- Opowiadanie: c21h23no5.enazet - Most na rzece Chan

Most na rzece Chan

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Most na rzece Chan

 

Główna klinika Syndykatu Kamazanu, 26 maja 485 roku popromiennego, 9:32

 

Świat był niemy. Po brzegi wypełniony ciszą obojętności zaciskał się wokół mnie, wymuszając milczącą aprobatę bezdusznego prawa. Gdyby wciąż miał głos, jeśli ktokolwiek z nas mógłby się jeszcze odezwać, Ziemię wypełniłby jazgot, wrzask i jęk.

– Błagam… – wyszeptałam z trudem, ale w oczach technika nie dostrzegałam współczucia. Trudno było znaleźć je gdziekolwiek. Wyrzekliśmy się empatii, by nie oszaleć. Spróbowałam znaleźć w sparaliżowanym umyśle jakikolwiek rozsądny argument, który przerwałby ten absurd. – Jestem z wysokiego Syndykatu…

– I tylko dlatego przysługuje ci opinia dwóch niezależnych techników organicznych. Jeśli chcesz, udaj się do Ośrodka Balfort lub Nortert, ale moja diagnoza jest stuprocentowo pewna.

Wydałam z siebie odgłos zawierający prychnięcie, szloch i śmiech naraz. Przez beznadzieję przebił się gwałtowny płomień gniewu. Przed oczami stanęła mi okładka Na szczytach rozpaczy Ciorana. Wąż i drzewo na białym tle. To nie człowiek, a gad rozwierał przede mną paszczę i przemawiał do mnie monotonnym, wypranym z emocji głosem.

Pomyślałam o konwencji popromiennej, którą każdy z nas miał wyrytą na pamięć. Punkt trzynaście, czterdzieści pięć i sto dwadzieścia trzy.

Niesubordynacja, skutek: NIEWOLNICTWO.

Niezastosowanie się do zaleceń operacyjnych technika, skutek: NIEWOLNICTWO.

Utrata organu lub części ciała wymienionej w tabeli, skutek: NIEWOLNICTWO.

Bestialskość życia stłamsiła mnie, zdeptała, podcięła mi skrzydła już bujające w locie, ograbiła mnie z wszelkich radości, do jakich miałem prawo – wyrecytowałam półgłosem, starając się opanować, jakoś wypośrodkować rozdarcie między rozpaczą a złością.

Technik spojrzał na mnie, unosząc brwi. Nie miał żadnych zmarszczek. Twarz gładka, blada i błyszcząca jak porcelanowa maska. Musiał posiadać dojście do środków konserwujących i permanentnego woskowania.

– Balfort albo Nortert? – spytałam, próbując wykrzesać z siebie ironię. – To jest ta niezależność?

– Tylko tam wykonują badania uzupełniające. – Technik przeglądał już akta kolejnej ofiary.

– Proszę dać mi papiery – warknęłam, wyciągając rękę w stronę pliku, który odłożył na wielki stos papierów.

– Zostaną wydane przy wyjściu. Wpisz w drukskan twój numer pacjenta. Żegnam.

Wstałam i zachwiałam się. Oparłam się o biurko zaciśniętą pięścią.

– Potrzebne mi zwolnienie z pracy. Źle się czuję.

– Najwyżej dwa tygodnie – odparł technik. – Wpisać taki okres do bazy?

– Poproszę.

Z trudem ruszyłam w stronę holu, jakbym brnęła przez ruchome piaski. Stanęłam na środku okrągłej, porażająco białej poczekalni. Rzeczywistość przepływała obok mnie, lecz czułam ostre, oskarżające spojrzenia, bez cienia współczucia. To ludzie siedzący wokół wlepiali we mnie wzrok, w którym krył się najczęstszy komunikat tego świata. Dobrze, że to nie ja. Dobrze jej tak. Jedną mniej.

Musieliśmy odrzucić współczucie, by nie oszaleć. A jednak z oczu pacjentów wyzierało czyste szaleństwo. Patrzyli na mnie jak na każdego niewolnika, choć formalnie jeszcze nim nie zostałam. Niektórzy przewiercali chytrymi, pozbawionymi empatii spojrzeniami mój brzuch. Świeże dzieci niewolnika traktuje się tak samo, jak jego. Może nabyć je każdy.

Punkt dwieście jeden. Dezercja. Skutek: RESTRYKCYJNE NIEWOLNICTWO.

Zacisnęłam szczęki i odetchnęłam głęboko. Przemyślałam setki razy plan na taką ewentualność. Znałam na pamięć statystyki dezerterskie. Miałam jeden fant, którego dotąd nie posiadał żaden zarejestrowany dezerter. Chrzanić niezależnych techników organicznych. Chędożyć system. Wiedziałam, kto skazał mnie na niewolnictwo. Wcale nie trzeba było mi nic wycinać. Od początku ciąży podejrzewałam, że tak może się stać. Miałam dla siebie awaryjną profesję właśnie na tę ewentualność, ale wciąż jeszcze nie mogłam uwierzyć, że zmuszano mnie ją wybrać. Profesję oszusta patentowego.

Punkt dwieście dziewięć. Próba dezercji przez most na rzece Chan. Skutek: WYROK ŚMIERCI.

Oczyściłam umysł, pozostał w nim tylko obraz zdradliwych wód rzeki Chan. Jedyna i ostatnia możliwość. Oszukanie systemu lub śmierć. Ruszyłam ku wyjściu, rozpoczynając najtrudniejszą podróż świata.

 

Wyższy Kamazan, apartamenty mieszkalne Syndykatu, 12:51

 

Babci podziurawiło umysł. Trafiła jej się najlepsza i najgorsza rzecz z możliwych, doskonale nie do określenia, po której stronie szali miałaby się znaleźć. Traciła wspomnienia.

Pamięć nie stanowiła fizycznej części ludzkiego jestestwa. Utrata jej była bezpiecznym uszczerbkiem i skreślała z listy niewolniczej.

– I co z tego, że wytną ci migdałki? – zaśmiała się, obserwując z pobłażaniem moje miotanie się po domu. – I to jeszcze zaraz po porodzie. Za jednym pobytem w szpitalu dwie sprawy. Rewelacja!

Wrzucałam do torby każdą rzecz, mogącą się przydać przy poszczególnych etapach podróży. Przejrzałam i spakowałam cały zestaw do oszustwa patentowego. Ponadto zgarnęłam pistolety termiczne, klamry elektrostatyczne, posiłki w pigułkach, buty skórowe, antyradar. Stanęłam niezdecydowana nad straszakiem magnetycznym.

– Babciu, jeśli traci się część ciała określoną w konwencji popromiennej, przestaje się być człowiekiem.

– Cóż to za głupoty? Nie da się w ten sposób utracić człowieczeństwa!

– Ale tak traci się ludzkie przywileje i wolności – odparłam cierpliwie, porzucając straszak magnetyczny i otwierając szafkę ojca. Wygrzebałam z dna straszak maserowy. Jedna z bliźniaczek kopnęła mnie pod lewym żebrem, aż zgięłam się w pół, dzięki czemu dojrzałam w kącie przezroczyste rękawiczki imitujące. Niemal zapomniałam, że każdy dotyk urządzenia publicznego podaje moje współrzędne. Porwałam imitajki z podłogi, błogosławiąc rodzinne hobby kolekcjonowania kontrabandy.

– Mówiłam ci, żebyś przestała wyciągać z kamazańskiego podziemia bzdury fantastycznonaukowe! Zakazano ich trzydzieści lat temu, twój ojciec sam spalił swoje książki…

– Tak, tak, a filozofii zakazano pięćdziesiąt lat temu i dziadek sam spalił swoje dzieła… – Oparłam ręce na fotelu babci, zbliżając twarz do jej pogodnego, przepełnionego naiwnością i niewiedzą oblicza. – Jestem już niewolnikiem, babciu. Kiedy wytną mi migdałki, stanę się własnością państwa. Dziewczynki też. Urząd do Spraw Nieludzkich wystawi nas na sprzedaż jak świniaki, o których opowiadałaś mi w dzieciństwie. Dzieci trafią do tych, którzy odpowiednio zapłacą. A raczej tam, gdzie odda je ich dziadek. A mnie nabędzie byle popapraniec. Właśnie przez to, że pracuję w wysokim Syndykacie. Wyżej średniego nie ma już moralności.

Odsunęłam się od niej. Wciąż się uśmiechała, ale w jej oczach dostrzegłam niepewność i dezorientację.

– Tata o ciebie zadba – mruknęłam, czując ucisk w gardle. Chwyciłam torbę i ruszyłam do windy. – Żegnaj, babciu. Dbaj o siebie. Masz jeszcze dwa lata do progu nietykalności.

Drzwi windy rozwarły się z łagodnym szmerem. Skaner wysunął się z sufitu, ale wyciągnęłam rękę i złamałam jego delikatny mechanizm. Technologiczna siatka szpiegowska nie musiała być trwała i nienaruszalna. Nikt zdrowy nie podnosił ręki na reżim. Szkody wyrządzone przez dezerterów odpowiadały systemowi, który mógł dorzucić niszczenie mienia do zarzutów po złapaniu. I odebrać parę przywilejów z karty niewolniczej.

Czułam chłód. Od wielu lat nie marzłam. Odkąd dostałam się do wyższego Syndykatu. W windzie założyłam ciążowy BBlok termiczny, obserwując powolne zjeżdżanie ze sto dwunastego piętra w gąszcz błysków i metalicznych szmerów Kamazanu. Gdy minęłam pięćdziesiąte piętro, na szybach windy zaczęły wykwitać kwiaty mrozu, przesłaniając widok na miasto.

System mnie odrzucał, ponieważ się buntowałam. Ale jego twórcy pozwalali zacząć ucieczkę. Oni to uwielbiali, chcieli wykreślić z karty niewolniczej jak najwięcej, nim wręczą ją schwytanemu niewolnikowi przez jakiś drukskan. I to ich hobby stanowiło moją szansę. Póki nie dam się rozpoznać urządzeniom, wypuszczą mnie z Kamazanu jak każdego, szarego dezertera.

 

Czternasta dzielnica pośrednia Kamazanu, 17:09

 

– Twój prom głębinowy odchodzi za dwie godziny. Tylko, że to w większości spóźnieni dezerterzy. Kaleki.

– Nieistotne – mruknęłam, rozglądając się nieufnie. Punkt przerzutowy zrobiono w mocno staroświeckim stylu: w pralni. Za pralkami termicznymi i automatami odnowy znajdował się mały, zagracony składzik. Stary lalkarz prowadził w nim nabór przerażonych dezerterów na rejs do Chanhan, jedynej ziemi, gdzie pobór niewolniczy nie obowiązywał. Na półkach stały jeszcze przestarzałe rekwizyty lalkarza: sztuczne oczy, nogi, uszy, członki z pro-mięśnia, pierś z jowiszowego silikonu. Korciło mnie, żeby go zapytać, czy kiedykolwiek pomógł jakiemuś dezerterowi przedostać się dzięki tym artefaktom do Chanhan. Milczałam jednak. Wystarczająco się bałam marznąc, tracąc obraz i gniotąc się w kombinezonie imitacyjnym, na który wydałam połowę oszczędności z piętnastu lat pracy w Syndykacie. Druga połowa poszła na BBlocki.

– Zapłacisz większy podatek głębinowy. Generalnie wczesny dezerter ma najbardziej przejebane. Instalują na was właśnie nowe skanery portowe i radary przestrzenne.

– Daj mi drewniane rozliczenie.

Lalkarz uśmiechnął się i sięgnął do jednej z najstarszych pralek. Wydobył z przerdzewiałego bębna zakurzony stelaż z drewnianymi płytkami. Przyglądał się im z nostalgią, wydłubując jedną i pokrywając parawoskiem, żeby zapisać na niej moje rozliczenie podatkowe.

– Dawno nikt nie brał drewnianej płytki. Wiesz, że niektóre, mniejsze porty nadal mają skan korowy?

– San Diabolo i Ostatni Bezpieczny Port to jedyne przystanie, w których będę  – odparłam. Znów się uśmiechnął, tym razem z pobłażaniem. Lalkarz miał ze sto lat. Najpewniej oszukał system na każdy możliwy sposób, nim przekroczył próg nietykalności. Białe włosy w wielu miejscach przybrały kolor miedzi i złota, skórę miał szaroniebieską. Nasiąknął pierwiastkami, które znajdowały się w powietrzu; podejrzewałam, że był już w dużym stopniu homo-tworem. Jego jasnobłękitne oczy może nie widziały przez kombinezon imitacyjny, ale patrzyły na mój ukryty brzuch z pełną świadomością tego, że nie jestem sama. Wręczył mi płytkę, bilet prolityczny i plastikowe, białe pudełko z odkręcanym wieczkiem. Widziałam takie tylko w starej apteczce prababci.

– Witaminy ciążowe – wyjaśnił, widząc moją dezorientację. – Są świeże, produkujemy na zapleczu Agrotronu dużo środków starej generacji. Niewykrywalne.

– Dziękuję – odparłam chłodno, po czym opuściłam lokal, nie patrząc już na starca. Obraz tracił ostrość, umykał gdzieś i skakał niczym w starych odbiornikach kolejnego przeżytku cywilizacji wolności – telewizji. Świat nie dość, że niemy, stawał się szary i niewyraźny. Niewolników odcinano od sieci kolorów. Stawali się nieczuli na barwy niczym psy, z których ostatni zdechł jedenaście lat temu. Niektórzy nazywali niewolników kundlami lub nowymi psami. Inni, zwłaszcza sami jeńcy systemu, określali się mianem nocnych ptaków albo kotów. Nie wiedziałam dlaczego, nie udostępniono badań na ten temat, ale po odcięciu od sieci kolorów niewolnicy zyskiwali wyostrzenie pozostałych zmysłów, przez co doskonale poruszali się w mroku. Być może chodziło o uatrakcyjnienie sportu klasy rządzącej – polowania na dezerterów. Bystrzejsza zwierzyna stanowiła trudniejszy łup.

Prom głębinowy „Gloucester” odchodził z zawalonego kanału pod główną jednostką zajmującą się niewolnikami i dezerterami – Urzędem do Spraw Nieludzkich z najnowocześniejszą “hyclownią”, czyli Bazą Oddziałów Szturmu Niewolniczego. Najciemniej pod latarnią. Powoli ruszyłam w kierunku Metra Premium, rozglądając się po szarzejącej ulicy. Pstrokate reklamy, skanery i aeromobile zlewały się w niewyraźny, popielaty krajobraz, jakby przedwcześnie zapadał mrok. Wysypałam na dłoń dwie owalne tabletki. Gardło ścisnęła mi gorzka rozpacz, ale zdusiłam ją, nim wycisnęła łzy z oczu. Z nikim się nie pożegnałam. Nie zostawiłam żadnych wiadomości. Ojciec będzie wiedział, domyśli się. Na pewno pomoże zatuszować moje zniknięcie. Ale po dwóch tygodniach zwolnienia systemowcy natychmiast zorientują się, że mnie nie ma. Zostanie podane do publicznej wiadomości, że jestem dezerterem. Jeśli Opatrzność pozwoli, złamię prawo aż do punktu dwieście dziewiątego. Jeżeli przechytrzę system, wyrok nie zostanie wykonany.

Przyspieszyłam kroku.

 

Dziennik pokładowy dezercji ku Głębi Euroazjatyckiej, 26 maja – 5 czerwca 485 roku popromiennego

 

Dzień drugi, prom głębinowy „Gloucester”, Głębia Oceaniczna

Prom jest ogromny, to stara maszyna amerykańska do wczesnych wycieczek oceanicznych. Zapewnia dobre warunki; wszyscy mamy swoją przestrzeń, choć jest nas ponad cztery tysiące. W kilku pomieszczeniach stoją starodawne meble z drewna. Niektóre jeszcze pachną i wciąż widzę osoby przysiadające przy komodach, by poczuć rzadką woń. Praktycznie nie posiadają tu zaplecza medycznego, ale jest kilku lekarzy i położna, sroga, starsza kobieta ze sztuczną nogą. Dostałam trzecią kategorię i okulary przestrzenne, które wskażą mi drogę do położnej, jeśli zacznę przedwcześnie rodzić. Ten statek jest tak wielki, że przejście z jednego końca na drugi zajęło mi pół dnia. Na razie nie ma czego oglądać za oknami. Dopiero tuż przed przesiadką na promy szpiegowskie, którymi będziemy próbowali przedrzeć się przez Głębię Euroazjatycką, powinny otworzyć się przed nami krajobrazy, o jakich opowiadają emigranci.

Oglądam tłumy najróżniejszych ludzi, zgromadzonych tu niczym w drodze na jakiś makabryczny festiwal. Rzeczywiście, w większości to kaleki. Prości ludzie, którym zdawało się, że niewolnictwo nie będzie takie złe, wierzący w emitowane wszędzie reklamy, sławiące ustrój restrykcyjnego człowieczeństwa. Widziałam sporo rodzin, które zdecydowały się na dezercję przez przymus okaleczenia dziecka bądź rodzica. Rozmawiałam rano z grupą starszych osób u progu nietykalności, którzy akurat teraz dostali swój wyrok. Traktowali dezercję jak ostatnią przygodę. Zdawało się, że nie zależy im na zachowaniu wolności; stawiali wszystko na zakazaną podróż. Każdy, kogo widziałam, mimo uśmiechu i deklarowania pogody ducha miał w oczach strach. Pierwszy etap dezercji budził fałszywe poczucie bezpieczeństwa i większość doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Dezerter stanowił zwierzynę łowną. Według znanych mi statystyk, na cztery tysiące osób, do Chanhan dostaje się pół człowieka. Większość nie pokonuje Głębi Euroazjatyckiej. Piekło znajduje się przed nami – to hasło znajduje się na każdym bilecie na dezerterski prom głębinowy.

