- Opowiadanie: Wilk który jest - Jeszcze tylko…

Jeszcze tylko…

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Jeszcze tylko…

To miał być ten dzień! Irmina wysiadła z unoszącego się nad ziemią wagonu magnetycznego Swissmetra i raźnym krokiem ruszyła w kierunku wykutego w skałach biurowca Europejskiej Agencji Kosmicznej. Dziś ma cały pokój dla siebie. Nikt jej nie będzie przeszkadzał! Choć koleżanki odzywały się raczej rzadko, z przerwami na kłótnie, to jednak ich obecność dziwnie nie pozwalała jej się skupić na pracy. Zaraz siądzie wygodnie za biurkiem i zaprojektuje śrubę! Osiem godzin w zupełności wystarczy na wykonanie majstersztyku. Bo „co to dla mistrza”! Oczywiście zaprojektowanie śruby jest zdecydowanie poniżej poziomu jej klasy, ale ta śruba jest ważna. Będzie trzymała zawias! Ten zaś będzie trzymał drzwi. Drzwi do teleskopu Hubble’a…

W ramach współpracy z NASA ustalono, że teleskop będzie zaglądał w głąb kosmosu (a co za tym idzie i w głąb czasu), co najmniej do 2020 roku. Tyle że po uszkodzeniu drzwi przez jakiś kosmiczny śmieć o niezidentyfikowanej proweniencji, trzeba w nim wymienić cztery żyroskopy i wprawić nowe drzwi, z których zamknięciem już raz był poważny problem.

Agencje kosmiczne podzieliły się robotą i w grudniu Irmina została przez szefa poproszona o opracowanie śruby. Śruba musi być nowego wzoru, bo ma ją móc zamontować kosmonauta, w grubej rękawicy mający utrudniony dostęp do wnętrza teleskopu. Pracę upraszczało jednak to, że kilka rzeczy było znanych, na przykład skok i rozmiar gwintu. Osiem godzin na wstępny projekt z powodzeniem jej wystarczy.

Irmina otworzyła drzwi kartą identyfikatora. Przeciągnęła ją przez czytnik zegarowy, zaznaczając swoja obecność. „Jak Fred Flinstone, normalnie” rzuciła w myślach i z pogodnym uśmiechem ruszyła w głąb korytarza.

Otworzyła drzwi na oścież i z radością popatrzyła na puste wnętrze. Trzy płaskie ekrany zdobiły biurka na metalowych nogach. Obrotowe krzesła tkwiły nieruchomo na swoich miejscach. Przekroczyła próg. Oświetlenie włączyło się automatycznie. Podeszła do skrzyneczki z kontaktami i z dziką wręcz satysfakcją wyłączyła ręcznie lampy, nad dwoma biurkami. Siadła na krześle. Zdjęła cudnej urody kozaczki i włożyła wygodne buty na płaskim obcasie. Wcisnęła przycisk startu komputera. Zabrała dzbanek i ruszyła z nim po wodę.

Rozmowy w łazience nie trwały dłużej niż kwadrans. Po powrocie przelała wodę do elektrycznego czajnika. Nasypała do kubka łyżeczkę kawy rozpuszczalnej i rozejrzała się za słodzikiem. Poczekała, aż woda się zagotuje. Wymieszała kawę i wpisała swoje hasło.

Nie mogła pracować nad śrubą w domu. System nie pozwalał na wprowadzanie zewnętrznych czytników pamięci i pobieranie oraz wysyłanie korespondencji zawierającej załączniki. Weszła na firmową pocztę. Otwarte jednocześnie skrzynki: wewnętrzna, jej działu i indywidualna wypluły z siebie dwadzieścia sześć wiadomości. Omiotła je szybko wzrokiem i uznała za mało ważne.

Śruba, no tak śruba, ale pozostaje na nią wiele czasu. Jeszcze tylko dokończy odpowiadać na e-maile, które pozostały w prywatnych skrzynkach jako wersje robocze. Adresaci już długo czekają na informacje… A z tych rozmów mogą wyniknąć w przyszłości jakieś fajne projekty, odskocznia od agencyjnego marazmu. Dodatkowe wpływy na konto. Wreszcie: nowe wyzwania. Słowem – radość życia!

