| Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
| Autor |
Wiadomość |
Mały_Czołg

Dołączył: 14 Lip 2006 Posty: 582 Skąd: od Grubera
|
Wysłany: Nie Cze 10, 2007 23:43 Temat postu: |
|
|
| Fauconnier napisał: | | Kiedy Bonaparte został Pierwszym Konsulem część środowiska emigrantów wyobrażała sobie, że rzeczywiście zostanie on jakimś francuskim generałem Monckiem (...)Kiedy emisariusze Ludwika zaczęli go sondować w kwestii realizacji scenariusza „monckowskiego” odpowiedział zabójstwem księcia d’Enghien, co by „aluzju paniali” i dali mu spokój. To był zupełnie ale to zupełnie inny typ mentalności i formacji intelektualnej niż Carl. |
Moment, ale Napoleon miał handicap w postaci pochodzenia. Nie był zwykłym trepem i zdążył poznać dynamikę procesów politycznych ergo mógł żywić poważne (i nie bezpodstawne raczej) obawy, że restauracja oznacza dla niego czapę - realną albo polityczną - z aksamitu, więc wydłużoną w czasie bo jednak kumulował spore poparcie społeczne. _________________ Nie głosowałem, ale co oni k* wybrali?
Troll: +2 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
berbelek

Dołączył: 05 Cze 2007 Posty: 16 Skąd: stąd
|
Wysłany: Czw Cze 21, 2007 20:37 Temat postu: |
|
|
Właśnie skończyłem czytać "Sternberga".
Pierwsze wrażenia:specyficzne uczucie, że oto znów udało się trafić na coś oryginalnego i wciągającego zarazem, że warto było wydać te 29 złotówek.
Jedyna rzecz która troche mi nie pasowała to rozmiary powieści. Mam wrażenie, że mogłaby być o jakieś 150 - 200 stron dłuższa, brakowało mi szczególnie jakiejś szerszej panoramy Kampanii Północnej. Od razu uprzedzam: nie wynika to z faktu, że jestem uzależniony od epickich opisów batalii, to raczej kwestia przyzwyczajenia, schematów z poprzednich lektur (albo kolejny "Lament miłośnika cegieł" toutes proportions gardees, oczywiście). Z drugiej jenak strony zdaję sobie sprawę, że rozliczanie autora z tego, czego nie napisał, jest cokolwiek bezsensowne, a poza tym, taki opis nie dodałby niczego do głównej idei powieści.
Rozdział o Jokaim, chociaż kapitalny, trochę nie pasował mi do reszty, odniosłem wrażenie, że zakłóca spójność fabuły.
Tym niemniej, gratuluję, świetna robota. _________________ - Um. What's the name of the word for things not being the same always. You know. I'm sure there is one. Isn't there? There must be a word for it ... the thing that lets you know time is happening. Is there a word?
- Change. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Fauconnier
Dołączył: 17 Cze 2005 Posty: 86 Skąd: a, różnie to bywa
|
Wysłany: Pią Cze 22, 2007 16:26 Temat postu: |
|
|
Dla zainteresowanych: w najnowszym numerze „Tygodnika Powszechnego” Jacek Dukaj zamieścił recenzję ze „Sternberga”. Niestety w tej chwili nie ma jeszcze wersji online, więc nie mogę zalinkować. JD wypowiada się o powieści ST dość czołobitnie, widząc w niej drugą (po „Wieszaniu” Rymkiewicza) książkę mitotwórczą IV RP. Zarazem jednak pozwala sobie na drobną złośliwość, bo chyba w tych kategoriach trzeba traktować stwierdzenie, że ojcem chrzestnym, czy intelektualnym patronem „Sternberga” jest Adam Michnik. Bardzo szanuję osąd JD (swego czasu odkryłem twórczość ST właśnie dzięki entuzjastycznej recenzji JD w NF), ale muszę przyznać, że taka asocjacja nie przyszła mi nawet do głowy.
