- Opowiadanie: gravel - Mój tatuś superbohater

Mój tatuś superbohater

Przyznaję się bez bicia, fantastyki tu tyle, co kot napłakał, ale... 


 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Mój tatuś superbohater

O tym, że jej ojciec nie żyje, Jane dowiedziała się z nagłówków gazet.

Jadła śniadanie, kartkowała jakiegoś brukowca, tak jak zawsze. Wychodziła do pracy, po drodze zahaczała o knajpkę, zamawiała kawę i słodkiego rogalika, i przeglądała gazety, żeby nie siedzieć bezczynnie.

Niewielki artykulik opatrzony zdjęciem, które doskonale znała, siłą rzeczy przykuł jej uwagę, więc zaczęła czytać.

Jeden z najsłynniejszych superbohaterów Stanów Zjednoczonych popełnił samobójstwo!, grzmiał nagłówek wytłuszczoną czcionką, a pod spodem na zdjęciu pysznił się jej ojciec w swoim żenującym kostiumie i z miną zdobywcy świata, lub też największego palanta na Ziemi. Pierwsze, co poczuła, to wstyd.

Dojadła rogalika, gazetę wyrzuciła do kosza i poszła do pracy. Czekała na telefon od matki, ale ta pinda nie miała na tyle przyzwoitości, by zadzwonić do córki i powiadomić ją o śmierci ojca.

Jane pracowała jako sekretarka w gabinecie weterynaryjnym na peryferiach Paryża, tam gdzie zatłoczone, zadeptane turystami centrum ustępuje klimatem wąskim uliczkom, które jednak zawsze są puste, ciche i wyblakłe, jak stare zdjęcia. W pracy zajmowała się głównie bezmyślnym gapieniem się w przeciwległą ścianę, obwieszoną dyplomami doktora Russoe, czasami odbierała telefony i umawiała pacjentów – a potem znów zapadała w stan podobny do śpiączki, bez przerwy wpatrując się w dyplomy, dyplomy, dyplomy.

Tego dnia także się wpatrywała, ale miała wrażenie, że litery na dyplomach i zielone szlaczki na ich brzegach układają się w rysy twarzy ojca. Tak, tak chyba było. Nie widziała dyplomów, tylko swojego ojca, w tym kolorowym kostiumie błazna i majtkach założonych na trykoty.

Gdy wskazówki zegara wskazały piątą, zapukała do gabinetu doktora, powiedziała, że idzie do domu, a on, znad gazety sportowej, skinął przyzwalająco głową . Spakowała się i poszła.

W domu czekał na nią Victor z przygotowaną lekką sałatką – uparła się, że musi zrzucić parę kilo, miała nadwagę, była okrąglutka jak kulka. Ale tego dnia już od progu krzyknęła:

– Zrób mi tosty!

A on chyba odetchnął z ulgą, bo po paru dniach przymusowego współuczestniczenia w diecie był wygłodzony jak wilk; zrobił jej tosty, a ona usiadła za stołem. Nie było jej smutno, była tylko strasznie, strasznie zmęczona.

– Czytałeś dziś gazetę? – zapytała.

– Nie, czemu?

– Znalazłam krótką wzmiankę o moim ojcu.

– Tak? Co u niego?

– Nie żyje.

Victor zająknął się, przeląkł, ale powiedziała, że nie ma potrzeby aż tak się przejmować. Nie uwierzył. Objął ją, przycisnął policzek do jej czoła i wyszeptał, że bardzo mu przykro. Wysunęła się spod jego rąk i pokręciła głową.

– Zabił się. Ale to nie szkodzi. – Pociągnęła nosem, chociaż nie chciało jej się płakać; chciała tylko sprawdzić, a nuż znajdą się jakieś łzy. Oczy były jednak suche. Co innego oczy Victora, lśniły od łez.

Patrzyła na niego rozczulona. Lubiła te lekko wilgotne, wielkie, ciemne oczy i smutną, pociągłą twarz. Miał oblicze melancholika, zawsze poważne spojrzenie i nigdy nie robił niczego szalonego. Był bardzo roztropny. Zakochała się właśnie w tym opanowaniu.

