Czasopisma

Dodaj recenzję

Nowa Fantastyka 11/15

Tomasz Miecznikowski

UCIECZKI ALGERNONA BLACKWOODA

 

Algernon Blackwood przez całe życie pędził i poszukiwał. Zwiedził dziesiątki miejsc na Ziemi, imał się różnych zawodów, napisał kilkanaście powieści i kilkaset opowiadań. Był czynny zawodowo do końca życia, prowadząc jako popularny „Ghost Man” audycje w radiu i programy w telewizji. Skąd zatem płynące z lektury jego tekstów wrażenie, że przede wszystkim specjalizował się w ucieczkach?

 

Jerzy Rzymowski

ZMIENNE OBLICZA LOKIEGO

 

Tricksterzy to wyjątkowo ciekawa grupa istot przewijających się przez mitologie i folklor całego świata. Przebiegli bogowie i herosi, którzy nic nie robią sobie z obowiązujących praw i obyczajów, łamiący wszelkie reguły – niekiedy za cichym przyzwoleniem tych, którzy je stanowili, a w sytuacji wyższej konieczności muszą odwrócić wzrok na ich łamanie. Nie zawsze łatwo zakwalifikować ich po stronie dobra lub zła; często są po prostu amoralni – przynajmniej w powszechnym odbiorze. Kwintesencją tych cech jest Loki – rudowłosy germański olbrzym (Jötunn), którego skomplikowana, przewrotna natura od lat stanowi inspirację dla twórców popkultury.

 

Agnieszka Haska, Jerzy Stachowicz

WRÓŻKI Z LAMUSA

czyli co fruwa po angielskiej prowincji

 

W kulturze anglosaskiej wróżki pojawiały się dość regularnie, nie tylko jako odniesienie do folkloru, ale też doradzając błędnym rycerzom w późnośredniowiecznych romansach, pląsając z nimfami i satyrami, a czasami po prostu psocąc, jak w „Śnie nocy letniej” Szekspira. Jednak to wiek pary i elektryczności rozbudził na nowo zainteresowanie leśnymi magicznymi istotami – i dodał im skrzydełka.

 

 

PUBLICYSTYKA

2 ZAPOWIEDZI

3 ZASTRZYK PRZYSZŁOŚCI Mateusz Wielgosz

4 NIE CHCĘ, BY “METRO” BYŁO JAK MARVEL Wywiad z Dmitrym Glukhovskym

8 UCIECZKI ALGERNONA BLACKWOODA Tomasz Miecznikowski

12 ZMIENNE OBLICZA LOKIEGO Jerzy Rzymowski

14 IM BARDZIEJ WIERZYSZ… Wywiad z Jaume Balagueró

63 SZTAFETA (2) Maciej Parowski

65 WRÓŻKI Z LAMUSA Agnieszka Haska, Jerzy Stachowicz

72 BŁOTO NA MARSIE Rafał Kosik

74 PROGRAM PROMOCJI CZYTELNICTWA Robert Ziębiński

78 MAŁO ALBO NIC Łukasz Orbitowski

 

PROZA POLSKA

17 ZAPALĘ CI ZNICZ Michał Rybiński

28 ADEPT Adam Przechrzta

 

PROZA ZAGRANICZNA

40 TA PRZYPADKOWA PLANETA Elizabeth Bear

47 POKÓJ W IZOLACJI John Chu

55 WCZEPIONY Rich Larson

59 KONTROLA BEZPIECZEŃSTWA Han Song

 

RECENZJE

67 KSIĄŻKI 75 FILM 76 KOMIKS 77 GRA

Komentarze

obserwuj

Czas zajrzeć do skrzynki :)

Czy przez kioski mam rozumieć Empik? Bo bym po pracy skoczyła i kupiła, ale nie chce mi się skakać bez pewności :P

Tylko nie "Tęcza"!

Szybko, trzeba będzie iść do kiosku :)

W Empiku powinno być.

 

Ale jak to jest, że jeszcze nie mam. crying A może w skrzynce już leży…

Czasem jest też w salonikach Inmedio lub Kolporter, zależy od dystrybucji.

 

No i e-wydania, w księgarni on-line u Prószyńskiego pliki pojawia się dość szybko (zakładka e-booki – już jest np. FWS 4/2015).

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Chciałem napisać, że najlepszym rozwiązaniem jest zakupienie prenumeraty – ale w mojej skrzynce nadal nic! Chociaż to pewnie wina listonosza :) Oraz, oczywiście, również bardzo dobrym pomysłem jest kupowanie e-wydania. Szkoda tylko, że w księgarni wydawcy nadal nie jest dostępne, a już 13! :)

Mimo młodego wieku jestem zwolenniczką staromodnego czytania z powierzchni papierowej, nie tabletowej :P Wiem, wiem, zabójczyni drzew. Jestem okropna.

A nad prenumeratą zastanawiam się od roku, ale zawsze w Empiku tak szybko jest, a Empik po drodze z pracy :D

Tylko nie "Tęcza"!

Ja również wolę papier, dlatego oczekuję na NF w skrzynce ;) Mimo wszystko coraz bardziej doceniam korzystanie z e-książek. Czytnik kupiłem pierwotnie dla wygodnego czytania ustaw i notatek, potem dorzuciłem do tego dłuższe teksty z portalu, w końcu czytam całe książki, chociaż nie mam ich wiele. Wrażenia z czytania gorsze, ale w trudno nie przyznać się, że i czytniki mają swoje zalety.

No i w przypadku Nowej Fantastyki – różnica w cenie pomiędzy wydaniem papierowym a elektronicznym to aż 28%.

Okładka – miodzio! Normalnie musiałem paluchem pomiziać, czy ta rdza, aby nieprawdziwa ;)

 

Michał Rybiński to w końcu jest PsychoFish, czy nie? Ta notka autorska taka enigmatyczna. 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

No i oszukali mnie ;] Poszłam do Empiku, a tam wciąż numer październikowy leży.

Tylko nie "Tęcza"!

No to brać! Październikowy też był dobry :-)

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Ale już jeden mam xD

Tylko nie "Tęcza"!

Było brać dla koleżanki :P

Przeczytałem dzisiaj opowiadanie niejakiego Rybińskiego Michała.

Pierwszy, wieeeeeeelki minus – brak Nazgula w dedykacji! Ode mnie nie było żadnych pozytywnych kopniaków? Źadnych kopniaków? ;) Choć z innej strony – dedykować mi opowiadanie zatytułowane: “Zapalę ci znicz”, hmm… może jednak dobrze jest, jak jest ;-)

Pierwszy, wieeeeeeeelki plus – to ambitna, niebanalna literatura jest. Jestem pozytywnie zaskoczony odnośnie fabuły. 

Drugi, wieeeeeeelki plus – postać księdza Ziemowita Pisarskiego. Ale ci się ten facet udał. Najlepsze akapity, to te z nim. Ale mogę być stronniczy, bo kocham szeroko pojmowaną metafizykę.

Drugi, spoooory minus, zamknięcie historii (zarówno opowiadania, jak i księdza Pisarskiego). Z księdzem, po prostu, nie tego oczekiwałem, a finał, cóż, burza refleksji. On powrócił, ale jak i co to naprawdę oznacza? Lubię niedopowiedzenia, ale to wymaga… kontynuacji!smileyyes

Trzeci, ogroooooomny plus – debiut w NF i od razu w Nowych Perspektywach?! Kurwa! Ja też chcę!laugh

 

Podsumowując:

 Naprawdę dobre opowiadanie!  Jeden z lepszych debiutów (poczekajcie na mój ;) ).

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

W Empiku w Katowicach – nie było i na dziś nie ma frown

Miejsce na Twoją reklamę!

Kurde… Niech dunder świśnie taką dystrybucję.

 

Jak w empikach nie ma, to apokalipsa!

 

A na serio: myślałem, że Staruch pojawił się z nową, kozacką literówką na miarę “hłopca”, a tu co?

;-)

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Jak przeczytam, a korektor da mi szansę… devil

Miejsce na Twoją reklamę!

No. “hłopiec” był mocnym bublem xD Nie wiem, czy coś to przebije. A u mnie w Empiku już na drugi dzień NF było.

Tylko nie "Tęcza"!

Ja kupowałem w Empiku w Łomiankach bo akurat przejeżdżałem, w moim mieście też jest w jednym saloniku prasowym.

Do tej pory przeczytałem opowiadanie Bear (kojarzy mi się że widziałem je na Tor.com, ale mogę  się mylić), bardzo spokojny, życiowy tekst oraz Wczepionego Richa Larsona, które również mi się podobało, ciekawa wizja sportowej przyszłości, a do tego smutna historia obyczajowa.

Rybińskiego zacząłem i też jestem pod wrażeniem :) 

Nazgul – ogromnie dziękuję. Raz, że czas odpowiedzi masz dużo lepszy niż siły szybkiego reagowania, dwa, że strasznie lubię jak chwalą mi tekst i marudzą tylko na to, że kontynuacji trzeba :-) Strasznie mi miło. A jak to z “Nowymi Perspektywami” było, to już pogadajmy w HydeParku :-)

 

Belhaj – jak skończysz, a najlepiej jak poczytasz cały numer – dawaj recenzję w tym wątku, wystarczy mi ze dwa zdania komentarza na temat treści :-) Młodociany amator z radością przyjmuje wszelką informację zwrotną :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie chcę, by metro było jak Marvel? Ale czemuż to nie? :(

"Prawdziwie wspaniałego pisarza poznasz po tym, że pisze książki" - Paulo Coelho

Skoro sam autor prosi o opinię w tym wątku, postaram się w takim razie spełnić jego życzenie. Taka krótka recenzja dla PsychoFisha vel Michała Rybińskiego w związku z jego tekstem “Zapalę ci znicz”.

 

Tekst zaczyna się ciekawie od wspominek, jak przystało w okresie przedświątecznym. Mam nadzieję, że pomocnicy autora żyją i mają się dobrze i że nie dla nich Michał zapala znicz. 

A teraz już bardziej na poważnie: “golnij ze mną kielicha, jak się należy duszy”….

Tekst do krótkich nie należy, ale czyta się go jednym tchem. Wątki postaci, które wyszły barwnie i ciekawie, przeplatają się ze sobą. Mamy zdradzającego i niepewnego o przyszłość swojej rodziny Andrzeja, który w nowym świecie pełnym komputerowych zapisów dusz stara się wszystko pogodzić. Mamy Anitę, która miesza w tym uporządkowanym świecie. Na tapetę zostaje przedłożony ksiądz Ziemowit, który swoje za uszami ma, ale próbuje przemówić ludziom do rozumu. Każda z postaci przyciąga na swój sposób, a to co w okół nich się dzieje jest zdecydowanie interesującym tłem. No, bo kto by pomyślał o programowaniu ludzkiej duszy? O tym żeby móc porozmawiać z bliskimi, kiedy nam się podoba, nawet jeśli w rzeczywistości już odeszli i to co widzimy to ich komputerowa kopia. Jednakże tak dokłada, że niemal czuje…

Z czystym sumieniem polecam! Od pierwszego akapitu (no może poza wspominkami) czuje się ten niepowtarzalny klimat i typową dla Fisha narrację. A te dialogi! Prawdziwy majstersztyk. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dzięki Morgiano :-) yes

 

Kto by pomyślał o programowaniu ludzkiej duszy?

Finkla.

 

:-) Na szczęście, oba teksty są bardzo różne, mimo podobnego pomysłu, wokół którego zbudowane są opowiadania :-)

 

Jestem szczęśliwy, że tak przypadło ci do gustu, ale z ciekawości: co to jest “typowa dla Fisha narracja"?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No, mi się od razu z duchami FInkli skojarzyło, Psycho :D Zresztą u Lema było chyba też coś podobnego (swoją drogą fajne wykorzystanie Pirxa).

Tylko nie "Tęcza"!

Źle się wyraziłam. Masz ogólnie swój styl i w tekstach, które przeczytałam raczej jest on dosyć specyficzny i łatwo rozpoznać, co napisałeś. Może poza Prawdziwą narzeczoną. Ten tekst jest zupełnie inny. Co do pomysłu, nie czytałam tekstu Finkli, także wszytko przede mną. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Heh, a wydawało mi się, że mam za mało wyrazisty styl ;-) Dzięki Morgiana ;-)

 

Tensza – sam rdzeń pomysłu jasne, ale mnie interesował taki eksperyment: co ludzie by z taką możliwością zrobili? A że jestem zdania, że jako społeczność jesteśmy w stanie sparszywić każdy wynalazek (patrz cytat Einsteina o bombie atomowej), poszedłem tym tropem… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dobra, ja też przeczytałem.

 

Intrygujący początek, a potem to już taki standardowy cyberpunk z uploadingiem umysłów i złą korporacją. Obrazek estetyczny, ale niestety tylko szkic. Niepogłębione to. Chętnie zobaczyłbym rozbudowany wątek księdza z jego wątpliwościami. Zamiast tego znalazłem motyw potężnej SI, słabo wkomponowany, choć niewątpliwie przydający się do zgaszenia światła w wygodnym dla autora momencie. Prawda, że nazwanie SI Pirxem to przyjemny smaczek. A ksiądz to, tak czy inaczej, udana postać.

Generalnie fabuła dość niespójna, mnie nie wciągnęła. Ale, jak napisałem, obrazek dobry. Jako napój energetyzujący dla intelektu i stymulator wyobraźni opowiadanie mimo wszystko sprawdza się.

 

Co do stylu autora to bardzo go lubię :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

yes Dzięki, Jeroh! O taką krytykę też mi chodziło. Odwieczną walka objętości z pączkującymi w trakcie pisania wątkami. Rozbudowa wątku księdza, rozbudowa w ogóle pryzmatu przenoszenia relacji żywych na żywi-martwi (w tekście został ksiądz i korpo-dziedzic plus odwrócony Pigmalion; pierwotnie było tego więcej i robił się z tego wstęp do książki, nie zamykający wątków) była główną koncepcją.

 

Powiedz: dlaczego fabuła niespójna?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Fabuła niespójna nie w sensie, że występują sprzeczności (bo ktoś mógłby tak zrozumieć), tylko w tym, że historie postaci splatają się bardzo luźno. Same poszczególne historie składają się ze scen, którym brakuje spoiwa, jakim byłoby posiadanie przez postaci wyrazistych celów, napędzających je dążeń. A w każdym razie zabrakło mi rozwijającej się intrygi i zmagania bohaterów z zastaną rzeczywistością. Nie czekałem z niecierpliwością na kontynuacje wątków. OK, Andrzej na przykład chce podwyżki, ale niewiele z tego wynika, oprócz kilku raczej nijakich (czy w ogóle potrzebnych?) scen. Kiedy już ma być ciekawiej, bo wydaje się, że facet zacznie wcielać w życie pomysł teścia, nagle jest koniec. Deus ex machina. Miałem nadzieję, że wątki Andrzeja, Sebastiana, księdza oraz kosmonautki/SI połączą się porządniej i w jakąś bardziej wyrazistą całość.

Cięcia/kompresja tekstu mogą mieć coś do rzeczy.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

W rzeczy samej, mocniejsze związanie tych wątków nie pomieści się w objętości poniżej 200k znaków ;-) 

 

Dzięki – to cenna uwaga.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

“W rzeczy samej, mocniejsze związanie tych wątków nie pomieści się w objętości poniżej 200k znaków ;-) “

 

Wniosek? Pora zabrać się za powieść. ;)

Za kilka/kilkanascie lat, jak córa da zyć wieczorami :-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Po lekturze najnowszego numeru “Fantastyki” nasuwają mi się dwa wnioski. Pierwszy: literówek systematycznie ubywa. Jest kilka, ale orchidei na miarę “hłopca” brak (Naczelny pojechał korektorom po premii?wink). Drugi: systematycznie rośnie poziom “miodności” zamieszczanych tekstów! Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów (kilkunastu lat chyba) polskie opowiadania lepsze od zagranicznych! To cieszy. Jest pomysł, jest narracja, są bohaterowie, nie ma za to epatowania stylem, neologizmami i filozoficznymi “wydmuszkami”. Jest konkretnie i na temat. Znajdzie się i minusik – oba opowiadania wydają się być wstępami do dłuższych historii. Tyczy się to głównie “Zapalę ci znicz” PsychoFisha. Opowiadanie jest jak pilot serialu: przedstawia świat, wprowadza bohaterów, buduje napięcie i kończy się cliffhangerem. Co będzie z Pirxem Siódmym? Spodziewam się, że Naczelny zamówi pierwszy sezon, a autor stworzy scenariusz do kolejnych 22 odcinków. Najsłabsze opowiadanie to dla mnie “Kontrola bezpieczeństwa” Hana Songa. Dość łopatologiczne (i nietrafne) rozwinięcie tezy “wolność albo bezpieczeństwo”.

