Czas Fantastyki 4/2011 |
Czas Fantastyki 4(29)2011
Wstępniak
Nietypową, bo epistolarną krytykę proponuje wydawca tomu korespondencji Lema z Mrożkiem. Człowiek mojego pokolenia widzi te nazwiska łącznie, (kto napisał „Wesel w Atomicach" kotki?), choć że się panowie przyjaźnią, korespondują, recenzują swoje teksty, dzielą się pasją automobilową, zbrzydzeniem do PRL i do interesującego skądinąd literata nihilisty, Ireneusza Iredyńskiego, o którym złośliwie plotkują, jak kiedyś fandom o Przewodasie - nie miałem pojęcia. Podobnie jak korespondencja Mrożka z krytykiem Błońskim bywa ten tom ciekawszy od dzienników Mrożka, gdzie autor chadza często, mówiąc metaforycznie i za przeproszeniem, w gaciach. Natomiast w korespondencji z Lemem, jeden i drugi dają z siebie wszystko, puszą się, ale przede wszystkim wymieniają pozytywne emocje, bezbłędnie diagnozują problemy światowej kultury, z którą obaj mają kontakt.
Na załączonych do tomu zdjęciach widać też, że dobrze się bawią (Lem w peruce a la Beatles) i mimo mizerii komuny prowadzą ciekawe życie literackie. My to mamy dzięki wolności, konwentom i mailom, ale, miło wiedzieć, że starsi genialni panowie też sobie radzili.
Szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia i Spokojnego Nowego Roku! Maciej Parowski
SZKICE
Konrad T. Lewandowski: Skąd się biorą zmiany
Wpływ metafizyki na nauki szczegółowe rzadko bywał tak bezpośredni jak zdarzyło się to w astronomii, w okresie od XIII do XVI wieku. Specjalnością metafizyki są przede wszystkim spekulacje budujące abstrakcyjne konstrukcje intelektualne, które inspirują i porządkują nasze myślenie o świecie. Weźmy dla przykładu niezwykle owocną tezę metafizyki tomistycznej, stwierdzającą, że akt istnienia bytu ma sześć przejawów - odrębność, jedność, realność, prawdę, dobro i piękno.
Iwona Michałowska-Gabrych: W jakim języku myśli tłumacz?
O ból głowy może przyprawić tłumacza nawet zwykła wrona. „Zwykła" czyli jaka? Siwa (tak naprawdę pół siwa, pół czarna), którą znamy z Polski, czy występujący w Anglii czarnowron albo - też czarna - wrona amerykańska? Dla Polaka odróżniającego wronę od gawrona określenie „czarny jak wrona" jest absurdalne. W niektórych wypadkach lepiej się pokusić o zastąpienie wrony krukiem; w innych trzeba wyjaśnić, że chodzi o inny gatunek niż ten, który występuje w naszym kraju. Przypominam sobie film, w którym bohater deklaruje „Mam kruka", a w klatce siedzi coś podobnego do wrony umoczonej w smole i w dodatku słyszymy, jak gość mówi „I have a crow". Tłumacz poradził sobie najlepiej, jak potrafił, bo gatunek ptaka nie miał znaczenia dla fabuły, a wyobraźcie sobie Amerykanina w Ameryce obwieszczającego „Mam wronę amerykańską".
Jaga Rydzewska: Futurologia Islamu. Księżyc rośnie, Księżyc
Więcej optymizmu w sferze naukowo-technicznej wykazuje Kerry Nietz w „A Star Curiously Singing", choć poza tym jego świat jest dość posępny. Akcja toczy się mniej więcej w XXV wieku. Wszyscy mieszkańcy Ziemi wyznają jedną religię, którą można by nazwać neo-islamem. Zamiast Allacha występuje w niej Bóg o imieniu „A". Mężczyźni noszą turbany, kobiety burki, zaś o kształcie codziennego życia decyduje naczelny imam, który orzekł właśnie, że androidy mają duszę, jeśli nie potrzebują ładowania. Większość ludzi, wtłoczona w pancerz dozwolonych zachowań, nie umie już myśleć kreatywnie. Zajmuje się tym wydzielona warstwa techników, którzy dzięki implantom w mózgach są stale podłączeni do internetu. Te same implanty karzą ich bólem za wszelką nieprawomyślność, technicy nie są bowiem żadną znów kastą rządzącą, lecz niewolnikami Panów - bogatych oligarchów. Mimo to, nauka trzyma się całkiem nieźle. Za pomocą windy turyści mogą wjechać na stację orbitalną, a nowo zbudowany kosmolot umożliwia superszybkie pokonywanie setek lat świetlnych. Kerry Nietz nie zajmuje się kształtem społeczeństwa ani religii, toteż o jego neo-islamie dowiadujemy się niewiele. Patrząc pod tym kątem, najciekawszy w powieści jest pomysł wysłania eksperymentalnego kosmolotu do gwiazdy Betelgeuse, z której wedle powieściowych ulemów ma pochodzić mekkański Czarny Kamień.