Otworzyła z obowiązku stronę Agencji. Następnie wyszukiwarkę i pocztę. Popatrzyła na poważne tematy wiadomości do dokończenia i doszła do słusznego ze wszech miar wniosku, że to za poważne zadanie jak na godzinę ósmą. „Siedem i pół godziny na opracowanie śruby, to doprawdy zbyt wiele dla mistrzyni”. Z tą myślą oddała się internetowym społecznościom. Samo przewinięcie treści udostępnionych, stworzonych, lub skomentowanych przez znajomych i dotarcie do tych, które widziała przed snem jako ostatnie, zajęło jej, jak sądziła „góra pół godziny”. W rzeczywistości minęły pełne trzy kwadranse.

Teraz z lubością wróciła do wątków, które zdążyła „polubić”, by doczytać dyskusje i może się w nie włączyć. Znała się na społecznościach w sieci i widziała, że dyskusje są często ciekawsze niż same posty. Najwięcej miejsca zajmowała dyskusja na temat przyzwoitości i transparentności fundacji Sercem We Wszystkich prowadzonej we Francji przez jednego z tych nawiedzonych kaznodziejów telewizyjnych.

Irmina postanowiła wyrobić sobie zdanie na ten temat i zaczęła szukać źródeł konfliktu między zwolennikami i przeciwnikami. Przez kolejną godzinę eksplorowała pilnie zawartość sieci. Doszła do wniosku, że wśród wyznawców i wrogów dominują stanowiska skrajne. Obie strony posługiwały się przy tym dokładnie takim samym językiem i argumentami. Tak jakby postawić liczby siebie warte i jedną opatrzyć znakiem minus. Emocje skakały, jakby chodziło nie o to, czy damy pieniądze, czy nie damy, ale o podstawy funkcjonowania społeczeństwa. Postanowiła choć trochę spacyfikować nastroje, czyli wprowadzić wyważoną postawę człowieka środka, którego powinno się wysłuchać. Włączyła się w dyskusje u dwóch „logicznych” znajomych i zapoczątkowała wątek u siebie. Wśród rozemocjonowanych polemistów trudno utrzymać spokój. W ramach zachowywania godnej postawy wyważonego człowieka środka chłostała ostrym słowem dyskutantów z obu stron. Sieciowa zadyma pochłonęła ją na mniej więcej półtorej godziny. Zniechęcona kondycją ludzką wcisnęła „wyloguj” i postanowiła oddać się śrubie. Jeszcze tylko zrobi drugą kawę i odwiedzi łazienkę.

Fakt, że wizyta w łazience trwała zaledwie dziesięć minut, uznała za sukces. Zaparzyła kawę. Odblokowała wygaszony komputer i usiadła przed klawiaturą. Wypiła łyk, kawa była dobra, pobudzająca. Przeciągnęła się na krześle i postanowiła sprawdzić jak radzi sobie jej opowiadanie, wrzucone w nocy do sieci.

Od mniej więcej roku Irmina pod pseudonimem She Cat publikowała na stronie skupiającej fanów „Neuromacera” Williama Gibsona, opowiadania typu fan fiction. Pisała, krótkie erotyczne historie o związku na odległość, który konsekwentnie (i wbrew zakończeniu tej kultowej książki) wiedli Molly i Case. Ostatnią schadzkę umieściła w Krakowie. Nie znała miasta, ale ta znajomość nie była jej do niczego potrzebna. Odkąd bohaterowie dotarli do apartamentu, nie wychodzili z łóżka. Tej opowieści dodała jednak branżowy smaczek. Na rozstanie wyposażyła ich w TRSM III Overkill, tak by mogli cieszyć się swoją bliskością mimo dzielących ich tysięcy kilometrów.

To urządzenie She Cat znała dobrze, bo wypróbowała je na sobie. Dokładniej, na sobie i Mironie. Kiedy testowali TRSM III Overkill w Agencji, nielegalnie przemyciła jeden zestaw do domu. Zaryzykowała utratę pracy, proces i parę innych przykrych rzeczy, ale przeżywając kolejny raz uzyskany efekt, stwierdziła, że „warto było i to jak cholera”. Urządzenie powstało jako czarna skrzynka dla kosmonautów. Zapisywało w przestrzeni wirtualnej odczucia, słowa, a nawet myśli. W przypadku śmierci astronauty można było podłączyć do urządzenia kogoś innego i pozwolić mu doświadczyć ostatnich dwudziestu minut życia kosmonauty. Urządzenia można było użyć tylko i wyłącznie na wypadek śmierci w kosmosie.