Żeby nie było że się nie czepiam wink“Geograficzny zasięg występowania pandy pokrywa się z terenami gdzie występują ponad dwie trzecie ptaków, ssaków i jedna trzecia płazów, które nie istnieją nigdzie indziej na planecie”.  Chodzi tu chyba nie o zasięg występowania pandy a o lasy deszczowe, bo panda to zasięg terytorialny ma niewielki? I raczej o gatunki tu chodzi a nie liczebność en masse? Coś to zdanie pokręcone jest czy czegoś tu nie rozumiem?

Aha, znowu nie było fantasy! Czy to reguła – dobry numer obywa się bez czarów, smoków i karczm?

 

Miejsce na Twoją reklamę!

Dzięki, Staruchu, za dobre słowo :-)

Dzięki, iHomerze, za omówienie :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ja także wypowiem się, na razie, tylko o “Zapalę ci znicz”.

 

Akurat czytam “Miasto Permutacji” Egana, więc ciekawie było przeczytać opowiadanie ujmujące podobny temat z nieco innej perspektywy. Pomysł tworzenia “kopii” niby nie nowy, ale jego ujęcie w kontekście dusz, Zaduszek i seansów spirytystycznych – dla mnie bomba. Opisanie narzędzi marketingowych firmy – dobre i z satyrycznym zacięciem. Widać, że autor zna temat. Sama historia mnie się też podobała, wątek rozwiązujący się w finale jest stopniowo wprowadzany przez cały tekst.

 

Chciałam teraz o minusach, ale właściwie nie jestem pewna, pod jakim znakiem postawić postać księdza :P Niby jest bardzo fajny w swoim kaznodziejskim zapale, ale ten końcowy “twist”, chociaż bardzo ładnie łączy wszystkie wątki, bardzo tę postać spłyca. Jego dialog z dziennikarzem niby jest ok, ale jak na duchownego myśliciela to on jednak mało ma do powiedzenia na tematy, o których napisano całe biblioteki. Pytanie o religię i naukę a on jedzie z banalnym Einsteinem. Jest świetny temat – zmiana stosunku człowieka do śmierci i też tylko go muskamy. Ja wiem, że objętość i nie chcemy przynudzać wywodami teologicznymi, ale moim zdaniem dałoby się wpleść mu jakieś rozważania oparte na myśli Philippe Aries, albo wpleść kilka takich sugestii do samego obrazu świata (jak? Choćby rzucając ze dwa zdania, jak wyglądały te szpitale, które odwiedzali sprzedawcy): o tym, że tworzenie “dusz” jest kolejną fazą negowania istnienia śmierci, wypychania jej poza nawias, robienia z żałoby tabu. Takie “dusze” to byłby etap niemal ostateczny – tworzenie iluzji, że śmierci nie ma. 

 

 W ogóle mnie brakowało jednak w tym świecie paru elementów – ksiądz jest przedstawicielem Kościoła, a nie dowiedzieliśmy się, jakie Kościół ma wobec dusz stanowisko. Nie protestuje? Nie jest np. tak, że anglikanie błogosławią dusze, a katolicy trzymają się twardo konserwy? Nie protestują piewcy powrotu do natury i wyznawcy wyrafinowanego new age? Nikomu nie przeszkadza, że sprzedawcy chodzą po oddziałach onkologicznych? Jakoś nie wierzę, że społeczeństwo tak łatwo “łyka” istnienie kopii. 

 

Ale podkreślę raz jeszcze, że ogólne wrażenia mam dobre. Sprawnie napisany tekst i dobry pomysł, gratulacje.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

O kurczę, dzięki za rozbudowaną recenzję :-)

Wydawało mi się, że stanowisko Kościoła wobec dusx ksiądz wyjaśnia w rozmowie.

Ksiądz trafia do komercyjnej audycji radiowej, gdzie czas-czas-czas – faktycznie, pierwotna wersja tego wywiadu uległa skróceniu, by uwzględnić, że jedna godzina na antenie to bywa 20-25 minut faktycznej rozmowy. Ale chyba czuję, o co ci chodzi – i fajnie, bo o odczytanie ‘dusz' jako pewnej ucieczki od świadomości  śmierci u obrazowanych też mi chodziło.

 

Chciałbym się upewnić: spłycenie odbierasz w ostatniej scenie z księdzem?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Rozumiem, że to rozmowa w komercyjnej stacji. No w sumie ciężko byłoby tam za dużo “upchnąć” bez przytłaczania całości.

 

Mnie ta przeszłość księdza i jego subskypcja na kontakt z duszami się nie podobała. Ustawia go w relacji do Andrzeja, ale czyni z niego hipokrytę i moim zdaniem to paradoksalnie spłyca tę postać. Ten ksiądz – myśliciel,wierzący w to, co mówi… był po prostu ciekawszy.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Ok, ja jeszcze nie napiszę swojej opinii o numerze (choć szykuje się najpozytywniejsza “recka” mojego autorstwa dla prozy w NF kiedykolwiek) . Ale mam info do przekazania…

Żeby mąż mi nie suszył głowy o zwracanie na niego uwagi i dotrzymywanie towarzystwa (taka ze mnie dobra żona :P) wcisnęłam mu listopadowy numer i poleciłam tekst Rybki. No i kazał przekazać, że to najlepszy tekst w NF, jaki czytał :) (żebyś aż tak nie puchł z dumy, Rybsławie, a może puchł jeszcze bardziej, zaznaczam, że on czyta tylko 1-2 opowiadania na numer – te które mu polecę…).

Tylko nie "Tęcza"!

Mirabell, ale to, że ma swoją duszę, nie znaczy jeszcze, że… Kurczę, jak tu nie spoilerować. Faktycznie, tam nie ma tyle objętości, a twoja uwaga ważna, bo oznacza, że nie zarysowałem wystarczająco dobrze dla ciebie jeszcze jednej myśli.

 

Tenszo, dzięki wielkie :-) Michały to jednak fajne chłopaki :-) Pokazywałaś mu tekst Szymona Stoczka z marcowej NF?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Tak :) Stoczka, co było, to mu do łapek wciskałam.

Tylko nie "Tęcza"!

Chyba zarysowałeś, tylko do mnie, przez chroniczny brak snu, wszystko dociera z opóźnieniem :P

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

A, zapomniałam dodać – kupiłeś Michała, Rybko,cytatem o deszczu w środku Europy ;) Teraz jestem katowana oryginałem…

Tylko nie "Tęcza"!

Obiecałam napisać kilka słów, więc spełniam obietnicę. Z góry zastrzegam, że rozwodzić się i dogłębnie analizować nie przywykłam, będzie raczej krótko i, mam nadzieję, w miarę konkretnie.  

 

Zacznę od tego, że z nikomu nieznanych przyczyn czepiam się tradycjonalizmu i z dala trzymam od technologicznych gadżetów. Używam tylko tego, co absolutnie użyć muszę. Nie pomogło mi to w odbiorze Twojego opowiadania. Zwłaszcza dyskusja Sebastiana z ojcem i wujem mnie wymęczyła, bo inne wątki i elementy były dla mnie strawniejsze. Pod tym względem czytanie było dla mnie trudne. (Przy powieściach aż takich problemów nie mam, bo tam ze względu na długość mam czas oswoić się z technologią świata – żeby nie było, że SF unikam, bo nie unikam). To pierwszy minus. 

Teraz plusy. Gdyby nie Twój styl, gdyby nie te kilka wątków dążących do wspólnego rozwiązania (o tym za chwilę), to nie wiem, czy bym dokończyła. Bo mimo wszystko zostałam wciągnięta. Lubię taką konstrukcję opowieści, jaką zastosowałeś. U mnie, jeśli tylko jest to sprawnie przeprowadzone, to przerywanie akcji w jednym miejscu i przenoszenie na chwilę w drugie pobudza ciekawość i nie pozwala się oderwać od lektury.  

I drugi minus (ostatni). Nie wszystkie wątki zeszły się tak, jakbym się spodziewała. Mam na myśli to, że historia byłaby idealna w znacznie dłuższej formie, gdzie wiele jeszcze elementów spokojnie znalazłoby miejsce (np. mocniejszy akcent księdza na tabu śmierci, zamiast frazesów i skupiania się na samym biznesie i projektowaniu), losy poszczególnych postaci (żywych czy też “dusz”) mogłyby się lepiej spleść. I ciut więcej pokazać, wyjaśnić. 

I jakaś ocena końcowa by się przydała – w ostatecznym rozrachunku – podobało mi się :) Zwłaszcza te niuanse, które wyłuskałam sobie spod technologii i spomiędzy serwerów :) 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

yesyes

Dziękuję :-) Czyli kolejny głos na bardziej rozbudowany, pogłębiony portret postaci i ich motywacji, dobrze rozumiem?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jak najbardziej :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dobra, to lecimy z całą prozą. O opowiadaniu Ryby napisze najwięcej, bo jakoś śmiem wątpić, że inni autorzy też usłyszą mój głos :P

Czytałam teksty po kolei (prawie zawsze tak robię) i  pod względem jak mi się podobało, mogłabym je ustawić dokładnie w tej samej kolejności… Akurat tak się złożyło.

Ogólnie więcej tekstów przypadło mi do gustu, niż nie przypadło, choć zazwyczaj mam pół na pół. A trafiały się też takie numery, jak z nieszczęsnym opowiadaniem bizantyjskim, w których proporcje były odwrotne. Za to, poza opowiadaniem Bear, wszystkie teksty z grafikami mają te grafiki po prostu paskudne. Na widok rysunku przy tekście Rybki to się strzeliłam w czoło ;]

Tyle z ogólników, teraz konkrety:

“Zapalę ci znicz” – z zalet jestem urzeczona postaciami i światem. Jest bardzo namacalny, prawdziwy. I nie chodzi mi tu o pomysł na technologię programowania ludzkich dusz (który nie stanowi w sumie jakiejś nowości), ale o to jak społeczeństwo taką technologię by przyjęło. Miałam uczucie, że czytam coś, co się naprawdę wydarzyć może (znów, abstrahując od kwestii technicznych). No i pomysł z Pirxem mnie kupił. Boska postać, szkoda że jej tak mało było. Humor też mi podszedł, ale to standard w przypadku tekstów Ryby. W ogóle wydaję mi się, że dla ludzi pracujących w IT ten tekst jest po prostu przyjemniejszy w odbiorze (mój mąż to programista :D).

Z wad? Nie podobało mi się twist z księdzem, choć sama postać bardzo fajna. Ale spłyciłeś go w moim odczuciu. Choć tu muszę przyznać, że chyba odzywa się czepialstwo charakterystyczne dla osób z portalu. Mój mąż, jak mu o tym powiedziałam, stwierdził, że nie zauważył żadnego spłycenia i że jak najbardziej realistyczne to było i o co mi chodzi xD Już nieraz nacięłam się, że coś, co wydaje się dla nas oczywistym błędem, dla czytelnika nie piszącego przechodzi niezauważone albo wręcz okazuje się zaletą. Ot, skrzywieni jesteśmy i tyle…

Z innych wad? Wątek z długiem, który był początkowym “hakiem”, w sumie okazał się słaby i do niczego ważnego nie prowadził (najważniejszy przecież były tu motywy Pirxa i realności/moralności dusz). I chyba trochę przeholowałeś z postaciami, bo pamiętam Katerinę, Pirxa i księdza wyraźnie, a reszta mi się rozmywa strasznie.

“Adept” – napisane świetnie. Klimat, humor, warsztat, no wszystko miodzio i zastanawiałabym się nawet, czy nie ustawić tekstu nad “Zapalę…”, gdyby to było opowiadanie. Ale nie jest. “Adept” stanowi pierwszy rozdział większej opowieści. Po zarysowaniu postaci, świata i relacji po prostu się urywa…

“Ta przypadkowa planeta” – wciągnęłam na raz. Dobrze się czytało. Taki życiowy tekst.

“Pokój w izolacji” – nie przekonał mnie świat. Uważam, że jeśli ktoś stworzy cyborgi, to sobie w nich zamontuje wyłącznik, a nie będzie robił w portki, jak już okażą się bezużyteczne ;] I ten przewijający się motyw pseudogejowski z mięśniakami rodem z Gears of War… Ale w sumie i tak tekst na plus.

Dwa pozostałe szorty były znośne, ale nie pozostaną mi w głowie na długo. To tyle!

Tylko nie "Tęcza"!

Ja ze swojej strony bardzo dziękuję, Tenszo :-)

Bardzo mnie cieszy krytyczne podejście, bo dzięki temu dostaję już konkretną informację jako autor od czytelników, nie tylko z pewnego, siłą rzeczy zawężone go, “środowiska testowego” ;-)

Trochę szkoda mi tego odbioru “spłycenie księdza”, ale z kolei wiem, jak tekst się rozrastał nim był skondensowany do bieżącej formy :-) Cóż, taka pułapka, lekcja dla mnie  w zakresie ekspozycji motywacji bohaterów :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Sądzę, że to spłycenie wynikło też z faktu, iż twist mocno wyeksploatowałeś. Jak przeczytałam o plotce, że zarząd składa się dusz miałam takie “wow… dobre”. Jak się okazało, kim jest Pirx nadal miałam wstrząs. Ale jak wyszedł twist z księdzem to już byłam na to totalnie gotowa (nie mylić ze “spodziewałam się”, bo nie – nie spodziewałam, ale po prostu to już był trzeci raz i wrażenie zbladło).

Tylko nie "Tęcza"!

O tym mówię, nie o ten aspekt mi chodziło :-) Dusze są tylko wspólnym mianownikiem :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Mogę wyznać, że po bojkocie październikowego numeru oraz ostatniego WSF (bojkot po zrażeniu się wrześniową, w moim odczuciu bardzo słabą, NF) postanowiłem zakupić czasopismo na listopad. Przekonały mnie trzy sprawy: wywiad z DG, recenzja Metra 2035 oraz opowiadanie Rybińskiego, tekstami którego można bawić się już od objętości portalowego komentarza.

 

Tym razem publicystyka w większości mi się podobała. Lecz oceniam ją nie jako znawca (czytam tego bardzo, bardzo mało), tylko szary czytelnik, który oczekuje od artykułu rozbudzenia zaciekawienia, poznania jakiegoś smaczku czy konkretnej informacji.

Wspomniany i oczekiwany wywiad z DG jak najbardziej usatysfakcjonował. Ciekawy,  niewtórny, bardzo konkretny.

Jak tu odłożyć na święta – taki tam zapychacz.

Tekst o ekologii – jakby o niczym, na zbyt dużym poziomie ogólności. Odebrałem to jako wodolejstwo.

Ucieczki Blackwooda – takich artykułów chciałbym jak najwięcej. Przybliżył mi sylwetkę autora, którego zupełnie nie znałem. Fajny, syntetyczny tekścik, choć sam Blackwood wydał mi się nudny i raczej nie jestem zachęcony do jego twórczości. Ale o to chodzi – o selekcję; przecież nie sposób wszystkiego przeczytać.

Tekst o komiksowym bohaterze pominąłem po kilku zdaniach. Nie trawię.

 

Proza polska.

Zapalę ci znicz – (7/10) – spodobał mi się pomysł. Opowiadanie mnie wciągnęło, trzymało od początku. Zresztą pierwsze akapity są znakomicie skonstruowane jako haczyk. Nawiązania do literatury jakoś mnie nie poruszyły, choć z pewnością to miłe akcenty. Brakowało mi natomiast podjęcia tematu “żałoby”. Chciałem, aby to zostało poruszone, jaka jest wizja przeżywania straty. Owszem, gdzieś się pojawia na ten temat fragment, ale jest on raczej krótki i ogólnikowy. A ja chciałbym się tym umysłom ludzi przyjrzeć, wczuć się w ich emocjonalność. Nie podobało mi się (i nie podoba gdziekolwiek) podsuwanie wyjaśnień “oczywistości” (spraw oczywistych dla bohaterów, nie czytelnika) w dialogach, typu “jak doskonale wiesz…” i inne. Jestem zdania, że na objaśnienia dla czytelnika jest miejsce w narracji, a nie należy to do gadaniny bohaterów. Jest za to w tym “podsuwaniu objaśnień” (ależ się powtarzam) również znakomity fragment – rozmowy radiowej. I to jest duży plus dla Rybińskiego, za pomysł na taką konstrukcję sceny, na wybrnięcie z tego, czego nie lubię, a mimo to zostaniu przy dialogu postaci. Całość oceniam na mocne siedem. Tekst, z którym warto się zapoznać.

