- Opowiadanie: c21h23no5.enazet - Małpka z drutu

Małpka z drutu

Sprowokowane ideą Fantastów 2015. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Małpka z drutu

Był sobie chłopiec, który urodził się w strasznych, ale i pięknych okolicznościach. Wyglądało na to, że nikt, prócz niego, ich nie przetrwał.

Chłopiec leżał cicho, bez ruchu wśród trupów, porażony samotnością, której nie umiał nazwać, lecz ją czuł. Czuł, że wokół nie ma nikogo, kto zrozumiałby jego płacz.

Żerujące na ścierwach wilki wzięły go za martwego i nim wreszcie zaczął krzyczeć, zdążyły wyżreć mu maleńkie serce.

Wielki basior stanął nad płaczącym niemowlęciem i stwierdził:

– Trzeba dobić to młode. Żaden człowiek nie przetrwa bez serca.

Lecz stara wilczyca nie pozwoliła pożreć chłopca. Leżał owinięty miękkim płótnem, w które starucha wsadziła łeb, wieszając zawiniątko na szyi.

– Trupy kiedyś się skończą i znowu przyjdzie głód. Zostawmy go, by rósł jako nasza rezerwa. Może pić mleko Seheli.

Stado zgodziło się i ostatni człowiek, kołysząc się pod wilczym pyskiem, został omegą watahy, przeznaczoną na żer.

Mijały lata, a wilki, choć wielokrotnie cierpiały głód, nie pożarły chłopca. Mały człowiek przydawał się zarówno na przynętę, jak i do prac, w których wilcze łapy zawodziły. Chłopiec rósł na ochłapach, myśląc, że jest wilkiem i to znaczącym najmniej ze wszystkich; wataha nie umiała okazać mu względów, tak jak wąż nie pokocha skorpiona, a tygrys lwa. Nie czuł jednak smutku, bo nie znał ludzkich odczuć. Często oglądał ranę na piersi i raz zapytał o nią starą wilczycę.

– Mieszkał tam potwór – odparła. – Chciał cię zniewolić. Daliśmy ci wolność.

Gdy chłopiec stał się mężczyzną, jego wataha była już największym postrachem okolicy. Dziwny, chudy wilk biegający na dwóch nogach, okutany w skóry niedźwiedzi urósł w legendę w pobliskich kniejach. Ale człowiek, nazywany przez watahę Duchem, nigdy nie pragnął zostać alfą. Przepełniała go pustka, która nie pogrążała w cierpieniu, lecz uparcie tkwiła w piersi, nie pozwalając skupić się na wilczym życiu. W krwawych polowaniach – codzienności stanowiącej sens życia wilka, w smaku mięsa i krwi brakowało czegoś, czego nie potrafił nazwać. Widział, że różni się od każdej żywej istoty, jaką kiedykolwiek spotkał. Zrozumiał, że nie jest ani wilkiem, ani żadnym ze znanych mu zwierząt.

Starsi pouczali szczeniaki, że zapomnienie daje wolność. Niepamięć bólu, krzywd, win, swoich pragnień, odmiennych od potrzeb wspólnoty. Duch czuł się zniewolony przez to, że nie miał czego pamiętać. Był obcy, lecz w jego pamięci nie istniał nawet ślad po czymkolwiek, co kojarzyłoby mu się z domem. Skąd przybył? Czy potwór, którego wydarto z klatki jego żeber, stanowił jedyną wskazówkę?

Szukając swego pochodzenia zwrócił się do Malahi, córki wielkiego basiora, który niegdyś wyrwał mu serce. Młoda samica darzyła człowieka sympatią, której on nie odwzajemniał, bo nie nauczył się ani ludzkich, ani wilczych uczuć.

– Nie jestem wilkiem, Malahi. Czy ojciec zdradził ci moje pochodzenie?

Wilczyca wiedziała, że nadejdzie dzień, gdy Duch o to zapyta. Ojciec powiedział jej, że to stworzenie nie spocznie, póki nie zacznie czuć jak człowiek. Najpierw przyniesie mu to ulgę i szczęście, a niedługo potem ból, który zabije je w wymyślny, okrutny sposób. Wielki wilk powiedział córce, żeby wskazała mężczyźnie drogę. Tyle mógł zrobić dla małego chłopca, któremu zabrał wszystko, wyrywając z piersi mały, trzepoczący mięsień.

– Jesteś człowiekiem – przyznała Malahi, lecz Duch nigdy dotąd nie słyszał tej nazwy. – To były takie małpy, które bardzo lubiły tworzyć, ale niemal każda rzecz, której dały istnienie, niszczyła świat. Dawno temu zabrała je największa burza, jaką tata pamiętał. Smagała ziemię białym płomieniem nieustannie, tak, że w środku nocy trwał jasny dzień, póki nie umilkła. Mówił, że ludzkie trupy, jakie po sobie pozostawiła, miały okropny smak spalenizny. W ich ciałach wokół żył wiły się małe druciki; wszystkie spotykały się w sercu i ojciec podejrzewał, że w jakiś sposób nie pozwalały przestać mu bić. Widział tysiące zgarbionych i pomarszczonych zwłok, jakby ludzie żyli setki lat. I te ich kotłowaniny żelastwa w sercach nadal drgały, nawet w martwych ciałach. Dlatego wzięli cię za trupa, choć słyszeli tętno. Ojciec ze złością i lubością jednym ruchem wyszarpał ci serce spod żeber, ale twarda, druciana klatka, w której tkwiło, została. Dzięki temu przetrwałeś.

Człowiek pokiwał głową, zrozumiawszy wiele, choć nie wszystko. Pustka w jego piersi jakby rozszerzyła się, przynosząc nieprzyjemny chłód. Zadał pytanie, choć nie rozumiał, skąd się wzięło.

– Dlaczego burza nie zabrała mnie razem ze wszystkimi?

– Twoje druty były inne od reszty. Błyszczały i wyglądały jak twarde obręcze, które ludzie zakładali sobie na palce. Nie spaliły cię od środka. Ojciec uważał, że to, co masz w sobie, jest “małpią gorączką” – żółtym kamieniem, w poszukiwaniu którego ludzie kopali głęboko w górach.

Duch postanowił wyruszyć do Lasu Głazów, gdzie, jak twierdziła Malahi, mieszkały kiedyś małpy z obręczami na palcach. Żaden wilk, nawet samiec alfa, nie próbował go zatrzymać. Za lata pomocy w budowaniu potęgi wataha pozwoliła mężczyźnie wyruszyć w samotną podróż, wiedząc od swych ojców, że nic nie powstrzyma człowieka przed potrzebą złożonych emocji. Nawet brak serca. Podejrzewały, że czas jakiś będzie wracał, coraz rzadziej, aż zniknie – umrze zbyt młody i cenny z powodu tęsknoty, której nie da się powstrzymać.

Mężczyzna szedł wiele dni, zmierzając na północ, ku górom, z których w przeszłości wielokrotnie spoglądał na majaczący w oddali Las Głazów. Nie mieszkało w nim nic prócz robactwa, tak było pełne trujących i cuchnących, małpich tworów. Duchowi nie przeszkadzał jednak odór, a substancje, które skutecznie odstraszały zwierzęta, zdawały mu się nieszkodliwe. Długo kluczył pomiędzy ogromnymi, oblepionymi robactwem kształtami, decydując się wejść do największego kamiennego drzewa w samym środku lasu. W mrocznym, martwym wnętrzu natrafił na gigantyczną masę przedmiotów, których przeznaczenia nie potrafił się domyślić. Jego uwagę przykuły rysunki i znaki wewnątrz dziwnych, pachnących niczym zmurszałe drewno rzeczy. Przypominały mu pozszywane, wysuszone liście. Domyślił się, że małpy uwieczniały na nich swoje historie; sam wielokrotnie rysował na ziemi i korze drzew.