Na pewno nigdy nie założyłby majtek na trykotowe spodnie i nie bawiłby się w superherosa. Kiedyś, co prawda, nieśmiało jej bąknął, że gdy był mały lubił z siostrą udawać Supermana i Wonderwoman, ale wtedy Jane powiedziała, że nie szkodzi, przecież byli tylko dziećmi. Będąc dzieckiem, każdy chce być superbohaterem.

I każdy widzi swoich rodziców jako bohaterów.

To normalne, to część dorastania, uczenia się patrzeć na świat jako na prawdziwe, realne miejsce, do którego trzeba dojrzeć. Zabawy są fajne, ale w końcu musi nadejść moment, gdy jest się na nie za dużym. Trzeba pójść dalej, zostawić powiewające peleryny za sobą. Jej ojciec nigdy z tego nie wyrósł, co było niepoważne. Całe życie tkwił w świecie swoich dziecięcych fantazji, udawał, że ta zabawa to praca jak każda inna. Ale, na Boga… Dwudziesty pierwszy wiek! W dwudziestym pierwszym wieku nawet dzieci z podstawówki nie bawią się już w superbohaterów.

Dlatego powiedziała Victorowi, gdy znów próbował ją objąć, że to wszystkim wyjdzie na dobre.

Może matka teraz pójdzie po rozum do głowy, przestanie wciskać swoje rozdęte od batoników, fast foodów i coca coli cielsko w lateksowe kostiumy i ganiać przestępców po ulicach Brooklynu, potykając się co chwila o nierówny bruk. Może jej to zdziecinnienie przejdzie i zajmie się normalną pracą.

– Może spotka kogoś spokojnego i rozsądnego, kogoś takiego jak ty – powiedziała Jane, całując Victora. – Kocham cię.

– Za to, że jestem nudny?

– Nie, głuptasie.

Ale w duchu zastanawiała się, czy nie skłamała. Boże, nuda! Jak ona kochała nudę! Jak kochała Victora, łagodnego Victora, który ma rozplanowany co do minuty każdy dzień, a w jego kalendarzyku nie znalazłaby żadnego wpisu w stylu: „Poniedziałek – pojedynek z Wielkim Magusem Inferno”. Nie musiała się o Victora bezustannie bać, gdy wychodził rano z domu i nie musiała się bać, że zobaczy pewnego dnia jego twarz na okładce brukowca, z wielkim jarzącym się podpisem w stylu: Pijany superbohater rozrabia w metrze.

Nie musiała się za niego wstydzić i udawać, że nie ma z nim nic wspólnego.

– Czy twoja mama dzwoniła? – zapytał Victor nieśmiało, głaszcząc ją po ramieniu.

– Nie. Od kilku lat nie.

Siedzieli dość długo w niezręcznej ciszy; Jane zatopiła się w myślach. Szukała w sobie cały czas smutku – ale go nie było. Czuła do siebie odrazę.

 

Dokoła trumny zgromadziła się cała rodzina bliższa i dalsza, starzy przyjaciele jej rodziców, współpracownicy ojca. Oraz siostra Jane – Adora.

Jane stała z boku, trzymając w dłoni filiżankę z mocną herbatą, obserwowała towarzystwo. Ulżyło jej, gdy okazało się, że nikt z superbohaterów – ani Superguy, ani Poison Cecilia, ani Clint Westwood, ani nawet pokryty niebieskimi tatuażami Doktor Brooklyn – nie przyszedł w kostiumie. Zjawili się w garniturach, skromnych czarnych sukienkach. Poważni i dziwnie spłoszeni. Jakby pierwszy raz byli na pogrzebie.

Miała ochotę krzyknąć: witamy w normalnym życiu, gdzie ludzie umierają!

Trzymała się z daleka tak długo, jak mogła, co nie było trudne, matka bowiem ostentacyjnie ją ignorowała – robiła sceny, jak zawsze – a większość gości nie poznała Jane. Minęło w końcu parę lat, odkąd wyjechała do Europy.