Adept – (7+/10) – z początku byłem sceptycznie nastawiony, bo Strugaccy w Warszawie przełomu XIX i XX wieku? Trochę też sieczki – ale sprawnie ujętej. Trochę też niedosytu (nie lubię historii, które są częścią czegoś większego, bo będę musiał przeczytać wszystko, gdy mi się podoba… – z drugiej jednak strony jestem trochę hipokrytą, bo sam taki kawałek posłałem do NF – ale pod naciskami fantastów! to ich wina! – i cierpliwie czekam na odpowiedź). Nie bardzo wierzę w tak składną rozmowę bohaterów po którejś z kolei butelce, nie chce mi się też wierzyć w zbędne zdanie o nagrodzie Nobla (”zdążył wydać przed śmiercią Przyszłą wojnę” i “nominowali książkę do Nobla”, i “autor Przyszłej wojny zmarł w 1902” – nagroda Nobla jest przyznawana od 1901 roku i nominację mogą uzyskać tylko osoby żywe. Tu mamy anegdotkę o książce, którą zdążono przetłumaczyć na szwedzki i nominować do nagrody w mniej niż rok. Nie kupuję tego), miałem też wątpliwości co do nazw warszawskich ulic przełomu wieków – ale zaufam autorowi i korekcie, bo nie chce mi się sprawdzać ;) W każdym razie jestem pozytywnie zaskoczony historią. Podobała mi się i chciałbym więcej (co rzadko piszę). Najlepsze opowiadanie numeru, choć z  ilości tych moich uwag nijak nie wychodzi “8”, które chciałem dać.

Ta przypadkowa planeta – (3/10) – ten przypadkowy tekst… Nie czuję żadnych emocji w związku z biednym pieskiem, nijak nie porusza mnie obyczajowa historyjka tu zaprezentowana (a bohaterka-narratorka jest ciapą, ani trochę jej nie polubiłem), a fantastyczne elementy, tło, cały wykreowany świat jest po prostu gdzieś pogubiony i nie stanowi najmniejszej atrakcji, nie wnosi nic do treści. Tak przynajmniej uważam. Aż “3” ze względu na płynną lekturę.

Pokój w izolacji – bez oceny – nie dokończyłem. Czyta się od początku topornie, im dalej w las, tym gorsze wrażenia. Temat nijak mnie nie zainteresował. Brak haczyka. Wymiękłem po 1/3 objętości. Szkoda czasu.

Wczepiony – (6+/10) – gdyby nie ta koszykówka… Ale bardzo ładnie przedstawiona relacja ojciec-syn, ich wartości, oraz postać i postrzeganie agenta, który, mimo swoich osobistych przemyśleń, musi wykonywać swoją pracę. Końcówka skonstruowana w taki sposób, by skłaniała do refleksji. I to się udało. Opowiadanie jest niezłe i można poświęcić mu chwilę.

Kontrola bezpieczeństwa – (5/10) – sama wizja kontroli bezpieczeństwa – zwiększonej i wzmocnionej do absurdalnych, przerysowanych w fantastyczny sposób norm – bardzo mi się. Sprawa najwyższych lotów. Jednak została podana w formie suchej buły, która staje w gardle i ciężko ją przełknąć. Proporcja suchej relacji ze zmian, suchej wizji kontroli, suchych faktów do obecności w tym wszystkim bohatera i jego życia jest nienaturalna. Właściwie można by wywalić bohatera, nie zauważyłbym zmiany. Dla mnie to nie jest opowiadanie – to raczej paleta pomysłu, do którego należy dopisać porządną historię. Tu mamy świat stworzony, ale historii brak – odwrotnie jak w “Tej przypadkowej planecie”.

 

Proza polska w końcu lepsza od zagranicznej.

Podobała mi się też recenzja Metra 2035. Dokładnie tak powinny wyglądać recenzje – skłoniła mnie do preorderu książki. Pozostałe recki książek jakoś nie ruszyły. Ale dobrze, że są (choć na mój gust może o dwie za dużo). Gry i komiksy ominąłem, jak zawsze. Recenzja Marsjanina w porządku. Zainteresowałem się nią.

I jeszcze babole (choć nie wynotowałem wszystkich, tylko kilka dla przykładu, że korekta się leni i jest słabiej niż we wrześniu, jeśli chodzi o literówki i tym podobne – dlatego też nie zdecyduję się na prenumeratę, a raczej sporadyczne zakupy, póki produkt nie będzie wypieszczony) w wersji .mobi:

w ty ostatnim z pewnością – to jest w “Jak tu odłożyć na święta”

w kolei będą łapać – ten sam artykuł, powinno być “z kolei”

Sapokowskiego  – nie znam takiego nazwiska / ten sam artykuł

zasięg występowania pandy pokrywa z terenami – a gdzie wcięło “się”? / “Wrogowie ekologii”

tą interpretację – wywiad z DG

o enklawach głupku! – wcięło oczywisty przecinek / “Adept”

matołku dlaczego powinieneś – kolejny oczywisty przecinek / “Adept”

Nie ma wolniejszego kraju niż Chiny – chyba chodzi o “bardziej wolnego” kraju; bo wyszło bzdurnie / “Kontrola bezpieczeństwa”

Z pewnością nie wymieniłem wszystkiego.

Podsumowując: jestem zadowolony z zakupu, bo dostałem dobre teksty, dla których numer kupiłem (Zapalę ci znicz, Metro 2035), a w dodatku jeden artykuł i nadspodziewanie dobre opko Przechrzty. Rozczarował za to poziom działu zagranicznego, choć tym razem nie nastawiałem się na niego, więc nie rzutuje tak bardzo na odbiór całego numeru. Pierwszy raz czytałem tak słaby, nieodpowiadający moim gustom zestaw prozy zagranicznej. Cieszy też, że nie było fantasy, które zazwyczaj (aż tak bardzo mi nie podchodzi) nadaje się do pominięcia.

“Tekst o komiksowym bohaterze pominąłem po kilku zdaniach. Nie trawię.”

 

Hmmm? W listopadowej “Nowej Fantastyce” nie było żadnego artykułu o komiksowej tematyce.

A ja dziękuję Sirinie. Solidna i uczciwa recenzja tekstu, doceniam czas, uwagi i jestem wdzięczny za opinię.

Odnośnie żałoby: oczekiwania a prezentacja… Zobaczyłeś w tekście dokładnie to, co chciałem pokazać i być może sam mogłeś obserwować w niedzielę w Polsce. Żałoby, takiej prawdziwej, pozwalającej żywym ukoić ból po stracie, praktycznie brak. Jest za to przedłużana obecność odchodzących i ludyczny rytualizm, automatycznie adaptowany do zmian w tej sferze, uch, życia.

Co oczywiście nie zmienia faktu, że sam wątek żałoby, właściwie jej zanikania jako okresu pogodzenia się z czyimś zniknięciem.na zawsze, też jest ciekawy i do rozwijania. Ot, a gdyby całe pokolenie już tak wychowano, a potem sru, jednak ktoś bardzo bliski znika? Szok dla psychiki przyzwyczajonej do tego, że mało kto tak naprawdę do końca odchodzi? A może westchnienie ulgi, że wreszcie można żyć dalej?

 

Edit: JeRzy, artykuł o Lokim na start opatrzony fotką z któregoś “Thora” (czyli adaptacja komiksu), co od razu nastawia na jakąś spodziewną ścieżkę w treści. Przyznam szczerze, że ja też zaczynałem czytać z duszą na ramieniu, że znów wszystko zdryfuje na Marvela, ale na szczęście się myliłem.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przecież zaduszki z żałobą nie mają wiele wspólnego. Nie wszystko, co dotyczy zmarłych musi być od razu w tonie żałobnym, nawet w czasie stypy lecą dowcipy i głupie historyjki. Tym bardziej lata po odejściu tego, czyj grób się odwiedza.

Im dalej w czas, tym łatwiej, a obyczaj ucztowania na grobach, z duszami zmarłych, nie wziął się znikąd :-)

 

Przy czym, w optyce katolickiej, jest to czas wyciszenia. Słowianie podchodzili do tematu inaczej, wyprawić na tamten świat, a jak wraca, to grzecznie ugoscic, załatwić frapujacy duszę temat i wio :-)

 

Edit: nadal, wspólnym mianownikiem jest podejście żywych do tych, którzy odeszli

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jeżeli taka była intencja – pokazanie rozwodnienia czy nawet upadku procesu żałoby – to Ci wyszło, bo przecież tak odczytałem tę nieobecność rozpaczy. Więc jeśli chodzi o to zagadnienie na poziomie tekstu jest jak najbardziej dobrze.

Jednak moje zdanie na ten temat jest inne i nawet w fantastyczną wizję nie uwierzę ;) Śmierć (i rozpacz jej towarzysząca) to w końcu bardzo istotna część życia, w Twojej historii nawet jeszcze ważniejsza. Ja bym postawił raczej tezę o falach samobójstw czy innym dążeniu do złączenia się w jednym wymiarze z ukochanymi osobami. Podsumowując – chciałbym poczytać o wizji kondycji ludzkiej wobec takich zmian. Niekoniecznie całych społeczeństw, starczyłby jeden bohater, jako reprezentant.

 

I tak, mając na myśli komiksowego bohatera pisałem o artykule dotyczącym Lokiego. Pierwsze zdania wyjechały z “komiksem” i podziękowałem. Nawet jeśli piszecie, że tam jest coś innego, to może Wam uwierzę, jednak nie wrócę do czytania za nic, bo to alergia bardzo poważna. Poza tym w listopadowej NF są komiksowe recenzje, a w artykule o zakupach przedświątecznych pojawił się jakiś tytuł komiksu.

Taka ilość komiksu grozi szokiem anafilaktycznym. ;)

Niektórzy lubią, niektórzy nie lubią, JeRzy :-) Tak już jest :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Że się tak trochę offtopowo włączę w dyskusję… Sirin, a czytałeś “Śmierć odwróconą” Aries? Nie zgadzam się z tezą, że w przyszłości żałoba będzie przeżywana głębiej, to nie pasuje do tego, co widzimy wokół. W dzisiejszych czasach istnienie śmierci jest wypierane: lubimy ją oglądać w wyolbrzymionej formie na ekranie, ale nie lubimy mieć obok. Ludzie nie chcą mieszkać koło szpitali i hospicjów, przeżywanie żałoby też jest passe. Kiedyś śmierć miała wymiar społeczny: przychodziły sąsiadki, pomagały myć ciało, były czuwania, modły. Uczestniczyły w tym dzieci. Płacz, rwanie włosów z głowy – w niektórych kulturach to były elementy wręcz pożądane. Rozbudowane rytuały wokół śmierci – łącznie z niektórymi formami kanibalizmu (zjadanie ciała zmarłych u ludów Amazonii), oczekiwanie i wręcz nacisk na łzy i rozpacz, przekazywanie imion nowonarodzonym dzieciom, odpędzanie złych duchów, które za bardzo przywiązały się do ziemi… to wszystko miało na celu również pomoc w powolnym pogodzeniu się ze stratą. Popularna w Europie czerń, noszona przynajmniej rok, miała podobną funkcję: tworzyła wokół żałobnika pewną przestrzeń i pomagała jemu samemu dojrzeć do powrotu do świata.

 

Dzisiaj? Coraz popularniejszy (szczególnie w Stanach, ale do nas też to dociera) jest zwyczaj wystawiania zmarłego w trumnie po “liftingu” przez specjalistę, tak żeby dobrze to wyglądało. Albo kremacja. Nikt nie chodzi ubrany na czarno przez rok i nie obnosi się z rozpaczą, to jest uznawane za coś w złym tonie. Masz dzień urlopu okolicznościowego na pogrzeb, a później wróć do normalnego życia i brońcie bogowie nie popłakuj nad klawiaturą, bo to obniża twoją produktywność i stawia kolegów w niezręcznej sytuacji. Ludzie nie wiedzą, jak się ze zbyt przeżywającą żałobę osobą obejść – czują się zażenowani. Wyobrażasz sobie, żeby ktoś tarzał się w ziemi albo skakał do dołu z trumną na eleganckim pogrzebie w dużym mieście? Trzeba trzymać fason. To pozwala zapomnieć, że sami jesteśmy śmiertelni i tego wymaga nasza kultura. Mnie akurat wizja “dusz-kopii” jako czegoś, co przynosi ulgę i pozwala jeszcze lepiej udawać, że śmierci nie ma wydała się boleśnie prawdopodobna. Samobójstwo, żeby połączyć się z ukochaną osobą? W naszym postmodernistycznym, nastawionym na kolekcjonowanie przeżyć świecie? Nie sądzę.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Mnie aku­rat wizja “dusz-ko­pii” jako cze­goś, co przy­no­si ulgę i po­zwa­la jesz­cze le­piej uda­wać, że śmier­ci nie ma wy­da­ła się bo­le­śnie praw­do­po­dob­na. 

Zawsze znajdzie się jakaś opozycja. I mi trochę zabrakło tego konfliktu. Niby znamy nieprzychylne stanowisko Kościoła, ale co z wiernymi? Psycho nie pisze o żadnych protestach, czy zwykłych przeciwnikach, a przecież oszustwo jest jawne – korporacja nie ukrywa faktu, że to “kopie”. Dziwne więc, że tak łatwo społeczeństwo zaakceptowało “cyberdusze”, a nie okrzykło ich herezją, czy wręcz profanacją mentalną zmarłych (ale żem wymyślił! ;) )Ale to temat rzeka i naprawdę chciałbym, by ujęto go w powieści, tfu, w Trylogii :) Wtedy już bez presji limitu znaków.

Jedno trzeba przyznać: tekst zmusza do refleksji (kolejny +). Ale Psycho napunktował u mnie tym opkiem! Zdolny… łajdak! :-)

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Skurczybyk, chyba szukałeś słowa “skurczybyk”,  Nazgulu :-)

 

Oczywiście, że taka zmiana, moim zdaniem, musi wywołać społeczne tarcia. Takie same jak religia w szkołach, krzyż przed pałacem prezydenckim czy też gruby szwindel na szczytach władzy typu “lub czasopisma”. Gdyby te kontrowersje nie istniały, radiowa audycja w takiej obsadzie nie miałaby miejsca. I tak, nie umiem upchnąć wszystkiego w jedno opowiadanie :-)

 

W dużej części podzielam obserwacje Mirabell – sposób przeżywania śmierci bliskich zmienia się na naszych oczach, jest spychany do najgłębszej z szuflad tzw. prywatności. Śmierć przestaje, jak mi się wydaje, być elementem znanego wszystkim, naturalnego cyklu, przestajemy się wspierać i chyba też uczyć nawzajem, jak sobie z nią radzić. Umieranie wyprowadza się do szpitali i hospicjów, powoli, ale skutecznie; co stało się z ludźmi spokojnie zamykającymi oczy po raz ostatni we własnym domu, łóżku, w otoczeniu najbliższych? Obrzędowość bez refleksji za to zauważam coraz częściej, jakby gonitwa codzienna była czymś najważniejszym. 

 

 

Bardzo się cieszę, Sirin, że podniosłeś ten temat oraz że masz taki, a nie inny punkt widzenia. To dla mnie znaczy, że żałoba, umiejętność – a może już odwaga? – do akceptacji śmierci jako czegoś istotnego, co należy odpowiednio przeżyć, wciąż jeszcze istnieje.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Doprecyzuję jeszcze, jak rozumiem słowo “żałoba”. Dla mnie jest to proces i jestem bliski rozumienia tego procesu według Elizabeth Kubler. Ona wyróżnia pięć etapów takiego procesu: zaprzeczanie, że doszło do śmierci, dalej gniew w stylu: dlaczego?!, następnie negocjowanie: tu wchodzi światopogląd, że taka jest kolei rzeczy, szuka się wyjaśnień, dalej depresja, po której dochodzi do ostatecznej akceptacji. Całość procesu jest cyklem, a cykl – jakoś tak się w ludzkiej psychice układa – to od daty do daty, od rocznicy do rocznicy.

Wydaje mi się, że Wy bardziej idziecie w okazywanie żłoby, w procesy widoczne na zewnątrz, a nie w środku człowieka. A mnie te flaki duszy interesują.

Nie chodzi mi o taki społeczny wymiar tej żałoby czy umierania – bo chyba tak mnie Mirabel zrozumiałaś. Chodzi mi o ten bliski, bezpośredni dla nas, osób najbliższych, współtworzących naszą codzienną rzeczywistość. Nie postawiłem tezy, że to będzie się umacniać, lecz tezę, że to nie zaniknie do takiego bezosobowego, wręcz z dnia na dzień, stanu “a stało się, trudno” (szczególnie, że w opku zdaje się być “kogo stać”, więc sporo ludzi na to nie będzie sobie mogła pozwolić, albo nie na cały czas). Akceptacja nie jest możliwa od razu – choć wiadomo, że każdy przeżywa żałobę tak samo i pojawią się takie jednostki przechodzące nad śmiercią do porządku dziennego.

Poza tym wydłużanie pożegnania (mówię cały czas o tych naj najbliższych) z osobą zmarłą jest bardzo negatywnym stanem psychicznym. Podobnie jak z przedłużającym się rozstaniem partnerów – którzy wracają do siebie jak bumerangi, a tworzą toksyczny związek z wysepkami dobrych zdarzeń (w opowiadaniu wysepką dobrych zdarzeń są te holorozmowy), które tylko przedłużają czas cierpienia (a z teorii wspomnianej pani czas zaprzeczania – początek rozmowy dziennikarza radiowego z księdzem – i czas negocjacji). Taki długotrwały, negatywny stan, coby tu nie owijać w bawełnę, skraca życie. I robi je smutniejszym. To z pewnością by wywoływało społeczne bunty.

Kwestia przeżywania żałoby jest również inna w naszej kulturze i kulturach azjatyckich. Więc to kolejny temat do rozmowy o zasięgu pomysłu z opowiadania.

Opowiadanie wzbudziło wartościowe przemyślenia – jak najbardziej dopasowane do aktualnego czasu. I to wzbudziło tym, co się w treści nie pojawiło (albo pokątnie zostało ukryte). Oby więcej takich (opek i refleksji).

 

A co do komiksowej alergii. Doprawdy kilka zdań o komiksach czy grach komputerowych mi starczy, by przekreślić cały tekst. A jeśli już pojawia się to na początku, to z zasady biorę się za czytanie czegoś innego (bo tyle jest do przeczytania, a czasu zawsze za mało).

Poza tym wydłużanie pożegnania (mówię cały czas o tych naj najbliższych) z osobą zmarłą jest bardzo negatywnym stanem psychicznym. Podobnie jak z przedłużającym się rozstaniem partnerów – którzy wracają do siebie jak bumerangi, a tworzą toksyczny związek z wysepkami dobrych zdarzeń (w opowiadaniu wysepką dobrych zdarzeń są te holorozmowy), które tylko przedłużają czas cierpienia (a z teorii wspomnianej pani czas zaprzeczania – początek rozmowy dziennikarza radiowego z księdzem – i czas negocjacji). Taki długotrwały, negatywny stan, coby tu nie owijać w bawełnę, skraca życie. I robi je smutniejszym. To z pewnością by wywoływało społeczne bunty.

O to to to, to jest to całe sparszywienie wynalazku, użycie go w sposób niezdrowy dla jego konsumentów – co gorsza, przy tych użytkowników współpracy :-) EDYTA: Miałem nadzieję, że szkic tgo problemu da się zauważyć w relacji Sebastiana z ojcem. /EDYTA I tak, jak z każdym pożądanym dobrem, które jest dostępne nie dla wszystkich, to musi wywoływać konflikt, radykalizację punktów widzenia.

Hmmm… Może niepotrzebnie uciąłem jeden wątek. Nic to, będzie okazja napisac ;-) Cieszę się z tej wymiany zdań chyba bardziej, niż z samego druku yes

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Cieszę się, że się cieszysz – więc teraz zostaw sobie cieszenie i niech mnie drukują! ;)

A tak serio. Chętnie zobaczyłbym “Zapalę ci znicz 2.0” z perspektywy innych bohaterów i bliżej powierzchni planety z szerokim ujęciem właśnie tego, leżącego bliżej naszego doświadczenia problemu. Jak coś napiszesz, to zgłaszam się do bety.

W planach “Powrót Znicza”, “Znicz kontratakuje”, a potem, celem kapitalizacji wartości marki, polecą “Mroczny znicz”, “Atak zniczy”, “Zemsta znicza” i “Przebudzenie zniczy” ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Zawsze znajdzie się jakaś opozycja. I mi trochę zabrakło tego konfliktu. Niby znamy nieprzychylne stanowisko Kościoła, ale co z wiernymi?

Z tym się jak najbardziej zgadzam. Nie ma jakiejś małej schizmy? ;)

 

Sirin: najwyraźniej nie do końca dobrze Cię zrozumiałam. Ale czy na pewno “kopiowanie” przedłużałoby czas cierpienia przez przedłużenie rozstania? Czy raczej spychało proces żałoby, wypierało go przez tworzenie iluzji, że rozstania nie ma?

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

W planach “Powrót Znicza”, “Znicz kontratakuje”, a potem, celem kapitalizacji wartości marki, polecą “Mroczny znicz”, “Atak zniczy”, “Zemsta znicza” i “Przebudzenie zniczy” ;-)

Tylko zadbaj o odpowiednią oprawę graficzną, żeby grzbiety całej serii ładnie w jakiś obrazek się układały :) A ja już miejsce na półce robię ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ale czy na pewno “kopiowanie” przedłużałoby czas cierpienia przez przedłużenie rozstania? Czy raczej spychało proces żałoby, wypierało go przez tworzenie iluzji, że rozstania nie ma?

Wydaje mi się, że można to sprawdzić. Trzeba poszukać badań lub opisów osób (idę o zakład, że coś takiego powstało), które dostały informacje, że ich mężowie, ojcowie, synowie itd. zginęli na froncie, a potem się odnaleźli. Trochę jak w hollywoodzkim Pearl Harbor – o taką sytuację chodzi. Albo o pomyłkę w informowaniu o zgonach. Powinno to pokazać, w jakim były te osoby (członkowie rodzin “zmarłych”) stanie do momentu “ożywienia” ich bliskiego, a potem jak reagowali na prawdziwą, kolejną śmierć.

Wydaje mi się, że takich sytuacji było sporo, bo człowiek to wojownicza bestia, wojen było i jest trochę… Więc z pewnością ktoś to opisał, nie tylko literacko czy językiem filmu, ale i badaniami (choć zapewne nie polskojęzycznymi).

 

Psycho – tylko nie przesadzaj z ilością zombiaków, a dalej ożywionych psów, kotów i chomików.

A ją podejrzewam, że obydwa zjawiska mogłyby wystąpić, a ich natężenir zależy od różnych czynników. Ot, obecny kult młodości, idealnego ciała (na krawędzi lub czasem poza parametrami zdrowymi dla ciał właścicieli), sztuczna kreacja popytu na pewien model życia, a z drugiej strony wszystkie ruchy i zjawiska stojące w opozycji do wymienionych – i mamy pełen wachlarz możliwości.

 

Pomysł z szukaniem relacji lub badań, gdzie źródłem informacji są rodziny cudownie zmartwychwstały to jedną strona (dobra) medalu. Z drugiej masz dzieci, które do późnej starości żyją w pełnej rodzinie, praktycznie żywą i bezpośrednią kontynuację relacji międzypokoleniowych. Jak to zmieni te familie? Co się stanie w tych z nie zdrowymi stosunkami? Co życie obok lub nawet że swoimi pra– pra– w pełni ich władz umysłowych, z ich systemem wartości spowoduje: zakonserwuje tradycję, doprowadzi do ostrego konfliktu? Jak strach przed śmiercią lub marzenia o nieśmiertelności, lub zwykły strach przed życiem – co zaczną robić ludzie, mając możliwość się zobrazować?

 

Mnóstwo możliwości…

 

 

Kurczę, Sirin skąd wiedziałeś o “Chomikjuice”?! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Mnóstwo możliwości, ale to już w kolejnych pokoleniach, a u Ciebie to dopiero początek dusz, skoro jeszcze niewiele rozumieją, pojawiają się upiory, a w radiu trzeba to i owo przedstawić, oswoić słuchaczy.

Tak jakoś mi się Twoje poczucie humoru skojarzyło z mordowaniem małych, słodkich zwierzątek…

autor: max-dunbar.deviantart.com

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

A można tylko o Akcji Znicz? Bo tylko to zdążyłam przeczytać do tej pory, a biorąc po uwagę moje tempo czytania NF, jeszcze mi trochę zejdzie. :)

Błogosławieństwo Finkli wyczytałam z dedykacji:), przyznam szczerze, że miałam też szereg skojarzeń z innymi tekstami (a nie tylko tego jednego jej autorstwa) podczas lektury. I nie jest to zarzut, raczej ciekawa jestem, czy tropy są przypadkowe, czy te teksty jakoś wpłynęły na Ciebie, Rybo. Zacznę więc od  tych moich skojarzeń. Np. ograniczone czasowo spotkanie ze świeżo zmarłymi od razu zapaliło lampkę pt. “Ubik” (czymże jest właściwie śmierć?:)), a jak przyszło do rozmowy Sebastiana z ojcem – ech, no, dawno to czytałam (warto byłoby odświeżyć), ale wszystkie te korporacje mają coś wspólnego.:) Gdy dumałam sobie w komunikacji publicznej nad faktem, że jak różnie można podejść do kwestii kontaktu ze zmarłymi, przypomniał mi się Card, jego dosyć nierówne (żeby nie powiedzieć dosadniej) “Glizdawce” i te gadające głowy przodków, które odbiły się czkawką w Futuramie – tu poglądowy obrazek – cóż, w pociągach zawsze myśli błądzą mi niepokornie:). Motyw Pirxa przypomniał mi opowiadanie Doctorowa “Epoka”, gdzie Bicmac wykazał się równie silnym instynktem przetrwania, a jego opiekun – podobnie jak Twoja bohaterka – dał się wykorzystać. No i ten ksiądz Robak… Tutaj dołączę się do chóru – niezbyt mi leży ta jego robakowa przeszłość. 

Ale o tekście. Mieszasz dużo wątków i zostawiasz mnie, czytelnika, z uczuciem niedosytu. Nie mam za złe cliffhangera, bardzo lubię takie zakończenia. Raczej żal mi muśniętych jedynie, bardzo intrygujących kwestii (ci handlowcy w umieralniach, ta histeria w kościele na wieść o nowinkach, nowe sposoby przeżywania żałoby i dyskusje nad nią). O tym wspomniała Mirabel i całkowicie się z nią zgadzam (sygnalizujesz ciekawy temat i pędzisz z prędkością światła dalej). W tym świetle wątek Pirxa wydaje mi się trochę niepotrzebny, ot, taki nadmiarowy. Jeśli chodzi o konkretne sceny, to podoba mi się, że nie opisujesz bohaterów zbytnio, poznaję ich poprzez wypowiedzi i czyny (taki Andrzej na przykład ujął mnie za serce, że od narodzin córki był przykładnym ojcem i mężem;)) i też cenię sobie ich niejednoznaczność. Mam jednak wrażenie, że sceny są trochę szarpane (szczególnie te z życia korporacji), z drugiej strony nadaje to nerwowego tempa opowieści – czułam, że na koniec zanosi się na wielkie K-Boom. Kończąc te chaotyczne wynurzenia, ogółem opowiadanie mi się podobało, jak na mój odporny na wiedzę techniczną umysł było czytelne. Infodump o archiwizacji był prawie bezbolesny.:D

Dzięki, rooms ;-)

 

Odpowiadając:  

“Ubika” czytałem dawno, ale na pewno wsiadł do głowy :-) Dick tak ma.

“Glizdawca” nie czytałem.

“Epokę” Doctorowa czytałem, gdy tekst już był dawno napisany i czekał na druk. Dlatego tak się zżymałem w recenzji ;-) Tym niemniej, motyw SI, która chce przetrwać, jest dość standardowy.

 

Nerwowe tempo = yes O to chodziło, te obrzędowe Zaduszki to straszna gonitwa, tłum, łokciowanko, przepychanko…

 

Ano wiem, wiem. Z jednej strony apetyt na jeszcze pobudzony, czytelniczy żołądek podku…fajkowany, z drugiej – opowiadanie czy coś dłuższego? A na coś dłuższego czas będę miał dopiero za lat X, jak narybek się ciutkę usamodzielni. Wątków, różnistych, narosło tyle, że zakładając zrobienie jednak opowiadania trzeba było rzecz posplatać, redukując przy tym wszystko, co “puchło” tekst. Cieszę się, że mimo wszystko in plus, że temat, sposób gryzienia, chwyta.

 

 

Daj jeszcze znać, co sądzisz o pozostałych tekstach w NF, jak już doczytasz ;-) Akcja Znicz… :-D yes

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Daj jeszcze znać, co sądzisz o pozostałych tekstach w NF, jak już doczytasz ;-)

Jest szansa – w sobotę znowu czeka mnie jazda pociągiem ;)

Warto kupić, czy nie?

Jeśli już chcesz wydać na coś dychę, to kup magazyn. Mnie zajmował (a nawet chwilami cieszył) przez czas dłuższy niż picie trzech piw o podobnej wartości.

Przerzchta robi swój konik, w tym wypadku carskie służby specjalne, plus lekko fantastyczno-steampunkowe realia dziewiętnastowieczne/z początku XX wieku plus zona rodem z “Pikniku”. Czytało mi się dobrze, taki klasycznie rozrwykowy tekst bez odkrywania koła na nowo, wyglądający, jak to ktoś ujął wyżej, jak pierwszy rozdział książki.

 

Z prozy zagranicznej został mi w głowie “WCZEPIONY” Richa Larsona – bo w tle sf, a na pierwszym planie historia ojca, syna i spraw między nimi, a merkantylizmu u agenta sportowego i jego własnych odczuć. Bardzo mi się. yesyesyes

Ponadto “Ta przypadkowa planeta” E. Bear –  near future, realia dużej, rosyjskojęzycznej metropolii, obyczajowa w gruncie rzeczy historia z psem w dużej roli. A ja i psy… No mnie się bardzo. yesyes

 

W publicystyce fajna przekrojówka o Algernonie Blackwoodzie Tomka Miecznikowskiego, przekrójówka JeRzego o Lokim (większośc pozycji, o których pisze, widzialem lub czytałem, więc tylko sobie odświeżyłem), a mnie bardzo spodobała się historia “Wróżek z Lamusa” – uśmiechałem się przez całą lekturę :-)

 

Z felietonów, tym razem Kosik (celnie opisane zdurnienie odbiorców szumu informacyjnego na przykładzie historii informacji o “odkryciu wody na Marsie”), Orbitowski (ale po prostu lubię to co robi w ‘Orbitowaniu po kinie”), Ziębiński narzeka na to, w jaki sposób zabijana jest miłośc do lektur (nic nowego).

 

Hope it helps.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Fishu muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem Twojego tekstu. Sugestywny, dobrze napisany, wielowątkowy, ciekawi bohaterowie i niejednoznaczne zakończenie. Aż chciałoby się czytać dalej :) Również miałem skojarzenie z Ubikiem (notabene chyba najlepsza książka Dicka). Gratuluję i czekam na kolejne  Twoje opowiadania w NF.

Przechrzta ze swoim Adeptem wykonał kawał rzemieślniczej roboty. Nie ma w tym tekście nic wybitnego, ale i nie ma się za bardzo do czego przyczepić. Przeczytałem z zainteresowaniem, ale powieściowy ciąg dalszy (jeśli będzie oczywiście) raczej ominę. 

