- Opowiadanie: c21h23no5.enazet - Przypadek Falkora

Przypadek Falkora

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Cień Burzy, Finkla, CountPrimagen

Oceny

Przypadek Falkora

– Dlaczego pijesz?

Mężczyzna liczył sobie około pięćdziesiąt lat. Wyraźnie znękany patrzył na pozostałych spod opuchniętych, sinych powiek. Bezmyślnie skubał resztki brody na poparzonym policzku. Roztaczał wokół siebie intensywną woń podrzędnej gorzały, z domieszką zapachu wilgotnej ziemi i stęchłej słomy.

– Falkor spalił do gruntu całą moją wioskę. Z chałupy została mi ino żelazna skrzynia z suknią ślubną starej. I świniak, co nie swajczał, bo się akurat taplał w błocie. Ja żem się z rodziną też schronił w szlamie. Mieszkamy teraz w szopie u mojego brata. Pędzimy mu bimber…

Spojrzał niepewnie na wychudzonego, łysiejącego prowadzącego, zanim dodał:

– Czterdzieści dwa ruble za trzy uncje.

– Demetriev, ty masz szwagra, co kieruje przyczółkiem dla ofiar klęsk żywiołowych, nie? – rzucił terapeuta, tłumiąc tak potężne ziewnięcie, że z oczu pociekły mu łzy. Nie zwrócił najmniejszej uwagi na niestosowną propozycję.

– Smok nie jest klęską żywiołową – odezwała się była kronikarz carska, czkając, przez co monokl wypadł jej z oczodołu, odsłaniając wytrzeszczone oko bez powieki. – W pismach widnieje jako zjawisko piekielne. Dokładnie zaawansowana emancypacyjna demonstracja piekielna. Podpada pod działalność cerkwi.

– Przekwalifikowano go dwa dni temu – mruknął chorąży husarski, gładząc wybrzuszenie pod brudnym karmazynowym płaszczem, najpewniej dwusetkę. – Ta skrzydlata zaraza spaliła połowę przyświątynnych ośrodków pomocy posmoczej, więc zaangażowano punkty od klęsk. Teraz nikogo nie obchodzi, że powódź zabrała ci dom, jeśli to nie były szczyny Falkora.

Wspomniany Demetriev, blady trzydziestolatek z metalową nogą, prychnął.

– Z mojego szwagra i jego ośrodka została kupka popiołu. Falkor wyrzygał się tam tydzień temu. Tak bełtał siarką, że nawet piwnice zżarło. Trzymałem tam moje protezy i ostała się tylko żelazna.

– Nie pali żelaza… – zainteresował się dwumetrowy łowca z gęstym, ciemnym zarostem, zasłaniającym większość poharatanej twarzy. Reperował w kącie ogromną kuszę; jako środka do czyszczenia używał spirytusu, który co jakiś czas ukradkiem wlewał sobie w gardło. – Straż próbowała strzelać w niego żelaznymi grotami?

– Ześlizgują się… – odparł chorąży, coraz intensywniej trąc wybrzuszenie. Założył nogę na nogę i machał nią nerwowo, przyglądając się temu ze zmarszczonymi brwiami. – Chłopi z Horodyszczy próbowali rozpiąć nad wioską żelazną tarczę, naszpikowaną włóczniami, ale ta podła jaszczurka staranowała ją cielskiem. Ledwo się zadrasnęła. Kojfnął trzeci alchemik, który badał odpryśniętą łuskę. Wydyndał się na krokwi pod zamkiem.

Nie wytrzymałem. Paliło mnie w gardle, więc musiałem coś powiedzieć.

– Wszyscy pijecie przez smoka?

Zgromadzeni alkoholicy pokiwali ponuro głowami. Nie kiwnął tylko poparzony staruch, którego na taczkach przywiozło dwóch wnuczków, ale zacisnął pokrzywione dłonie w pięści. Młoda dziewczyna po mojej lewej próbowała coś powiedzieć, lecz tylko rozkaszlała się, wypluwając na podołek ciemną krew. Przełknąłem z trudem ślinę.

– Gdzie odbywają się terapie pojedyncze? – wymamrotałem, ledwo wytrzymując dotkliwą zgagę. Nie miałem wiele czasu.