Ze swoim chłopakiem, Mironem, nagrali sobie wirtualną przygodę, tak by móc ją sobie odtwarzać, kiedy znów będą daleko. Dzieliło ich nieco ponad cztery tysiące kilometrów. To szmat drogi. Nie da się obrócić tam i z powrotem po pracy. Po nagraniu umawiali się na przeżywanie tamtej chwili, czyli wspólne naciśnięcie klawisza „Enter”. Dawało im to dwadzieścia minut odczuwania pieszczot i erotycznych uniesień. Szkoda, że po obiecujących „testach”, musiała cały zestaw dyskretnie podrzucić z powrotem…

Doświadczenie było niesamowite. Jedyną wadą, z jej punktu widzenia było to, że myśli, pozostawały takie same, jak wtedy, kiedy się kochali (nie było ich zresztą zbyt wiele, cali byli oddani sobie). Jako namiastka bliskość, w związku na odległość, TRSM III Overkill, było rozwiązaniem niesamowitym (tyle że nielegalnym…). Wolała sobie jednak nie wyobrażać, co by było, gdyby musiała na sobie doświadczyć czyjejś śmierci…

Opinie czytelników były pozytywne. „Ma się tę wyobraźnię – ha!” – przebiegło przez myśl Irminy. W komentarzach domagano się więcej informacji na temat „Czytnika Wysublimowanych Bodźców”, jak nazwała TRSM III Overkill dla potrzeb opowieści. Domagano się też historii, w których Case i Molly oddają się znów sobie, przy wykorzystaniu tegoż urządzenia. Niestety nie mogła niczego napisać od razu, choć tę opowieść miała już w głowie. Przecież musi zaprojektować śrubę. Jeszcze tylko odpowie na komentarze.

Dyskusja była interesująca, pobudzająca, nie to, co pyskówka na temat fundacji Sercem We Wszystkich. Postanowiła wrzucić w sieć, przynajmniej „szort”, który nachalnie domagał się przelania na wirtualny papier. Dwie godziny i po robocie. Chętnie przesłałaby opowieść Mironowi, do konsultacji, ale poczta w Agencji nie pozwalała na takie ekstrawagancje. Załączniki szły tylko przez skrzynkę kancelarii. Za duże ryzyko dekonspiracji. „Szkoda, może Miron by coś dorzucił ciekawego?” – pomyślała.

W tym momencie w smarftonie odezwała się mobilna wersja popularnego komunikatora. Irmina spojrzała na ikonkę na ekranie i uśmiechnęła się szeroko: „O wilku mowa” pomyślała z radością. Planowali właśnie wspólny weekend. Dokładnie, to wspólną sobotę. Wylot w piątek wieczorem, sobota razem, lot z powrotem w niedzielę rano. Miron też był pełen radosnego oczekiwania i bardzo chętnie wystąpił w roli konsultanta nowej opowieści. Rozmowa trwała ponad godzinę.

Irmina wprowadziła do tekstu drobne korekty, co kosztowało ją kolejny kwadrans. Po czym She Cat zamieściła „szorta” w sieci. Nie czekała na pierwsze komentarze. Oddała się w całości myślom, czy ubrania zaplanowane na wspólny weekend, to na pewno te, które powinna ze sobą zabrać. Upewniła się, że tak i poświęciła wyobrażeniom na ten temat tego, jak jej i Mironowi upłynie sobota.

Z tego miłego stanu wyrwał ją telefon. Dzwonił Gutek… z prośbą o pomoc. Facet dzwoniący z prośbą o pomoc to nie jest częste zjawisko. Weszła w rolę profesjonalnej konsultantki i ruszyła na spotkanie, dwa piętra poniżej poziomu ziemi. I tak kolejna godzina przeminęła z wiatrem. Problem, z którym zwrócił się dział Gutka, udało się rozwiązać. Ona zaś wyszła ze spotkania z przeświadczeniem o swojej wartości i pozostawiając dwa piętra niżej grupę wdzięcznych ludzi.