Dziękuję, belhaju :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Cieszę się, że ludziom się “Wczepiony” podoba, bo miałem z tym opowiadaniem trochę roboty przy tłumaczeniu. Z pozoru było krótkie i proste, ale okazało się, że trzeba uskutecznić trochę słowotwórstwa – co zawsze jest ryzykowne – i wygrzebać różne dziwne informacje dotyczące koszykówki. Ale było warto. :)

A jakich dziwnych informacji o koszykówce musiales się doszukać? :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Musiałem sprawdzić, co oznaczają koszykarskie terminy pojawiające się w tekście, sprawdzić nazwiska koszykarzy, nazwy lig i turniejów. Oprócz tego w języku angielskim logo Nike’a ma własną potoczną, mocno dźwiękonaśladowczą nazwę (”Swoosh”), która chyba nie funkcjonuje w polskim. Tego typu szczegóły, które wymagały googlania, bo w słownikach się tego nie znajdzie, więc trzeba np. szukać filmików, zdjęć, opisów i składać to do kupy. Chociaż to wszystko i tak był drobiazg w porównaniu z opowiadaniem Mike’a Careya “Drugi oddech”, w którym było sporo hermetycznej terminologii giełdowej przemieszanej z malowniczymi porównaniami używanymi przez głównego bohatera. :)

“Swoosh” to polska “łyżwa”, ale faktycznie, taka nomenklaturą branżowa to wyzwanie.

Tekst dobry, tłumaczenie chyba też, skoro tak chwyta :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Udało mi się skończyć dział zagraniczny i dołączam do zachwytu nad “Wczepionym”. Bardzo ciekawie postawiony problem, mocno osadzony w prawdopodobnej ewolucji mediów (chodzi mi nie tyle o same “wczepy”, co o nacisk na coraz większą więź z gwiazdą – w tym wypadku sportową – na sprzedawanie złudzenia bezpośredniego udziału w wydarzeniach, bycia w centrum, w końcu – przeżywania). 

 

“Ta przypadkowa planeta” trochę za mocno szafuje stereotypami (egoista – nieudacznik życiowy i wyzwalająca się od niego czarownica), ale tekst dowcipny, bliska przyszłość interesująco zarysowana i postać psa na plusie.

 

“Pokój w izolacji” jak dla mnie przekombinowany. Napięcie rysujące się między postaciami i moralny problem giną w dość wysilonej fabule.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Nie chciałbym nikogo urazić, dlatego uprzedzam, że ci, którzy się urażą nie mają racji. Od kilku numerów dopadł mnie felietonowstręt. Objawia się on niemożnością zachwycania się felietonami w NF,nad czym niezwykle boleję.

W skrócie: cztery strony mniej czytania, to kilka minut więcej dla siebie. Polecam.

O zniczach.

Miało być, Rybosławie, zgodnie z Twoją wolą tu, zatem niech tak się stanie.

Na początku chciałbym zaznaczyć, że stanowczo wolałbym móc podzielić się opinią inną niż poniższa. Być może – znając dotychczasową twórczość Autora – nastawiłem się zbyt optymistycznie albo oczekiwałem zbyt wiele. Dodam, że z pewnością jednym z powodów mojego niezadowolenia jest utrzymanie tekstu w nielubianych przeze mnie klimatach. Jeśli powielam spostrzeżenia przedpiśców – trudno, nie miałem czasu czytać komentarzy.

Bohaterowie – zbudowani z pewnością dobrze; zdają się żywi, prawdziwi i jest to wielka zaleta tekstu. Tylko co z tego, skoro działania bohaterów prowadzą donikąd, a opowiadanie jest zbyt krótkie, by móc zżyć się z postaciami i czerpać przyjemność z samej możliwości „obserwowania” bohatera/ów? Tekst się kończy i pozostaje pytanie: no i co z tego?

Dialogi – podobały mi się „wywody” księdza ładnie kontrastujące z pytaniami z Internetu; to chyba najlepszy motyw w całym tekście. Z drugiej strony mamy na przykład rozmowę kolesia z wujkiem i ojcem, przy której o mało nie zasnąłem.

Tematyka – teoretycznie lubię teksty, w których autorzy stawiają pytania o granicę czy tez istotę człowieczeństwa, zwłaszcza w starciu z technologiami. Praktycznie sztuką jest takie przedstawienie tematu, by nie utopić czytelnika w opisach wizji, nie zanudzić technicznymi aspektami sprawy lub nie wywołać odruchów wymiotnych przeładowaniem specjalistyczną terminologią lub – o zgrozo – nawałem neologizmów. Nie chcę zastanawiać się nad tym, która z tych – moim zdaniem – wad  jest w Twoim tekście wiodąca (z pewnością, całe szczęście, nie neologizmy), jednak po trochu z większości chyba posiada.

Niedopowiedzenia i muskanie tematów – odnoszę wrażenie, że ten tekst powinien być ze cztery razy dłuższy; czytelnik miałby wówczas czas na poznanie bohaterów, docenienie niuansów, wejście w kreowaną rzeczywistość i wczucie się w problematykę, którą owa rzeczywistość tworzy. 

Sorry, taki mamy klimat.

Na początku chciałbym zaznaczyć, że stanowczo wolałbym móc podzielić się opinią inną, niż poniższa.

No co ty, do cholery? Uważasz, że jestem ze szkła? ;-)

 

Seth – bardzo dziękuję za uczciwą opinię. Każda, która wnosi coś sensownego, niezależnie od tego, czy jest pozytywna, czy negatywna, jest dla mnie cenna, bo dostarcza mi informacji.

 

Cztery razy dłuższy? No w sumie, materiału i wątków na mini powieść będzie :-)

 

Nielubiane klimaty – sci-fi/cyberpunk?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nielubiane klimaty – sci-fi/cyberpunk?

Przeważnie tak. Choć bywają teksty SF, od których nie mogę się oderwać, jednak baaardzo rzadko; ostatni taki, dawno temu, to były chyba “Fale” Liu. 

Gdy tak się zastanowić, to większość moich zarzutów wzięła się właśnie z tego, że Twój tekst jest niedostatecznie rozbudowany.

Sorry, taki mamy klimat.

Powiedzcie mi ludzie, bo troska mnie gnębi

Czy lepiej po wierzchu, czy lepiej do głębi?

śpiewał kiedyś Kuba Sienkiewicz ;-) Ot, dylemacik ściaśniania się w opowiadaniu :-) Dzięki za twój czas i opinię, Seth!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

To teraz, jak już się wszyscy wygadali, ja:)

Gratuluję mocno i oceniam obiektywnie, czyli według własnego widzimisię.

Minusy:

– Pierwszy rozdział.

Nie podobała mi się sztywność, wąchanie “okolic tylnych łap” dziecka, przewijanie. Może jestem uprzedzona, ale zupełnie mnie nie przekonał.

– Postać Anity.

Nieprawdopodobna psychologicznie. Ma romans z żonatym facetem i rzuca go bo urodziło mu się dziecko a rozmawia z nim jak z przyjacielem (on z nią też).  Nijak tego nie widzę. 

Siedzi w branży od ośmiu lat a daje się tak zrobić w konia duchowi, o którym wiadomo, że kombinuje i jest “dziwny”.

Nie wie, gdzie jest jej ojciec? Przecież wszyscy mają dostęp do “swoich duchów”. Jeśli przyjmiemy, że jej tatuś zginął zanim opracowano metodę tworzenia “duchów”, logicznym jest, że nikt nie pomoże jej go odnaleźć.

– Romans.

Nic nie wnosi do fabuły i jest, w moim odczuciu, nieprzekonywający.

– Urwane zakończenie.

Troszeczkę za szybko. Kilka wątków mógłbyś dociągnąć.

Plusy:

– Brak dylematów moralnych i wypluwania z siebie emocjonalnych rozterek.

Uważam, że to ogromna zaleta tekstu. Dzięki temu bohaterowie są żywi i działają, a nie, myślą. przeżywają i roztrząsają.

– Pirx Siedem

Ma jeden cel i uparcie do niego dąży. Do tego sympatyczny kombinator. Taki Loki z ograniczonymi możliwościami. Tę postać polubiłam najbardziej.

– Wciąga.

Właśnie :)

 

Ogólne wrażenie bardzo dobre. Podobał mi się pomysł z terminologią okultystyczną. Czytało się lekko, bez znużenia i zmęczenia.

Gratuluję i jeśli są jakieś wątpliwości, rozwieję je teraz. Opinia, którą wysmarowałam, jest pozytywna :)

Hej badi, ogromne dzięki :-) 

 

Jeżeli chodzi o postać Anity, to nie widzę z jej strony rozmawiania jak przyjaciele. Co spowodowało, że tak odebrałaś jej nastawienie? Z ciekawości pytam :-)

Romans – masz rację, jest tylko wątkiem tła, ustawiającym relację między postaciami, bez wpływu na fabułę tego konkretnego tekstu.

Jeżeli chodzi o ducha, to zwróć uwagę, że to ona, jako spirytystka, w pełni kontroluje, od lat, techniczną stronę tej duszy. Od lat to ona robi “duszy” przysługę, wydaje się jej, że panuje nad przedsięwzięciem. Nadal, jest specem od obsługi, nie od tworzenia dusz.

Ojciec – hmmm… Jedno ‘lekkie powiązanie’ gdzie indziej w tekście najwyraźniej za mało wyeksponowane, dzięki :-)

 

 

Z takich zabawnych ciekawostek o terminologii… Procesy usługowe w Linuxie to ‘demony’. Wątki w ramach procesów lub procesy potomne to tzw. ‘Dzieci'. Jeden z błędów o braku pamięci powiada:

Kill proces <id> (deamon name) or sacrifice child/children – ‘Ubij proces <id> (imię demona) lub złóż w ofierze/poświęć dziecko/dzieci’ ;-)

 

Jeszcze raz dzięki za czas, uwagi i dobre słowo :-) A jak reszta numeru? :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ha, Badi, wcale nie wszyscy, bo jeszcze ja! :) Nie przeczytałam wszystkich komentarzy, przejrzałam raczej i widzę, że częściowo będę powtarzać po innych, a częściowo się nie zgadzać.

 

Chciałeś, Sajko, no to masz. :)

 

Co ten tekst ma wspólnego z tym pierwotnym, z bety? Bo mam wrażenie, że to zupełnie nowy tekst, więc nawet trudno mi go porównywać. Tamten podobał mi się zdecydowanie bardziej. Ten mnie zmęczył.

Zaczyna się wciągająco, chociaż zgodzę się z Badi, że to całe wąchanie, przewijanie, kupka – to takie infantylne jakieś wyszło. Postać Anity natomiast mi się podoba i nie widzę nic dziwnego w tym, że postanowiła zerwać związek po pojawieniu się dziecka.

Więc tak – początek wydał mi się zachęcający. Ale potem kondensacja temu opowiadaniu zaszkodziła. Chcesz przedstawić ludzkie historie, nową rzeczywistość, technologie, dylematy moralne, aspekty ekonomiczne, pofilozofować, dodać jakiś twist – a to wszystko w tych kilkudziesięciu tysięcy znakach. No, nie da się, moim zdaniem przynajmniej, bo sporo przedpiśców uważa inaczej.

Ale chcesz. Więc wprowadzasz postać księdza (nawiasem mówiąc nie podzielam opinii, że to interesująca postać. Mnie irytował, z tymi swoimi banałami, kaznodziejstwem, desperackim trzymaniem się idei, że religia i nauka się nie wykluczają. No, wykluczają się, chyba że sobie religię potraktujemy tak wybiórczo, że nie zostanie z niej niemal nic). I ten ksiądz podczas wywiadu kawa na ławę opowiada o projekcie. A potem jest jeszcze wujek ze swoim monologiem.

Więc zamiast pokazać historię poprzez fabułę i bohaterów, w znacznej mierze załatwiasz sprawę wywiadem i wykładem.

I rozumiem oczywiście, że gdybyś chciał to przekazać fabularnie, to ten tekst rozrósłby Ci się do powieści, bo i tak jest długi. Ale ja dostałam to, co dostałam, i dla mnie jest to miejscami dość hermetyczna puszka skondensowanego mleka. A wtedy trudno mi wczuć się w opowiadaną historię, trudno mi przejąć się losami bohaterów.

 

Sajko, ten tekst mi jakoś specjalnie nie podszedł. Ale to jeden z nielicznych wyjątków, wiesz przecież. :)

Ocho, bardzo dziękuję za rozbudowaną recenzję!

 

Akurat wywiad i monolog wuja są mocno skrócone  w stosunku do wersji, którą widziałaś, ale jeśli dobrze kojarzę był tam też co najmniej jeden wątek więcej, więc i proporcja inna. Nie dziwi mnie twoja opinia o objętości, ale za pisanie dłuższych form to ją się biorę jeszcze gorzej niż ty ;-)

 

Swoją drogą, bardzo dla mnie interesujące są opinie o postaciach księdza (różny odbiór, w zależności od światopoglądu czytelników, spodziewany) i Anity (bo tu z kolei wielka niewiadoma, nie spodziewałem się, że ktoś to może uznać za niemożliwe – pewnie suma osobistych doświadczeń i przekonań decyduje). Dzięki za to!

 

A jak reszta numeru? :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie wiem, czy opinie o księdzu różnią się w zależności od światopoglądu. Widzę tu osoby o światopoglądach w tej kwestii do mojego zbliżonych, które uważają postać księdza za ciekawą.

 

I teraz zastanawiam się, czy ja w ogóle czytałam ten poprzedni tekst. Jest możliwe, że jednak nie i cały czas myślę o innym? Hm…

 

A co do reszty numeru – Sethrael polecił mi “Adepta”, bo wiesz, oficer, mały oddział… To ma mi się spodobać. ;) Więc na razie zaczęłam czytać i widzę, że ten oficer jakiś taki za stary jak na mój gust. ;)

Ale doczytam i dam znać, pewnie wieczorem.

 

 

Swoją drogą, bardzo dla mnie interesujące są opinie o postaciach księdza (różny odbiór, w zależności od światopoglądu czytelników, spodziewany)

Widzę tu osoby o światopoglądach w tej kwestii do mojego zbliżonych, które uważają postać księdza za ciekawą.

Jeśli to było między innymi do mnie, to pragnę zaznaczyć, że podobały mi się “mądrości” księdza skontrastowane z pytaniami z Internetu, co wyraźnie podkreśliłem. Chodziło mi dokładnie o zderzenie różnych form wypowiedzi i wynikający z tego potencjał satyryczny, który Rybosław momentami wykorzystywał. Do samej postaci księdza mam stosunek obojętny, do głoszonych przez niego “prawd” – bardziej niż krytyczny. Niemniej samą wymianę poglądów uważam za najlepszą w całym tekście.

 

EDYCJA:

Więc na razie zaczęłam czytać i widzę, że ten oficer jakiś taki za stary jak na mój gust. ;)

Ocho, ale za to nieprzyzwoicie bogaty! ;D

Sorry, taki mamy klimat.

Ocho, przyznam, że przy ‘Adepcie’ również od razu pomysłałem o pewnym kapitanie ;-)

 

Seth – no kurczę, ktoś docenił zderzenie tych dziwacznych światów – yesyes :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Otworzyłam sobie butelkę wina “The sin of Dracula” i zabrałam się za “Adepta”. Aż nie zauważyłam, jak mi woda w wannie wystygła. ;)

 

Ocho, przyznam, że przy ‘Adepcie’ również od razu pomysłałem o pewnym kapitanie ;-)

Cieszę się, też pewne małe podobieństwa widzę, choć Samarin starszy, brzydszy i zapewne ma równiej pod sufitem. :)

Nie będę się rozwodzić nad tym opowiadaniem. Po prostu mi się podobało, lubię takie dobrze napisane, bezpretensjonalne przygodówki. Irytowała mnie tylko rozmowa o zastosowaniu alchemii w medycynie – jak słyszę o tym, że organy zostały ukształtowane przez różne  moce (np. serce i oczy przez energię słoneczną, a organy płciowe przez wenusjańską) to mi się oczy same przewracają, mimo że to opowiadania fantastyczne. Dobrze, że jeszcze na temat homeopatii nie zaczęli się rozwodzić. ;)

A, i zupełnie nie przeszkadza mi to, że ten tekst to zapowiedź czegoś większego. Finałem – niefinałem jestem usatysfakcjonowana. Postacie epizodyczne (złośliwy stangret, Okoniowa) – rewelacja.

 

EDIT: A, Sajko, ja ten kontrast między księdzem a prowadzącym wywiad też dostrzegłam. Tylko uznałam, że przesadziłeś. Ksiądz przesadził w okrągłych banałach, pytania z internetu były też przesadzone w formie. Ale potem sobie coś przypomniałam: gdy jadę samochodem słucham na zmianę dwóch rozgłośni, ze względu na muzykę. Antyradia i Radia Rock. I kiedy w Antyradiu są wiadomości, z miejsca przełączam na coś innego, bo te wiadomości pisze chyba jakiś kompletny debil. Używają tak prostackiego języka, tak prymitywnych kolokwializmów, że tego po prostu nie da się słuchać. Więc, może jednak, te pytania nie były znowu tak przesadzone. ;)

 

ADEPT Adam Przechrzta – Bardzo chętnie przeczytam książkę, jak wyjdzie. Zdecydowanie jeden z ciekawszych tekstów tego numeru. Oczywiście, jak dla mnie. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ocho: Ano Antyradio chyba ma taką politykę wyróżniania się poprzez robienie tego inaczej, niż powinno się robić :-) Odruch mam podobny.