Krzysztof Sokołowski: Sztuka czysto amerykańska... czyli 3/3 Kinga
Któż lepiej czuje się w świecie tych mocnych, sprawdzalnych wartości, wręcz obiektywnych przez swe zakorzenienie w tradycji niż pisarz, który za miarę talentu przyjmuje czek od wydawcy pod warunkiem, że ma pokrycie, a gotówką da się zapłacić rachunek za światło? Co więcej: pisarz, którego z Chandlerem, oprócz wielkiego szacunku dla rzemiosła, łączy sukces odniesiony właśnie w świecie filmu? Mechanizmy były wprawdzie inne, Chandler nigdy nie zarobiłby książkami tyle, ile zarobił scenariuszami, King nigdy nie zarobiłby scenariuszami tyle, ile zarobił książkami, ale rezultat netto okazał się identyczny.
Andrzej Zimniak: Klikasz czy myślisz?
W „moich" czasach uczniowskich, a potem studenckich było nie do pomyślenia, żeby uczeń, nie mówiąc już o studencie ścisłego kierunku, nie kojarzył Słońca z reakcjami jądrowymi. Było powszechnie wiadomo, że bomba „atomowa" to taka, w której zachodzi rozpad uranu, a „wodorowa", ta mocniejsza, polegała na syntezie, w której ważną rolę odgrywała „ciężka woda". I nie mają szans próby tłumaczenia, że wtedy trwała epoka zimnej wojny, wszak dziś mieliśmy Fukushimę, a wczoraj Czarnobyl. No, ale za sprawą mediów - głównie telewizji - obecnie te nazwy kojarzą się ludziom bardziej z Greenpeac'em i nowotworem tarczycy niż z reakcjami jądrowymi, zaś „atom" ze śmiercią w wyniku napromieniowania.
ROZMOWY
Nikt nie chciał kupić: „Ślepowidzenia" - z Peterem Wattsem rozmawia Konrad Rataj
KR: I w „Ślepowidzeniu", i w „Trylogii Ryfterów" socjopaci mają o wiele więcej do powiedzenia niż „normalni" ludzie. Czy pisanie o obcych wśród ludzi sprawia ci przyjemność?
PW: Nie do końca zgodzę się z twoim twierdzeniem. W „Ryfterach" najbliższym socjopacie w klasycznym ujęciu był Achilles i tylko dlatego, że celowo pochrzaniono jego neurochemię (Ken Lubin też mógłby się zakwalifikować, ale jego neurochemia też była modyfikowana i nigdy naprawdę nie poznajemy jego historii). W „Ślepowidzeniu" Sarasti był jedynym socjopatą, ale także oddzielnym podgatunkiem. Więc wielu moich bohaterów to nietypowi ludzie, ale daleko im do tradycyjnego socjopaty.
Nie da się jednak ukryć, że najwięcej o danym systemie możemy się dowiedzieć poznając jego działanie w warunkach brzegowych. Większość ludzi spędza wieczory na kanapie przed telewizorem wcinając wieprzowinę, ale nie da się o nich zbyt wiele powiedzieć obserwując ich przy tej czynności. Jeśli interesuje cię, do czego ludzie są zdolni, poddaj ich stresowi, doprowadź na skraj ich możliwości, nawet zmień w coś nie do końca ludzkiego i użyj jako grupy porównawczej. Piszę o ludziach na krawędzi, bo krawędź to miejsce, gdzie dzieją się najciekawsze rzeczy.
