- Opowiadanie: Endvorte - Panaceum

Panaceum

Krótka historia o poszukiwaniu sensu życia w stale pędzącym naprzód świecie niedalekiej przyszłości. Podjęcie próby znalezienia odpowiedniego rozwiązania, tytułowego “panaceum”, w obliczu obranego przez ludzki gatunek destruktywnego kierunku rozwoju.

Serdecznie dziękuję betującym za poświęcony czas i cenne uwagi.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Panaceum

Kolejny dzień w pracy minął w okamgnieniu, jak gdyby był tylko sennym złudzeniem. Zanim się spostrzegłem, moje ciało znalazło się już przed budynkiem firmowego wieżowca. To zabawne. Po prostu szedłem przed siebie, nie podejmując przy tym jakiegokolwiek wysiłku. Zupełnie jakbym oddzielił się od swej fizycznej postaci i mimowolnie dryfował, utrzymywany za pomocą sznurka w jej dłoni, niczym balon tańczący z porywami droczącego się wiatru. Jestem, a jednocześnie mnie nie ma. Zabawne… Jednakże moje kroki, choć praktycznie zautomatyzowane, nie były w rzeczy samej bezcelowe. Cały czas myślałem jedynie o niej. I chyba te właśnie myśli samoistnie kierowały mnie w stronę domu, potęgując nieposkromioną chęć spotkania się z nią twarzą w twarz. Jej skromny uśmiech, ozdabiający delikatną w dotyku cerę. Gorące, krwistoczerwone usta, skrywające za sobą nieskończoną ilość nieubranych jeszcze w słowa myśli. Ciepło. I bicie serca. Spokojny rytm, całkowicie niewzburzonego od wszędobylskiego wiatru, kojąco dryfującego oceanu. Ona. I ja. Jeszcze tylko trochę…

 

Wygląda na to, że w końcu dotarłem na miejsce. Wspiąwszy się na szczyt niedługich schodów, dotarłem do drzwi kolejnego drapacza chmur. Przykładając dłoń do czytnika, odblokowałem wejście prowadzące do windy, w której to nadusiłem guzik wskazujący dziesiąty numer piętra. Nie minęło nawet kilka sekund, gdy po wyjściu z windy znalazłem się naprzeciw wejścia do mojego mieszkania. Ponownie przyłożyłem dłoń do wejściowego skanera i wszedłem do środka. Zablokowałem drzwi z pomocą elektronicznego zamka, zwracając się następnie w stronę błyskawicznej garderoby. W opcjach odziewającej maszyny wybrałem odpowiednią konfigurację stroju codziennego, po czym wcisnąłem przycisk zatwierdzający operację. Turbiny maszyny, wprawione w natychmiastowy ruch, sprawnie zamieniły mój ociężały, roboczy uniform w lekkie odzienie przeciętnego mieszczanina. Odetchnąwszy z ulgą, wyszedłem z maszyny, kierując się w stronę wymarzonego miejsca, które zaprzątało mi przez cały dzień głowę.

I tak znalazłem się w swoim pokoju. Za sprawą pojedynczego klaśnięcia dłońmi, aktywowałem niezbędne promienie sztucznego światła. Podszedłem do biurka, podniosłem z niego elektroniczny hełm i ułożyłem się plecami na miękkim prześcieradle dwuosobowego łoża. Zamknąłem oczy. Cisza. Głęboki wdech wprowadził w moje płuca kojącą porcję tlenu. Po chwili wypuściłem przetrawione przez organizm powietrze, podniosłem swoje dłonie i po omacku włożyłem hełm na głowę. „Nareszcie” – powiedziałem do siebie w myślach, powoli otwierając oczy…

 

Momentalnie uderzył mnie oślepiający blask naturalnego słońca. Odruchowo przetarłem oszołomione powieki. Na szczęście jednak, odczuwany ból stawał się coraz mniejszy, a wzrok stopniowo przyzwyczajał się do diametralnej zmiany oświetlenia. Gdy tylko oczy wróciły do swojego pierwotnego stanu, zacząłem uważnie rozglądać się dookoła, by odzyskać orientację w nowym otoczeniu. Stałem na obficie porośniętej zielonymi kępami trawy polanie, która rozciągała się z każdej możliwej strony, aż po samą linię horyzontu. Gdzieniegdzie, z równomiernie zielonej ziemi, wyrastały co rusz to rozmaitsze rodzaje drzew. Wyższe, niższe, szersze i te bardziej obcisłe – wszystkie jednak równie pełne życia i zasilające atmosferę w równie pełną swej zbawiennej życiodajności ilość świeżego powietrza. Spojrzałem na niebo. Zdawało się być tak czyste i pogodne, zupełnie jak za czasów mojego dzieciństwa. Wyraźny błękit delikatnym dotykiem otulał niewinne chmury, które spokojnym tempem odbywały swoją zwyczajną, poranną wędrówkę. W powietrzu zaś unosił się przyjemny zapach tęczowo kolorowych kwiatów, a nad ich płatkami radośnie podskakiwały niewzruszone owady. Całej tej sielance towarzyszyło również wesołe poćwierkiwanie, osiadających na drzewnych gałęziach, dumnych ptaków, w akompaniamencie ukradkiem wychylających się, zza wszelkich możliwych kątów natury, ciekawskich królików i zająców. Stałem tak i obserwowałem oszałamiające piękno natury. I było to piękno nawet znacznie piękniejsze od tego, które zdążyłem w całym swoim ludzkim życiu poznać.

W końcu ocknąłem się, przypominając sobie główny cel mojej obecności w tym nieziemskim miejscu. Ona. Czy nadal tu jest? Czy nadal mnie oczekuje? Czy…

– Ewan! – usłyszałem kobiecy głos, nawołujący moje imię.

– Ada! – odkrzyknąłem, posyłając swój głos w otchłań zanikającego echa.

Cisza. Zaalarmowany pobiegłem w stronę źródła usłyszanego przedtem dźwięku. Mijałem tak kolejne zastępy zielonej gęstwiny, wciąż nawołując. W końcu, zmęczony długotrwałym sprintem, opadłem z sił. Mimowolnie usiadłem na miękkim podłożu, z trudem łapiąc kolejne porcje potrzebnego tlenu.

– Ewan. – Zza mych pleców rozległ się nagle kobiecy głos.

Natychmiast się odwróciłem i wtedy to ujrzałem właśnie ją.

– Ada… – odparłem ostatecznie, ze wzajemnością tuląc się w jej ciepłe ramiona.

 

Po upływie czasu skupiającego się głównie na wspólnej ekstazie, wynikającej z fizycznych zbliżeń, wtuleni w siebie usiedliśmy nad strumykiem krystalicznie czystej wody. Niebo ukradkiem nakładało już na siebie płaszcz wyraźnego półmroku, a wraz z nim wszystkie stworzenia i rośliny powoli szykowały się do snu. Nawet usilny zazwyczaj prąd stale spieszącego się strumyku, na chwilę jakby zwolnił z wyczerpania sił. Cały więc świat na moment przystanął w miejscu, a my wraz z nim tkwiliśmy w tej błogiej przerwie.

– Powiedz mi, Ewanie – zwróciła się do mnie po długotrwałej ciszy Ada – jak wygląda świat, z którego pochodzisz?

– Jak wygląda świat… – powtórzyłem, spoglądając na jej przesiąknięte fascynacją oczy. – Kiedyś wyglądał niemalże jak i to miejsce.

– Kiedyś? – Ada wtrąciła uważnie.

– Kiedyś… – przytaknąłem. – Teraz z lupą można szukać tam miejsc, gdzie pozostało choć trochę naturalnej barwy zieleni. Konary szeleszczących drzew złamały się pod naporem betonowych fundamentów, a zieleń zastąpiona została jednolitą szarością. Nie było jednak tak źle. Do pewnego czasu, rzecz jasna. Jeszcze kilka lat temu mieliśmy bowiem specjalnie oddzielone miejsca dla czystej natury, zwane „parkami”, ale również i ten przywilej ostatecznie nie wytrzymał presji nieustannych zmian. Ktoś przemądrzały podliczył koszty, wyliczył zyski i straty, aż w końcu wydał wyrok: konieczne wprowadzenie kolejnych cięć. Następny z nich wpadł na inny genialny pomysł z zamiennym rozwiązaniem. Zaawansowane projekcje holograficzne. Mianowicie, parki zniknęły z rejonów czysto namacalnych, powracając w postaci sztucznie rzutowanych obrazów stylizowanych na prawdziwe. Wszystko to wygląda równie pięknie, jednak co wrażliwsi odczują, że coś jest nie tak, jak być powinno. Wystarczyło bowiem wyobrazić sobie świat odłączony od zasobów niezbędnej energii. Ta cała otoczka po prostu zupełnie by zniknęła, jak za pstryknięciem palcami. Nicość. Pustka.

– To smutne.

– I prawdziwe, w całej swej nieprawdziwości. Smutniejsze jest jednak to, co stało się z nami. Z naszym ludzkim gatunkiem. A właściwie z tym, co po nim pozostało.

– Co masz na myśli?

– Nasz największy problem – odpowiedziałem. – Mentalność. Ugrzęźliśmy w bagnie własnych przekonań i poglądów. Zaczęliśmy nałogowo zajmować się dokarmianiem złudnych osądów ego, coraz bardziej odwracając się od zakodowanej w nas naturalności. Destruktywne w skutkach dążenie do jak najwyższej wydajności, powierzchowność, ignorancja, brak czasu, znieczulica, aż w końcu automatyzm. Nawet nasze elektroniczne maszyny okazują się być dzisiaj bardziej ludzkie niż my…

Machnąłem ręką, przerywając przewidywany bieg dalszych myśli. Zauważywszy chyba moje zniechęcenie, Ada przestała już pytać o ludzki świat. Po chwili jednak, wtrąciła niespodziewanie:

– Wiesz jakie jest moje największe marzenie?

Zaskoczony spojrzałem w jej jaskrawe oczy, skrywające wiele jeszcze niepoznanych przeze mnie myśli.

– Marzę o tym, aby je poznać – odpowiedziałem.

– Moim największym marzeniem jest – rzekła, rumieniąc się na twarzy – abyśmy zawsze byli razem.

 

I siedzieliśmy tak, złączeni w ciepłym objęciu przy blasku bezsennego księżyca, stopniowo zapadając w sen. Kolejny dzień w tej pięknej krainie dobiegał końca. Starając się jeszcze powstrzymywać co rusz opadające powieki, obserwowałem roztańczone po czarnym nieboskłonie gwiazdy. Wpatrywałem się tak i zastanawiałem – czy któraś z gwiazd w końcu spadnie…

 

***

 

– Panowie, jest robota – rzekł funkcjonariusz, odkładając słuchawkę telefonu.

 

Niebieski radiowóz zatrzymał się we wskazanym miejscu. Funkcjonariusz wyłączył wściekle wyjącą syrenę, zgasił silnik i wysiadł z samochodu, kierując się w stronę pobliskiego drapacza chmur. Szybkim krokiem pokonał niedługi odcinek schodów, aż dotarł do głównego wejścia docelowego budynku. Przyłożywszy do czytnika policyjną odznakę, odblokował drzwi prowadzące do windy, w środku której wdusił guzik wskazujący dziesiąty numer piętra. Nie minęło kilka sekund, gdy po wyjściu z windy znalazł się obok wejścia do mieszkania z numerem czterdziestym trzecim. Funkcjonariusz kiwnął głową w stronę młodszego kolegi, który posłusznie pilnował lokalu. Obydwoje weszli do środka. Minąwszy po drodze elektroniczną garderobę, policjanci dotarli do drzwi kolejnego pokoju. Dłoń starszego funkcjonariusza osiadła na metalowej klamce, odsłaniając wnętrze pomieszczenia.

– Ożeż ty, kurwa! – Starszy policjant odruchowo zasłonił ręką nozdrza.

W łóżku leżał ułożony na plecach mężczyzna, z założonym na głowie hełmem elektronicznym. Skóra na jego ciele pokryta była czarnymi plamami, zaś w powietrzu unosił się silny odór spalenizny.

– Proszę o raport – zakomunikował oficer, ciągle jeszcze walcząc z nieprzyjemnym odorem.

– Tak jest – odparł młodszy. – Z analizy rejestru elektronicznego zamka dowiedzieliśmy się, że nasz denat zamknął drzwi swojego domu równo z godziną 16:38. Hełmowy dziennik zdarzeń zarejestrował zaś czas logowania dokładnie o godzinie 16:43. Wygląda na to, że od momentu zalogowania denat przez cały czas przebywał w wirtualnej rzeczywistości, aż do równej północy. Gdy tylko nastała północ, hełm uległ nagłemu przeciążeniu i wywołał porządne zwarcie, które w dosłownie kilka sekund zdołało usmażyć mózg naszej ofiary.

Funkcjonariusz, przyzwyczaiwszy się już do nietypowego zapachu, odkrył swoje nozdrza, chowając ręce do kieszeni.

– Kim tenże jegomość był z zawodu?

Rozległ się szelest otwieranych akt.

– Inżynier komputerowy.

– Wszystko jasne – jednomyślnie podsumował starszy policjant.

– Jak to? – dopytywał młody. – Co pan ma na myśli?

– Samobójstwo – odpowiedział. – Komputerowy ćpun zapewnił sobie „złoty strzał” w swoistym dla siebie stylu. Szukałbym podłoża w utajonej depresji. Ludzie starej daty, tacy jak on, wykazują statystycznie większy poziom niedostosowania społecznego do realiów naszego nowo-porządkowego świata.

Młodszy policjant przez dłuższą chwilę milczał, pogrążony w głębokim zastanowieniu.

– Co jest, młody? – Starszy oficer zauważył strapienie na twarzy młodszego towarzysza.

– Sądzi pan, że mu się udało?

– Samobójstwo? No raczej.

– Nie, nie to miałem na myśli…

– To w takim razie co?

– Czy sądzi pan – odpowiedział, nerwowo przełykając ślinę – że udało mu się zostać po drugiej stronie?

 

***

 

Mężczyzna z zamyślonym wyrazem twarzy opuścił mury firmowego wieżowca. Pewnym krokiem szedł przed siebie, jakby nie przywiązując wagi do otaczającej go rzeczywistości. W końcu natrafił na niedługi odcinek schodów, które doprowadziły go przed oblicze głównego wejścia do zwyczajnego drapacza chmur. Jegomość, przykładając dłoń do czytnika, odblokował windę, w której to wdusił guzik obrazujący dziesiąty numer piętra. Po chwili wysiadł z windy, kierując się w stronę drzwi z numerem czterdziestym trzecim. Ponownie przyłożył dłoń, dezaktywując blokadę, po czym wszedł do środka. Wewnątrz na nowo zablokował drzwi za pomocą elektronicznego zamka, a następnie zwrócił się w stronę błyskawicznej garderoby. Tam wybrał odpowiednią konfigurację pracy maszyny, by po chwili wyjść z niej w luźnym, codziennym ubraniu. Odetchnął z wyraźną ulgą i pokierował się w stronę drzwi od kolejnego pokoju. Pewnym ruchem dłoni złapał za klamkę, wchodząc do środka.

– O, jesteś w końcu. – W pomieszczeniu rozległ się kobiecy głos.

Mężczyzna natychmiast się odwrócił i ujrzał ją.

– Witaj, kochanie – odrzekł, całując jej krwistoczerwone usta.

– Wiesz jakie jest moje największe marzenie? – zwróciła się do niego, odwzajemniając pocałunek.

Zaskoczony spojrzał w jej jaskrawe oczy, skrywające wiele jeszcze niepoznanych przez niego myśli.

– Marzę o tym, aby je poznać – odpowiedział.

– Moim największym marzeniem jest – rzekła, rumieniąc się na twarzy – abyś zjadł obiad, bo ci ostygnie.

I z uśmiechem na ustach swej delikatnej twarzyczki, fikuśnie pobiegła w stronę kuchni.

 

Mężczyzna zdjął ze swojego ramienia elegancką torbę i położył ją na krześle. Otworzył wieko, wyciągając z niej stos obszernych teczek. Wszystkie dokumenty nieco niezgrabnie pozostawił na biurku i czym prędzej podążył za zapachem przygotowanego jedzenia. A wśród całego stosu dokumentów, tylko jeden wydawał się być zupełnie odmienny od reszty. I leżał tak, pośród firmowych niezrozumiałości, czekając na wielki dzień swej realizacji, projekt o dumnej nazwie: „Panaceum”.

Koniec

Komentarze

Pomysł nawet niezły, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zamiast opowiadania przeczytałam zaledwie jego szkic, w dodatku napisany niezbyt staranie i zawierający sporo usterek.

 

Je­stem, a jed­no­cze­śnie mnie nie ma. Za­baw­ne… Jed­nak­że moje kroki, choć prak­tycz­nie zauto­ma­ty­zo­wa­ne, nie były w rze­czy samej bez­ce­lo­we. Cały czas my­śla­łem je­dy­nie o niej. I chyba te wła­śnie myśli sa­mo­ist­nie kie­ro­wa­ły mnie w stro­nę domu, po­tę­gu­jąc nie­po­skro­mio­ną chęć spo­tka­nia się z nią twa­rzą w twarz. Jej skrom­ny uśmiech… – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

Nadmiar zaimków występuje w całym opowiadaniu.

 

pod­nio­słem swoje dło­nie i po omac­ku wło­ży­łem hełm na głowę. – Czy istniała możliwość podniesienia cudzych dłoni?

 

Od­ru­cho­wo prze­tar­łem oszo­ło­mio­ne po­wie­ki. – Na czym polega oszołomienie powiek?

 

wy­ra­sta­ły co rusz to roz­ma­it­sze ro­dza­je drzew. Wyż­sze, niż­sze, szer­sze i te bar­dziej ob­ci­słe… – Co to znaczy, że drzewo jest obcisłe?

 

Całej tej sie­lan­ce to­wa­rzy­szy­ło rów­nież we­so­łe po­ćwier­ki­wa­nie, osia­da­ją­cych na drzew­nych ga­łę­ziach, dum­nych pta­ków, w akom­pa­nia­men­cie ukrad­kiem wy­chy­la­ją­cych się, zza wszel­kich moż­li­wych kątów na­tu­ry, cie­kaw­skich kró­li­ków i za­ją­ców. –…cie­kaw­skich kró­li­ków i za­jęcy.

Co to są kąty natury?

To ptaki mogły akompaniować wychylającym się królikom i zającom, nie odwrotnie.

Za SJP: akompaniament  «dźwięki towarzyszące czemuś»

 

Sta­łem tak i ob­ser­wo­wa­łem osza­ła­mia­ją­ce pięk­no na­tu­ry. I było to pięk­no nawet znacz­nie pięk­niej­sze od tego… – Czy to celowe powtórzenia?

 

– Ewan! – usły­sza­łem ko­bie­cy głos, na­wo­łu­ją­cy moje imię. – Raczej: – Ewan! – Usły­sza­łem ko­bie­cy głos, wołający moje imię/ na­wo­łu­ją­cy mnie po imieniu.

 

Po upły­wie czasu sku­pia­ją­ce­go się głów­nie na wspól­nej eks­ta­zie, wy­ni­ka­ją­cej z fi­zycz­nych zbli­żeń… – Czy to znaczy, że czas uczestniczył w zbliżeniach i ekstazie?

 

Nawet usil­ny za­zwy­czaj prąd stale spie­szą­ce­go się stru­my­ku, na chwi­lę jakby zwol­nił z wy­czer­pa­nia sił. Nawet rwący za­zwy­czaj prąd stale spie­szą­ce­go się stru­my­ka, na chwi­lę jakby zwol­nił, wyczerpawszy siły.

 

Ko­na­ry sze­lesz­czą­cych drzew zła­ma­ły się pod na­po­rem be­to­no­wych fun­da­men­tów… – Fundamenty czego napierały na korony drzew, łamiąc je?

 

Funk­cjo­na­riusz kiw­nął głową w stro­nę młod­sze­go ko­le­gi, który po­słusz­nie pil­no­wał lo­ka­lu. Oby­dwo­je we­szli do środ­ka. – Funkcjonariusz i jego kolega to mężczyźni, więc: Obaj we­szli do środ­ka.

Obydwoje/ oboje to mężczyzna i kobieta.

 

W łóżku leżał uło­żo­ny na ple­cach męż­czy­zna, z za­ło­żo­nym na gło­wie heł­mem elek­tro­nicz­nym.  – Raczej: W łóżku, na plecach, leżał męż­czy­zna, w heł­mie elek­tro­nicz­nym na gło­wie.

 

cią­gle jesz­cze wal­cząc z nie­przy­jem­nym odo­rem. – Masło maślane; czy odór może być przyjemny?

 

denat za­mknął drzwi swo­je­go domu równo z go­dzi­ną 16:38. Heł­mo­wy dzien­nik zda­rzeń za­re­je­stro­wał zaś czas lo­go­wa­nia do­kład­nie o go­dzi­nie 16:43. – …denat za­mknął drzwi swo­je­go domu równo z go­dzi­ną szesnastą trzydzieści osiem. Heł­mo­wy dzien­nik zda­rzeń za­re­je­stro­wał zaś czas lo­go­wa­nia do­kład­nie o go­dzi­nie szesnastej czterdzieści trzy.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

więk­szy po­ziom nie­do­sto­so­wa­nia spo­łecz­ne­go do re­aliów na­sze­go no­wo-po­rząd­ko­we­go świa­ta. – Może: …do re­aliów no­wego po­rząd­ku naszego świa­ta.

 

Młod­szy po­li­cjant przez dłuż­szą chwi­lę mil­czał, po­grą­żo­ny w głę­bo­kim za­sta­no­wie­niu. – Co jest, młody? – Star­szy ofi­cer za­uwa­żył stra­pie­nie na twa­rzy młod­sze­go to­wa­rzy­sza. – Powtórzenia.

 

Młod­szy po­li­cjant przez dłuż­szą chwi­lę mil­czał, po­grą­żo­ny w głę­bo­kim za­sta­no­wie­niu. – Raczej: …mil­czał, po­grą­żo­ny w głę­bo­kim zamyśleniu. Lub: …mil­czał, głę­bo­ko się za­sta­nawiając.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, regulatorzy, za poświęcony czas i obszerny komentarz. Nie jestem pewien czy to stosowne edytować teraz tekst, kiedy konkurs się jeszcze nie zakończył  – w każdym razie, postaram się wprowadzić poprawki zgodnie z twoimi zaleceniami, gdy tylko znajdę nieco więcej wolnego czasu.

Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

Nadmiar zaimków występuje w całym opowiadaniu.

Myślę że mimo wszystko są tam potrzebne – przynajmniej w moim odczuciu. Aczkolwiek rozumiem co masz na myśli. Cóż mogę zrobić – tak mi się jakoś pisze, może kiedyś uda mi się uzyskać w tej kwestii równowagę, zobaczymy.

Co to znaczy, że drzewo jest obcisłe?

Ten temat (o ile mnie pamięć nie myli) chyba już nawet poruszyliśmy przy okazji któregoś z poprzednich opowiadań (np. wyrażenie “tłusty głos”). Zdaję sobie sprawę z tego, że “obcisłe drzewo” to jakiś dziwny, nieadekwatny rodzaj określenia – aczkolwiek przyznam, że po prostu lubię takie zabawy słowem, łączenie technicznie niepasujących ze sobą zwrotów. Dla ciebie może to być, podejrzewam, coś nad wyraz niesmacznego, jednakże mimo wszystko nie chciałbym z tego rezygnować. 

Stałem tak i obserwowałem oszałamiające piękno natury. I było to piękno nawet znacznie piękniejsze od tego… – Czy to celowe powtórzenia?

Jak czasem mam problem z nadmiarem powtórzeń, tak w tym przypadku były to powtórzenia jak najbardziej celowe.

 

I to chyba tyle. Szczerze mówiąc, z perspektywy czasu dopiero teraz widzę jak lepszy technicznie mógłby być ten tekst – faktycznie wygląda to z deka (albo i bardziej) jak szkic. No ale cóż zrobić, człowiek sobie jak zwykle myśli, że już wie wystarczająco, a potem i tak się okazuje jak bardzo się mylił i jak głupi wtedy był :).

Dziękuję raz jeszcze, podziwiam za cierpliwość i chęci. Tymczasem znikam i – być może kiedyś jeszcze – do zobaczenia!

Opis wchodzenia bohatera do domu znużył mnie za pierwszym razem, ale powtórzony jeszcze dwa razy już nie – taki mały paradoks. 

Sens wielu zdań nie uległby zmianie, gdyby wyrzucić z nich słowa, które wydały mi się językowymi zapychaczami. Dużo tu jest takich słów.

Moment kulminacyjny podbił moje zainteresowanie historią w odpowiednim momencie, ale potem znów padło – liczyłem na coś mocniejszego.

Pierwszy akapit i porównanie do dryfowania na sznurku mi się spodobało.

"Czy sarny się tną, czy jeżozwierz, czy pancernik? Żadne zwierzę... w naturze." ~ J. K. Dębski

Endvorte, bardzo się cieszę, że mogłam pomóc. ;-)

Dopóki trwa konkurs, poprawki można, a nawet należy wprowadzać.

 

Nie mam nic przeciw nietypowym określeniom, ale obcisłe drzewo wymyka się mojej wyobraźni.

Obcisła może być suknia, ściśle przylegająca do ciała, obcisłe mogą być spodnie. A drzewo? Nie wiem jakie warunki musi spełniać drzewo, by można o nim powiedzieć, że jest obcisłe. Nie znajduję w drzewie żadnych cech i nie wiedzę żadnych powodów, które pozwoliłyby je tak określić.

Nie da się jednak zaprzeczyć, że to jest Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakich słów użyjesz, by prezentowało się jak najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie nie rzuciło na kolany, chociaż zestawienie “złotego strzału” i VR mi się spodobało.

Zgrzytały mi niektóre zwroty – zwykle te same, które nie spodobały się Regulatorom – obcisłe drzewa itp.

Babska logika rządzi!

Fajne :)

Nowa Fantastyka
Patronujemy