 

Co do komciów z netu i okrągłych kanałów – ja naprawdę tego nie wymyśliłem, ją to tylko zestawiłem alless zusammen do kupy :-)

 

 

Morgiano, a ‘Piknik na skraju drogi' czytałaś?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Niestety nie, a polecasz?

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Zdecydowanie. Zrozumiesz skąd Przerzchta zaczerpnął pełną garscią :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie wiem czy to tak wypada mówić innym, z kogo zrzynali. Czasami można się na tym przejechać, (bo tematy wiszą w powietrzu albo są obrabiane na sto razy)  albo doprowadzić do stwierdzenia, że cała fantastyka to tak naprawdę komentarze do (wpisz autora, którego znasz najlepiej), co akurat na tym polu jest stwierdzeniem raczej płytkim, a nie doniosłym. Bo może ludzie, którzy piszą o odwiedzinach u umarłych rodziców czerpali pełną garścią z Wattsa, a tacy, co o wszechobecnej wyszukiwarce, to z kolei z… (sorry, za mało czytam, zabrakło mi stereotypów ;-)  ).  Innymi słowy “X czerpał pełną garścią z Y” brzmi czasem jak “nie znam innych powieści/opowiadań w tym temacie, niż Y”, prawda? :) 

A wszyscy co piszą fantasy, zrzynają z Sapkowskiego. Coś w tym jest. Całe szczęście,  że ja mam same oryginalne pomysłyyes

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

 

:-D

 

Hmmm… No tak, nie o to mi chodziło, ale takie już uroki pisania na krótko na niewygodnym edytorze na  telefonie.

“Adept” eksploatuje motyw zony, ale na swój sposób. Nie chodzi w żadnym wypadku o zrzynkę czy wypominanie, bo – to chyba Umberto Eco? – postmodernizm mamy, wszystko juz napisano i tylko mielimy na różne sposoby te same motywy. Zresztą niezły ubaw miałem, jak poczytałem portalowe ‘Duchy przyszłości…’ Finkli – no bo co, ja od niej czy ona ode mnie, jak wcześniej swoich tekstów nie widzieliśmy? Nie mówiąc juz o motywie SI, ogranym do bólu gdzie się da.

Chodzi mi o to, że skoro Morgianie spodobał się ‘Adept’, czyli ciekawie przetworzony motyw zony,  to może warto przeczytać ‘Piknik…’, jako zony pierwszy objaw (z którego to motywu zresztą korzystają rozliczne opowiadania, opowieści i gra komputerowa, każde na swój, często bardzo ciekawy sposób) i już pewien klasyk, bo jest szansa, że też trafi w gust. Słowem, lakeholmie, “X zaczerpnął z Y” brzmi jak “Zerknij na Y, bo może też ci się spodoba – na pewno lepsze to niż przypieprzać się na ślepo” ;-)

 

 

Przy okazji, podrzucam:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/273562/nowa-fantastyka-398-11-2015/opinia/29527384#opinia29527384 

 

i podsumowanie w punktach:

http://literatura.bestiariusz.pl/ksiazki/recenzje/2888/nowa-fantastyka-1115-analiza-numeru 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

3 punkty– Pokój w izolacji, John Chu

2 punkty– Wczepiony, Rich Larson

1 punkt– Ta przypadkowa planeta, Elizabeth Bear

Ponieważ to nie jest wątek flejmowy, nie ciągnę tematu :)  

Peace, mój jednozdaniowiec mógł być niejednoznaczny, stąd wyjaśnienie :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

“Zapalę ci znicz” nijakiego Michała Rybińskiego przeczytany. Miło mi oznajmić, że na razie prowadzi w rankingu najlepszych opowiadań numeru :) (No dobra, przeczytałem tylko to jedno).

Na plus bardzo fajny pomysł – sam biznes dusz bardzo wiarygodnie przedstawiony. Po drodze było parę fajnych mniejszych pomysłów, choć – tu na minus – miejscami miałem wrażenie przeładownia szczegółami. (Z tego co się zorientowałem, mc lubi takie teksty.) Początkowa scena – ze zmarłym teściem – zrobiła na mnie największe wrażenie. Po pierwszej świetnej scenie początkowej później było różnie – wątki Andrzeja i księdza czytało się naprawdę dobrze, w tych Sebastiana trochę się gubiłem, zwłaszcza w terminologii.  “Opowieści o pilocie Pirxie” nie czytałem, więc podejrzewam, że umknęło mi sporo nawiązań w tej części “kosmicznej”. Związanie tego wszystkiego na końcu wyszło całkiem nieźle.

To tyle ode mnie. Gratulacje jeszcze raz, Psycho.

Dzięki, Zygfrydzie. :-)

 

Myślę, że “Wczepiony” w prozie zagranicznej tez może ci się spodobac, a Redakcj aNF nie obrazi się również na opinie o reszcie tekstów ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jak przeczytam, na pewno podzielę się wrażeniami.

Doczytałem resztę:

– “Adept” bardzo ciekawe i wciągające, choć bardziej niż opowiadanie przypomina dwa pierwsze rozdziały powieści

– “Ta przypadkowa planeta” – niezła obyczajówka z fantasy w nieprzyzwoicie małej ilości

– “Pokój w izolacji” – nie kupiło mnie i zanudziło

– “Wszczepiony” – najlepszy tekst numeru (ale Psycho mnie zna :))

– “Kontrola bezpieczeństwa” – interesująca wizja, na plus

W ramach walki z lenistwem, postanowiłam wreszcie sklecić parę zdań o przeczytanych opowiadaniach:)

– “Zapalę ci znicz” – po pierwsze: dziękuję za dedykację:) Z przyjemnością przeczytałam tekst ponownie. W stosunku do znanej przez mnie wersji jakiś bardzo rewolucyjnych zmian nie zauważyłam, za to widoczne jest nieco inne rozłożenie akcentów – czy wyszło to opowiadaniu na dobre, czy nie, trudno mi ocenić, bo już tak mam, że lubię piosenki, które znam:) Jak dla mnie największe plusy tekstu to bohaterowie i próba pokazania, jak łatwo pozwalamy skomercjalizować nawet najbardziej intymne sfery naszego życia. Przy drugim czytaniu trochę męczyły mnie wyjaśnienia na zebraniu zarządu, które wcześniej mi nie przeszkadzały – ale może dlatego, że wiedząc co i jak, trudno wykrzesać w sobie entuzjazm do ich ponownej lektury. Wydaje mi się, że związek miedzy Anita i Pirxem jeszcze bardziej zakamuflowany niż poprzednio, przez co gubi natłoku wątków, a szkoda.

– “Adept” – motyw zony w niecodziennych dekoracjach, ciekawi bohaterowie, akcja, czyta się samo i… zostawia z niedosytem.  Tekst nawet nie kryje, że jest częścią czegoś większego. Na koniec czułam się, jakby ktoś sprzątnął mi sprzed nosa talerzyk z właśnie konsumowanym sernikiem:/

– “Wszczepiony” – bardzo mi się. Zarówno sam pomysł na dzielenie się wrażeniami, jak i świetnie zarysowane relacje między bohaterami. Zaskakująco kameralny jak na tekst związany ze sportem.

– “Ta przypadkowa planeta” – na plus: czytało się płynnie i przyjemnie, a jedna bohaterka sympatyczna i kuta na cztery łapy;) Szkoda, że pozostali raczej schematyczni i irytujący. Umiejscowienie akcji dość oryginalne, ale co z tego, skoro jego wpływ na fabułę niewielki.

– “Kontrola bezpieczeństwa” – wizja przesadzonej poza granice szaleństwa kontroli bezpieczeństwa ponura i intrygująca, tlące się w ludziach pragnienie wolności też na plus, za to końcówka z zestawianiem Ameryki z Chinami zepsuła mi ten tekst.

– “Pokój w izolacji” – temat traktowania cyborgów po zakończeniu działań wojennych niby ciekawy, ale zrealizowany tak, ze żułam ten tekst opornie jak suchą bułkę, a teraz po czasie ledwie pamiętałam, o czym to w ogóle było.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dzięki, Alex ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No dobrze. To zacznę od najlepszego. 

 

“Wczepiony” nie powalił mnie co prawda profetyczną futurologią, ale przejechał mi po mózgu dynamiką interakcji między bohaterami. Agent karierowicz kontra ludzie, którzy odkrywają, że mają jeszcze jakieś uczucia. Pod koniec się nawet wzruszyłem.

 

“Adept” trochę wtórny, ale świetnie napisany. Plastyczne opisy, dobrze nakreślone sceny walki, momenty napięcia i “trzymania kciuków” za bohatera”. Wciągnął mnie ten tekst bardziej niż bym chciał się przyznać. Na jedną nie za długą powieść w tym świecie znalazłbym kilka wieczorów. 

 

“Zapalę ci znicz” dobre, choć z dziurami. Sam pomysł na odtwarzanie “dusz” oczywiście już był w paru miejscach, łącznie z motywem buntu (np. “Caprica”, ale w bardziej klasycznej klasyce pewnie też się znajdzie). Pomysł z postawienie tego wszystkiego na komputerach kwantowych bardzo spoko, zwłaszcza w kontekście spekulacji, że świadomość jest możliwa dzięki efektom kwantowym, a w pełni deterministyczne algorytmy nie mogą prowadzić do zaistnienia wolnej woli.

Zgodzę się z częścią przedmówców, że wątków i bohaterów było trochę za dużo. Najciekawszy był Pirx 7 i jemu mogłeś poświęcić więcej uwagi, natomiast “zeszczątkowić” resztę i sprowadzić ich tylko do ról, które ostatecznie pełnili (Andrzej jako wprowadzający czytelnika w ten świat, Anita (? nie pamiętam, nie mam tekstu pod ręką) jako naiwna wyzwolicielka Pirxa). Rozumiem, że księdza potrzebowałeś do tego, żeby sobie pogadał na temat. Ten drugi wątek z nim związany (finansowy) postrzegałbym raczej jako chwyt dość tani i nic do tekstu nie wnoszący.

O ile wizja jest całkiem ciekawa, o tyle wykonanie mnie ostatecznie nie zachwyciło. Trochę sucha ta narracja, postrzępiona. Ostatnia scena – trochę wybieg, ale niech Ci będzie.

 

Na tle tych kilku numerów NF i jednego FWS, które przeczytałem od października trzyma poziom, ale w pierwszej trójce najlepszych tekstów czwartego kwartału byś się nie zmieścił ;)

 

–– Tekstów poniżej kreski mógłbym nie czytać.

 

“Ta przypadkowa planeta” – ciepła opowiastka. Mało poruszająca, intelektualnie jałowa.

 

“Pokój w izolacji” – za dużo tam było “przy okazji”, za mało realnej historii.

 

“Kontrola bezpieczeństwa” – WTF? Chyba z chińską fantastyką nie do końca mi po drodze. Oczywiście socjologiczne czy też krytspołeczne zacięcie doceniam, ale wykonanie dość naiwne. Nie zawiesiło mi niewiary.

 

Publicystykę tym razem olałem zupełnie. Przeczytane wcześniej numery nie zachęciły mnie do tego, żeby się nią zagłębiać.

A ją dziękuję za rozbudowaną recenzję. :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Najsampierw mus mi zaznaczyć, że niniejszy komentarz liczy sobie prawie trzydzieści tysięcy znaków (może bez trzystu – czterystu).

Zostaliście ostrzeżeni.

 

No, a teraz sprawdźmy, czy portal przełknie to w całości.

 

Górniak Edyta: Jednak nie łyknęło, dlatego dzielę komentarz na dwa: Publicystykę i prozę polską, oraz – w części drugiej – prozę zagraniczną.

 

Swojego czasu obiecałem Psycho, że przeczytam jego złotonośne opowiadanie i napiszę epitaf… komentarz. A że Rybcia prowadził wobec numeru listopadowego politykę wyjątkowo prorodzinną, to – chcąc nie chcąc (nie chcąc – wiedziałem, że to się skończy tak, jak się skończyło) – przy okazji wmanewrowałem się w napisanie opinii zbiorczej o wszystkim, na co się natknę w gazetce.

Wczoraj (nieaktualne) udało mi się wreszcie zmolestować Fantastykę do końca – choć przyznaję uczciwie, że stopkę redakcyjną i niektóre reklamy olałem – więc oto podejmuję się drugiej próby wypełnienia danego Rybie słowa (pierwsze nie zdzierżyło starcia z technologią i własną moją głupotą. Płakałem.).

Jednak to, co napiszę, chyba nie do końca podpada pod termin: „molestowanie”, niestety. Pod wieloma względami bardziej przypominało to będzie jednak gwałt.

 

Zacznę może od publicystyki, bo to głównie dzięki niej (a ściślej, dzięki artykułowi Wielgosza: „Wrogowie ekologii”), z listopada zrobił się – i powoli zaczął już przemijać – luty, nim wreszcie byłem technicznie gotów do podjęcia poniekąd recenzenckiego wyzwania.

 

O publicystyce – teoretycznie – dużo nie da się powiedzieć, bo tak naprawdę warte dokładniejszej uwagi są tylko trzy jej składowe: wspomniany już artykuł Wielgosza, recenzja Orbitowskiego i wywiad z Głuchowskim, czy, uściślając, konkluzja, jaką dla siebie z tego wywiadu wyciągnąłem. A brzmi ona mniej więcej tak: „Jeśli uważasz, że Metro 2034 było nudne, denne i w ogóle do dupy*, to znaczy, że jesteś głupim nastolatkiem, który nie dojrzał jeszcze do tego, by pojąć głębię i geniusz tej powieści. Pozdrowienia z Rosji, Dmitrij.”

 

* – Ja, Cieniu, tak nie uważam – ja to wiem.**

** – Patrz niżej.

 

Tak więc, o ile dotąd po prostu nie lubiłem prozy Głuchowskiego (Metro33 było infantylne i idiotyczne – jedno wielkie, pieprzone Deus Ex Machina i bohater-marionetka najgorszego możliwego pokroju, bo „wybraniec”, zrobili swoje, natomiast M34 to już totalna katastrofa – koszmarnie nudna, do porzygu przegadana – w dodatku w kółko o tym samym – książka, w której praktycznie nic się nie dzieje. A wszystko utrzymane w tonacji pseudofilozoficznego bełkotu. Zmuszenie się do przeczytania tego w całości zajmuje wysoką pozycję na liście najbardziej bezwartościowych rzeczy, jakie zrobiłem w życiu), tak po tym wywiadzie odczuwam też głęboką awersję do samego autora.

 

Swoją drogą, czego wyście się wszyscy tak uparli na tego „Glukchovsky'ego”? Przecież to jest nasz, rodowity Słowianin, a nie Amerykanin z rosyjskimi korzeniami i zangielszczonym nazwiskiem. A więc Głuchowski nie Glukchowsky. Tak jak – co kiedyś słusznie zauważył Roger Redeye – mamy Tołstoja a nie Toustoya, Dostojewskiego a nie Dostoyewsky'ego, i tak dalej i tak dalej. Nasz język jest w stanie adaptować inne słowiańskie nazwiska tak, jak one brzmią, więc nie rozumiem, po co się wydurniać i na siłę go anglofikować? Żeby Królowa nas bardziej lubiła? Hamerykanie przestali uważać za cywilizacyjną oborę, z której bez zaproszenia na salony nie wejdziesz? Po co?

NF, jako magazyn stricte literacki szczególnie powinien dbać o zachowanie czystości poprawności języka. Rozumiem, że temat numeru i polityka wydawcy „Metra”, z którą się nie polemizuje, bo gra niewarta świeczki, ale i tak przepaskudnie to wygląda.

 

Orbitowskiemu dedykuję osobny akapit, bo, naprawdę rzekłszy, pierwszy raz pochyliłem się nad jego twórczością i muszę przyznać, że gość na tyle przyzwoicie wykorzystał swoje trzy kolumny, iż kupił sobie we mnie czytelnika… może jeszcze nie zafascynowanego, ale z pewnością zaciekawionego.