Filip Haka: Wehikuł czasu na Bednarskiej 2/4
Gracz: To było coś w rodzaju LARP-a (live action role-playing), czyli gry fabularnej rozgrywanej na żywo. Na Bednarskiej sporo osób gra w gry fabularne, w budynku były też organizowane przez uczniów LARP-y po godzinach lekcyjnych. Gracze należeli do tych, którzy najszybciej złapali, o co chodzi, wielu z nich było liderami opozycji.
Uczeń: Chwilę później - szok. Nie można wyjść z budynku na papierosa. Mundurowi nie wypuszczają, goście są raczej słusznej postury. Zabawa zabawą, ale wyjść nie możesz. W brzuchu burczy, a w sklepiku tylko ocet. Obiad podobno będzie, ale menu nie zachęca. Kasza ze skwarkami? W łazience nie ma papieru toaletowego, trzeba iść po przydział do sekretariatu. Przy okazji próbuję odebrać komórkę, ale gość w biurze SB nie wydaje pozwolenia. „Jak by to było, gdyby każdy do każdego mógł sobie tak po prostu zadzwonić, przecież tak nie może być", argumentuje. Potem podsuwa coś do podpisu. „Zobowiązuję się wspierać w życiu zawodowym, prywatnym i publicznym wprowadzony w dniu 8 grudnia porządek publiczny. Deklaruję dobrowolną współpracę z organami władzy państwowej, a w szczególności ze Służbą Bednarskiej. Poinformowany o warunkach współpracy, zobowiązuję się do zachowania jej w całkowitej tajemnicy."
KOMIKS
Tomasz Ratman Niewiadomski: Pokaż lekarzu...
FELIETON
Jacek Dukaj: Kłamstwo nas wyzwoli
China Miéville napisał klasyczną powieść SF o Kontakcie, to coś nowego, i użył jej do propagandowej prezentacji bliskich mu ideologii, a to już tradycja.
Jedna z klasycznych definicji prawdy opiera się na zasadzie zgodności słów z rzeczywistością. Aby ją skompromitować, Miéville wymyślił w "Embassytown" rasę Obcych, Ariekei, których język (nazywany tam po prostu Językiem) ma ową zgodność wbudowaną w samą swoją strukturę i w fizjologię Obcych. Ariekei nie są w stanie wypowiedzieć twierdzeń o zdarzeniach, przedmiotach, miejscach itd., które nie mają bezpośredniego odpowiednika w rzeczywistości; co dopiero - twierdzeń jawnie fałszywych. Starają się, ćwiczą, urządzają Festiwal Kłamstw - zawody, kto zdoła bardziej oddalić się od Prawdy - lecz o własnych siłach nie przekroczą granicy fikcji.
Michał Cetnarowski: Jęczmyk ante portas
Pokrótce, o czym rozmawiamy. Podnosząc myśl Bierdiajewa o tym, że jako cywilizacja Zachodu wchodzimy w okres „nowego średniowiecza", Jęczmyk przykłada ją do naszych czasów i we współczesności śledzi tropy neofeudalizmu, rodzącego się na gruzach XX-wiecznego kapitalizmu. Czasem spostrzeżenia autora noszą znamiona upojnej błyskotliwości. Weźmy zrównanie dzisiejszych prywatnych firm ochroniarskich, bojówek kibiców, prywatnej policje itp. - ze średniowiecznymi armiami prywatnymi magnatów. Albo odkrycie w mechanizmach upadku ZSRR i odbudowy imperium rosyjskiego socjotechnik wywiedzionych z „Fundacji" Asimova. Czasem jeśli nawet rażą te analogie wybiórczością i podciąganiem faktów do z góry zakładanej tezy - to niezmiennie skłaniają do refleksji, czy rzeczywiście żyjemy w końcu czasów. A jeśli nawet tak - co to w ogóle miałoby oznaczać.
Jakub Ostromęcki: Obraz dziejów z kinem jako Lucyferem
W czasach świetności III RP lokalny dziennikarz, Robert Staniewicz dostaje wiadomość na „naszej klasie" od znajomej. Kobieta prosi go o artykuł, pomoc lub interwencję w sprawie pogrążonego w śpiączce kochanka. W tajemniczych okolicznościach doznał on wypadku nurkując w zatopionym kinie Miraż. Początkowo sceptyczny, Staniewicz kontaktuje się z Gaiblem, umierającym bileterem tajemniczego kina. Starzec wprowadza go w historię obiektu, dowodząc, iż miejsce jest przeklęte. Kompozycja przypomina od tej pory bajkową Szeherezadę.
5 opowieści Gaibla opartych jest na 5 epokach historii Polski: wielkiego kryzysu, okupacji niemieckiej, stalinizmu, gomułkowszczyzny, gierkowszczyzny, stanu wojennego. Wszystkie dzieją się w jednym mieście - po szczegółach urbanistycznych wnoszę, że w Koninie. Każde zeznanie Gaibla, jest raczej autonomicznym opowiadaniem niż zwykłym rozdziałem powieści. Wszystkie spina jednak kilka klamer: historia, horror, rozrachunek.
Krzysztof Głuch: Rozważania o uciekaniu z piekła i dawaniu wiary
Wbrew pozorom Jacek Dukaj nie wymyślił polskiej Syberii. Owszem, prawdopodobnie większość czytelników „Lodu" nie miała świadomości, że większość mieszkańców Irkucka początku XX wieku stanowili katolicy (wiadomo, jakiej nacji), a Polacy stanowili intelektualną, polityczną i militarną elitę tego carskiego dystryktu, który starał się nawet wywalczyć status niezależnej republiki. Przez dekady PRL-u młodzi Polacy całą swoją wiedzę o polskości Syberii czerpali z pierwszego odcinka serialu „Czterej Pancerni i pies". Było tam jakieś Polskie Uroczysko, w którym osiedlili się „Polacy, co to zbuntowali się przeciw Carowi". „Lód" jest wielką epopeją Syberii, ale nie pierwszą i nie najbardziej znaną. Był przecież Ossendowski.
Trudno oddać to, kim był Antoni Ferdynand Ossendowski. Ilekroć spotykałem podobne postaci na kartach książek Karola Maya - zżymałem się, że są przesadnie przebarwione, nieżyciowe, nawet jak na westernową przygodówkę. Tymczasem okazuje się, że chodzili po ziemi ludzie tacy jak Old Shatterhand - nienaganny charakter, nieskalany honor, erudyta w każdej dziedzinie, zdatny do walki na pięści i książki, zaprzyjaźniony z wszystkimi wodzami i generałami, przeżywający tysiące przygód i cudem uchodzący z śmiertelnych opresji. Właśnie taki był też polski awanturnik, jako pisarz - znany na świecie niemal jak Sienkiewicz (142 przekłady na języki obce), w Polsce ludowej programowo przemilczany, usunięty z encyklopedii oraz bibliotek. Głównie z powodu zajadłej powieści „Lenin", która na Zachodzie demaskowała bolszewizm.
Arkadiusz Grzegorzak: Jak elektroniczne papierosy
Powiedzmy sobie szczerze: To był fatalny rok dla kina fantastycznego. 2009 miał „Avatara", 2010 - „Tron: Dziedzictwo". W 2011 nie było na co kupić biletu, bez zażenowania. Zgrane, kompletnie zużyte pomysły („Transformers 3", „Piraci z Karaibów 4") konkurowały z ekranizacjami komiksów o superbohaterach (ja tam wole Pułkownika Polskę, niż Kapitana Amerykę!). Ekranowa fantastyka dla dorosłych (czytaj pełnoletnich) reprezentowana była nadzwyczaj skromnie. Pseudodokumentalny „Apollo 18", nie spełnił oczekiwań. Miał to być „Blair Witch Project" na Księżycu, a wyszedł nieudany, nudny jak sejmowe wystąpienia eksperyment. Nowa wersja „Conana" była tak marna, że krytyka i widzowie nie pozostawili na niej suchej nitki. Dawno już nie widziałem równie źle oświetlonej „superprodukcji".
Michał „Chudy" Chudoliński: Spojlery - pożytek czy utrapienie?
Głównymi winowajcami całej sytuacji są osoby, którym najbardziej powinno zależeć na jak największym zaskoczeniu wobec gotowego produktu. Mowa o nadpobudliwych widzach, przez niektórych amerykańskich fanów nazywanych wręcz nerdami, cechujących się odprawianiem pielgrzymek do miejsc kręcenia przyszłych hitów filmowych. Dobrym tego przykładem są ostatnio kłopoty Christophera Nolana, który pracuje nad zamknięciem filmowej trylogii o Batmanie. W Internecie można codziennie odnaleźć najnowsze materiały z planu zdjęciowego „Mroczny Rycerz Powstaje" („The Dark Knight Rises"), które dostarczają fani Mrocznego Rycerza i autora „Incepcji". Michael Uslan, znany hollywoodzki producent i fan komiksów, łapie się za głowę i nie rozumie zachowania fanatyków. „Za każdym razem, gdy idę do kina, chcę być owinięty przez ciemność sali kinowej i zatracić się w doświadczaniu filmu jako całości. Gdy natomiast wiem wszystko o samym filmie zanim na niego pójdę... to naprawdę umniejsza doznania końcowe".
SF NA ŚWIECIE I W SIECI
Paweł Laudański: Komiksowy chaos, na tropach Kafki
W czerwcowym numerze „Mira fantastiki" o komiksie w ZSRR i Rosji pisze Witalij Sziszikin. Początków radzieckiej sztuki komiksowej doszukuje się Sziszikin w propagandowych plakatach z czasu wojny domowej, skierowanych do niepiśmiennego w większości ludu, ukazujących w kilku obrazkach różnice między życiem pod władzą burżujów a dyktaturą światłego proletariatu. Do rysunków dodawano podpisy, często w formie rymowanej, bywa autorstwa uznanych twórców (na przykład - Włodzimierza Majakowskiego). Pierwsze takie historie, autorstwa Michaiła Czieremnicha, pojawiły się w październiku 1919 roku; to im zawdzięczamy archetypiczne postaci czerwonoarmisty, robotnika, chłopa czy burżuja, które i wiele lat potem funkcjonowały w powszechnym obiegu. Operowały ostrymi kolorami, z reguły czerwienią i czernią, uproszczonymi, schematycznymi postaciami oraz zapadającymi w pamięć hasłami.
Anna Dorota Kamińska: Nowa Kirinyaga, sieciowe magazyny, koboldy
W jaki sposób magazyny dostępne w sieci za darmo płacą autorom i pokrywają inne koszty? Część z nich (Fantasy Magazine, Lightspeed, Subterranean Magazine) należy do dużych wydawnictw, które wydają także papierowe i bynajmniej nie darmowe ksiązki. Czyli to ekscentryczna forma promocji. Inne istnieją głównie dzięki ochotniczej pracy redaktorów i dobrowolnym datkom czytelników (Strange Horizons, Chiaroscuro, Beneath Ceaseless Skies). Orson Scott Card's Intergalactic Medicine Show to jedyne istniejące pismo online pobierające od czytelników roczną opłatę - inne, które próbowały zastosować ten model, zniknęły z sieci. W miarę, jak mnożą się Kindle i Ipady, granica między papierowymi a online'owymi pismami może się coraz bardziej zacierać.
Arkadiusz Grzegorzak: Szybciej niż światło
Świat nauki wydaje się zakłopotany. Coś jest nie tak. Gdzieś tkwi błąd. Niektórzy badacze szukają „racjonalnych" wyjaśnień. Przywołuje się historię z wybuchem supernowej, kiedy na Ziemię neutrina dotarły o trzy godziny wcześniej niż fotony. Przyczyną „przewagi na mecie" neutrin miała być chmura pyłów, powstała podczas wybuchu, przez którą fotony nie mogły się przedostać tak łatwo jak neutrina, „nie uznające" w ruchu żadnych przeszkód. Taki wyjaśnienie fenomenu pojawia się w WYWIADZIE DLA POLSKIEGO RADIA UDZIELONYM PRZEZ PROFESORA KRZYSZTOFA MEISSNERA (WYDZIAŁ FIZYKI UW). Streszczenie na portalu „Jedynki". Wskazuje się tu, że (w omawianym przypadku supernowej) jeśli neutrina poruszałyby się szybciej niż światło, to, mając na względzie odległość stu sześćdziesięciu tysięcy lat świetlnych, jaką pokonały, powinny dotrzeć do Ziemi cztery lata wcześniej, a nie „tylko" trzy godziny.
|
|
|
02/2012
Wydanie Specjalne 01/2012 |
Czas Fantastyki 4/2011 |
|
|