Wydanie Specjalne 01/2012 |
Catherynne M. Valente Trzynaście sposobów patrzenia na czas/przestrzeń Ewa Szumowicz (R)ewolucja Maciej Lewandowski Czarna Leliwa Edward M. Lerner Przytomność umysłu C.S. Friedman Dominium Monika Sokół-Rudowska Droga
Catherynne M. Valente TRZYNAŚCIE SPOSOBÓW PATRZENIA NA CZAS/PRZESTRZEŃ I Na początku było Słowo, i Słowo było u Boga, i prebarioniczną osobliwością o wysokiej gęstości było Słowo. Ciemność leżała nad bezmiarem wód i Bóg unosił się nad powierzchnią hiperprzestrzennej macierzy. Oddzielił firmament od plazmy kwarkowo-gluonowej i powiedział: niech się staną pary cząstka-antycząstka, i stała się światłość. Stworzył ryby morskie, drzewa rodzące owoce, księżyc, gwiazdy i zwierzęta lądowe, i rzekł do nich: Bądźcie płodne, rozmnażajcie się i poddawajcie mutacjom. A siódmego dnia masa spoczynkowa wszechświata zdominowała grawitacyjnie promieniowanie fotonowe, uświęciła je i zatrzymała przy sobie. Bóg, gwałtownie przesuwając się ku podczerwieni, w pośpiechu ulepił mężczyznę z pyłu organizmów jednokomórkowych, dał mu imię Adam i sprawił, że zamieszkał w ogrodzie Eden, aby mógł sklasyfikować wszelkie istoty żywe zgodnie z królestwem, typem i gatunkiem. Bóg zabronił mężczyźnie tylko spożywania owoców Drzewa Mejozy. Ten wysłuchał nakazu i w nagrodę Bóg wtajemniczył go w arkana partogenezy. Tak narodziła się Kobieta, której dano na imię Ewa. Adam i Ewa mieszkali w przedkwantowym, wciąż niezróżnicowanym wszechświecie, w raju, do którego nie miał wstępu dualizm korpuskularno-falowy. Pewnego dnia jednak Ewie ukazały się wzory interferencyjne, które przybrały postać Węża. Owinąwszy kobietę w swe zwoje materii i antymaterii, powiedziały: Zjedz owoc z Drzewa Mejozy, a łuski spadną z twych oczu. Ewa odrzekła, że nie złamie przymierza z Bogiem, ale Wąż zapewnił ją, że nie ma się czego obawiać: ponieważ unosi się w losowej kwantowo-grawitacyjnej pianie, ugryzienie owocu spowoduje nieunikniony efekt inflacyjny i kobieta sama stanie się Bogu podobna, na zawsze rozszerzając się i wypełniając przestrzeń wokół siebie. A więc Ewa zjadła owoc Drzewa i poznała, że jest nagim dzieckiem rozbieżnych wszechświatów. Zaniosła owoc Adamowi i oznajmiła: - Są rzeczy, których nie rozumiesz, a które mi są wiadome. Adam rozgniewał się, zabrał Ewie owoc i połknął go w całości, a za tłem kosmicznego promieniowania Bóg wydał głębokie westchnienie - albowiem wszystkie procesy fizyczne w teorii są odwracalne, w praktyce zaś niekoniecznie. Mężczyzna i Kobieta zostali więc wygnani z raju. W bramach Edenu umieszczono płonący miecz, który miał przypominać, że od tej chwili wszechświat będzie się kurczyć, aż pewnego dnia zginie w płomieniach entropii, tylko po to, żeby znów zwiększyć swoją gęstość, wybuchnąć i na nowo zacząć się rozszerzać, powodując kolejne odbywające się z wielką prędkością zmiany rozkładu węży, owoców, mężczyzn, kobiet, helu-3, litu-7, deuteru i helu-4.
C.S. Friedman DOMINIUM W głębokim mroku prowizorycznego schronienia Gerald Tarrant czuł, że słońce zachodziło. Przez chwilę leżał w bezruchu, rozkoszując się wszechobecną ciemnością. Mroczna fae opływała go niczym fale na plaży w bezgwiezdną noc. Jej natężenie w tym miejscu było słabe - wyczuwał niewiele ponad echa duchowej wrogości, które przyciągnął podczas snu - było to jednak odświeżające uczucie. Poza granicami swojego tymczasowego schronienia wyczuwał głód stworzeń czających się w cieniach, czekających na zapadnięcie zmroku. Wkrótce słońce zajdzie, a wtedy równowaga sił w świecie znów ulegnie zmianie. Wszystkie zrodzone z nocy monstra, które powstrzymywała ich własna zabójcza natura, wyruszą ponownie na łowy, by żywić się krwią, przerażeniem, desperacją lub czymkolwiek innym należącym do ich jadłospisu. Muszę podążyć do Puszczy, pomyślał nagle. Słowa nieproszone wyrwały się z głębi jego duszy, zastępując wszystkie inne myśli. Nie zaskoczyło go to. Od paru dni doświadczał niespotykanych dotąd impulsów, zupełnie jakby jakaś zewnętrzna siła umieszczała je w jego myślach. Czasami głos, zdający się nie mieć źródła, szeptał: Przejdź przez Wężową Cieśninę. Idź na zachód. Prostszy człowiek uwierzyłby pewnie, że to jego własne myśli i zrobiłby dokładnie tak, jak mu kazano. Ale nie on, który był kimś więcej niż człowiekiem. On wiedział dokładnie, co się działo. Puszcza przyzywała go do siebie. Otwierając oczy, podniósł się z posłania. Pomimo, że wnętrze otaczającej go spiżarni było dla ludzkich oczu zupełnie czarne, dla niego było co najwyżej lekko niedoświetlone. Fae ziemi gromadziła się w kątach pomieszczenia, lodowato-niebieski blask w pełni widoczny dla wzroku adepta. Zebranie odrobiny mocy przyszło mu bez najmniejszego wysiłku, użył jej aby oczyścić się z kurzu, który osadził się na nim podczas snu, neutralizując tym samym wszechobecny zapach stęchlizny. Fakt, że schronił się w piwnicy z klepiskiem nie oznaczał, że musi śmierdzieć jak to miejsce. Użycie Sztuki sprawiło, że jego myśli wróciły na właściwe tory i przez chwilę nawoływanie Puszczy ucichło. Tarrant zdawał sobie sprawę, że chwila wytchnienia nie potrawa długo. Niecałe dwanaście mil od miejsca, w którym nocował, mieściła się krawędź natarcia przepastnego, metafizycznego wiru, który to krążył po okolicy, a pływy mocy w nim zawarte były zbyt potężne, ażeby zwieść je byle kuglarską sztuczką. Żywy człowiek mógłby ignorować wpływ wiru tak długo, jak udawałoby mu się zdusić w sobie mroczne żądze, ale istota żywiąca się esencją mroku nie miała takiej obrony. Strumienie czarnej mocy szarpały ciało Geralda Tarranta niczym niepowstrzymane prądy odpływu, usiłujące wciągnąć go w głąb wiru, do samego jego centrum. Słabszy człowiek już dawno poddałby się, nie rozumiejąc nawet, co przyciągnęło go w stronę wygłodniałego mroku. Jedynie ktoś kto znał naturę mroku i wystarczająco dobrze ją rozumiał mógł mu się oprzeć. Chodź do mnie, nawoływała Puszcza wewnątrz jego umysłu.
Ewa Szumowicz (R)EWOLUCJA R1 - Zauroczenie - Odmawiasz mi?! Spojrzałam z pogardą na mężczyznę, który mnie spoliczkował. Mały, nic nie znaczący ścierwnik, śmieszny facecik wbity w pseudoelegancki, pseudokosztowny garnitur. Nie bolało, blokery zadziałały bez zarzutu. Udałam oszołomioną, głupio byłoby zdradzić, kim jestem, przez durny zatarg z taką płotką, jak Michel Lou. Za dużo kosztował mnie kamuflaż, bym wpadła z powodu jednego niewyżytego faceta. Hiperadrenalina szumiała w żyłach, aktywując dawno nieużywane wspomagacze. Czas rozciągnął się jak guma, bo refleks gwałtownie przyspieszył. Wprost czułam, wyostrzający się wzrok i słuch - oby ten idiota nie zauważył, że ciemnieją mi tęczówki! Za to Andriej, mój agent, zauważył. To był chyba powód, dla którego ten koronowany tchórz odważył się złapać Lou za rękaw garnituru. Za co natychmiast zapłacił - ochroniarz chwycił go za szyję i poddusił, niczym kociaka. Mój agent zdołał tylko wypiskać na wydechu: - Nnnie po twarzy! Lou spojrzał najpierw na niego, potem na mnie, wciąż profilaktycznie leżącą na podłodze, i powoli pokiwał głową. - Słusznie. W końcu jej buzia jest dla nas bardzo cenna. Obrócił się do agenta, nadal dyndającego nad ziemią w stalowym uścisku bioborga. Andriej zaczynał sinieć. Niedobrze - jeszcze trochę niedotlenienia i nie zdołam go sama odratować, a regeneracja mózgu kosztuje. - Właśnie dlatego miałeś ją przekonać do dobrowolnej współpracy. Ale, oczywiście, nawet w tej sprawie musiałeś okazać się nieudacznikiem. Śmieć zawsze w końcu okazuje się śmieciem. Wiesz, co się robi ze śmieciami? Oddaje do utylizacji. Ochroniarz skręcił biednemu Andriejowi kark. Tymczasem drugi bioborg złapał mnie za ramiona, przygważdżając do podłogi. Przeklęłam w myślach swój nadmiar ostrożności. Zachciało mi się grać bezbronną cizię, którą ogłuszy byle klaps, i znalazłam się przyparta do parteru w paskudnej pozycji wyjściowej do walki,. Moja wina, muszę sobie jakoś poradzić. Oszacowałam możliwości. Garderoba była ciasna i zagracona: szafy, krzesła, lustra, fura bliżej niezidentyfikowanych fragmentów odzieży. Dobrze - byłam drobniejsza, bałagan mniej będzie mi zawadzał, zwłaszcza, że to mój teren. Zapowiadało się ciekawe starcie. Zasadniczo, jako Igła byłam silniejsza od zwykłego bioborga, ale brakowało mi doświadczenia w walce. A ci tu wyglądali na zaawansowane modele bojowe. Zbyt zaawansowane, jak na kieszeń Lou. Jakim cudem stać było tę płotkę na tak drogie zabawki?
Maciej Lewandowski CZARNA LELIWA Na zewnątrz są psy, guślarze, rozpustnicy, zabójcy, bałwochwalcy I każdy, kto kłamstwo kocha i nim żyje. Apokalipsa 22; 15 Promienie jesiennego słońca skrzyły się na polerowanych powierzchniach. Ścianę wyłożoną kafelkami przesłaniała po części imponująca kolekcja patelni, rondli, rondelków i sitek i im podobnych akcesoriów, niezbędnych kuchmistrzom. W rogu, tam gdzie wypadała przestrzeń niczyja ciemnowiśniowego blatu, między kuchenką a zlewem piętrzyły się książki. Jedna na drugiej, każda ze śladami wielokrotnego użycia; wystawały z nich karteczki zapisane drobnymi literkami. Skarbnicy kulinarnej, sekretnej wiedzy strzegła baszta, jak w każdej bajce. Ta akuratnie była naszpikowana ostrymi nożami. Girlanda czosnku zakołysała się lekko poruszona podmuchem wiatru. Szpakowaty mężczyzna upił łyk kawy. Musiał przyznać, że jest bardzo dobra o urzekającym aromacie. Nie mogło być nawet mowy o kwaskowym posmaku. Naprawdę dobra kawa. Przyjrzał się kobiecie siedzącej po drugiej stronie stołu. W takich chwilach często się zastanawiał, cż też ludzie mają w głowach, że zostawiają tak piękne kwiaty na żer chwastom. Z drugiej strony, był im wdzięczny, tak jak głupcowi, który skrzywdził tą kobietę. Dzięki nim miał pracę. Ręce dziewczyny lekko drżały, widomy znak, że dotarła do ostatniej linijki umowy. Dał jej jeszcze chwilę na ponowne przestudiowanie dokumentu. Nie było to całkiem zgodne ze standardami, ale zawsze tak robił. Wiedział, że ktoś, kto dotarł tak daleko już się nie cofnie, ale ludzie potrafili być zaskakujący. Robił to też dla siebie, bo dawno przestał się łudzić, że komukolwiek pomaga. Mimo wszystko bardzo chciał odzyskać wiarę w człowieka. - Czy wszystko się zgadza droga pani? - zagadnął odstawiając pustą filiżankę. Doskonale wiedział, że się zgadza. Umowa była przygotowana profesjonalnie, według jasnych i prostych zasad. Nie mogło być mowy o błędzie, bo choć każdorazowo pisana odręcznie, sporządzona została wedle szablonu. Jedyne, co różniło umowy, a i to nie za często, to rodzaj zlecenia. Bo zapłata była stała, tak się mawia w języku nowoczesnego biznesu, naliczana wedle raz ustalonej i nie zmiennej stawki. - Wszystko... - westchnęła - ...wszystko wydaję się w porządku. Nerwowo potarła skronie. Kilka głębszych oddechów uspokoiło ją. - Rozumiem, że jak to podpiszę nie będzie żadnego odwrotu, a wy wykonacie to, o co proszę? - Naturalnie, co do joty. Jeśli pani, zechce łaskawie podpisać i tym samym dać nam, że tak powiem carte blanche. - Kobieta odruchowo sięgnęła po długopis, ale mężczyzna w czarnym garniturze podsunął jej swoje przygotowane wcześniej pióro. Uśmiechnął się przepraszająco. - Waćpanna będzie łaskawa wybaczyć, ale preferujemy by nasze dokumenty sygnowano także naszym atramentem. Taka drobna i koniec końców, nieszkodliwa ekstrawagancyja.
Edward M. Lerner PRZYTOMNOŚĆ UMYSŁU Rozdział 1 Pach. Jasnoczerwona piłka odbiła się z nader przyjemnym odgłosem, lecz rakieta dalej poruszała się po łuku, bez zauważalnej reakcji. Doug Carey pospiesznie otarł pot z czoła wierzchem wolnej ręki, przezornie nie odrywając przesłoniętych okularami oczu od piłki. A ta, zgodnie z jego zamysłem, przeleciała przez półprzezroczysty zielony prostokąt, zawieszony w pionowej płaszczyźnie przecinającej kort w połowie. I z miejsca przyspieszyła dwukrotnie. Przeciwnik po drugiej stronie kortu stęknął, robiąc wypad. Jim Schulz trafił w piłkę czubkiem rakiety i z wprawą posłał kulę z powrotem przez zielone pole. Piłka przyspieszyła dwukrotnie. Doug zaklął, na próżno rzucając się za nią. Przeszła obok, musnęła podłogę po skosie i zrykoszetowała najpierw o tylną ścianę, potem o boczną. Zniknęła zaraz po powtórnym zetknięciu z podłogą bez kontaktu z rakietą Douga. - Ładnie - wysapał. Jim, w przepoconej koszulce, kiwnął rakietą w oszczędnym geście podziękowania. - Rzuć - zawołał i nowa czerwona piłka wyłoniła się z niczego. Jim kropnął ją ku płaszczyźnie po środku kortu, o włos chybiając lewitującą fioletową strefę potrójnej prędkości. Nieprzyspieszony serwis był zbyt łatwy do odebrania; bezlitosny return Douga przeleciał przez fiolet. Czerwona smuga śmignęła obok bezradnego Jima, trafiając w brązową strefę śmierci na tylnej ścianie, i raptem bezwładna piłka opadła z niej niczym cegła. Potem wyparowała, tak jak poprzednia. - Wypuść. Kolejna czerwona piłka pojawiła się znikąd, znów w powietrzu, tym razem na wezwanie Douga. Podczas uderzenia skręcił rakietę, nadając piłce piekielną rotację. Serwis szerokim łukiem przeleciał na drugą stronę kortu, dziwacznie odbijając się od podłogi i bocznej ściany.
|
|
|
02/2012
Wydanie Specjalne 01/2012 |
Czas Fantastyki 4/2011 |
|
|