Gdy sięgał po kolejne “mówiące liście” zdało mu się, że po drugiej stronie pomieszczenia, w strumieniu światła wpadającego przez szczelinę ujrzał samego siebie. Po chwili zrozumiał, że to istota niezmiernie do niego podobna: chude, blade stworzenie na dwóch nogach, tak jak on ściskające w rękach grubą stertę liści. Między nogami nie spostrzegł znajomego kształtu – miał przed sobą samicę. Rozczochrane, długie włosy zasłaniały jej oblicze, lecz odsłaniały ranę pod lewą łopatką; błyszczały tam ciemnożółte, splątane nitki. Zamarł, porażony nagłą myślą, że spotkał drugiego człowieka. Że nie jest na świecie sam. Widok zawładnął nim całkowicie, nie pozwalając zebrać myśli. Zdziwiony upadł na kolana, a małpa spojrzała w jego stronę. 

Tak oto na gruzach własnej cywilizacji spotkało się dwoje ostatnich ludzi, by na dobre zniszczyć lub odbudować swój świat.

Koniec

Komentarze

Hej, Naz! 

 

No, piękna ta baśń,  piękna. Ostatnie zdanie znakomite. 

Ten szort to jedna z perełek tego portalu! 

Klikam bibliotekę. 

 

Pozdrawiam!  

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Mały człowiek przydawał się zarówno na przynętę, jak i prace, w których wilcze  – i do prac

sam wielokrotnie rysował na ziemi i w korze drzew. – chyba na korze

Starsi pouczali szczeniaki, że zapomnienie daje wolność. Niepamięć bólu, krzywd, win, swoich pragnień, odmiennych od potrzeb wspólnoty. – Jakoś nie bardzo trafia do mnie to przesłanie. Brzmi to bardziej jak przestroga i to wcale nie zgodna z “naszą” myślą. Jakbyś tu potępiała pragnienie wolności. Nie pamiętasz – jesteś wolny, ale nie pamiętasz – jesteś nieprzydatny dla stada.

umrze zbyt młody i cenny przez tęsknotę – tego też nie rozumiem.

Nie bardzo rozumiem to opowiadanie i przyznam szczerze, że niezbyt mnie ujęły te druciki wewnątrz klatki piersiowej.  Ani wilczyca karmiąca oseska – rozumiem, że specjalnie sięgnęłaś do czegoś tak oczywistego, ale zastanawiam się po co.  Poza tym wizja, że kolejna parka została na świecie i zniszczy go lub odbuduje, by za jakiś czas znowu uległ destrukcji nie jest czymś wyjątkowo odkrywczym.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Podejrzewały, że czas jakiś będzie wracał, coraz rzadziej, aż zniknie – umrze zbyt młody i cenny przez tęsknotę, której nie da się powstrzymać.

Przez tęsknotę umrze? Przez? Jeżu kolczasty, już i tutaj przez się panoszyć zaczyna…

Edytuję na z powodu, Adamie, żeby nie niepokoić kolczastego jeża.

 

Edit: bemik: opowiadanie było od początku kierowane w konkretnym kierunku. Betujący mieli mi pomóc ocenić, czy nadaje się jako lektura dla wszystkich. Wyciągnęłam wnioski, że raczej tak. Dziękuję ci za uwagi, poprawiam.

 

Edit 2: dziękuję, Nazgulu, przyda mi się trochę ciepła, bo dzień chłodny ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Mogłabym zrobić miks poprzednich komentarzy: warsztatowo zwróciłam uwagę dokładnie na to samo, co bemik.  Z Nazgulem  zgadzam się,  że to piękna baśń.  Jednak ostatnie zdanie nie spodobało mi się wcale, odczytalam je jako domknięcie na siłę.

Tekst jak dla mnie zbyt symboliczny i niejasny. Nie zrozumiałem, o co chodziło z tymi drucikami.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Mnie opowiadanie ujęło,  ale nie przez to pojawiam się  tutaj po raz wtóry. ;) 

Ja do Adama:

O co chodzi z tym PRZEZ? Słowo jest w słowniku j. Polskiego… 

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

SzyszkowyDziadku, druty to wyraz wynalazku z takich, o których Lem miał koszmary – ingerencja techniki w ciało, nienaturalna długowieczność. A może wynik jakiejś chorej mutacji po obślizgłych eksperymentach? A może chodziło o modyfikację serca, zastąpienie czymś trwalszym, nie reagującym na bodźce emocjonalne? A może to tylko metafora, i nie chodzi o zmiany fizyczne, a psychiczne? A może nie chodzi o żadne zmiany w przyszłości, tylko o to, jak jest teraz, jaką ludzie mają wartość? 

Tak czy siak, trochę im nie pykło, bo piekielna burza spaliła ich wszystkich w cholerę, jako doskonałe przewodniki. Nie spaliła chłopca, bo chłopiec miał swoje druciki ze złota, a to posiadało mniejsze możliwości przewodzenia prądu. A może w ogóle nie mogło być tknięte, bo to wcale nie była burza, tylko metafora i nie trzeba sięgać do fizyki… Może chłopiec był po prostu skarbem.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Ok, rozumiem. Tylko nie przepadam za taką wieloznacznością i jak dla mnie w tekście jest za dużo znaków zapytania.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ja do nazgula: jest w słownikach. I co z tego, że jest? Uprzesz się, to i siderodromofobię znajdziesz w słownikach, ale to nie znaczy, że każde użycie będzie poprawne i / lub będzie pieściło oko i ucho czytelników i słuchaczy.

Ten przyimek tworzy wyrażenia, określające przyczyny. Wyrażenia, więc szyk musi być odpowiedni – to raz. Dwa – jest ostatnio nadużywany, zaczyna być kolokwializmem, zgrzytliwym w wielu kontekstach.

<><><> enazet: od kiedy złoto jest kiepskim przewodnikiem prądu elektrycznego???

Ja do Adama: No tak,  literatura rządzi się swoimi prawami i estetyką. 

“Przez” nie lubimy – OK, dobrze wiedzieć! 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Nie zgaduję, w jaki sposób Fantaści 2015 stali się prowokacją dla Małpki z drutu. :-(

Nie znalazłam w tekście niczego baśniowego; przeczytałam bez przykrości, ale i bez satysfakcji.

 

pach­ną­cych ni­czym zmru­sza­łe drew­no rze­czy. – …pach­ną­cych ni­czym zmur­sza­łe drew­no rze­czy.

 

w stru­mie­niu świa­tła wpa­da­ją­cym przez szcze­li­nę uj­rzał sa­me­go sie­bie. – Wydaje mi się, że ujrzał w świetle, którego strumień wpadał przez szczelinę, więc: …w stru­mie­niu świa­tła wpa­da­ją­cego przez szcze­li­nę, uj­rzał sa­me­go sie­bie.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, właśnie o to samo chciałam zapytać Enazet: jak idea Fantastów 2015 ma się do tego tekstu?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemiku, próbowałam dociec rozumem, ale nie udało się. Nie wykluczam, że rozum mam już mocno zużyty. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czułem Kiplinga, może przez pomysł. :)

(Ale tylko na początku.)

Opowiadanie naprawdę dobre, nie przeszkadzały mi niedopowiedzenia, wręcz odwrotnie. Tekst jest pisany przystępnym językiem, łatwo wizualizować i snuć domysły.

https://www.youtube.com/watch?v=76SCx2PVzwE

:-)

Burza, która wygubiła rodzaj ludzki drogą wypalenia serc ---> krytyczne komentarze oraz ich nielitościwi autorzy / nielitościwe autorki. Rodzaj ludzki symbolizuje, oczywiście, piszących.