– Na końcu korytarza jest zejście do starych lochów. Doktorzyny porobiły sobie tam gabinety. – Prowadzący zdawał się zupełnie nieobecny. Rękę miał całą w pożółkłych bandażach, z których dolatywał słodki smród gnicia z gorzką nutą spalenizny.

Kiedy wstałem, ucisk w klatce i ogień w gardle stały się nieznośne. Niemal wybiegłem z izby, w której siedziało kilkadziesiąt skacowanych ofiar smoczej pożogi. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Popędziłem przez wąski korytarz, zawalony ocalałymi ze spalonych domów fantami. Jak pijany wpadłem na oblepione brudem schody do lochów, potknąłem się i runąłem ciężko z ostatnich kilku stopni. Pijaństwo nikogo tu nie dziwiło, więc żadna ze znękanych, zgarbionych postaci, poruszających się w cieniu, nawet na mnie nie spojrzała. Ogarnął mnie cudowny chłód, bijący z kamiennych ścian. W półmroku dostrzegłem kilka cel, które przekształcono w prowizoryczne gabinety. Zapach przetrawionego alkoholu był tu silniejszy, wwiercił mi się w nos jak głodny pasożyt. Zza pierwszych krat wyłoniła się wykończona, młoda kobieta obcięta na łyso, osmolona na karku i z tyłu głowy. Zdusiłem jęk i wcisnąłem się do celi.

Za dębowym, starym biurkiem siedział człowiek zupełnie nie pasujący do miejscowych. Wyglądał na wypoczętego, zdrowego i w dobrym nastroju. Miał około czterdziestu lat, kręcone włosy i śniadą cerę. Bardzo jasne oczy zdradzały, że nie jest stąd. Już miałem opaść na spróchniałą ławę przed biurkiem, kiedy mężczyzna wyciągnął spod blatu rękę z dużą, złotą obrączką. Niemal odskoczyłem pod kraty. Wlepiłem wzrok w spękane podłoże, starając się oczyścić umysł. Obok żaru wędrującego po przełyku poczułem gorącą żądzę.

– Zostałeś w jakikolwiek sposób poszkodowany przez Falkora? – wypaliłem na wstępie, wpijając sobie palce w krtań. Moja szyja była tak gorąca, że parzyłem własną dłoń. Nieubłaganie zbliżał się moment krytyczny.

– Nie. Jestem z północy. Wezwali mnie na czas smoczego kryzysu. – Czułem, że przygląda mi się uważnie. – Proszę cię, usiądź. Masz problem z piciem? Boisz się czegoś?

– Musimy tak rozmawiać. Proszę nie wnikać, to wyjdzie w rozmowie. Nie mamy czasu.

Byłem przekonany, że weźmie mnie za schizofrenika z manią prześladowczą. W dodatku pewnie obwini smoka za to, że przejarało mi jakieś zwoje w mózgu.

– Dobrze – odrzekł z zawodową cierpliwością, lecz nie udało mu się powstrzymać westchnienia. – Opowiedz mi o swoim problemie.

– Nie mogę przestać pić – usłyszałem we własnym głosie czystą, głęboką rozpacz. – Piję coraz więcej, a potem rzygam.

– Ile pijesz na dzień?

– Dwieście pięćdziesiąt litrów. Dochodzę do trzystu.

– Co rozumiesz przez dwieście pięćdziesiąt litrów? – spytał ciepłym, łagodnym tonem, zarezerwowanym dla czubków.

Zerknąłem na niego. Niewzruszony notował coś wyświechtanym, ptasim piórem na grubym pergaminie. Uznanie mnie za wariata nie mogło mi pomóc. Musiałem się przedstawić, jeśli miałem otrzymać jakiekolwiek wsparcie. Czułem, że pozostało jedynie kilka minut. Z mojego brzucha wydobył się głośny bulgot. Gdy otworzyłem usta, obłoczek cuchnącej pary poprzedził słowa.

– Jestem Falkor. Pozostanę w ludzkiej postaci najwyżej pięć minut. Musisz mi pomóc.

Człowiek nadal pozostawał niewzruszony. Schizofrenia, byłem pewny, że właśnie to zapisuje, chociaż nie znałem języka, którego używał. Jakaś północna nowomowa psychologiczna. Byłem coraz bardziej w tyle z nowinkami.

– Potrzebujesz terapii…

– Mogę utrzymać ludzką postać już tylko raz na kilka dni, przez kilkadziesiąt minut. Musisz dać mi lek. Mam za dużo kwasu w żołądku. To, co zadziała na mnie w ludzkiej postaci, utrzyma skutki w smoczej.

Słabłem, więc nie mogłem powstrzymać się od wlepiania wzroku w kawałek złota na palcu doktora. Oddychałem nosem, wypuszczając z niego coraz ciemniejsze kłęby pary, które na szczęście nieco przysłaniały błyskotkę. Ale mężczyzna w ogóle na mnie nie patrzył. Widziałem, że marszczy nos, lecz zapach siarki był w tej okolicy naturalny i nie mógł go dziwić.

– Na północy nie ma smoków – mruknął, nieco rozdrażniony, jakby wszechobecny, smoczy temat burzył uznawany przez niego porządek świata. – Nikt nie daje wiary w opowieści południowców. Powinieneś wybrać się na północ, nawrócić niedowiarków, skoroś smokiem.

Zazgrzytałem zębami. Biedny człowiek nie zdawał sobie sprawy, że podsuwanie mi takich pomysłów to najgorszy z możliwych czynów wobec mieszkańców północy.

– Mamy kilka ziół neutralizujących kwas w żołądku, ale to działanie doraźne, do którego organizm szybko się przyzwyczaja. Jedyna permanentna metoda to przestać pić…

– Proszę mi dać te zioła. Natychmiast. – Wraz ze słowami z moich ust posypały się iskry, które doleciały do biurka. Spadły na pergamin, wżerając się w skrupulatne notatki. Lekarz powoli podniósł wzrok i wgapił się w moje oczy; żyłki w białkach najpewniej zaczęły już pękać. Liczyłem na to, że nie zacznie wrzeszczeć i uciekać, a w trymiga da mi te cholerne zioła. Rozpoznawałem ludzką naturę węchem. A doktorek pachniał tak, jak każda bystra, szybko reagująca zwierzyna, czyli moja ulubiona.

Mężczyzna rzeczywiście rzucił się ku wyjściu i pognał do blaszanej apteczki na ścianie. Wyciągał garści ziół z różnych woreczków i wsypywał do pierwszego lepszego kubka, jaki znalazł. Dolał wrzątku z parującego garnka na piecu i wcisnął mi naczynie w drżącą, bordową rękę.

– Co to za zioła? Muszę znać nazwy! – wykrztusiłem, ale doktor warknął nerwowo:

– PIJ!

Łapczywie pociągnąłem kilka łyków, zanim dotarło do mnie, że po skonanym gardle rozlewa mi się balsam i zapalnik jednocześnie. Wódka. Widząc, że się krztuszę, lekarz wraził niemal całą twarz do rondla i powąchał parującą ciecz.

– Ja pierdolę, kto zagotował wódę?!

Ze środkowej celi wychynęła płowa głowa kompletnie naprutego chłopaka. Przyjrzał się pękatej butelce w swojej ręce i zmarszczył brwi. Widziałem go przez łzy szczęścia, bólu i rozczarowania. Wszystkie smakowały tak samo.

– Ops… Pomyłeczka… – wymamrotał. Puścił do mnie oko, ale po chwili dotarło do niego, czego jest świadkiem. Butla wypadła mu z ręki, a z ust wysłał ku nam potężnego pawia. Jakaś kobieta przy schodach zaczęła przeraźliwie krzyczeć. 

Mój doktor niemal wyłaził ze skóry, by skupić wzrok i emocje na pijanym chłopcu. Najwyraźniej jako jedyny starał się nie zwracać uwagi na fakt, że zaczynałem się przemieniać. Jego wiara w naukę i logikę świata musiała złamać się pod naporem mojego puchnącego ciała i rosnącego bulgotu w gardle. Zdążył jeszcze wydrzeć się na kolegę, nim rozerwałem pomieszczenie:

– Jak chcesz leczyć pijaków, kretynie, skoro sam chlejesz!

– Jak można nie pić, widząc, co ten smok wyprawia! – padło mi gdzieś spod ogona, nim przebiłem łbem podłogę, a później dach. Sterty drewna, kamienia i ziemia przeszkadzały mi w przemianie. Traciłem ludzkie zmysły i człowieczy pomyślunek, chciałem jedynie przestać odczuwać ból. Dlatego napiąłem mięśnie grzbietu i próbowałem rozłożyć rosnące skrzydła, napierając na przeszkody. Po kilku sekundach rozpostarłem je, roznosząc budynek w drobny mak. W przestrzeń wystrzeliły graty uratowane z pożarów i wrzeszczący ludzie. Wciągnąłem mocno powietrze, czując się wreszcie swobodnie, po czym konwulsyjnie wyrzuciłem z siebie lawinę ognia, topiąc w niej ocalałych. Bladobłękitne niebo zasnuły szarozielone, siarczane wyziewy.

Zdążyłem jeszcze pomyśleć: pięknie, kurwa, pięknie. Kolejne fiasko. Znów żadnej ulgi ani dla mnie, ani dla nikogo w promieniu setek kilometrów. Potem mój umysł bez reszty pochłonęła prosta inkantacja, napędzająca żądzę.

Szopa. Bimber. Uczta. 

Koniec

Komentarze

Smok-alkoholik. Świetny ponysł, wykonanie również przyzwoite.

No rest for the Wicked

Był wyraźnie znękany, patrząc na pozostałych spod opuchniętych, sinych powiek.

To zdanie mnie się nie podoba. Wynika mi z niego, że to patrzenie na innych ludzi przyprawiało mężczyznę o “znękanie”. Może raczej coś w stylu:

Wyraźnie znękany patrzył na pozostałych… ?

 

Poza tym, technicznie, chyba już bez większych uwag. Dobrze napisane, czytało się przyjemnie; szybko i bez większych zgrzytów. Uśmiechać też się pouśmiechałem. Ale też i nie skradło mi to opowiadaniem duszy. Ani wykonaniem, ani treścią. Patent na smocze problemy zdecydowanie interesujący – lubię historie przedstawiające “inny punkt widzenia” i ukazujące nam, że białe nie zawsze jest białe, a czarne nie zawsze jest czarne – jednak samo ujęcie całej kwestii raczej… nijakie. A Doktor Północ, siedzący w pustym gabinecie i zbijający wyjątkowo zadowolone z siebie bąki, choć całą “klinikę” oblegają pacjenci potrzebujący doraźnej pomocy… też jakoś mi nie wsiadł. Niemniej smok sympatyczny, smaczek z obrączką mocno na plus, a zakończenie – poniekąd absurdalne, przypominające skecz, może nawet gag, ale przy tym na swój sposób niegłupie – pozytywnie rzutuje na całość.

 

Tekst oceniam na 7.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Zgadzam się co do tego zdania. Trzymałam za siebie kciuki, żebym dobrze odwaliła pracę korektorską, a jednak coś się zdarzyło ;) A co do Doktora Północ, to przed chwilą wyszła mu z gabinetu pacjentka. Ta łysa ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Ach, no tak… Ale że łysa, to mogłem nie zwrócić uwagi.^^

Ale dalej będę się czepiał – gdzie są tłumy tych wkurzonych pacjentów, którym Falkor wbił się w kolejkę? Czemu nie walczą, nie protestują, nie biją dziada swoimi laskami, protezami i pustymi flaszami? W świecie wykreowanym przez NFZ taka bierność trąci większą fantasmagorią niż smok ze zgagą. ;)

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Atmosfera jest dość senna i posępna. Nikomu się nie spieszy. Właściwie siedzą tam, żeby pogadać. Albo po prostu, bo trzeba. Wygląda na to, że nikt poważnie nie dąży tam do wyjścia z nałogu. Wszyscy tylko psioczą na smoka. Terapeuta ma swoją grupę w rzyci. U doktora utrzymuje się zadowolenie zapewne tylko dlatego, że jeszcze nie spotkał smoka i ma złudzenia. Wydaje mi się to w miarę sensowne. Kiedy Falkor pyta, czy wszyscy piją przez smoka – nie ma oburzenia, jest posępne potwierdzenie. Wszyscy są jakby pogodzeni z klęską. Wygląda na to, że jedynym bohaterem, który rzeczywiście szuka pomocy, jest sam winowajca – smok ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Naz, edytuj komentarze, zamiast pisać nowe, bo przyjdzie wielki, zły, brzydki be… bestia taka jedna, i da Ci klapsa.

A moje czepianie się to już wyłacznie “czepianie się”, a nie czepianie się – ot, tak, żeby jakoś zamaskować fakt, że palnąłem głupotę.

Dostrzegam i doceniam “komediowy” aspekt całej historii i rozumiem, że w wypadku takich tekstów szarżowanie z żelazną logiką w dłoni jest zwyczajnie bezcelowe.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Tak jest, panie generale.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Za mocno zalatuje tutaj Pilipiukiem i znienawidzonym przez Nazgula Wędrowyczem.

 

Jedyne co dobrego rzeknę: opko jest dobrze napisane.

 

Ogólnie: Rozczarowanie:(

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Niesubordynacja, Nazgul z mniejszym pierścionkiem nie może być rozczarowany poczynaniami Czarnoksiężnika z Angmaru. I nigdy nie czytałam Pilipiuka ;(

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Garść oryginalnych pomysłów. Spodobał mi się smok-alkoholik i system pomocy społecznej. Dużo włożyłaś w te dwie scenki, ale wciąż chciałoby się więcej.

Językowo też dobrze, tylko dlaczego tytuł małą literą?

Babska logika rządzi!

Pisanie z punktu widzenia smoka – ciekawe. W sumie miałem podobny motyw w swoim opowiadaniu konkursowym, też było przebijanie gadzim łbem sufitów, ale ta Rosja!… Trzy słowa: podoba mi się. Choć po wszystkim zostaje jakiś lekki niedosyt, nie wiem, wydłużyłbym to. Dobry materiał na coś większego.

Pomysł na smoka-pijaka i fajny i oryginalny. Reszta nie za specjalnie mi podeszła.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Miałam problem z osiągnięciem dolnego limitu znaków, a wy mówicie, że za krótko… Ja to widziałam krótko, zwięźle i na temat. Cieszę się, że sam pomysł doceniony.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Przeczytałam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jo, to jest fajny. Tekst oceniłem na siedem, ale użyć swojej bibliotkarskiej supermocy już zapomniałem.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Początek jakiś taki chaotyczny i nudnawy, tylko odrobina humoru przytrzymała mnie przy lekturze. 

Pomysł na smoka-alkoholika może i fajny, ale jakoś niespecjalnie zrealizowany. I to gotowanie wódki… Alkohol paruje jak wściekły, gdy go zagotować (wyparuje przed wodą). Takie to pozbawione sensu. W sumie w zakończeniu spodobał mi się tylko ten fragment:

“Zdążyłem jeszcze pomyśleć: pięknie, kurwa, pięknie. Kolejne fiasko. Znów żadnej ulgi ani dla mnie, ani dla nikogo w promieniu setek kilometrów.”

dobre ;) 

 

Ale niestety ja swojej mocy nie użyje. Tekst oceniam na 5.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Średnio na jeża, szczęście, że z włosem.

 

Nie pomyślałam o stronie technicznej… Powinnam kiedyś zagotować wódkę w ramach eksperymentu. Nielogiczność jest dużym zarzutem dla fantasy, więc muszę się pokajać ;)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Przeczytałam, ale jakoś mnie nie przekonał ten tekst. Humor niby fajny, smok – alkoholik też niczego sobie, ale jakoś cała akcja mnie nie porwała. Ogólnie tekst dobrze napisany, ale może faktycznie bardziej rozbudowany byłby ciekawszy. Pozdrawiam. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ciekawy, zabawny pomysł, ale taki… Zagladamy chwilę przez okienko, pomysł mignie i już, koniec. 

 

Na moje: do rozbudowania. To są scenki, ledwo pojawia się Problem, a już jest po tekście. Nie wiemy dlaczego, jak, czy wydra wygra…

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Pomysł dobry, wykonanie też, ale brakło mi treści. Smok ledwo naszkicowany, a opowieść dobiegła końca, nim tak naprawdę się zaczęła. Czytało się nieźle, jednak bez satysfakcji.

Skoro wszystko wokół było zniszczone i spalone, skąd smok miał ponad dwieście pięćdziesiąt litrów alkoholu dziennie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie wszystko było spalone… Smok sukcesywnie “dopalał” teren, najpewniej w poszukiwaniu gorzały – jak znalazł alkohol, niedługo potem rzygał. Na spotkaniu AA było sporo osób, oni też skądś musieli alkohol brać. Dziesiątki litrów. Jeden z nich oficjalnie przyznał, że pędzi bimber. Sądzę, że wielu zaczęło własną produkcję w zaistniałej, smoczej sytuacji. Przez to przypieczętowywali swój los, ale nie mieli o tym pojęcia. 

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

No to tak – udany jest pomysł ze smokiem, który ma alkoholowy problem i chciałby go rozwiązać, mając ten krótki czas w ludzkiej skórze. W realizacji natomiast nie podobało mi się: pośpiech, historię można by nieco rozbudować oraz sprawić, by początek był bardziej klarowny; oraz uwspółcześnienie – cała ta gadka o terapiach w zestawieniu z kresowymi nazwami i raczej średniowiecznym wystrojem wypada dość słabo – ja rozumiem, postmoderna i takie tam, ale mając na uwadze skromną objętość tekstu można chyba przyjąć, że zabieg ów nie ma głębszego uzasadnienia, a stanowi jedynie pójście na skróty, byle szybciej do finału ; P

I po co to było?

To prawda, nie poświęciłam tekstowi wiele czasu i uwagi, dlatego mogłam spalić jego potencjał ;) Zobaczymy, czy lepiej wyjdzie mi opko na SF2015.

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Pomysł ciekawy, ale według mnie tak naprawdę niewiele się w tym opowiadaniu działo. Poza tym nie rozumiem pewnej rzeczy: czy gdyby smok przestał pić to przestałby też palić i mordować? Jeżeli tak to dlaczego, jeżeli nie to dlaczego lekarz starał się podać mu zioła?

Poza tym, dlaczego lekarz w ogóle rozważał problem picia, zakładając jeszcze wtedy schizofrenię?

No nieźle.

Ciekawy wariant przyszłości jednego z bohaterów “Niekończącej się opowieści” :D takie oto skojarzenie się mnie nasunęło. A następne → no tak, teraz już wiem, czemu mówią “woda ognista” :)

Z odczuć – jakbym dostał teaser. Podzielam pogląd o rozbudowaniu. Ale pomysł – moim zdaniem – świetny :)

 

P.S.

 

Faktycznie – gotowana wódka – to nieco zgrzyta. Alko paruje gdzieś koło niecałych 80 stopni Celsjusza.

Planowałem najpierw przeczytać całą Twoją bibliotekę, ale chyba wabiłaś tutaj, Nazulko, to i zwabiony się poczułem i przybyłem!

Lekki, dowcipny tekścik – takiej Ciebie jeszcze nie znałem! Coś ostatnio bardziej posępna ta Twoja wyobraźnia ;P

Pomysł ze smokiem fajny, realizacja elegancka, choć brak w tekście czegoś takiego… wyjątkowego. Ot, rzemieślnicza robota na dwa posiedzenia w moich oczach ;P

Niemniej, czytało się przyjemnie, mimo późnej godziny senność mnie nie zniechęciła, a zatem stempel jakości winienem postawić! ;D

 

Kojfnął trzeci alchemik, który badał

Raaaaju, ależ SŁOWO! Skąd Ty takie znasz, Nazulko? Ja w życiu całym nie słyszałem! :D

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

O, widzę że polecenie starego tekstu przyniosło rezultaty ;D

 

Cholera z tym gotowaniem wódki… Akurat sobie robię miejsce w Internetach z pdfami, więc kopiując Falkora zrobię porządek z tym fragmentem. Dzięki za wizytę, Banshee.

 

Sojuszniku, no co ty, kojfnął nie znasz? :D Ja je kojarzę jeszcze z dzieciństwa…

Ano, czasem mam humorystyczne przebłyski. “Kot” jest w podobnym tonie. Dziękuję ci za znak jakości i odwiedziny, a plan przeczytania mojej Biblioteki raduje mnie i zaskakuje :)

Aby uka­rać mnie za moją po­gardę dla auto­rytetów, los spra­wił, że sam stałem się autorytetem. A. Einstein

Zaskakuje? Jesteś moją cenną sojuszniczką – przyrzekłem sobie, że nie umrę, póki nie przeczytam wszystkich Twoich tekstów :)

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Nowa Fantastyka
Patronujemy