało wiel­kie­go, za­ku­te­go w zbro­ję ar­cha­nio­ła. Na twarz Se­ri­ny spa­dło nieco lep­kiej, cięż­kiej krwi.  Zwy­mio­to­wa­ła, po czym wy­czoł­ga­ła się na górę przez za­pa­so­we, małe wyj­ście na wschod­niej ścia­nie. Była ob­le­pio­na rzy­ga­mi, ple­śnią i upstrzo­na krwią, lecz nigdy, odkąd Bóg znisz­czył ten świat, nie czuła się tak szczę­śli­wa. Ika­row­cy ucie­ka­li z wrza­skiem, ostrze­li­wa­ni z łuków, ka­mie­ni i ar­ma­tek przez miesz­kań­ców osady, któ­rych wraz ze śmier­cią Zerry opu­ścił dła­wią­cy strach. Ar­cha­nioł leżał na plat­for­mie jak ze­psu­ta, cy­ber­ne­tycz­na za­baw­ka. Gdy anie­li­ca na­pa­wa­ła się wi­do­kiem i swo­imi od­czu­cia­mi, Eu­ge­niusz do­tarł na górę, ukląkł przy bra­cie i zwie­sił głowę.

– Za­bi­łaś ostat­nie świa­do­me, wy­ra­cho­wa­ne zło tego świa­ta – mruk­nął z re­zy­gna­cją. – Po co teraz mam się mę­czyć i sta­rać być do­brym?

Anie­li­ca po­de­szła do Egie­go i usia­dła na brze­gu plat­for­my. Wy­cią­gnę­ła z kie­sze­ni za­wi­niąt­ko.

– Ty je­steś dobry. Sta­rasz się być zły, ale ci nie wy­cho­dzi. Chodź, zjedz tru­skaw­kę.

 

Na gra­ni­cach po­sia­dło­ści zbie­ra­ły się tłumy anio­łów, by obej­rzeć zwło­ki swo­je­go wie­lo­let­nie­go prze­śla­dow­cy. Nikt jed­nak nie pod­cho­dził; cze­ka­no na za­pro­sze­nie Eu­ge­niu­sza. Ten sie­dział z bor­do­wą tru­skaw­ką w ręce, przy­glą­da­jąc jej się z uwagą, jakby przej­rza­ły owoc zdra­dzał mu ja­kieś se­kre­ty. Se­ri­na była bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek zmę­czo­na; bała się spu­ścić nogi z plat­for­my, żeby nie za­chwiać się i nie spaść w szlam. Na jej si­nych rę­kach wy­kwi­tły gra­na­to­we żyły; oto­czy­ła wy­chu­dzo­ne, białe nogi ra­mio­na­mi i pa­trzy­ła bez­myśl­nie na Egie­go, co jakiś czas z wsty­dli­wą sa­tys­fak­cją rzu­ca­jąc spoj­rze­nie na po­dziu­ra­wio­ne ciało Emmy, dry­fu­ją­ce po­wo­li poza ich po­dwór­ko. 

– Bóg lubił tru­skaw­ki – ode­zwał się w końcu ar­cha­nioł. – Mówił, że nadał im kształt serca.

– Pew­nie miał tru­skaw­kę za­miast serca – za­kpi­ła Se­ri­na. – Do tego zgni­łą. Zo­sta­wił nas tutaj na po­wol­ną, obrzy­dli­wą ago­nię.

– Myślę, że ten Bóg miał ludz­kie serce. Roz­wa­lił to wszyst­ko tak, jak swój świat roz­pie­przy­li lu­dzie. Od za­wsze wo­le­li de­struk­cję i znisz­cze­nie, jakby były pięk­niej­sze od two­rze­nia. 

– A ty, jak są­dzisz? – spy­ta­ła anie­li­ca, sama wąt­piąc już w ist­nie­nie ja­kie­go­kol­wiek pięk­na.

– Sądzę, że po­win­ni­śmy za­trud­nić Amene jako sku­bacz­kę i spró­bo­wać zro­bić tru­skaw­ko­we wino – od­parł Egi, otrzą­snąw­szy się nagle z za­du­my. – Srał pies ren­tow­ność przed­się­wzię­cia! Two­rze­nie jest lep­sze od nisz­cze­nia.

Se­ri­nie stanęła przed oczami twarz Emmy, wykrzywiona w złośliwym, bezrozumnym grymasie.

– Nie za­wsze – orze­kła. Po­pa­trzy­ła w za­świ­nio­ne niebo. – Czemu Bo­go­wie z na­sze­go świa­ta po nas nie przy­szli? 

– Może sie­dzą tam wszy­scy razem i po­dzi­wia­ją – ar­cha­nioł ro­ze­śmiał się po­god­nie; Se­ri­na nie była tego świad­kiem od dawna. – Może każdy Bóg po pew­nym cza­sie nudzi się, a potem do­sta­je kręć­ka.

 

Bo­go­wie ki­wa­li się sen­nie na bu­ja­nych fo­te­lach. Ści­ska­li w drżą­cych, star­czych dło­niach kie­lisz­ki z ulu­bio­ny­mi trun­ka­mi i przy­słu­chi­wa­li się aniel­skiej kon­wer­sa­cji. Jah otwo­rzył sze­rzej jedno oko i za­cmo­kał z nie­za­do­wo­le­niem, jakby prze­rwa­no mu drzem­kę czymś nie­do­rzecz­nym.

– Nowe po­ko­le­nia wcale nie uczą się szyb­ciej. Pa­mię­ta­cie naszą mło­dość? Byłem po­dob­ny do Ga­brie­la, a jed­nak nie tak szyb­ko sta­łem się prze­śmiew­czy i zgorzk­nia­ły. Prę­dzej za to wszyst­ko za­ła­pa­łem.

– Ja byłem jak Mi­chał – stwier­dził drżą­cym gło­sem Im­la­dris, Pan na Ishis.

– Dla­te­go twój świat cuch­nie – po­gar­dli­wie orze­kła Semna, bo­gi­ni z siód­me­go wy­mia­ru. – Ty też cuch­niesz naj­gor­szym smro­dem. Ty­ra­nią.

– Ga­briel jest na­iw­ny – mruk­nął Kohl, herszt bóstw an­dro­me­dycz­nych, szczel­niej otu­la­jąc się wil­czym, bia­łym fu­trem. – Wszyst­kie­mu nadał­by byt dla sa­me­go aktu two­rze­nia. Dziew­czy­na zdaje się mą­drzej­sza, wie, że nie­któ­rych rze­czy trze­ba się po­zbyć. Ma in­stynkt od­no­śnie tego, co kala ist­nie­nie.

Jah po­ki­wał sę­dzi­wą głową.

– Dla­te­go on zo­sta­nie ży­ciem, a ona śmier­cią. I skoro mamy wresz­cie głów­nych gra­czy, wkrót­ce bę­dzie­my mogli za­snąć.

– Kiedy do­kład­nie? – spy­tał Bez­i­mien­ny z Wid­mo­we­go Świa­ta. 

– Jak uznam to ich tru­skaw­ko­we wino za wy­star­cza­ją­co dobre. Mój Bóg ma­wiał, że tru­skaw­ka ma smak em­pa­tii, a wino krwi. Jeśli Ga­briel za­bar­wi krew em­pa­tią, bę­dzie gotów stwo­rzyć nowy świat.

Bó­stwa po­ki­wa­ły gło­wa­mi, po czym znów zwie­si­ły je sen­nie. Cykl się do­peł­niał, koło za­my­ka­ło. Po­most po­mię­dzy śmier­cią a od­ro­dze­niem miał smak tru­ska­wek. 

Koniec

Komentarze

A niech Cię…

Faktycznie obrzydliwe, przynajmniej jak dla mnie. Chciałabym być obiektywna i napisać też coś pozytywnego*, ale czuję, że oblepia mnie coś paskudnego. 

 

* No dobrze, napisane jest sprawnie i obrazowo (na moją udrękę).  Nie mogę jednak powiedzieć, że mi się podobało. 

 

Edycja. Dodaję zgubione “też”. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Chciałabym być obiektywna i napisać coś pozytywnego (…)

Bardzo mi się podoba takie konstruktywne, elastyczne podejście do obiektywności, Śniąca ;D

 

Ale zaciekawiłaś mnie tym komentarzem :) Do autorki wyboru pozostawiam użycie zaklęcia: Mega Wkurzające Czepienie ;)

Nie biegam, bo nie lubię

No, przeczytałam jakąś chwilę po zamieszczeniu i przyznam szczerze, że nie wpisałam nic, bo nie wiedziałam, co mam napisać. Tekst obrzydliwy, jakiś sens ma, ale jakoś do mnie nie dotarł. Może właśnie przez tę warstwę ociekającej zgnilizny.

Na pewno pomysł był, na pewno szokuje, na pewno spełnia truskawkowe kryterium, na pewno sprawnie napisany i na pewno mi się nie spodobał.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Na pewno pomysł był, na pewno szokuje, na pewno spełnia truskawkowe kryterium, na pewno sprawnie napisany i na pewno mi się nie spodobał.

Bemik, widzę, że na pewno naprawdę przeczytałaś “Bestie” :D

Nie biegam, bo nie lubię

Jasne, że przeczytałam. Zupełnie nie rozumiem Twoich wątpliwości.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Mam wrażenie, że (o zgrozo!) zbyt duża oryginalność świata działa na niekorzyść dość prostych wydarzeń.

Z początku dużo spraw wyjaśniasz, to jak najbardziej potrzebne, jednak tak spakowana instrukcja niekoniecznie wpływa na przyjemność lektury. Choć rozumiem, że na dawkowanie miejsca za dużo nie było.

Przyznam, że i tak pogubiłem się co oni na tych platformach robią. Ale napisane jak zwykle bardzo dobrze.

 

Średnio.

 

Pozdrawiam.

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

To w żadnym wypadku nie były wątpliwości, to było, ekhm, na swój sposób, podziękowanie i docenienie. ;)

Nie biegam, bo nie lubię

Przyznam, że i tak pogubiłem się co oni na tych platformach robią.

Ja – niestety – zrozumiałam i bardzo chcę zapomnieć. Zazdroszczę Ci tego pogubienia…

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Corcoranie – wtf? :P

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Ja, niestety, też zrozumiałam i mnie obrzydziło bez reszty.

Corcoranie, Twoje uwagi wywołują u mnie konsternację. Czy ja niewyraźnie mówię? cheeky

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

No cóż, poszedłem jak zwykle złą drogą :(

Pomyliłem “na pewno” Bemik z “podobno” w Bestiach. Serdecznie przepraszam. 

Nie wiem dlaczego.  Uciekam.

 

P.S. Może, dla pracujących, sześć nie trzy…;)

 

Nie biegam, bo nie lubię

Kilka uwag:

 

czyli dawnego archanioła Michała – To główna uwaga co do tego tekstu: Początek czyta się jak infantylny opis, mogłabyś to jakoś ciekawiej wpleść. To zdanie wstawiłem jako tego przykład, ale nie tylko: można je łatwo poprawić → , zwanego niegdyś archaniołem Michałem. I – moim zdaniem – już nie brzmi jak nachalna próba wszczepienia informacji :)

 

Parę razy udało się strącić ikarowca, ale oddział błyskawicznie nurkował i przechwytywał swojego żołnierza. – Dla dobra tekstu, podłości, zła i tym podobnych – niech zostawiają poległych, aby tonęli w mazi, krwi i rzygowinach, aby już nigdy nie pofrunąć i gnić razem z resztą platformiaków. 

 

Ikarowcy uciekali z wrzaskiem, przerażeni utratą bezwzględnego, genialnego dowódcy. – Niech Ikarowcy dokończą łupienie, a potem odlecą, albo niech mieszkańcy platform ich wygonią (wreszcie), bo to abstrakcja – dlaczego Taki Dowódca pracował z tAKIMI kRETYNAMI? Nie, nie, nie … :<

 

– Bóg lubił truskawki – odezwał się w końcu archanioł. –  To pierwsze owoce, które stworzył. Mówił, że nadał im kształt serca. – Widzę problem, truskawki powstały dzięki ludziom chyba w XVII lub XVIIIw. Tzn. może zostać, bo jeśli założyć, że bóg stworzył wszystko wiec truskawki też, to wychodzi na jedno, ale przeżyłem chwilę oburzenia :)

 

rozpirzyli – z definicji “rozbić na drobne kawałki”. Nie pasuje mi tu to słowo. Może po prostu rozpieprzyli?

 

Ogólnie mało horrorowate, truskawki w sumie ładnie się wpasowały, klimat jest. Chyba internet przeżarł mi mózg, bo nie wydało mi się to aż tak obrzydliwe, jak zaznaczałaś w przedmowie. Ogólnie fajne. Pozdrawiam!

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Corcoranie, zupełnie nie wiem, co jest grane. Przeczytałam Bestie, zachwyciłam się nimi, czemu dałam JASNO wyraz. Więc nie rozumiem, co insynuujesz pod tym opowiadaniem. Że nie przeczytałam “Smaków ocalonych”? Czy że nie przeczytałam Bestii?

W obu przypadkach napisałam swoją opinię. O co Ci chodzi, człowieku?

Wybacz Enazet ten offtop.

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Kwisatz, dzięki za poprawki. Będzie rozpieprzyli, truskawki nie zostaną okrzyknięte pierwszymi (moja szalona ignorancja), uznaję uwagę o infantylnym opisie i coś przebuduję. Uwzględnię wszystko jutro, bo teraz staram się spędzić wieczór (wreszcie!) przy winie, nie przy komputerze. Dziękuję wszystkim za lekturę i komentarze, offtop wybaczony ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

(Pssst, tego Michała też zmień… ^^)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Nareszcie oryginalne podejście do wizji aniołów! Niestety, chyba nie jestem targetem – nie da się mnie obrzydzić niczym, co nie jest owadem.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Ja Cię bardzo przepraszam Enazet. Chciałem dobrze, wyszło jak…;) Kurcze, Bemik, nic nie insynuuję. Po prostu tak mi się skojarzyło, za co z góry i serdecznie przepraszam.

 

 

Nie biegam, bo nie lubię

Kurza stopa, Corcoranie, Ty jednak jesteś… inny. Sądzisz, że mogłabym pamiętać taki fragment opowiadania, które czytałam już jakiś czas temu. Wybacz, nawet mimo tego, że Bestie zrobiły na mnie wrażenie. Na przyszłość pisz od razu wyraźnie, o co Ci chodzi! Unikniemy nieporozumień i ja się nie będę denerwować i zastanawiać się, czy ja nie jestem jednak sprawna inaczej.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Faktycznie, jest obrzydliwie. Ale wyobraźni to Ci trzeba pogratulować.

Babska logika rządzi!

Chciałabym być obiektywna i napisać coś pozytywnego (…)

Bardzo mi się podoba takie konstruktywne, elastyczne podejście do obiektywności, Śniąca ;D\

Dopiero teraz do mnie dotarło, jak to brzmi. A wszystko przez zjedzone jedno małe “też”… Już lecę edytować.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jak dla mnie bardziej bizzaro niż horror, część informacji trochę zbyt łopatologiczna, sugerowane przez Kwisatcha poprawki słuszne. Ale napisane dobrze i – o rany – naprawdę oryginalne jak na angel fantasy (taaak, czy ja już dzisiaj nie pisałam gdzieś, że nie bardzo przepadam?). I za ten powiew (nie)świeżości – klep:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Plus za szalony pomysł na zdegradowane anioły i plastyczne opisy obrzydliwości. 

Minus znów za pojawiający się miejscami patetyczno-ezoteryczny bełkocik. 

Pierwsze wrażenie nie było najlepsze. Przekombinowany świat,  niepasujący  do krótkiej formy, zmusił  cię do walnięcia rozległego, informacyjnego akapitu na początku. Coś jak pierwsze minuty  filmu, gdy narrator głosem Morgana Freemana opowiada widzowi kto, z kim i dlaczego, oraz co to są nefilimy. Dłuższa opowieść, bardziej złożona fabularnie, stopniująca wiadomości o rzeczywistości, zrobiłaby twojemu tekstowi bardzo dobrze…

Po chwili zastanowienia jednak, doszedłem do wniosku, że mi się, chorercia, podoba.

To taka postapokalipsa totalna, gdzie świat, bardzo nie po hollywoodzku zdycha powoli w bajorze gòwna i rzygowin, a nie w chwalebnym I spektakularnym rozbłysku kosmicznego kataklizmu, czy innej nuklearnej zagłady. Ohyda i upodlenie nawet dla najwspanialszych istot – tak to paskudne, że aż piękne. No i najlepsza, ostatnia scena z bogami – cynicznymi obserwatorami… Mocna, choć niejednoznaczna. Bo za sprawą obojętnych bogów, ten zgniły świat zaczyna odzyskiwać nadzieję.

Tak, końcówka zdecydowanie “robi” twoje opowiadanie. Podobnie zresztą, jak w tym o Mowglim; -)

Bez niej, tekst byłby tylko niewiele znaczące scenką, epatującą obrzydliwością.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Kurde, chyba na początku komentarza powinienem napisać: UWAGA SPOILER czy coś takiego…

Sorki :-/

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dobra, wypada coś napisać, a nie hasać jak wikary po woodstock ;)

 

No, obrzydliwe, rzeczywiście. Może nie bardzo, ale na tyle by nieco usubiektywnić ocenę. 

Generalnie niewiele  więcej o tak krótkim tekście można napisać. To po prostu pomysł na znacznie dłuższą formę. Pomysł, tfu, plastyczny i ciekawy ;) Przedstawienie go w formie obrazu wymagało wyłożenia kawy na ławę już na samym początku – a myślę, że pomysł zyskałby, gdbyby, ekhm, stopniowo “zanurzać” w nim czytelnika. Z drugiej strony, mogłoby się to skończyć nieobliczalnym wzrostem obrzydliwości, aż do niestrawności – pewnie brałaś to pod uwagę i wybór formy nie jest przypadkowy.

Pozdrawiam.  

 

Nie biegam, bo nie lubię

Kwisatz:

Zmieniony Michał, rozpirzyli i pierwsze owoce. Co do ucieczki z krzykiem, może zamienić to na: Ikarowcy uciekali z wrzaskiem, ostrzeliwani z łuków, kamieni i armatek przez anioły z osady, które wraz ze śmiercią Zerry opuścił dławiący strach.?

Co do porzucenia strąconego ikarowca, raczej nie mogli sobie na to pozwolić ze względu na lotnię.

 

Finklo, takie słowa od ciebie uznaję za nie lada rzecz ;) Dzięki za Bibliotekę Tobie i Alex.

 

tojestniewazne, niezłe określenie na moje pseudo filozofowanie… Muszę sobie gdzieś zapisać.

 

thargone, rozumiem ten zarzut, nie tylko twój zresztą, odnośnie walnięcia informacyjnego akapitu – pewnie poszłam trochę na łatwiznę, bo mam mało czasu na opki. Cieszę się, że mimo to wyszło i wywołuje pozytywne wrażenie.

 

śniąca, niestety nie jest mi przykro za oblepienie cię obrzydliwością tekstu, tak miało być… ;) Z sadystyczną pieczołowitością dodawałam tu i tam odpowiednie słowa, co także dla mnie nie było przyjemne.

 

Corcoranie, pomysł na dłuższą formę…? Gdzie tu czas znaleźć na rozbudowę opków, trzy książki skrobię :( 

 

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Co do porzucenia strąconego ikarowca, raczej nie mogli sobie na to pozwolić ze względu na lotnię.

A kij z realizmem, niech zło zatriumfuje :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

To może jakieś ratowanie pojazdu za wszelką cenę, bez troszczenia się, czy pilot nadal jest do niego przyczepiony, czy też spada w syficzne odmęty?

Babska logika rządzi!

“Parę razy udało się strącić ikarowca, ale oddział błyskawicznie nurkował po lotnię, najczęściej porzucając swojego żołnierza; Zerra brzydził się morzem rozkładu i nie pozwalał swoim aniołom zanurzyć w niej choćby palca. Wszechobecny szlam, esencja agonii świata odstręczała go jeszcze bardziej, niż upośledzone, anielskie dzieci.”

Może tak?

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Może być, tylko ten żołnierz jest odrobinę niejednoznaczny.

Babska logika rządzi!

Gdzie tu czas zna­leźć na roz­bu­do­wę opków, trzy książ­ki skro­bię :( 

Fiu fiu. Ja jeszcze jednej nie zacząłem :(

Nawet opka do _mc_. A pomysł jest. Ale co napiszę parę zdań, to jakieś takie… mdłe. To chyba loża mnie zepsuła! ;-)

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Otóż to, Nazgul, ciepła posadka i od razu spod kołderki nie chce się wychodzić… Dobry artysta to głodny artysta, jak mawiają ;-)

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Głodny nowych wyzwań, oczywiście :-)

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Pomysł to rzecz najprostsza, najtrudniej maltretować się (bo inaczej nie da się tego nazwać) i zmuszać do pisania. To jak z płodzeniem potomków, łatwo zrobić, trudniej na ludzi wyprowadzić. Takie opko (opek?) to wręcz przyjemna rozrywka przy cholernej pisaninie na setki tysięcy znaków. A w każdej pisaninie na początku może być mdło; dopiero mając wgląd w całość najłatwiej kombinować. I trzeba pamiętać, że porzucanie pomysłów jest jak porzucanie dzieci… ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Jak porzucanie dzieci 

Poczułem się jak uprawiaczka najstarszego zawodu świata z ery przedantykoncepcyjnej. Chyba dam parę groszy na jakiś sierociniec… 

;) 

Nie biegam, bo nie lubię

Thargone – :)

 

Naz:

 I trze­ba pa­mię­tać, że po­rzu­ca­nie po­my­słów jest jak po­rzu­ca­nie dzie­ci… ;)

Królowo literackich aforyzmów ;) Przekonałaś mnie! Zabieram się za pisanie. Jutro… ;)

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Nazgulu, tak serio, bardzo sugestywnie zadziałał na mnie przypadek znajomego. Właściwie niejednego. Ten szczególny położył się spać, w głowie coś mu pękło i więcej się nie obudził. A inna znajoma potknęła się o własną nogę i wpadła pod auto. Nie znasz dnia ani godziny! To mnie zawsze motywuje, żeby codziennie zdziałać jak najwięcej ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Anielica zerknęła w dół i zobaczyła Helma, który(,) stękając i klnąc(,) wlókł się na górę.

No i zaskoczyło mnie zdeczka, że Serina zwymiotowała po zabójstwie Michała. Jak na kogoś, kto od lat mieszka nad oceanem trupów i robi z nich cudeńka w stylu wina truskawkowego (że o przedmiotach codziennego użytku typu “ruchaczka” nie wspomnę), to cokolwiek nadwrażliwa mi się wydaje.

Historia powstania aniołów – ci skubacze z innego świata i worki pierza – jakaś taka naciągana, ale, biorąc poprawkę na fakt, iż jest to wersja zdarzeń przedstawiona dziecku, dla spokoju własnego sumienia uznaję jej infantylność za zabieg świadomy. Za to cała reszta, choć masakrycznie dziwna i przeryta, podobała mi się. W nietuzinkowy sposób opowiadasz o tuzinkowych sprawach – “Wielki życia krąg, co prowadzi nas przez rozpaczy mrok w nadziei blask…” /Król lew – Krąg Życia (Joanna Dark)/

Obrzydliwie jest, i owszem, a moja niezawodna wyobraźnia odmalowała mi wszystko nad wyraz plastycznie, ale nie czuję się poruszony czy zgorszony, bynajmniej. I trochę mnie to niepokoi.

Bardzo podoba mi się u Ciebie to, że nawet rzucając mięsem, rzygami i trupami do ruchania, słowami tworzysz coś pięknego; coś o wiele więcej niż zdania czy opisy. Tworzysz swoistą poezję. Dajesz mi to, co w literaturze kocham najbardziej.

Dziękuję.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Serina była przepełniona żądzą mordu, zdenerwowana, chora, potwornie zmęczona, zaskoczona zwrotem akcji, zmaltretowana nienawiścią do tej epoki świata i mimo wszystko nadal “dobra” – kiedy spadła na nią krew archanioła, własnoręcznie przez nią zastrzelonego, wszystko w niej puściło. Żołądek też puścił. A poza tym, tak ładniej, jak jest oblepiona także wymiocinami… 

Dzięki za wychwycenie braku przecinków, Bibliotekę i dobre słowa.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

poprosiła, a raczej rozkazała Emma. – paskudne, może raczej: poprosiła tak, że zabrzmiało to jak rozkaz.

Jak to niestabilny emocjonalnie artysta. – nie łapię tego porównania, przede wszystkim miejsca, w którym się znajduje

Ale nie męczę już drobiazgami, a przejdę do komentarza: tekst jest okropny (i obrzydliwy też). Nie lubię angel fatasy, a tekst nie aspiruje, by mnie do konwencji przekonać.

Dużo bardziej przypadł mi do gustu Twój poprzedni tekst.

Bardzo mi się podobało. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego, a to co dostałam mile mnie zaskoczyło. Tekst mnie nie obrzydził, może to przez sposób, w jaki piszesz – plastyczny, dopracowany styl, piękne zdania, każde pasujące do poprzedniego. No, cudnie. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Sirin, zmienię tekst odnośnie rozkazu. A co do artysty, to takie wtrącenie, lekko lekceważące, sprowadzające boga do stereotypu kapryśnego dziwaka. Dzięki za opinię, też nie jestem fanką angel fantasy; jedyne dwie historie, jakie mi się podobają, to Siewca Wiatru i film Gabriel. Tylko w takiej formie uznaję anioły – zdegradowanej, zepsutej, porzuconej przez boga.

gravel, cała przyjemność po mojej stronie :) Dziękuję za Bibliotekę.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Nie widzę tu obrzydliwości. Widzę turpistyczną estetykę w opowieści o końcu-poczatku świata.

 

Kurczę, spodobało mi się!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przeczytałam, wrażenia niesmaku nie doznałam. Pewnie dlatego, że Autorka, powziąwszy zamiar napisania czegoś paskudnego, paskudne paskudności zaprezentowała w takim natężeniu, że przestały robić jakiekolwiek wrażenie. Przynajmniej na mnie. A sama opowiastka, pominąwszy okoliczności w których się dzieje, także nie mówi o niczym nowym.

 

“Ikar” miał na po­sia­da­niu piłę spa­li­no­wą… – Co to znaczy: mieć na posiadaniu?

 

Spa­ra­li­żo­wa­ło i bra­kło jej tchu… – Czy drugi zaimek jest niezbędny?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sto siedemdziesiąt siedem procent cukru w cuk… eee… brudu i smrodu w smrodzie i brudzie nie potęguje wrażeń, przeciwnie, osłabia.

Nie wyszło. Jak dla mnie, oczywiście.

Reg, rzeczywiście niezręczne “miał w posiadaniu”, zmienię. A co do zaimka, jego brak chyba uszkodzi zdanie. Mogę zmienić na przykład na: “obezwładnił ją paraliż i brak tchu” albo coś w tym stylu.

 

Fiszu, micha mi się cieszy, że ci siadło.

 

Adamie, opko od początku stanowiło niewypał – na konkurs miała być przecież groza… ;) Ale zrobiłam z nim, co się da, zostając w szlamowatej konwencji. Nie siadło, trudno.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Wizja świata ciekawa i bardzo plastycznie przedstawiona, co przy takich dziwnościach wcale nie jest łatwe. Było obrzydliwie, ale i bez przesady (choć filmu na podstawie tego opowiadania raczej nie chciałbym zobaczyć). Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem ostatnią scenę, ale to szczegół. Ogólnie nie żałuję czasu spędzonego nad tym tekstem :)

Podejrzewam, że moje namiętne oglądanie azjatyckich horrorów typu gore uodporniło mnie na różne obrzydliwości. Już nie wspominając lektury autorstwa De Sade’a, bardzo dawno temu, a z pewnością w wieku w którym nie powinnam była tego czytać :P

Tekst był obrzydliwy w bardzo groteskowy sposób, przez co stał się dla mnie zabawny (ale w pozytywnym sensie). Nie jestem wielką miłośniczką aniołów, ale skłamałabym, gdyby nie przyznała, że mnie nieźle wciągnęło. Cały koncept bardzo mi się spodobał i realizacja bardzo sprawna. Ogólnie, jestem miłośniczką takich dziwacznych historii. Im dziwniej, tym lepiej. 

 

PS. Końcówka w mojej opinii – bomba.

Pomysł jest intrygujący, natomiast zdecydowanie największe wrażenie robi wykonanie. Bardzo płynnie się to obrzydlistwo przelewa ;). No i świetnie spięte końcówką.

Mojego punktu krytycznego nie przekroczyło – ani w sensie niechęci do czytania, ani śmieszności - mimo że zwykle jestem dosyć wrażliwy na rzeczy obrzydliwe.

Dzięki za lekturę i opinie, tutaj można badania psychologiczne/socjologiczne już robić odnośnie odbioru tego tekstu… ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Główną zaletą tego tekstu jest dla mnie jego oryginalność – bo nie przypominam sobie, bym czytał coś podobnego. Jest obrzydliwie, co do tego nie ma wątpliwości – i tak raczej mialo być. W stosunkowo krótkim tekście nagromadziłaś też sporo przemyśleń i zakończyłaś metafizyczną nutą.

Gdybym miał czytać takie obrzydlistwa cały dzień, to pewnie dałbym za wygraną, ale nie mogę ukryć, że opowiadanie mnie zaintrygowało. Warsztatowo nie zauważyłem żadnych niedociągnięć – w końcu masz już pewne doświadczenie :P

Największy “minus” – zastosowanie słow cybernetycznyprostytutka w kontekstach, które nie bardzo mi pasują. Ty wiesz lepiej, ale wg mnie powinno być mechanicznyniewolnica.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dziękuję za dobre słowa, co do ostatniej uwagi, masz rację, powinnam to zmienić. Jestem wkręcona w SF i ciągle przeciekają mi różne rzeczy do fantasy, których obecność okazuje się kwestią sporną.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Oki. To bym kupił.

Nowa Fantastyka
Patronujemy