Od siebie mogę powiedzieć tyle, że „Sternberga” czyta się nieporównanie lepiej od sążnistych tekstów Michnika w GW, o jakobinach i ultrasach. Tamto to było lekarstwo na bezsenność, którym powieść ST zdecydowanie nie jest. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
ST
Dołączył: 05 Wrz 2006 Posty: 41 Skąd: Pilchowice
|
Wysłany: Sob Cze 23, 2007 8:50 Temat postu: |
|
|
Ad Berbelek:
Cieszę się, że "Sternberg" przypadł Koledze do gustu. Bardzo duże miałem obawy, co do odbioru powieści, której głównymi bohaterkami są Polityka i Idee.
Jokai Sandor był mi potrzebny w powieści z dwóch powodów. Po pierwsze, był ilustracją zrealizowanego planu Carla i Briantschlossa. Po drugie, nawiązywał do "Pojedynku" Conrada, której to nowelki warstwa polityczna była dla mnie bardzo inspirująca.
Czy narracja, prowadzona w książce z różnych punktów widzenia, którą Dukaj określił, niezbyt pochlebnie, jako "rwaną narrację", była dobrym pomysłem - nie wiem, odpowiadała jednak mojemu zamysłowi panoramicznego oglądu opowiedzianej historii.
Ad Fauconnier:
Do interesującego artykułu Jacka mam parę uwag, ale będę się doń odnosił, na łamach mojego dziennika, kiedy już tekst będzie dostępny w sieci. _________________ www.dziennik.twardoch.pl |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Fauconnier
Dołączył: 17 Cze 2005 Posty: 86 Skąd: a, różnie to bywa
|
Wysłany: Wto Lip 10, 2007 0:11 Temat postu: |
|
|
Przeczytałem „Epifanię wikarego Trzaski”. Bardzo trudno o niej coś sensownego napisać nie zdradzając głównego zwrotu akcji, będącego podstawą do wszelkich dalszych analiz. Ja zaś nie chcę aż tak spoilerować, więc postaram się wyrażać trochę ezopowo. Obawiam się jednak, że to nie wystarczy, by ukryć na czym ów zwrot akcji polega, zatem kto nie chce sobie psuć przyjemności lektury niech natychmiast przerwie czytanie tego postu.
Inna rzecz, że mówiąc uczciwie ten zwrot akcji nie jest wielkim zaskoczeniem. To mój największy zarzut wobec „Epifanii”. ST skonstruował ją tak, że nawet średnio rozgarnięty czytelnik od razu domyśli się prawdy. No chyba, że zmyli go konwencja fantastyki. Wówczas pewien, powiedzmy, „postmodernistyczny” sposób zachowania i wyrażania się Jezusa Chrystusa i archanioła Michała zrzuci na karb tej konwencji. W czasie lektury „Epifanii” przypominało mi się natrętnie „Święto śmiechu” Oramusa, gdzie nawet Bóg Ojciec przemawiał w podobnie „postmodernistyczny”, niezbyt poważny sposób. Uwierzywszy, że ma do czynienia ze zwykłą, humorystyczną SF, czytelnik może rzeczywiście przeżyć potem zaskoczenie. Ale jeśli potraktuje książkę jako poważną powieść realistyczną, do czego zresztą zachęca nas Jacek Dukaj na tylnej stronie okładki, to połapie się od razu, że coś tu nie gra. Zgrzyt jest za duży. I jak napisałem, jest to zarzut. Ja bym wolał żeby iluzja była bardziej przekonywująca. A tak, to doczytawszy do strony 35 już mniej więcej wiedziałem jak się to wszystko skończy. Szkoda.
Nachodzi mnie refleksja natury bardziej ogólnej, że chyba nikomu nie udało się realistycznie opisać paruzji w powieści. Wszystkie opisy jakie przychodzą mi na myśl, od Dostojewskiego po Ziemkiewicza, mają jedną cechę wspólną. Jezus w nich milczy, pozostaje właściwie w tle, autorzy skupiają się na przedstawieniu reakcji ludzkich na drugie przyjście. Oczywiście ludzie nieodmiennie nie stają na wysokości zadania. Ale od opisania samego Chrystusa autorzy się uchylają. ST też stosuje podobny unik. Być może jest to temat, którego żaden pisarz na świecie nie umiałby udźwignąć?
I druga refleksja, dlaczego o tyle łatwiej przychodzi dziś pisarzom opisać diabła, niż Boga? Zapewne coś jest w tym, co powiedział kiedyś Leszek Kołakowski, że potrafi zrozumieć, że są na świecie ludzie, którzy nie wierzą w Boga, ale to, że ktoś może nie wierzyć w diabła, to przekracza jego zdolność pojmowania. Po doświadczeniach XX wieku zżyliśmy się z diabłem i stąd wszędzie go dziś pełno. Ale czy to, że pojawia się on w literaturze tak często, to znaczy, że rozumiemy go lepiej?
Poważne opisy diabła (humorystycznych i postmodernistycznych nie liczę) dzielę na udane i nieudane. Nieudane przedstawiają go jako romantycznego rewolucjonistę, który zbuntował się przeciw tyranii dyktatorskiego Boga, a więc jako postać pozytywną. Powstają w ten sposób niekiedy ciekawe postacie literackie, ale to nie są prawdziwe diabły. Udane opisy pokazują Złego, zimnego, zapatrzonego w siebie egoistę i nihilistę. Taki jest choćby Samael w „Doktorze Faustusie” Tomasza Manna. Mann zresztą, jak na ironię uważał, że diabła nie da się w literaturze dobrze opisać. „Prawdziwy diabeł – pisał, powołując się przy tym na Franza Baadera – musi być skrajnym oziębieniem… Musi on najzupełniej sam sobą się zadowalać, musi być skrajną obojętnością, rozkoszującą się samą sobą negacją. Nie da się zaprzeczyć, iż takie skostnienie próżności pełnego w sobie zadufania, wyłączające wszelkie poza pychą treści, jest absolutną nicością, z której już wszystko życie z wyjątkiem najskrajniejszego egotyzmu zanikło. Lecz właśnie wskutek tego zlodowacenia przedstawienie diaboliczności w poezji stało się niemożliwe. Nie może tu bowiem występować wyzbycie się wszelkiego patosu, lecz konieczne jest dla prowadzenia akcji zainteresowanie się szatana, a wyraz owego zainteresowania występuje jako ironia wobec rzeczywistości…”. No właśnie, także i moim zdaniem tu właśnie leży pies pogrzebany.
Zatem jaki jest diabeł u ST? Jednego autorowi nie można odmówić, ironią posługuje się wręcz w nadmiarze. Widać, że odrobił lekcję. Chyba jednak trochę przesadził. Jego szatan nie jest dość zimny. Jest, na mój gust, zbyt rubaszny, zbyt jowialny, w taki trochę jasełkowy sposób. Jasne on udaje, gra pewną rolę, ale mimo wszystko nienajlepiej to wychodzi. Diabeł Manna był prawdziwszy.
Tak więc strona metafizyczna powieści ST trochę kuleje. Bardzo dobre są natomiast opisy polskich realiów u progu IV RP. I dotyczy to zarówno prowincji Śląska jak i wielkomiejskiej Warszawy. Świetnie uchwycone typy ludzkie, wiarygodne zwykłe sytuacje życiowe. Dlaczego nasi mainstreamowcy nie umieją pisać takiej prozy realistycznej? „Epifania” to bardzo dobra powieść obyczajowa. Wyżej jednak stawiam ambitniejszego i bardziej przemyślanego „Sternberga”. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Piotr

Dołączył: 28 Gru 2006 Posty: 507
|
Wysłany: Wto Lip 10, 2007 9:05 Temat postu: |
|
|
| Fauconnier napisał: |
I druga refleksja, dlaczego o tyle łatwiej przychodzi dziś pisarzom opisać diabła, niż Boga? |
Chyba nie tylko dziś i nie tylko pisarzom. Dość wspomnieć wszystkich Memlingów, Boschów i ich Sądy Ostateczne z bulgoczącymi smołą kotłami, spadającymi w otchłań czarnymi aniołami itd. A więc, to może nie
| Fauconnier napisał: | | Jezus w nich milczy |
tylko człowiek/pisarz/artysta milczy wobec Boga, ponieważ “Ani oko nie widziało...”.
Zło w przeciweństwie do dobra jest ograniczone. Tak jak ludzki umysł. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
|