Spalone serca ---> efekt powyższych komentarzy.

Ten jeden, który żył z wyrwanym sercem ---> wizja rewanżu na wcześniej wymienionych komentatorkach i komentatorach.

:-)

Fantaści są o użytkownikach. To jest o użytkownikach. A może tylko użytkowniku. Może jesteście watahą wilków?

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

W tej interpretacji nawet wilki mają sens.

Zwierzę znane ze swej krwiożerczej natury, okazuje się bardziej ludzkie, niż sam, pozbawiony serca, człowiek (komentujący).

:)

https://www.youtube.com/watch?v=76SCx2PVzwE

Hmm. Wataha ocaliła, bo wykarmiła… Może wilki nie są takie złe, jak się niektórym wydaje?

Sama dość często marudzę (głośniej lub ciszej) na enigmatyczność, czy zbyt małą czytelność tekstów. Tu jednak aż tak bardzo mnie to nie uwiera. 

Może i Autorka nie wyjaśnia wielu spraw i kwestii (co w becie też jej delikatnie wytknęłam). Jednak uznałam, że – mimo swego tajemniczego przeznaczenia – jest wystarczająco samodzielne, by mogło je przeczytać szersze grono. Dla mnie jest to jak jakaś, ładnie opowiedziana baśń, czy legenda, w której nie wszystko musi być wyklarowane.  

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

To mam komentować, czy raczej przestać?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dla mnie jednak zbyt enigmatyczne – i opowiadanie, i wyjaśnienie Enazet. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nie mogę jaśniej. Dziękuję za wsparcie jednych i zastrzeżenia innych. Odpisuję z telefonu, a to bardzo niewygodne. Jutro zedytuję tekst odnośnie nowo wskazanych potknięć. I może będę w stanie wypowiedzieć się mniej enigmatycznie.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Ech, nie zdążyłam przeczytać całego tekstu przed wstawieniem.

No to tak ogólnie: na początku silne skojarzenia z Mowglim, na końcu z Tarzanem. Zgadzam się z wieloma przedpiścami, że przydałyby się jeszcze jakieś wyjaśnienia.

Babska logika rządzi!

A ja sobie myślę… zresztą co tam myślę – wiem, że Naz zgotowała Duchowi naprawdę straszny los. Nie ma bowiem gorszej samotności niż ta, którą człowiek odczuwa znajdując się wśród najbliższych mu istot. Bo jeśli nie pasuje się do nich, to do kogo? Jeśli oni nie potrafią zrozumieć, to kto będzie umiał? Jeśli oni, choć przecież kochają i są kochani (świadomie pomijam tu fakt, że Duch nie był zdolny do odczuwania miłości), wydają się obcy i inni, to czy ktoś może być naprawdę bliski? Zwłaszcza w świecie, w którym nie ma już nikogo…? Jeżeli we własnym domu człowiek czuje się obco, to czy gdzieś może poczuć się jak u siebie?

Wyrwanie serca w tej sytuacji wydaje się aktem miłosierdzia, a ten niezrozumiały niepokój, który pozostał Duchowi w zamian, to jednak mniejsze zło niż zdolność do pełnego odczuwania emocji.

Nie wiem tylko, czy największym dramatem tutaj jest to, że człowiek mimo wszystko wciąż musi szukać i dążyć, czy to, że czasem coś znajduje.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ależ smakołyk się tutaj trafił. Literacki, oczywiście. Od razu wciąga, krótkie akapity – niosące w sobie dużą dawkę informacji o świecie – na początku są zdecydowanym plusem. Wataha ładnie opisana, tj opiekunowie-wilki; tego może właśnie troszkę jeszcze za mało, dorastania z tymi wilkami. Ale pal licho! To w końcu baśniowe takie. Końcówka: śliczna.

Tak popadłem w klimat opowieści, że kompletnie zlekceważyłem utożsamienie serca z odczuwaniem emocji (to przecież układ limbiczny za nie odpowiada). A gatunek usprawiedliwia serca wygryzienie (szkoda, że wilk, który zjadł serduszko nie przejął cech ludzkich – tak jak w tym tekście o Indianach, że zjadają serca wrogów, by przejąć ich odwagę czy coś takiego – ciekawiej by jeszcze było).

I tylko taka mała zadra: „Za lata pomocy i budowania potęgi” – raczej: za lata pomocy w budowaniu potęgi.

 

Przeczytam jeszcze inne Twoje teksty, wcześniejsze, ale poprzeczka ustawiona wysoko.

Warsztatowo podobało mi się, bo tekst napisany jest dobrze. Co do niedopowiedzeń – hm, nie przekonuje mnie ani tekst, ani wyjaśnienia. Gdy przeczytałam o drucikach, to pomyślałam sobie o medycynie, ludzie żyli tak długo, bo mieli w sobie mnóstwo ustrojstwa. Ale niemowlę? I dlaczego ze złota? Skarb? Dlaczego to dziecko miało być skarbem? Mnogość interpretacji (także autorskiej interpretacji) zaledwie jednego  z elementów sprawia, że tekst staje się nieczytelny.

Nie za bardzo rozumiem, o co chodzi z tym wyrwanym sercem. Przecież z tekstu wynika, że chłopiec jednak – czuł.

 

Ale przeczytałam mimo to z pewnym zainteresowaniem. Nie da się też ukryć, że nie należę do grupy docelowej tak mocno symbolicznych tekstów.

Niestety, dziś niczego nie rozjaśnię. Nie mogłam trzymać dłużej tego opka, Finklo, bo później w ogóle bym go nie opublikowała.  

Poprawiłam potknięcia. Dziękuję za dobre słowa, jak i negatywne odczucia. Wszystko jest cenne dla szlifowania warsztatu.

 

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Podobało mi się. Było w opowiadaniu coś dziwnie fascynującego i przyciągającego. Bardzo zgrabnie napisane. Mam wrażenie, że tekst zostanie ze mną przez jakiś czas, kołacząc się gdzieś z tyłu głowy, choć mam jednocześnie wrażenie, że więcej mogłaś wyjaśnić bez szkody dla opowiadania. Wszystko jest dość niejasne, symboliczne, możliwe do odczytania na wiele sposobów. Nie jest to wada, ale ja, osobiście, lubię jak jest kawa na ławę ;) 

Podobnie jak Werwena, uważam, że ostatnie zdanie domyka wszystko na siłę. Brak jakiejś puenty, a przy takim tekście pasowałoby jakieś naprawdę wbijające w fotel zakończenie (inna sprawa, że coś takiego bardzo trudno napisać). 

Mimo wszystko oceniam na plus. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

początek nie płynie, rwie się (a nie mam wrażenia, że takie było zamierzenie autorki), potem jednak ładnie się wygładza. trochę naiwne, Księga Dżungli zmiksowana z Małym Księciem. 

 

ale czyta się dobrze.

Mi się nawet podobało, niejasność drucików wręcz dodawała klimatu, poczatek bardzo zaciekawia i oczarowuje, ale ten Adam i Ewa na końcu to był spory zawód. Z mrocznego, niejasnego tekstu zrobiło sie coś naiwnego – dwójka ludzi niczego nie zniszczy ani nie odbuduje. To taka symbolika tandetna, której po prostu nie lubię.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Dobrze, pozwolę sobie na dwa zdania. Wszyscy tutaj jesteśmy w tym opowiadaniu, role są tylko niejawnie rozdane, a zdarzenia ubrane w metafory. Sam koniec jest natomiast najbardziej autentyczny z całej reszty.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Punkt wlepiłam, więc nie ma tragedii^^ Po prostu koniec zawiódł i jakoś nie przekonuje mnie stwierdzenie, że jest najbardziej autentyczny.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

No właśnie, bardzo dziękuję za punkty do Biblioteki i oceny, nie spodziewałam się obfitych plonów z takiego rodzaju opka… ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Tenszo, jak to “nie przekonuje Cię”? Przez całe opowiadanie mamy gadające wilki, ludzi bez serca, magiczne druciki, postapokalipsę, w której żadnego cholernego metra niet… i to jest bardziej autentyczne niż moment, w którym samotny facet wreszcie spotyka TĘ JEDYNĄ kobietę?

O marności, o losie okrutny, o świecie podły…

Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy się tu narodziliście

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nie chodzi mi o to, że facet spotkał babę, bo to jest oczywiście dosyć zwykła rzecz ;) Ale że na ich barkach niby ważą się losy ludzkości? Pff…

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Tenszo, przecież to ostatni ludzie… Dwójka ostatnich. Jak nie na ich barkach, to czyich? ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Niczyich. Sprawa już jest przegrana ;)

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Ej, Tenszo, a Adam i Ewa? Też tylko od jednej parki się zaczęło… ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Tensza mówi głosem watahy, słowami wielkiego basiora… ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Hmmm, tak właściwie to Adam i Ewa się nie znali.

Ewa żyła dużo wcześniej. :-)

Babska logika rządzi!

Ale jak to?! To skąd się wzięli Kain i Abel? ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie wiem, ale podejrzewam Adama. ;-)

Uch, jak KB tu wparuje, to oberwę. ;-)

Babska logika rządzi!

Oj, ja wam kiedyś przypomnę to opowiadanie. I wasze komentarze. 

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Prorokini jakaś, czy co? – To o mnie. Bo właśnie sobie pomyślałam, że wcześniej nam Enazet przyładuje – za off top :)

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przepraszam.

Babska logika rządzi!

Czytałam bodaj trzy dni temu, ale musiałam to sobie przemyśleć. Bo jako baśń mi się podoba, choć właściwie mogłabym zrobić kopiuj-wklej z komentarza Tenszy. Przy ostatnim zdaniu przypomniał mi się odcinek z “Archiwum X” o Peacock Familly – ale to mój problem.

Natomiast wolałabym nie wiedzieć o inspiracji, bo psuła mi delektowanie się klimatem tekstu przez szukanie drugiego dna. I jako oportunistyczny członek watahy uważam, że lepiej albo nie wspominać o takiej genezie tekstu i pozostawić interpretację zainteresowanym, albo wyłożyć kawę na ławę.

Ale że warte przeczytania, będę piąta:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Nie lubię robić tajemnic i aluzji. Małpka stanowi okolicznościowy wyjątek. Ale bądź co bądź to ciekawe – dziwne opko z drugim dnem, okraszone aluzjami trafia do Biblioteki i jest pierwszym moim tekstem polecanym przez Ducha Biblioteki.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

bardzo, bardzo ciekawe podejście do apokalipsy i tworzenia :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Tekst bardzo fajny, ale mam mieszane uczucia, co do braku serca. Chyba jestem zbyt ograniczona, aby wyobrazić sobie ciało bez naturalnej pompki. 

A losy ostatnio-pierwszych ludzi, to przypadkiem, nie ważą się na innych częściach niż barki devil

I skoro pojawia się babka, to może pojawi się też ich więcej i będzie miał Duch jak w raju cheeky

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Sympatyczne opowiadanie, ale jak już niektórzy zaznaczali – za dużo możliwości do interpretacji, a za mało konkretów. Niejasność sprawia, że to bardziej wyobraźnia poszczególnego czytelnika decyduje czy opowiadanie jest głębokie i twórcze, czy płytkie i wtórne.. Liczyłem mimo wszystko, że na końcu wydarzy się coś bardziej zaskakującego :)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Zasłużona biblioteka.

Świetny klimat i bardzo przyjemnie napisane :)

Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

CountPrimagen: nie do końca to widzę, ale dla mnie utwory (wszelkiego typu) nie narzucające intepretacji, otwarte, wymagające pracy wyobraźni to najlepsza literatura. o oczekiwaniu “twistu” w zakończeniu już gdzieś pisałem – to cecha konstytuująca dowcipy i anegdoty, nie literaturę.

Świetne, bardzo mi się podoba :)!

o oczekiwaniu “twistu” w zakończeniu już gdzieś pisałem – to cecha konstytuująca dowcipy i anegdoty, nie literaturę.

Ja jestem zupełnie, ale ro zupełnie innego zdania. Takie nastawienie jest nie tylko wybitnie niesłuszne – już choćby tutaj, na NF, znajdziesz bardzo wiele opowiadań-dowodów, że istnieje naprawdę świetna, piękna literatura, której sednem jest właśnie dobry twist – ale też bardzo krzywdzące, zwłaszcza dla Ciebie, bo sam sobie narzucasz zupełnie niepotrzebne ograniczenia. No i, generalnie, drażni mnie, kiedy ktoś próbuje definiować, czy jest, a czym nie jest literatura, co jej wolno a czego nie wypada, co w niej jest WŁAŚCIWE i SŁUSZNE. A kiedy ktoś próbuje jeszcze te swoje definicje narzucać innym, to już włącza mi się czerwona lampka (choć oczywiście nie piję w tym momencie do Ciebie, nic z tych rzeczy).

Mówiąc wprost, ograniczenia nie istnieją i, dzięki Bogu, jakkolwiek dać Mu na imię, nigdy istnieć nie będą. Bo ni mogą. Pomijając oczywiście trzymanie się zasad poprawnej polszczyzny.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Moim zdaniem właśnie twist dodaje smaku takim krótkim formom :) A co do braku ograniczeń, to właśnie to jest takie piękne w pisaniu.. Można stać się bogiem swojego własnego świata, zrobić z nim wszystko, co się zamarzy, kreować zgodnie z własną wizją, wolą i umiejętnościami. Dlatego właśnie porzućmy definicje i dajmy się ponieść pasji ;)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Cieszę się, że filozofujecie sobie pod tym opkiem – gdzie, jak nie pod tekstem zawodowego filozofa – ale trochę płyniecie, panowie. Relatywizm jest podstawowym kryterium egzystowania jak i twórczej działalności ludzkiej, ALE bez przyjęcia pewnych ogólnie akceptowanych zasad i zastrzeżeń nie można marzyć o uporządkowaniu, definiowaniu, zamykaniu w niezbędnych ramach. W dobie wyrastających jak grzyby po deszczu selfów, krzyczących o wolnej twórczości (wolnej nawet w wielu przypadkach od poprawności językowej) nie jestem w stanie potępić kogoś za machanie restrykcjami. Chociaż, należy pamiętać, że postulowanie prawd absolutnych jest absolutnie… be.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Jakie to są “niezbędne ramy” i po co o nich marzyć? Związku z selfie też tutaj nie widzę. Znaczy widzę, ale moim zdaniem nie jest on na tyle… ważny, realny, obrazoburczy czy istotny dla dyskusji, by po niego sięgać. Dlaczego? Ano dlatego, że mówimy tu o literaturze jako całokształcie, bez podziałów na good, bad and ugly, bo te pozostają przecież całkowicie subiektywne. Selfy to zuooo, wiadomo, ale w kontekście naszej dysputy nie wydają mi się istotniejsze niż możliwość opublikowania tutaj, na portalu, właściwie czegokolwiek (oczywiście w granicach prawa i zwykłej ludzkiej przyzwoitości). Autor może przecież pisać o czym chce i jak chce, ale to nam, czytelnikom, nadano wieczne i niezbywalne prawo oceny, co nam się podoba, a co nie (i żadna Cenzura, żeby nie wiem jak skuteczna, tego nie zmieni), więc póki mamy mózgi i potrafimy z nich korzystać, wartościowa literatura – zresztą sztuka ogólnie – będzie bronić się sama. Zatem wszelkie restrykcje i ograniczenia co do fabuły w danym tekście i sposobu literackiego jej ujęcia wydają mi się zupełnie poronionym pomysłem. Jaki sens miałoby bowiem bycie pisarzem, gdybym nie mógł pisać o czym chcę i w jaki sposób chcę? Gdybym nie mógł TWORZYĆ, tak po prostu?

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

[…] więc póki mamy mózgi i potrafimy z nich korzystać, wartościowa literatura – zresztą sztuka ogólnie – będzie bronić się sama.

Będzie. Do czasu, póki, optymisto.

Piszesz o “wartościowej literaturze, sztuce ogólnie”, negujesz potrzebę istnienia “niezbędnych ram” – a co z Twoim własnym stwierdzeniem, że werdykty wydają czytelnicy? Czy potrafią jakiekolwiek w miarę rozsądne oceny wystawić, jeśli nie znajdą punktów zaczepienia, odniesień i paraleli do znanych im “ram”? Proces wartościowania sztuki – tu: literatury – opiera się na porównaniach, więc ostrożnie z “zawieszaniem tekstu i czytelnika” w swoistej próżni poznawczej…

Nikogo nie wpycham w próżnię poznawczą; to już zdecydowanie nadinterpretacja.

Zacznijmy od tego, czym są te ramy? I czy rzeczywiście je neguję? A jeśli, to do jakiego stopnia? Bo jeśli mówimy o poprawności językowej, o mających sens zdaniach, o logice samego tekstu, to jak najbardziej zgoda – takie ramy są potrzebne i wskazane. Ale kto ma prawo mówić mi, co powinno mi się podobać, jaka historia mnie zainteresować, który dialog zaciekawić, a co wzruszyć? Wiadomo, im więcej różnych tekstów człowiek czyta, tym bardziej gust mu się wysublimuje, więcej dostrzeże, zrozumie i skojarzy. Większe obycie z tematem, bardziej rozbudowana skala ocen, lepsze umiejętności poznawcze – dobra rzecz. Ale, tak naprawdę, czy muszę przeczytać wprzód Tolkiena, Fauklnera, Szekspira, Dostojewskiego, Homera i innych, ponoć zajebistych, by móc samemu ocenić, czy opowiadanie jakiejś tam Heroiny z portalu NF mi się podoba czy nie, i dlaczego? Czy ocena, choćby najprostsza, ale szczera i subiektywna, jest możliwa tylko poprzez porównanie jednego tekstu z drugim?

Jestem przekonany, że nie.

 

I tak, Adamie, jestem optymistą. Wierzę, że choćby świat zidiociał dokumentnie, zawsze gdzieś będzie jakaś NF ze swoimi Adamami, Finklami, Regulatorami i całą resztą rozsądnych ludzi, którzy będą potrafili dostrzec piękno w pięknie. I należycie je docenić.

A z literaturą tak już jakoś jest, że im jest bogatsza i bardziej różnorodna, tym więcej tego piękna weń przetrwa. Nawet, jeśli z zewnątrz będzie obrastała wrzodami publikacyjnej bylejakości.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jesteś optymistą. A ja – pesymistą. Pomimo dzielonej z Tobą wiary, że choćby świat zidiociał dokumentnie i tak dalej, jestem pesymistą. Dlatego, że legion regulatorów, Finkli, Mariann i Cieniów nie powstrzyma – a co dopiero marzyć o odwróceniu tendencji – totalnego zjazdu po równi pochyłej. Bo z literaturą, gdy spojrzeć na nią jako wyznacznik trendów, tak już jest, że zdycha pod „skorupą wrzodów bylejakości”.

Pytasz, czy musisz poznać twórczość, najważniejsze dzieła z dorobku Faulknera, Dostojewskiego, Tolkiena i Szekspira. Nie ma na to zdecydowanej odpowiedzi, bo nie znają ich miliony i żyją, ale jednocześnie, jak zauważasz, są te miliony zubożone pod względem skali porównawczej… Pomimo tego przyznam Tobie rację: można nie czytać niczego poza wybranym, ulubionym gatunkiem, bo to też ustanawia skalę, tylko wewnętrznie ważną, ale ustanawia.

I w tym problem, Cieniu. W proporcjach. Nie tylko łyżka, ale cały litr miodu wlany do beczki dziegciu… Znasz to, więc na tym kończę.

Cieniu, dobrze, że nie masz fejsa, bo omija cię dramat, jaki przechodzę praktycznie codziennie w grupach i na podstronach skupiających pisarzy, literaturoznawców, fandom, grafomanów, idiotów, wszystkich wymieszanych z sobą, którzy dzień w dzień ścierają się, wstawiają artykuły, dyskutują, płaczą i wyzywają się od najgorszych. Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, ile jest parszywej pisaniny, którą usilnie autorzy i ich “wydawcy” nazywają literaturą, ilu jest młodych, zidiociałych ludzi, jak i starych i niereformowalnych, którzy nie chcą się uczyć, ale za to uchodzić za nowych Tolkienów i Sapkowskich… NF ma poziom, tutaj ci się nie przebije ktoś, kto jest butnym, nieumiejętnym chłystkiem, chyba, że schowa dumę do kieszeni i zacznie się uczyć. Na pewno dobrze wiesz, że istnieją potworne książki, potworna pisanina, potworni autorzy, a ich “dzieła” stoją obok literatury popularnej, bo pięknej już się na półki nie wystawia. Małe księgarenki, które to robią, bankrutują jedna po drugiej. Znasz jakiś niszowych redaktorów? To są ludzie tak znękani przez grafomanię, że trudno z nimi rozmawiać i wycisnąć krztę optymizmu. Mają na co dzień lawinę potwornej pisaniny na głowie. A pamiętasz, kto Szymborskiej nie tak dawno zgarnął Nike sprzed nosa? Jakim… nie, nie mam na TO określenia. Jak następne pokolenia odróżnią chłam od dobrej roboty, jeśli da się zezwolenie na “radosną twórczość własną”? Ona wychodzi z szuflad i trafia do Internetu, nie raz z numerem ISBN. W tym tkwi problem i dlatego o nim mówię. Dzieci w szkole potrafią coraz mniej, jeśli chodzi o słowo pisane, nie czytają, nie piszą, a jeśli już, ich wymagania są nikłe w kulturze obrazkowej. Ramy są potrzebne, czy to u jakiejś tam Heroiny na NF, czy na blogu, stronie, w gazecie, książce…

Tak, ja też jestem pesymistką.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Cieniu: ok, zabrakło tam zdecydowanie jakiegoś "moim zdaniem" albo innego wskazania na subiektywizm tej oceny. Nie chciałem uogólniać. I chyba trochę się zagalopowałem, nie mając czasu na precyzyjne określenie, o co mi chodzi. Nie uważam, że twist jako taki jest zły. Zwroty akcji i nieoczekiwanie pojawiające się informacje, które wywracają wszystko (albo tylko przestrzeń możliwych interpretacji) do góry nogami, wg mnie bardzo się przydają i potrafią być sednem tekstu. Nię lubię tylko takich opowiadań, w których twistem próbuje się ratować cały tekst, w których od połowy widać, jak to się skończy, a jednozdaniowy twist jest jak pointa przydługiego dowcipu. Takich jest tu zdecydowanie za dużo. Ale pewnie mam skrzywione spojrzenie, na fantastyka.pl czytam głównie teksty nie przekraczające 12-15 tys. znaków.

Zgadzam się, że trochę się samoograniczam (choć nie wiem, może kiedyś sam wpadnę w taką pułapkę – napiszę coś słabego i będę się starał to uratować jakimś okropnym wybiegiem w tym stylu), ale to pewnie nie jedyna z moich literackich fobii i jeśli miałbym się do faktu ich posiadania w jakiś sposób ustosunkować, traktowałbym je raczej jako wyzwanie niż przeszkodę.

 

A żeby odwołać się do szerszego tematu, i tutaj już świadomie będę trochę uogólniał, choć wciąż “moim zdaniem”: jakieś ramy na pewno istnieją, bo na pewno są teksty, które nie podobają się prawie nikomu. Te “ramy” można pewnie podzielić na kilka kategorii, jedne są łatwe do opisania i bardziej powszechnie akceptowane (np. ortografia, interpunkcja, gramatyka), inne mniej. Nie podaję przykładu tych drugich, bo kwestią dyskusyjną jest to, czy w ogóle da się je uznać za “ramy”. Chodzi o styl, poetykę, sposób prowadzenia narracji itp. Frazeologia jest pewnie gdzieś na pograniczu. O tych pierwszych można powiedzieć, że mają charakter normatywny, te drugie można tylko opisać i to zawsze w ograniczonym zakresie – w odniesieniu do grupy czy “czasów” i stwierdzić, że teksty, które w tych ramach pozostają, podobają się bardziej albo częściej zostają wydane. Lingwiści i literaturoznawcy na pewno dobrze sobie radzą z opisywaniem tych ram i być może kiedyś ktoś nawet komputery nauczy rozpoznawania, co się będzie podobać, a co nie. A w końcu zawsze znajdzie się ktoś, kto pójdzie pod prąd i mimo wszystko będzie się podobać wystarczająco licznej grupie, żeby zostać zauważonym.

 

Skoro pojechaliśmy i tak z tematem, wkleję wam moje ukochane słowa profesora Legutko:

 

Produkcja artystyczna – co jest szczególnie zdumiewającym, a nawet bolesnym paradoksem – miała się w tym zakresie lepiej w PRL-u, w czasach cenzury, indoktrynacji i ideokracji, niż w wolnej Polsce z jej swobodami i nieograniczonym, ciągle rosnącym dostępem do wszystkich możliwych źródeł kulturotwórczych. Nawet jeśli pojawiają się talenty, czy osobowości, to powstaje trudne do usunięcia wrażenie miałkości, lichości i powierzchowności. Oczywiście znajdujemy się tutaj na gruncie, na którym wszelkie generalizacje są szalenie ryzykowne i trudno uzasadniane, weryfikowalne dopiero z dłuższej perspektywy czasowej. Tym niemniej można wskazać mechanizmy powstrzymujące rozwój niebłahej twórczości artystycznej.

Jednym z nich jest silna polityzacja współczesnej kultury i współczesnej humanistyki. Współczesny artysta, pisarz, profesor literatury, kulturoznawca, recenzent z działu kultury tygodnika czy dziennika, są ciągle angażowani i sami się chętnie angażują w jakieś polityczne przedsięwzięcia: opisują struktury władzy, demaskują je, sekundują czyjejś emancypacji, potępiają dominację pewnych grup, wsłuchują się w głosy wykluczonych, pokazują mechanizmy wykluczania, i tym podobne. Współczesna humanistyka i spora część produkcji artystycznej przypomina pole bitwy o lepszy świat, a w każdym razie walkę z tymi wszystkimi paskudnikami, którzy świat uczynili tak paskudnym. Kobiety walczą z mężczyznami, homoseksualiści z heteroseksualistami, młodzi ze starymi, buntownicy z faszyzmem, wykluczający z wykluczanymi. Niemal nie można dzisiaj pójść na wystawę, żeby nie narazić się na uczestnictwo w jakiejś akcji przeciw czemuś lub na rzecz, przeciw faszyzmowi, wykluczeniu, rasizmowi, seksizmowi, maskulinizmowi, antysemityzmowi, lub na rzecz równości, autentyczności i pokoju; trudno pójść do teatru, żeby nie być świadkiem histerycznych manifestacji przeciw fanatyzmowi i bigoterii, a za swobodą i tolerancją. Zawsze należy się opowiadać za wielością przeciw jedności; za różnorodnością, przeciw systemowi; dobrze być multi, zaś źle – mono; koniecznie trzeba się otwierać, a nie zamykać, stąd dobrze jest każdy rzeczownik poprzedzić przymiotnikiem „otwarty”, a każde potępienie opatrzyć oskarżeniem o zamykanie się. Należy absolutnie używać słowa „kultura” w liczbie mnogiej, a najlepiej mówić o mieszaniu się kultur, ich krzyżowaniu lub – co jest absolutnym pewniakiem – o dialogu między nimi. Zawsze dobrze jest posłużyć się motywami obozu koncentracyjnego, linczowania murzynów, zdjęciami ludzi chorych na AIDS, czy wojny w Wietnamie. Dobrze jest też w wolnych chwilach podważyć jakieś tabu, które być może jeszcze pozostało, a jak już nie pozostało, to można udawać, że ciągle istnieje; nie zaszkodzi powalczyć ze skostnieniem, dokonać krytycznego rozrachunku, poszczypać Kościół katolicki i chrześcijaństwo, obśmiać nacjonalizm, zdruzgotać ksenofobię, ponaigrawać się z polskiej zaściankowości i nietolerancji.

Polityzacja współczesnej humanistyki i współczesnej produkcji artystyczno-intelektualnej stworzyła niesłychanie mocną machinę stereotypów na poziomie języka, wyobraźni, ideałów, narzędzi opisu, a nawet intuicji myślowych. Oparli się jej przede wszystkim starsi twórcy, którzy mieli inną formację; młodsi okazali się dużo podatniejsi. Szkodliwość owej machiny stereotypów jest tym większa, że nawet wśród twórców, którzy nie angażują się bezpośrednio w takie polityczne batalie, to presja owych stereotypów jest tak silna, iż usuwa z pola widzenia, a w każdym razie z pola zainteresowania wielką część problematyki, do końca zagospodarowanej przez obowiązujące schematy. Tematy te uchodzą za politycznie niebezpieczne jako potencjalnie otwierające drogę do tych wszystkich okropnych rzeczy, z którymi dzisiejsza kultura zajadle walczy.

Gdy więc mam odpowiedzieć na pytanie, czy kultura w powyższym sensie jest nośnikiem tożsamości i wartości, to powiedziałbym, że tak, choć że jest to tożsamość sztuczna, nieciekawa i nierokująca, natomiast wartości mają charakter przede wszystkim polityczny. Można odnieść wrażenie, iż artyści i intelektualiści angażują się w działanie na rzecz liberalnej demokracji i to ona stanowi ostateczny horyzont. Tak jak kiedyś starano się narzucić kulturę socjalistyczną, tak teraz rękami i umysłami samych twórców powstaje twórczość służebna wobec mgliście pojmowanych idei liberalno-demokratycznych przeciwstawionych równie mgliście pojmowanym, lecz wielce nienawistnym ideom autorytarnym.

(…)

Teza III dotyczy trzeciego sensu słowa kultura, pojmowanej tutaj jako rodzaj subtelnej formacji umysłowej i estetycznej. Otóż odnoszę przykre wrażenie, że ten rodzaj formacji słabnie i że dość szybko znikają warunki, które są konieczne do jego istnienia. Szkoły – nie tylko polskie, lecz na całym świecie – stają się coraz bardziej instytucjami przyuczającymi do zawodów, lecz nie dającymi formacji kulturowej. Można być dzisiaj dobrym absolwentem, człowiekiem sukcesu na rynku pracy, lecz zupełnie nie kwalifikować się do kategorii człowieka kulturalnego, a nawet być barbarzyńcą.

Najbardziej destrukcyjny po tym względem jest egalitaryzm będący główną ideę organizującą społeczeństwo współczesne. Formacja kulturowa oparta jest bowiem na myśleniu antyegalitarnym i hierarchicznym, na przekonaniu o istnieniu góry i dołu w sztuce, w działalności intelektualnej i w innych dziedzinach życia. Człowiek myślący hierarchicznie jest cały czas niezadowolony z siebie, ponieważ obawia się spaść niżej i pragnie sięgać wyżej w hierarchiach piękna, smaku, ogłady umysłowej czy wrażliwości estetycznej. Człowiek ze społeczeństwa egalitarnego natomiast zwykle wykazuje duże samozadowolenie, uważając swój świat i swoją perspektywę jako jedyną wartościową, nie będąc zainteresowany niczym innym. Jest jak turysta, który odwiedza dalekie kraje tylko po to, by uzyskać potwierdzenie tego wszystkiego, o czym wiedział przed wyruszeniem w podróż.

Taką podróżą, dzięki której zwykle uzyskiwało się formację, a więc wracało się innym, niż się wyjeżdżało, była klasyka – narodowa i światowa. Obecnie jednak straciliśmy całkowicie zainteresowanie, traktując ją wyłącznie jako materiał do potwierdzenia naszych dzisiejszych przesądów, idiosynkrazji i ideologicznych pasji. Nie uczymy się od klasyki, lecz ją pouczamy.

(…)

Zanikł bowiem niemal zupełnie proces formacyjny, jaki zwykle dokonywał się przez klasykę, a jaki wytwarzał odruch oporu w imię indywidualizmu. Ten proces formacyjny bywał oczywiście zawsze selektywny, sterowany preferencjami i uprzedzeniami epoki, lecz nieodmiennie wynikał z postawy pokory, jaką powinno się odczuwać wobec dzieła, o którym wiadomo, że zawiera mądrość, że tej mądrości można się nauczyć, i że jej odkrycie wymaga sporego wysiłku. Na taki wysiłek poszukiwania mądrości nie mamy już ochoty, a pokora – charakterystyczna dla myślenia hierarchicznego – ustąpiła pysze typowej dla mentalności egalitarnej, gdzie każdy jest tak samo mądry lub tak samo głupi i gdzie nikt nie ma ochoty uczyć się od nikogo. Zamiast ludzi kulturalnych obserwujemy hałaśliwą grupę pyszałków, powtarzających te same frazesy i odwołujących się do tych samych dawno zgranych motywów, zupełnie odpornych na jakikolwiek rozwój umysłowy czy na nowe nieznane impulsy. 

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Szkoda, że profesor nie zdobył się na otwarte skrytykowanie poprawności politycznej.

Po trzech czwartych Internetu też powinien “przejechać się” jak najcięższym walcem.

Chyba, że to nie całość, a jedynie cytat.

Kochani, a może tak właśnie trzeba? Może to właśnie wyłamywanie się spoza ramy stworzyło nowe ramy, a literatura, i sztuka ogólnie, by przetrwać i wyjść na prostą, musi się jakoś – znowu lub jeszcze bardziej – wyłamać także poza te nowe, współczesne ramy?

Oczywiście nie zamierzam polemizować z Wami na temat tego, że źle się dzieje. Czasy są, jakie są; z jednej strony mamy progresywne i najwyraźniej świadomie zaplanowane zidiocenie całej cywilizacji, połączone z “totalną wolnością” (nie tylko w sztuce) i bezstresowym wychowaniem zaburzającym zdrowy osąd (zwłaszcza na własny temat) coraz większej ilości jednostek. Z drugiej strony żyjemy ponoć w czasach, gdzie, paradoksalnie, coraz bardziej liczy się wiedza, informacja, wykształcenie i tak zwane “nieszablonowe myślenie”, a zdrowa, ciężka praca nie tylko jest coraz bardziej pogardzana jako sposób na życie i wyznacznik statusu społecznego (czyżby powrót do filozofii przedrewolucyjnej i narodziny feudalizmu nowego rodzaju; burżuazji inteligenckiej i… całej reszty?), ale powoli też, przez wzgląd na rozwój technologiczny umożliwiający zastępowanie coraz większej ilości ludzi tańszymi w utrzymaniu, bardziej wydajnymi i mniej zawodnymi maszynami, staje się wręcz zbędna.

Mamy więc nadmiar “przymusowych”, a więc mocno niewydarzonych intelektualistów, co najwyraźniej prowadzi do kulturalnej, etycznej, moralnej i ogólnocywilizacyjnej zapaści, która wyraźnie i jednoznacznie negatywnie odbija się także na literaturze. Bo dzisiaj pisać każdy może – papier przyjmie wszystko – a coraz więcej osób chce (”musi”?) zostać – i wierzy, że będzie – “intelektualistami udokumentowanymi” (a przy tym sławnymi i bogatymi, ma się rozumieć), co jest, w sumie na szczęście, oczywistą bzdurą.

Tak więc mamy sytuację, którą Naz opisała w sposób, za jaki ktoś powinien przyznać jej Paszport Polsatu – zalew totalnego art-gówna (biorąc pod uwagę niektóre performance, zwrot ten nabiera wymiaru jak najbardziej dosłownego), wydalanego przez ludzi, którzy najwyraźniej wierzą, że muszą być artystami, skoro ewidentnie nie nadają się do żadnego innego rodzaju pracy choćby pozornie umysłowej, a fizycznej nie uznają, bo “nie po to robiłem doktorat, żeby…”. (Bardzo krzywdzące uogólnienie, wiem).

Co gorsza wszyscy ci “artyści” ręcami i nogami bronią siebie i kierunku, w którym po chamsku i na chama pchają dzisiejszą kulturę, konsekwentnie zaniżając wszelkie standardy, byle sami mogli się w nich mieścić ze swoją “sztuką”. I tu, po długim wywodzie, będącym w sumie niczym więcej jak nieco rozbudowaną co prawda, ale jednak tylko powtórką z wniosków Naz i Adama, dochodzimy do konsensusu – art-shit staje się ramą, poza którą coraz trudniej się wybić, bo wybijanie się poza ramy… stało się ramą. Brzydką i nieporęczną, ale bardzo modną; godną każdej ściany w naszym pięknym, nowoczesnym świecie. I teraz pytanie, jak wyrwać się z tej ramy? I czy w ogóle warto próbować? Czy iść wciąż dalej w tę “wolność”, uparcie torując sztuce drogę przez zaistniały absurd i kiczowatość, wierząc, że gdzieś tam, za winklem dziejów, czeka ją coś lepszego; że wzmiankowana rama w końcu załamie się pod własnym ciężarem; że prawdziwi Bogowie-Autorzy zdołają pewnego dnia wybić się ponad hordę fałszywych bożków i poprowadzą nas ku jakiejś Ziemi Obiecującej, czy też zaprzeć się i próbować zawrócić cały ten popieprzony nurt (z którym ja zasadniczo nie mam jednak styczności, bo sam decyduję, co czytam i co jest dobre – a gust mam wybitny; tak do literatury jak i kobiet – a jedyni literaci, z którymi utrzymuję kontakt, są zdecydowanie warci tego, by pisać dlań ten komentarz o wpół do szóstej nad ranem), próbując tworzyć wciąż nowych – albo raczej: na nowo – Tolkienów i Homerów?

Dla mnie odpowiedź jest jednoznaczna: idź albo giń. Czasu nie cofniemy, postępu nie zatrzymamy, trendów nie zmienimy. Możemy za to olewać wszystkich pseudointelektualistów i pseudartystów i walczyć o tych twórców, o których walczyć warto; bo przecież i takich nie brakuje i nigdy nie zabraknie, a wręcz przeciwnie – choćby trafiał się jeden taki na stu grafomanów z powołania, to gdy przybędzie nam już tych stu partaczy, to znajdzie się też i kolejny geniusz. Na każde sto kilo błota trafi się przynajmniej jeden okruch złota. I jestem przekonany, że tym piękniej będzie on błyszczał z im paskudniejszej brei się go wyciągnie.

Mówiąc krótko, literatura nie da się zamknąć na długo w żadnych ramach – Tolkien też w końcu Władcą Pierścieni przełamywał stare i tworzył zupełnie nowe; zapewne lepsze, na pewno ciekawsze – i nic na to nie poradzimy. Choć oczywiście prof. Legutko – mimo że niejako piętnując upolitycznienie literatury, sam mocno się w tym piętnowaniu, moim zdaniem, upolitycznia (odbieram jego wypowiedź jako jeden więcej manifest “przeciwko…”/“na rzecz…”), przez co traci na wiarygodności – ma rację, ubolewając, że tworząc nowe wzorce, nie czerpiemy już praktycznie z tych starych, sprawdzonych i bezdyskusyjnie wartościowych (tu ukłon również w stronę Adama). Ale czy to jest zjawisko nowe? Oczywiście, że nie – kultura od zawsze ewoluuje razem z cywilizacją i dopasowuje się do niej, pozornie odrzucając to, co już zbędne i niepraktyczne. Kto dziś czerpie wzorce z “Pieśni o Rolondzie” albo naiwnie czarno-białych (choć absolutnie rewelacyjnych) powieści Karola Maya?

Ale… Przecież nie da się zaprzeczyć, że wszystko, co minione, na stałe wrosło i – pośrednio lub bezpośrednio – ukształtowało naszą dzisiejszą kulturę (w domyśle: literaturę), przyczyniając się tym samym do jej obecnej kondycji.

Powtórzę więc pytanie: ma zatem sens płakać nad mlekiem w talerzu?

Pani Filozof, czy mocno się pomylę, przyrównując to zjawisko (całokształt debaty) do swoistego relatywizmu kulturowego, a nas tutaj, do tych wszystkich doświadczonych życiem i latami staruszków, z lubością powtarzających, że “za moich czasów było lepiej”? (choć przecież to są właśnie nasze czasy, do czego uparcie nie chcemy się przyznać).

I czy ja w ogóle mówię jeszcze na temat?

Na jakikolwiek temat…?

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Bardzo ładne słowa. Dobra obserwacja rzeczywistości.

Jam jest człowiek czynu. Filozof wierzący w cnoty i miłujący mądrość. Mnie nie pozostaje nic innego, jak walczyć o ramy dotąd nieśmiertelne, które jakimś cudem kultura użyteczności po tysiącach lat nienaruszalności daje kopa w rzyć, a te padają na pysk. W pracy magisterskiej zawarłam postulat, że chcę wrócić do klasycznego SF, które stanowiło nośnik refleksji etycznej, a więc nośnik filozofii. To nierentowne, nieopłacalne i prawdopodobnie niewykonalne, żeby zaszczepić w innych i jeszcze tym zaciekawiać odbiorcę – ale najwyraźniej jestem umysłem ze starej epoki, który bez poświęcenia życia na propagowanie mądrości nie widzi sensu egzystencji.

Niemniej medal zawsze ma dwie strony. Pojmuję, co się dzieje, pojmuję powody tych zjawisk i niemożność zwalczenia części patologii – nieuniknionej i wcale nie nowej. Każde zjawisko przynosi reakcje – po upadkach, jak uczy historia, następują rozkwity. W którym momencie jesteśmy teraz? Być może w czasie chwilowej zapaści, miałkiej namiętności do kultury niskiej, nietrwałej i niepotrafiącej ostatecznie wygrać z nieśmiertelnym wzorcem. A może jednak zlikwiduje go niemal całkowicie, by przyszedł nowy. Tak czy siak, czasy są niezmiernie ciekawe, a ja staję w obozie, który bardziej przemawia do mojego serca – bo kto nie zna historii, ten stale ją powiela – a ja pragnę nowego właśnie przez to, że bronię starych ram ;) I myślę sobie teraz, że jeśli istniałby jakiś byt najwyższy, miałby w takich momentach ubaw – mróweczki, małe, śmieszne ludziki na którejś planecie któregoś układu ostro dywagują o sprawach nieistotnych dla Wszechświata tak dalece, że nikt z całego kosmosu się o nich nie upomina. Taka dygresja na koniec… A teraz, cholera, już tu nie dyskutuję, bo mam cztery opka w kopiach roboczych, nad którymi trzeba siąść! ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Średnio mi sie podobało. Człowiek wychowany przez wilki budujący nowa cywilizację. Końcowe spotkanie mężczyzny i kobiety. Za wiele symboliki.

 

Kurcze, to jest tak złe, że aż bardzo dobre ;)

Choć pewnie na tyle hermetyczne, że gdyby tekst uchylić szerzej, byłoby jak komentarz powyżej.

Udało Ci się w tak krótkim tekście zawinąć miejscowego czytelniko-stwora w odium wyjątkowości (vide: rozległe komentarze ;) ) Bad, bad girl….:) Nawet ja, wilczy wyjadacz dziecięcych serc, (choć spoza watahy), poczułem się jak maleńka, samotna istotka, pozbawiona serduszka przez wilczą sforę i przez nią spowita :D 

“HEJ, a może jednak to chodzi o mnie?” – Brawo.

 

Tak czy siak, za stworzenie atmosfery w przeciągu 7 tysiaków, GRATULACJE udanego tekstu (wiesz, zauważyłem, że tak się pisze na tym portalu, ale jeszcze nie przywykłem). 

Pozdro. ;)

Nie biegam, bo nie lubię

Tekst oceniam pozytywnie.

Fajny tytuł, nastrój baśni, trochę nie wiadomo o co chodzi, ale nie szkodzi. 

Zakończenie może ciut zbyt proste, ale wg mnie pasuje.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Mam wrażenie, że z tym tekstem jest tak, jak z “Birdmanem” Innaritu – nieźle udaje, że jest dobry. Mnie się ta symbolika – a to wyjedzenie serca, a to druty ze złota, a to nowi Adam i Ewa – podobnie jak Tenszy wydała dość tania. Mogłoby to przejść w baśniowej konwencji, ale tej baśniowości też zabrakło. Właściwie to przydałoby się tu albo więcej akcji i bohaterów, albo więcej filozofowania, albo więcej poezji albo chociaż więcej opisu tego świata i wyjaśnienia, co i jak. Miałby się czytelnik o co zaczepić. 

 

No i w sumie nawet nie wiem, czy to jest pseudo-realizm, czy jednak nie. Bo jak realizm, to Duchowi serce do emocji niepotrzebne ;)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Szortów nie czytuję. Wolę poezję, ale przeczytałem.

Nie wiem sam. Tytuł paluszki ssać, ale wolę poezję. Tam się piszę pomiędzy wierszami, przynajmniej.

Więc – Cmok w kok Smoczyca.

Nowa Fantastyka
Patronujemy