Dzień piąty

Rozmawiałam z byłym oficerem Zachodniego Wybrzeża. Każdy dezerter i niewolnik ma obsesję związaną z Zachodnim Brzegiem. Z niego do Chanhan jest blisko, przez relunety można dostrzec z Wybrzeża postjapońskie lasy na wyspie. Jednak Zachodni Brzeg to najbardziej strzeżony obszar Amterii, byłej Ameryki. Kamazan, stolica Amterii, ma w posiadaniu cały Zachodni Brzeg Północnego Lądu. Każdy, kto przekroczy jaskrawą, ułożoną z europejskich, napromieniowanych muszelek linię brzegową, zostaje „zdezaktualizowany” – potraktowany antymaterią lub rozstrzelany, zależnie od obszaru.

Oficer, siwy jegomość pozbawiony wszystkich palców powiedział mi, że na swoim obszarze wydał rozkaz rozstrzelania tysiąca dwustu trzydziestu trzech ludzi. Niektórzy twierdzą, że egzekucja odbywa się z automatu i dokonuje jej jakaś maszyna systemu. Okazuje się, że to wciąż decyzja ludzka. Oficer wyznał mi, że uratował trzystu sześćdziesięciu jeden obywateli, jednak musiał zatrzymać ich przed linią promienną. Tacy niedoszli samobójcy muszą odtąd pracować na Kamazan bez wynagrodzenia, ale nie stają się niewolnikami. Nie miałam o tym pojęcia.

Połowa drogi za nami. Głębia jest ciemna, mnóstwo w niej pierwiastków antypromiennych i skupionych w pseudorafy, kulistych odpychaczy TFP. To przede wszystkim ich skupiska sprawiają, że woda mętnieje i gęstnieje. Minęliśmy kilka promów, wracających do Amterii. Wschodni Brzeg jest kompletnie niestrzeżony. System Kamazanu z lubością wypuszcza swoją zwierzynę na głęboką wodę.

Co jakiś czas zalewają mnie fale lęku i zdenerwowania. Łagodzę je determinacją i powtarzaniem w głowie planu oszustwa patentowego.

Dzień ósmy

Dziewczynki są niespokojne. Claris, położna, przez staroświecką kroplówkę zaaplikowała mi płyny stabilizujące środowisko wód płodowych. Odzyskujemy obraz w kolorze i naturalną ciepłotę, odległość od systemu robi się wystarczająca. Wszyscy cieszą się jak dzieci. Wielu niewolników nie widziało barw świata od dziesiątek lat. Poczułam ogromną ulgę, gdy zdjęłam BBlock i zobaczyłam swoją skórę w naturalnym kolorze. Zdałam się sobie bardziej rzeczywista, silniejsza.

W południe minęliśmy mefisa. Oficerowie nawigacyjni oświetlili go skondensowanymi jarzeniówkami, żebyśmy mogli się przyjrzeć. Dzięki brzuchowi udało mi się dopchać do okna. Mefis był jeszcze większy, niż wydawał się na hologramach. Czarny, włochaty grzbiet zdawał się tak duży, jak nasz prom, wielki łeb z opływową szczęką zawierał zęby długie niczym kości słonia. Oczy mieniły mu się różnymi barwami, przypominając rozlany na jezdni olej aeromobilny w słoneczny dzień.

Mefisy stanowią eurobastardy, krzyżowe mutacje zwierzęce, które wykształciły się w popromiennych wodach Oceanu Euroazjatyckiego. Wiele przypomina przerośnięte ryby, rzadko podobne są ssakom i ptakom. Zdarzają się mutacje o wyglądzie zupełnie demonicznym, jak u tego, którego minęliśmy. Większość żyje i żeruje w Głębi Euroazjatyckiej, chłonąc popromienny pokarm, głównie samaki, ryby-neony. Obrośnięcie futrem stanowi przystosowanie się drapieżników do środowiska – zamaskowanie świecenia w ciemności. Mefisy nie są zainteresowane ludźmi ani ich nienapromieniowanymi tworami.

Woda nabrała ciemnobłękitnej barwy. Gdzieniegdzie rozciągają się już charakterystyczne, jaskrawobłękitne plamy, w których wszelkie stworzenia-neony próbują kryć się przed drapieżnikami. Porzuciliśmy Głębię Oceaniczną. Jutro powinnam zobaczyć Europę i wsiąść na prom szpiegowski „Saragossa”. Port znajduje się w hiszpańskich górach, na przełęczy nazywanej San Diabolo – bramą piekła.

Dzień dziewiąty

Nie będę miała już okazji pisać, gdy zawiniemy do portu. Zostawię swój dziennik podróży Laurusowi, jednemu z oficerów nawigacyjnych. Obiecał przekazać go kamazańskiemu podziemiu. Zanim go oddam, muszę opisać jedyny w swoim rodzaju krajobraz zniszczenia cywilizacji dawnego Zachodu.

Właśnie stoję przy szybie i głęboko oddycham. Mam wrażenie, jakbym zwiedzała inną planetę, widziała szczątki obcej rasy. Płyniemy nisko, niemal tuż nad kikutami wieżowców; na promie włączono wszystkie lampy rozpraszające, oświetlając wyraźnie miasta-widma. Szkielety budynków pokryły gęsto iglaste, barwne neoglony, ale gdzieniegdzie można dostrzec kształty aut, placów zabaw, basenów. Godzinę temu widziałam wielki, kamienny zamek, który ma pewnie z półtora tysiąca lat. Niemal w ogóle nie obrósł go glon, promieniowanie nie wżarło się w wapienny kruszec. W mrocznych, okrytych całunem wynaturzonych roślin krajobrazach, wciąż coś błyszczy i migocze – kamienie szlachetne, lusterka, blachy, okna. Falująca woda sprawia, że błyski zdają się tajemniczymi sygnałami czegoś żywego, jakby duch Europy próbował opowiadać swoją historię. Co jakiś czas z ruin budynków wynurzają się zaciekawione, oślepione światłem, małe mefisy. Kilka większych przepłynęło nad nami, ale żaden nie dorównywał temu pierwszemu, z wczoraj.

Wszystkie stworzenia popromienne to żywe neony – świecą w ciemnych wodach. Głębia Euroazjatycka pełna jest ukrytych w fosforyzujących kolorach i smugach stworzeń. Niektóre neoryby i mefisy wyglądają bajeczne, jednak większość fauny i flory tych wód to wynaturzenia, im głębiej w Euroazję. Wiele nosi na sobie wyraźne ślady chorób i wad rozwojowych.

Laurus załatwił mi kamizelkę przeciwpromienną, która ma ochronić dziewczynki przed zatrutym środowiskiem w trakcie przesiadki. Wypatruję gór, ale krainy wynurzają się nagle z ciemności, kolorowych skupisk lub rażącego błękitu i San Diabolo wyłoni się pewnie równie niespodziewanie. Szkoda, że nie mam możliwości opowiedzenia Kamazanowi o podwodnym piekle. Jeśli dotrę do Chanhan i zapewnię dziewczynkom bezpieczeństwo… Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by zbojkotować kamazański reżim. Zwłaszcza, jeśli uda się dołączyć do mnie ojcu bliźniaczek. Obiecuję.

 

Hiszpania, San Diabolo, port przerzutowy, 5 czerwca 485 roku popromiennego, 14:04

 

Ścisk. Wilgotny korytarz przerzutowy zdawał się stanowczo zbyt wiotki, by utrzymać masę ludzką, tłoczącą się do poszczególnych wyjść – małych otworów, przypominających wejścia do zjeżdżalni w parkach prarozrywki. Chwiał się, co chwilę uderzały w niego fale głębinowe, ocierały się mefisy, wywołując upiorne dźwięki. Para staruszków przede mną nie dawała rady przepychać się przez zdeterminowany tłum dezerterów, przez co napierali na mój brzuch. Miałam już wyciągnąć którąś z pałek, żeby utrzymać dystans między nami. Nie byłby to najmądrzejszy ruch – nie wolno ujawniać własnej kontrabandy, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Im bardziej bezbronnie wyglądasz, tym lepiej. Moje niezdecydowanie rozwiała wysoka, ciemnoskóra dziewczyna, która przepchała się przede mnie i stanęła do mnie przodem, odpychając tyłkiem staruszków. Uśmiechnęła się, ukazując białe, duże zęby, które mocno odznaczały się w niemal czarnej twarzy.

– Co ci chcą wyciąć? – spytała bez ogródek. Miała niski, zachrypnięty głos. Ubrana była w męską, białą koszulę i obszerne, brązowe spodnie. Gęste włosy zaplotła w niestaranne warkocze, spięte razem w gruby, koński ogon. Widziałam po niej, że długo uciekała; dni rejsu nie zdołały wypełnić jej zapadniętych policzków ani przywrócić blasku beznamiętnemu spojrzeniu.

– Migdałki. A tobie?

– Łechtaczkę – odparła i parsknęła pustym śmiechem. Kilka kobiet, ściśniętych koło nas, zerknęło na nią ciekawie.

– Jesteś z Dolnego Guldur? – spytałam zaskoczona. Dolne Guldur było ziemią na skraju dawnej Ameryki Południowej. W całości zamieszkałe przez czarnoskórych emigrantów z Afryki, wplotło stare, okrutne tradycje w bezduszny reżim pełni człowieczeństwa, tworząc państwo-postrach. Wszystkie kobiety tam obrzezano, co równało się z ich całkowitym zniewoleniem. Według statystyk, dezerter guldurski zdarzał się raz na kilkanaście lat.

– Zgadza się, czystej krwi Guldurka. – Wyciągnęła do mnie szczupłą rękę w starodawnym powitaniu. Uścisk okazał się silny jak u mężczyzny. – Marika.

– Emily – szepnęłam, by nikt poza nią nie usłyszał. Onieśmielała mnie jej otwartość, która dawno zanikła w społeczeństwie Kamazanu. Marika uważnie mi się przyglądała. Tłum mozolnie posuwał się do przodu. Milczałam; widać było, że to ona ma coś do powiedzenia, ale jeszcze nie zdecydowała się tego wyjawić.

Tuż przy zjeżdżalniach wyciągnęła z kieszeni nieostemplowany bilet. Otworzyłam usta w niemym zdumieniu. Takie świstki posiadała tylko najwyższa klasa, czyli nowa rasa. Widziałam ich plik raz w życiu, na biurku dziadka dziewczynek. Nieostemplowane bilety umożliwiały wejście na prom „Aryjczyk”, który jako jedyny przedostawał się bez przeszkód do Chanhan. Jako nieuprzywilejowana dezerterka, a na taką wyglądała, nie mogła jednak wsiąść na „Aryjczyka”, bo zostałaby natychmiast przekazana kontynentalnym służbom celnym.

– Skąd go masz? – spytałam półgłosem; to była gorsza kontrabanda od wszystkiego, co ze sobą miałam. Marika uśmiechnęła się z mściwą satysfakcją.

– Sprzedawano mnie coraz drożej i wyżej. Pierwszy przemytnik oddał mnie za grosze. Do obleśnego, nawoskowanego starucha z nowej rasy trafiłam już za niezłe kokosy. Obciągnęłam mu tak, żeby długo nie mógł wstać, świsnęłam bilet i zwiałam. Czy to dziewczynka? – spytała nagle, nim zdążyłam przetrawić jej słowa. Kiwnęłam głową.

– Którym płyniesz?

– „Saragossą”.

Wyciągnęła z kieszeni wymiętą listę, marszcząc brwi.

– To najstarszy prom. Pewnie mało kto nim…

– Dokładnie nikt oprócz mnie – uprzedziłam ją. Samotna podróż przez piekło była jednym z punktów planu. Minimalna ilość osób na pokładzie.

– Już nie – odrzekła z uśmiechem, sięgając do bransoletki z imitacji drewna i wyłuskując z niej mały ołówek. Wpisała w swój bezcenny bilet mój prom. W jej oczach pojawiło się więcej życia, wręcz niepokojąca pogoda. Zdawało mi się, że szuka zastępczej matki, do której mogłaby wreszcie przylgnąć w tym okrutnym świecie. – Przepłyniemy piekło razem.

Miałam nadzieję, że wdrażanie w życie planów awaryjnych będzie konieczne dużo później. A jednak już teraz musiałam wyeliminować jednego członka załogi, by wyrównać współczynnik ludzki na promie.

 

Prom szpiegowski „Saragossa”, 20:57

 

– Trzy minuty do wyruszenia – zagrzmiało z głośnika tak starego, że chyba pamiętał niezatopioną Europę. Każdemu dźwiękowi i ruchowi promu towarzyszyło upiorne trzeszczenie. Zostawiłam Marikę w zdezelowanym luku pasażerskim i poszłam do zapuszczonej łazienki bliżej sterowni. Usiadłam na starym, pluszowym szturmowcu, czyli fotelu wypróżnym i odpaliłam podrasowany geniusphone, który załatwiłam z kamazańskiego podziemia. Miałam dwadzieścia sekund, żeby zalogować się niewykrywalnie do przestarzałego systemu szpiegowskiego portu i zmienić zapotrzebowanie załogowe promów. Ten system był praktycznie pozbawiony zabezpieczeń, ale Kamazan wszędzie miał swoje sondy.

Odpaliłam listy ze współczynnikami ludzkimi; serce przyspieszyło rytm, więc starałam się głęboko oddychać i skupić na sprawnym działaniu. Miałam fart – prom „Oslo” był najbardziej oblegany i pilnie wzywał do uzupełnienia szpiegów. Najwidoczniej jednak nikt nie pamiętał o istnieniu starego „Saragossy”, którego na dobrą sprawę mogłyby pilotować dwie osoby. Przeszłam na listy załogowe, rozkodowałam hasło i zmniejszyłam liczbę naszego zespołu o jeden, a na „Oslo” zwiększyłam. Zdążyłam z całą akcją w siedemnaście sekund. Wrzuciłam geniusa do szturmowca. Gdy wychodziłam z obskurnej toalety, przebiegł obok mnie zdyszany, wąsaty szpieg, spiesząc na „Oslo”. Wróciłam do Mariki, nie mogąc ukryć uśmiechu. Wewnętrzne napięcie, które każdy obecny w porcie dezerter starał się maskować, jak na złość uwydatniało wszelkie emocje. Dziewczyna odpowiedziała tym samym, ale usiadłam z dala od niej, patrząc przez małe, brudne okienko na sieć tuneli przerzutowych, które łączyły dziesiątki zacumowanych promów w wielopoziomową sieć.

W razie jednej z piekielnych katastrof, które czyhały na promy szpiegowskie, nie mogłam nikogo ocalić. Musiałam zimno kalkulować i myśleć wyłącznie o dziewczynkach. A jednak sprawny, młody towarzysz mógł się przydać, gdy ja z dnia na dzień stawałam się większa i ociężała. Nie potrafiłam zdecydować, co robić, więc unikałam wyboru, jak długo było to możliwe.

Guldurka nie odzywała się. Gdy prom ruszył z przeciągłym zgrzytem, zaczęła nucić jakąś żywą, plemienną melodię. Napłynęły do mnie obrazy znajomych twarzy, taty, babci, Olivera – ojca bliźniaczek. Wyciągnęłam nośnik holobazy i włączyłam funkcję hologramów jednostronnych, tak, bym tylko ja je widziała. Aktywowałam zdjęcie mamy. Była na nim młodsza ode mnie. Hologram nie uśmiechnął się do mnie ani nie zareagował w żaden sposób – nie mogła mnie poznać, ostatni raz widziała mnie, gdy miałam cztery lata. Potem straciła struny głosowe i zdezerterowała ze szpitala. Słuch i ślad po niej zaginął.

Nie sądziłam, by matka dotarła do Chanhan, a jednak gdzieś głęboko we mnie żyła nadzieja, że ją tam spotkam. Wyłączyłam hologram i wrzuciłam holobazę głęboko do torby. Determinacja, zimna kalkulacja, ścisłe trzymanie się planu. Tak brzmiała moja mantra. Nie było tam miejsca na rozczulanie się i nierealne fantazje.

 

Głębia Europejska, okolice Francji, 6 czerwca, 23:15

 

Ze snu wyrwał mnie obrzydliwy pisk dochodzący zewsząd; jarząca się wściekłym błękitem woda zdawała się nim przesiąknięta. Dobrze, że zdołałam przespać choć kilka godzin, nim się zaczęło.

Pisk pochodził z kamazańskich radarów torpedowych; jeśli wykrywały masę dezerterską, wielkie nośniki torpedowe wysyłały pocisk, który przylepiał się do danego promu, tworzył statyczną bańkę i wsysał w siebie uciekiniera. Bańka nie chroniła przed środowiskiem popromiennym, więc dezerter był powoli wleczony do torpedowni, zapadając na potworne choroby euroazjatyckie.

Wiedziałam, że kiedy rozbrzmiewa pisk, zaczyna się gra. Dźwięk radarów stępiał nasze zmysły, a jednocześnie drażnił ukryte w środku kontynentu bastardy humanoidowe, nazywane Qualami. To przede wszystkim dla badania rozwoju humanoidów wypuszczano promy szpiegowskie, które szychy Kamazanu dofinansowywały za zabieranie na pokład dezerterów. Quale były pochodną niepojętego wypadku genetycznego, jakich pełno w Głębi Euroazjatyckiej. W popromiennej wodzie wszystkie DNA mieszały się, zwalczały, łączyły i wytwarzały dzikie drogi dla molekuł transformacyjnych. Uważano, że całą Głębię zdominowały geny meduzy, stąd neonizacja fauny i flory, a także powszechność parzydeł u neonowców. Jednak nie wyjaśniono, a przynajmniej nie upubliczniono genezy powstania Quali. Dotąd widziałam je tylko na hologramach. Ze zmaltretowanym, pokrytym ruinami euroazjatyckich cywilizacji i krzakami glonów dnem, humonoidy łączyło coś na wzór pępowiny. Wystrzeliwały z kryjówek, wielkie, przypominające budową człowieka, lecz o rękach i nogach długich, elastycznych, lepkich, uzbrojonych w parzydełka, potrafiące sparaliżować wszystko w promieniu kilkunastu metrów. Tułów humanoidów był przezroczysty, o prostszych niż ludzkie, srebrzących się organach. Jeśli prom podpływał zbyt blisko Quala, zostawał unieruchomiony i połknięty, przepływał przez jego układ pokarmowy, a humanoid wysysał ze statku dezerterów. Działanie torped wzorowano na mechanizmie tego procesu. Załoga jednostek szpiegowskich miała wszczepione w kręgosłupy pulsatory, które powodowały, że szpiedzy nie zdawali się atrakcyjnym pokarmem dla humanoida. W przeciwieństwie do mefisów, Quale traktowały nienapromieniowane jedzenie jako smakołyk.

Miałam trzy pary nausznych rozpraszaczy radarowych, więc podałam jedne Marice. Dziewczyna z dezaprobatą wyglądała przez okno, by w przerwach pomiędzy plamami fosforyzującego błękitu dostrzec dno. Zatopione tereny nie różniły się specjalnie – oblepione glonem ruiny rozciągały się pod nami na zmianę z głębokimi zbiornikami po jeziorach i pustymi polami, zamienionymi w piaszczyste ugory, na których zalegały cywilizacyjne śmieci.

Po przypięciu rozpraszacza do ucha, pisk zmienił się w ledwo zauważalne tło. Moja towarzyszka wyciągnęła z torby rozpiskę portową.

– „Oslo, najbezpieczniejszy prom szpiegowski drugiej generacji” – przeczytała na głos. – „Większość kadłuba pokrywa silikon kosmiczny, do którego nie są w stanie przylgnąć torpedy. Posiada program wczesnego wykrywania humanidów. Jest poza zainteresowaniem RHT.” RHT?

– Radio-homo-twory – odparłam. – Patrolują wody i brzeg pod Himalajami.

– „Sankt Petersburg, specjalistyczny prom szpiegowski pierwszej generacji, najszybszy statek na wodach euroazjatyckich. Umyka torpedom, humanoidom i z łatwością wymija posterunki RHT. Ankara, prom szpiegowski z włókien marsjańskich. W wodach euroazjatyckich znika.” – przejrzała pobieżnie pozostałe pozycje listy stu dwunastu dostępnych promów. Na widok końcowej pozycji uniosła brwi. – „Saragossa, radziecki prom szpiegowski u progu zużycia, wykrywalny, niezabezpieczony. Alarmująca przepuszczalność promienna.”

Spojrzała na mnie pytająco. Wzruszyłam ramionami.

– Nikt cię nie zmuszał, żebyś nim płynęła – stwierdziłam, chcąc uniknąć dyskusji. Dziewczyna odłożyła rozpiskę i wlepiła we mnie świdrujące spojrzenie.

– Kobieta w ciąży, zdeterminowana, dobrze ubrana, z mnóstwem kontrabandy. Samotna, z uporem odpychająca od siebie rozpacz. Oczywiście, że zmusiłaś mnie, bym z tobą popłynęła. Sądzę, że wiesz więcej niż ten nieszczęsny motłoch, pchający się na „Oslo”.

Spojrzałam na nią z niechęcią. Przez najbliższy tydzień piekła miałam być z nią zamknięta w tej starej, zużytej puszce. Jeśli nie dopisze nam szczęście, mogła stanowić ostatnią osobę, jaką oglądałam w życiu. I musiałam przyznać jej rację – czułam się okrutnie samotna. Uwzględniałam ewentualność wczesnego pozyskania poplecznika, ale miałam dla niego surowe restrykcje.

– Jeśli będziesz mi zawadzać, zostawię cię – wyrzuciłam z siebie znużonym tonem. – Większość rzeczy ułatwiających podróż mam pojedynczych. Jeżeli mnie zdradzisz, zemszczę się. Nie jestem twoją kartą przetargową. Możesz ze mną iść, ale jeśli nastręczy to trudności, nie ułatwię ci drogi. Ja mam już kogoś, kogo muszę przewieźć przez piekło, wynieść na szczyt góry i unieść nad Błękitną Bestią. Jest we mnie. Rozumiesz, dlaczego nie ma tu miejsca dla ciebie?

Uśmiechnęła się promiennie i klasnęła w dłonie.

– Może i pojmuję świat w prostych kategoriach, ale jestem bystra. Dobrze, pójdę za tobą jak pies, ponieważ widzę w tym szansę przetrwania. Nie oczekuję względów. Chcę jedynie znać przeciwnika, a zdaje mi się, że ty go rozgryzłaś. I nie czarujmy się, przyda ci się ktoś, kto nie zaczyna przypominać słonia.

Zgadzałam się z nią, ale nie chciałam tego przyznać. Dziewczyna nie mogła się do mnie przywiązać.

– To pudło się nie rozpadnie? – spytała Marika, rozglądając się nieufnie, gdy prom zatrząsnął się z okrutnym trzaskiem i dudnieniem przestarzałych mechanizmów na tyłach.

– Radzieckie promy to solidne maszyny. Zdarzało się, że ruskie twory były wytrzymalsze od amerykańskich – mruknęłam. Biłam się z odczuciami i doborem scenariuszy planu ucieczki. Guldurka skutecznie rozbijała moją opokę zimnej, wewnętrznej kontemplacji. Z drugiej strony, czułam się o wiele lepiej przez to, że płynęła ze mną przez piekło.

Marika wstała ze skrzynek silikonowych i usiadła obok mnie na skraju termicznego fotela, który odstąpił mi szpiegowski kapitan.

– Skoro przyjęłaś mnie do drużyny, mam parę pytań.

Westchnęłam boleśnie. Wygrzebałam z kieszeni posiłki w pigułkach. Wyciągnęłam w jej stronę dłoń z zieloną i czerwoną tabletką.

– Makaron ze szpinakiem, oliwkami i camembertem albo kurczak na ostro.

Wzięła czerwoną. Wydobyła ze swojej torby najprawdziwszą Coca Colę w starej, aluminiowej puszce. Znowu szczęka mi opadła.

– To tego dziadygi od biletu. Dostaniesz łyka za każdą odpowiedź – zaśmiała się. Też się w końcu uśmiechnęłam.

 

Okolice Francji, 7 czerwca, 6:16

 

– Podsumujmy – Marika chodziła po wąskim luku w tę i z powrotem, nakręcona nawałem informacji, podczas gdy ja szeroko ziewałam. – Reżim pełni człowieczeństwa ma eliminować słabe jednostki i doprowadzić do powstania wyższej, doskonałej rasy. Znudzona klasa najwyższa, mająca być podstawą nowego rodzaju człowieka, urządza sobie polowania na dezerterów. Pozwala im wypłynąć na Głębię, by bawić się poprzez konsole do gier przestrzennych w torpedowanie promów szpiegowskich i oglądać widowiska z humanodiami. Co bardziej jebnięci biegają z siatkami chłonącymi pod Himalajami, żeby wyłapywać tych najbardziej wytrwałych dezerterów. Ty zakochałaś się z wzajemnością w kolesiu z nowej rasy. Jego zepsuty ojciec zamknął go w apartamentach najwyższego Syndykatu, ponieważ ty jesteś córką dezerterki, co skreśla cię z godności związku z kimś takim. Zdążyłaś jednak zajść w ciążę, więc wstrętny teść wlepił ci niepotrzebne wycięcie migdałków i chce zlikwidować złe nasienie. Ponieważ jeszcze przy waszych potajemnych schadzkach, razem z twoim lubym przewidzieliście taki scenariusz, ukochany uzbroił cię w odpowiednie informacje, które pomogą ci dostać się do Chanhan. W wiedzę o oszustwie patentowym. Sam ma zamiar uśpić czujność ojczulka, po czym coś sobie wyciąć i dostać się do ziemi obiecanej dezerterów, by żyć z tobą w szczęściu i spokoju. Ten prom jest starym gratem, którym mało kiedy pływa jakikolwiek dezerter, więc nie polują na niego ani radary, ani większość potrafiących zapamiętywać humanoidów. Mając minimalną załogę i trzymając się w ogonie promów, te głupsze Quale nawet nas nie zauważą. Natomiast tłumy w „Oslo” i innych nowoczesnych jednostkach zostaną kompletnie przetrzebione i pożarte.

„Saragossa” uderzył w coś z impetem; wyrżnęłam głową o wyłożoną podrzędnym silikonem ścianę i poleciałam na zniszczoną, chłodną podłogę. Elastyczny materiał zamortyzował uderzenie, ale i tak chwilę zajęło, nim otrząsnęłam się z oszołomienia i rzuciłam do okna. Dziewczynki poruszyły się gwałtownie, ale nie zmartwiłam się, gdyż BBlock kinetyczny chronił je przed wstrząsami.

Widok przed nami od razu skojarzył mi się z Podwodnym piekłem Dantego, holoksiążką sprzed stu lat, stanowiącą unowocześnienie przedpromiennego poematu Alighieriego. W nowym wydaniu do piekła wlały się skażone wody euroazjatyckie, jeszcze bardziej wynaturzając wyobrażenia starej ludzkości o miejscu wiecznego potępienia.

Ogromny Qual oplatał parzącymi rękoma jeden z większych, tańszych promów, w którym nagle zgasły wszystkie światła. Tylnymi odnóżami trzymał się ułamanej, obrosłej wściekle pomarańczowym glonem wieży Eiffla. Nasza radziecka maszyna zaczęła wydawać z siebie okrutne jęki i cofać się, podczas gdy humanoid wpychał sobie w gardło zdobycz. Miał głowę niemal całkiem ludzką, z nieco za dużymi oczami i mocno skręconymi, ciemnymi włosami. Skóra biała, miejscami szara; od linii sutków jego ciało stawało się przezroczyste i śliskie, odsłaniając narządy wewnętrzne. Przypominały ludzkie, stanowiły jednak ogromne uproszczenie, skupione na układzie pokarmowym, wyglądającym jak kilka splecionych, sylikonowych rur.

Pomyślałam, że stanowczo za dużo pochłonęłam w życiu zakazanych owoców minionych cywilizacji, gdyż jelita Quala przypominały mi tunele czasoprzestrzenne z Filozofii podróży w czasie Roberty Sparrow. Oddalaliśmy się, ale jeszcze dostrzegłam, jak szpiegowska maszyna wpada do gąbczastego żołądka i przedziera się dalej.

– Dobre podsumowanie – potwierdziłam nieswoim głosem. Odetchnęłam kilka razy głęboko, żeby uspokoić serce. Przez chwilę poczułam się klaustrofobicznie, jakby zapuszczone wnętrze promu znacznie się skurczyło. – Jak widzisz, podróż w małym promie, płynącym w ogonie naszej uroczej wycieczki, sprawdza się.

Guldurka miała szeroko otwarte oczy; wyglądała, jakby wreszcie dotarł do niej fakt, gdzie się znalazła, dokąd rzucił ją niewolniczy los. Ściskała ramię, którym najwyraźniej przyrżnęła o coś przy zderzeniu. 

– Dziecku nic nie jest?

– Chodź, pomożesz mi zobaczyć. – Wyjrzałam przez okno; robiliśmy wielkie, szybkie półkole, by ominąć bastarda i dogonić pozostałe promy. Znalazłam w torbie tubkę z pastą ultradźwiękową i rozpięłam BBlock. – Daj rękę.

Posmarowałam zaintrygowanej Marice spód dłoni granatową, bezwonną pastą. Przyłożyłam ją do swojego brzucha na pół minuty. Po odjęciu od mojej skóry ujrzałyśmy na niej zarys dwóch popiersi moich córek, które spokojnie oddychały. Z czasem obraz nieruchomiał i bladł, ponieważ się utleniał. Moja towarzyszka oderwała od swojej ręki urzeczone spojrzenie i wlepiła je we mnie.

– Bliźniaczki?

Zapięłam dokładnie BBlock i uśmiechnęłam się ciepło.

– Dzięki nim mam szansę wyjść na Himalaje. Tobie potrzebne są imitatory… Mam tylko jedną parę awaryjną, zaprogramowaną dla mnie, nie będziesz w stanie ich użyć. A skoro tak…– uśmiech spełzł mi z twarzy. – Będziesz musiała użyć martwych dzieci. Na himalajskim brzegu nie znajdziesz innych.

 

Ostatni Bezpieczny Port, brzeg wód dawnych ziem indonepalskich, 19 czerwca, 6:57

 

Do portu zawinęły tylko cztery promy, łącznie z naszym. Przystań stanowiła długi bunkier ze szkła czwartej generacji. Naraz mogło wpłynąć do niego pięć maszyn. Większa potrzeba zachodziła rzadko. Znajdowaliśmy się w bezpiecznym, lecz doskonale widocznym miejscu. Sto metrów od nas na brudny, smołowaty brzeg statki odpadowe wyrzucały „zatkane torpedy”. Radary torpedowe nie były w stanie odróżnić dorosłych od dzieci, a same torpedy psuły się, kiedy wywlekały z promu dziecko. Nie mogły do końca się przekształcić i finalnie wracały do torpedowni z uduszonym, często wkręconym w swoje tryby maluchem.

Nie wiem, czy technologia odróżniająca była niemożliwa, czy niepożądana. W każdym razie, klasa najwyższa w ogóle się tym nie przejmowała, porzucając na himalajskim brzegu setki torped, które stanowiły pożywkę dla radio-homo-tworów. 

W zakurzone, wilgotne pomieszczenie przez grube szyby wpadało nieznane nam światło słoneczne. Zdawało się, że słońce jest tu bliżej, ciemniejsze, dające czerwony blask. Nad Amterią rozciągały się siatki rozpraszająco-maskujące, przez które docierało do nas białe, stonowane światło. Tutaj naga ziemia była palona przez ognistą gwiazdę; kolor i natężenie powodowała odmieniona atmosfera.

Na zaśmiecony brzeg dotarło może trzydzieści osób z czterech tysięcy, które rozpoczęły podróż. Trudno zaakceptować to świadomości. Istniało jeszcze prawdopodobieństwo, że niektórych wyrzucano w dzikich portach na południe stąd. Razem nie mogło to jednak dawać więcej, niż setkę ocalałych. Tak mówiły statystyki.

Odciągnęłam zaciekawioną krajobrazem Marikę z dala od udręczonych dezerterów. Nie miałyśmy wiele czasu na rozmowy. Musiałam chociaż spróbować zabrać ją z sobą w góry. Wspinaczka w moim stanie była niebezpieczna.

– Jeśli chcesz przedostać się ze mną przez Himalaje, to kiedy ja pójdę po skorupy erhackie, ty musisz dostać się do torped i wyciągnąć stamtąd dwa w miarę niezmielone dziecięce trupy.

Dziewczyna nie wyglądała na zszokowaną, przestraszoną, zdziwioną czy przepełnioną odrazą. Prosta fascynacja światem i bezkrytyczne przyjmowanie faktów mogło pomóc jej przetrwać.

– Pełno tam głodnych erhatów… – mruknęła, mrużąc oczy, by dojrzeć lepiej górę torped i kręcące się wokół nich, zgarbione postacie.

– No właśnie. Zepsute torpedy to ich przysmak. Ponadto nie są przyzwyczajone do czarnoskórych. Najpewniej nie zwrócą na ciebie uwagi. Jeśli jednak, trzymaj aquaparalizator. Jak tykniesz któregoś w kombinezon, powinno go sparaliżować na trzy sekundy.

– Co dalej?

– Widzisz te skały za torpedami? Schowaj się tam. Jeśli znajdę dla ciebie kombinezon, pojawię się maksymalnie za dwie godziny. Jeżeli się nie uda, musisz skombinować skafander sama. Nic więcej nie mogę dla ciebie zrobić.

– A masz coś… jakiś środek… – Marika zrobiła nieszczęśliwą minę i rozłożyła ręce w geście bezradności.

– Do konserwacji zwłok – wcisnęłam jej w rękę puszkę ze odpowiednim spreyem, czując wstręt do siebie i mdłości. – Leć!

Ruszyła do północnych drzwi, ja do południowych. Nim je pchnęłam, ktoś złapał mnie kurczowo za ramię. Odwróciłam się i kilka centymetrów od swojej twarzy ujrzałam wielkie, przerażone oczy wychudzonego mężczyzny w średnim wieku. Rozpoznałam go – był w poczekalni kliniki Syndykatu, patrząc na mnie bez cienia współczucia. On najwyraźniej mnie nie pamiętał lub udawał, że dotąd mnie nie widział.

– Dokąd idziesz? – zapytał drżącym głosem. – Co wiesz?

Czułam, że spojrzenie mam zimne, choć starałam się zapomnieć o jakiejkolwiek urazie. Tutaj, na ziemi palonej zniekształconymi odmienioną atmosferą promieniami słonecznymi, szaleństwa Amterii nie miały znaczenia. Ale nie mogłam mu powiedzieć tego samego, co Marice. Był biały, przykułby uwagę erhatów. Gdyby pociągnął za sobą pozostałych, mówiąc im o dziecięcych zwłokach, doprowadziłabym do rzezi. Poza tym, nie istniała pewność, że znajdę choć jeden w miarę nie zużyty, erhatowski kombinezon.

– Idę przejść się po plaży. Moje dziecko potrzebuje świeżego powietrza – odparłam, wkładając ciemne okulary i kapelusz ochronny. Wyszłam na zewnątrz i obojętnie minęłam zejście do tuneli, nazywanych chińskimi podziemiami, w których dezerterzy mogli kryć się przed nagonką RHT. Tunele prowadziły do państwa erhatów i pełne były popieprzeńców nowej rasy, którzy urządzali bezpośrednie polowania na ocalałych z Głębi Euroazjatyckiej. Po kilkudziesięciu metrach obejrzałam się. Nikt za mną nie ruszył. Zapewne uznano mnie za szaloną.

Była siódma rano. Słońce grzało jeszcze znośnie, przez co radio-homo-twory poruszały się ospale i myślały tylko o łatwej zdobyczy na śniadanie. Wszystkie erhaty tego sektora z całą pewnością tkwiły przy zrzucanych na brzeg torpedach. Ponadto, gdy promy zawijały do bezpiecznego portu, erhaty miały przymus zaczekać kilka godzin, żeby dezerterzy rozleźli się po tunelach. Dlatego bez lęku szłam ku wysypisku lekko nachyloną plażą, stanowiącą niegdyś brzeg jakiejś zapomnianej doliny pod Himalajami. Największe góry starego świata piętrzyły się nade mną jak olbrzymie skamieliny. Zdawałyby się ciałem obcym, niepasującym do współczesności reliktem przeszłości, gdyby nie olbrzymie budowle na graniach i szczytach. Kamienisty, pełen błota brzeg, co krok przecinały strumyki, wartko płynące z gór. Można było odnieść wrażenie, że Himalaje rozpływają się, rozpadają, zatapiają w Oceanie Euroazjatyckim, co po części stanowiło fakt.

Góry zasłaniały wschód, na zachodzie widziałam jedynie masę ciemnej wody, nad którą gdzieniegdzie wystawały skały, mniejsze góry i wzniesienia. Wydawało mi się, że to zatopiony świat wyciąga rozpaczliwie ręce nad powierzchnię, pragnąc udowodnić swoje istnienie. Ocean był nienaturalnie spokojny i nieruchomy, jakby stanowił sztuczny twór bez wewnętrznych pływów. Nigdzie nie dostrzegałam roślin ani ptaków, dopiero dziesiątki metrów wyżej wypatrzyłam karłowate, nagie drzewa.

Starałam się choć przez chwilę odpocząć. Nie myśleć o ucieczce, nie analizować potwornych obrazów z Głębi, nie rozglądać się nerwowo ani nie zamartwiać o dziewczynki. Co kilka godzin sprawdzałam ich stan przez jednorazówki płodowe. Wszystko zdawało się w porządku, choć mniejsza z bliźniaczek co jakiś czas wykonywała niespokojne ruchy. Nie nadałam im imion; były dla mnie większą i mniejszą panną Murray. Obiecaliśmy sobie z Oliverem, że nazwiemy je razem. W Chanhan.

Dezercja uznawana była w Amterii za największe wariactwo. Mimo to czułam, że jestem daleko od jednego z największych szaleństw świata i już niemal mu się wyrwałam.

Dostrzegłam w oddali tyczkę z inicjatorem fal rozpraszających, która musiała wystawać z wysypiska erhatów. Napięcie we mnie znów zaczęło wzrastać, szłam szybciej, przez co wzmógł się ból w krzyżu. Na brzegu prócz mnie nic się nie poruszało, dopiero tuż przy zwale kombinezonów i śmieci dostrzegłam dwa erhaty, grzebiące w popękanych częściach. Schowałam się za wałem z kamieni, którym okrążono wysypisko i wreszcie przyjrzałam się przedstawicielom RHT.

Musieli być z niższych szeregów. Kombinezony mieli stare i matowe, nie emitujące żadnych fal, przez co rozpraszająca aura dzwoniła głucho o blachy na ich ramionach. Mogłam dostrzec każdy szczegół, o jakim słyszałam, ponieważ rozpięli i częściowo pozdejmowali elementy skafandrów. Erhat wyglądał jak człowiek wtopiony w mechanizm. Maszyny te mogły przypominać różne humanoidalne twory, od androidów po stare, japońskie mechy. Na najróżniejsze sposoby nerwy, skóra i tkanki łączyły się z wewnętrzną instalacją, natomiast zewnętrze zabezpieczenia – kombinezony – często ulegały zniszczeniu, korozji i zużyciu. Właśnie tymi zabezpieczeniami, czyli najróżniejszego kroju elementami skafandrów, usiany był odseparowany kawałek brzegu. Zrzucano tu stare części z materiałów, których już nie sposób zdobyć ani nie opłaca się ich odzyskiwać. Metale i tworzywa starego świata, które podbierały i zagospodarowywały strute wody. Zastanawiałam się, czy nie stanowi to jakiejś ofiary dla popromiennego oceanu, niczym starożytny dar dla gniewnego bóstwa. Czekając, aż erhaty znajdą jakieś randomowe gadżety i odejdą, przeczesywałam wzrokiem mechaniczną masę odpadów.

Radio-homo-twory to Chińczycy, którym udało się umknąć podczas Wielkiej Mobilizacji. Błękitna Bestia najechała i przejęła ich kraj. Dwa miliony pracowników fabryki Xiaotomi wbiło się we wszelkie możliwe maszyny, które Chiny produkowały w celach naukowych i wojennych, po czym umknęło w Himalaje. Błękitni przypuścili Blue Impact, atak na świat, ze szczytu Mont Everestu, więc chińscy uciekinierzy znaleźli się w epicentrum promieniowania tajemniczej broni. Po kilkunastu latach od końca starego świata zaczęły napływać informacje o RHT w Himalajach. Gdy sytuacja w Amterii ustabilizowała się, wcześni przedstawiciele najwyższej klasy zaczęli wyłapywać i badać erhaty. Oliver pokazywał mi hologramy z badań. Erhaty stanowiły tak idealne stopienie ciała z maszyną, że dotąd nie powstała technologia umożliwiająca ich rozdzielenie. Za to eksperymenty na przedstawicielach RHT pomogły klasie najwyższej wydłużyć swoje życia i oddalić się od natury na tyle, że zaczęli przypominać odmienną rasę. Jeśli rodziły im się krnąbrne, wierne naturze dzieci, jak Oliver, próbowano przeprać im mózgi. Starałam się uwzględniać tylko taką możliwość, że Oliver zdezerteruje, nim jego rodzina wyrządzi mu krzywdę.

Najistotniejszą dla mnie informację z anatomii erhatów stanowił system trzech serc – każdy przedstawiciel RHT posiadał trzy pompy, organiczną, mechaniczną i tak zwany kłąb elektrostatyczny. Wszystkie trzy pracowały podobnie, jak ludzkie serce, choć mechaniczna i elektrostatyczna chodziły z przerwami i na różnych obrotach. Erhaty rozpoznawały się przez obecność trzech pomp pod kombinezonem, jednej dużej i dwóch mniejszych, przy czym te dwie mogły w danej chwili nie pracować równo bądź wcale.

RHT stanowiło nację przesiąkniętą nienawiścią do ludzi, sprawców końca znanego jej świata i życia. Tolerowała tylko Postjapończyków. Dlatego jedyną możliwością wyjścia na szczyt były trzy serca i jak najmniej zniszczony kombinezon.

Grzebiące w śmieciach erhaty ruszyły wreszcie w stronę torped; jeden znalazł fantastyczne, pokryte miedzią rękawice, więc narosła we mnie nadzieja, że skompletuję dobry kamuflaż. Przeszłam ostrożnie przez kamienny mur i zaczęłam przetrząsać zagracony teren. W godzinę znalazłam nieznacznie wybrakowany kombinezon czerwonych szeregów, zawalony stertą gratów na samym środku wysypiska. Trzykrotnie musiałam chować się wśród zwałów mechanizmów, gdy erhaty wracały ze śniadania. A kobiety w ciąży brały zwolnienia nawet z pracy biurowej, myślałam w duchu, wynajdując jeszcze nadające się do użytku elementy kombinezonu niższych szeregów dla Mariki. Kiedy przewalałam kilogramy metali i tworzyw, BBlock kinetyczny doskonale amortyzował wstrząsy, tak, że dziewczynki niemal nic nie odczuwały. Przez całą podróż brałam też senny lek, który imitował wypoczynek i pozwalał niemal nie spać, a poprawnie funkcjonować. Jeszcze nie przekroczyłam progu przedawkowania, ale zbliżałam się do momentu, w którym będę musiała usnąć na siedem solidnych godzin.

Założyłam sobie wkłucie centralne, przyczepiłam do ramienia kroplówkę, a na tyłek wciągnęłam wielodniowe pieluchy Shit All Week. Wlazłam w kombinezon, upychając w strategicznych miejscach kontrabandę. Karmazynowy skafander stanowił naprawdę cenne znalezisko. Czerwone szeregi to konstruktorzy, zajmowali się budową Nowych Chin. Nikt nie zwracał na ich przedstawicieli uwagi; rzadko schodzili z gór, a jeśli nawet – zawsze w interesach. Nie wchodzono im w drogę. W innym wypadku nie odważyłabym się upchać w korpusie kombinezonu dla Mariki wszystkich skomplementowanych dla niej części, po czym bezceremonialnie opuścić wysypisko, wlokąc za sobą zdobycze. Za wysypiskiem przystanęłam jeszcze i zamontowałam na szybce kasku przyciemniane szkło. Erhaty często je nosiły, chroniąc oczy przed ognistym słońcem.

Zemdliło mnie z wysiłku, ale determinacja pchała ciało naprzód. Mijając bezpieczny port, starałam się nie rozglądać za dezerterami. Skutecznie wmawiałam sobie, że nie przejmuję się losem pozostałych. Gdyby nie ciąża, być może zawahałabym się, ale dzieci we mnie traktowałam jako taryfę ulgową. Starałam się nie zastanawiać, do czego jeszcze byłabym zdolna, kierując się tym usprawiedliwieniem.

 

Himalaje, wyciąg na niższy szczyt Makalu, 23 czerwca, 10:08

 

Sunęliśmy między tysiącami wielkich, skomplikowanych rusztowań i potężnych budowli, tworzących najwyżej położone państwo na świecie – Nowe Chiny. Erhaty wybudowały na graniach gigantyczne miasto, rozciągające się niemal na całej długości Himalajów. Nie rozmnażały się, ale konstruowały mnóstwo androidów – w końcu całe ich społeczeństwo, co do jednego obywatela, pracowało niegdyś w fabryce maszyn. W statku linowym, w który wsiadłyśmy, zmierzając na szczyt, erhaty stanowiły wyłącznie pasażerów. Wszystko obsługiwały mechaniczne, ludzkie imitacje. Te androidy nasuwały mi obrazy z gry Obcy: Izolacja. Choć większość doskonale przypominała człowieka, oczy wszystkich wyglądały jak lasery, które przerżną cię na pół, jeśli android na ciebie spojrzy. Mimo kunsztu wykonania i zaawansowanej techniki, maszyny zdawały się bezduszne i prymitywne właśnie przez twarze o spojrzeniach jak z kosmicznych horrorów starego świata.

Erhaty spoglądały na mnie co jakiś czas; wyczuwały moje mocno bijące serce. Wbrew wysiłkom byłam nieco niedożywiona i odwodniona, a ponadto koszmarnie zmęczona wspinaczką ku stacji linowej, która zajęła nam trzy dni. Nogi miałam spuchnięte i ciężkie, a w krzyżu czułam uciążliwy ból, gdy tylko wyczerpywała się dozwolona dawka środka znieczulającego. Marika okazała się bezcenną towarzyszką; zwinęła przy torpedach dwa akumulatory zewnętrzne RHT, których nie udało mi się znaleźć na wysypisku. Dzięki temu mogłyśmy ładować podniszczone skafandry. Te zachowały jeszcze sporo funkcji, które po aktywacji zdejmowały z barków część wysiłku wspinaczki. Marika w ogóle nie aktywowała swojego kombinezonu aż do stacji, oddając mi całą zdobytą energię. Nie widziałam jej już od wielu dni; była przyciemnioną szybą kasku z zapalonym przy lewej skroni czerwonym światełkiem, świadczącym, że ktoś znajduje się wewnątrz erhatowskiego mecha. Nie miałam pojęcia, w jakim jest stanie, ograniczyłyśmy komunikację do minimum, nie chcąc zdradzić niechińskiego pochodzenia. Znałam podstawowe zwroty, które mogły być potrzebne w drodze. Dziewczynę nauczyłam tylko paru słów; jeśli musiałam, podawałam ją za swojego podopiecznego i wyręczałam od odpowiedzi. Miałam nadzieję, że sprey mrożący nadal trzyma. Wolałam nie myśleć, co Guldurka musi znosić, tkwiąc w kombinezonie z dziecięcymi zwłokami.

Marzyłam, by zasnąć, ale erhaty nie sypiały. Odpoczywały zapadając w dziwaczną hibernację. Gapiłam się więc na wyłaniające się za oknem, coraz wyższe poziomy Nowych Chin, co jakiś czas przesuwając wskaźnik ciśnieniowy w kombinezonie. Himalaje były o wiele mniej zlodowacone, niż przed Blue Impactem, ale i tak wkraczaliśmy już w chłodne tereny. Budynki i mechanizmy chińskiego miasta-państwa zdawały się mokre, śliskie; podobno każdą powierzchnię pokrywano substancją uzyskaną z samych erhatów, która tworzyła dla nich enklawy, schrony przed światem zewnętrznym, pozwalające na egzystencję bez kombinezonów.

Czytałam, że Chińczyków było kiedyś mnóstwo i specjalizowali się w upychaniu dużej ilości ludzi na małym obszarze, budując wielką liczbę drapaczy chmur, jak i podziemnych metropolii. Nowe Chiny składały się właśnie z megabudowli i wydrążonych dzielnic wewnątrz gór. Jeden badacz z Amterii napisał swego czasu słynną holoksiążkę Mechaniczne krasnoludy z Himalajów, ukazując niesamowite wewnątrzgórskie kompleksy chińskie. Pięćdziesiąt trzy lata temu zapadł się K2, bo erhaty drążyły go zbyt intensywnie.

Statek linowy niezmordowanie piął się w górę. Androidy zaczynały aktualizować dane na małych panelach, do których wpinały się chropowatymi palcami. Do końca trasy pozostało kilkanaście minut. Myślałam o mojej podróży. Jak łatwo było oszukać system, ominąć jego pułapki, jeśli tylko znało się newralgiczne punkty. Oszustwo patentowe szło mi wręcz niedorzecznie banalnie. A tylu ludzi codziennie ginęło i przechodziło przez piekło dla rozrywki warstwy społecznej, która nazywała siebie nową, lepszą rasą.

Poczułam mdłości, więc porzuciłam te rozważania. Skupiłam się na nadziei, związanej z Chanhan. Na wszystkich rzeczach, które o nim słyszałam. Ostatnia ziemia starego świata. Ostoja moralności. Wyznawca wolności. Miałam nadzieję, że naprawdę kwitną tam wiśnie. Może to naiwne, ale ciągle nawiedzały mnie wizje wiśniowych sadów.

Statek wyhamował łagodnie na stacji usytuowanej na olbrzymiej platformie, jakby wbitej w grań przez olbrzyma. Pojawiły się wreszcie znaki i neony w dwóch językach: chińskim i postjapońskim. Mogłam więcej zrozumieć, bezpieczniej się poruszać. Wyszłam ze statku na mróz i ostry wiatr, który przedzierał się przez uszkodzenia kombinezonu i orzeźwiał mnie. Wszystko skąpane było w czerwonym świetle. Kiedy spojrzałam w dół, zobaczyłam karmazynowy świat, jałowy, w większości zalany wodą. Przez czerwień zdawał się chory, spuchnięty, wynaturzony. Przyciemniana szyba nie pozwalała mi dostrzec szczegółów, jeszcze bardziej wzmagając tak zwany efekt czerwonej gwiazdy. Marika wychyliła się przez barierkę, obserwując granie, zdające się nasiąknięte krwią. Stuknęłam ją w ramię i ruszyłam ku owalnym budynkom stacji, szukając węzła komunikacyjnego. Znajdował się wewnątrz kompleksu, zajmując mały, podłużny budynek, naszpikowany wysokimi antenami i siatkami skupiającymi. Weszłam z Mariką do ciemnego holu, rozświetlonego jedynie tablicami od pomieszczeń komunikacyjnych. Przepchałam się przez niezidentyfikowane maszyny na sam koniec, gdzie znalazłam nieoblegany przez nikogo pokój, podpisany Koshimo Sojuro, łączność w sprawach naukowych.

Wewnątrz znajdował się stół łączności niehologramowej, rozświetlony światłem różnokolorowych przycisków. Chińczycy gardzili technologią holograficzną; komunikaty nadawali alfabetem Morse’a, nieco tylko unowocześnionym elementami graficznymi. Pokazałam Marice, żeby zamknęła drzwi i podeszłam do aparatu. Wystukałam wezwanie. Po kilkunastu sekundach na małym monitorze wyświetliła się graficzna odpowiedź „PJBO”, czyli Postajpońska jednostka badawcza, odbiór. Zaczęłam stukać kod, jakim musiałam się posłużyć, by nawiązać łączność z Koshimo.

Mam dane dla Koshimo Sojuro na temat K2.

To nie są dane priorytetowe. Sojuro nie ma w tej chwili w jednostce.

Rozumiem. Proszę jednak skontaktować się z nim i zapytać, czy potrzebuje pełnego obrazu termicznego ocalałych obszarów nienapromieniowanych. Jeśli tak, być może zdążę go zdobyć przed jego przybyciem.

Proszę czekać.

Ściągnęłam rękawice kombinezonu, wyciągnęłam lewą dłoń spodem do góry i klepnęłam podskórną płytkę holograficzną na nadgarstku. Wyrósł przede mną trójwymiarowy ekran holograficzny. Jednorazowo zakodowany, widoczny i słyszalny tylko dla mnie, dostrojony do moich fal mózgowych. Jedna z ostatnich rzeczy, jakie Oliver zdążył mi załatwić. Kodowanie było niemal tak samo bezcenne, jak nieostemplowany bilet na prom szpiegowski.

Czekałam. Po kilku minutach zobaczyłam sygnał przypominający fale rozchodzące się po zmąconej wodzie. Zanim kręgi zniknęły, drugą ręką dotknęłam środka impulsu.

Ekran holograficzny oderwał się od płytki pod moją skórą i zawisł przede mną, wydłużając się, aż stał się tak duży, by pomieścić człowieka. Po chwili pojawił się przede mną interaktywny hologram Koshimo Sojuro. Był drobnym Postjapończykiem z lekkim zarostem i blizną przecinającą brew. Miał na sobie spodnie od garnituru, białą koszulę i najprawdziwszy krawat, który w Amterii wyszedł z mody sto lat temu. Nałożyłam rękawice, wyciągnęłam ręce z ramion skafandra i włączyłam wewnętrzny komunikator, nastawiając mikrofon i głośnik wprost na hologram. Marika nie mogła niczego ani widzieć, ani słyszeć, ale nie narzekała, stojąc posłusznie przy drzwiach.

– Przemytnik himalajski wita Syndykat – przywitał się mocnym głosem Koshimo. – Przedstaw się, podaj specjalizację i cel podróży.

– Emily Murray, wczesny dezerter z wysokiego Syndykatu. Jestem kontrakonstruktorem, przekształcam kontrabandę w urządzenia użyteczności publicznej. Chcę przejść przez most na Chan.

Sojuro skrzywił się, okazując dezaprobatę. Wiedziałam, że zaczyna się walka na argumenty, którą muszę wygrać.

– Kontrakonstruktor jest dla nas użyteczny. Możemy zapewnić ci podziemny azyl.

– Jestem w ciąży z nową rasą. Znajdą mnie.

– Możemy zmienić twarz, odczyt kodu genetycznego, obraz fal mózgowych…

– Znajdą mnie. Jestem dla nich splugawieniem rodu. Muszą mieć mnie pod kontrolą albo wyeliminować.

Przemytnik westchnął.

– Czy to mnoga ciąża?

Zaskoczył mnie tym pytaniem.

– Bliźniaczki.

– Za mało. Czy masz kogoś w Chanhan?

– Nie rozumiem.

– Odpowiedz na pytanie – odparł Postjapończyk. Zrozumiałam, że będę musiała zdać się na ocenę kryteriami, których nie znam. Postanowiłam być absolutnie szczera.

– Być może jest tam moja matka.

– Imię, nazwisko i rok dezercji.

– Kasandra Murray, czterysta pięćdziesiąty piąty rok popromienny.

Sojuro odchylił się, najwyraźniej wpisując coś w nieokreślony nośnik danych. Chwilę czytał jakieś zapisy. Serce waliło mi jak dzwon w świątyni Opatrzności. W końcu wyprostował się i zwrócił na mnie niechętne spojrzenie.

– Kim jest twój towarzysz?

– To Guldurka – przez chwilę zastanowiłam się, czy jestem w stanie pomóc Marice dostać się na samolot. Czy warto zniechęcać do siebie przemytnika bardziej, niż to konieczne. Wtedy przypomniałam sobie o nieostemplowanym bilecie. Otworzyłam szerzej oczy. To, co pomogło jej ostatnim razem, mogło być taką samą kartą przetargową tutaj. Postjaponia nie uznawała takiego niewolnictwa, jak Amteria, ale chłonęła egzotykę i oferowała cudzoziemcom zawody, małżeństwa, znajomości. Przemogłam się i stwierdziłam rzeczowym tonem – Czarna, nieobrzezana dziewczyna.

Koshimo zmrużył oczy i przygryzł wargę. Gdyby nie chłód i determinacja, z jaką stałam wyprostowana niczym amterski żołnierz na służbie, zgięłabym się w pół i zwymiotowała. Wciąż jednak nie dawałam za wygraną stresowi i zmęczeniu.

– Dobrze, przylecę po was. Będę za kilka godzin. Czekajcie na stacji w budynku naukowców. Guldurka nie wejdzie na most. Ty też nie, póki nie przekonasz mnie, że masz szansę.

– Dziękuję – wykrztusiłam; nagle opadło ze mnie całe napięcie. Ciało zalała fala zmęczenia, za gardło chwyciło wzruszenie. Machnęłam ręką, rozwiewając ekran holograficzny i oparłam się o ścianę, ciężko oddychając.

Byłyśmy uratowane. Teraz już tylko wolność lub śmierć.

 

Samolot startu pionowego MV–193 Hikui, przestrzeń powietrzna Błękitnej Bestii, 19:56

 

Niebieskie, sześciokątne, olbrzymie bunkry, ułożone jak plastry miodu. Doskonale równe, jednolicie pokrywały niemal całą ziemię starych Chin. Żadnych widocznych roślin, zwierząt, ptaków. Gdzieniegdzie wzbijały się w niebo radary, anteny, nadajniki, jakby stanowiły nową faunę i florę. Rzeki poskromione tamami, o zmienionych biegach, przepływały wzdłuż bunkrów. Samolot był bardzo cichy, sunął nad błękitnym ulem jak duch. Zdawało mi się, że to sen. Niemy, szalony świat pokazywał mi swoje kolejne oblicze.

– Można sobie tak swobodnie latać nad Bestią? – spytałam Koshimo, który od kilku minut wstukiwał coś w srebrny geniusphone. Po chwili odłożył urządzenie i wbił we mnie skonsternowane spojrzenie, mówiące: Co ja mam z tobą począć?

– Moja jednostka badawcza wypracowała sobie pozwolenia i immunitet. Mamy granatowy status. To nawet nie oznaka neutralności, ile wykluczenie poza wszelkie kategorie. Musimy jednak na bieżąco wprowadzać w upublicznioną bazę szczegóły lotów.

Świetnie, pomyślałam z przekąsem. Kamazan już wie, że jestem blisko Chanhan. Westchnęłam i znów spojrzałam za okno.

– Bestia nie interesuje się przemytnictwem w swojej przestrzeni powietrznej?

– Zwisa jej to. Byłem kiedyś w jednym z zewnętrznych bloków. Nie masz pojęcia, jak tam jest. To kompletnie inny świat, zamknięty na wszystko, co poza nim. Wzięłaś zastrzyki? – napadł mnie nagle, zmieniając ton na natarczywą troskę. – Uzupełniłaś płyny? Spałaś?

– Miałam zamiar usnąć, ale zahipnotyzował mnie widok. Poza tym, musisz mi powiedzieć, co wiesz o strażniku mostu na Chan.

Sojuro poprawił się na fotelu, poluzował krawat i sięgnął po kubek z kawą. Wyglądał, jakby przeprowadzał taką rozmowę tysięczny raz, a i tak przyprawiała go o ten sam dyskomfort. Ponadto chyba wciąż nie otrząsnął się z szoku, jaki wywołał w nim widok Mariki, wyciągającej ze swojego skafandra dziecięce ciała.

– Stoi tam jakiś niezidentyfikowany człowiek albo twór. Nie wiem, o co pyta śmiałków. Badania pokazują, że dużo częściej przepuszcza młodych rodziców z dziećmi. Wielu dezerterów najpierw zakłada rodziny w podziemiu postjapońskim, a dopiero potem próbuje dostać się do Chanhan. Bardzo rzadko przechodzi pojedynczy człowiek. Patrząc na statystyki, ty i dwójka dzieci w brzuchu to mało. Znajdź męża.

– Czekam na niego. Przybędzie.

– Więc czekaj na niego u nas.

– Mówiłam już, nie mogę. Czy moja matka przeszła przez most?

Koshimo wydął wargi.

– Czwartego sierpnia czterysta pięćdziesiątego piątego roku popromiennego na most weszło dziewięciu ludzi, w tym twoja matka. Wiemy, że jeden dezerter przeszedł, ale nie jesteśmy w stanie ustalić, których przejął kat Syndykatu, a kto wszedł do Chanhan. Most jest pod wspólną jurysdykcją Amteryjczyków i Chanów, nie mamy tam żadnych wpływów. Chanhan wspomaga nas finansowo w przerzucie dezerterów, choć wielu zostaje u nas i zasila podziemne miasta. Nie wpuszczamy do nich obcych, więc jeśli ktoś nie jest pilnie ścigany, może tam żyć w spokoju – spojrzał na Marikę. – Żaden czarnoskóry nie wszedł sam do Chanhan. Kilkoro czarnych przeszło, zawsze jednak z rodziną założoną w Postjaponii. Musisz z nami zostać. Dostaniesz mnóstwo ofert zamążpójścia i nabycia profesji w podmiastach. Koniecznie chcesz do Chanhan?

– Koniecznie chciałam uciec z Amterii z moją łechtaczką – wyszczerzyła zęby. – Nie dam się kupić ani zniewolić. Jeśli w Postjaponii macie jakiś reżim, nawet w wersji light, który mi się nie spodoba – wejdę na most. Wolę zaryzykować życie, niż zostać niewolnicą. Ale jeżeli będzie u was przyjemnie, zostanę.

– Rozsądne – mruknął przemytnik, mierząc ją wzrokiem. Cieszyłam się, że jest młody, może kilka lat starszy ode mnie. Jakiś podstarzały Postjapończyk mógłby utrudniać nam wybory. Ten starał się raczej je upraszczać. Zwrócił się z powrotem do mnie.

– Być może ciąża mnoga jest jakimś argumentem, jeśli na moście stoi człowiek. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby wydał Syndykatowi kobietę, która z bliźniakami w brzuchu przemierzyła cały świat, ma nadzieje spotkać matkę i czeka na ukochanego. Jednak istnieje prawdopodobieństwo pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, że strażnik to maszyna. Stąd postulowałbym poczekanie i zadbanie o bardziej namacalne argumenty. Narodziny dzieci. Przybycie ich ojca. Który to miesiąc, szósty, siódmy? Jeszcze mogą pojawić się komplikacje, zwłaszcza po takiej podróży. Czego absolutnie ci nie życzę. Daj się przebadać, zabezpieczyć ciążę. Rozumiem, że spieszyłaś się z ucieczką z Amterii, żeby przebyć tę podróż w jak najwcześniejszej fazie. Na pewno się nie spodziewali, że uciekniesz zaraz po diagnozie. Pewnie liczyli na to, że będziesz próbowała skontaktować się z ojcem dzieci. Wykiwałaś ich. Ale czy nie możesz teraz poczekać choć jednego dnia?

Pokręciłam głową.

– Ktoś przejmie mnie, jak tylko postawię nogę w Postjaponii.

Koshimo skrzywił się, ale nie miał co na to odpowiedzieć. Przełknęłam z trudem ślinę i przez chwilę pozwoliłam sobie na wątpliwości, wyobrażenie innego scenariusza. Nie przejdę przez most. Ukryję się. Zdołam ocalić nas poza Chanhan.

Nie. Dla mnie i dziewczynek istniała już tylko jedna droga. Lepsza śmierć niż niewola.

– Wylądujesz tuż przy moście – oznajmiłam cicho, ale pewnie. – Tak, żebym wyszła wprost na niego. 

 

Most na rzece Chan, 24 czerwca 485 roku popromiennego, 7:01

 

Chan jest niebezpieczną rzeką. Uczono tego już we wczesnych klasach, jej obraz stanowił podstawę nauczania programu kamazańskiego. Bombardowano nas hologramami huczących, rwących wód, w których giną dezerterzy. Rzeczywiście, woda uderzała wściekle o rusztowania, sprawiając, że na drewniany most padał nieustanny deszcz. Wokół unosiła się gęsta mgła, kolejne odcinki drogi do Chanhan wyłaniały się z kłębiastej bieli. Szłam powoli, trzymając dłonie na brzuchu. Starałam się nie żegnać z dziewczynkami, nie przepraszać ich, nie poddawać się przerażeniu i beznadziei, ale palce przylgnęły mi kurczowo do wypukłości pod BBlockiem. Wciąż zdawało mi się, że śnię. Cała podróż jawiła się niewyraźnym, odległym koszmarem, w którym tkwiłam wciąż za plecami potwora, chowałam się po kątach i zakamarkach. Nie znałam jego twarzy. Czułam, jakbym właśnie podchodziła do miejsca, w którym odpoczywa. Choć uniknęłam go na polowaniu, wchodziłam do jego legowiska jak ostatni wariat.

Postać oparta o balustradę pojawiła się po lewej stronie; zdawało się, że to wojownik wpatrzony w nurt wzburzonej rzeki; płyty zbroi odznaczały się z daleka. Poczułam ucisk w mostku i przeszedł mnie silny dreszcz, pozostawiając poczucie wyczerpania. Przystanęłam na chwilę. Strach odszedł, jakby odfrunął polujący na mnie drapieżnik. Tutaj, na tym moście, świat nie był niemy. Wściekła rzeka obijała się głośno o grube pale drewna. Pierwszy raz w życiu mogłam zabrać głos. Dokądkolwiek mnie to miało zaprowadzić, kiedy zakończyć moje życie – nie umrę niema.

Strażnik zwrócił ku mnie twarz, przez odległość wciąż jeszcze niewyraźną. Odsunął się od balustrady i stanął naprzeciw mnie. Zaczęłam ku niemu iść bardziej z potrzeby ujrzenia go wreszcie niż rychłego zakończenia podróży. Strażnik także ruszył ku mnie, stawiając kroki w tym samym tempie, co ja.

Wyglądał jak Japończyk sprzed tysiącleci. Zamrugałam szybko, bo do oczu nagle napłynęły mi łzy; dziadek uwielbiał tematykę wschodniej filozofii, sztuki wojny i kultury. Pewnie oddałby wszystko, by coś takiego zobaczyć. Strażnik miał na sobie zbroję, którą rozpoznałam jako ceremonialną, z wielu nakładających się na siebie elementów łuskowych. Łuski pokryte były ciemną skórą; im bardziej zbliżaliśmy się do siebie, tym więcej dostrzegałam zdobień. Bordowe naramienniki i kaszki nosiły na sobie smocze wizerunki. Stanęliśmy metr od siebie i wreszcie spojrzałam mu w oczy. Seledynowy kolor i matowość zdradziły, że to implanty. Doskonale gładka, blada skóra oraz rysy twarzy wskazywały na pochodzenie amterskie. Widać było, że skóra jest ze szlachetnych włókien; nawet najdroższe woskowanie nie mogło dać efektu takiej jedwabistości i połysku. Przypomniałam sobie słowa Koshimo i omal nogi się pode mną nie ugięły. Maszyna.

– Witam panią – strażnik miał uprzejmy, niski głos. Dźwięk zdawał się ludzki, naturalny. – Proszę się nie denerwować. Niestety nie mamy na czym usiąść, ale gdyby gorzej się pani poczuła, coś zorganizuję. Ze względów wygody i swobody konwersacji sugerowałbym przejście na ty. Jestem Tom Poole. Proszę, podaj dane personalne oraz charakterystykę podróży.

Z trudem przełknęłam ślinę i otworzyłam usta. Nie mogłam oderwać wzroku od jego twarzy.

– Emily Murray, kontrakonstruktor wyższego Syndykatu Kamazanu. Podróżowałam jako oszust patentowy.

Strażnik zagwizdał i założył ręce za plecy. Spojrzał ponad moim ramieniem w mgłę.

– Obowiązuje mnie tajemnica mostu na Chan. Cokolwiek powiesz, może zaszkodzić lub pomóc wyłącznie tobie. Rozumiesz?

– Tak.

– Skąd znasz oszustwo patentowe?

– Dowiedział się o nim przyjaciel, Marcus Frey, syn Freyów z nowej rasy.

Tom Poole kiwnął głową i uśmiechnął się, jakby znał Marcusa. Sytuacja wydawała mi się coraz bardziej absurdalna. Stałam na drewnianym moście do Chanhan, nad wzburzonym nurtem rzeki, ze sztucznym Amteryjczykiem ubranym w starojapońską zbroję. Cała powaga sytuacji zniknęła.

– Tak, Freyowie sprawują pieczę nad holobazą kamazańską, a w ogóle nie korzystają z jej zasobów. Marcus jest jeszcze za młody, żeby wiedzieć, dlaczego.

Opuściłam bezwładnie ręce i zdezorientowana patrzyłam na strażnika. Myśl, odezwał się głos w mojej głowie. Pytaj. To twój czas. Tom patrzył na mnie z uśmiechem.

– Poole to wymarłe nazwisko – wyrzuciłam z siebie wreszcie. – Tak nazywała się pierwsza rodzina nowej rasy, która zniknęła trzysta lat temu. Mówi się, że zdezerterowała.

 – Jestem Tom Poole, brat Białego Sama, pierwszego przedstawiciela nowej rasy – wyszczerzył do mnie perłowe zęby. – Z uwagi na to, że jesteś inteligentna, uparta, należysz do wysokiego Syndykatu i znam twoją matkę, pozwolę ci dogłębnie zrozumieć sytuację, w której się znajdujesz. Poza tym, to wyjątkowo nudna warta. Pogawędka będzie dla mnie urozmaiceniem. Czujesz się dobrze?

Szalony, huczący świat właśnie robił mi burdel w głowie, ale pewnie stałam na nogach. Moja matka żyła i była w Chanhan. Kiwnęłam sztywno głową. Potrzeba zrozumienia pobudziła determinację.

Tom Poole pogładził zbroję na swojej piersi i zaczął krążyć wokół mnie, obserwując rzekę i mlecznobiałe powietrze, jakby widział tam niezwykle rzeczy.

– Mam scalony mózg, połączony z holobazą i spisem konotacyjnym. Jestem w ogromnej części mechaniczny. Badania sugerują, że pozostało we mnie dwadzieścia procent mojej autentycznej osobowości. Reszta zachowania i postrzegania świata jest wynikiem całościowego spojrzenia na rzeczywistość popromienną. Mam przed oczami wszystkie informacje zapisane o tobie w holobazie, systemie konotacyjnym, a także w podsystemie amteryjskich zasobów ludzkich, istniejącym w Chanhan. Nie wiesz, jak wygląda Chanhan, twoja Mekka, prawda? Oliver i Marcus są za młodzi, by ich poinformowano, podejrzewam więc, że i ty nie posiadasz tej wiedzy.

– Operuję tylko pogłębioną wiedzą powszechną – odparłam. – Chanhan nazywa się schronem Wschodu. Chińsko-japoński wywiad wydarł od Błękitnej Bestii informację, dzięki której przewidział koniec świata. Zdołał zainicjować stworzenie czteropoziomowej cywilizacji według rewolucyjnego schematu Powietrze-Sieć-Ziemia-Podziemie. Skupiło się w niej wiele kultur Wschodu i uchroniło przed Blue Impactem. Kamazan prowadzi z Chanhan zimną wojnę, ponieważ uważa, że wywiad zbyt późno podzielił się z Ameryką informacją o Uderzeniu. Ameryka chciała ocalić świat, a zdołała jedynie osłonić siebie. Dlatego podawane publicznie, amteryjskie informacje o Chanhan są skąpe lub zakłamane.

– Skąpe lub zakłamane – powtórzył z namysłem Tom. – Emily, skoro zdajesz sobie z tego sprawę, dlaczego wierzysz, że Chanhan to takie miejsce, o którym śnią dezerterzy? Nie widzisz sprzeczności pomiędzy swoją wiedzą a czynami?

– Dezerterzy, którym udało się dostać do Chanhan, nawiązują czasem kontakt z rodzinami w Amterii – odparłam. – Matka mojej przyjaciółki wymienia z nią wiadomości holograficzne. Przesyła bajeczne hologramy. Kwitnące wiśnie… 

Poczułam nagły smutek i rozczarowanie – skoro moja mama naprawdę znajdowała się w Chanhan, czemu nie skontaktowała się z rodziną?

– Emily, Emily… – Poole pokręcił głową, zatrzymując się przede mną. – Wiesz, czego w ludzkiej naturze nie potrafi zmienić żadna katastrofa ani mutacja? Tego, że człowiek musi w coś wierzyć. Najrentowniejszy biznes świata to religia. Chanhan jest religią.

Mierzyliśmy się wzrokiem. Oczy miał doskonale podrobione, przekazywały emocje – wyzierała z nich ciekawość, co we mnie wygra: rozpaczliwe zaprzeczanie czy beznamiętne poddanie i potrzeba faktów.

– Czym jest Chanhan? – spytałam w końcu zupełnie spokojnie, jakbyśmy siedzieli przy kawie. Znów błysnął zębami. Było w tym coś drapieżnego. Nigdy nie rozmawiałam z nikim starszym niż sto pięćdziesiąt lat. Tom Poole musiał mieć ich niemal czterysta. A raczej jego resztka, ostatnie dwadzieścia procent. Nie wiedziałam, czy to jeszcze człowiek lub chociaż homo-twór. Byłam jednak przekonana, że oto jedyne miejsce na świecie i pierwsza istota, która przekazuje mi absolutną prawdę.

– To nieco przyjemniejszy bunkier od tych, nad którymi leciałaś. Otaczające go ściany zostały stworzone przy użyciu zaawansowanej technologii splotu, dlatego są prawie niedostrzegalne od wewnątrz. – Znowu przeciągnął dłońmi po zbroi. – Piękna, prawda? Tydzień temu chodziłem w zbroi mongolskiego łucznika. Po kulturach Wschodu zostały w Chanhan jedynie przedmioty. Rzeczywiście, to miejsce wybudowali Azjaci. Zamknęli się w nim i przeżyli Blue Impact. Mimo tego, że postawili na technologię splotu, czyli świat ulepszony wirtualnie, włos nie spadł im z żółtych głów. Widząc, jaką doskonałą enklawę stworzyły żółtki, nowa Ameryka, czyli Amteria, po podźwignięciu się ze skutków Uderzenia podjęła kilku prób przejęcia Chanhan. Chanowie nie chcieli pieniędzy, broni, niewolników, przedłużaczy życia ani niczego, co im oferowaliśmy. Nie umieliśmy też sforsować siłą ich po części realnego, po części wirtualnego bunkra. Oni sami stawali się z roku na rok istotami coraz bardziej wirtualnymi. Udało nam się spowodować awarię ich systemu, przez co… zniknęli. Najbardziej wpływowe osobistości Amterii wkroczyły do Chanhan, uzbrojone w najlepszych programistów, którzy wykasowali wszelkie możliwe ślady po rodzimych mieszkańcach. Od setek lat to kolonia Amterii. Mieszkają tu same szychy nowej rasy, geniusze fachu, bogacze, ekskluzywne dziwki i przechodzący przez ten most dezerterzy.

Zamilkł i znów uśmiechnął się do mnie wyczekująco. Czułam chłód, tak, jakby system znów mnie dosięgnął. Może zresztą rzeczywiście tak było. Informacje i wnioski opornie wypływały na powierzchnię mojej świadomości. Myśli kłębiły się i zazębiały w zwolnionym tempie.

– To ja wybieram? – wykrztusiłam w końcu. Tom roześmiał się i klasnął w dłonie.

– Tak, Emily. To ostatni wybór w twoim życiu. Dezerterzy docierają tu, stają na moście i dowiadują się, że w Chanhan też będą niewolnikami. Specjalnymi niewolnikami, bardzo zdeterminowanymi, twardymi… Ludźmi, którzy mimo kalectwa bądź jego groźby dostali się tutaj, bo tak bardzo pragnęli wolności. Ekskluzywni niewolnicy dla nowej, lepszej rasy. Dowiadują się, że mogą wejść do Chanhan lub umrzeć. Rodziny przechodzą najczęściej. Nie chcą skazywać pozostałych na śmierć, choć zdarzają się i takie, które wybierają wspólną egzekucję. Samotnicy przeważnie biorą wolność, rzucając się w nurt Chan. – Spojrzał mi uważnie w oczy i wreszcie przestał się uśmiechać. – Czym jesteś, Emily? Samotnikiem z niedokończonym życiem w sobie i kochankiem, którego stary McRay nie wypuści z rąk? Czy jednak członkiem rodziny, z matką – niewolnicą w Chanhan? Twoja matka urodziła ci mnóstwo niewolniczego rodzeństwa. Ty też będziesz miała wiele niewolniczych dzieci, jeśli przejdziesz. Może nawet kolejne bękarty Olivera? McRayowie mają przenieść się tu za kilka lat. Wystarczająco już nam zapłacili. Wybieraj, Emily. Idziesz dalej albo rzucasz się w fale.

Świat nie był niemy. Po brzegi wypełniającą go ciszę obojętności przecinał na pół huk wody. Rzeczywistość zaciskała się wokół mnie, wymuszając jedyną słuszną decyzję. Świat mógł mówić tylko tutaj, na kawałku drewna przerzuconym nad Chan. Pierwszy i ostatni raz w życiu miałam zabrać głos.

Koniec

Komentarze

Faktycznie, można wygładzić wiele zdań, czasem nieco niejasno.

Ale to co jest: przekonujące.

Ignorancja to cnota.

Zapisuję w pamiętniku (a są tam tylko wiekopomne rzeczy):

27.02.2016

6 od Katastrofa.

Djowską szóstkę mam już zeskanowaną i powieszoną nad łóżkiem…

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Przeczytałam. Tekst ciekawił mnie od dawna, wisząc na becie z tagiem ‘Japonia’ chociaż po przeczytaniu to z tej Japonii zauważyłam tylko przebranie strażnika ;) Ciekawy pomysł, dobre rozwiązanie fabuły, chociaż czytało mi się dosyć ciężko, miejscami dłużyło. No i być może to moje skrzywienie, ale ‘homo-twory’ to kojarzyły mi się z mniejszościami seksualnymi ;p

Trochę to patetyczne… Miejscami bombastyczno-patetyczne.

Pozdrówka.

Bardzo ciekawy i przemyślany świat wymyśliłaś. Zakończenie jest naprawdę mocne i zdecydowanie podnosi moją ocenę tekstu.

Brakowało mi trochę przedstawienia większej degrengolady świata. Bohaterki nie miały jakiś specjalnych trudności w czasie wyprawy.

Szczególnie do gustu przypadły mi opisy Głębi, fajnie to wymyśliłaś. Oficjalnie domagam się rozwinięcia tego wątku w innych tekstach :)

Doceniam, że przeczytaliście tą masę tekstu! :) 

 

Cieszę się, belhaju, że mimo pewnych uszczerbków, lektura była przyjemna. Dziękuję za ocenę. Wezmę pod uwagę twoje “żądania“ ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Quale wciąż pływają w mojej wyobraźni. Bardzo klimatyczny świat. Zaciekawił mnie Tom Poole, który mógłby być świetnym kandydatem na bohatera pobocznego opowiadania. Przysiadłem i pochłonąłem tekst między jednym a drugim mrugnięciem. Gratuluję! B.

Blackburn <3 Zadowolenie czytelnika to zawsze duma i przyjemność dla autora.

Tom Poole łączy dwa opowiadania… ;) 

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Nie do końca wiem dlaczego, ale Tom Poole bardzo mnie zainteresował. Korci mnie, żeby coś więcej o nim przeczytać. :D

Nie przepadam za “kastowymi” wizjami postapo, zazwyczaj wydają mi się uproszczone i nieuzasadnione. Ty nadrobiłaś wizjonerstwem i wciągającą fabułą. Co prawda zakończenie jest łatwe do odgadnięcia, ale historia naprawdę wciąga a sama końcówka też jest super.

 

Język czasami jest nieznośnie górnolotny, a opisy rzeczywistości – choć wykreowanej z fantazją i rozmachem – zbyt długie. To jest jednak opowiadanie, tak szczegółowy świat miałby sens przy powieści. Kreacja głównej bohaterki mi się podobała, choć pobocznych mało widać, znikają za wizją świata.

 

Tak czy tak, bardzo dobry tekst.

 

Ps. Ja tam prawie zawsze proszę kogoś o korektę. Zawsze znajdą się językowe niedoróbki, a szczególnie przy s.f. przydaje się też pomoc specjalistów. Korzystali z niej nawet najwięksi ;)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Dziękuję za opinię i Bibliotekę, Mirabell. To prawda, świat wyszedł jako główny, skomplikowany bohater. Porady i uwagi pomogą w przyszłości. :)

 

Zgadzam się w stu procentach, że czyjś “rzut oka” to niezbędna sprawa. Jestem przekonana, że nawet przy dużych umiejętnościach (znacznie większych, niż moje), nie można dokonać pełnej korekty i zredagowania. Teraz staram się drukować teksty i czytać drugiej osobie.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Przeczytałem mniej więcej do połowy, ale ten rodzaj science fiction mi nie leży, tekst za bardzo mnie przygnębił i przerwałem lekturę. Mam dość w s. f. tego beznadziejnego klimatu. Proszę o wybaczenie i pozdrawiam.

Nie ma tutaj nic do wybaczania, ryszardzie. Skoro takie wizje cię przygnębiają, cieszę się, że nie zmuszałeś się do dokończenia lektury. Niestety, era utopii (a więc optymizmu), istniejąca u początków fantastyki naukowej, nie ma (jak na razie) odrodzenia. Przynajmniej ja takowego nie widzę. Króluje dystopia i antyutopia. Ja pesymizm przejęłam od Lema. Chociaż… nie. Tylko ukonstytuowałam swój naturalny pesymizm w obozie Lema.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Autorko.

W otaczającym nas realu mamy tyle tragedii i dramatów, że dodawanie sobie dodatkowych ponurych wizji w fantastyce mi się nie podoba. A można pisać science fiction inaczej, nie tak ponuro i beznadziejnie. I ja tak piszę i powieści i opowiadania, starając się przemycić odrobinę optymizmu,”Ku pokrzepieniu serc”. I u mnie punktem wyjścia jest globalna katastrofa, ale klimatu totalnej beznadziei unikam. Pozdrawiam i życzę literackich sukcesów.

Podziwiam, ryszardzie! Pomyślę o wzięciu z ciebie przykładu. Również życzę wszystkiego dobrego :)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

No cóż, miałam nadzieję na zajmującą lekturę, ale zawiodłam się. Uważam że całkiem niezły pomysł został nazbyt rozwleczony i obudowany wątkami czasem dość luźno związanymi z poczynaniami bohaterki, skutkiem czego jej ucieczka, zamiast intrygować i budzić ciekawość, niestety, nużyła.

Zastanawiam się, dlaczego podróż, mimo zapowiadanych trudności i czyhających niebezpieczeństw, przebiegła całkiem sprawnie, w zasadzie bez większych problemów.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

To lu­dzie sie­dzą­cy wokół wle­pia­li we mnie wzrok, w któ­rych krył się naj­częst­szy ko­mu­ni­kat tego świa­ta. – …wle­pia­li we mnie wzrok, w któ­rym krył się

 

Za­ci­snę­łam szczę­kę i ode­tchnę­łam głę­bo­ko.Za­ci­snę­łam szczę­ki i ode­tchnę­łam głę­bo­ko.

Wydaje mi się, że jednej szczęki chyba nie można zacisnąć; dwie już tak.

 

Wie­dzia­łam, kto ska­zał mnie na mój los. – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

Wszyst­ko, co miało moc jak­kol­wiek pomóc mi przy po­szcze­gól­nych eta­pach po­dró­ży. – Czy to celowe powtórzenie?

 

Opar­łam ręce na fo­te­lu babci, zbli­ża­jąc swoją twarz do jej po­god­ne­go, prze­peł­nio­ne­go na­iw­no­ścią i nie­wie­dzą ob­li­cza. – Może wystarczy: Opar­łam ręce na fo­te­lu babci, zbli­ża­jąc twarz do jej po­god­ne­go

Czy mogła zbliżyć cudzą twarz?

 

Szko­dy wy­rzą­dzo­ne przez de­zer­te­rów w to grały sys­te­mo­wi, który mógł do­rzu­cić nisz­cze­nie mie­nia do za­rzu­tów po zła­pa­niu. – Raczej: Szko­dy wy­rzą­dzo­ne przez de­zer­te­rów były w to graj sys­te­mo­wi… Lub: Szko­dy wy­rzą­dzo­ne przez de­zer­te­rów były na rękę sys­te­mo­wi

 

San Dia­bo­lo i Ostat­ni Bez­piecz­ny Port to je­dy­ne przy­sta­nie, w ja­kich będę… – San Dia­bo­lo i Ostat­ni Bez­piecz­ny Port to je­dy­ne przy­sta­nie, w których będę

 

Na­siąk­nął pier­wiast­ka­mi w po­wie­trzu… – Nasiąknął, przebywając w powietrzu czy nasiąkał pierwiastkami, które zawierało powietrze?

 

To przede wszyst­kim ich sku­pi­ska spra­wia­ją wodę mętną i gęstą. – Raczej: To przede wszyst­kim ich sku­pi­ska spra­wia­ją, że woda mętnieje i gęstnieje/ że woda staje się mętna i gęsta.

 

Gdzie­nie­gdzie roz­cią­ga­ją się już cha­rak­te­ry­stycz­ne, ja­skra­wo błę­kit­ne plamy… – Gdzie­nie­gdzie roz­cią­ga­ją się już cha­rak­te­ry­stycz­ne, ja­skra­wobłę­kit­ne plamy

 

Wy­da­je mi się, jak­bym zwie­dza­ła inną pla­ne­tę… – Raczej: Wy­da­je mi się, że zwie­dza­m inną pla­ne­tę… Lub: Mam wrażenie/ odczucie, jak­bym zwie­dza­ła inną pla­ne­tę

 

gdzie­nie­gdzie można do­strzec ma­to­we kształ­ty aut… – Co to znaczy, że kształt jest matowy?

 

Gdy prom ru­szył z prze­cią­glym zgrzy­tem… – Literówka.

 

wy­cią­gnę­ła z torby roz­pi­skę por­to­wą, gdzie opi­sa­no po­krót­ce… – Nie brzmi to najlepiej.

 

To tego dzia­dy­ki od bi­le­tu.To tego dzia­dy­gi od bi­le­tu.

 

Reżim pełni czło­wie­czeń­stwa ma eli­mi­no­wać słabe jed­nost­ki i do­pro­wa­dzić po­wsta­nia do wyż­szej, do­sko­na­łej rasy. – Raczej: …i do­pro­wa­dzić do po­wsta­nia wyż­szej, do­sko­na­łej rasy.

 

Ostat­ni Bez­piecz­ny Port, brzeg wód daw­nych ziem ido­ne­pal­skich, 19 czerw­ca, 6:57 – Czy nie powinno być: …daw­nych ziem indo­ne­pal­skich

 

Cięż­ko za­ak­cep­to­wać to świa­do­mo­ści. – Raczej: Trudno/ Niełatwo za­ak­cep­to­wać to świa­do­mo­ści.

 

Dla­te­go bez lęku szlam ku wy­sy­pi­sku… – Literówka.

 

Ka­mie­ni­sty, pełen błota brzeg, co krok prze­ci­na­ły stru­my­ki wody wart­ko pły­ną­cej z gór. – Masło maślane. Czy z gór mogły płynąć strumyki innej cieczy?

Może wystarczy: Ka­mie­ni­sty, pełen błota brzeg, co krok prze­ci­na­ły stru­my­ki, wart­ko pły­ną­ce z gór.

 

Na­pię­cie we mnie znów za­czę­ło wzra­stać, szłam szyb­ciej, przez co na­rósł ból w krzy­żu. – Może: Na­pię­cie we mnie znów za­czę­ło wzra­stać, szłam szyb­ciej, przez co wzmógł się ból w krzy­żu.

 

Scho­wa­łam się za usy­pem z ka­mie­ni, któ­rym okrą­żo­no wy­sy­pi­sko… – Może: Scho­wa­łam się za wałem z ka­mie­ni, któ­rym okrą­żo­no/ otoczono wy­sy­pi­sko

 

Zrzu­ca­no tu stare czę­ści z ma­te­ria­łów, ja­kich już nie spo­sób zdo­być… – Zrzu­ca­no tu stare czę­ści z ma­te­ria­łów, których już nie spo­sób zdo­być

 

Er­ha­ty sta­no­wi­ły tak szcze­gó­ło­we sto­pie­nie ciała z ma­szy­ną… – Chyba nie powiedziałabym, że coś z czymś stapia się szczegółowo.

Może: Er­ha­ty sta­no­wi­ły tak dokładne/ precyzyjne/ idealne sto­pie­nie ciała z ma­szy­ną

 

dzie­ci we mnie trak­to­wa­łam jako uspra­wie­dli­wie­nie. Sta­ra­łam się nie za­sta­na­wiać, do czego jesz­cze by­ła­bym zdol­na, kie­ru­jąc się tym uspra­wie­dli­wie­niem. – Czy to celowe powtórzenie?

 

po­nad­to kosz­mar­nie zmę­czo­na wspi­nacz­ką ku sta­cji li­nio­wej… – Liniowej czy linowej?

 

Sta­tek li­no­wy nie­zmor­do­wa­nie piął się w górę. – Masło maślane; czy można piąć się w dół?

 

roz­świe­tlo­ny świa­tłem róż­no­ko­lo­ro­wych przy­ci­sków, kla­wia­tur i pa­ne­li. – Masło maślane.

 

Czar­na, nie­obrze­za­na, młoda dziew­czy­na. – Dziewczyna jest młoda z definicji.

 

Do­sta­niesz mnó­stwo bar­dzo szczo­drych ofert za­mąż­pój­ścia… – Na czym polega szczodrość oferty?

 

Po­czu­łam ucisk w most­ku i silny dreszcz wzdłuż krę­go­słu­pa, który po­zo­sta­wił po­czu­cie wy­czer­pa­nia. – Ze zdania wynika, że kręgosłup po­zo­sta­wił po­czu­cie wy­czer­pa­nia.

 

Gdzie­kol­wiek mnie to miało za­pro­wa­dzić… – Dokądkolwiek mnie to miało za­pro­wa­dzić

 

Wi­dząc, jaką do­sko­na­łą en­kla­wę stwo­rzy­ły Żółt­ki… – Wi­dząc, jaką do­sko­na­łą en­kla­wę stwo­rzy­ły żółt­ki

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za łapanki i opinię, Reg. Cieszę się, że pomysł uznany za dobry. Wiem, że historia jest rozciągnięta. Pozostaje unikać tego w przyszłości.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Ojacie, dla mnie to najlepsze opowiadanie, jakie do tej pory przeczytałem na portalu. Świetne postacie – tu wygrywa Marika. Wizja świata oszałamiająca, bardzo lubię zwłaszcza zabawy ze zmienioną geografią, ale i gadżeciarstwo na wysokim poziomie. Podróż ani trochę mi się nie dłużyła, było cały czas ciekawie. A zakończenie – ten wybór – wyborne.

P.S. Jak to wygląda z Twoimi powieściami? Bo mam nabrałem ochoty, żeby przeczytać :) (A właściwie wrzucić do kolejki).

Miałem tylko zajrzeć na chwilę i szybko znaleźć pretekst do nieczytania dalej (bo długie i późno zacząłem), ale nie mogłem się oderwać.

Oczywiście, są błędy, jest za dużo pytań o ten bardzo ciekawy świat i elementy, które w nim tylko nazywasz, a których nie objaśniasz. Jest Twoja irytująca skłonność do komplikowania formy ponad miarę (i bez uzasadnienia).

Ale to Twój najciekawszy i najlepszy tekst, jaki czytałem do tej pory. 

Mając minimalną załogę i trzymając się w ogonie promów, te głupsze Quale nawet nas nie zauważą.

“Będąc młodą lekarką…” Fuj :-) “Mając minimalną załogę i trzymając się w ogonie promów unikniemy zauważenia przez te głupsze Quale…”? Albo od razu od Quali, że te głupsze nawet nie zauważą wehikułu z minimalną załogą, w ogonku etc. etc.?

 

Moim skromnym zdaniem:

Momentami strasznie komplikujesz opisy, wpuszczasz dużo infodumpów zamiast przedstawiać świat za pomoca zdarzeń lub poczynań bohaterów/statystów/gadżetów tła. Odnoszę wrażenie, że pomysł jest za duży na opowiadanie lub w trakcie pisania wizja świata tak cię pochłonęła, że postanowiłaś machnąć worldbuilding, porzucając początkowo ciekawie zapowiadającą się oś fabularną. Finał trochę wynagradza, choć jest częściowo spodziewany.

 

Ergo: podróż prosta i bez problemów, służy wyłącznie za pretekst do przedstawienia ciekawej i ponurej wizji świata “po”. Przez to opowiadanie nuży w trakcie lektury. Wydaje mi się, że opcje przy tym tekście są dwie:

a) mini-powieść; przywrócić równowagę między fabułą a wordbuildingiem, rozbudowując i uatrakcyjniając proces podróży oraz postać Mariki (sidekick), a nużące infodumpy zamienić na bardziej atrakcyjne zdarzenia po drodze

b) opowiadanie: przyciąć infodumpy i wyekstrahować te najciekawsze elementy świata tak, by tekst nie zmienił się w zbiór niepojmowalnych określeń lub nazw własnych; zredukować ilość słów by zagęścić współczynnik treść/objętość; dopilnować by fabuła przestała przypominać ledwie zauważalną nić między niezłym początkiem i równei niezłym końcem

 

 

Wizja na plus.

Forma (a właściwie skomponowanie tekstu w pół drogi między dłuższą formą a opowiadaniem) – gruby minus, bo zaważa na odbiorze.

 

Masz świetną wyobraźnię, korzystasz z wielu odwołań kulturowych, ale chyba za dużo do tego garnka wpakowałaś. Wizja, zabawa w worldbuilding, kradnie show i przegina tekst za bardzo na swoją stronę. Tak mię się zdaję. Dla tej wersji tekstu jestem na NIE, ale chętnie poczytałbym wersję bardziej zrównoważoną (fabuła vs post-świat), z mniejszą ilością infodumpów w narracji.

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ja, niestety, nie jestem wielbicielką SF. Ale doceniam i ładny język, i pomysł. Natomiast podpiszę się pod zdaniem Ryby – za dużo wszystkiego wcisnęłaś w to opowiadanie. Poczułam się przytłoczona i ogłuszona nadmiarem informacji, zarówno tych konkretnych, dotyczących świata, jak i tych dotyczących uczuć. Wszystkiego jest za dużo. To mnie znużyło i sprawiło, że skanowałam gdzieś od połowy tekstu, a co za tym idzie – nie bardzo zrozumiałam tę historię.

Sądzę, że jest to materiał na powieść, gdzie mogłabyś trochę wszystko rozwodnić, dodać nieco akcji, zrównoważyć.

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

zygfrydzie, jestem zaszczycona twoimi słowami, bo ja mam taką samą opinię o twojej książce na becie. Chyba nic mnie tutaj tak nie porwało. Co do książek, poczekaj jeszcze kilka miesięcy, a SQN zaprezentuje ci moją “pękającą dystopię”. Dowiedziałam się kilka dni temu, kto będzie redaktorem i omal się nie udławiłam. Nie napiszę, kto, bo nie mogę uwierzyć (nie wiem czemu, ale zawsze mi się wydaje, że SQN robi sobie ze mnie srogie żarty), chociaż wczoraj na piwie nowofantastycznym wyrwało mi się to i owo. W każdym razie zapewniam, będzie zaje…. 

Dzięki za Bibliotekę i ocenę!

 

tojestniewazneJest Twoja irytująca skłonność do komplikowania formy ponad miarę (i bez uzasadnienia). – Walczę! W końcu wygram ;) Dziękuję za opinię. Byłam wiele lat obrażona na SF – chyba niepotrzebnie. Ale pomysły to za mało, pracy jeszcze mnóstwo, żeby to było tak dobre, jak mogłoby.

 

PsychoFish, dziękuję za rady redaktorskie. Postaram się, żeby następne teksty były dobrze zredagowane. I będę unikać rzeczy, które wytknąłeś. Jeśli znajdę wolną chwilę, siądę nad tym opkiem i wszystko przemyślę, ale wylewa się ze mnie tyle nowych tekstów, że ciężko się cofnąć do takiego sprzed roku. Dziękuję też za słowa o wyobraźni. W książce, o której wspominam wyżej, znajduje się podziękowanie (kolejne zresztą) dla użytkowników, za szlifowanie warsztatu i upewnianie mnie co do wartości mojej wyobraźni. A ja jestem wielkim niedowiarkiem w tej kwestii.

 

Edit: bemik, zgadzam się i dziękuję za opinię. Postaram się na przyszłość nie nużyć.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

O wyobraźnię nie musisz się martwić, imho :-) Bardziej chyba o kontrolowane nadawanie kształtu jej tworom :-)

 

Ten świat intryguje, ale moim zdaniem opowieść ucierpiała na jego zbyt mocnej ekspozycji. Dawaj wersję zrównoważoną :-):-) I nie gniewaj się na krytykę, bez złych intencji pisana.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Zawsze doceniam krytykę! ;) Nic tak nie pomaga się rozwijać, jak upierdliwy, czepliwy, uważny czytelnik.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Przy oryginalnym i ciekawie wykreowanym świecie czytanie opisów to sama przyjemność. Jeszcze jak jest mapka pod ręką, to już w ogóle odjazd.

Czuję się lekko rozdarta. Z jednej strony przeczytałam za jednym zamachem (co nie za często mi się zdarza przy tak długich tekstach czytanych na monitorze). Świat jest ciekawy, chociaż wizja takich, a nie innych kast i warunek przynależności do konkretnej, nie do końca do mnie przemawia. Z drugiej jednak były momenty nieco nużące, gdy rozwodziłaś się nad tłumaczeniem pewnych elementów. Jak dla mnie zachwianie równowagi forma/fabuła jest dość wyraźne.

Osobiście wolałabym chyba wersję powieści, niż okrojonego opowiadania. Bo według mnie świat i postaci (Tom jest fajnym haczykiem, a i Marika nie zostaje w tyle) mają potencjał na coś większego.

Jednak nie mogę na lekturę narzekać, bo na przeczytanie powieści nie wiem, czy w rzeczywistości znalazłabym czas ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ciekawy, z rozmachem wykreowany świat i intrygująca bohaterka z wiarygodna motywacją. Bardzo mi się podobał początek i zakończenie. Niestety środek jak dla mnie zbyt przeładowany informacjami. W pewnym momencie odniosłam wrażenie, że – w sumie przebiegająca bez większych dramatów – podróż Mariki jest tylko pretekstem do pokazania ciekawego i zróżnicowanego swiata. Miejscami, tam gdzie tłumaczenia przebiegały blisko granic mojej wiedzy, trochę zgrzytało, na szczęście głównie w stopniu, który pozwalał uznać zaskakujące informacje za skrót myślowy ( bądźmy szczerzy: mam alergię na popromienne mutanty;)). Zgodzę się z częścią przedpiśców, że temat zyskałby na rozwinięciu do dłuższej formy.

Z mojej strony dla pierza nie, ale dla Biblioteki zdecydowane KLEP!

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

śniąca, dziękuję za lekturę i opisanie wrażeń, przepraszam za rozdarcie ;) Po komentarzach widać, że wciąż mam pewien problem z krótkimi formami (rozmach). Na szczęście mam też wasze dobre rady i spostrzeżenia w zanadrzu ;)

 

AlexFagus, wielkie dzięki za opinię i Bibliotekę. Stworzyliście mi bardzo wyraźny obraz tego, co i dlaczego jest w tekście dobre, a co przydałoby się dopracować. Jesteście jak sztab redaktorski ;)

 

zygfrydzie, “micha mi się cieszy”, jak czytam twoje komentarze ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Zostałam zmiażdżona szczegółami, informacjami, pojęciami. Ciekawa historia, udani bohaterowie, świetne zakończenie – a to wszystko nie ma przestrzeni, nie ma oddechu, bo detale bombardują czytelnika z każdej strony.

Dla mnie – ogromna szkoda. Bo zaczęłam czytać i zostałam wciągnięta, zafascynowana. A potem szczególiki zaczęły walić mnie po łbie i ugniatać płuca. Ech.

ocho, dziękuję za spostrzeżenia i Bibliotekę. Wiem, że jest tego dużo, jak widać po waszych komentarzach – za dużo. Tak działa mój umysł – codziennie maltretuje mnie szczegółowymi informacjami na temat wszystkiego, od analizy rzeczywistości przez przeszłość i przyszłość po światy wymyślone. Jako ta, która powinna zatrzymać i selekcjonować potok danych, nie zawsze się sprawdzam ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Ech, potwierdzam, że też dla mnie za dużo było tego dobrego. Tekst ma ogromny potencjał i tym bardziej smuci, że w dużej mierze mnie nudził. W rezultacie musiałam skanować niektóre fragmenty, bo inaczej nie dotarłabym do końca. Na domiar złego nie czuję, by mi tych przeskanowanych fragmentów brakowało – wszystko zrozumiałam i bez tego. Za dużo też podajesz w dialogach i w efekcie wychodziły czasami sztuczne (a czasami są świetne).

No i ta czarno-białość świata, do tego “zachodnie” podejście bohaterki. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że dla wychowanej w reżimie osoby tenże reżim jest w tak oczywisty sposób zły. Miałam uczucie, jakbyś wrzuciła narratora z kultury zachodniej do kraju równie chorego co Korea Północna (jednak mocno odmiennego). Może nie bolałoby to tak mocno przy narracji 3-osobowej, ale przy pierwszej osobie nie ma zmiłuj.

Co jeszcze? Homo-twory są okropnym neologizmem, ale kilka bardzo udanych też się trafiło. Poza tym “Most na rzece Chan” jest bardzo intrygującym tytułem. I gdyby nie ten tytułowy most nie przebrnęłabym chyba przez środek. Ale to mega ciekawiło i ciągnęło dalej. Podobało mi się też zetknięcie takiego “magicznego”, drewnianego mostu z ostrą technologią. Trochę pod koniec klimat szlag trafił, a dialog między strażnikiem i bohaterką naprawdę mógłby być lepiej poprowadzony, ale sam twist jest po prostu genialny. Ogólnie to chyba materiał na książkę, nie opowiadanie. Bibliotekę więc klepnę, ale tyle…

EDIT: Z braku czasu nie czytałam wcześniejszych komentarzy. Teraz przeskanowałam je i zapomniałam napisać o nadmiarze patosu (szczególnie na początku mnie uderzył), ale komentarz Mirabell mi o tym przypomniał ;) Melduję więc, że też to odczułam (nie wiem, jak ty, ale ja lubię wiedzieć, które zarzuty się powtarzają).

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Tenszo, dziękuję za spostrzeżenia, zrobiłam sobie mapę myśli na podstawie wszystkich uwag. Na pewno zaowocuje to w przyszłości. Mój znajomy po lekturze tekstu i komentarzy napisał mi właśnie: A nie mówiłem ci kiedyś? Pisz książki, a nie opowiadania. ;)

Przemyślę sprawę rozbudowania wizji w poważniejszy twór, zwłaszcza, że łączy się z książką, którą wydaję (dość luźno, bo pomiędzy fabułami mamy setki lat różnicy). Dzięki za Bibliotekę.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Im dłużej nad tym myślę – a miałem na to już trochę czasu – tym bardziej dochodzę do wniosku, że właściwie nic w tym tekście do mnie nie przemawia.

 

Więc zacznę od tego, co w tym “właściwie nic” się jednak nie zmieściło. Tak będzie prościej:

 

Obrazki z zalanego świata. Świetnym pięknie ujęty pomysł. Bardzo plastycznie opisane.

 

Niektóre fragmenty tekstu. Piękne, ale niestety na tyle nieliczne, że niemal utonęły razem z całą resztą tego świata.

 

I – najważniejsze – FINAŁ. Tak dobry, że aż prosi się o zaklęcie z wrażenia.

 

Ech… chyba tyle.

 

Zakładam, że jeśli w podpunkcie “co mi się nie podobało” napiszę: “cała reszta”, to nie usatysfakcjonuję nikogo?

 

Bohaterka jest jakaś taka… ani to fajne, ani niefajne, ani istotne, ani ciekawe tak naprawdę. Nie mogłem się do niej przekonać. Choć doskonale rozumiałem jej motywację (determinację chyba też). Już dużo bardziej polubiłem Marikę, która wydała mi się trochę (ale tylko trochę) takim Samwisem Gamgee, a trochę sir Bronnem w Twojej opowieści. Tyle, że z łechtaczką.

 

Świat przedstawiony dla mnie nie był wcale ciekawy (ładny obrazek z akwarium to jednak za mało), wręcz przeciwnie. Męczyło – a czasem i drażniło – mnie w nim niemal wszystko, począwszy od ogromu niedomówień, które się na niego składały (Blue Impact chociażby), a które nie ułatwiały ani zrozumienia, ani odnalezienia się w opisywanej historii, poprzez groteskowy wręcz, nie mogący mi się pomieścić w głowie polityczny schemat reżimu i absurdy do których doprowadzał, na paskudnym wrażeniu, że cały obraz został namalowany tylko i wyłącznie jako tło do opisywanej historii kończąc. Wszystkie te dziwactwa kasty rządzącej, tolerancja ludzi na taki stan rzeczy, schemat polowania na dezerterów i poszczególne jego etapy, potworki wszelakie, cały ten kolorowy miszmasz, który – wybacz, proszę, dosadność – wydał mi się po prostu odpustowym kiermaszem pełnym straganów z chińską tandetą, wśród których szybko się pogubiłem i nawet nie próbowałem odnaleźć, sprawiały wrażenie wykreowanych tylko po to, by bohaterka mogła odbyć swoją wielką wędrówkę i by była to wyprawa ciekawa (co, niestety, się nie udało). Przy tym były bardzo – jak dla mnie – nieprzekonujące i nielogiczne.

No i tekst jest zdecydowanie zbyt rozwodniony, a przez to nużący… Mówiac wprost, dosyć często odpływałem i musiałem się cofać, by ogarnąć to, co mi umknęło.

Zdecydowanie wolałbym konkretną, trzymającą się kupy akcję w spójnym, logicznym, dającym się zrozumieć i ogarnąć świecie. Finał, który podoba mi się przede wszystkim dlatego, że jest bardzo emocjonalny i szokujący, też z pewnością miałby o wiele mocniejszy wydźwięk, gdyby prowadziła do niego opowieść klimatyczna, bardziej interesująca i nie tak liniowa. Choć z drugiej strony może to właśnie zerwanie z tą liniowością w takim a nie innym momencie dało tak miażdżący efekt?

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Bardziej się nie dało rozpisać, Cieniu? ;) Wiem, to kara za rozwleczenie akcji.

 

Twoje uwagi potwierdzają te, które już się pojawiły w poprzednich komentarzach, ale rozwijają pewne kwestie. Zapamiętam i wyciągnę wnioski ;) Tekst ma ponad rok i fakt jest taki, że dziś albo wszystko bym w nim zmieniła, albo machnęła ręką i nie zmieniała nic, bo czeka masa innych tekstów. Wszystkie uwagi biorę na warsztat odnośnie przyszłych i teraźniejszych tekstów – co zrobić z tym, nadal się nie zdecydowałam. 

Dziękuję za lekturę i opinię.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Nazik, wiesz doskonale, że mógłbym się rozpisać o wiele, wiele bardziej. Nawet kusiło. I nie z jakkolwiek pojmowanej złośliwości czy za karę, bynajmniej. Ja już tak mam, no. W cholerę pytań, na które chciałbym poznać (zrozumieć) odpowiedzi, wyłożyć dokładnie, co i jak mi zgrzytało, a nie tylko ogólniki… Tym razem jednak górę wzięło zmęczenie.

Nie zmieniaj nic – słowo się rzekło i tak, jak się rzekło, tak zostało napisane. A skoro tej wielkości opowiadanie doczekało się nominacji do piórka – co zdarza się rzadko i nieczęsto – to widać nie zostało zapisane źle, wstydzić się nie musisz.

Ale wnioseczki jak najbardziej, wyciągamy, wyciągamy.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

NAZIK?! No nie…

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Ha! Miło zobaczyć, że zacny kawałek ląduje w bibliotece :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Dziękuję za dobre słowo, dju :)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Ogólnie się podobało. Mam jednak zastrzeżenia do tej najwyższej kasty. No, jakoś wyrosłam z ludzi tak złych, że dla rozrywki polują na innych ludzi. Łatwiej byłoby mi uwierzyć w jakąś formę hazardu – niechże sobie obstawiają, który prom do jakiego punktu dotrze, niech po kryjomu wynajmują zabijaków, którzy będą przeszkadzać konkurencji…

Babska logika rządzi!

Trafne spostrzeżenie, Finklo, że mogłoby znajdować się tutaj więcej wyrafinowania/realizmu. Dziękuję za lekturę i komentarz.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Dzięki za ten tekst. Wykonałaś Kawał pracy i dość dużo siebie tu zostawiłaś.

Bardzo milusińskie stwory poznałem dzięki Tobie, mam nadzieję, że nie będą mi się śnić w nocy. Szczególnie te bezmyślne, bezosobowe i z ludzką twarzą "Quale".

 Pieluchy “Shit All Week" to też bardzo praktyczny pomysł, który na dodatek dopracowałaś marketingowo.

Nie przeszkadzają mi, jako czytelnikowi, niedoróbki w części "science", czyli skąd dokładnie wzięły się te mutanty i czy mają prawo funkcjonować przy tej grawitacji, zasoleniu wody, składzie chemicznym czegośtam…

To co utrudniało mi pełne zaangażowanie przy czytaniu to wspomniany nadmiar informacji. Być może uwzględnienie niektórych z wnikliwych uwag użytkownika @regulatorzy ułatwiłoby mi odbiór tekstu (chociaż nie wszystkie rozumiem).

Ale była jeszcze inna trudność. W miarę jak podróżowałem sobie z bohaterkami przez to pełne osobliwości akwarium i poznawałem bezlitosne reguły nowego świata, koniec opowiadania zaczął jawić mi się jako coś nieuniknionego i pozbawionego nadziei. Tytułowy "Most na rzece Chan" był jak złożona mi obietnica – wiedziałem że tam dotrę z naszą Emily. Niestety im mniej problemów Emily napotykała, tym mniej prawdopodobny był dla mnie dobry finał całej historii. Być może jakaś starta bohaterki podczas podróży, albo informacja o utracie kogoś bliskiego mogłyby zniwelować ten efekt.

Ale nie chciałbym tak mocno ingerować w Twój barwny świat. Rycerz na moście to śmiały pomysł i moim zdaniem udany. Tak pasuje i tak nie pasuje zarazem, że pytanie "czy powinien się tu zjawić" jest poza ligą pytań, jakie można zadać przy tym tekście.

Dużo w tym opowiadaniu kolorków i obrazków w dobrej rozdzielczości.

Być może jest to temat na książkę, ale osobiście bym jej nie zaczął czytać. Po takiej dawce "esencji" świata bez nadziei, jaką zaserwowałaś, zabrakłoby mi chyba wytrwałości, by zacząć studiować jego szczegóły.

 

powodzenia, powodzenia, powodzenia

 

Nimrod, dziękuję za lekturę i uwagi. Uzupełnią mi mapę myśli na temat tego, co tu zostało zrobione dobrze, a co zostało schrzanione ;)

Btw., zarejestrowałeś się wczoraj i skomentowałeś właśnie mój tekst (i, jak dotąd, nic innego) – nie jesteś może moim znajomym? Skąd ten wybór?

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

W końcu się zebrałem i przeczytałem. Nie żałuję. Bardzo sugestywny świat, oryginalność podmorskiej post-apokalispy przedstawiona bardzo obrazowo i przede wszystkim barwnie. Podoba mi się wprowadzona terminologia, nic nie jest przekombinowane, wszystko składa się w naprawdę spójną całość. Sama historia też jest ciekawa i naprawdę zręcznie obudowana w tekst takiej długości.

Ale najbardziej podoba mi się w tym opowiadaniu to, z osiągnięciem czego sam mam problemy, czyli wyważenie treści. Nie jest ani zbyt rozwlekle, ani za gęsto, nie ma dłużyzn, nie ma przesytu ani niedosytu. A przynajmniej ja tak to widzę.

Nie jestem za to fanem cliffhangerów, więc zakończenie mnie jakoś nie ujęło. Uważam, że lepiej byłoby zmusić czytelnika do zastanowienia się nad słusznością podjętej przez bohaterkę decyzji, niż nad tym jaką decyzję bohaterka podejmie, bo to pozwoliłoby mocniej, dobitniej nakreślić charakter tej postaci. No, ale nie wpływa to na mój odbiór całości tekstu jakoś mocno.

Sugestywna, mięsista podróż przez bardzo ciekawie wykreowany świat yes

No nieźle.

Nie :) to przypadek. Trafiłem na Twój tekst na chybił trafił. Czytam już od jakiegoś czasu opowiadania na NF i naszła mnie chęć, żeby podzielić się swoimi odczuciami; może też przy okazji czegoś się nauczyć, jeśli chodzi o pisanie.

 

Ale racja – Twój tekst akurat zmotywował mnie, żeby założyć konto. Może więc nie taki “przypadek” ;)

Nimrod, napisz coś w wątku powitalnym w HP. W takim razie cieszę się, że mój tekst przydał się do tak zacnej motywacji ;)

 

Skoneczny, wow, siedemdziesiąt tysi znaków spod mojej ręki łyknąłeś i nawet jesteś zadowolony! ;) Dzięki za opinię. Przeważnie nie zawieszam tak akcji, ale tutaj sama nie wiedziałam, jakie rozwiązanie byłoby najlepsze, więc zostawiłam każdemu wolny wybór.

Tak jak tobie się przypomniało, żeby przeczytać, tak ja zapomniałam dać komentarz pod Ośmiornicą odnośnie fabuły -_-

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Gratuluję wygranej w SF2015! Ciekawe jaki będzie los opowiadania w kwestii nominacji. Trzymam kciuki. :)

Dzięki, Blackburn :) Powstrzymam się od wrodzonego sceptycyzmu.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

 

Kolejny tekst z taką ilością komentarzy, że nie chce mi się ich czytać. Sądzę, że większość została powiedziana, więc tylko: dobry tekst, zwłaszcza zakończenie, wizja świata. Ale, IMO, wyprawa była za łatwa i przez to odrobinę nużyła. A może to wina późnej pory.

A to Smoczyco Wawelska należało raczej rozpisać na coś dłuższego.

Opowiadania są raczej dla “frajerów” (bez urazy) lub “leni” (z urazą). 

Dopiero w dłuższym literkowaniu poznaje się pisaciela i pisacielkę.

W pięć minut, góra piętnaście,  to wiadomo co najlepiej wychodzi ludzikom. 

Ale przynajmniej dla niektórych jest z tego radocha. Więc, szkoda, ze stanęło, gdy utknęło.

Jednak się czytało. Tak.

 

Shadooku, rzeczywiście, wolę pisać książki niż opowiadania. Będziesz mógł przeczytać taką pełnoprawną jeszcze w tym roku, jak dobrze pójdzie, bo już jest u redaktora. I znajdzie się w niej smok wawelski, choć to SF ;) Dziękuję za poświęcony czas! :)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

To fajowskoooo, Krakuso!

Ja w tym roku planuję ofiarować czytacielom trzy.

Ale raczej skończy się na dwóch.

 

No to czekam. Chociaż SF to nie dla mnie karma.

Czas?

I za co nie ma co. Czytałem z przyjemnością wielką.

Stukaj i pukaj. Poczytam chętnie.

Mnie się podobało :)

To przeszła w końcu przez ten most, czy nie? ;P

Ja obstawiam, że jednak przeszła… W końcu od początku tak zaciekle walczyła o życie i dobro swych dzieci, raczej by ich teraz nie zabiła… Szczególnie, że w Chanhan czekała mamuśka, a i tatuś całkiem wpływowy będzie ;)

W sumie, nie dziwię się, żeś dumna z tego opowiadania. Udało Ci się chyba przekroczyć tę subtelną granicę między jakością pisarczyka a pisarza. Być może po raz pierwszy, bo chociażby w Interferencji ta różnica jest już znacznie wyraźniejsza ;)

Podziw budzi kreacja świata – dobra i wiarygodna w swej złożoności. Fauna i postaci na duży plus.

Największe słabostki – moim zdaniem narracja w charakterze relacji, przez co akcja wydała mi się bardzo jednostajna, niemal monotonna. Na szczęście wydarzenia, skądinąd ciekawe, nie pozwalały rozwinąć się znużeniu.

W sumie to miałem jedną przerwę przy czytaniu, ale to dlatego, że musiałem pograć w FFXV. WYBACZ, SOJUSZNICZKO ;D

Fabuła niezbyt odkrywcza, ale satysfakcjonująca, zakończenie mi się podoba. Mogłabyś ewentualnie bardziej zadbać o tę rozterkę Emily, bo jak dla mnie decyzja do szczególnie trudnych nie należała – przecież w Chanhan, pomimo statusu niewolnika, czekałoby ją całkiem niezłe życie…

Nie przekonał mnie też motyw z pakowaniem martwych dzieci pod kombinezon – niby wspomniałaś, że dwie z trzech pomp mogły aktualnie nie pracować, ale tutaj nie pracowały one WCALE. Erhaci powinni wykryć, że Marika posiada tylko jedno serce…

 

Tyle ode mnie, Nazulko cna, na koniec zwrócę Ci jeszcze uwagę na kilka kwestii, a co! ;P

Posmarowałam zaintrygowanej Marice spód dłoni granatową

W mianownictwie często stosuje się ułatwiające życie uproszczenia, ale “spód dłoni” jest po prostu błędny. Dłoń to jest spód ręki. A z drugiej strony masz grzbiet ręki ;) A wszystko co pod nadgarstkiem, to tak naprawdę ręka. Zatem – wystarczyłaby tu dłoń… Takie coś pojawia się dwa razy.

Dezercja uznawana była w Amterii za największe wariactwo. Mimo to czułam, że jestem daleko od jednego z największych szaleństw świata i już niemal mu się wyrwałam.

Powtórzenie.

Czekając, aż erhaty znajdą jakieś randomowe gadżety i odejdą

To nie jest przypadkiem kolokwializm? Bo tak mi się wydaje i przez to dziwnie wygląda XD

W statku linowym, w który wsiadłyśmy, zmierzając na szczyt,

“do którego”?

wyprostowana niczym amterski żołnierz na służbie, zgięłabym się w pół i zwymiotowała.

Spacja się wkradła ;)

 

 

a na tyłek wciągnęłam wielodniowe pieluchy Shit All Week.

A za to między innymi tak bardzo Cię lubię, Nazulko! <3 :D

Z jednej strony powaga, gdzieniegdzie filozofia (ogólnie, nie mówię stricte o Moście), a tu nagle taka perełka, hahaha :D :D

Uwielbiam!

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Dziękuję za lekturę, sojuszniku, i jakże trafne poprawki. Wybaczam, że musiałeś pograć (ja sobie daję nagrody: czterdzieści stron przeczytanych – zadanko poboczne w Wiedźminie. Dziesięć stron napisanych doktoratu – poszukiwania sprzętu / gra w Gwinta. Dziesięć stron książki – zadania główne :D

 

Tak, to opowiadanie było jakimś wypoczwarzeniem się, jeszcze oblepione wnętrzem bezpiecznego jajka, ale już rozwijające skrzydła :P Jeszcze raz dziękuję, że poświęciłeś temu tekstowi czas.

Co do wyboru Emily, to ja go widzę zupełnie inaczej… Tzn. dla mnie oczywistym wyborem byłby skok. Moje idealistyczne pragnienie wolności popchnęło bohaterkę w podróż i popchnęłoby równeż w fale, gdybym nie zostawiła otwartego zakończenia. Dlatego jest otwarte :P

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

O widzisz – czyli przydała się jednak otwarta struktura, bo mnie bardziej przekonywało przejście przez most… Najwidoczniej pragmatyzm wygrał z romantyzmem, co u Counta nader rzadko się zdarza ;D

 

Jeszcze lubisz The Last of Us, prawda? Chyba gdzieś podpatrzyłem :3

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Kocham The Last of Us… Totalna dekonstrukcja wizerunku kobiet Cudne zombiaki (a ja przeważnie nie lubię zombie), a cała historia i krajobrazy… Ech…

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Nowa Fantastyka
Patronujemy