Irmina wróciła do pokoju. Po drodze do siebie przejrzała powiadomienia na smartfonie. Dyskusje trwały w najlepsze. Wyposażona w smartfon i dzbanek na wodę poszła do łazienki. Po drodze w obie strony odpowiadała na komentarze. Wreszcie wróciła do pokoju. Przelała wodę do czajnika. Do nowego kubka włożyła torebkę ulubionej herbaty i włączyła komputer. „Śruba mi stygnie” – pomyślała.

W tym momencie otworzyły się drzwi.

– Ty jeszcze nieubrana? – wyraziła zdziwienie Inga.

Irmina spojrzała na ukryty w półmroku, powstałym w efekcie wygaszenia lamp nad biurkami koleżanek, zegar. Była piętnasta dwadzieścia osiem. Na ekranie dopiero uruchamiał się program typu CAD. Zamarła…

– To ja lecę – powiedziała Inga, zerkając na, wpatrzoną dzikim wzrokiem w monitor Irminę. – Szampańskiego weekendu, wiesz! – prawie krzyknęła i puściła do niej oko.

W mózgu Irminy myśli galopowały jak konie po połoninach z wiersza Wojtka Belona. Nie mogła zabrać pracy ze sobą. Nie mogła też zostać tu dłużej. Po godzinach można było przebywać w „bunkrze”, tylko w „szczególnie uzasadnionych wypadkach”.

– No to jestem konkretnie w dupie… – powiedziała na głos.

W tym momencie komputer sam się wylogował i zaczął wyłączać. Od kilku minut nie powinno jej tu już być. Nie myjąc kubków, wyszła z biura. Magnetyczne Swissmetro zdążyło odjechać. Kursowało co kwadrans. Nie pozostało jej nic więcej, jak tylko poczekać. Smartfon zawirował w kieszeni płaszcza.

Dzwonił ojciec. Dobijał się już wczoraj, ale nie odebrała, odpisała, że ma pilną robotę i, że oddzwoni dzisiaj. Westchnęła ciężko i powiedziała do słuchawki:

– Cześć tato.

– Cześć malutka! – głos po drugiej stronie był pogodny i nie było w nim cienia pretensji o to, że nie odbierała. Ojciec „kumał”, że jak jest zajęta, to znaczy, że jest zajęta i nie ma co z tym polemizować.

– Nie jestem taka malutka, dobre metr siedemdziesiąt proszę pana – odpowiedziała cichym głosem.

– Kłócisz się z tym „malutka” odkąd skończyłaś siedem lat – zaśmiał się cicho. – No dobrze, co chcesz Irmino, córko moja, na urodziny?

– Wehikuł czasu… – odrzekła tonem tak grobowym, że nawet stoicko nastawiony do życia ojciec wykazał lekkie zaniepokojenie.

– Coś poważniejszego zawaliłaś, padła ci gospodarka czasem, czy znowu zawładnęły tobą maszyny i urządzenia peryferyjne?

– Jak to: znowu?

– To był początek podstawówki. Wracałaś do domu, robiłaś szlaczki w zeszycie, a potem grałaś w taką elektroniczną gierkę, w której wilk z bajki „Wilk i Zając” zbierał jajka do koszyka. Kiedy mówiliśmy, że ogłupiejesz od tego grania, szłaś do naszego pokoju i oglądałaś bajki na kasetach VHS. Kiedy przekonywaliśmy cię, że od bajek zgłupiejesz jeszcze bardziej, rzucałaś się na telefon stacjonarny o pięciocyfrowym jeszcze numerze i wydzwaniałaś do babć, cioć, albo koleżanek z przedszkola, które poszły do innych szkół.

– Coś kojarzę… I jak z tego wyszłam?

– No wiesz, czułem się winny, że nie mam dla ciebie czasu i dlatego urządzenia peryferyjne, których miejsce jest zdecydowanie na peryferiach życia, a nie w centrum, opanowują twój czas. Sam miałem uczucie, że jestem tak potwornie zarobiony, że niczego już nie zdołam ze swojej doby dla ciebie „wyskrobać”. Zaproponowałem jednak żebyśmy razem, rysowali świecowymi kredkami na kartkach papieru. Taki rysunek to półgodziny planowania, tworzenia zarysu i kolorowanie. I wiesz co? Okazało się, że w moim zabieganym życiu, te półgodziny po prostu było. Czekało spokojnie na sensowne wykorzystanie.

– Rysowaliśmy przygody wilka z gierki… – Irmina zdołała się uśmiechnąć.

– O, tak! Wiesz, myślę, że tamto rysowanie potem ci się przydało na Politechnice, przy papierze milimetrowym i kalce technicznej. Wymyślałaś też niesamowite historie. Twój wilczek miał przygody fajniejsze, niż te, które wymyśliłaby cała sowiecka animacja i to razem wzięta! Szkoda, że z tym talentem nic nie zrobiłaś!

„O, tato – gdybyś wiedział…” pomyślała Irmina She Cat i uśmiechnęła się do tych myśli.

– No dobra, to co to za dramat życiowy u ciebie nastąpił? Przybyć z odsieczą? – głos taty brzmiał pogodnie.

– Nie trzeba, dam radę – uśmiechnęła się. – Mam za to pomysł na prezent. Przyjadę do was i porysujemy. Chcę dobre, markowe kredki i porządny papier!

– No to mnie „kopsnie” po kieszeni! – ojciec rzucił w słuchawkę. – Kiedy przyjedziesz?

– W ten weekend widzę się z Mironkiem, więc nie dam rady, ale wezmę urlop w przyszłym tygodniu. Jeszcze tylko zaprojektuję pewną ważną śrubę i będę „wolna jak sanie w maju”!

– Jasne, wpadaj! Ruszam na kredkowe łowy! Zobaczymy jak się ma twoja techniczna wyobraźnia! Powiem zaraz mamie, ucieszy się.

– Tato mam już kolejne Swissmetro. Znikam. Do zobaczenia za parę dni. Kocham was! Przekaż mamie!

– Przekażę! Do miłego zobaczenia i ucałuj od nas Mirona!

„O, na pewno” – pomyślała z uśmiechem.

– Pa tato!

– Pa malutka!

Wagon zatrzymał się. Chłód połaskotał jej kostki. Spojrzała na stopy. Na nogach wciąż miała wygodne płaskie czółenka, kozaczki leżały spokojnie pod biurkiem…

Koniec

Komentarze

Jeśli czujesz moc, to powinieneś zapisać tekst jako kopię roboczą i zaznaczyć opcję betalisty. Później zaprosić DJa do przeczytania opka. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dzięki za uwagę!

Owszem – czuję moc! Ba, nawet regulamin przeczytałem – tylko naturę mam buntowniczą! ;-)

Pozdrawiam!

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Problem z “Jeszcze tylko…“ sprowadza się do tego, że nie jest opowiadaniem, a scenką i nie science fiction, a obyczajową. Wiarygodną, barwnie i z polotem napisaną scenką obyczajową o prokrastynacji, ale “tylko” scenką. Zabrakło fabuły i w moim odczuciu jest to mankament dość poważny.

na emeryturze

Witaj Gary!

Dzięki, że Ci się chciało zajrzeć – miło. :-)

Z definicji to jest opowiadanie i tu nie ma z czym polemizować, chyba że ze Słownikiem Terminów i Pojęć Literackich. ;-)

W strefie określanej miane S-F mieszczą się różne historie, obyczajowe również. Tło wydarzeń, ich osadzenie, czy liczba fantastycznych gadżetów, często stanowią li tylko dodatek, czy podnietę, dla rozważań innego rzędu. I tu się w pełni zgadzamy, stanowią dodatek do dylematu natury bieżącej i stąd osadzenie akcji „blisko naszych czasów”.

Raz jeszcze dzięki, że przeczytałaś i za uwagi!

Pozdrawiam!

 

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Zajrzałem i przeczytałem z przyjemnością – muszę się przecież czymś zająć, kiedy migam się od obowiązków służbowych.

Co do możliwej obyczajowości SF, teł i gadżetów – owszem, można, ale po co robić to na siłę, skoro nie służy to żadnemu celowi? Scenka byłaby równie dobra bez wzmianki o TRSM III i maglevie, o ile nie lepsza, bo bardziej skondensowana.  

