- Opowiadanie: Grombor - Przy piwie, miodzie i kartach

Przy piwie, miodzie i kartach

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Przy piwie, miodzie i kartach

Złota moneta obracając się w locie zabłysła w świetle słabych żarówek. Zniknęła w chmurze szarego, ziołowego dymu, aby po sekundzie z niego wypłynąć i opaść na stół pełen innych kosztowności. Mścibor zmarszczył brwi na jej widok i sięgnął po nią niespiesznie. Ogromne ostrze glewii przymocowane do jego lewego przedramienia mimowolnie skupiło uwagę pozostałych. Złapał monetę i obejrzał z bliska. Grawer był już prawie wytarty ze starości, ale nadal dało się rozpoznać obraz okrętu i napis „ORP Grom”.

– Niezła. – odezwał się Łowca, przesuwając cygaro w kącik ust.

– Dzięki. – odpowiedział Kościej, płatny zabójca. – Znalazłem ich całą kolekcję, ale nie masz się co zapalać, nie dostaniesz ani tej, ani innej.

– Gadanie, gadanie, gadanie. – doleciało z trzeciej strony stołu, od odzianego w czerń szpakowatego nekromanty. – A tymczasem karty stygną. Bor, wchodzisz czy pasujesz?

Łowca odłożył monetę na stos, następnie popatrzył raz jeszcze w mocno sfatygowane karty. Trzy figury spoglądały na niego arystokratycznymi oczami. Podrapał się po nieogolonej szyi prawą ręką, obciążoną karwaszem z pudełkowym zasobnikiem. W środku były dwa kolejne, tym razem mechaniczne ostrza.

– Niech będzie. – mruknął wypuszczając chmurkę ziołowego dymu. Z wytartej, wojskowej „kostki” wyjął niewielki, ciągle zafoliowany pakunek.

– Wchodzę i podbijam. – powiedział z szerokim uśmiechem kładąc na stole rolkę przedzagładowego, lawendowego papieru toaletowego. Pozostali gracze gwizdnęli jednocześnie.

– Myślisz, że opakowanie jest nienaruszone? – spytał zabójca.

– Chyba tak. – Mścibor pyknął dymem. – Obwąchałem je bardzo dokładnie i nie poczułem nawet śladu lawendy, więc wszystko może być ciągle w środku.

– Albo po tylu dekadach mogło już wszystko wywietrzeć – rzucił nekromanta. Królewski Łowca wzruszył muskularnymi ramionami.

– Kto nie ryzykuje, ten nie gra. Co mi przypomina Kondracie, że twoja kolej…

Nekromanta westchnął cicho, skupiając się ponownie na swoich kartach. Trójka asów na parze dam była mocna, ale stos wartościowych fantów miał już sporą wysokość. Ryzyko i nagroda były wielkie, wystarczające, aby nie musieć pracować przez kilka tygodni. Zastukał palcami trzymanymi na kartach, próbując podjąć decyzję.

Drzwi otworzyły się nagle i do środka wdarło się nocne powietrze. W jego tchnieniu dało się słyszeć odległą kanonadę.

– No i jak tam? – spytał Kościej, spoglądając ponad głowami towarzyszy. Gwary przy pozostałych stolikach też nagle ucichły i wszyscy popatrzyli w kierunku drzwi. Dwaj żołnierze, umorusani i okręceni przekrwionymi już opatrunkami pokręcili głowami, ruszając ku barowi.

– Marnie, choć trzymamy się ciągle. – odezwał się niższy. – Chorągiew Sandomierska ugrzęzła w wymianie ognia na północy. Putinowcy zdetonowali gazówkę na wschód od miasta. Generał wzywa wszystkich magów żywiołów, aby utrzymać opar z dala od naszych pozycji.

Na te słowa od sąsiedniego stolika podniosły się trzy wysokie dziewczyny. Choć każda z nich miała inny kolor włosów, to ich twarze były prawie identyczne. Blondynka rzuciła kilka monet obok trójdzielnej szachownicy i czarodziejki z gracją opuściły karczmę.

Mścibor odchylił się na krześle, aby mieć lepszy widok. Materiał aksamitnych sukni mocno opinał się na biodrach trojaczek, a z tego co łowca słyszał od dwóch szczęśliwców, nie nosiły one bielizny. Był skłonny w to uwierzyć. Leniwie wypuścił dym z rozchylonych w uśmiechu ust i zaraz napotkał karcące spojrzenia przyjaciół.

– Co? – spytał rozbawiony, wyjmując cygaro i strzepując popiół na podłogę.

– Nie, nic. – mruknął Kondrat.

– Tylko barmanka zaraz napluje ci do trójniaka – dorzucił zabójca, spoglądając nad jego głową w kierunku baru. Mścibor też tam popatrzył, ale muskularnie zbudowana rudowłosa kobieta całą uwagę poświęcała rannym żołnierzom.

– Nie takie płyny ustrojowe od niej spijałem – odparł łowca, wzruszając ramionami. Pozostali pokręcili tylko głowami.

– Jesteście po prostu zazdrośni, bo się ustatkowaliście i teraz nie macie żadnej odmiany. – bąknął, znów zaciągając się dymem.

– O tak, o niczym innym nie marzymy, jak tylko żłopać najpodlejsze, dostępne dla każdego piwo… – zaczął nekromanta.

– Zamiast delektować się przednim, prywatnym winem. – dokończył Kościej, unosząc kielich dla zaakcentowania swoich słów.

Królewski Łowca zaśmiał się wolno bez otwierania ust.

– Twój argument byłby o wiele mocniejszy przyjacielu, jakbyś nie był jednym z nas, który żłopie piwo. – rzucił wskazując na kufel Kondrata. – A przy okazji, to ciągle twoja kolej.

– Hmm… – nekromanta znów skupił się na kartach. – Dobra, niech będzie…

Sięgnął ku swojemu plecakowi i wyjął z niego pomięty, podarty, ale zaskakująco dobrze zachowany, przedzagładowy magazyn.

– Wchodzę i przebijam, panowie – oznajmił. Pozostali gracze spoważnieli od razu i poprawili się na siedziskach. Kościej, jako wyższy z nich, sięgnął ku gazecie i przekręcił ją lekko, aby mogli lepiej obejrzeć okładkę.

– „Nowa Fantastyka”… – przeczytał na głos. Obaj spojrzeli w kierunku glejtu redakcyjnego, ale tam okładka była rozdarta.

– Czytałeś ją już? – spytał Mścibor, delikatnie odwracając strony. – Wiesz z kiedy jest wydanie?

– Mhm – nekromanta uśmiechnął się zadowolony z efektu. – Na środkowych stronach zachował się numer. Gdzieś okolice dwa tysiące piętnastego lub trochę później.

– E, tam… – Łowca machnął uzbrojoną ręką, opadając z powrotem na oparcie krzesła. – To w takim razie nie jest warta przebicia.

– Co? – Kondrat zdziwił się mocno, a i zabójca uniósł zaciekawiony brew. – Wiesz chyba, co to za gazeta?

– O, doskonale i gdyby była ze starych, światłych czasów dwudziestego wieku, to słowem bym się nie odezwał, tylko czekał co Kostek wymyśli. Ale początek dwudziestego pierwszego? – Pokręcił wolno głową. – Ledwo to było warte papieru na którym ją drukowano.

– Nie powiem. Jesteś dość znany z kontrowersyjnych twierdzeń i zachowań przyjacielu. – odparował nekromanta. – Ale nigdy bym nie posądzał cię o głupotę.

– Słusznie, słusznie… – mruknął Łowca, zaciągając się głębiej dymem. Wyjął cygaro z ust i przyjrzał się rozżarzonej końcówce.

– Zamierzasz jakoś ugruntować swoje stanowisko? – popędził go w końcu Kościej. Mścibor uśmiechnął się zadowolony, widać było, że czekał tylko na zachętę. Zaciągnął się jeszcze raz i zgasił ziołowca na brzegu stołu.

– Z miłą chęcią – odpowiedział. – Widzisz, dawniej Nowa Fantastyka stawiała na opowiadania. Ich klimat, fabułę, bohaterów, dialogi i tak dalej. Te wszystkie dobre sprawy.

– No i? – przerwał mu nekromanta. – Nie zauważyłem, aby nagle zaczęli drukować tylko poezję, albo fragmenty książek.

– Ale zaczęli mieć w dupie fabułę, bohaterów, dialogi i klimat. Zaczęła się liczyć tylko długość.

– A co to ma za znaczenie? – płatny zabójca uniósł ręce nic nie rozumiejąc. Mścibor rozłożył swoje.

– Pojęcia nie mam – przyznał szczerze. – Widziałem jednak apokryfy internetowe w Poznańskiej Bibliotece Królewskiej z dwa tysiące czternastego. Ogłosili konkurs i dali limit trzydziestu tysięcy znaków.

– Trzydzieści tysięcy? – Kościej zmarszczył brwi. – To chyba sporo, nie?

– Też tak myślałem, aż jeden skryba mi to przeliczył. To około tuzina stron lub tak jak tutaj… – przewertował palcami kartki Nowej Fantastyki – … może z pięć.

Pozostali popatrzyli na gazetę, przetrawiając jego słowa. Gdzieś w dali dało się słyszeć stłumione eksplozje.

– Nadal nie rozumiem jaki masz z tym problem – mruknął w końcu Kondrat. – To, że ograniczyli się do kilku stron nie oznacza, że teksty będą pozbawione tego o czym mówiłeś.

– Tak? – Łowca splótł ramiona za głową, odruchowo kładąc lewą na wierzchu. – To jaką fabułę zawrzesz na pięciu stronach? Jakie zwroty akcji zrobisz? Jak spleciesz wątki, czy wykreujesz postacie przez ich czyny, a nie czcze opisy?

– Pisarze jakoś sobie z tym radzili – wzruszył ramionami nekromanta. – Pewnie w ten sposób można było oddzielić pisarczyków, od prawdziwych twórców.

– Nie. – Mścibor pokręcił głową. – Omijali zagadnienie. Opowieści zrobiły się jednowątkowe, płaskie, a postacie określano za pomocą na szybko podanych ekspozycji. Zakładając, że w ogóle je określano, bo nieraz kompletnie to pomijano, tak samo jak opisy.

– Widać były zbędne…

– Akurat. Gdyby naszą partyjkę opisać na tych zasadach, to żaden czytelnik nie dowiedziałby się, że jesteś jedynym z nas, który nie ma brody. Chciałbyś tego? Albo aby każdy sądził, że jesteś równie kurduplowaty jak ja, albo suchy jak Kościej? – Spytał z lekkim uśmieszkiem, unosząc brew.

– Nieszczególnie chciałbym być porównywany z twoją zakazaną mordą. – Wymruczał mag, co łowca skwitował głośnym parsknięciem.

– Sam więc widzisz… – zaczął, ale Kondrat przerwał mu uniesieniem dłoni.

– Nie, bo opisy też bywają wkurzające. Że przypomnę ci iż jesteś jedynym z nas, który nie przetrawił Władcy Pierścieni.

– Bo fabuła była marna…

– Zbyt opisami przeplatana? – Teraz to on spytał z zadowolonym uśmieszkiem.

– Nie, za mało ciekawa. Ojciec za pacholęcia czytał mi Howarda, lubię barwne, wyraziste postacie, a we Władcy nikogo takiego nie znalazłem. Gdyby akcja skupiała się na tych wschodnich barbarzyńcach, o to co innego…

– No ale, zaraz – wtrącił się Kościej. – Ja też czytałem Howarda, Conany, Kulla, nawet Kanea. One też przesadnie długie nie są.

– I fabułą nie powalają – mruknął Łowca.

– Co? – Przyjaciele prawie się zakrztusili. Mścibor zmełł w ustach przekleństwo.

– Słuchajcie, uwielbiam Howarda i osobiście wsadzę pogrzebacz w dupę każdemu kto nie odda mu należnego szacunku, ale fabularnie to jego opowieści nie są wybitne. Zwykle jest tylko jeden wątek, coś ukraść, coś odkryć, kogoś zabić, coś przeżyć. Romanse są dodane na siłę, jakiekolwiek pole do popisu zyskując, kiedy Howard był już sławny i mógł popłynąć tak jak chciał. Nie bez powodu Godzina Smoka jest uważana z jego majstersztyk. Po prostu będąc powieścią pozwoliła mu rozwinąć wszystko tak, jak chciał.

– Skoro tak, to czemu tak lubisz te opowiadania? – Zaciekawił się płatny zabójca.

– Bo klimat mają świetny – Mścibor wyszczerzył się i osuszył kubek miodu jednym haustem.

– No, dobra… – mruknął Nekromanta po chwili. – Wróćmy jednak do Nowej Fantastyki. Gazeta to nie książka, ma ograniczoną objętość. To co powinni twoim zdaniem zacząć robić? Książki dołączać do każdego numeru?

– A choćby w częściach drukować. Zachęcać ludzi do zbierania kolejnych numerów, a nie każdy sobie rzepkę skrobie. Albo zamiast dziesięciu opowiadań, drukować cztery, jeśli tylko są fabułą, czy klimatem lepsze, nie bacząc na rozmiar.

– Tia, tobie łatwo mówić. – Tym razem Kondrat się żachnął. – Ty sobie łazisz, bezrobotny, chyba że akurat jakiś potwór, albo zlecenie się napatoczy. To sobie możesz cegły czytać. A mi to na przykład ni jak nie pasuje, bo kiedy nie ma akurat wojny, albo jacyś kretyni nie próbują spalić mi pracowni, muszę zajmować się badaniami. Nie mam czasu czytać opowiadań na trzysta tysięcy znaków, ani zaprzątać sobie głowy pamiętaniem czegoś, co musiałem podzielić na części z braku tego czasu.

– Nie o czas tu chodzi, przyjacielu. – Łowca pokręcił głową, choć spuścił trochę z tonu. – Nie zaprzątasz sobie tym pamięci nie dlatego, że pochłaniasz całość na raz, a dlatego, że wszystkie są płaskie i niewyraziste. Dobre opowiadanie, krwiste, z treścią, samo zostałoby ci w głowie, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Zresztą… zresztą nie chodzi mi o to, aby cały magazyn był wydawany pode mnie, ale abym nie był pomijany. Używając poprzeniego przykładu, niech w magazynie będą dwa długie opowiadania i pięć krótkich, albo jedno długie, trzy krótkie i kilka pomiędzy. Ale o publikacji niech decyduje jakość, a nie długość!

Zabójca parsknął.

– Dokładnie – przyznał Mścibor. – Tyle, że im marzyły się jak najkrótsze…

Nad stosem kosztowności na moment zaległa cisza. Gwar rozmów przy pozostałych stolikach też jakoś nie miał do trójki przyjaciół dostępu. Kiedy kolejni ranni weszli do pomieszczenia na kieliszek środków przeciwbólowych, z zewnątrz wdarł się odgłos walki. Był silniejszy niż poprzednio.

Kondrat otrząsnął się pierwszy.

– Mimo to, obstaję przy swoim, że ten numer wart jest przebicia. Nowa Fantastyka przeżyła niezliczone inne magazyny literackie. Do tego nieraz zajmujące się niby szlachetniejszymi gatunkami literatury. Opowiadania w niej zawarte musiały więc być dobre.

– Po mojemu raczej przekonali populacje, że nie może być lepiej – odpowiedział Łowca.

– Hm? A to niby jak? – Zaciekawił się Kościej

– Pojęcia nie mam, ale sięgałeś po jakieś książki z początków dwudziestego pierwszego wieku? Wszystkie praktycznie są takie jak te opowiadania. Płaskie i opisów pozbawione. Wtedy zresztą chyba w ogóle panowała moda na bezdupizm.

– Na co? – Nekromanta dopytał uśmiechając się do określenia.

– Bezdupizm, wszystko było płaskie i chude. Kobiety, to coś co robiło za mężczyzn, wypłaty, fabuły filmów i tak, niestety także książek.

– No, teraz to już zdecydowanie przesadzasz. – Kondrat pokręcił głową.

– Muszę się z nim zgodzić – przyznał zabójca. – Czytałem wiele naprawdę dobrych i barwnych książek z tamtego okresu jak i widziałem kilka fajnych filmów w teatrach świetlnych.

– A zwróciłeś choćby uwagę na to, jak pisane są tam dialogi? – Zaciekawił się Mścibor.

– Wydaje mi się, że już na siłę szukasz argumentu, ale niech będzie, o co chodzi z tymi dialogami? – Nekromanta wzruszył ramionami.

– Szczególnie widać to w thrillerach, przynajmniej ja to tam zobaczyłem po raz pierwszy. Wszystkie dialogi pisane są od myślników i tyle.

– No, a jak miałyby być? W cudzysłów wzięte?

– Nie. Ale przynajmniej co jakiś czas powinien być jakiś motyw opisowy. Zawsze w końcu człowiek coś robi. Coś podnosi, gdzieś się drapie, ucieka oczami, albo poprawia się na siedzeniu. Dołożenie takich elementów czyni scenę dialogu bardziej plastyczną, bardziej naturalną.

– I brak informacji o tym, że ten się podrapał po jajach, a tamta wypięła cycki przekładając ręce za oparcie krzesła, przeszkadza ci?

– Tak. Bez tego nieraz nie wiesz nawet kto co wypowiada, w końcu nieraz dialogi w dyskusji nie następują naprzemiennie, a jak prowadzi go kilka osób, to już w ogóle się robi problem.

– Poza tym, nawet bez tego, nawet jak są tylko dwie osoby, to ozdobniki są niezbędne. Bez nich zawsze wyobrażam sobie scenę jako dwóch kretynów stojących na baczność naprzeciw siebie i rzucających frazesy oficjalnym tonem – dodał łowca, wyjmując nowe cygaro z kieszeni wiszącego na oparciu płaszcza. Płatny zabójca przyglądał mu się przez chwilę, analizując jego słowa. Pokręcił w końcu z wolna głową.

– Wybacz Bor, ale muszę zgodzić się z naszym przyjacielem. – Powiedział i wskazał magazyn na szczycie stosu. – Nowa Fantastyka warta jest przebicia, a ty narzekasz dla samego narzekania. Świat się wtedy zmieniał dużo szybciej niż obecne, nie znali magii, nie musieli martwić o demony i potwory, więc częściej i bezpieczniej wychodzili po zmroku. Żyli szybciej. Książki, a już magazyny w szczególności musiały się dostosować, albo upaść, tak jak ci konkurenci Nowej.

Mścibor skinął głową i wzruszył ramionami.

– Dwa do jednego, nie będę się wykłócał, jest przebicie. To oznacza, że to twoja kolej Kostek.

Wszyscy sięgnęli po swoje karty, o których zdążyli zapomnieć w ferworze dyskusji. Łowca uniósł rękę, pozwalając ostrzu glewii zalśnić w blasku żarówek. Gdy barmanka na niego popatrzyła, zakręcił palcem kółko nad stołem. Rude włosy popłynęły falą, kiedy kobieta kiwnęła głową i mężczyzna znów skupił się na grze.

Kościej przekładał z wolna karty, jakby układając z nich nowe kombinacje. Już wydawało się, że podejmie decyzje, kiedy nagle wypalił.

– Wydaje mi się, że znam inny powód, dla którego w Nowej zaczęli ograniczać długość przyjmowanych opowiadań…

– Hmm…? – mruknęli jednocześnie pozostali. Zabójca złożył karty z powrotem na stół i opierając łokcie na jego krawędzi zaczął mówić gestykulując wolno długimi ramionami.

– Ludzie u nas byli zawsze płodni, to i pewnie opowiadań pisali wiele. Tysiące piszących, a tylko kilku redaktorów. Musieli ograniczyć wielkość, aby jakoś przebić się przez morze propozycji wydawniczych jakie otrzymywali.

Pozostali zasępili się nad tym zagadnieniem. Barmanka w tym czasie przyniosła nowe porcje alkoholu. Odchodząc przesunęła dłonią po kudłatym ramieniu Łowcy, odciągając jego uwagę. Popatrzył za nią, jak odchodzi kręcąc krągłymi pośladkami. Nagle porównanie z dowolną z trojaczek wypadło drastycznie na ich niekorzyść. Nekromanta i płatny zabójca odruchowo też odprowadzili ją wzrokiem.

– Wydaje…erh… – zaczął Kondrat, ale musiał przepić bo zaschło mu w gardle. – Wydaje mi się, że nie masz racji. Ich redaktorzy byli profesjonalistami z wieloletnim stażem. Potrafili rozpoznać dobre opowiadanie po pierwszym tysiącu znaków i jeśli ich nie zaciekawił to dalszych, choćby i dwustu czterdziestu dziewięciu zwyczajnie nie czytaliby…

– Co?! – niespodziewanie huknął Mścibor, odwracając się gwałtownie do nich. – Jaja sobie chyba teraz robisz!

– Co? O co ci chodzi?

Kościej też popatrzył na niego zaskoczony. Znali jego wybuchowy temperament, ale zwykle nie odnosił się tak do przyjaciół.

– Nie da się ocenić książki po pierwszych kilku stronach. To tak jakbyś chciał oceniać ją po okładce…

– Co wielu czyniło… – mruknął Kondrat.

– A i widziałem kiedyś książkę niby historyczną o Kazimierzu Jagielle, zwycięzcy spod Grunwaldu. Chyba sam przyznasz, że po pierwszym wymienieniu imienia, dzieło można było odrzucić do wychodka – zauważył zabójca.

– Dobra, jasne… – Łowca uniósł ku nim otwarte dłonie. – Zdarzają się przypadki tragiczne, zwłaszcza jak się poczyta te internetowe apokryfy. Da się je jednak rozpoznać już po formie. Treści natomiast nie jesteś w stanie ocenić po kilku stronach.

– Oczywiście, że się da. Jak ktoś zaczyna od pieprzenia o tym co robiło słoneczko, albo od dialogu jakichś typów, o których nic nie wiesz, to nie masz co oczekiwać pasjonującej opowieści – odparował Kondrat.

– To czego w takim razie oczekujesz po pierwszym zdaniu, aby opowiadanie było wybitne? „W wieku dziesięciu lat rozjebał świnkę skarbonkę i poszedł na dziwki”, czy może „Joanna krztusiła się swoimi własnymi flakami, kiedy Adam ruchał ją w dupsko”?

– Nie… te są jeszcze durniejsze i ciężko mi sobie wyobrazić kogoś, kto uznałby to za dobry początek – musiał przyznać nekromanta. – Ale sam przyznasz, że między takimi ekstremami jest duże pole do popisu. A ja nadal twierdzę, że dobry redaktor po kilku stronach określi, czy opowieść jest świetna, czy nie…

Mścibor spojrzał w oczy przyjaciela, marszcząc brwi.

– Dobra – zaczął. – To ja ci udowodnię, że nie rozpoznasz nawet nie tylko po kilku stronach, ale nawet po pierwszych trzystu. Zakład?

– Nie jestem redaktorem Nowej Fantastyki… – odpowiedział Kondrat.

– Dlatego mówię o trzystu stronach, pewnie ze stu tysiącach znaków, a nie o marnym jednym. – Wyjaśnił łowca, wyciągając nad stołem rękę ku przyjacielowi. – Zakład?

– Niech będzie – mruknął nekromanta – O flaszkę?

– O flaszkę – zgodził się. Uścisnęli sobie dłonie. Następnie Królewski Łowca sięgnął znów do swojej „kostki”.

– Miałem tym licytować, gdyby Kostek podbił jeszcze raz stawkę, ale w razie czego dołożę flaszkę, co od ciebie wygram – powiedział, rzucając na stół opasłą i tylko trochę zniszczoną książkę. Poluzowane strony wysunęły się lekko ze środka, a wyblakła okładka było ledwo czytelna. Zabójca jak poprzednio przekręcił nowy towar tak, aby mogli lepiej odczytać tytuł.

– To chyba po angielsku… – mruknął.

– Tryby wojny – przetłumaczył mag. – Jakiejś Poli Aspho i Karen Traviss. Książką po angielsku chciałeś wyrównać dodatkowe przebicie?

– Pola Aspho to tytuł, jest przetłumaczona. Z tego co zrozumiałem to powieść nawiązująca do jakiejś gry komputerowej, właśnie tych całych Trybów Wojny.

– To dopiero gwarant jakości… – Kościej mruknął ironicznie.

– A tak! – Przyznał łowca. – Miałem podobne podejście i przez większość książki się w nim utwierdzałem. Ot, jakaś tam wojna o której za bardzo nic nie wiemy, wywołująca u bohaterów retrospekcje do ich młodości – innej wojny, o której za bardzo nic nie wiemy, a same akcje jakieś takie niezbyt wybitne. A to jeden się nie może z ojcem porozumieć i ucieka do swoich biednych przyjaciół. A to ci przyjaciele do wojska wstępują, z czego jeden będąc jeszcze smarkaczem poślubia swoją dziewczynę. A to trafiają na wredną instruktorkę sztuki przetrwania, która każe im zabijać prosiaki i tak dalej. Co jakiś czas przeplatane akcją, abyśmy nie posnęli.

– I to niby ma być tym twoim argumentem? – Nekromanta nie zdołał powstrzymać uśmiechu. Rozmówca pokręcił głową.

– Nie. To ma być tych pierwszych trzysta stron o których mówiłem. Tym bowiem co działo się przy okazji tej niewybitnie przykuwającej do czytania akcji, było poznawanie postaci i odnoszenie wrażenia, że one się poznają. Że przyjaźń między nimi nie jest nalepką przyklejoną przez autora, ale czymś dla nich prawdziwym. Tu się zaczęła, to są jej podstawy, to z niej wynika i tak dalej. To wszystko co jest ci niezbędne, aby związać się emocjonalnie z tymi bohaterami! – zaakcentował stukając palcami w pogiętą okładkę.

– No i co? – Kondrat nie dawał za wygraną. – Co ma z tego wynikać?

– Okolice trzysta pięćdziesiątej, czy czterysetnej strony. – Mścibor wyszczerzył się szeroko. – W niej to bowiem natrafiamy na dramatyczną sytuację, gdy jeden z bohaterów jest śmiertelnie ranny i przygwożdżony przez ogień wroga. I teraz, spróbuj to sobie wyobrazić…

Przerwał na moment, aby zwilżyć gardło miodem oraz poprawić się na krześle. Przyjaciele niemal dostrzegli rozpierające go emocje. Łowca wznowił opowieść, rozkładając szeroko ręce i gestykulując.

– Masz rannego na środku pola. Z boku wrogowie napieprzają bez przerwy z karabinów, kule świszczą w powietrzu, orzą ziemię, zrywają korę z drzew. Huk niesie się po całej okolicy. W zagłębieniu terenu kuli się jego przyjaciel. Wie, że tamten jest ranny, być może nawet ciężko, może i śmiertelnie. Ale to nie ma znaczenia. Nie może go zostawić na pastwę wrogów, ani pozwolić mu tak zdychać jak bezpańskiemu psu. Marzy więc, pragnie tylko i wyłącznie jednego. Aby te sukinsyny przerwały strzelać. Choć na moment. Raptem na parę sekund. Pobiegnie wtedy do bohatera, złapie go, wyniesie na własnym grzbiecie w bezpieczne miejsce. Jest wielkim, cholernie silnym mężczyzną, da radę, jest tego pewny. A nawet gdyby nie był to i tak musi spróbować, bo ranny to jego przyjaciel. Ranny wie, że jego przyjaciel jest w tamtym zagłębieniu i wie, co chce on zrobić. Zna go. I dla nas wiarygodne jest to, że go zna na tyle, aby przewidzieć jego zamiary. Obserwowaliśmy ich razem przez trzysta stron, gdzie zdobywał tą wiedzę. Samemu będąc żołnierzem wie też, że jego przyjaciel nie zdoła mu pomóc. Nawet gdyby nie był ranny, to sukinsyny napieprzają za mocno! Przyjaciel nie zdoła przebiec, oberwie, zginie. Ostatnim co ranny zobaczy to jego najlepszy przyjaciel rozrywany na strzępy serią z CKM-u. Sam jest zbyt osłabiony, aby gdziekolwiek się ruszyć, nie może też w żaden sposób pomóc, ani nawet zatrzymać swego przyjaciela, gotowego oddać swoje życie w beznadziejnej sprawie. Robi więc jedyne co może, sięga po granat! Jest jednak cholernie słaby od ran, więc jest to niemal ponad jego siły. A więc marzy, pragnie tylko i wyłącznie jednego. Aby wysadzić się granatem, nim jego przyjaciel postrada życie na darmo! A teraz, na dokładkę mamy jeszcze trzeci punkt. Z innego boku, widząc to wszystko siedzi ich przyjaciółka, ta instruktora. Ma w rękach snajperkę. Sukinsyny siedzą w okopach, nawet luf nie widzi, więc im nie jest w stanie nic zrobić. Może tylko patrzeć jak dwaj jej wychowankowie, dwaj przyjaciele, gotowi są poświęcić swoje życie. Wie co obaj zamierzają. Zna ich i my wiemy, że ich zna. Ponownie, mieliśmy z dwieście stron aby miała miejsce na poznanie ich. Nie może im jednak w żaden sposób pomóc. Wie jednak, że przyjaciel zginie, jeśli spróbuje przebiec do rannego i nic nie może na to poradzić. Jednocześnie za żadne skarby nie chce, aby ranny musiał ginąć z własnej ręki. A więc marzy, pragnie tylko i wyłącznie jednego. Aby ranny przesunął się na tyle, co by miała czystą linię strzału, nim wysadzi się w powietrze, lub przyjaciel zerwie się do biegu i zostanie poszatkowany!

Mścibor nachylił się nad stołem wystawiając trzy palce.

– Trójka bohaterów, których znasz. O których masz jakieś zdanie, jakąś opinię. Których wszystkie cele i marzenia nagle skumulowały się do skrawka oranej ołowiem ziemi i desperackiego wyścigu z czasem. – Opadł z powrotem na krzesło, machnąwszy na odlew ręką. – I do tego było potrzeba tych trzystu średnich stron przygotowania. Niezłej gry wstępnej, takiego sobie seksu dla najlepszego literackiego orgazmu roku…

Dopiero kiedy podniósł kubek z miodem, zorientował się jak w pomieszczeniu jest cicho. Rozejrzał się i dostrzegł, że wszyscy patrzyli na nich, zapominając o swoich sprawach.

– A wy, czego? – Bąknął pociągając tęgiego łyka. Nie dla nich to opowiadał, a dla przyjaciół. Nie dla adoracji tłumu, a dla pouczenia przyjaciół. No i, jak przyznał uśmiechając się pod nosem, dla flaszki.

Nekromanta i płatny zabójca wypuścili wolno powietrze, przetrawiając to co usłyszeli. Reszta gości, oburczana przez łowcę też wróciła do swoich zajęć.

– No…dobra – mruknął Kondrat. – Czegoś takiego się nie spodziewałem.

– Ja też nie – dodał trzeci gracz. – Ale książka dalej warta jest przebicie, bo chcę to przeczytać.

Mścibor wyszczerzył się ponownie.

– To ci tylko przypomnę, że twoja kolej…

Kiedy Kościej znów zabrał się za karty, mag pociągnął tęgo piwa i przeczesał palcami włosy.

– Powiedz mi tylko przyjacielu… – zaczął. – W jaki sposób chciałbyś zmieścić te trzysta stron przygotowania, gry wstępnej i seksu, do miesięcznie wydawanej i muszącej znaleźć miejsce na inne teksy gazety?

Łowca popatrzył na niego unosząc brew. Tego pytania to on się nie spodziewał.

– Cóż… – zaczął, kiedy przerwało mu trzaśnięcie drzwi wejściowych.

– Żmij! – wrzasnął ktoś przy nich. – Putinowcy spuścili żmija! Sforsowali zewnętrzna bramę! Walki rozlewają się na przedmieścia. Hetman wzywa wszystkich zdrowych wojowników pod broń!

Żołnierze, awanturnicy i kapłani zaczęli zrywać się ze swoich siedzeń. Osuszać pospiesznie kufle, zbierać sprzęt i regulować należności. Barmanka nie zwracała na pieniądze większej uwagi, zdejmując z najwyższej półki dwuręczny, runiczny topór i stary radomski karabin kawalerii. Gdyby walki wkroczyły do miasta, chciała być gotowa.

– Żmij – mruknął Mścibor, uśmiechając się od ucha do ucha. Wyjął z kieszeni fosforową zapałkę i odpalił od grawerunków na ostrzu glewii.

– Nie walczyłem jeszcze z taką cholerą – powiedział zapalając ziołowe cygaro. Nekromanta uśmiechnął się kpiąco.

– Chodźmy z nim Kostek. Komuś tu widać marzy się czwarte ostrze za duże trofeum, a potem ktoś będzie musiał odnieść jego pokiereszowane dupsko do felczera…

– Tia, bo niby nie masz żadnego zainteresowania w łbie żmija do swoich rytuałów? – Spytał kpiąco, zapinając pas obciążony przedwiecznym niemieckim Lugerem i karabelą.

– Detale, detale, nie psuj nastroju – mruknął Kondrat, zakładając skórzany płaszcz i biorąc grawerowany inskrypcjami miecz.

– Żmij… – powtórzył z uśmiechem Królewski Łowca, wypuszczając chmurę dymu. – Ogień, panowie!

Wstał energicznie, ruszając ku drzwiom. Nie musiał zbierać broni. Swoje ostrza miał zawsze przytroczone do rąk.

 

Piwiarnia umieszczona w starej prochowni murów miejskich opustoszałą w niecałą minutę. W środku zostali tylko potężnie zbudowana barmanka i ranni z ostatniej zmiany. Cisza zrobiła się nieprzyjemna, dało się w niej usłyszeć dochodzącą z zewnątrz kanonadę.

Chcąc skupić się na czymś innym, niższy żołnierz trącił kolegę i wskazał mu na stół trójki pokerzystów. Jego kompan spojrzał niepewnie na drzwi, potem w stronę baru, ale w końcu wzruszył ramionami. Wychylając się ściągnął ze stosu podniszczony magazyn.

Nie interesowały go błahe, od wieku już nieistotne kwestie jak długie powinno być opowiadanie, aby było dobre. Chciał po prostu poczytać coś ciekawego, nim wróg wedrze się pod wewnętrzne mury i nawet ranni będą musieli iść walczyć. Mając dobrą opowieść i dobre piwo, nie straszne było mu to czekanie.

Rudowłosa zauważyła jak żołnierz zabiera Nową Fantastykę ze stołu Łowcy i jego przyjaciół, ale nie zamierzała nawet kiwnąć palcem. Też widziała uwagę, z jaką odprowadził wychodzące trojaczki…

 

 

Koniec

Komentarze

Cholernie ciekawe uniwersum. Postapo w klimatach fantasy – mióóód.

Niestety całość przegadana i tak naprawdę nie wiem o czym. 

Całość przypomina mi jakiś “protest song”, choć z czytelnym przymróżeniem oka. Tak szczerze, to opek traci na konkursowej formie. Mogłeś darować sobie wciskanie NF i tą całą gadkę i skupić się na jakiejś pełnoprawnej opowieści, bo świat, który wykreowałeś ma spory potencjał.

 

Aha, ta książka o Gears of War, to istnieje? Jeśli tak to… umiesz, ty ją zareklamować.

;-)

No i powinneś uprzedzić o spojlerach.

 

Poza tym źle zapisujesz dialogi. Trochę to zabawne, biorąc poprawkę na to, że przez większość tekstu instruujesz czytelnika, jaką właściwą formę winny mieć opki.

 

Podsumowując:

Napisz coś własnego, pozakonkursowego w tym uniwersum. Chętnie przeczytam.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Może i przegadane, ale prawdziwe i szczerze mówiąc, czytało mi się lepiej niż niektóre teksty w bibliotece. Miałam wrażenie, że uczestniczę w tej dyskusji, nie raz miałam ochotę powiedzieć “racja” lub “święte słowa”. Poza tym jestem kobietą, a “Gears of War” to jedna z moich ulubionych książek, w zasadzie wszystkie 3 części są świetne. Jest tam wszystko to, czego oczekuję od dobrej powieści. Pozdrawiam :)

Jest jakiś pomysł na wplecenie NF w akcję. Gorzej z wykonaniem.

Masz błędy w zapisie dialogów. Tutaj jest wątek między innymi o tym. W pierwszym zdaniu, IMO, brakuje dwóch przecinków, dalej też interpunkcja miejscami kuleje.

Jest drobna różnica między grawerem a grawerunkiem.

kładąc na stole rolę przedzagładowego, lawendowego papieru toaletowego.

Rolę czy rolkę?

Raptem na parę sekundy.

Literówka.

W jaki sposób chciałbyś zmieścić te trzysta stron przygotowania, gry wstępnej i seksu, do miesięcznie wydawanej i muszącej zmieścić inne teksy gazety?

Powtórzenie.

Babska logika rządzi!

Dziękuję Wam bardzo za opinie i uwagi, oraz za poświęcony czas na przeczytani tego

 

Nazgul – Świat z tego opowiadania był pierwszym własnym jaki wykreowałem. Na starym forum NF nawet jedyny tekst w tym uniwersum osadzony zamieściłem, o tutaj. Co ciekawe wiele osób, którym ten tekst przedstawiłem miało zastrzeżenia właśnie do świata, że nie logiczny… (uprzedzę od razu, że opowiadanie powstało 5 lat temu…)

Jak Lisette napisała książka istnieje i szczerze ją polecam. Spoiler owszem, zrobiłem spory, choć do momentu aż dotrzesz do tego miejsca w książce to nie wiesz o których bohaterów chodzi, a i specjalnie nie zdradzałem zakończenia. Tak więc to nie spoiler, to trailer ;)

 

lisette1 – Dziękuję za dobre słowo:)

 

Finkla – dziękuję bardzo za uwagi, błędy wyłapane już poprawiłem (w regulaminie nic nie było, że nie wolno…). Z tymi dialogami natomiast ot już się szczerze gubię w rozpoznaniu moda na które obecnie panuje. Jak uczyłem się pisać, to przy przerywniku w środku wypowiedzi należało dać kropkę i zacząć go od dużej litery. Z małej i bez “kropka” należało zostawić tylko jeśli było to w środku jednego zdania.

Przeczytane. Komentarz po ogłoszeniu wyników :)

Może to kwestia tego, że nie znam świata Gear of War, ale opowiadanie do mnie nie przemówiło – moim zdaniem jest za długie, jak na treść, którą przekazuje, więc po dotarciu do końca czułem się nieco zmęczony lekturą.

Hmm…to wybitnie musiało mi się nie udać, skoro nieznajomość GoW Twoim zdaniem wpływa na jego odbiór, kiedy to uniwersum jest wspomniane krótko w samym środku tekstu…

Nowa Fantastyka