Za to Adora już przeciskała się ku niej, z kieliszkiem w ręce i uśmiechem na twarzy.

– Janette! – powiedziała radośnie, stając przed Jane.

– Jane – poprawiła ją Jane zimno. – Wiesz o tym.

– Daj choć na chwilę spokój. – Adora ujęła ją pod ramię, pochylając się ku niej wystudiowanym gestem. – Musisz być miła jeszcze tylko parę godzin, dopóki wszyscy sobie nie pójdą. A potem wracaj do Europy, czy dokąd tam chcesz. Uszanuj tylko tatusia. Nie chciałby, żebyśmy się kłóciły.

Jane westchnęła, ale skinęła głową.

Usiadły na szerokiej sofie w drugim pokoju; ucichł nieco natrętny szum przyciszonych głosów gości. Adora zsunęła szpilki i z jękiem ulgi podciągnęła nogi pod siebie. Oparła się łokciem o miękką poręcz i spojrzała spod rzęs na Jane. Jak zawsze, wyglądała olśniewająco.

– To opowiadaj, co tam u ciebie – powiedziała.

– Nic. Siedzę we Francji, to wiesz.

– Słyszałam, że masz chłopaka. Miły jakiś? Czemu nie przyjechał?

– Naprawdę sądzisz, że to dobra pora na rozmowy o takich rzeczach? – Jane spojrzała na Adorę z lekkim politowaniem.

Adora wzruszyła ramionami.

– Nie gorsza niż każda inna. Tata nie miałby nic przeciwko.

Jane westchnęła. Rozejrzała się po salonie – nic się nie zmieniło od czasu jej wyprowadzki. Za drogie meble, za dużo sprzętów na zbyt małej powierzchni. Zdjęcia na zbyt bogato zdobionej komodzie: tata w kostiumie superbohatera, z uśmiechem obejmujący ramieniem Adorę. Mama w kostiumie, lekko przyciasnym, szytym na młodszą, szczuplejszą osobę. Potem mama i tata razem, w cywilnych ciuchach, siedzący na ogrodowej ławeczce. To było jedyne zdjęcie, na które Jane patrzyła bez zażenowania. Było normalne, ciepłe, sprawiali na nim wrażenie… zwykłych. Ot, małżeństwo w średnim wieku, dobrze się dogadujące, wciąż zaprzyjaźnione, spędzające razem wolny weekend w ogrodzie.

Ale to zdjęcie stało gdzieś z tyłu, za innymi fotkami – pełnymi ludzi w jaskrawych, idiotycznych kostiumach. Łatwo je było przeoczyć i chyba nikt oprócz niej nie zwracał na nie uwagi.

Ground control to major Tom – zanuciła Adora, strzelając palcami przed twarzą Jane. – Odpłynęłaś gdzieś. Nie mogłybyśmy porozmawiać raz na sto lat bez zachowywania się jak obrażone dzieci?

– Przepraszam… Przecież rozmawiamy.

– Właśnie widzę.

Jane zagryzła wargi i uciekła wzrokiem. Widziała kawałek sąsiedniego pokoju, kręcących się po nim ludzi w czarnych, eleganckich ubraniach. Cieszyła się z tych stonowanych strojów. Odpowiednich, przyzwoitych.

– Tata wolałby, żeby wszyscy przyszli w swoich kostiumach – odezwała się Adora i po raz pierwszy w jej głosie zabrzmiał smutek.

– Pewnie tak – odparła wymijająco Jane. Nie chciała się kłócić.

– Cieszysz się, że wszyscy wyglądają normalnie, prawda? Nie kręć głową, znam cię. Odkąd pamiętam nie znosisz naszej wspólnoty.

– Wspólnoty? To brzmi jak masoneria. I jest podejrzanie akuratne.

– Nie rozumiem, czemu to ci nie odpowiada – powiedziała spokojnie Adora. – Wszyscy tutaj obecni starają się robić coś dobrego. Pomagać innym. Spełniają swoje dziecięce marzenia, jednocześnie czyniąc świat trochę lepszym. Czemu tak bardzo ci to przeszkadza?

– Pytasz poważnie? Adoro, spójrz na nich. To banda pajaców; dorosłych ludzi, którym się wydaje, że życie jest jak komiks i można faktycznie coś zmienić zakładając trykoty i ganiając po mieście za przestępcami. To absurdalne.

Adora wzruszyła ramionami. Przeprowadzały tę rozmowę już wielokrotnie, za każdym razem nie dochodząc do niczego. Zmieniały się tylko słowa, których używały i czasem tony ich głosów. Ostatnim razem, kiedy poruszyły ten temat, skończyło się to wielką kłótnią i wyprowadzką Jane do Francji. Ale to było parę lat temu. Nawet ten gniew już przygasł.

– Niech sobie robią, co chcą – dodała Jane. – Już mnie to nie obchodzi. Już nie jestem częścią tego cyrku. Po pogrzebie wracam do Francji, a tu… niech się dzieje, co chce.

– Tęsknimy za tobą, wiesz? – powiedziała cicho Adora. – Tatuś bardzo za tobą tęsknił. Chciał, żebyś była z niego dumna.

Jane zacisnęła palce na rąbku sukienki.

– Nie interesuje mnie to – odparła siląc się na obojętność. – Tobie łatwo jest to wszystko mówić, łatwo ci jest ich kochać, Adoro, bo ciebie uwielbiali. Byłaś dokładnie taka, jak chcieli.

To była prawda. Jane nigdy nie potrafiła wpasować się w ich oczekiwania. Musieli przeżyć niezłe rozczarowanie, gdy jedna z pieczołowicie hodowanych córek okazała się być całkowicie odporna na superbohaterską propagandę.

Cała ta rodzina była szalona. Ojciec ze swoimi supermocami i altruistyczną, naiwną potrzebą zbawiania świata, matka, rozpaczliwie próbująca mu dorównać, Adora, zachwycona środowiskiem herosów, czująca się tam jak ryba w wodzie. No i Jane – która czasem miała wrażenie, że jako jedyna osoba na całym świecie zachowała zdrowy rozsądek i dostrzega ten absurd i żenadę.

Z reguły wszyscy, których spotykała, byli jej ojcem zachwyceni. Jane pamiętała koleżanki ze szkoły, czytające o nim w kolorowych magazynach, kolegów kolekcjonujących figurki superbohaterów, wśród których zaszczytne miejsce zawsze zajmowała jego podobizna. Ale podczas gdy Adora puchła z dumy, Jane miała ochotę zapaść się pod ziemię. Czy tylko ja widzę, jak bardzo to wszystko jest pokręcone? – zastanawiała się. I zazdrościła koleżankom ich normalnych ojców, czytających dzieciom bajki na dobranoc, robiących im kanapki do szkoły, zabierających pociechy do parku czy na plac zabaw…

Ale najgorsze było, gdy ktoś pytał: jaki on jest naprawdę? Jak to jest żyć z superbohaterem?

Kiedyś pewna młoda nauczycielka, fanka jej ojca, zadała Jane takie pytanie.

– Nie wiem – odpowiedziała wówczas Jane. – Ja go rzadko widuję.

Nauczycielka zrobiła dziwną minę i na tym zakończyły temat.

Co Jane właściwie wiedziała o swoim ojcu, poza faktami, które każdy znał z gazet i telewizji? Częściej niż w domu, widywała go w rozmaitych talk-show i prasie. Czasami, gdy dzwonił, miała problemy z rozpoznaniem jego głosu – najczęściej bowiem słyszała go w telewizji, zmienionego nie do poznania. Z każdym kolejnym telefonem wydawał się coraz bardziej obcy.

Może dlatego teraz, praktycznie koło jego trumny, czuła się, jakby umarł ktoś obcy.

Nadal nie było jej żal. Może kiedyś za nim zatęskni, może kiedyś pożałuje, że jej relacje z nim wyglądały tak, a nie inaczej, ale jeszcze nie teraz. Póki co, czuła tylko… ulgę. Tak, ulgę. Nienawidziła się za to.

 

– Czy to źle, że chciałam mieć normalnego ojca? – zapytała gwałtownie Jane.

Siedziała na łóżku i zakładała piżamę. Dopiero co wróciła z lotniska, po kilkugodzinnym locie z Ameryki marzyła już tylko o położeniu się spać. Ale wciąż słyszała w głowie dudniące jak echo słowa Adory: Tatuś bardzo za tobą tęsknił. Chciał, żebyś była z niego dumna.

Victor, który leżał już pod kołdrą, pogładził ją po plecach. Jane zgarbiła się i oparła łokcie na kolanach.

– To trochę śmieszne, ale właśnie przyszło mi do głowy, że nigdy nie zrobił mi kanapek do szkoły. Nie robił ze mną tych wszystkich rzeczy, które ojciec powinien robić. Nigdy nie odprowadzał mnie do szkoły. Nie zabrał mnie na regaty do Central Parku. Chociaż nie… Raz nas zabrał. Skończyło się na tym, że opadła go grupa jakiś dzieciaków proszących o autografy. Kazał nam iść przodem, powiedział, że nas dogoni, ale przyszedł na sam koniec. Nigdy go przy nas nie było. Jestem pewna, że nie wiedział, jaki jest mój ulubiony kolor, albo jakiej muzyki słucham. Jasne, to tylko takie pierdoły, ale kiedy kogoś kochasz, to… wiesz takie rzeczy, prawda? Kiedy kogoś kochasz, to odkładasz na później heroiczne czyny i ratowanie świata, i robisz dziecku kanapki do szkoły. To jest ważne, prawda?

Spojrzała błagalnie na Victora, szukając w jego smutnych oczach potwierdzenia.

– Chciałam być z niego dumna – dodała cicho. – Naprawdę. Ale chciałam być dumna z niego, a nie z jego superbohaterstwa. Wszyscy w rodzinie zachwycali się jego odwagą, bo, och, tyle jej trzeba, żeby wyjść na ulicę walczyć z bandytami! Taki dzielny, poświęcający się dla innych człowiek! Taki niezwykły, z tymi supermocami i kolorowym strojem! Jasne, trzeba go podziwiać. Zawsze był w pobliżu, gdy ktoś potrzebował pomocy. Ale gdzie był, kiedy ja go potrzebowałam?

Poczuła, jak Victor ją obejmuje, w milczeniu. Victor zawsze był obok.

Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że płacze.

– Chciałam mieć ojca – powiedziała.

 

Koniec

Komentarze

Ładny opis konfliktów, rodzinnego i wewnętrznego. Priorytety życiowe często bardzo drogo nas kosztują, a dowiadujemy się o tym przeważnie po czasie…

Jednak nie Jane i nie jej ojciec są najtragiczniejszymi postaciami, lecz, cytuję: matka, rozpaczliwie próbująca mu dorównać, […]. Tak to widzę…

 

Nienajgorsze opowiadanie na granicy obyczajowości i psychologii. Możnna przy lekturze odpocząć od krwawego fantasy. Moim zdaniem nieco nadużywasz słowa “było”. Pozdrawiam.

Ciekawe. Interesujący pomysł, superbohaterowie z zupełnie innej perspektywy. Bardzo podobało mi się, że nie zdradziłaś, czy naprawdę i w czym tatuś był super (poza tym, że w bieganiu za bandytami). Ciekawy problem, i konflikty, i postaci, i relacje dobrze zarysowane…

Tylko zabrakło fabuły. Mam wrażenie, że opowieść mogłaby się dopiero zacząć ;)

 

 

Dobre, naprawdę dobre. Podobnie jak Adam uważam, że matka w swoim dążeniu do dorównania mężowi i próbach wciskania się w zbyt mały kostium – choć ledwie zarysowana – jest najciekawszą postacią.

Nie mogę powiedzieć, że tekst jest jakiś bardzo odkrywczy, ale ujął mnie niezmiernie swoim kwaśno-gorzkim smakiem. Lubię gorzki.

Nadal nie było jej żal. Może kiedyś za nim zatęskni, może kiedyś pożałuje, że jej relacje z nim wyglądały tak, a nie inaczej, ale jeszcze nie teraz. Póki co, czuła tylko… ulgę. Tak, ulgę. Nienawidziła się za to.

Bardzo prawdziwe. Masz niesamowity zmysł obserwacji, potrafisz wczuwać się w myśli i emocje innych – prawdziwych, lub wymyślonych – postaci. To sie chyba nazywa empatia, nie wiem, ja tego uczucia nie znam i nie rozumiem.

Tak, czy owak – jeśli myślisz o tym, by kiedyś zarabiać na życie jako pisarka, to masz ku temu solidne podstawy.

 

Pozdrawiam!

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dziękuję za komentarze :)

I znowuż wszędobylskie “było” i mityczna fabuła… Co za niezwykła para. Jednego nadmiar, drugiego niedobór. Postaram się to poprawić przy następnym tekście.

Ze wstydem przyznam, że postać matki wyszła mi niejako przypadkiem, potraktowałam ją nieco, o ironio, po macoszemu. Ale cieszę się, że jednak ktoś ją docenił :)

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za komentarze, cieszę się, że Wam się podobało.

Pozdrawiam!

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Przeczytałam. Tekst ciekawy, bo grający na emocjach. Pokazana idealnie izolacja kobiety, która opuściła rodzinę, gdyż czuła się niechciana. Faktycznie fabuły jest niewiele, ale sądzę, że ona nie jest najważniejsza. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ładne. Spodobało mi się, że próbujesz pokazać życie celebrytów (w jakimś stopniu) od podszewki. I efekt tego spojrzenia.

Jak dla mnie – fantastyki wystarczyło.

W pierwszym zdaniu brakuje przecinka.

Babska logika rządzi!

Miło się czytało. Życie bohaterki ciekawe i szczegółowo przedstawione. Zwroty typu “witamy w normalnym życiu, gdzie ludzie umierają!“ bardzo ożywiają tekst.

No cóż, nie będę się rozpisywał… Jak dla mnie było dobrze – tylko dobrze. 

Morgiano89 – pisałam z założeniem, że w kilku krótkich scenach skupię się właśnie na emocjach, nie na fabule, czyli chyba się udało :) Dzięki!

 

Finklo, Mr_D – dziękuję :)

 

NeverEnd – dziękuję, że poświęciłeś chwilę czasu na przeczytanie :)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Victor zająknął się, przeląkł, ale powiedziała mu, że nie ma potrzeby. Nie uwierzył jej. Objął ją, przycisnął policzek do jej czoła i wyszeptał, że bardzo mu przykro. Wysunęła się spod jego rąk i pokręciła głową.

^Tu trochę za dużo zaimków się znalazło. 

Ładny tekst, bez zbędnych fajerwerków. Wątek superbohaterów sympatycznie absurdalny.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

SzyszkowyDziadku – auć, zaimkoza w najgorszym wydaniu, a nawet nie zauważyłam… Staram się z nią walczyć, lecz jest jak bumerang i zawsze wraca. Poprawię. Dziękuję za komentarz :)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Fajny tekst. Początek świetny, ale potem, od momentu wspominek z Adorą – nieco się rozłazi. Zaczyna wychodzić trochę taki mdły celebrycki melodramat, już bez tego ironicznego dystansu, którego spodziewałam się po pierwszych akapitach. Może tak miało być, ale ja mam wrażenie, że kończy się niczym. A przynajmniej lekkim rozczarowaniem.

Ale czytało się dobrze, więc bez szemrania klikam bibliotekę.

Bardzo miłe, czytało się samo. Ładnie wyszła ta zwyczajność problemu leżącego w nadzwyczajności.

Widzę tu nieźle pokazany problem dzieci, których rodzice, niekoniecznie superbohaterowie, mają czas na wszystko i dla wszystkich, ale nie dla własnych latorośli.

 

ale ta pinda nie miała na tyle dużo przy­zwo­ito­ści… – …ale ta pinda nie miała na tyle przy­zwo­ito­ści

 

ścia­nę, ob­wie­szo­ną dy­plo­ma­mi dok­to­ra Rus­soe […] ale miała wra­że­nie, że li­te­ry na dy­plo­mach, zie­lo­ne szlacz­ki na ich brze­gach i za­ma­szy­ste pod­pi­sy dok­to­ra Rus­soe… – Na dyplomach doktora Russoe, nie mogło być jego podpisów.

 

Gdy wska­zów­ki ze­ga­ra wy­bi­ły piątą… – Gdy wska­zów­ki ze­ga­ra wskazały piątą

Wskazówki nie wybijają godzin.

 

po­wie­dzia­ła, że idzie do domu, a on ski­nął przy­zwa­la­ją­co głową znad ga­ze­ty spor­to­wej. – Czy rzeczywiści doktor miał głowę znad gazety sportowej? ;-)

po­wie­dzia­ła, że idzie do domu, a on, znad ga­ze­ty spor­to­wej, ski­nął przy­zwa­la­ją­co głową.

 

Vic­tor za­jąk­nął się, prze­ląkł, ale po­wie­dzia­ła mu, że nie ma po­trze­by. – Czego przeląkł się Victor, a czego nie ma potrzeby?

 

Nie uwie­rzył jej. Objął , przy­ci­snął po­li­czek do jej czoła i wy­szep­tał, że bar­dzo mu przy­kro. Wy­su­nę­ła się spod jego rąk i po­krę­ci­ła głową. – Nadmiar zaimków.

 

Pa­trzy­ła na niego roz­czu­lo­na. Lu­bi­ła te jego lekko wil­got­ne, wiel­kie, ciem­ne oczy… – Skoro wiemy na kogo patrzyła, to czy mogła widzieć oczy kogoś innego? ;-)

 

ciem­ne oczy i smut­ną, po­cią­głą twarz. Miał twarz me­lan­cho­li­ka… – Czy obie twarze są niezbędne?

 

A potem wra­caj do Eu­ro­py, czy gdzie tam chcesz.A potem wra­caj do Eu­ro­py, czy dokąd tam chcesz.

 

Adora zsu­nę­ła wy­so­kie szpil­ki… – Masło maślane. Szpilki są wysokie z definicji.

Wystarczy: Adora zsu­nę­ła szpil­ki

 

Opar­ła się łok­ciem o mięk­ki za­głó­wek… – Czy naprawdę udało jej się zadrzeć łokieć na wysokość głowy i oprzeć go?

Może: Opar­ła się łok­ciem o mięk­ką poręcz… Lub: Uniosła łokieć i położyła na miękkim oparciu.

 

wi­dy­wa­ła go w roz­ma­itych talk show i pra­sie. – …wi­dy­wa­ła go w roz­ma­itych talk-show i pra­sie.

 

Jane zgar­bi­ła ra­mio­na, opar­ła łok­cie na ko­la­nach. – Ramion nie można zgarbić.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

ocha, Klapaucjusz – dziękuję :)

 

regulatorzy, jesteś niezastąpiona! ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Interesująco ukazany konflikt, w pewnej mierze, wewnętrzny. Opowiadanie opiera się na aspekcie psychologicznym, emocjonalnym  i wszystkie te rozterki głównej bohaterki w obliczu rodziców–superbohaterów są bardzo ciekawe. Najlepiej całość obrazuje jedno z ostatnich zdań: Zawsze był w pobliżu, gdy ktoś potrzebował pomocy. Ale gdzie był, kiedy ja go potrzebowałam? 

Dobry tekst. 

Przeoczyłem ten tekst, a to więcej niż dobre opowiadanie. Interesująca opowieść, spokojna, napisana dobrym językiem. Czasownik pysznił się, rzeczownik pinda – i inne.

Sam pomysł fabuły jest ciekawy i oryginalny. Jasne, że nieprawdopodobny, chociaż…  

Otóż to. Na pewno nieprawdopodobny? Całkiem możliwe, że jednak nie… I całe, w sumie krótkie opowiadanie, jest logicznym następstwem takiego założenia – taka sytuacja jest możliwa.

Tylko – i w tym tkwi siła tekstu – patrzymy na to z drugiej strony.  Zupełnie innej. Zero opisów akcji superbohaterów, zero opisów wygibasów naśladowców komiksowych herosów, zero pójścia w stronę opowieści akcji. W sumie po prostu czytamy opowiadanie obyczajowe – i bardzo dobrze.

Chyba zmieniłbym tytuł, bo za dużo mówi, tak na wejściu. Niewielkie skróty też by się przydały. 

Dziwne, ze ten tekst jeszcze nie znalazł się w bibliotece. 

a więc głosuję.

Pozdrówka

Eleganckie podejście do tematu :) Jakiś czas temu chodziło za mną napisanie czegoś w klimatach superbohatersko-obyczajowych. Bo nigdy czegoś podobnego nie czytałem, aż do dzisiaj. Jestem zadowolony. Więc może nihil novi sub sole, ale cośtam novi w oczach Funa. 

Może odrobinę gorzej napisane niż inne Twoje teksty, ale to spokojnie biblioteczny poziom. Jak za 2 dni stuknie mi trzymiesięczny staż na portalu, załatwię ostatniego, zasłużonego klika :D

Fajnie, że się podobało. Klimaty superbohaterskie + obyczajówka to w jakiś sposób intrygujące połączenie, chociaż z pozoru wydaje się pozbawione głównych uroków opowieści o herosach: akcji, napierdalania mocami i ratowania ludzkości przed jakimś kosmicznym zagrożeniem. I jest to tematyka stosunkowo słabo eksploatowana – trza wypełniać niszę, fun, więc siadaj do pisania, a ja chętnie poczytam ;)

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Ktoś już to chyba w komentarzach napisał – fajne było, że nie sprecyzowałaś mocy tego supertatusia. 

I jest to tematyka stosunkowo słabo eksploatowana

Czy ty masz pojęcie, ile komiksów o superbohaterach regularnie powstaje? :D

Poza tym trudno będzie napisać coś naprawdę dobrego na temat superbohaterów, po tym jak Alan Moore popełnił “Strażników”. Inspirowałaś się może tym komiksem/filmem? Albo czymś konkretnym? Czy ogólnie wzięłaś na warsztat topos superherosa?

Czy ty masz pojęcie, ile komiksów o superbohaterach regularnie powstaje? :D

Ale niewielki procent z tego to dramaty obyczajowe pełną gębą. Bez uwzględniania spraw supermocy itd.

Możesz mnie sfajczyć na stosie za herezję, ale jakoś nie umiem uznać “Strażników” za szczytowe osiągnięcie w komiksie superbohaterskim. Moore’a bardziej cenię za Vendettę i TLoEG. 

A ten tekścik powstał w okresie, kiedy pisałam od ciula fanfików marvelowskich i bawiłam się wyobrażaniem sobie, jak wyglądaliby X-Meni w reżyserii Woody’ego Allena, almodrama o Deadpoolu albo avengerowa wersja Fargo ;) Ostatecznie opko poszło jednak w innym kierunku.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Nie sfajczę Cię tylko dlatego, że niedługo przeczytam wszystkie Twoje teksty z portalu i ktoś musi dostarczyć nowych. 

“Strażnicy” są genialni, jak zresztą chyba wszystko Moore’a. Podobnym darem do pisania komiksowych scenariuszy są obdarzeni chyba tylko Miller i Gaiman. Sandmany czytałaś? 

No, Moore’owi talentu odmówić nie można. Ale wolę go w innych gatunkach; w TLoEG lepiej było widać jego erudycję, oczytanie i umiejętność do splatania wielu wątków historycznych w jedną, fantastyczną całość. 

Z Millerem mało miałam do czynienia. Natomiast za fabuły i pomysły bardzo lubię Warrena Ellisa. A Sandmana pożarłam w całości w ciągu raptem paru dni, a kiedy skończyłam, postanowiłam, że zostanę pisarzem :D 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Podobało mi się :)

Nowa Fantastyka