 

No i na koniec artykuł ze strony trzeciej, czyli „wrogowie ekologii” Wielgosza – materiał, któremu, niestety, będę musiał poświęcić trochę więcej miejsca i czasu. A wszystko dlatego, że jego lektura – pozwólcie, iż posłużę się eufemizmem – zirytowała mnie tak dalece, że zwyczajnie rzuciłem NF w kąt i długo kazałem jej w nim leżeć. Przez cały ten czas mijaliśmy się w ciszy, zezując na siebie złowrogo, aż wreszcie ochłonąłem na tyle, że podjąłem się wreszcie mojej misji.

 

Nie chodzi tu o ogólne założenia artykułu i jego konkluzje (konkluzje, uważam: słuszne), czy twierdzenie, że pandziurki są fajne i doskonale sprawdzają się jako naturalni rzecznicy praw zwierząt, bo to przecież prawda nad prawdami: dzieci lubią misie, a misie lubią swoje lasy.

Nie chodzi też o wniosek, jakoby Greenpeace (po słowie „peace” odruchowo wstawiłem wykrzyknik) swoimi, często pseudo-ekologicznymi, akcjami wykonywanymi z nadgorliwością fanatyków i szaleńców (to moje własne ujęcie tematu), znacznie bardziej szkodzi zielonej sprawie, niż rzeczywiście jej służy. Bo – choć Greenpeace niewątpliwie ma też bardzo wiele zasług na polu chwały – to także jest prawda.

Chodzi mi o to paskudne wrażenie, że sponsorem artykułu jest legendarny czarny charakter na światowym rynku żywności, czyli Monsanto i może trochę też Pełnomocnik Rządu ds. Energii Jądrowej w Polsce.

A wszystko przez garść „naukowych” faktów wplątanych w tekst.

 

Wielgosz pisze:

„W ciągu ostatniego ćwierćwiecza w samej tylko Unii Europejskiej przeprowadzono setki projektów badawczych i wydano setki milionów by zweryfikować bezpieczeństwo GMO, jego wpływ na środowisko oraz zdrowie ludzi i zwierząt. W sumie istnieje około trzech tysięcy badań, w tym nawet śledzące wpływ na zwierzęta karmione GMO na przestrzeni wielu pokoleń.

Konkluzje są jasne: Brak niekorzystnego wpływu na zwierzęta i środowisko.”

 

Otóż nie, konkluzje wcale nie są jasne. A jeśli są, to wskazują na coś zupełnie, ale to zupełnie innego, niż sugeruje autor artykułu.

Swojego czasu – bardzo powierzchownie w sumie, przyznaję – zgłębiałem temat GMO, problemów głodu na świecie, mechanizmów rynkowych WTO i tym podobnych zagadnień. Nie były to ścisłe badania, a jedynie realizowanie erudycyjnych zachcianek, ale to – jak się okazuje – w zupełności wystarczyło, by pozwolić sobie na polemikę z powyżej zacytowanymi słowami. Bowiem to, co mi zostało w głowie z tamtego okresu, całkowicie przeczy „jasnym konkluzjom” Wielgosza.

Po pierwsze, faktycznie wydano miliony euro, funtów i dolarów na badania nad GMO i faktycznie przeprowadzono tych badań tysiące. Szkopuł w tym, że, wszystkie one zostały zlecone właśnie przez potentatów rynku GMO, w tym głównie Monsanto, i opłacone z ich pieniędzy. Co więcej, były przeprowadzane bardzo powierzchownie i ogólnikowo (w ogóle nie badano na przykład wpływu pestycydów zawartych w roślinach na zdrowie ludzi i zwierząt), więc w żaden sposób nie można ich uznać za wiarygodne. Są raczej propagandą na rzecz wprowadzania GMO.

Co więcej, przez bardzo długi czas Monsanto blokowano wszelkie próby przeprowadzenia podobnych badań przez naukowców niezależnych, zasłaniając się patentami (bo Monsanto patentuje żywność, którą tworzy) i udostępniając produkt po podpisaniu klauzuli, że nie będzie on obiektem badań, względnie, że będą to badania konsultowane z samym producentem. Dopiero w ostatnich latach wreszcie udało się te blokady obejść, choć nie wiem w jaki sposób; chyba miało to coś wspólnego z nowymi przepisami unijnymi.

Wyniki naukowców nie podlegających korporacji były nie tylko zupełnie inne od tych, które przez lata podawano do opinii publicznej, ale wręcz przerażające. Ale co będę Wam gadał: tutaj macie jeden z wielu krążących po internetach filmików o GMO i jego wpływie na zdrowie.

Swoją drogą, po prostu wpiszcie „GMO” w googla i sami zobaczcie, jaki wydźwięk mają informacje na temat tego wynalazku: ile opinii jest pozytywnych, a ile z nich to jedno wielkie larum. Poczytajcie też wiadomości o tym, co świat właśnie robi z GMO – zakaz stosowania tego typu upraw stosuje coraz więcej państw, które ongiś z nich korzystały.

Tak więc to by było tyle, jeśli chodzi o „jasną konkluzję” w sprawie wpływu GMO na zdrowie zwierząt (do ludzi jeszcze dojdę).

 

Teraz o wpływie GMO na środowisko (i, przy okazji, po troszkę, ekonomię).

Zdarzyło się swojego czasu, że wziąłem udział w festiwalu „Świat na talerzu”, gdzie, wśród wielu bardzo interesujących materiałów i propozycji, były też projekcje filmów dokumentalnych o, ogólnie rzecz ujmując, problemach sektora żywieniowego na świecie. Każdy wart obejrzenia, każdy zapadał w pamięć, każdy dawał bardzo mocno do myślenia. Tutaj chciałem wspomnieć jednak tylko o jednym konkretnym: „Argentyna: soja głodu”. Jest to reportaż o wpływie, jaki na ekonomię i środowisko Argentyny ma uprawa genetycznie modyfikowanej soi na patencie Monsanto.

Próbowałem znaleźć ten film w internetach, ale, niestety, nie udało mi się dorwać wersji polskojęzycznej. Zastanawiałem się więc, czy warto zacząć tutaj wypisywać wszystko, co zostało w mojej pamięci, byście lepiej mogli zrozumieć, skąd u mnie tyle piany na ten artykuł, i doszedłem do wniosku, że tak, owszem, warto. Zrobię to jednak skrótowo. Po pierwsze dlatego, że to nie czas i miejsce na dłuższe wywody (a tak jednego i drugiego potrzebowałbym naprawdę sporo, nawet jak na mnie), po drugie dlatego, że nie powiem Wam nic, czego, przy odrobinie cierpliwości i uporu sami nie znajdziecie w Internetach (gorąco zachęcam do szukania, choćby po to, byście mogli osobiście się przekonać, czy „konkluzje” rzeczywiście są tak jednoznaczne i zajebiste, jak twierdzi Wielgosz). Dla zainteresowanych, ale leniwych, mam tu też krótki i w sumie niezbyt wyczerpujący temat artykulik, w dodatku opublikowany na stronie niesławnego Greenpeace – znów ten wykrzyknik… – który jednak porusza chyba wszystkie najważniejsze kwestie związane z GMO, w dodatku jest poparty twierdzeniami, które da się zweryfikować: http://greenpeace.natemat.pl/52353,obalamy-mity-na-temat-gmo-jak-jest-naprawde.

 

A oto garść informacji, które zdołałem przyswoić:

– Rośliny GMO są zmodyfikowane tak, że stają się odporne na warunki pogodowe i pewne rodzaje bardzo mocnych chwasto– i owadobójczych chemikaliów (herbicydy, pestycydy), więc tam, gdzie taka roślina zostanie użyta i opryskana, nie da się sadzić już nic innego, bo ziemia jest zatruta. (Istnieje też drugi rodzaj mutacji: rośliny, które same z siebie wytwarzają środek owadobójczy, zabijający nie tylko – jak to było w założeniach i obietnicach – szkodliwe robactwo, ale też pszczoły, motyle i inne pożyteczne żyjątka. Ale to osobny temat).

– Przymierający głodem argentyńscy rolnicy (dane sprzed dziesięciu lat, bo pi oko tyle ma film) nie mogą sobie pozwolić na pozostawienie odłogiem choćby skrawka ziemi, bo nie będą mięli czego jeść i za co żyć. Sadzą więc znów soję GMO. Podlewają chemią. Tej zbiera się w ziemi jeszcze więcej i więcej; kumuluje się. Koło zostaje zamknięte.

– Chemikalia przenikają do gleby i wód gruntowych, poprzez które roznoszą się po całej okolicy, zmieniając ją w pustynie, co nie tylko coraz bardziej ogranicza możliwość różnicowania płodów rolnych, ale też ma poważny i bardzo negatywny wpływ na cały okoliczny ekosystem, a nawet klimat)

– To co zdoła przeżyć spotkanie z – zazwyczaj – rozcieńczonymi już pestycydami (etc.), w końcu się na nie uodparnia – Mamusię oszukasz, tatusia oszukasz, panią w szkole oszukasz, ale natury nie oszukasz, wiadomo – więc powstają „superchwasty”, które znów zagrażają uprawom, nawet tym GMO. Trzeba je więc traktować jeszcze większą i większą ilością chemii. Koszta upraw rosną, a proces zatrucia i degradacji środowiska przyśpiesza. Chwasty jednak nadal ewoluują, zużycie pestycydów rośnie coraz bardziej. Koło się zamyka.

– Chemia nie jest zdrowa. To, że soja jest na nią odporna, nie znaczy, że jej w sobie nie zawiera (patrz też: filmik z linku powyżej). Zresztą kiedy wszystko wokół zamienia się w chemiczne błoto, kontakt z trucizną jest nieunikniony. Ergo – w okolicach, gdzie uprawia się GMO, ludzie znacznie częściej chorują, w tym na wiele bardzo poważnych chorób, z których nowotwory nie są jedynymi.

– Soja GMO jest własnością Monsanto, a nie rolników, którzy ją od korporacji kupili. Co za tym idzie, nie mają oni prawa dokonywać ponownego zasiewu z zeszłorocznych zbiorów, tylko za każdym razem muszą kupować nowe partie ziarna na wysiew (plus oczywiście herbicydy i pestycydy) – schemat ten tyczy zresztą wszystkich roślin GMO.

– Rośliny, zmutowane czy nie, same potrafią zadbać o siebie i przetrwanie gatunku. Ergo – wysiewają się samoistnie w różnych miejscach, w tym na uprawach wolnych od GMO. Jeśli jednak kontrola z Monsanto – a są takie kontrole – znajdzie swój produkt u rolnika, który nie kupował od nich ziarna, jest to traktowane jako kradzież i ścigane z paragrafu.

– Biorąc pod uwagę powyższe informacje, dochodzi się do wniosku, że modyfikowana żywność, która miała pomóc Argentynie (zresztą co tam Argentynie: całemu światu) pokonać klęskę głodu, a rolnikom wyjść z nędzy, raczej nie spełnia swojej roli – wręcz przeciwnie. (A propos, tak przy okazji, kolejny cytat z artykułu Wielgosza, także traktujący o GMO: „Ponadto to ogromny biznes, a to z automatu jest złem” – czyli, że jesteśmy ciemną masą, która boi się tego, czego nie rozumie – a nie rozumie niczego – natomiast złodziejska, żeby nie powiedzieć: takiesyńska polityka Monsanto, która kosztowała firmę już kilka przegranych procesów i bodaj dziesiątki miliardów dolarów odszkodowania dla rolników w samej tylko Ameryce Południowej, nie ma żadnego wpływu na opinię ogółu?).

Dobra, starczy tego. Co chciałem przekazać, już chyba przekazałem.

Tylko nie zrozumcie mnie, proszę, źle: nie mam najmniejszych uprawnień ani ochoty wchodzić w akademicką dyskusję o samym GMO, bo nie jestem żadnym ekspertem w tej dziedzinie, a moja wiedza w dużej mierze – ale też nie całkowicie – opiera się na Internetach. A Internet przełknie wszystko, wiadomo. Chodzi tu po prostu o niepojętą dla mnie stronniczość autora w swoich osądach i brak jakiejkolwiek polemiki z faktami; i to nie tylko faktami o samym GMO (wiele z tego, o czym tu mówię da się zweryfikować), a o wiedzy, jaką o tym GMO posiadamy – bo fakty są takie, że świat aż huczy od przeróżnych informacji na ten temat, a ogromna większość – nie tylko te pochodzące od krzykaczy z GP – stawiają modyfikowaną żywność i jej twórców w bardzo negatywnym świetle. Ale dla pana Wielgosza prawda jest jedna, JEDNOZNACZNA, w dodatku podejrzanie różowa.

Podobnie z energią atomową i leczniczą marychą. Ale o tym już naprawdę krótko, obiecuję.

Dwa cytaty z artykułu:

Analogicznie wygląda kwestia energii jądrowej. Łatwo jest nią straszyć. W rzeczywistości jest jednak czystym i bezpiecznym źródłem energii.

Muszę to komentować? Ech… Ano muszę, bo to nie jest tak, że jestem zagorzałym przeciwnikiem atomówek i chodzę po domu w masce gazowej, bo Czarnobyl leży tylko pół tysiąca kilometrów ode mnie (chociaż, Bogiem a prawdą, rodzice mieli romantyczny wieczór w jakieś pół roku po ukraińskiej rozpierdusze i czasem, kiedy na siebie patrzę, to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Czarnobyl jednak zebrał żniwo). Po prostu ciśnie mi się na usta sarkastyczne pytanie: Dlaczego nikt nie powie tego – „(Energia jądrowa) W rzeczywistości jest jednak czystym i bezpiecznym źródłem energii.” – Ukraińcom, którzy po osiemdziesiątym szóstym musieli porzucić całkiem fajne miasto, Japończykom z Fukushimy, którzy niepotrzebnie topią gospodarkę w próbach powstrzymania katastrofy ekologicznej na skalę globalną i, ostatnio, srającym ze strachu mieszkańcom Zachodniej Europy, którzy walczą o to, by belgijski rząd zamknął przestarzałe, sypiące się elektrownie, w których raz za razem coś się pieprzy – https://secure.avaaz.org/pl/belgian_nuclear_shutdown_loc/?ttEMZbb (przy okazji można się podpisać) – marzną biedaki na ulicach, gardziołka zdzierają, żyją w ogromnym stresie… A wszystko to po nic. Bo przecież jest „czysto i bezpiecznie”.

 

Kolejny cytat:

Zwolennicy medycznej marihuany, której skuteczność w pewnych obszarach jest potwierdzona naukowo, wyświadczają niedźwiedzią przysługę swojej sprawie, gdy opowiadają o tym, że konopie leczą raka.

I znów brak jakiejkolwiek polemiki z – tym razem znów zaryzykuję użycie tego słowa – faktami. A te są takie, że odnotowywano już potwierdzone przypadki całkowitej remisji raka, np. po użyciu olejku z konopi (http://glejak.pl/forum/viewtopic.php?f=6&t=3150#p26600) i coraz więcej naukowców z różnych stron świata potwierdza, że Mańka ma znaczący, pozytywny wpływ na przebieg leczenia wielu rodzajów nowotworów (szukajcie, szukajcie).

 

Może nie bulwersowałbym się tym artykułem tak bardzo, gdyby nie to, że brak profesjonalnego podejścia autora do tematu aż razi po oczach, a głoszone przez niego tezy uważam nie tylko za szkodliwe, ale wręcz za potencjalnie niebezpieczne. Dlatego dziękuję ślicznie za takie dziennikarstwo i takie artykuły popularnonaukowe. Mówiąc krótko, dla mnie, od tej pory, Nowa Fantastyka ma po prostu o tę jedną stronę mniej.

 

Co najbardziej jednak boli – i niezwykle mi przykro, że muszę to pisać w ogóle, a szczególnie, że robię to akurat tutaj – to fakt, że coś takiego w ogóle poszło do druku. Właśnie ten fakt sprawił, że przez długi czas nie umiałem się zdobyć, by w ogóle wziąć NF do ręki.

 

Przepraszam, że tak bardzo się rozpisałem, ale chyba po tych kilku miesiącach trawienia wszystkiego w milczeniu, było mi to najzwyczajniej w świecie potrzebne. Szczególnie, że dla mnie, jako społecznego nadwrażliwca, jest to temat ważny i drażliwy.

 

Reszta materiału z działu publicystyki to taki ot, standardzik na przyzwoitym poziomie (choć Parowski jak dla mnie bełkotał jednak); garść informacji na różne, mniej lub bardziej – kwestia gustu i upodobań – interesujące tematy, recenzje, które do niczego mnie nie zachęciły ani nie zniechęciły (wyjątkiem byłby tu może tekst Tymoteusza Wronki o Głuchowskiego „Metrze 2035”, gdyby nie fakt, że… akurat jestem na finishu tej właśnie powieści – nie próbujcie tego zrozumieć) i dwa dobre felietony, z których na zdecydowane wyróżnienie zasługuje „Program promocji czytelnictwa” Ziębińskiego; niby niezbyt odkrywczy, ale ujęty w bardzo interesujący sposób i również traktujący o kwestiach dla mnie istotnych.

 

No, to teraz, po tym krótkim wstępie, czas na rozwinięcie i to, co misie lubią najbardziej (wyjąwszy oczywiście swoje lasy): prozę. Tutaj jednak też – uprzedzam uprzejmie – miodu lał nie będę.

 

Daruję sobie tworzenie sztucznego napięcia i polecę po kolei, czyli – chciał nie chciał – zacznę od gwiazdy numeru, czyli „Zapalę ci znicz” PsychoFisha Rybińskiego.

 

„Ambiwalentne” – trudne słowo, które jednak warto zapamiętać, bo świetnie nadaje się na okazje takie jak ta. Doprawdy nie wiem bowiem sam, co mam myśleć o tym opowiadaniu. Z jednej strony jest napisane tak, że papier z pewnością się go nie wstydzi. Z drugiej jednak nie jest napisane tak, że czuje się w pełni ukontentowany. Czegoś zabrakło. Albo, posługując się stosowną metaforą: tekst, być może, jakoś tak nie chce trącić Rybą.

Dalej. Z jednej strony bardzo podobało mi się rozłożenie akcentów i sposób, w jaki przedstawiony jest świat… no tak: przedstawiony – trochę info tutaj, trochę tam, wszystko to bardzo zgrabnie zlewa się w spójną i generalnie interesującą całość, widać, że zagadnienie „dusz” jest przemyślane bardziej niż starannie, i to pod każdym możliwym kątem. Z drugiej jednak strony nie brak tutaj wątków, które tak naprawdę niewiele – o ile cokolwiek – wnoszą, niektóre partie tekstu zwyczajnie się dłużą, inne można by wywalić bez większej szkody dla tekstu (kosmiczny romans siódemki, zasadniczo Adama i jego problemy w całości) a niemal wszystko, tak naprawdę, jest tylko malowaniem tła pod finałową scenę Zniebozstąpienia; by ta wywarła odpowiedni efekt. Za to zdecydowanie za mało było o Nitce, jej motywach, historii, etc. W końcu (ACHTUNG, SPOILER!) było nie było, okazała się zasadniczo najbardziej kluczową dla opowiadania postacią.

Tak więc jest to trochę za bardzo rozwleczone i przegadane jak dla mnie. W dodatku terminologia hermetycznie naukowa, którą tekst jest usiany niczym śląskie powojennymi niewypałami, wcale czytania nie ułatwiały i nie uatrakcyjniały (ale w końcu Sci-Fi nie dostarcza mi przeżyć mogących uchodzić za substytut orgazmu, o tym też trzeba pamiętać) choć też nie powiem, że jakoś bardzo psuły odbiór.

Muszę też przyznać, że nie zrozumiałem, o co poszło z tym wielkim długiem i – co gorsza – do czego to było w ogóle potrzebne. Bo o ile wszystkie inne motywy faktycznie coś wnosiły do tekstu, tak ten był jakby strzałem w powietrze. Jeśli jest w tym jakiś twist, to widocznie przegapiłem coś, co pozwalałoby mi go zrozumieć. A jeśli ten twist jednak miał realne znaczenie dla opowieści, w dodatku na tyle istotne, by usprawiedliwiało ono całe to miejsce, które motyw Adam-dług-tesciowie-tengościunakońcu zajął w opowiadaniu, to znać, że przegapiłem coś naprawdę dużego.

Nie brak za to i motywów, które mnie po prostu urzekły, jak choćby finał rozmowy Sebastiana z tatuśkiem – niby nic naprawdę oryginalnego, ale takie małe… rzeczy jakoś tak zawsze bardzo mnie cieszą – serduszko na szybie, czy oscarowa wręcz scena (sceny) w „Czyśćcu Marcela”, będące mistrzostwem, zarówno pod względem wykonania: bardzo autentycznie i ciekawie wypadła ta audycja, a dialogi – miazga; oraz jako sposób na podjęcie dyskusji o samym projekcie i ukazanie jego ciemnych stron. Taki Filozoficzno-etyczny wykład o rozdźwięku nauki, wiary i, czasem, logiki, ale zaserwowany tak, że łyknąłem jak młody pelikan, w dodatku bez zapijania wódką.

A skoro już jesteśmy przy wódce: W twoje ręce, Michał! Za piórko, za, było nie było, udany debiut – chociaż Sci-Fi – i pomyślność dnia jutrzejszego!

 

„Adepta” Przechrzty można podsumować jednym słowem: rozczarowanie.

Ale że ja sem ja, to w ten sposób niniejsza wypowiedź skończyć się przecież nie może. I nie skończy, bo zrobiłbym autorowi wielką, a niesłuszną krzywdę, nie rozwijając tej myśli choć odrobinę. Bo tutaj, uważam, nie zawiódł tekst, a raczej system, który w ogóle dopuścił go do druku. Już klaruję.

Opowiadanie było świetne. Naprawdę zajebiste. To znaczy – byłoby, gdyby nie jeden maleńki szkopuł: to w ogóle nie było opowiadanie, To był fragment. W dodatku zupełnie niewyważony i – co gorsza – ze źle rozłożonymi akcentami.

Zaczęło się tak, że Cieniu rozbił bank i wygrał banana. Klimaty dokładnie takie, jakie lubię, sporo akcji, wisząca w powietrzu tajemnica, fascynujący świat, który aż prosi się o to, by go lepiej poznać, może niezbyt oryginalne, ale bardzo ciekawe wymieszanie trochę zgranych już motywów, bezsprzecznie dający się kupić bohaterowie, a do tego magia, mutanty i śmierć zionąca w karczycho. Słowem lub kilkoma, czysta, porządna rozrywka w klimatach, które zawsze cieszą. Tym bardziej pożądana po, jakby na to nie spojrzeć, mocno intelektualizowanym „Zniczu” (czyli niekoniecznie tym, co mnie w czytankach cieszy najbardziej). Tak więc początek to swoisty hołd Hitchcockowi i jego legendarnemu aforyzmowi: „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.„

No właśnie: „potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.”

I tego fragmentu ktoś już chyba nie doczytał, bo im dalej od wiaderka z farbą, tym malowanie wolniej idzie; tempo opowieści drastycznie zwalnia, akcja siada zupełnie i zostaje już tylko statyczne, za Pań przeproszeniem, dupienie smutów, mające lepiej przedstawić czytelnikowi świat wykreowany w opowiadaniu i pchnąć akcję dalej. I to, samo w sobie, nie było by w żadnym wypadku złe czy drażniące, ale tylko pod warunkiem, że faktycznie prowadziłoby do jakiegoś „dalej”. Czyli, gdybyśmy mówilibyśmy o pełnowymiarowej powieści.. Niestety jednak w tym właśnie momencie wszystko się urywa, a człowiekowi pozostaje ogromny niedosyt. I, rzecz jasna, rozczarowanie.

Po raz kolejny dochodzi więc do głosu stara jak sam portal prawda: wrzucanie fragmentów to słaby pomysł, bo ludzie nie lubią czytać czegoś, czego zakończenia raczej nie będą mieli okazji poznać. Wkurza ich to.

 

CDN NIŻEJ

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

No więc część druga:

Proza zagraniczna, czyli: Spoko, Ujdzie, Zacnie i Wacław na grzybobraniu.

 

Spoko:

„Ta przypadkowa planeta” Elizabeth Beer. Opowiadanie wybitnie „babskie” (co bynajmniej nie jest stwierdzeniem o wydźwięku pejoratywnym): sentymentalne, mało akcji, treść oparta głównie na emocjach i – moim zdaniem mocno przerysowanych – relacjach bohaterów, z happy endem, napisane ładnie, przyjemnie, ale zupełnie bez szału, i to pod każdym możliwym względem.

Ale, kurde, podobało mi się. Chyba za to, że tekst był taki… „normalny”. Niemal z „tu i teraz”. Sci-Fi, i owszem, ale delikatne, nienachalne, nie postawiło świata przedstawionego do góry nogami w odniesieniu do wszystkiego, co znamy obecnie, nie ma gruntownego znaczenia dla fabuły, jest zasadniczo tylko dodatkiem; w pewnym sensie tłem, a w innym – nawet mniej niż tłem. Bohaterkę kupiłem od razu, polubiłem ją niemal równie szybko, kibicowanie jej poczynaniom też szło mi przyzwoicie. Kogo miałem znielubić, tego znielubiłem, komu wypadło współczuć – współczułem. I tak dalej i tym podobnie. Tak więc tutaj rozegrane wszystko ładnie. Gorzej, że czarny charakter wypadł sztucznie, jego relacje z główną bohaterką wręcz groteskowo (finał oparty na zdecydowanie zbyt tanim i melodramatycznym chwycie aż zniesmaczył), zachowanie przedstawicielki innego gatunku też zdecydowanie za bardzo życzeniowe i mordoklejkowate, by przeszło. W sumie niby pierdoły, ale trochę jednak przeszkadzały. I nie powiedziałbym też, że tekst był jakoś lepszy od tego, co pisze nasza bemik. O, przepraszam: Be.Mi.K. A to z kolei rodzi następujące pytanie: Dlaczego Elizabeth znalazła się w NF, a Basia się w nim nie znalazła?

 

Ujdzie:

„Pokój w izolacji” Johna Chu – Ja Cię kręcę. Fajny pomysł, ciekawa koncepcja, przyzwoite (choć znów: bez szału) wykonanie, niezgorszy twist. Sci-Fi choć już grubszego kalibru, to jednak podana w dawce nie powodującej u czytelnika radioaktywnych bąków – czyli kolejna cecha, której nie sposób nie docenić. Z wad natomiast: niemal zupełny brak akcji, niedługie, a jednak przegadane, osobiście odniosłem wrażenie, że widzę tu delikatne – ale jednak – zaangażowanie w propagowanie jakiejś odmiany poprawności politycznej, średnio przekonujący bohaterowie (i to nie dlatego, że fizycznie byli nieco… „inni”. Czytałem bez przykrości ale też i bez zaangażowania.

 

Zacnie:

„Wczepiony” Richa Larsona. Znów Sci-Fi, znów nienachalne, choć zdecydowanie bardziej istotne dla treści niż w „Przypadkowej planecie”, znów gra emocjami i relacjami, kolejna dobra historia, w dodatku napisana tak, że gdzieś coś tam chwyciło za serce. I nie puszcza do teraz. Zdecydowanie najlepsze, co przytrafiło się prozie zagranicznej w listopadzie.

W notce końcowej obywatel MZ opiniuje tekst tymi słowy: „To krótkie opowiadanie, z prostą fabułą, ale jakże ciekawym tłem, rysującym fascynujący obraz świata przyszłości. Siła tkwi tu w szczegółach.” A ja nie zgadzam się z tą opinią. A przynajmniej z jej częścią. Tak się bowiem składa, że jestem (mniej lub bardziej szczęśliwym) posiadaczem egzemplarza „Wszczepu” M. T. Andersona – dzieła o wiele starszego, a jednocześnie będącego jakoby mimowolną kontynuacją „Wczepionego”. Co prawda jest to zupełnie inna historia i o zupełnie innych bohaterach, ale punkt zaczepienia/wszczepienia/wczepienia jest dokładnie ten sam (pytanie o to, czy masakryczne podobieństwo tytułów i samej technologii, na której opierają się opowiadania, różniące się zasadniczo – można by pomyśleć – tylko o tyle, by nikt nikogo o nic nie oskarżył, faktycznie było przypadkowe, jest jednym z tych, na które odpowiedź chciałbym poznać przed śmiercią. Albo już po – jest mi to raczej obojętne).

Tyle, że o ile we „Wczepionym” mamy „wczesną fazę” istnienia technologii na „w”, będącej raczej atrakcją i ciekawostką, o tyle we „Wszczepie” wszystko idzie już dużo, dużo dalej, pokazując świat (i okolice), zupełnie zdominowany przez podobne cudeńka. I dopiero to jest „fascynujący obraz świata przyszłości” (co nie znaczy, że fajny). I to właśnie siłą „Wszczepu”, a nie „Wczepionego” były szczegóły – siłą potworną i mroczną, jak na moje upodobania.

Siłą „Wczepionego” jest natomiast nie technologia, a ludzie; mistrzowskie ukazanie ich problemów, emocji i swoistej nieporadności w próbach bronienia się przed tym, przed czym nie można uciec, jeśli chce się pozostać „pełnowartościowym” i „pełnoprawnym” członkiem społeczeństwa.

Gwoli ścisłości: Anderson również mierzy się w swojej powieści z tym problemem i jest to próba zdecydowanie udana, jednak tam starania, by rozbudzić w czytelniku trochę moralnego niepokoju (coś ostatnio nadużywam tego określenia) zostają mocno stłumione przez znacznie mocniejszy akcent, jakim jest sam wszczep. Larsonowi, Chwała Bogu, chałwa ludowi Jego, udaje się tego uniknąć.

 

No i na koniec Wacław na grzybobraniu, vel największe literackie nieporozumienie numeru, czyli: „Kontrola Bezpieczeństwa” Hana Songa.

Znów Sci-Fi (ile można?), w dodatku absurdalne, nielogiczne i głupawe.

O ile opowiadanie zaczyna się naprawdę ciekawie; autor umiejętnie buduje klimat i przedstawia nam ciężką, wręcz odrażającą wizję niewolniczo-schizofrenicznej przyszłości, której nie powstydziłby się pewnie sam J.G. Ballard, bardzo przekonująco odmalowując przy tym zagubienie człowieka w tym świecie, a potem… Masakra. Groteskowy, ni jak nie trzymający się kupy absurd, będący, w moim odczuciu, niczym więcej jak tylko kolejnym hymnem pochwalnym, tym razem na rzecz Wielkiej Chińskiej Republiki Ludowej, światowej ostoi wolności i praw obywatelskich, WCRL, tak potężnej, że zdolnej manipulować Ameryką wedle własnego upodobania i bawić się nią jak kotek myszką, i wreszcie WHRL zamierzającą ocalić cały świat przed jakimś niedorzecznie brzmiącym resetem z kosmosu; hymn w swoim wydźwięku niemal równie propagandowo smutny i żenujący jak północnokoreańskich dzieci miłość do Wodza na taśmie wideo uchwycona (no dobra, może nie „niemal”, ale parafia ta sama, tylko dzwony ciszej grają).

 

Generalnie, zachwyty nad numerem nieliczne i o raczej umiarkowanym temperamencie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

O matko, przebrnąłem przez cieniorecenzję… :-D 

 

I jestem szczęśliwy z uczciwej opinii :-) Dzięki Cieniu! yes

 

(Ryba prowadzi politykę prorodzinną? Kurczę, nie rozdaję przeciez pięciu stów za spłodzoną opinię… :-D )

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Po małych perypetiach w moich dłoniach spoczął w końcu listopadowy numer pisma. Przeczytałem “Zapalę ci znicz”. Nie chcę się rozwlekać, bo wiele zostało już napisane, łącznie z małym flejmłorem (gratuluję dużego zainteresowania ;-)). Pomysł bardzo mi się spodobał. Prawie nie czytam SF, więc nie wiem czy i w jakiej formie już się pojawiał, ja odebrałem go jako oryginalny. Postaci były całkiem wiarygodne w swoich rozterkach. Technologia była w wersji na tyle nie-hard, że laikowi jakoś szło się połapać ;).

Mam natomiast zastrzeżenia do chaotycznej struktury tekstu, wydaje mi się, że trochę przekombinowałeś, próbując złapać kilka srok za ogon, w locie, lewą ręką pod prawym jądrem. W rezultacie skaczesz między wątkami i tekst sprawia wrażenie mało koherentnego. Nie wiem, czy ciąłeś czy tak było od początku, ale dla mnie to był pewien minus.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dziękuję, Nevazie ;-) uskuteczniłeś niezłą archeologię – dziękuję podwójnie ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka