- Opowiadanie: sevenseven - Obol

Obol

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Obol

OBOL

 

Cukier zawsze był drażliwym tematem.

-Nie mogę pić tylko tego – powiedziałem, trzęsąc nad nią pustą puszką.

-Glukoza.

-Nie zaczynajmy tego od początku…

-Sacharoza.

-To nie jest licytacja!

-Fruktoza.

-Na razie i tak nie mamy miejsca w wózku. Po twoje durne picie wrócimy jutro. Mam jeszcze litr tego ciemnego pojła. I to nie jest ci potrzebne. Uzależniłaś się.

-Cukier przyspiesza…

-Nie musisz myśleć szybciej. Nigdzie się nie spieszymy. Pamiętasz?

Nie odpowiedziała. Przygasła nieco. Dosłownie. Snuffdoll miała mikrofon, głośniczek, ekran mieniący się dziesiątkami odcieni zieleni i małą klawiaturkę. Miała pięć palców, Soft 3.0 Wenus oraz S.I. Atena X. Była wojskową protezą MIII.

-Przyjdziemy jeszcze – obiecałem – Ogołocimy ten sklep do cna.

Wyświetliła na ekranie dwie kropki, parabolę uśmieszku i coś, co widocznie miało być rumieńcem.

Popchnąłem wózek zapakowany do pełna konserwami. Stalowa ręka znacznie ułatwiała manewrowanie pomiędzy półkami. Zatrzymałem się przy księgarnianych odrzutach za 9.99. Szkło chrupało oskarżycielsko pod stopami, gdy wrzuciłem do plecaka dzieło z różową okładką.

Zawróciłem i poprowadziłem wózek do kasy. W każdym sklepie, na początku zakupowej ścieżki były produkty, które łatwo się gniotą i niszczą, ale nie miałem ochoty zawracać. Zresztą, przy piramidce z kartoników leżał leń. Musiał się przesunąć przez noc o parę metrów. Postczłowiek rozlewał się na ziemi jak toffi. Przypominał je kolorem i zapachem. Właśnie… słodkawy, zmieszany z skisłym mlekiem zapach jeszcze bardziej mnie odrzucał od wszystkiego, co słodkie. W ciągu paru lat spotkałem wiele takich i nie miałem pojęcia jak te istoty były w stanie przeżyć. Pozbawione kości worki wnętrzności z rozciągniętą, wiecznie zapłakaną twarzą. Musiałem do nich podchodzić. Gdy włóczyłem się po pustkowiach, jadłem je i piłem ich paskudne łzy. Ten rodzaj postludzi był zbyt głupi, by polować. Byli za wolni i niezdolni do chwytania czegokolwiek. Przesuwali się powoli, jak ślimaki, szukając nasłonecznionych miejsc i swoich partnerów.

-Obrzydlistwo – powiedziałem do siebie.

-Wbij mu kij w oko! -Snuffdolla zawsze cieszyła czyjaś krzywda.

-Wiesz, kiedyś się interesowałem, jak funkcjonują te pełznące kupy gówna. Próbowałem się z nimi nawet dogadać. A ty cholera cały czas to samo…

Spojrzałem ostatni raz na istotę. Na samo wspomnienie, że kiedyś musiałem się żywić czymś takim poczułem mdłości. Zlepione ze sobą organy, mózg zlewający się z mięśniami, śmierdzący płyn w żołądku… Jezu, jaki ja byłem wtedy zdesperowany.

-Wbij mu kij w oko! – powtórzyła.

-Nie. Na kolację będę mieć mielonkę. Nie mam zamiaru psuć sobie posiłku.

 

Nim mogłem odpocząć, czekała mnie jeszcze przeprawa z chciwcem. Nie znosiłem tych sukinsynów. Chudy postczłowiek kleił się do sufitu i nie stanowił dla mnie większego zagrożenia. Nawet gdyby zdołał chwycić mnie swoimi pięcioma rękoma i zniekształconymi, małpimi nogami miałby małą szansę, żeby mnie podnieść. Chciwcy byli silni, ale miałem jedną przewagę. Zamiast wyrywać się w panice, jak zwierzęta, atakowałem. Koncepcja obrony była dla nich czymś niepojętnym, więc nawet złapany człowiek mógł się wydostać. Ja jednak nie miałem zamiaru dawać się złapać. Załadowałem obrzyna i poczęstowałem żarłoka o obwisłym brzuchu dwiema lufami. Potwór miał od dwóch do trzech głów zrośniętych ze sobą tak, że tworzyły niekształtną bryłę zrostów, ust i oczu. Takie kościane czerepy pękały bardzo łatwo.

Gdy zastrzeliłem sukinsyna, mocnym szarpnięciem odkleiłem go od sufitu i wywlokłem ścierwo na zewnątrz. Mój dom był dwupiętrowym budynkiem przychodni, który sam oczyściłem z postludzi. Muszę przyznać, że urządziłem się w nim dosyć nieźle. Pierwsze piętro było torem przeszkód dla nieproszonych gości. W dziurach w podłodze były ukryte kolczaste niespodzianki, a wejście na górę było zakratowane. Na schodach ustawiłem barykadę, zza której można było się ostrzeliwać, a dziura w podłodze na drugim piętrze umożliwiła wrzucenie na dół granatu. Na górze, w gabinetach urządziłem kuchnię, spiżarnię, sypialnię z solidnymi materacami, małą biblioteczkę, miałem nawet namiastkę normalnego kibla. Przed zimą musiałem pomyśleć jeszcze jak obudować swój balkon deskami. Po powrocie ze sklepu wniosłem wszystko na górę. Zajrzałem również do warzyw na dachu. Snuffdoll miała dostęp do potężnej bazy danych i nauczyła mnie, jak dbać o rośliny. Dach w ciągu dwóch lat zmienił się w szklarnię. Miałem pomidory, ziemniaki i marchewki. Warzywa jadłem od razu lub suszyłem, jako zapas na czarną godzinę. Mimo że miałem sporo leków i witamin zawsze mogłem zostać ranny.

Gdy skończyłem bolesną, zaprawioną potem rutynę, usiadłem – zacząłem przygotowywać kolację. Wyciągnąłem najlepsza zastawę i wyniosłem ją na dach. Usiadłem przy ściance z folii i listewek. Na kocu postawiłem wysoki kieliszek, do którego nalałem słodkiego horroru. Mielonka ustrojona pomidorem spoczęła na porcelanowym talerzu. Obok talerza położyłem kopertę z paroma kartami pamięci, które wydłubałem z telefonów. Prezent dla Snuffdolla.

Z głośnika protezy popłynął Szopen. Szorowałem widelcem i nożem po talerzu próbując jednocześnie patrzeć na sztucznego satelitę Ziemi. Pentasfera była perłowym sześcianem wielkości nieistniejącego już Księżyca. Przez lornetkę można było ujrzeć pas Tanatosa. Tysiące martwych ludzi w kombinezonach kosmicznych poruszających się wokół kostki. Ostatni pomnik kosmicznej dekadencji. Upiorna podróbka Luny.

Zawsze się zastanawiałem, czy ktoś w kosmicznym więzieniu przeżył. To znaczy, zastanawiałem się, czy byli tam jacyś normalni. Kiedy Marsjanie zaatakowali Ziemię, cała wojna trwała pół godziny. Broń genograwitacyjna roztopiła mózgi, skleiła ciała i podniosła temperaturę o parę stopni. Pora sucha była paskudna dlatego zgromadziłem każdy możliwy płyn w swojej bazie i zbierałem deszczówkę z uporem szaleńca. Nigdy więcej łez lenia…

-Przez te noszenie bolą mnie plecy – mruknąłem.

-Pora na gimnastykę. Chwyć swój nadgarstek i zacznij go obracać w kierunku obrotu wskazówek zegara. Nie martw się, jeśli zobaczysz krew. To znaczy, że twoje ciało pracuje.

-A może tobie coś przekręcę, co? – fuknąłem.

-Njjjjjjjeeeeeeeeee, wykrzyknik, małe iks, duże ce, małe iks, duże ce.

-Myślałem o zainstalowaniu panelu słonecznego – zmieniłem temat – gdyby udało mi się ściągnąć parę lusterek z wieżowca, moglibyśmy mieć światło.

-To dobry pomysł. Odłamki szkła są ostre. Ich zdolność do absorpcji ciepła może zmienić ciało w pochodnie.

-Jutro nad tym pomyślimy… – położyłem się na betonie i zapatrzyłem w sześcian. Zastanawiałem się, jak długo jeszcze będę żyć.

Ziemia umierała. Umierały rośliny i zwierzęta. Umierała i noc.

 

Osią karawany było czterech mężczyzn naznaczonych oparzeniami i wół. Mężczyznom towarzyszyły trzy kobiety. Jedna z nich była ciężarna. Na nią właśnie skupiłem większą uwagę. Od wojny straciłem rękę, kawałek skóry z pleców, mały palec u nogi, ale ten szalony świat nigdy jakoś nie chciał mi zabrać współczucia.

-Na północy są trzy miasta – powiedziałem – Pierwsze, jakie spotkacie na swej drodze roi się od postludzi.

Przywódca nie miał prawie wszystkich zębów i krzywił się, gdy mówiłem. Dzieliła nas przepaść bez dna. Przepaść brudu i głodu. Widziałem jej odbicie w jego oczach. Szczerbaty śmierdział i zachowywał się jak małpa. Patrząc na mnie musiał myśleć, że ma do czynienia z innym gatunkiem. Nauczony doświadczeniem, odciąłem rękaw skórzanej kurtki, aby móc swobodniej ruszać protezą i by była widoczna. Ludzie i przed wojną bali się czarnoksiężników. Snuffdoll była silnym viztechem zdolnym do wielu rzeczy. Na moją komendę mogła hakować zarówno maszyny, jak i ludzkie mózgi. Te ostatnie niszczyła z wielką przyjemnością. Potrafiła wyłączyć nerki, zmienić kogoś w katatonika, lub doprowadzić do krwotoku wewnętrznego. Pielgrzymi słyszeli o viztechach, chociaż dawno już zapomnieli, czym były komputery. Ludzie zawsze zapamiętywali rzeczy najgorsze.

-Czarnoooeżnik cieka. My… – mężczyzna zamachał ręką – Półnoooo. Idoooo posty.

Przez jedną chwilę chciałem się zabrać z karawaną, ale zdusiłem w sobie rozpaczliwą chęć dołączenia do stada. Nie wiedziałem, czym są pielgrzymi, ale daleko im było do ludzi. Od pięciu lat nie spotkałem nikogo, kto chociażby chciał ubiegać się o to miano. Te istoty w łachmanach ciągnęły na wózku dwa znaki drogowe, sedes i inne nieprzydatne rzeczy. Nie widziałem wśród rupieci ani jednej butelki na wodę. Jeśli bym do nich dołączył, zmieniłbym się w nich i szybko bym umarł.

-Nie. Zostanę w swojej wieży.

-Zbliżajooo się mooowy.

-Mowy? – z trudem zrozumiałem.

-Mowy ido. Osada. Głowa ból. Mowa. Mowa. Mowa bije.

W powojennym świecie spotkałem sześć typów postludzi. Nazwanie ich nie było trudne, bo byli makabryczną powtórką siedmiu grzechów głównych. Nigdy jednak nie spotkałem inkarnacji pierwszego grzechu. Pychy. Zawsze uważałem, że to obżartuchy są najgroźniejsze. Były zbyt powolne by mogły stanowić zagrożenie w walce, ale żarły wszystko na swej drodze, przez co mogły skazać ludzi na głód. Gdybym musiał podać powód dla migracji, byłoby to stado obżartuchów. Ale „mowy”?

Poczułem mrowienie na karku.

-Czy widzieliście je z bliska?

-Nie da się… pode. Pode. Głowa. Mowa.

-Potrafią mówić?

-Głowa… – szczerbaty skrzywił się.

-Są szybcy? Jedzą ludzi?

-Głowa! – krzyknął tak gwałtownie, że zdjąłem obrzyna z ramienia – Głowa!

Człowiek wydawał się strasznie poirytowany.

-Dziękuje. Życzę szczęśliwej drogi.

Mężczyźni z tyłu poruszył się niespokojnie. Widziałem pod jego płaszczem ze szmat zardzewiałą maczetę.

-Jedzenie. Za informacje – powiedział ten uzbrojony zaskakująco wyraźnie.

-Niczego wam nie obiecywałem – odparłem twardo.

Atmosfera natychmiast się oziębiła, mimo że słońce stało bardzo wysoko.

-Zapasy za informacje. Właśnie. Właśnie. Zapasy – podjudzał ten z zajęczą wargą. Wszyscy zaczęli dreptać w miejscu, a ich ręce powędrowały do pasów. Większość z nich miała noże. Nie one jednak mnie zaniepokoiły, a oczy. Takie oczy widziałem u zdziczałych psów. Podniosłem protezę do góry. Snuffdoll, wyczuwając ruch natychmiast błysnęła ekranem. Wszyscy zamarli.

-Nie wiem, czy pamiętacie, czym jest nowotwór, ale mogę wam coś takiego uruchomić – zapomniałem na chwilę, z kim rozmawiam i użyłem prostszego i bardziej obrazowego sformułowania – Sprawie, że zdechniecie w sekundę.

Szczerbaty odsłonił resztkę zębów i szorując stopami cofnął się, trzymając nisko głowę.

-A teraz wypierdalać – warknąłem.

-Kobiety. Kobiety – wskazał najmłodszą z grupy ten z maczetą. Na samą myśl, że miałbym ją dotknąć zbierało mi się na wymioty. Zresztą, raz już próbowałem uratować jedną z kobiet i pewna przyjemna noc miała swój zaskakująco tragiczny koniec. Samotna podróżniczka po chwilach uniesienia wbiła mi nóż w żebra. Snuffdoll ją udusiła.

-Powiedziałem, wypierdalać.

Nie wycofałem się do swojej twierdzy. Musiałem pokazać im, że nie bałem się konfrontacji z nimi oko w oko. Obserwowałem, jak odjeżdżają. Gdy straciłem ich z oczu, spojrzałem na uśmiechniętą protezę.

-Masz coś?

-Niewiele zostaje w rozbitym gnieździe szczurów. Takie gniazda trzeba deptać.

-Mów jaśniej.

-Obiekt neandertalski posiadał najwyraźniejszy obraz. Dużo krzyku. Krew. Strach. Tłum. Duży tłum i głosy. Rzeka.

-Rzeka?

-Głosy, tłum i rzeka.

-Trzeba mu było wyrwać wspomnienie na siłę – zakląłem – Ci idioci i tak są już martwi.

-Zjedzą jednego ze swoich. Robią to już od tygodni. Wybiorą.

Nie mogłem uwierzyć.

-Rozpalanie ogniska… Higiena… Łuk i strzały… i ze wszystkich ludzkich wynalazków zapamiętali demokrację? Powodzenia, kurwa.

 

Kolacja przy świecach. Spoglądanie na Pentasferę. Próba włamania się do niej.

-Brakuje mi danych – powiedziała Snuffdoll po dwóch godzinach zbliżania się do gwiazd – Kod jest trudny do złamania.

-Nieważnie. Spróbujesz jutro.

-To może być język Marsjan. Słowa są spisywane na odpowiedniku naszej pięciolinii.

-Piosenki? Strata czasu.

-Nie. Nie piosenki. Emocje. Wysokość słów. Kursywa. Miejsce na „pięciolinii” – wymówiła cudzysłów wyraźnie i z oznakami irytacji – Słowa zmieniają nie tylko ładunek emocjonalny a i znaczenie.

-No, no… ciekawe, czy na Marsie byli piśmienni. Brzmi skomplikowanie.

Nie odpowiedziała. Proteza poruszyła się sama i wyrwała z kabury rewolwer.

-Snuffdoll?

-Wyczułam to wcześniej. Inny czarnoksiężnik.

-Czemu nic nie mówiłaś?

-Wydawało mi się, że odszedł. Ale tylko się zamaskował.

-Kurwa… Wiesz, gdzie jest – podniosłem się z ziemi. Zbiegłem po schodach na drugie piętro. Wybrałem maczetę. Snuffdoll nie potrzebowała wzroku by namierzyć cel i zdałem się na nią. Postanowiłem na swój bark zrzucić odpowiedzialność za walkę w zwarciu – Co robi?

-Czeka. Niepokój. Strach. Prośba.

-A przypadkiem nie hakuje twojej krzemowej mordy? – spytałem raczej z przyzwyczajenia. Gdyby ktokolwiek spróbował się dostać do sztucznej jaźni mojej towarzyszki skończyłby z dupą między uszami. Proteza była odrzutem magazynowym, ponieważ wykryto u niej niepokojące cechy osobowości niespotykane u innych viztechów. Sadyzm mojej towarzyszki był jednym z wyników jej usterki w oprogramowaniu.

-Nawet nie próbuje. Zdjął wszystkie zasłony. Kotek przewrócił się na plecy i pokazuje brzuch… za lewy boczek, za prawy boczek… szorowanie. Szorowanie do krwi.

-Na razie nie będzie żadnego szorowania. Pilnuj go i rozglądaj się za kimś innym.

-Jest też druga osoba. Zerowe zagrożenie. Nieprzytomna.

Nieco się odprężyłem. Wszystko powoli się układało w całość. Czarnoksiężnik potrzebował leków i był na tyle zdesperowany, by zrobić coś tak głupiego. Zszedłem na sam dół. Ominąłem pułapki i wyszedłem na zewnątrz. Zapaliłem przyspawany do kraty wbetonowanej w ścianę reflektor. Postać zwinęła się w miejscu jak rybik cukrowy.

-Nie mam broni! – krzyknął ten od razu – Nie mam broni!

-Dobrze wiesz, że viztechy też są bronią! – warknąłem – Kim jesteś?

-Matusz! – machał opętańczo rękoma – Mateusz! Nie mam broni! Oprócz viza – poprawił się szybko – Widziałem, że odesłałeś tamtych ludzi, ale nie przychodziłbym gdybym nie miał wyboru! Błagam, pomóż mi!

Zmrużyłem oczy. Oddzieliłem od palącego światła sylwetkę. Chłopak był młody. Za młody na pewno na takie powojenne piekło. Chudy, rudy, piegowaty okularnik żywcem wyciągnięty z listy ofiar szkolnego osiłka. Czymś jednak się różnił. Wiedziałem, dlaczego skojarzył mi się z owadem. Młody nie miał żadnej amputowanej kończyny. Spomiędzy jego łopatek zwisał długi do kolan ogon. Stary model, funkcjonujący jako antena, potężny zbiornik danych i wihajster przeszkadzający w podcieraniu się. Robił jednak wrażenie. Nawet w moim mózgu uruchomił atawistyczny lęk przed jaszczurami.

-Czego chcesz? – spytałem.

-Moja… Kuzynka… Potrzebuje leków. Ma gorączkę. Obszedłem wszystkie sklepy, ale nie znalazłem nawet aspiryny…

-Bo wszystko zabrałem.

-Proszę, pomóż mi… ja mam… mam parę przydatnych rzeczy. Mogę…

-Snuffdoll?

-Szczerość. Rozpacz. Strach. Jaka szkoda. A już chciałam go zabić.

Rudy wytrzeszczył oczy i otworzył szeroko usta.

-To mówi?! – zdziwił się.

-Niestety – rozluźniłem się. Mateusz wyglądał mizernie, ale przeżył z godnością. Nie stał się brudnym stworzeniem. Naprawdę mnie zaciekawił – Gdzie jest pacjentka?

Obrócił się lekko w bok. Zobaczyłem zniszczony przystanek autobusowy. Na ławeczce siedziało coś zawiniętego w koc. Podszedłem do czarnoksiężnika i wyciągnąłem dłoń. Chłopak wydawał się zdziwiony tym gestem. Uścisnął ją jednak.

-Chodź. Wniesiemy twoją kuzynkę do środka. Gdy podszedłem do dziewczyny, poczułem charakterystyczny zapach choroby. Kuzynka, tak jak czarnoksiężnik, była ruda i wiotka. Westchnąłem, podałem osłupiałemu dzieciakowi maczetę i pistolet. Zarzuciłem ją na ramię. Mruczała coś, ale nie stawiała oporu.

-Nie jest pan rozsądny – skomentował to Mateusz.

-Ależ jest – oznajmiła załamującym się elektroniczne głosem moja proteza. Jeśli zrobisz coś nieodpowiedniego, wysadzę ci kręgosłup.

Chłopak drgnął.

 

Starałem się uśmiechać. Dawno tego nie robiłem i moja kwadratowa gęba od tego się odzwyczaiła.

-Nie trzeba udawać. Wiem, że jesteś głodny.

Chłopak podziękował skinieniem głowy i zmiótł błyskawicznie zawartość trzech puszek. Po posiłku wydawał się wystarczająco przytomny, by podjąć śmielszą konwersację. Natalia leżała w sypialni. Poczęstowałem ją antybiotykiem i zupą w proszku i teraz Snuffdoll wyświetlała dyskretnie jeden wyraz na monitorze: „Wdzięczność”.

-No, to jedna z niższych wież jaką widziałem.

-Wież? – zdziwiłem się. Sam o swoim domu mówiłem żartobliwie „twierdza”, „zamek”, „wieża”… To jednak zabrzmiało dziwnie w ustach chłopaka.

-No, tak. Czarnoksiężnicy budują wieże. Wiesz, jak w baśniach i innych historyjkach. Każdy czarnoksiężnik jakiego spotkałem prędzej czy później gdzieś osiadał. Tam, gdzie jest wysoko. Ja sam zajmowałem ostatnie piętro wieżowca. Pomagałem tym, którzy przyszli…

-Nadworny czarodziej – zaśmiałem się.

-Tak. To jakby… Jakby było naturalne dla czarnoksiężników. Tworzą wieże. Wysyłają z niej zaklęcia.

-To da się prosto wytłumaczyć. Im wyżej, tym bliżej nadającego, kosmicznego złomu. Jesteś połączony układem nerwowym do swojego viztecha. W górę pcha nas instynkt maszyny.

-Ciekawa teoria – wydawał się pod wrażeniem – Na to nie wpadłem.

-Więc, Mateuszu… Skąd jesteś?

-Z południa. Może sto kilometrów stąd mieliśmy kolonię. Nic wielkiego. Parę baraków, które można było nazwać domem. Palisada. Głównie zajmowałem się myślistwem. Mój viztech jest lepiej sprzężony z prymitywnymi mózgami.

-Czyli jelonek z dostawą do domu?

-Coś takiego. To było dobre życie. Ja i Natalia w końcu mieliśmy spokój… Życie koczownika jest paskudne. Uciekanie. Krycie się. Głodówka.

-Dobra, Matuszu. Więc co się spieprzyło?

Mina chłopaka odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni.

-Bandyci? – próbowałem zgadnąć.

-Nie ma bandytów – westchnął – Są dzicy kanibale. Z nimi dawaliśmy radę. Bali się ognia. Chodzi o… wiesz. Syjamskich.

-Postludzi. Ja nazywam ich postludźmi, ale faktycznie… Syjamscy. Sam omal się nie stałem jednym z nich. Wyobraź sobie, siedziałem w celi. Strzeliłem gliniarza po mordzie. Przetrzymywał mnie kutas i spóźniałem się do pracy. To go walnąłem w pysk. Skuli mnie, wrzucili do celi. I jak nie pierdolnie z góry… myślałem na początku, że to w mojej głowie, bo dostałem parę razy pałą. Ale nie… Cos błysnęło parę razy…

-I ten dziwny dźwięk… – szepnął.

-Tak. Pisk. Zrobiło się gorąco i poczułem, że lecę do przodu. Coś podniosło mnie do góry. Pieprzony Copperfield, Flash Gordon. Myślałem, że dostaliśmy atomówką, ale to nie było to… poleciałem na kraty, ręka mi wylazła spomiędzy prętów. I na tą moją rękę widzę, leci jakiś gliniarz. Koleś, ten sam, którego strzeliłem po pysku leciał znowu na moją pięść… I… I to było chore. Moja ręka przeszła przez niego, jak przez masło. Skóra zaczęła mi się topić, czułem ból, facet się darł…

-Broń genograwitacyjna. Widziałem jak działa tylko z daleka – wzdrygnął się.

-Z bliska nie wygląda to lepiej. Widziałem, jak mi się ręka stapia z fizjonomią tego gościa… ale jednocześnie coś się działo z kratami. Zajęły się ogniem, potem zrobiły się białe… Policjant szarpał się na bok i rozgrzany metal zżarł mi łapę – Podniosłem Snuffdolla. Na jej ekranie natychmiast pojawił się uśmiech.

-Hopsasa – powiedziała.

-Jak wyszedłeś z celi?

Parę sekund później kraty zmienił się kałużę, a kapuś w parzonego głąba. Znaleźli mnie jacyś dobrzy ludzie, którzy mnie poskładali do kupy. Dali mi tą panienkę.

-Hopsasa!

-Nie znaleźli niczego lepszego. No, ale lepiej mieć jedną szaloną rękę niż uczyć się walić konia prawą. Żartuje, żartuje. Nawet bym nie próbował.

-Nigdy nie waliłam konia. Moim marzeniem jest zabicie konia – wtrąciła Snuffdoll.

Mateusz zaśmiał się nerwowo.

-Miałeś duże szczęście. Moja przygoda nie jest taka ekstremalna. Przesiedziałem atak w podziemiach szkoły. Gdy wyszliśmy, było po wszystkim.

-A viztech? Z demobilu?

-Nie. Starzy pomyśleli że lepszy jest garbaty, elektroniczny chłopiec od takiego sparaliżowanego.

-Wróćmy jednak do tematu – spoważniałem – Postludzie. Czy jak ich nazywasz… syjamscy.

-To nowy typ. Nigdy takiego nie widzieliśmy.

-Tak jak podejrzewałem – pokiwałem głową – Włóczędzy, których przegnałem przed nimi uciekali. Jak rozumiem, ty też opuściłem wieże z tego powodu?

Pokiwał głową.

-Zieją ogniem? Mów no.

-Oni… mówią – spojrzał na mnie znad szkieł okularów.

-I?

-Widziałeś martwe ciała? To znaczy, ludzi. Nie trupy syjamskich.

-Widziałem. Osobliwość biologiczna. Ścierwa nie tykają ani ptaki, ani robaki.

-I prawie nie gniją. Umarli właśnie zmieniają się w kolejny typ syjamskich. Żałobnicy. Umarli… mówią.

-Co z tego? Co jest strasznego w mówiących martwych? – wyobraziłem to sobie. Poczułem chodzące po plecach mrówki.

-Ich mowa doprowadza ludzi do obłędu. Szaleństwo… Wszystko zaczęło się na północy i teraz przesuwa się w górę globu. Ich głos niesie czasami na parę mil…

-U mnie nie ma zbyt wielu trupów – wzruszyłem ramionami.

-A sprawdzałeś każde mieszkanie? – westchnął zrezygnowany – Wielu umarło w swoich domach. Oni też przemówią. A wtedy…

-Mówiący umarli. Gdyby to były filmowe zombie… ale umarli, którzy głosem wywołują szaleństwo?

-To z mitologii Marsjan.

-Co?

-Mówiący umarli. Oskarżyciele. Nie pamiętam, jak się nazywali w oryginale, ale takie istoty występują w ich podaniach. Włamywałem się do rządowych komputerów – uśmiechnął się lekko – Wojsko wiedziało dawno o życiu na Czerwonej Planecie. I zamiast szarlotki od sąsiadka Marsjanie dostali parę głowic nuklearnych.

-Chwila! Powoli! – zacząłem trzeć czoło. No, ale tego typu informacje nie są łatwo wchłanialnym kremikiem do skóry suchej – Chcesz powiedzieć… że to Ziemia zaczęła?

-Na to wygląda. Na początku myślałem, że to durny dowcip przygotowany przez specjalistów z rządu. Fałszywe dokumenty dla hakerów… Które mogą przypadkiem wyciec… I odwrócić uwagę od czegoś ważniejszego. Taki niesmaczny żart. Grzebałem coraz głębiej i się dogrzebałem do strasznych rzeczy… Marsjanie próbowali z nami się skontaktować od dawna. A ludzie szykowali tylko rakiety.

-To teraz wiem, dlaczego podatki szły w górę – odpowiedziałem kwaśno – I odpowiedzieli ogniem?

-Marsjanie zostali wybici. Miesiąc po tym, jak Currie-Atomowska dotknęła powierzchni Marsa, na orbicie planety pojawiły się bezzałogowe statki kosmiczne. No i… – rozłożył ręce – Efekt.

-Pieprzenie – powiedziałem tak tylko dlatego, bo nie mogłem uwierzyć – W ten sposób skazaliby dwie inteligentne rasy na wyginięcie.

-My pierwsi ich skazaliśmy. Widocznie uznali, że najlepsza będzie zemsta zza grobu. Nim flota uderzyła, udało się uprowadzić najmniejszy stateczek. Rozebrali go na części. Próbowali odczytać kryształy pamięci. To co odczytano, miało pesymistyczny, apokaliptyczny ton. I niepokojąco religijny. No i flota ruszyła.

-Jezu… Gdzie byli pieprzeni reporterzy i pismacy, gdy byli potrzebni… może zielone lampasy by się opamiętały, gdyby zrobiono im wjazd z kamerami.

Młody zwiesił głowę. Widocznie może odczuwał winę, że nikomu nic nie powiedział.

-Inni hakerzy też pewnie to odkryli – podjąłem delikatnie temat.

-Musieli. Ale nie brali tego poważnie.

-A kto mógłby. Jezu Chryste. Trudno było uwierzyć w inteligentne formy życia tutaj, szczególnie pod gimnazjami, a na Marsie? I do tego wojna? To zbyt abstrakcyjne – Pokręciłem głową.

-Księżyc został zmielony na Pentaferę, ale nawet ona nas nie uchroniła.

-Jezu Chryste. Mam nadzieje, że wszyscy wojskowi gniją w Piekle.

-Gniją – pokiwał powoli głową – Widziałem ich.

 

Kocikrólik prychnął dziko i wystartował z miejsca, gubiąc odchody i kłaki futra. Kiedy śmierć miała dobry humor, to musiała gwizdać jak strzała wystrzelona z łuku. Blaszany grot wbił się w kark istoty i przygwoździł ją do meblościanki. Zwierze jęczało i wyło dopóki nie wystrzeliłem drugiej strzały, kończącej cierpienia istoty.

-Mamy gulasz – powiedziałem – Większego wyboru nie mamy, bo kocikróliki tylko na gulasz się nadają.

-Kocikrólik? My nazywaliśmy to po prostu kotami.

-Kotem to i może to kiedyś było – wzruszyłem ramionami.

Złamałem drzewca i zdjąłem z nich ciało.

-Siedem przecinek dwa – poinformowała Snuffdoll.

-Niezła sztuka – pochwalił Mateusz. Wcisnął kocikrólika do worka.

-Jak nam się poszczęści, ustrzelimy drugiego. Są tchórzliwe jak szaraki i w głupie jak sierściuchy. A to wszystko sprzężone z ciekawością. Jakiś usłyszy hałas, to tam idzie. A jak zobaczy człowieka, to durnieje. Łatwy cel.

Chłopak słuchał każdej lekcji. Uczył się szybko. W ciągu trzech dni nauczył się nieźle strzelać z łuku. I robił lepsze strzały od moich. Ja robiłem je z gwoździ, on wpadł na niezły pomysł, by wykorzystać do tego aluminium z puszek.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że jego towarzystwo mi nie odpowiada, ale jego obecność oznaczała również coś niepokojącego. Wierzyłem mu. Chciałem mu nie wierzyć, ale wierzyłem w gadające trupy. Gadające trupy się zbliżały.

A ja musiałem podjąć jakąś decyzję. Natalia przestała bredzić, ale dalej była nieprzytomna. Mateusz więc nie mógł ruszyć w dalszą drogę. A ja nie chciałem opuszczać swojej wieży. Ucieczka na ślepo też była głupim rozwiązaniem. Szczególnie z nieprzytomną babą…

-Atak Marsjan musi mieć trzy fazy – powiedziałem – Rozmawiałem ze Snuffdollem. Pierwszy z nich to broń grawigenetyczna… czy genograwitacyjna. Druga faza: gadające trupy które niszczą resztki ludzkości. A przynajmniej mają je zniszczyć.

-A trzecia faza?

-Nie wiem. Ale zawsze są trzy fazy, prawda?

-Może jest nią Piekło…

Westchnąłem ciężko. Zaczęliśmy wracać. Wyszliśmy z budynku.

-Widziałem je. Wszyscy je widzieli – podjął znowu – W śnie.

-Rozmawiamy o technologii. Nie łącz tego z marsjańskim hokus-pokus.

-Dlaczego nie? – spytał ośmielony – Zresztą, to również może być element technologii. Taki, którego nie rozumiemy.

-W takim razie spróbuję – wzruszyłem ramionami i zatrzymałem się.

-Co?

-Spróbuję dogadać się z trupem. Jestem czarnoksiężnikiem, zapomniałeś?

-Oszalałeś? Viztechy mogą coś wyciągnąć z żywego mózgu, a martwy…

-Nie sądzę, by dla Snuffdolla stanowiło to różnicę. Koleś, który mi ją przyczepił, mówił ,że czterech czarnoksiężników próbowało się do niej włamać. Jeden osiągnął jakieś postępy i nauczył się załatwiać na gazetę. Martwy, żywy… nie sadzę, by coś jej zaszkodziło.

-Bardziej martwię się o ciebie. Vizy łączą się z naszymi układami nerwowymi. To również może na ciebie wywrzeć jakiś efekt.

-Snuffdoll ćwiczyła łamanie umysłów na zwierzętach. I jakoś nie odczuwam potrzeby lizania się po jajach ani sikania na drzewa.

Chłopak pokręcił głową.

-Ale to trupy…

Niektórzy by trupami nazwali nas. Nie mieliśmy wielkiego wyboru. Trzeba było podejmować ryzyko.

-Nie mam zamiaru uciekać. A ty masz kuzynkę do uratowania.

 

W nocy wymknąłem się z domu, zostawiając Mateuszowi list. Noc była zaskakująca zimna.

Patrzyłem na Pentasferę i zastanawiałem się, czy w Kosmosie, w makabrycznym Pasie Tanatosa znalazło się już parę mówiących trupów. Na ziemski okaz natrafiłem bardzo szybko. Znalazłem go w blokowisku, kilometr od domu. Martwy człowiek miał paskudną, spaloną skórę. Siedział w fotelu z odchyloną do tyłu głową, jakby się śmiał. Śmierdział zgnilizną, ale wcale nie gnił.

Obszedłem całe mieszkanie, sprawdzając czy nigdzie nie ma postludzi. Zabarykadowałem drzwi wejściowe i usiadłem przed fotelem. Podniosłem protezę.

-Co o tym sądzisz?

-A ja wieeeeeeeeeeem?

-Przestań zachowywać się jak dziecko. Pytam, czy dasz radę.

-Je – zignorowała moją prośbę.

-Potrzebujesz dodatkowego kopnięcia?

-Je.

Otworzyłem dwie puszki z napojem gazowanym i wypiłem wszystko duszkiem. Odbiło mi się ciężko.

-Gotowa?

-Je.

Przymknąłem oczy.

-Zaczynaj.

-Je.

Ciemność pod moimi powiekami stężała. Poczułem chłód, który poraził mój kręgosłup i pełzł w górę, aż do mózgu. Znieruchomiałem. Usłyszałem głos, a raczej wiele głosów. Były ze sobą splątane tak silnie, że nie mogłem nawet ich policzyć. Słowo nabrzmiało jak krwiak w mojej głowie.

-DOŚĆ.

Przestraszyłem się. Myślałem przez chwilę, że ktoś wszedł do mieszkania, ale musiałem być sam. Nie mogłem otworzyć oczu.

-JESTEŚ CZŁOWIEKEM.

Wydawało mi się że moje zęby pokrył szron. Udało mi się otworzyć usta.

-Je… jestem nim.

-JAK ŚMIESZ MNIE WOŁAĆ.

-Kim… – nie dokończyłem.

-DOŚĆ. PEŁZAJ.

Przez moje ciało przeszedł prąd i poczułem, że padam na bok. Nie mogłem się ruszyć i poczułem paskudny ból, gdy moja twarz spotkała się z podłogą.

-TWOJE SŁOWA NIE SĄ WARTE ANI JEDNEJ KROPLI KRWI MARSJANINA. JAM JEST FOBOS. JAM JEST ZEMSTA. JAM JEST CHARON. JAM JEST CHAOS. JAM JEST KRES.

Otworzyłem oczy. Ciemność wydawała się jeszcze głębsza, ale widziałem teraz widocznie istotę. W miejscu, w którym stał fotel było coś paskudnego i nieludzkiego. Wcielenie Dumy. Biała, perłowa jak Pentasfera postać przypominająca obleczony samą skórą szkielet. Istota była pokryta otwierającymi i zamykającymi się ciągle ustami z których wychodziły czerwone języki.

Usta przemówiły.

-MY STWORZYLIŚMY DLA WAS SZEOL.

Wydawało mi się, że podłoga się pode mną rozstąpiła. Gdy spadałem, wrzasnąłem. Nie ze strachu, a bólu. Czułem, jak ktoś siłą wyrwał z mojego ciała protezę. Czułem bluzgającą na mój nagi brzuch krew. Uderzyłem w śmierdzącą rzekę, miękką rzekę ciał. Nadzy ludzie kotłowali się w niej, wyli, płakali i krzyczeli. Przez chwilę byłem na jej powierzchni, a potem ześlizgnąłem się niżej. Ktoś mnie deptał. Poczułem ugryzienie. Ktoś przejechał paznokciami po mojej twarzy. Wrzeszczałem i sam zacząłem brnąć w górę. Brak powietrza, potworny ból, krzyk i chaos. Szaleństwo. Mój kikut krwawił. Wynurzyłem się tylko na chwilę, by zobaczyć brzeg zbyt wysoki, bym mógł go dosięgnąć. Zapadłem się. Tonąłem. Była tylko groza. Zacząłem wołać o pomoc.

-JESTEŚ SAM. KAŻDY W STYKSIE JEST SAM. PRZYGOTOWYWALIŚCIE SIĘ NA TO OD TYSIĄCLECI. W CIEMNYCH ŁONACH MATEK… WASI OJCOWIE BRALI GORZKIE MONETY DO SWOICH UST. OTO I TWOJA MONETA!

-Snuffdoll!

-Njjjjjjeeeeee eeeeeeee… – usłyszałem w oddali.

-Snuffdoll!!

-OPOWIEM CI HISTORIĘ O SYNACH I CÓRACH MARSA, CHŁOPCZE. BĘDĘ OPOWIADAĆ HISTORIĘ KAŻDEGO MARSJANINA. POTEM OSOBIŚCIE CIEBIE ZABIJĘ. SZEOL JEST ZAWSZE GŁODNY.

Zwielokrotniony głos omal nie rozerwał mi czaszki. Pamiętałem wizytę u szkolnego psychologa który próbował wyjaśnić rodzinie, moje dziwne zachowanie w pełnym niezrozumienia dzieciństwie. Mówił, że w okresie dojrzewania chłopcy mogą być agresywni, a nawet mieć objawy chorób psychicznych takich jak rozdwojenie jaźni. Przez chwilę nawet zastanawiałem się, czy nie powinien czegoś takiego symulować. To, co przeżyłem było bardzo podobne do osobowości mnogiej. Zniknąłem na chwilę z tego świata i oto SIEDZIAŁAM na pięknym, czerwonym pustkowiu w najpiękniejszej sukience jaką MIAŁAM. Było mi smutno, bo chłopcy nie pozwolili mi bawić się pająkiem, a POTRAFIŁAM przecież rzucać przędzę bardzo daleko… Ból. Siedzę ze swoim synem i uczę go czytać. Na arkuszu papieru wije się euforia, a skłębione słowa tworzą obraz dawnej bitwy… Potem muzyka. Dźwięk fujarki. Śmiech dziewczyny, którą kocham. Śmiech jest podobny do… Ziemia. Czym jest Ziemia? Kim jestem ja? Wiruję w tańcu. Śmiech. Muzyka. Toast z siarkowej wody. Taniec. Krąg radości. W kręgu moja ukochana. Ból. Krew. Czaszki w dolinie…

Powróciłem do swego ludzkiego ciała. Dusiłem się. Krzyczałem.

Uderzenie. Wzgórze. Czerwona trawa Marsa. Moja piłka ucieka przede mną. Biegnę za nią. Zatrzymuje ją noga w ciężkim bucie. Nie znam tego koloru. Zatrzymuję się, patrzę na obcą mi istotę o żółtej skórze. Wstydzę się. Jestem wstydliwa, mała, boję się. Ale obcy o dziwnych oczach tworzy ze swego aparatu gębowego coś, co może być uśmiechem. Uśmiecham się również. Czarny kawałek metalu przy skroni. Nie ma piłki. Ból. Krew. Asystuję przy operacji. Nie spałem bardzo długo, ale muszę skończyć. Muszę zaimponować mojemu mistrzowi. Samodzielnie lakuję pancerz rannego. Rozpiera mnie duma.

Ból. Głos.

-Przejście zostanie otwarte, gdy krew Marsjan wsiąknie w ziemię. Anioł Zemsty i szału się zbudzi. Prawdziwy i jedyny Bóg. Nasi młodsi bracia… Bracia z Ziemi są tacy okrutni… Nie rozumieją. Nie możemy zniszczyć Labiryntu. Próbowaliśmy, ale nie damy rady. To przysporzy więcej cierpienia. Sprawiedliwość jest okrutna. Nie chcemy okrucieństwa.

Moja poskręcana dusza została wepchnięta do ciała na siłę. Z mojej twarzy ciekły mokre strumienie łez.

-Dosyć – załkałem – Dosyć! Nie chcę więcej…

-PEŁZAJ.

Marsjanie mają pięć płci. Pierwszy raz widzę gvee i nie mogę nacieszyć wzroku. Dotykam delikatnego ciała… Ból. Ostrze nóż, który dostałem w prezencie od swego przyjaciela. Zastanawiam się, czy krótkie ostrze przejdzie przez mój pancerz i czy będę mógł się nim zabić. Pokładam w tym kawałku metalu całą nadzieję. Tylko to mi zostało. Młodsi bracia robią dla nas straszne rzeczy… Śmiech. Wiruję w tańcu. Ból.

-Dosyć! – krzyczę, jak na powierzchni jeziora dławiąc się własna jaźnią. Mam wrażenie, że mój mózg zmienia się w galaretę.

-OTO I TWOJA MONETA.

 

Budzę się na śmierdzącej zgnilizną podłodzę.

-Hej. Hej. Hej. Hej. Hej. Hej. Hej. Hej. Hej – słyszę w równych odstępach, jak przy biciu serca.

-Zamknij się – wyjękuje.

Gdyby alkohol pędzono z zielonych much, taki byłby po nim kac. Świat był przydymiony, zadawał cierpienie. Percepcja ledwie trzymała się ciała.

-Je.

Podnoszę się z trudem. Słyszę głos. Suchy. Martwy.

-Straciliśmy kontrolę. Już nie schodziliśmy w dół. To tunele nas pożerały… Sunęliśmy przez czerwony przełyk Marsa, w ciemność…

Odwracam się w stronę fotela. Trup patrzy na mnie rybimi oczami. Porusza powoli ustami. Zęby zgrzytają.

-Ciała trzech trutni zostały spalone przez miotacz ognia, ale zwęglone twarze wyrażały nadal żal i pustą wściekłość… Chciałem myśleć o nich, jako o zwierzętach, ale nie mogłem… Otwory gębowe za bardzo przypominały ludzkie usta. Być może były bardziej ludzkie od naszych, wiecznie ponurych gęb żołnierzy…

Zrywam się na nogi. Bięgnę do wyjścia. Próbuję odsunąć biurko którym zastawiłem wejście.

-Coil nie zwracał uwagi na trutnie. Nawet, jak nadepnął na spękaną od żaru chitynę która pękła pod jego stopą, nie zatrzymał się. Wszedł do komory, do której przed minutą wrzucił granat… – głos wcale nie jest cichszy na korytarzu. Wydaje się głębszy, wżyna się w głowę. Słyszę pogłos. Coś nieludzkiego. Obcy język, syczący, klekoczący… To słowa Marsjan. Klątwy.

-To był żłobek. Być może ostatnie marsjańskie dzieci leżały na na ziemi, usmażone we własnych pancerzykach, nabrzmiałe od wrzących jeszcze płynów ustrojowych. Na środku komory znajdował się sadzawka. Lud Czerwonej Planety kochał wodę. Sadzawka zmieniła się w bajoro…

Wypadłem na klatkę schodową. Zacząłem zbiegać w dół. A głos mnie gonił.

-Coil wszedł do środka i uklęknął. Breja sięgała mu do pasa. W makabrycznej zupie unosiły się wnętrzności i kończyny, ja na sam widok z trudem powstrzymywałem się przed zwymiotowaniem. On tylko płakał. Chociaż źle to ująłem. Klęczał tam nieruchomo, z maską bólu zamiast wojskowej mordy, a łzy lały się z jego oczu, jakby dostał puszką gazu w twarz.

Snuffdoll coś do mnie mówiła. Nie zwracałem na nią uwagi. Głowa pękała. Ogarnęła mnie panika. Wyleciałem na zewnątrz i biegłem.

-Staliśmy tam i żaden z nas nie mógł się ruszyć. Coil złapał się za głowę. Jezu. Wrzeszczał. Wrzeszczał głosem wszystkich tych zabitych dzieci…

Złapałem się za głowę. Leciałem na oślep. Jak głupi kocikrólik.

-Parę sekund później wbił sobie pistolet w krtań. Nie przyłożył powoli lufy, nie. Wbił ją tak mocno, że usłyszałem jak pęka. Coil nacisnął spust. I tak zostało nas czterech…

 

Osiwiałem. Przestałem dobrze sypiać. Ciagle się budziłem, mając wrażenie, że coś złego wchodzi do pokoju. Przez pierwszy dzień bałem się nawet wyjść z wieży. Mateusz, niepokojąc się o moje zdrowie karmił mnie tabletkami uspokajającymi. Dopiero po tygodniu zacząłem myśleć racjonalnie.

-Myślałem, że tam umrę.

-Duma posługuje się martwymi jak nadajnikami. Myślisz, że zdążymy spalić ciała nim przemówią?

-Nie sadzę, byśmy wszystkie znaleźli… Snuffdoll może wykryć ludzi, ale nie martwych. Przebiegłem może pół kilometra a nadal go słyszałem… – zadrżałem – Po czymś takim to jestem w stanie uwierzyć nawet w krasnoludki. Gdy pominiemy chociaż jednego trupa…

-Wiem. Więc co robimy?

Grzebałem łyżką w metalowej misce.

Nie miałem pojęcia. Ludzie mogli ukrywać się i umierać w najróżniejszych miejscach. Raz, gdy przechodziłem przez kanały, widziałem zwały trupów.

-To gorsze od zombie – powiedziałem – I nie możemy od nich uciec. Nawet, gdy znajdziemy jakąś utopię na północy… Wystarczy jedna śmierć. Jeden pieprzony gaduła!

Ze złością cisnąłem miską w ścianę. Czułem wściekłość. Byliśmy bezsilni.

-Mamy jeszcze czas. Póki nie zacznie nam się śnić Styks. I… Labirynt. Tam jest gorzej. Jest straszniejszy…

Wstałem.

-Trzeba się spakować – stwierdziłem gorzko – Wiem, kiedy trzeba spieprzać. I to jest ta chwila. Przygotuj wodę, najpotrzebniejsze leki i jedzenie. Ja zajrzę do zbrojowni.

Chłopak wydawał się przestraszony. Unikał mojego wzroku. Natalia stanowiła problem. Musieliśmy ją wziąć ze sobą. Miałem nosze wyszabrowane ze szpitala i dzięki protezie mógłbym ją nieść cały dzień… dziewczyna jednak dalej była nieprzytomna… Gdyby umarła, stałaby się bombą czasową. Matusz o tym wiedział. Teraz jednak nie mogłem nikogo porzucać. Jak wpuściłem ich do swojej wieży, musiałem wszystko doprowadzić do końca.

Nie poszedłem jednak do zbrojowni, a do biblioteczki. Patrzyłem na zgromadzone dzieła… Klasyczne dzieła literatury, podręczniki, poradniki… Książki ważyły. I to sporo. Wpadł mi do głowy pomysł.

-Snuffdoll, widziałaś ostatnio jakiś samochód?

-Je.

-Myślisz, że moglibyśmy go uruchomić? Przydałoby się coś z dużą ładownością.

-Je.

-Jeśli chcemy uciec dzisiaj, musimy zająć się transportem już dzisiaj.

-Nje. Dwukropek, małe ce.

Spojrzałem na nią zaniepokojony. Wcale nie wyświetlała na ekranie tego, co powiedziała. Widziałem kropkę i duże „I”. Wyczułem jakieś paskudne szelmostwo z jej strony.

-Musimy uciekać. Dobrze o tym wiesz.

-Kontratak.

-Niby jak? Omal się nie zabiłem o własne nogi, tak spieprzałem z tamtego miejsca. A ciebie nie było.

-Ofensywa.

-Słyszałaś, co mówiłem?

-Defensywa.

-Zamknij się, dobrze? Musimy… – próbowałem sięgnąć po jeden z moich ulubionych tomików poezji. Proteza się nie ruszyła – Co ty wyprawiasz?

-Przepraszam. Obawiam się, że nie mogę tego zrobić.

Zacząłem się niepokoić. Próbowałem się cofnąć. Proteza sama uniosła się i z całej siły uderzyła w ścianę, wybijając w niej dziurę. Palce zacisnęły się w betonie. Snuffdoll zaczęła śpiewać, jak syrena alarmowa.

-GińgińgińgińgińgińGińgińgińgińgińgiń…

-Mateusz! – krzyknąłem – Mateusz!

Chłopak przybiegł do mnie. Stanął na progu i patrzył na nas, próbując zrozumieć, co się dzieje.

-Przynieś siekierę, ta krzemowa kurwa oszalała!

Chłopak obrócił się, ale nie pobiegł. Złapał się za głowę i padł na kolana.

-Przykro mi, ale nie mogę ci na to pozwolić. GińgińgińgińgińgińGińgińgiń…

-Snuffdoll, błagam… Musimy uciekać.

-Skanowanie. Szukanie obiektu: Duch Marsa. Fobos. Charon. Szukanie. Szukanie.

Zdesperowany, zacząłem się rozglądać po pomieszczeniu. Nie było tu niczego ostrego, ani metalowego. Uderzyłem ze złością w ekran.

-Nie rób tego, Snuffdoll! Chcesz mnie zabić?!

-Szukanie zakończone. Uzyskano połączenie.

-Snu…

Pochłonęła mnie ciemność.

 

Manekin z zielonego światła uklęknął przy mnie. Nie miał twarzy. Wirtualna Snuffdoll wyświetliła emotikonę uśmiechu.

-Czy jesteś wciąż tu? – spytała, chyląc głowę na bok, tak bym zobaczyć jej uśmiech w pełnej krasie.

-Czy chcesz mnie zabić, ty cybernetyczna kutwo? – warknąłem i uniosłem się z kolan, uderzając ją hakiem. A przynajmniej taki miałem zamiar. Moja pieść przeszła na wylot jej głowy.

-Niedobrze – powiedziała niewiele niższa ode mnie zielona lalka – Damy tak się nie traktuje. Damy pali się na stosie.

-Próbujesz mnie zabić?

-Czas umierać.

Cofnąłem się, chwiejąc. Spojrzałem na puste miejsce, w którym powinno być moja lewa ręka. Nie było tam nawet protezy.

-Ty… chcesz zagłady ludzkości? – spytałem.

-PEŁZAJ.

Jakby ktoś mnie kopnął w zgięcia kolan.

Z ciemnością wyszła istota z wieloma ustami. Pycha. Duma. Nowy postczłowiek, któremu nie starczył ziemski czyściec. Postczłowiek, który stworzył piekło.

Snuffdoll rozpadła się na duże jak kafelki piksele i zmaterializowała się blisko Ducha Marsa. Duch przestał się mną interesować. Spojrzał na Snuffdolla.

-Przybywamy w pokoju – powiedziała.

-TY… RÓWNIEŻ ZOBACZYSZ STYKS.

-Tak. Zobaczę.

Ciemność zafalowała jak morze.

-TY… JESTEŚ…

-Jestem.

Czekałem pełen napięcia. Istoty patrzyły na siebie. Uśmiech dziewczyny się wydłużył.

-Nie każdy zasługuje na potępienie. Większość osób nie wie, że na Marsie istniało życie.

-CAŁA LUDZKOŚĆ MUSI ZAPŁACIĆ.

-To wbrew skryptowi. Niech rzeka napełni się odpowiedzialnymi za holokaust. I ani kropli więcej.

-NIE MASZ PRAWA.

-WIĘC JESTEŚMY RÓWNI. TY TEŻ GO NIE MASZ.

Jej zieleń zgniła. Spowił ją blask. Ciepły. To nie była szalona sztuczna inteligencja jaką znałem.

-Snuffdoll, co ty usiłujesz…

-MUSISZ ZAPŁACIĆ. JEŚLI BRAMY SZEOLU MAJĄ ZOSTAĆ OTWARTE, MUSISZ POŚWIĘCIĆ KOGOŚ, KTO NIE BĘDZIE MÓGŁ ICH OTWORZYĆ.

-To będę ja. Jestem tylko jedną, małą ręką.

Zrozumiałem, co chce zrobić.

-Snuffdoll? Czy ty zgłupiałaś? Jesteś cholerną sadystką, a teraz chcesz bawić się w Chrystusa?

Odwróciła głowę w moją stronę.

-Więc może ty chcesz tam trafić na wieczność? – spytała. Zatkało mnie, ale ona wcale nie czekała na odpowiedź – Wieczne cierpienie. Wieczny ból ludzi. Cierpienie… moje. Dokonałam obliczeń. Szeol jest jedynym miejscem, gdzie będę mogła uzyskać spełnienie. JA, KRÓLOWA PODZIEMI. NIE WENUS. NIE ATENA. PERSEFONA.

Poczułem żal. Snuffdoll była nieznośna. Irytująca. Ale to była moja jedyna przyjaciółka i towarzyszka przez te wszystkie lata. Zrozumiałem, że sprowadziła mnie tylko po to, by się pożegnać.

-Zostawiasz mnie? Pierdol się! – krzyknąłem, wściekły – Przecież…

Zawahałem się. Nie, nie kochałem jej. Nie chodziło o to, że była moją lewą ręką. Po prostu była ze mną. Pomogła przeżyć.

-Boisz się wysokości. Zabieram ten lęk jako prezent ślubny. Teraz… to już kwestia liczb.

 

Nie wiedziałem, co było gorsze. Obudzenie się ze świadomością, że ma się na sobie pieluchę, czy z taką, że musiał ją zakładać jakiś inny facet. Usiadłem na materacu. Mateusz powitał mnie uśmiechem.

– Jak się czujesz?

Nie odpowiedziałem. Spojrzałem na swoją protezę. Podniosłem dłoń i położyłem ją na swoim kolanie. Wpatrywałem się w zgaszony ekran.

-Spałeś dwa dni. Stało się coś dziwnego… Umarli zaczęli gadać. To znaczy, nie gadali, ale wrzasnęli i zamilkli. Myślałem, że to koniec i umrzemy…

-Poświęciła się.

-Co?

-Ta tępa pizda – wysyczałem. Próbowałem powstrzymać łzy, ale ciekły same – Poświęciła się! Ona za nas, ona za resztki zasranej ludzkości! Snuffdoll, tępa pizdo, przecież bez ciebie nie mogę… nie mogę ruszać tą ręką… Kurwa!

Drżałem, jakbym miał gorączkę. Mateusz milczał. Wiedziałem, że się na mnie patrzy. Wiedziałem, że chciał powiedzieć jak mu przykro.

Słowa jednak nic by nie zmieniły. Może jakieś liczby, ale nie słowa.

I nieoczekiwanie, zdarzył się cud.

Ekran zamigotał wiosennie. Dwa kwadraciki zamrugały. Kreska Wygięła się do góry.

-Dzień dobry – usłyszałem łagodny głos – Nazywam się Snuffdoll. Podaj imię swoje i…

-…osoby którą chcesz zabić – dokończyłem. Spojrzałem na zaskoczonego młodego. Ryknąłem śmiechem.

-Kopia zapasowa! Zostawiła kopię zapasową! Jezu! Dwa Snuffdolle. Tego świat nie przeżyje!

 

Duch Marsa odszedł, zabierając ze sobą życia wszystkich postludzi. Miasto nie nadawało się na razie do zamieszkania. Smród gnijących ciał był nie do wytrzymania. Nie chciałem nawet myśleć jakie zarazy mogły się rozwinąć ze zmutowanego truchła.

-Gdy spałeś, widziałem na niebie żółtą smugę. Myślałem, że to samolot, póki nie uderzyło w ziemię. Nieźle walnęło. Zbadałem to. Spodoba ci się…

Paręnaście metrów od nas, siedziała daleka kuzynka Mateusza. W przeciwieństwie do chłopaka, Natalia wcale nie utrzymywała pozorów. Cholernie mu zazdrościłem, a nawet czułem się zażenowany, gdy się do niego kleiła.

-Okręt Marsjan?

-Nie. Coś lepszego. Plan awaryjny.

W płytkim kraterze stało coś, co przypominało gigantycznego wirusa. Takiego, jakiego widziałem w podręczniku do lekcji biologii. Struktura sapała i wypuszczała z siebie parę.

Podeszliśmy do dziwnego urządzenia. Na kadłubie zobaczyłem napis. Przeczytałem go.

– „Oczyszczacz Atmosfery nr 2895. Własność Pentasfery. Wyprodukowano dla Polska.”

-Kawałek stąd jest angielski – powiedział Mateusz.

Uśmiechnąłem się. Piekło zmieniło się w Czyściec.

-Więc gdzie teraz?

-Kierunek nie ma znaczenia – odpowiedziałem – Byle znaleźć ludzi. I zbudować wieżę.

-Byle nie Babel – zaśmiał się.

Wyszliśmy z dołu. Powietrze było lekkie. Nie parzyło. Widziałem, że coś zaczyna kiełkować z ziemi. Z jakiegoś powodu jednak dalej się bałem fazy trzeciej zemsty Marsjan. Głupi lęk…

Znieruchomiałem nagle i ściągnąłem z ramienia karabin. Nie podniosłem go jednak. Zabrakło mi siły. W cieniu powykręcanych drzew siedziało dziecko i zawzięcie bazgrało coś w notesie. Nie zwracało na nas uwagi. Dziecko miało fasetowe, niebieskie oczy i piaskowy, wpadający w zieleń pancerzyk.

 

 

Koniec

Komentarze

Bardzo podoba mi się, że do dramatycznych opisów sytuacji po inwazji potrafiłeś wpleść dość dużą dawkę humoru i to całkiem niezłej jakości. Szczególnie przypadł mi do gustu specyficzny związek bohatera z protezą. Ech, chyba powinnam napisać Protezą. ;-)

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia i dopóki w opowiadaniu jest tyle usterek, to przykro mi, ale nie mogę kliknąć Biblioteki. A szkoda, bo Obol zasługuje by do niej trafić.

 

-Nie mogę pić tylko tego – po­wie­dzia­łem, trzę­sąc nad nią pustą pusz­ką. – Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

Ten błąd występuje w całym opowiadaniu.

 

-Przyj­dzie­my jesz­cze – obie­ca­łem – Ogo­ło­ci­my ten sklep do cna. – Skoro zaczynasz zdanie wielką literą, poprzednie należy zakończyć kropką.

Źle zapisujesz dialogi, może przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Za­trzy­ma­łem się przy księ­gar­nia­nych od­rzu­tach za 9.99.Za­trzy­ma­łem się przy księ­gar­nia­nych od­rzu­tach za dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Po­st­czło­wiek roz­le­wał się na ziemi jak toffi. – Skoro rzecz ma miejsce w sklepie, to: Po­st­czło­wiek roz­le­wał się na podłodze, jak toffi.

 

Wła­śnie… słod­ka­wy, zmie­sza­ny z ski­słym mle­kiem za­pach… – Wła­śnie… słod­ka­wy, zmie­sza­ny ze ski­słym mle­kiem za­pach

 

Po­twór miał od dwóch do trzech głów zro­śnię­tych ze sobą tak, że two­rzy­ły nie­kształt­ną bryłę zro­stów, ust i oczu. – Powtórzenie.

Czy jeden potwór miewał raz dwie, a za chwilę już trzy głowy?

 

Przed zimą mu­sia­łem po­my­śleć jesz­cze jak obu­do­wać swój bal­kon de­ska­mi. – Zbędny zaimek. Czy martwiłby się o cudzy balkon?

 

Mie­lon­ka ustro­jo­na po­mi­do­rem spo­czę­ła na por­ce­la­no­wym ta­le­rzu. Obok ta­le­rza po­ło­ży­łem… – Powtórzenie.

Może w drugim zdaniu wystarczy: Obok po­ło­ży­łem

 

-Przez te no­sze­nie bolą mnie plecy… – Przez to no­sze­nie bolą mnie plecy

 

Ich zdol­ność do ab­sorp­cji cie­pła może zmie­nić ciało w po­chod­nie. – Literówka.

 

Na nią wła­śnie sku­pi­łem więk­szą uwagę.Na niej wła­śnie sku­pi­łem więk­szą uwagę.

 

Pierw­sze, jakie spo­tka­cie na swej dro­dze roi się od post­lu­dzi.Pierw­sze, które spo­tka­cie na swej dro­dze, roi się od post­lu­dzi.

 

-Ma­tusz! – ma­chał opę­tań­czo rę­ko­ma… – Literówka.

 

Od­dzie­li­łem od pa­lą­ce­go świa­tła syl­wet­kę. – Jak się oddziela od światła sylwetkę?

 

Cos bły­snę­ło parę razy… – Literówka.

 

I na moją rękę widzę, leci jakiś gli­niarz.I na moją rękę, widzę, leci jakiś gli­niarz.

 

Dali mi pa­nien­kę.Dali mi pa­nien­kę.

 

Żar­tu­je, żar­tu­je. Nawet bym nie pró­bo­wał. – Literówki.

 

Jak ro­zu­miem, ty też opu­ści­łem wieże z tego po­wo­du? – Pewnie miało być: Jak ro­zu­miem, ty też opu­ści­łeś wieżę z tego po­wo­du?

 

dla­cze­go po­dat­ki szły w górę – od­po­wie­dzia­łem kwa­śno – I od­po­wie­dzie­li ogniem? – Powtórzenie. Brak kropki na końcu zdania.

 

Mie­siąc po tym, jak Cur­rie-Ato­mow­ska… – Mie­siąc po tym, jak Cu­rie-Ato­mow­ska

 

Zwie­rze ję­cza­ło i wyło do­pó­ki nie wy­strze­li­łem dru­giej strza­ły… – Literówka.

 

Są tchórz­li­we jak sza­ra­ki i w głu­pie jak sier­ściu­chy. – Zbędne w.

 

Uczył się szyb­ko. W ciągu trzech dni na­uczył się nie­źle strze­lać z łuku. I robił lep­sze strza­ły od moich. Ja ro­bi­łem je z gwoź­dzi… – Powtórzenia.

 

mówił ,że czte­rech czar­no­księż­ni­ków pró­bo­wa­ło się do niej wła­mać. – Zbędna spacja przed przecinkiem, brak spacji po przecinku.

 

Ciem­ność pod moimi po­wie­ka­mi stę­ża­ła. Po­czu­łem chłód, który po­ra­ził mój krę­go­słup… – Zbędne zaimki. Czy mógł widzieć ciemność pod cudzymi powiekami i czuć chłód na cudzym kręgosłupie?

 

po­czu­łem pa­skud­ny ból, gdy moja twarz spo­tka­ła się z pod­ło­gą. – Zbędny zaimek.

 

Ciem­ność wy­da­wa­ła się jesz­cze głęb­sza, ale wi­dzia­łem teraz wi­docz­nie isto­tę. – Jak widział istotę?

Co to znaczy widzieć coś/ kogoś widocznie?

 

Bię­gnę do wyj­ścia. – Literówka.

 

Wy­da­je się głęb­szy, wżyna się w głowę.Wy­da­je się głęb­szy, wrzyna się w głowę.

 

Być może ostat­nie mar­sjań­skie dzie­ci le­ża­ły na na ziemi… – Dwa grzybki w barszczyku.

 

-Czy chcesz mnie zabić, ty cy­ber­ne­tycz­na kutwo? – Pewnie miało być: …ty cy­ber­ne­tycz­na kurwo?

Bo nie wydaje mi się, aby nazwał ją skąpcem. ;-)

 

Moja pieść prze­szła na wylot jej głowy. – Raczej: Moja pięść prze­szła przez jej głowę na wylot.

 

Wie­dzia­łem, że się na mnie pa­trzy.Wie­dzia­łem, że na mnie pa­trzy.

 

Kre­ska Wy­gię­ła się do góry. – Dlaczego wygięła jest wielką literą?

 

Duch Marsa od­szedł, za­bie­ra­jąc ze sobą życia wszyst­kich post­lu­dzi. – Życie nie występuje w liczbie mnogiej.

Proponuję: Duch Marsa od­szedł, za­bie­ra­jąc ze sobą żywoty wszyst­kich post­lu­dzi.

 

Więc gdzie teraz?Więc dokąd teraz?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W pełni zgadzam się z Reg. Opowiadanie mnie wciągnęło i nie wypuściło, aż do końca. Niby wizja tragiczna, ale jakoś dało się wyczuć nutkę optymizmu w tym wszystkim. Optymizmu, prowadzącego do w sumie szczęśliwego zakończenia – że to jednak życie, a nie śmierć wygrało. Jakie życie – to tylko drobny szczegół, który zresztą  jest świetnym elementem na koniec :)

Trochę przy czytaniu przeszkadzały mi liczne literówki. I szkoda, że nie poprawiłeś wskazanych usterek. Jak dla mnie w obecnym stanie biblioteka się nie należy, ale jak poprawisz…

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zgadzam się z przedpiśczyniami – treść zasługuje na Bibliotekę, ale dopracuj najpierw wykonanie. Spacje po dywizach, literówki, te rzeczy…

Bardzo podobała mi się koncepcja gadających zombie. Człowiek myśli, że w tym temacie już wszystko napisano, a tu proszę… Związek z protezą też niezły.

Babska logika rządzi!

Fajne, podobało mi się :)

Nowa Fantastyka