Moim zdaniem w tekstach fantastycznych osią fabularną, krytycznym elementem opowiadanej historii powinny być elementy fantastyczne – czy to SF, czy fantasy, bez których prezentowane wydarzenia nie miałyby prawa bytu. Oczywiście moja opinia w żadne sposób nie jest obowiazująca, nadczym nieustannie ubolewam ;)

 

na emeryturze

:-D

Zdrowe podejście do życia! Jako wychowany na dziełach typu „Kosmos 1999”, postawiłem tezę, że świat się aż tak bardzo nie zmieni i uparcie jej bronię! :-D

Szukałem głównego dzieła do wykonania i stąd się wzięła śruba. A co to za feeling zrobić zwykłą śrubę? ;-) Reszta przyszła sama i nadspodziewanie łatwo, czekało w tej historii i to Swissmetro i TRSM III – wystarczyło ich role opisać. :-)

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Nie przemówiło do mnie. Nie lubię głupich bohaterów. Przydają się do czegokolwiek tylko wtedy, gdy śmieszą. Twoja Irmina nie rozbawiła.

z dziką wręcz satysfakcją włączyła ręcznie lampy, nad dwoma biurkami.

Literówka czy zamierzała pracować przy dwóch biurkach?

Babska logika rządzi!

@Finkla

Pastwisz się nad moją bohaterką, a to – zauważ – bardzo inteligentna bestia, tylko padła jej gospodarka czasem. Spoko – otrzepie się i będzie jak nowa! Skąd pomysł o głupocie? Byle kto takich śrub i w takim miejscu nie projektuje. Tu chyba blisko do „wypalenia zawodowego”, ale to już całkiem inny film.

Literówka – miała lampy wyłączyć. Dzięki śliczne!

Aha, nawet przez chwilę nie zakładałem, że Irmina ma być zabawna, więc całe szczęście, że nie śmieszy. Brak „śmieszenia” uznaję za sukces komunikacyjny! :-D

Dzięki, że przeczytałaś i za uwagi!

Pozdrawiam!

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Warsztatowo jest dobre, ale fabuła za serce mnie nie chwyciła. Parę razy się uśmiechnąłęm, przyznaję. Szkoda tylko, że żadne wydarzenie nie ma tu żadnych konsekwencji. Bo gdyby na przykład zrobiona na ostatnią chwilę śruba (pomijając już samą zasadność projektowania śruby– tych ci u nas dostatek wszelki), spowodowała, że teleksop Hubble’a spadnie jakiemuś Bogu ducha winnemu przechodniowi na głowę, albo chociaż się zatnie– cała ta historia miałaby sens. A tak, stosując zasadę karabinu Czechowa, zostaje nam “przyszła baba do roboty i wyszła w kapciach”.

Co nie przeszkadzało mi czytać z zapartym tchem, więc tzw. propsy za przykucie mojej uwagi. Mimo wszystko opowiadanie zapewniło mi rozrywkę, więc zaliczam je na plus.

Dzięki za dobre słowo! :-)

Cały czas może powstać ciąg dalszy. Teleskop jest cały wciąż zagrożony, a wypalenia zawodowego może się nie udać bohaterce pozbyć przez weekend.

Qrcze – sam się zacząłem zastanawiać, co będzie dalej. :-D

Pozdrawiam serdecznie!

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

I odkozaczkowane!

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Mega! Traciłem wiarę, że ta chwila nadejdzie! :-D

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

No cóż, Irmina, w nawale zajęć, zwyczajnie nie wyrobiła się. Zabawne, ale to wszystko, co mogę powiedzieć o Jeszcze tylko

 

ma ją móc za­mon­to­wać ko­smo­nau­ta, w gru­bej rę­ka­wi­cy na dłoni… – Czy rękawicę można mieć założoną gdzie indziej, nie na dłoni?

 

Fakt, że wi­zy­ta w Ła­zi­ce trwa­ła za­le­d­wie dzie­sięć minut, uzna­ła za suk­ces. – Czy na pewno trafiła tam, dokąd zamierzała??? ;-)

 

Po­cią­gnę­ła łyk, kawa była dobra, po­bu­dza­ją­ca. Prze­cią­gnę­ła się na krze­śle… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Dzwo­nił Gutek … z proś­bą o pomoc. – Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzień dobry Regulatorzy! :-)

„Zabawne” – i tak mi mów! :-D

Piękne dzięki za uwagi! Rzucam się w wir korygowania! :-)

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Jeno tak pisz, a mówić Ci będę. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka