- Opowiadanie: M.Bizzare - Zapach Bzu

Zapach Bzu

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Zapach Bzu

Sklepy w małych miasteczkach często nie oferują tyle, co w mieście. Gośka nie narzekała i zamiast jeździć do oddalonego Tesco, zadowalała się w zupełności towarami dostępnymi na miejscu. Gośka w ogóle przywykła do nowego miejsca zamieszkania szybko, a nawet je polubiła. Choć gdy Robert zaproponował kupienie domu tutaj, a nie w oddalonym o kilkanaście kilometrów mieście, ostro zaoponowała. A właściwie użyła wyrażenia „ocipiałeś?”. Myliła się bardzo i nie wstydziła się przyznać do błędu. Robert miał bezproblemowy dojazd, cała rodzina ogromny, jak na krajowy standard, dom do dyspozycji. A przede wszystkim było tu spokojnie, zwłaszcza, że mieszkali zdecydowanie na uboczu, na granicy miasteczka. No i inne przyjemności – lasy, pola, świeże powietrze.

 

Przeprowadzka była trafionym pomysłem. Dostrzegała to zwłaszcza teraz, wiosną, tak piękną i tak inną od wiosny w mieście, odczuwalnej jedynie w parkach.

 

Z szerokim uśmiechem na ustach pożegnała sklepową oraz kupujących i wyszła na zewnątrz. Zostawiła zakupy w aucie, wypaliła spokojnie papierosa i już miała wracać, gdy przypomniała sobie o złożonej niedawno obietnicy. Zamknęła samochód. Ruszyła w prawo i zaraz skręciła w wąską, piaskową uliczkę.

 

Pan Marian siedział w ogródku, jak zwykle, wpatrzony w kwitnące kwiaty. Obok kół wózka inwalidzkiego dreptał w tą i z powrotem grubiutki, rudy kociak. Żona kaleki, pracująca w pobliskiej fabryce, nie miała czasu załatwiać spraw dla męża, a pan Marian był tak przeuroczy, że Gośka w wolnej chwili często zaglądała do niego, dotrzymać mu towarzystwa.

 

– Dzień dobry pani Małgorzato! – krzyknął, gdy tylko ją zauważył.

 

– Dzień dobry! Mam coś dla pana! – odpowiedziała.

 

Po chwili wyjmowała z torebki trzy cienkie książki, które Robert przywiózł z Empiku w mieście. Wręczyła panu Marianowi, a ten uśmiechnął się lekko.

 

– Nawet nie wie pani, jaką przyjemność mi sprawiła. Kasiula pracuje tak ciężko, że nie ma siły pojechać po książki nawet w niedziele. A z biblioteki już wszystko przeczytałem.

 

– Wiem, panie Marianie. Dla mnie to nie problem. To wszystkie brakujące części?

 

– Tak, tak. Teraz będę miał przeczytany cały cykl. Serdecznie dziękuję.

 

– Drobiazg.

 

– Wie Pani, że kiedyś też chciałem pisać kryminały? Jeszcze za PRL-u. Ale nigdy nie byłem dobry w wymyślaniu zagadek, a kryminał bez porządnej zagadki to jak baba bez pizdy, wiadomo.

 

Roześmiała się, słysząc wulgarne porównanie w ustach znajomego. Pan Marian tymczasem wziął się za czytanie opisu z tyłu książki. Nagle, nie odrywając oczu od literek, spytał:

 

– A jak się żyje w nowym domu? Ile tam mieszkacie, miesiąc?

 

– Trochę więcej.

 

– Nic ciekawego się nie dzieje?

 

– A co miałoby się dziać? Tak raczej na uboczu jesteśmy, panie Marianie, pod lasem.

 

– Wiem, wiem, ale wyobrazi sobie pani, ten dom ma swoją specyfikę, historię, i to mnie ciekawi. Słyszała pani coś o tym?

 

– Jakoś nie.

 

– Proszę usiąść, długa opowieść…

 

Nagle usłyszała niepokojący dźwięk. Alarm swojego samochodu, bardzo głośny mimo odległości od miejsca zaparkowania. Poczuła rodzącą się panikę. Kto mógł się dobierać do auta w środku dnia?

 

– Przepraszam, panie Marianie, muszę lecieć! – krzyknęła i rzuciła się do biegu.

 

Gdy dotarła, z ulgą zauważyła, że nic się nie dzieję. Wyłączyła alarm pilotem. Westchnęła. Nie pierwszy raz stare auto wyło bez powodu. Pomyślała, że powinna naciągnąć Roberta na nowe, choć nie miała serca wiedząc, ile wydali na dom.

 

Odetchnęła, potem wciągnęła powietrze. Poczuła zapach bzu, mocny i obezwładniająco słodki. Nic dziwnego. Pięknie kwitnących krzewów nie brakowało w okolicy. Lekko jeszcze podenerwowana, zapaliła jeszcze jednego papierosa i dopiero po kilku minutach odjechała w kierunku domu.

 

 

Zdziwiła się, gdy na frontowym tarasie zobaczyła płaczącą córkę. Dziewczynka siedziała na bujanym fotelu, ogromnym w porównaniu do jej drobnej sylwetki. Całą twarz miała czerwoną, a z oczu jeszcze wypływały łzy. Gdy zobaczyła matkę, uspokoiła się nieco.

 

– Co się stało? Gdzie jest tatuś?

 

– Śpi… – odpowiedziała drżącym głosikiem Milenka.

 

– Co się stało, co, dziecinko?

 

– Nie będziesz zła?

 

– Skąd, maleńka, mów szybciutko, dobrze?

 

Kiwnęła głową.

 

– To wazon. Ten duży, na kwiatki.

 

– Zbił się? – zgadła Gośka.

 

– Tak, ale… ale…

 

– Ty go zrzuciłaś z półki i martwisz się, że mnie zdenerwujesz?

 

– Nie! – krzyknęła dziewczynka, oburzona. – Nieprawda! To było straszne, mamusiu, tak bardzo straszne!

 

– Co?

 

– On latał. Tak fiuu, do góry podfrunął, a potem spadł. Huknął!

 

Gośka pokręciła głową. Dzieci to jednak potrafią wymyślać pokraczne usprawiedliwienia, pomyślała. Nie miała jednak ochoty na dydaktyczne pogadanki o kłamstwach.

 

– Nie martw się, Mileniu, to nic takiego – odpowiedziała. – Chodź ze mną do środka, dobrze, kupiłam ci coś dobrego. No, chodź.

 

Otworzyła drzwi do domu i od razu ruszyła do kuchni, rozpakować zakupy. Milenka podreptała za nią posłusznie, ale gdyby Gośka zwróciła uwagę na jej minę, wiedziałaby, że wcale nie zdołała uspokoić córeczki.

 

 

Gośka nienawidziła myć kibla. Zwykle zrzucała upierdliwą czynność na barki męża, ale Robert miał ciężkie negocjacje w pracy i odsypiał. Chcąc nie chcąc, kucnęła nad muszlą i zajęła się niewdzięczną robotą.

 

Nagle przestała szorować. Wydawało się jej, że słyszała stukanie w drzwi łazienki.

 

– Kochanie? – zawołała.

 

Nikt nie odpowiedział.

 

– Mileniu?

 

Zero reakcji.

 

– Co do cholery? – syknęła i ruszyła w stronę drzwi. Otworzyła je, przestąpiła przez próg. Nic. Korytarz był pusty, nie paliło się światło. Zaczęła się zastanawiać, który z domowników sprawił jej psikusa.

 

Wtedy usłyszała za sobą niepokojący zgrzyt.

 

Odwróciła się, przestraszona. Zobaczyła od razu, co było powodem hałasu. Na gładkiej tafli lustra pojawiła się długa rysa w poprzek. Zbliżyła się. Nie przewidziało się jej. Zamarła, wpatrując się we własne odbicie. I nagle, kątem oka, zauważyła sylwetkę kogoś, kto stał w wannie. Krzyknęła. Odwróciła się natychmiast.

 

Nikogo tam nie było.

 

 

Robert pokręcił głową, wyraźnie zażenowany zachowaniem żony. Gośka zamilkła, ściskała kurczowo kubek z herbatą. Czuła, że drży.

 

– Przewidziało ci się, mówię ci. Jakiś cień.

 

– Widziałeś rysę na lustrze! – W Gośce wezbrała złość. Postawiła herbatę na stole i stanęła przed nim, spojrzała mu w oczy.

 

– Duchy? Widmowe kobiety stojące w wannie? Kochanie, posłuchaj siebie!

 

– Ona tam była! Chwilę, sekundę, ale widziałam ją kurewsko wyraźnie! I wazon!

 

– Panikujesz. Może przemęczyłaś się, ostatnio nie najlepiej śpisz. Jak jesteś zmęczona, rozdrażniona, czasem różne rzeczy…

 

– Masz mnie za wariatkę?

 

– Tego nie powiedziałem!

 

Ucichli. Zorientowali się, że zaraz rozpęta się kłótnia, obudzą córkę i stracą pół wieczora na uspokajanie jej i siebie. Robert zacisnął usta. Minę miał ponurą.

 

– Przytul mnie po prostu, okej? – poprosiła Gośka cicho.

 

Posłuchał, pocałował ją w czoło, objął mocno. Jednak minęło sporo czasu, zanim uspokoił żonę na tyle, by mogli się położyć spać.

 

 

Poranek był okropny. Gośka nie wyspała się, bolała ją głowa i trwała w ciągłym napięciu, obawiając się, że zaraz przydarzy się kolejne przerażające spotkanie. Podczas śniadania nikt się nie odezwał, a gdy tylko Robert odjechał z Milenką ku miasteczku, Gośka poczuła, że nie usiedzi w domu sama. Postanowiła wyjść na taras, może porobić coś w ogrodzie. Byle nie zostać w czterech ścianach ze zjawą, urojoną czy nie.

 

Gdy znudziło się jej siedzenie w bujanym fotelu, zaczęła spacerować bez celu po placu, depcząc dawno nie koszony trawnik. Bez pachniał obezwładniająco i ta znajoma, wszechobecna woń jakoś ją uspokajała. Niebawem rozchmurzyła się na tyle, na ile była w stanie po tak niedorzecznie przerażającym przeżyciu.

 

Podeszła do płotu i wtedy zobaczyła, że po drugiej stronie ulicy, na skraju gęstego i prawie nietkniętego ludzką ręką lasu, kręci się jakiś mężczyzna. Poczuła ukłucie strachu.

 

Obcy chodził w wysokiej trawie i co chwile się nachylał, w końcu kucnął. Wyglądało na to, że czegoś szuka, chyba miał też w ręku jakiś mały przedmiot. Miał na sobie szarego t-shirta i wygodne sztruksy, na głowie czapkę patrolówkę. Przy lewym boku wisiała męska torba koloru ciemnego brązu.

 

Gośka przełamała strach, wyszła za bramę, ostrożnie przekroczyła jezdnię i ruszyła w stronę nieznajomego.

 

Ten dopiero po chwili zorientował się, że ktoś idzie. Podniósł się i uśmiechnął szeroko na widok kobiety. Teraz, z bliska, zauważyła, że w dłoni trzymał lupę. Zauważyła też mały aparat fotograficzny, zawieszony na szyi. Obcy miał niebieskie oczy i bladą cerę, z wyraźnie rysującymi się workami pod oczyma.

 

– Przepraszam? – odezwał się.

 

– Witam. Jestem Małgorzata Zdunek – odpowiedziała, teraz trochę speszona. – Mieszkam w tym domu, o tam. Zauważyłam pana i chciałam się spytać, co tu pan właściwie robi?

 

– A co? Nie można tu chodzić? Ten teren to pani własność?

 

– Nie, oczywiście. Ale widzi pan, rzadko ktoś tu się zjawia.

 

Zrozumiał. Wyciągnął rękę w stronę Gośki.

 

– Leszek Biela, entomolog – przedstawił się. – Miło poznać.

 

Uścisnęła dłoń. Była pewna, że na twarzy ma rumieńce, bo wstydziła się swojego zachowania. Szła tu z pretensjami, a trafiła na zwykłego naukowca, w dodatku całkiem uprzejmego.

 

– Aha, pan musi tu szukać jakichś rzadkich owadów, prawda?

 

– Nie rzadkich, ale owszem, insektów. Przejeżdżałem przez okolicę i natura badacza mnie zatrzymała. Musiałem sobie pochodzić. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?

 

– Skądże. – Starała się nie dać po sobie poznać, jaką panikę w niej wzbudził.

 

– Chce pani zobaczyć co oglądam? – zaproponował.

 

Przytaknęła. Dłonią pokazał, żeby się zbliżyła i przykucnął. Niewiele myśląc, zrobiła to samo. Na liściu wyjątkowo okazałego chwastu siedział żółty owad. Biela podał jej lupę.

 

– Proszę się przyjrzeć i spróbować zgadnąć, co to za insekt?

 

– Na oko to jakaś osa. Dziwna trochę, ale tak, chyba osa – odpowiedziała po chwili obserwacji.

 

– Błąd laika, ale zrozumiały. Natura jest sprytna. To motyl.

 

– Żartuje pan? – Autentycznie ją to zaskoczyło.

 

– Przeziernik osowiec. Niezły w mimikrze, prawda?

 

Przytaknęła, bo stwierdziła, że nie ma ochoty wchodzić w temat owadów.

 

– Tak to już jest. Słabsze, ale cwańsze żyjątka lubią się podszywać – mówił, nie przejmując się brakiem odzewu. – Same korzyści, gdy potrafi się upodobnić do czegoś, co odstraszy i zmyli wroga. Podejrzewam, że okoliczne brzozy niedługo będą pełne chodników wydrążonych przez larwy. Duża populacja musi tu być. No, ale widzę, że pani aż tak to nie pasjonuje.

 

– Nie, to ciekawe, naprawdę – skłamała.

 

Rozmawiali jeszcze przez chwilę, niezobowiązująco. Entomolog okazał się przyjemnym człowiekiem, więc w końcu spytała:

 

– Może wstąpi pan na coś zimnego do picia? Straszny dziś gorąc.

 

– Nie, dziękuję. Czas nagli, muszę iść. Zostawiłem samochód po drugiej stronie lasu, kawałek jest. Ale miło, że pani proponuje.

 

Pożegnali się, a Biela istotnie zaraz zniknął w lesie. Gośka stała jeszcze chwilę w trawie, po czym zdecydowała, że na nią też pora. Czuła się dużo lepiej, widać kontakt z drugim człowiekiem wyparł z jej głowy myśli o nieprzyjemnym zdarzeniu.

 

Nie na długo.

 

Gdy wróciła do domu, doznała szoku. Nie wszystkie meble stały na swoim miejscu.

 

 

Poprzesuwanie mebli przez nieznaną siłę rozpoczęło tydzień piekła. Robert reagował z opóźnieniem, ciągle jej nie dowierzając, ale sam słyszał hałasy i dziwne stukania już tej samej nocy. Niepokojące zdarzenia mnożyły się aż za szybko. Odgłosy kroków. Gasnące światła, telewizor, nagłe braki wody w kranach. Drzwi od szaf same się otwierały, podobnie okna. Ale najwięcej zdarzało się Gośce. Nocami budził ją kobiecy głos, choć nie była w stanie zrozumieć słów. Raz słyszała przeraźliwy krzyk, gdy szła sama korytarzem. Znalazła bazgroły na ścianie, ale zniknęły, gdy wróciła na miejsce z Robertem. Widziała też, jak przedmioty zostawione na szafce nocnej uniosły się parę dobrych centymetrów do góry i wisiały w powietrzu parę minut, tak po prostu.

 

Nawet sceptyczny Robert musiał przyznać, że stali się ofiarą klasycznego, wręcz hollywoodzkiego przypadku nawiedzenia przez ducha. Przez pracę dotykało go to jednak najmniej, spał nawet spokojnie w nocy i zwlekał z pojęciem jakichkolwiek działań. O dziwo Milenka, która pierwsza widziała nadprzyrodzone harce, wydawała się w ogóle nieświadoma tego, co się dzieje. Bawiła się, cieszyła i spała mocnym, zdrowym snem. W takim układzie Gośka musiała się mierzyć nie tylko z ciągłym, dojmującym strachem, ale i z przeświadczeniem, że została z niedorzeczną sytuacją zupełnie sama.

 

Po tygodniu dziwnych zdarzeń i coraz gorszego samopoczucia, nie wytrzymała. Siłą niemal zaciągnęła męża do salonu, na poważną rozmowę. Która szybko przeistaczała się w kłótnie.

 

– Musimy coś zrobić! – krzyczała. – Nie ważne, czy to duchy, krasnoludki czy zbiorowe haluny! Ty to osrywasz, a ja siedzę cały dzień w domu i spodziewam się, że wyskoczy na mnie potwór z szafy! Masz pojęcie, jak ja się czuję? Nerwica, paranoja, ja tak nie mogę żyć!

 

– Dam wodę do zbadania, może sprowadzę kolesia, który sprawdziłby, czy nie ulatnia się jakiś gaz. – Robert próbował załagodzić konflikt. – Co więcej mogę zrobić?

 

– Są chyba od tego specjaliści, muszą być!

 

– Od czego!?

 

– Od duchów! Pełno ich w telewizjach, latają z kamerami, widziałeś na pewno z raz! W Polsce też muszą być jacyś!

 

– I co jeszcze, może sprowadzić jebanego egzorcystę!? – Robert tracił panowanie nad sobą.

 

– Jeśli będzie trzeba!

 

– To absurd!

 

– Może, ale to mnie zniszczy!

 

– Wytrzymasz trochę hałasów i tego tam. Nie dzieje się nic złego. Bądźmy rozsądni.

 

– Mam czekać, aż coś się stanie!? Ocipiałeś!? A dziecko?

 

– Nie przeklinaj, Gośka, nienawidzę tego!

 

– Nie o tym rozmawiamy.

 

– Może samo przejdzie. To tylko jakaś faza, nie wiem, nie znam się. Poczekajmy, proszę. – Zmienił tonację, widział, że żona jest na krawędzi eksplozji. – Poszukam na Internecie ludzi, którzy mieli takie problemy, poszperam na temat okolicy. Można pogadać z miejscowymi. Spokojnie, coś się zaradzi.

 

– Dwa dni, masz dwa dni. Jeśli nie ruszysz dupy i nie zaczniesz czegoś robić, to biorę Milenkę i jadę do Wawy, do matki. Rozumiesz?

 

Nie czekała, aż mąż odpowie. Wyszła z salonu, trzasnęła przy tym drzwiami, zresztą dużo głośniej, niż ich nowy, widmowy lokator potrafił.

 

– Świetnie. Tylko typowej gadki brakowało – dodał Robert, choć już nie mogła słyszeć.

 

Następnego dnia Robert pojechał do pracy wyjątkowo rano. Na głowie Gośki zostało powiezienie dziecka do szkoły. Wstała ledwo, bo usnęła dopiero nad ranem. Nie weszła do łazienki się umyć, nie mogła patrzeć na rysę na lustrze. Milenka wyszła z pokoju i od razu zaczęła szczebiotać o koleżankach, kolegach i wycieczce szkolnej za tydzień. Po śniadaniu pełnym dziecięcej gadki o błahostkach, Gośka miała ochotę się pociąć. Nigdy nie czuła się tak beznadziejnie.

 

– Mamo, zawiążesz mi buciki? – spytała Milenka, gdy już się ubierały.

 

– Nie za duża jesteś na to, co, łobuziaro?

 

– Proszę! Proszę cię mamusiu bardzo!

 

– Okej, jak tak ładnie prosisz. Ale w drodze wyjątku, umawiamy się.

 

Przytaknęła. Gośka nachyliła się i szybko zawiązała sznurówki małych bucików. Potem wstała i pocałowała córkę w główkę, zanurzając przy okazji nos w jej gęstych włosach. Wtedy poczuła coś nietypowego.

 

– Milenko, tatuś kupił ci nowy szampon?

 

– Nie, mamo.

 

Głupie pytanie, pomyślała Gośka, przecież to ja kupuję jej kosmetyki, pomagam w myciu głowy, wiedziałabym.

 

– Coś nie tak, mamo? Znowu jesteś smutna?

 

– Nie, skarbie. Nic. Chodźmy już – odpowiedziała, a dziecko nie wyczuło jej rozkojarzenia.

 

Droga do szkoły dłużyła się, choć ta była blisko, dłużyła się. Gośka nie włączyła nawet radia, wszystko ją denerwowało. Gdy wreszcie dojechała i przebrnęła przez rytuał pożegnania z niechętnie rozstającą się dziewczynką, odetchnęła z ulgą. Nie ruszyła jednak. Zastanawiała się, co zrobić, by nie siedzieć znowu w domu, nie czekać na kolejne demonstracje ducha.

 

Wreszcie wpadła na pomysł.

 

Tydzień był koszmarny i nie pozwalał pamiętać o takich duperelach, ale teraz ją olśniło. Pan Marian miał opowiedzieć jej historię domu, tego dnia, kiedy wszystko się zaczęło. Kto wie, wnioskowała, może miejscowi naprawdę wiedzą coś, o czym nikt nie omieszkał przy nas wspomnieć. Nie myślała dłużej, przekręciła kluczyk w stacyjce i ruszyła wybadać sprawę.

 

W międzyczasie zorientowała się, co dziwnego było w zapachu włosów Mileny. Bez. Włosy córki pachniały bzem. Nie była jednak pewna, czy nie wydawało jej się to. Woń bzowych kwiatów była w końcu wszechobecna o tej porze roku.

 

Nie zaprzątała tym sobie dłużej głowy.

 

Gdy podjechała pod zawsze otwartą bramę posesji pana Mariana, od razu poczuła, że coś jest nie w porządku. Jej znajomy nie siedział na podwórku, ale widziała, że pod jego ukochaną, dość karłowatą jabłonką stoi wózek inwalidzki. Wysiadła z auta, teraz już pełna złych myśli.

 

– Panie Marianie? – zawołała, choć zdawała sobie sprawę, że tak go nie znajdzie.

 

Nic. Postanowiła wejść do domu, ale drzwi były zamknięte na klucz. Znalazła tylko rudego kociaka, wylegującego się na kocyku pod oknem. Nachyliła się i pogłaskała zwierzę po główce. Kot zamruczał. Gośka westchnęła smutno.

 

Nagle usłyszała kobiecy, donośny głos:

 

– Za kim pani szuka?

 

Gośka odwróciła się w stronę, z której dobiegał. Okazało się, że do płotu podeszła pani Renia, sąsiadka pana Mariana, która musiała widocznie wrócić już z sanatorium.

 

– Gospodarza szukam – odpowiedziała Gośka, idąc w stronę płotu.

 

– To pani nic ni wie?

 

– Nie wiem.

 

– Zmarło się chłopinie. Jakiś czas temu już to było, ze tydzień.

 

Gośka zbladła. Poczuła się bardzo, bardzo słabo.

 

– Co?

 

– We śnie odszedł. Serce mu stanęło. Biedna Kasiula, no, załamana, do szpitala ją wzięli aż. On pono wyglądał, jakby mu się jakiś koszmar najokropniejszy przyśnił. Niektórzy mawiają, że Marian to ze strachu zeszedł. Tragedia, mówię pani!

 

Gośka nie mogła uwierzyć. Czuła nienaturalne zimno wędrujące po całym ciele, mimo wyjątkowo upalnej aury. Nie tylko odszedł najsympatyczniejszy człowiek, jakiego ostatnio poznała. Odszedł w tym samym czasie, gdy ją zaczęły nękać paranormalne zjawiska.

 

Jakoś nie wierzyła, że to przypadek.

 

 

Przed trzynastą miejscowy bar był nieczynny, więc kupiła połówkę w sklepie i ruszyła w stronę domu. Zamierzała się upić. Rzadko to robiła, alkoholizowanie się jej nie służyło, ale nadmiar złych wrażeń aż prosił o zalanie wódką. Miała nadzieję, że to ją choć na chwilę wyłączy. Wysłała esemesa do Roberta, żeby urwał się z pracy i odebrał dziecko. Nie odpowiedział, ale nie była w stanie nawet pomyśleć o odpowiedzialności. Nie w takiej chwili. Uznała, że to wystarczy.

 

Zaparkowała na podjeździe, nie chciało jej się nawet otwierać garażu. Stanęła w progu i, nie zdejmując nawet butów, wkroczyła do salonu. Siadła na fotelu i zapaliła papierosa. Przymknęła oczy.

 

Ktoś krzyknął. Raz, drugi, niesamowicie głośno. I nie był to kobiecy krzyk widma.

 

Gośka wbiegła na schody, przebiegła korytarz i wparowała do pokoju Milenki. Był tam Robert. Leżał na podłodze, z rozwiązanym krawatem i rozpiętą koszulą. Osłaniał się rękoma, jakby coś miało go zaatakować.

 

– Co ty tu robisz? – zapytała niezbyt przytomnie.

 

– Pali się! Uciekaj! Mnie nie uratujesz!

 

– Co!?

 

– Nie podniesiesz tej belki!

 

– Jakiej belki? Ten dom nawet nie jest drewniany!

 

Robert oszalał. Zupełnie jej nie słuchał, zaczął krzyczeć.

 

– Uspokój się! – Sama zaczęła wrzeszczeć. – Pijany jesteś, do kurwy nędzy?

 

– Milenia! Milenka! Spaliła się! Przepraszam! Ja przepraszam! Nie mogłem nic zrobić! Jej skóra… czarna… Bożę, ona spaliła się na wiór!!!

 

Gośka nie mogła tego dłużej słuchać. Zebrała wszystkie siły, podniosła męża z podłogi i powoli, pilnując, żeby się nie wyrywał, wyprowadziła na taras. Usadziła go w bujanym fotelu i gdy zobaczyła, że nieco się uspokoił, wróciła do środka. Zadzwoniła na pogotowie, potem poszła do kuchni. W szafce, która służyła za apteczkę, zaczęła szukać prochów na uspokojenie. Oczywiście, nie znalazła. Rzadko ich używał.

 

Nagle usłyszała dziwny dźwięk. Spodziewała się ich, ale to było coś nowego. Jakby szuranie.

 

Bardzo nie chciała, ale ruszyła w poszukiwaniu źródła. Dźwięk zdawał się jednak przemieszczać. Gdy doszła do miejsca, z którego dochodził, przesunął się wyżej. W kierunku sufitu. Zrozumiała.

 

Coś ruszało się w ścianach.

 

Dźwięk zaniknął, ale Gośka nie wierzyła, że to koniec. Ostrożnie przemieściła się w kierunku schodów. Powoli wdrapała się na górę. Gdy znalazła się w korytarzu na piętrze, dźwięk powrócił. Przyłożyła ucho do ściany.

 

Szuranie, głośne szuranie. Jakby coś przeciskało się z trudem w wąskiej przestrzeni.

 

Wtedy stało się coś jeszcze gorszego. Gośka ze zgrozą poczuła, że coś ją dotyka. Chciała się odwrócić, ale kompletnie ją sparaliżowało. Czuła wąskie palce, przesuwające się po biodrach. Potem paznokcie wpijające się w brzuch. Włosy dotykające jej szyi. Pachniały bzem.

 

Wreszcie udało jej się wyrwać, obrócić.

 

Nikogo nie było.

 

Gośka dała krok w przód, jeszcze dwa. Przed sobą miała tylko wytapetowaną ścianę. Serce jej dudniło, wydawało się, że zaraz eksploduje w klatce piersiowej. Odwróciła się znowu.

 

Tylko po to, by zobaczyć widmo.

 

Sina dziewczyna w bieli, o długich, nitkowatych włosach. Opadały jej na oczy, ale Gośka dobrze widziała nabrzmiałe, pokryte krostami usta zjawy. Złożone w uśmiech. Widmo zaczęło się cofać, zygzakując, bez ruchu stóp. Wreszcie rozpłynęło się w powietrzu.

 

Gośka nigdy nie biegła tak szybko, jak wtedy.

 

Gdy wydostała się z domu, padła na kolana. Tuż przed Robertem, rozpartym na fotelu. Gdy zdołała złapać oddech, unieść głowę do góry, zobaczyła, że jej mąż odleciał. Spoglądał pustymi oczyma w przestrzeń. Popadł w jakąś katatonię.

 

Zazdrościła mu. Też by tak chciała. Przynajmniej nie czułaby, jak epileptycznie drży całe jej ciało, jak jeży się każdy najmniejszy włosek.

 

Rozległo się wycie syren ambulansu.

 

Nie dała się zatrzymać w szpitalu, wyłgała się z tego mówiąc, że jej stan wynika ze zmartwienia o męża. Dali jej tylko naparstek jakiegoś obleśnego lekarstwa na uspokojenie. Nie miała odwagi zostać przy Robercie. Pozwoliła, by zajęli się tym lekarze. Jednak strach nie pozwalał jej wracać. Zadzwoniła do starszej opiekunki, którą wynajmowali w razie potrzeby. Poprosiła, by odebrała Milenę i zabrała do siebie. Pozbawiona obaw o dziecko, postanowiła zrealizować wcześniejszy plan.

 

Wylądowała w barze.

 

Nie zwracała uwagi na kilku troglodytów, sączących piwo przy stolikach. Usiadła przy barze, jak w amerykańskim filmie, i zamówiła lufkę wódki. Drugą. Trzecią. Przy czwartej poczuła, że zwymiotuje. Zamówiła więc wino. Tanie i słodkie, ale wystarczyło.

 

– To dom, prawda? – odezwał się niski głos.

 

Mówił wąsaty barman, dotąd milczący i ponury jak pogrzeb. Patrzył na Gośkę tak, jakby rozumiał, co się dzieje.

 

– Co jest nie tak z tym domem? – odparła płaczliwie. – Nikt mi nic nie mówił. Nikt!

 

– To dziwne. W okolicy opowieści krążą szybko – stwierdził barman tonem znawcy.

 

– Mów pan! Duchy, prawda? Na pewno duchy, kochacie takie bajduły!

 

– Ano duchy. Zawsze tam były, jeszcze zanim przebudowali i próbowali to sprzedać. Już zaraz po wojnie były. Dwie rodziny uciekły, choć nie miały nawet gdzie. A to początek.

 

– Mów! – rozkazała.

 

– Był taki Stefaniuk. Miał żonę i dwóch synów, robił w pegieerze niedaleko, ale zamieszkał tu, w tym właśnie domu. Nie minęły dwa miechy, a zaczęło z nim się robić coś nie tak. Rozpił się, a przy okazji zaczął wariować. Opowiadał kolegom o głosach, dźwiękach, ogólnie takie brednie. Nikt mu nie wierzył, traktowali go jak pijaka, pewno słusznie. A z nim coraz gorzej…

 

– Zwariował?

 

– No. I gorzej. Podpalił żonę. Jak spała. Zwęgliła się we własnym łóżku. Potem młodszego syna, zadusił zwyczajnie poduszką. W międzyczasie pożar się zrobił. Ludzie różnie gadają, jak dalej się potoczyło, ale straż pożarowa znalazła tylko starszego syna, leżał nieprzytomny w tym lasku, co jest po drugiej stronie drogi. Stefaniuk spalił się w pożarze, część domu ocalała, to i odbudowali.

 

– A dalej?

 

– Dalej straszyło. Każdy kto chciał mieszkać, wynosił się zaraz i nikt go więcej nie widział, daleko spierdalali. W osiemdziesiątych nikt nie próbował, pusty dom stał. Dzieci chodziły, a potem wracały lejąc w gacie. Odpowiadały o duchu żony Stefaniuka, ożywających ścianach, krwi spływającej po oknach. Na początku lat dziewięćdziesiątych przebudowali, sprzedali. Rodzina mieszkała parę lat, ale też ich gdzieś wyniosło. Potem różni kupowali, ale nikt się nie wprowadzał. Do teraz.

 

– Czemu nikt mi nic nie powiedział?

 

– Właściciel poprzedni pewno milczenie kupił. Tutaj łatwo, gotówką nikt nie sra. Inaczej byście nie nabyli, no nie?

 

Gośka przytaknęła. I zaczęła pić wino prosto z butelki.

 

Wytoczyła się z baru, kompletnie pijana. Zataczając się, ruszyła do auta. Złapała się płotu jedną ręką, bo nie trzymała równowagi, i szła tak powoli, mamrocząc nieskładnie. Nawet nie myślała, że nie powinna prowadzić. Właściwie, w ogóle nie myślała, przynajmniej w tym osiągnęła cel. Na szczęście, zanim zdążyła dojść do samochodu, upadła. Nie zdołała się podnieść do pionu, usiadła rozkraczona pod płotem. Powieki jej się kleiły, nadchodził pijacki sen.

 

Usnęłaby bez wątpienia, ale właśnie wtedy szaleństwo postanowiło powrócić.

 

To coś wypełzło z krzaków. Gdy tylko zobaczyła biały, wyróżniający się na tle ciemności kształt, od razu wróciła cząstka trzeźwego myślenia. Nic dziwnego, zbliżająca się istota była całkowicie nienaturalna i tak ohydna, że jej widok zaalarmowałby nawet ślepego. Miała obłe, długie ciało, jak robak. Glista. Z jednej strony zakończone kulistym, majtającym się na wszystkie strony wybrzuszeniem, ale bez oczu, bez aparatu gębowego. Robacze skojarzenie nie pasowało do wielu króciutkich odnóży, bardziej jak u gąsienicy – stworzenie poruszało się nawet wzorem larwy motyla. Najgorsze były jednak dwie długie, grube wici wyrastające w połowie ciała i skierowane w stronę Gośki. Na ich końcach widziała zarys ciemnych, hakowatych szponów.

 

Istota szła po nią, nie miała wątpliwość. Nie miała jednak siły wstać, a upojenie nie pozwoliłoby jej daleko uciec. Mogła więc tylko czekać biernie, aż się dokona, wpatrując się w pokraczną kreaturę jak w nadchodzącego anioła śmierci.

 

Gdy potwór był w połowie drogi przez jezdnię, zatrzymał się. Kulisty organ przestał się ruszać, zamarł, wyraźnie wycelowany w Gośkę. Stworzenie wydało z siebie zgrzytliwy, jakby komputerowo modulowany skrzek, choć przecież nie miało gęby. Hakowate narzędzia na wiciach uniosły się wyżej.

 

Gotowało się do skoku. Gośka spróbowała krzyknąć, ale z jej ust wydobył się tylko potępieńczy jęk.

 

Potwór nie rzucił się na bezbronną kobietę. Nie zdążył. Coś huknęło od strony szpaleru krzewów i piekielny robak po prostu eksplodował. Rozbryzgnął się na miliony strzępów. Kilka trafiło w twarz i ubranie Gośki. Z przerażeniem stwierdziła, że są ciekłe i zaczęły spływać po skórze. Spróbowała wstać i rzeczywiście, zrobiła to i przeszła parę kroków, ale zaraz runęła twarzą w dół.

 

Ktoś podbiegł i ją złapał, uratował przed upadkiem. To ostatnie, co zapamiętała.

 

Ocknęła się, ale z początku nie otworzyła oczu. Od razu poczuła dojmujący ból głowy, kacową słabość. Po chwili, ku własnemu zdumieniu, stwierdziła też, że jest naga od pasa w górę. Zerwała się do pozycji siedzącej, wyciągnęła rękę po zwinięty u podnóża łóżka koc i zakryła nim piersi.

 

Ze strachem pomyślała, że wpadła z deszczu pod rynnę, z rąk potworów w łapy jakiegoś zboczeńca.

 

Rozejrzała się. W małym pokoju nie było dużo mebli, tylko szafa, łóżko i telewizor. Okno przesłaniały zasłony koloru wypłowiałego brązu. Panował półmrok i przyjemny, musiała przyznać, chłodek. Zawinęła się dokładnie w koc i wstała. Na rogu szafki, na której stał telewizor, wisiała jej bluzka. Spojrzała w lewo i w prawo, nikt nie nadchodził, więc odrzuciła koc i ubrała się czym prędzej.

 

W samą porę. Zaraz otworzyły się drzwi wejściowe.

 

Obróciła się i przyjęła coś, co w jej mniemaniu było postawą obronną. Jednak gdy zobaczyła, kto przyszedł, ręce dosłownie jej opadł. Takiego zwrotu akcji się nie spodziewała.

 

Leszek Biela. Entomolog.

 

– Co pan ze mną zrobił!? – wrzasnęła bez zastanowienia.

 

– Uratowałem panią.

 

– Żeby mnie rozbierać, tak? Zbok od robali!

 

– Proszę usiąść, jest pani bardzo roztrzęsiona A co do rozebrania, przepraszam, ale była potrzeba. Musiałem sprawdzić, czy człon dostał się do pani ciała. I kiedy.

 

– Człon?

 

– Coś jak człon tasiemca. Wiem, wysoce nieprecyzyjna nazwa. Pamięta pani istotę z wczoraj, czy była pani zbyt nietrzeźwa?

 

Przypominała sobie. Biała glista ze szponami. Aż zadrżała.

 

– Tak… to pan ją zabił?

 

– Tak.

 

– I coś takiego ma… być we mnie? – spytała, w tym samym czasie cofnęła się i usiadła z powrotem na łóżku.

 

– Nie. Znalazłem ślady na plecach, widzi pani, to atakuje skacząc od tyłu. Zakotwicza się szponami, wspina do szyi, po czym wpuszcza część siebie do ust, do środka ofiary. Reszta odpada i ucieka, obumrzeć w bezpiecznym miejscu. Pani miała jednego w sobie, fakt, ale zneutralizowała.

 

– Jak?

 

– Pijąc. Byłem w barze, gdy słuchała pani opowieści. Pamięta pani Stefaniuka, najbardziej znaną ofiarę? On miał dobry pomysł. Zapijać się. Alkohol zabija człony, są wrażliwe na tę toksynę. Przynajmniej, dopóki nie zakorzenią się na dobre w organizmie. Szkoda, że gaz i tak zdążył doprowadzić Stefaniuka do utraty zmysłów.

 

Gośka schowała ręce w dłoniach, westchnęła ciężko.

 

– Zaraz, jak gaz? Jakie człony? Tu chodzi o duchy, prawda? Mój dom jest nawiedzony, skąd nagle jakieś… jakieś stwory?

 

Biela zbliżył się, ostrożnie, by jej nie przestraszyć. Usiadł na drugim krańcu łóżka, postawił na podłodze reklamówkę, którą przyniósł ze sobą. Wyjął butelkę niegazowanej wody, podał Gośce. Odkręciła i piła łapczywie, a on opowiadał, spokojnym i opanowanym głosem:

 

– Człony to, jak nazwa wskazuje, część większej istoty. Formują się swobodnie na jej ciele, a potem odrywają jako semi-autonomiczny byt, który jednak nadal jest elementem stworzenia. Rozumiesz?

 

– Tak jakby.

 

– Człony patrolują okolicę, w której żyje stworzenie. Szperają w miejscach, do których nie sięgają rozrosty istoty właściwej. I potrafią opętać ludzi. Wchodzą do naszych ciał, podpinają się pod układ nerwowy. Mogą wtedy manipulować zachowaniem ofiary, w delikatny sposób, nie sterują nią jak robotem, ale potrafią wywołać pożądany efekt. Potrafią też wyczytać wspomnienia i obawy nosiciela, używają to, żeby gaz był skuteczny.

 

– Gaz?

 

– Opar wypuszczany przez istotę-matkę, właściwie też jej ciało, tylko w gazowej formie. Niesamowite, ale musi pani uwierzyć. To dyskretniejsza metoda, nie wystawia się wtedy na widok, może manipulować z ukrycia. Zaprogramowany na określone efekty halucynogen, niewykrywalny znanymi nam metodami. Poza jedną, wątpliwą. Nie wiem czemu, ale gaz ma zapach, choć każda osoba czuje inny. To niewinny zapach, pasujący do otoczenia, często wzbudzający na przykład przyjemne skojarzenia. Przypominający dzieciństwo, czy inny radosny okres. Czuła pani coś takiego?

 

– Bez. Krąży za mną zapach bzu.

 

– Nic dziwnego, że nie wydał się podejrzany, prawda? Istota jest sprytna, trzeba przyznać.

 

Gośka przekazała niemal opróżnioną butelkę Bieli. Sięgnęła po swoją torebkę, którą znalazła obok łóżka, wyjęła papierosy. Zapaliła jednego, jej towarzysz nawet nie protestował.

 

– Mam wrażenie, że nie zaczął pan od początku – powiedziała po chwil. – Załóżmy, że stworzenie istnieje? Czemu to robi? Ten gaz i tak dalej?

 

– Mimikra. Udaje nawiedzenie.

 

– Podszywa się pod duchy? Nie, proszę wybaczyć, już w ogóle nie widzę w tym sensu.

 

– A czemu motyl udaje osę? Dla bezpieczeństwa, by odsunąć zagrożenie. Widzi pani, jeśli ktoś odkryłby, że działa żywa, materialna istota, doszedłby do logicznego wniosku. To da się zabić. Co innego z duchem. Na nawiedzenie nie ma łatwego sposobu. Mamy do czynienia z czymś, co nie ma ciała, dawno nie żyje. Widma pani nie zastrzeli, nie uszkodzi. Wytwarzanie przekonania o nawiedzeniu pozwala istocie żyć w spokoju i ułatwia pożywiane się.

 

– Zaraz, co?

 

– To będzie brzmiało idiotycznie, ale trudno, taki jest stan mojej wiedzy. Lepszego wyjaśnienia nie znam. Kreatura, o której opowiadam, żywi się emocjami. Strachem i szaleństwem. Wierzy pani w parapsychologiczne właściwości ludzkiego mózgu?

 

– Panie Biela, ja w tej chwili we wszystko już wierzę.

 

– Nasze emocje, myśli, zostawiają po sobie ślad w otoczeniu. Aurę, energię, zwał jak zwał. Zwłaszcza silne uczucia, traumatyczne przeżycia, te szczególnie silnie oddziałują. Stworzenie, które upatrzyło sobie pani rodzinę na żywicieli, celowo wywołuje te uczucia, za pomocą teatrzyku udawanego nawiedzenia, a potem spija je z otoczenia.

 

– Rzeczywiście, nie brzmi najlepiej, ale chyba musze panu uwierzyć… Proszę poczekać, jak to w ogóle jest w stanie udawać duchy?

 

– Mówiłem, że człony czytają z nosiciela. Proste, popkultura. Jak wyglądała zjawa, bo widziała pani zjawę, prawda?

 

– Dziewczyna w bieli. Długie włosy opadające na twarz… o cholera! Jak w japońskim horrorze!

 

– Dokładanie. Każdy objaw fałszywego nawiedzenia jest stereotypowy, hollywoodzki do cna. Istota wzbogaca klisze z opowieści grozy smaczkiem miejscowym, elementami miejskich legend, tragediami ze wspomnień nosiciela. Formatuje działanie gazu zgodnie z oczekiwaniami i fobiami. Oczywiście, w ciągłym strachu ofiary nawet się nie zorientują, że to konstrukcja z fikcji.

 

Zamilkł. Gośka miała problemy z przetrawieniem nadmiaru informacji, ale też poczuła, że rozjaśnia jej się w głowie. Jakby usystematyzowana wiedza o zjawisku przyniosła nieco ulgi. Nie za dużo, niewyobrażalna istota żywiąca się emocjami budziła może nawet większe przerażenie. Ale Biela powiedział, że da się ją zabić. A to się liczyło.

 

– Pomogę pani, obiecuję – zapewnił, jakby czytał Gośce w myślach. – Należę do grupy ludzi, która jeździ po świecie i na własną rękę usuwa to plugastwo. Ale najpierw musimy zadbać o bezpieczeństwo pani bliskich.

 

Robert. Milenka. Gośkę zszokowało, jak bardzo długo nie pomyślała o nich nawet przez sekundę. Jak bardzo samolubnie uciekła od przytłaczających ją zjawisk. Biela uświadomił jej ponownie, że nie tylko ona jest zagrożona.

 

Biela zszedł się wymeldować, a Gośka wygrzebała z torebki komórkę. Była wyłączona, ale na szczęście bateria się nie wyczerpała. Dwa nieodebrane połączenia od Roberta. Odetchnęła z ulgą, że mąż się ocknął. Kilka od pani Stasi, opiekunki Mileny. I parę z nieznanego numeru stacjonarnego.

 

Szpital, pomyślała trzeźwo i z lękiem. Natychmiast oddzwoniła.

 

– Halo?

 

– Szpital miejski, w czym mogę pomóc? – Odezwał się kobiecy, zmęczony głos.

 

– Moje nazwisko Zdunek Małgorzata. Dzwoniono do mnie z tego numeru, mój mąż jest u was na obserwacji.

 

– Proszę chwileczkę poczekać.

 

Przedłużająca się cisza w słuchawce wydawała się złowieszcza. I nie bez powodu.

 

– Przepraszam… nie wiem, jak to pani powiedzieć, proszę usiąść… dzwonił do pani doktor Dębski. Pani mąż… pani mąż odszedł tej nocy.

 

 

Przez całą drogę do szpitala Biela nie odezwał się ani słowem, skupiając się na prowadzeniu auta Gośki. Ona zaś czuła się jak we śnie, zupełnie oderwana od rzeczywistości, obojętna wobec wydarzeń. Raz już to przeżywała, gdy umarł ojciec. Nie sądziła, że następny będzie jej własny mąż. To nie miało się zdarzyć.

 

Ocknęła się dopiero podczas rozmowy z doktorem, gdy Biela, przedstawiony jako brat zmarłego, spytał:

 

– Czy możemy zobaczyć ciało?

 

– Oczywiście, proszę za mną.

 

Ruszyli niedoświetlonymi korytarzami. Doktor tłumaczył, że przyczyna śmierci jest jeszcze ustalana. Zarządzono sekcję, zwłaszcza, że Robert czuł się wieczorem bardzo dobrze, ale nie przyjechał jeszcze specjalista, pracujący na późną zmianę. Wreszcie, gdy znaleźli się przed nakrytym płachtą ciałem, w przejmująco chłodnej kostnicy, doktor zamilkł. Odsłonił twarz Roberta, bladą i nieruchomą.

 

– Może nas pan zostawić na chwilę? – spytał Biela.

 

– Oczywiście – odparł lekarz.

 

Gdy doktor opuścił pomieszczenie, Biela odrzucił całkowicie płachtę, odsłaniając nagie ciało. Gośka chciała odwrócić wzrok, ale zmusiła się, żeby patrzeć. Biela ostrożnie i nie bez trudu uniósł zwłoki, spojrzał na plecy.

 

Długie ślady, jakby po pazurach. Bez wątpienia po hakowatych szponach glisty.

 

– Tak jak myślałem – mówił szeptem. – Zabił go człon. Chodźmy.

 

Parę minut później siedzieli na krzesełkach w poczekali. Gośka szlochała. Biela objął ją ramieniem, nie potraktowała tego jako naruszenia prywatności, potrzebowała teraz oparcia. Gdy ucichła trochę, jej towarzysz zaczął mówić. Słowa przychodziły mu z trudem.

 

– Przepraszam. To moja wina.

 

Nie zareagowała.

 

– Stworzenie musiało wyczuć, że go szukam, że mu zagrażam. Przyspieszyło pożywianie się, normalnie męczy ofiary miesiącami, ale teraz musiało się nażreć szybko, na zapas. Czuło, że może mieć problemy. Robert był mało podatny na działanie gazu. Zbyt racjonalny, jak mówiłaś. Więc istota wysłała człony, pozbyła się marnego żywiciela, by skupić się na lepszym. Na tobie. Przepraszam.

 

Nie odpowiedziała, ale wstała. Oparła się o ścianę, spojrzała w lewo, w puste korytarze szpitala. Odezwała się w końcu:

 

– Milenka. Musimy wywieźć stąd Milenkę.

 

Pani Stasia wyglądała dziwnie. Była blada jak ściana, usta miała spierzchnięte, a zmarszczki wygładziły się nienaturalnie w paru miejscach. Jej twarz wyglądała jak z wosku. I, co gorsza, wydawała się nie poznawać Gośki.

 

– Nie rozumiem, co pani mówi, rozumie pani? – odpowiadała za każdym razem. – Proszę sobie iść!

 

– Pani Milczewska, proszę… – Gośka nie wiedziała, jak do niej dotrzeć.

 

– Nie zabrałam żadnego dzieciaka! Proszę stąd iść! – odparła starsza pani i trzasnęła Gośce drzwiami przed nosem. Ta zwinęła dłoń w pięść, gotowa dobijać się do drzwi, ale Biela złapał ją za rękę.

 

– To na nic. Opętały ją, to pewne, nic od niej nie wyciągniesz – stwierdził stanowczo.

 

Gośka wyrwała mu się i zaczęła i tak walić w drzwi, obiema dłońmi. Jak najmocniej potrafiła. Aż odrapała sobie pięści do krwi.

 

– Gdzie zabrałaś moje dziecko!? Ty spróchniała suko, oddawaj moją Milenkę! Zabili mi dziecko!!! – wrzeszczała, a raczej wyła. – To moja wina! Moja! Jak mogłam ją tak zostawić, co ze mnie za matka!? Zabili Milenkę!

 

Biela próbował ją odciągnąć, wreszcie mu się udało. Natychmiast padła na kolana, zaczęła płakać, jeszcze bardziej rozpaczliwie, niż po oględzinach zwłok męża. Próbował do niej mówić, nie słuchała, więc czekał aż minie atak histerii. Wreszcie, gdy łzy przestały płynąć strugam, a szloch zmienił się w żałosne chlipanie, rzucił tylko:

 

– Ona żyje.

 

Gośka wstała, spojrzała mu prosto w oczy. Przygryzła usta.

 

– Istota, która cię gnębi… ona jest inteligentna, na swój sposób – tłumaczył. – Zabrała Milenę, to pewne, ale nie ma powodu jej zabijać. Użyje jej jako zakładnika. Karty przetargowej. Będzie grała na twoich emocjach. Będzie próbowała cię szantażować, jeśli spróbujesz ją wypędzić, rozumiesz?

 

– Tak – odpowiedziała cichutko.

 

– Zniszczymy ją, dziś, w nocy. Po to tu przybyłem i nie zamierzam się poddać. Odzyskamy twoją córkę, obiecuję! Ale musisz mi pomóc, okej?

 

Przytaknęła. Co innego mogła zrobić?

 

 

Gośka opuściła miasteczko i cały dzień spędziła w ukryciu, w mieście. Miotały nią różne myśli, nie była w stanie się skupić, ale przynajmniej starała się. Wiedziała, że teraz musi to zakończyć, z pomocą nieoczekiwanego sprzymierzeńca. Przynajmniej miała w nim oparcie, wiedział tyle o tym niewyobrażalnym stworze, który z jakiegoś powodu wybrał sobie rodzinę Gośki i zamierzał ją wykorzystać, potem zniszczyć.

 

Gdy Słońce zaszło, wsiadła do samochodu i ruszyła w drogę powrotną. Umówili się w opuszczonej stodole na granicy miasteczka, na jego przeciwnym do domu Gośki krańcu. Gdy wysiadła z auta, od razu zauważyła mokre plamy na żwirowej drodze. Przy wejściu leżało parę łusek po pociskach. Dobrze wiedziała, że były tu człony.

 

Biela wyszedł, zanim zdążyła zapukać w wielkie drzwi budynku. Musiał usłyszeć samochód.

 

– Jesteś już. Jak się czujesz?

 

– Sama nie wiem, nie potrafię już chyba… Nieważne. Walczyłeś z nimi, prawda?

 

– Szukały ciebie. Mieliśmy szczęście, że żaden nie wkradł się do twojego auta, dzięki Bogu w dzień są mniej aktywne.

 

– Jak ludzie tego nie zauważają? Przecież tu roi się od… tego czegoś?

 

– Korzeń, główna część istoty, tkwi gdzieś głęboko pod ziemią, ale rozrosty mogą sięgać bardzo daleko. Z pewnością wypuszcza gaz do miasteczka, mówiłaś, że tam też non stop czułaś zapach bzu. Poza tym, człony mogły już opętać wielu miejscowych. Przemawia za tym fakt, że nikt nie powiedział wam o historii domu, nikt nie próbował was ostrzegać.

 

Przypominała sobie pana Mariana, jego nagłą śmierć. Nie mogła zaprzeczyć.

 

– Wchodź, przygotowałem już wszystko! – zaprosił ją.

 

Stodoła była niemal pusta, nie licząc czarnego SUV-a Bieli. Na masce samochodu rozłożył zaś sprzęt. Strzelba, ze dwa pistolety i rząd butelek z wetkniętą szmatką. Za paskiem miał też spory nóż w pokrowcu. Wyglądał na gotowego do bitwy i to nieco uspokoiło Gośkę.

 

– Usiądź na tych deskach po prawej, przepraszam, krzeseł nie miałem czasu skombinować.

 

– Nie szkodzi – odparła. Gdy rozsiadła się na tyle wygodnie, na ile się dało, skoncentrowała uwagę na towarzyszu. Starała się wyłapać i zapamiętać każde najdrobniejsze słówko. Wiedziała, że każde może pomóc uratować Milenę.

 

– Bardzo źle, że dom przebudowywano praktycznie bez burzenia ścian. Wtedy skurwysyn musiałby pozbyć się rozrostów. Wszystkie remonty, z tego co mi wiadomo, robiono po taniości – tłumaczył Biela. – Pożar w latach siedemdziesiątych prawie zniszczył istotę, ale korzeń pozostał żywy. Gdy na miejscu drewniaka postawili ceglany dom, bestia szybko się zregenerowała, wwierciła się w strukturę budynku. Gdyby nie ostatni remont, widziałabyś pęknięcia na ścianach, ślady wewnętrznego ruchu.

 

– Czyli może oplatać całość, to chcesz powiedzieć?

 

– Tak. Plan jest taki. Wziąłem ze sobą młot do burzenia. Módlmy się, żeby wystarczył. Na rozrostach powinny być zgrubienia, węzły wypuszczające gaz. Można przewidzieć, gdzie się znajdują. Musimy je odsłonić i przytwierdzić ładunki wybuchowe bezpośrednio do nich.

 

– Bomby?

 

– Wojskowy sprzęt do wysadzania. Nie pytaj skąd. Mam dosyć, żeby cały dom implodował. Wybuch inicjowany na pilota, nie musimy się spieszyć.

 

Wyraz twarzy Gośki sugerował, że powątpiewa.

 

– Zaraz, mówiłeś, że podczas pożaru korzeń nie ucierpiał? – zapytała takim głosem, jakby zwalczała podziemne demony od lat. – Skąd wiesz, że eksplozja coś zdziała?

 

– Pożar rozprzestrzenia się wolno. Istota ma czas wycofać się, odseparować rozrosty od reszty ciała. To niesamowity organizm. Może się dowolnie dzielić, jego ciało kurczy się i rozciąga w ekspresowym tempie. Na szczęście, żeby oderwane elementy przeżyły, potrzebna jest bliskość korzenia. Nie ucieknie w kawałkach. W każdym razie, eksplozja uszkodzi wszystkie rozrosty w jednym momencie. To potrafi odczuwać ból. Przeżyje szok i będzie chciało uciekać, tak nakazuje logika.

 

– I co wtedy?

 

– Zniszczymy go. W krótkim czasie nie zdąży ukryć się głębiej, nie wydrąży nowych tuneli tak szybko. Ale ma drogę ucieczki, przygotowaną przez człony, to pewne. Taki tunel, którym może się przecisnąć korzeń, doraźnie poszerzyć na siłę. Będzie uciekał na powierzchnię.

 

– Sam mówiłeś, że istota jest rozrośnięta. Skąd wiemy gdzie wyjdzie?

 

– Znalazłem jamę w lesie, głęboką i dobrze ukrytą. Zbyt wąską, żebym sam nią przecisnął, ale roiło się wokół niej od członów. Domyślam się, że to ujście drogi ucieczki.

 

– Czemu nie nawrzucałeś tam, bo ja wiem, granatów?

 

– Nie. Jeśli jest cień szansy, że istotna część korzenia przetrwała, wszystko psu na budę. A ja muszę to zabić. Nie, tylko wywabienie go na powierzchnię jest pewne.

 

– Wtedy koktajle Mołotowa, tak? – spytała, wskazując na butelki.

 

– Bestia będzie się poruszała ślamazarnie poza swoim środowiskiem. A ogień to, przy właściwościach jej ciała, najlepsza metoda. Przypalimy ją, aż zdechnie.

 

– Nie mamy tego za dużo.

 

– Wystarczy. Mam też parę pocisków zapalających do strzelby. Właśnie, umiesz korzystać z gnata?

 

– Żartujesz. Jestem kurą domową. Jedyne gnaty, na których się znam, to takie na których gotuje się zupę. Ciekawi mnie poza tym jedno. Jak przy tych eksplozjach i podpalaniu mamy zamiar uratować moja córkę? Bo mnie to interesuje najbardziej, wiesz?

 

– Istota będzie ją chronić. Wystawi ją na widok, żeby odwieść cię od ataku. Jakoś ją wtedy przechwycimy, zaufaj mi.

 

– Staram się.

 

Milczeli chwilę. W tym czasie Gośka usłyszała szuranie i chroboty gdzieś na zewnątrz. Człony. Musiały otaczać stodołę, mogły już przeciskać się do środka. Biela był jednak spokojny, więc ona też nie panikowała.

 

Postanowiła za to zadać trudne pytanie.

 

– Czemu nie interweniowałeś na samym początku? Rozumiem, że ludzie nie wierzą w potwora pod ziemią, ale mogłeś nas ostrzec, odciągnąć, nie wiem. Robert mógł przeżyć.

 

Biela wyraźnie spochmurniał. Spojrzał jej w twarz i domyśliła się, że spodziewał się tego pytania, choć nie spieszyło mu się do odpowiadania.

 

– Nie miałem pojęcia, że ktoś tu mieszka. Miałem stare informacje, myślałem, że dom stoi pusty. Gdy ciebie zobaczyłem, nie wiedziałem, co zrobić – zaczął się tłumaczyć. – Musiałem rozpoznać teren, przygotować plan, znaleźć rozwiązanie. Myślałem, że istota będzie działać powoli, nie przewidziałem, że mnie przejrzy. Zanim się zorientowałem, nastąpił incydent z Robertem i…

 

– A nie wykorzystywałeś tego, że potwór bawi się w nawiedzanie nas, żeby spokojnie przygotować się do walki? – skontrowała Gośka.

 

– Może. Teraz nie ma to już znaczenia, prawda? – odparł bez emocji.

 

– Prawda.

 

Coś zaczęło skrobać w drewniane ściany stodoły. Gośka przysięgłaby też, że coś łazi wysoko, po belkach pod sufitem. Biela spakował wszystko do auta, chwycił strzelbę, zaczął obserwować otoczenie.

 

– Jedziemy. Te paskudztwa nie pozostaną bierne – zadecydował.

 

 

Już na drodze od szopy do szosy rozjechali kilka pokracznych stworzeń. Mimo hałasu silnika, Gośce wydawało się, że słyszy jak rozchlapują się pod kołami. Jedno chyba wskoczyło na dach, słyszeli głośne stuknięcie, ale widać nie utrzymało równowagi, bo nic dalej się nie działo. Zasunęli szyby. Żeby nic się nie dostało i ponieważ Gośce wydawało się, że czuć zapach bzu. Wjechali do miasteczka. Ulice puste, nawet meneli nie minęli po drodze. Jakby wszyscy podświadomie, lub pod wpływem gazu, zamknęli się w domach, oczekując na finał starcia dwóch niemal przypadkowych osób z ukrytym złem. Samochodu nie próbowały też atakować człony, ani tym bardziej opętani ludzie.

 

– Niedobrze – skomentował stan rzeczy Biela. – Cholerstwo koncentruje siły na obronie swojego leża… twojego domu.

 

Dojechali wreszcie na miejsce. Biela wjechał na pobocze i zaparkował w trawach pod lasem, w bezpiecznej odległości od domu. Ten, nieoświetlony i porzucony, wydawał się aż promieniować grozą, jak prawdziwy nawiedzony dwór. Wysiedli z samochodu, stanęli w pewnej odległości, szukając wzrokiem małych paskudztw. Nie znaleźli. Było wyjątkowo cicho. Biela spakował ładunki do plecaka, przypiął do niego strzelbę i ścisnął mocno rękojeść sporego młota. Spojrzał na towarzyszkę.

 

– Jeszcze dwie sprawy – zaczął. – Po pierwsze, pozbyłaś się pasożyta, ale nadal jesteś podatna na gaz. W schowku jest maska z filtrem, załóż ją. Nie spodziewaj się jednak, że dużo pomoże. Możesz mieć wizje, halucynacje, reaguj na wszelkie niepokojące symptomy i na choćby najlżejszą bzową woń.

 

– Okej. A ty? Nie bierzesz maski?

 

– Mam tylko jedną. Poradzę sobie.

 

– A druga sprawa?

 

– W najgorszym razie może zwalić się tu cała okolica. Ludzie. Opętani, ale ludzie. Będziemy musieli działać szybko, równie prędko uciekać, a może i zabijać. Jesteś gotowa na to?

 

– Gotowa w takim stopniu, jak na polowanie na dziwaczne monstrum udające duchy. – Nie mogła się powstrzymać od sarkastycznych uwag.

 

– Dobra, ruszamy. Trzy cztery.

 

Gośka przypaliła benzynową zapalniczką Bieli prowizoryczną pochodnię. Ogień powinien odstraszać mniejsze paskudztwa. Potem zaczęli biec. Po tarasie spacerowało kilka członów, ale rozpierzchły się, gdy tylko zjawili się ludzie. Drzwi były otwarte. Zapaliła światła, na szczęście działały, choć upiornie mrugały. Biela wszedł przodem, Gośka stanęła w progu i odwróciła się w stronę ogrodu, machając pochodnią. Usłyszała za sobą wystrzał, potem drugi. Wtedy wbiegła za towarzyszem. Okazało się, że rozwalił dwa dorodne okazy glistopodobnych istot, panoszące się w salonie. Zaraz potem położył broń na kanapie, podniósł porzucony młot i podszedł do ściany dzielącej ten pokój od sypialni dla gości. Zamachnął się i uderzył młotem, huk był niesamowity. Z sufitu spadły okruchy. Uderzył jeszcze raz, aż ściana popękała w tym miejscu. Zaczął wyjmować obluzowane kawałki pokruszonej cegły. Gośka podeszła bliżej, by zobaczyć, co odsłonił.

 

Twarz Roberta. Za ścianą była twarz jej męża, z ustami złożonymi w szyderczy uśmiech.

 

Nie krzyknęła, bo czuła ulotne strzępki zapachu bzu, nawet przez maseczkę. Wiedziała, że zaczynają się omamy. I rzeczywiście, gdy skupiła się, zobaczyła, że nie ma tam ludzkiej głowy. Zamiast tego widziała gruby, biały zwój. Wielkości orzecha kokosowego, ale spłaszczony. Na powierzchni coś w rodzaju szpary, z której sączyła się gęsta, mlecznobiała ciecz. Skroplony gaz, tak jej się wydawało. Węzeł służący bestii do zatruwania domowników.

 

Biela postawił plecak na ziemi, wyjął jeden z wybuchowych pakunków i przykleił do paskudnego organu. W tym samym momencie Gośka usłyszała kroki na górze. Odruchowo spojrzała na sufit.

 

– Gaz! – ostrzegł Biela. – Nie reaguj!

 

Założył plecak, wziął młot i przeszli przez pokój do przejścia prowadzącego do garażu. Gośka widziała, jak po ścianie przemknął człon, ale zignorowała swój własny strach. Póki nie atakowały, nie powinna ich niepokoić. Biela pokazał ręką, żeby się zatrzymała. Położył młot przy ścianie. Ostrożnie, powolutku otworzył drzwi do garażu. W środku było ciemno, włącznik światła nie działał. Gośka przybliżyła pochodnię.

 

W garażu roiło się od członów. Pełzały po podłożu, po półkach, po aucie Roberta.

 

Biela zamknął drzwi.

 

– Daj mi pochodnię i leć po strzelbę. Huk wystrzału powinien je rozgonić.

 

Posłuchała. Wbiegła do salonu, dopadła broń na kanapie. Chwyciła ją i wtedy zauważyła, że drzwi na zewnątrz są otwarte. Wiedziała, że to może być podstęp. Mimo to ruszyła powoli w tamtą stronę. Gdy była parę kroków od progu, w drzwiach ukazała się kobieca sylwetka. Widmo z japońskich dreszczowców. Wyciągnęło dłoń w kierunku Gośki, wskazało ją chudym palcem. Ze ścian zaczęło dobiegać głośne szuranie. To przemieszczały się rozrosty bestii, obleśne macki oplatające dom od wewnątrz. Widmo nie ruszało się. Gośka też zamarła, potem dała krok do tyłu. Wtedy zjawa odrzuciła swoje długie włosy z twarzy, ukazując roześmiane i zakrwawione oblicze Roberta.

 

Gośka nie wytrzymała. Wystrzeliła, odrzut broni prawie wybił jej rękę z ramienia.

 

Widmo oczywiście zniknęło. Gośka przeklinała swoją słabość, a zaraz usłyszała głos Bieli:

 

– Co się kurwa dzieję?

 

– Gaz! Lecę do ciebie!

 

Gdy dobiegła do garażowych drzwi, zobaczyła, że Biela opiera się o nie plecami, powstrzymując napór istot. Wręczyła mu strzelbę, a on przekazał jej pochodnię. Bez słowa przeładował broń.

 

– Odsuń się! – krzyknął.

 

Odbiegła na bezpieczny dystans. Biela odskoczył od drzwi, obrócił się błyskawicznie i wystrzelił w skłębioną masę okropnych stworzeń. Pocisk jarzył się jasno, Biela musiał załadować smugową amunicję. Trafił w centrum skupiska istot i podpalił jedną z nich. To wystarczyło, żeby porzuciły próby ataku i rzuciły się do ucieczki w kąty garażu.

 

– Czyściej nie będzie! Wbiegam tam, zostawiam ładunek! – poinformował. – Musimy się spieszyć. Weź jeden pakunek i obok kratki wentylacji w łazience na piętrze. Tam będzie węzeł!

 

– Skąd wiesz?

 

– Tam miałaś pierwszy kontakt! Leć!

 

Opuściła go i ruszyła wykonać polecenie. Wbiegła na schody, była tak zmęczona, że niemal potknęła się przez nieuwagę. Na szczęście dotarła na górę bez szwanku. Korytarz był pusty i ciemny. Przyświecając sobie przygasającą pochodnią, odnalazła włącznik światła. Wtedy usłyszała znajome stukania i odległe krzyki. Protesty nieistniejącego ducha. Starała się nie słuchać. Szła szybkim krokiem w kierunku drzwi do łazienki.

 

Otoczyła ją intensywna woń ciemnych kwiatów.

 

– Małgosiu! Małgoniu! – Zza pleców nawoływał znajomy głos.

 

Odwróciła się. Po przeciwnej stronie korytarza, przy schodach, stał jej zmarły nie tak dawno ojciec. Jego twarz nie zdradzała śladu walki z rakiem, była pulchna i ogorzała. Uśmiechał się. Wyciągał do niej ręce. Za nim było tylko światło, jasne, niebiańskie. Wydawało się jej, że dostrzega w jego blasku upragnione sylwetki Roberta i Milenki.

 

– Ciebie nie ma! – krzyknęła. – Was tu nie ma! To tylko bez!

 

Ojciec wykrzywił usta, potem otworzył szeroko w grymasie przerażenia. Całym jego ciałem wstrząsnęły drgawki. Z ust wystrzeliła chuda, blada ręka kobiety. Machała palcami, jakby próbowała złapać powietrze. Ściany po lewej i po prawej zaczęły pękać, ukazując ciągnące się przez całą długość korytarza, pokryte białą cieczą wici. Twarz ojca rozszerzyła się, napuchła i eksplodowała w krwawych strzępach. Zjawa wyszła z ciała ojca, zrzucając je jak płaszcz. Uśmiechnęła się potwornie.

 

Gośka obróciła się i rzuciła do ucieczki.

 

Dopadła drzwi łazienki, otworzyła i zatrzasnęła za sobą. Zerwała maskę z twarzy, już nie pomagała, a wręcz utrudniała oddychanie. Spojrzała na scianę. Kratka wentylacji była za wysoko dla niej. Przysunęła wiadro od mopa, przewróciła do góry nogami. Miała nadzieję, że plastik nie pęknie za szybko, w końcu nie była gruba. Odetchnęła i uniosła pakunek do góry. W chwili, gdy przylepiła ładunek, kratka wystrzeliła jej prosto w twarz. Wiadro złamało się, wygasła pochodnia wypadła z ręki, a Gośka wylądowała na zimnej podłodze. Z otworu wentylacji wynurzyła się długa macka, zakończona kulistym czymś, jak u członów. Zaraz pełzła po kafelkach ku bezbronnej Gośce.

 

Kobieta sięgnęła ku upuszczonej pochodni i wstała, kierując koniec patyka w stronę ohydnej kuli. Na szczęście, zwęglona końcówka była jeszcze gorąca. Boleśnie oparzone paskudztwo wycofało się do wentylacji.

 

Gośka wstała z podłogi, wybiegła na korytarz. Zjawy nie było. Albo bestia się poddawała, albo zbierała siły na kolejny pokaz.

 

W salonie znalazła Bielę. Stał przy zburzonym kominku. U jego stóp leżało kilka gąsienicowatych trucheł, zmiażdżonych młotem. Ten trzymał oparty o podłoże, drugą ręką łapał się za pierś. Biela nie wyglądał dobrze.

 

– Co ci jest? Zraniły cię?

 

– Nie – odpowiedział, a w jego głosie słyszała ból. – Jestem po prostu już trochę za stary. Zmęczyłem się. Ale mam dobre wieści.

 

– Jakie?

 

– W kominie znalazłem przerośnięty węzeł. Bestia przyzwyczaiła się do braku lokatorów, że umościła się w tak oczywistym miejscu. Nikt od lat nie palił w piecu, wygodnie tam jej…

 

– Nie mów tyle.

 

– Przyczepiłem do niego trzy ładunki. Wici się cofają, ale zabiorą ze sobą. Chodź. Musimy wysadzić chałupę jak najszybciej! – powiedział, po czym upuścił już niepotrzebny młot.

 

– Wezmę strzelbę! – zaproponowała.

 

Wybiegli z domu, a zza pleców słyszeli odgłosy rozrywania ścian przez wici potwora szukające drogi ucieczki. Przedostali się przez ogród, omijając wypełzające z krzaków człony. Szybko znaleźli się za bramą, przebiegli drogę.

 

W trawie roiło się od małych paskudztw.

 

– Cholera! – krzyknął Biela. – Biegnij jak najszybciej!

 

Przestrzeń między jezdnią a autem przesadzili niemal w podskokach. Jeden ze stworów wskoczył na plecy Bieli, ale ten zrzucił go błyskawicznie ręką. Inny dosłownie wyskoczył w górę tuż przed Gośką, ale zareagowała wyjątkowo sprawnie. Uderzyła go strzelbą, odrzucając w trawę. Gdy dobiegali do ciemnego kształtu samochodu, szpon którejś z istot chlasnął jej nogę tuż nad kostką. Nabuzowana adrenaliną nie odczuła nawet bólu.

 

– Do auta! – krzyknął.

 

Zamknęli się w SUV-ie, Biela natychmiast przekręcił kluczyk w stacyjce. Podał Gośce detonator.

 

– Naciśnij przycisk!

 

W momencie, gdy samochód ruszył rozjeżdżając napierające potwory, wdusiła guzik. Blask eksplozji rozświetlił na chwilę noc.

 

Jechali na przełaj, skrajem lasu. Gośka czuła jednak, że coś jest nie tak. Spojrzała na Bielę z paniką wymalowaną na twarzy.

 

– Wstrząsy! – krzyknął. – Bestia się wynurza!

 

Spojrzała w prawo. Rzeczywiście, w lesie coś się działo. Nagle runęło jedno z drzew, upadając złamało rosłą sosnę. Gośce wydawało się, że widzi jakąś bladą powierzchnię, skrytą za rosłymi pniami.

 

– Musimy minąć las! Przetniemy skurwielowi drogę na krajowej!

 

Teraz widziała już lepiej korzeń, w całej jego nienaturalnej okazałości. Ogromny, pulsujący i ciągle falujący zwał białego, pokrytego śluzem mięsa. Nie była w stanie ocenić, na ile był masywny, ale łamał drzewa jak zapałki. Z każdej strony stwora wyrastały setki wypustek. Nowe człony, odrywające się od macierzy nawet teraz, gdy potwór sunął przez las ratować swoje plugawe życie.

 

Nie potrzebowała iluzji zrodzonych z gazu, żeby się bać. Takie coś powinno nigdy nie zjawiać się na powierzchni Ziemi.

 

Wyprzedzili wolniej poruszającą się istotę i zaraz wyjechali na szeroką, choć pustą o tej porze trasę. Biela skręcił gwałtownie w prawo. Przejechał kilkanaście metrów dalej, po czym zjechał na pobocze i zatrzymał się tuż przed rozległym polem uprawnym.

 

– Bierz pakunek z Mołotowami!

 

Wyszła z auta. Wzięła z tylnego siedzenia zawiniątko z butelkami, przewiesiła sobie przez ramię. Wyjęła z kieszeni spodni zapalniczkę benzynową. Czuła się gotowa. Cokolwiek miało się zdarzyć, nadszedł czas. Biela wyjął z samochodu swoje zawiniątko, a także strzelbę. Załadował pociski zapalające.

 

Ziemia lekko drżała. W lesie łamały się kolejne drzewa.

 

– Dobrze rzucasz? – spytał nagle Biela.

 

– W liceum lubiłam koszykówkę. Dam radę. Wypatruj lepiej Mileny.

 

Nie odpowiedział. Usta miał zaciśnięte, wzrok skupiony na granicy lasu.

 

Zło nadchodziło.

 

Bestia objawiła się w pełnej krasie, w oprawie huku upadających drzew i łamanych gałęzi. Nie była tak wielka, jak mogło się wydawać, choć i tak jej rozmiary były przytłaczające. Najgorsze było to, że wydawała się nie mieć konkretnego kształtu, rozlewała się na wszystkie strony. Gośka nie była nawet w stanie określić, czy potwór porusza się na jakichś odnóżach, czy po prostu pełza w ich kierunku. Setki doczepionych do cielska członów wiły się, majtały się na wszystkie strony, rozpaczliwie próbując się uwolnić. Na szczęście widziała też duże, sączące litry cieczy wyrwy w strukturze bestii. Rany po eksplozji.

 

Niestety, nie przyniosło to nadziei. Bowiem z przedniej części stwora wyrosła w mgnieniu oka gruba kończyna, ze znanym kształtem na końcu. Tylko tym razem kula była przeźroczysta.

 

W środku była Milenka.

 

– Nie szarżuj! – krzyknął Biela. – Nie panikuj!

 

Posłuchała, chociaż serce nakazywało jej nie patrzeć na okoliczności i ruszyć na ratunek córce. Bestia wznowiła ruch, ale jej ludzcy przeciwnicy nie atakowali. Czekali, aż wtoczy się na ciemny asfalt. Gdy w końcu to zrobiła, Biela przypalił szmatę w jednej z butelek i rzucił daleko, prosto w ciało bestii. Gośka wzięła z niego przykład. Gdy Mołotowy uderzyły w potwora, ten wydał z siebie przeraźliwy wrzask, nieopisywalny dźwięk wyrażający ból. Nie czekali, aż istota się otrząśnie. Rzucali kolejne ogniste pociski. Bestia znów przestała się poruszać, za to jej ciało zaczęło falować. Część członów wetkniętych w plechowaty grzbiet stwora zajęła się żywym ogniem.

 

Przez chwilę Gośka poczuła, że mogą wygrać. Bezpodstawnie.

 

Kończyna utrzymująca kulę z Mileną nagle wystrzeliła wysoko w górę. Aż ponad korony drzew. Zrobiła się przy tym dużo cieńsza. Niebezpiecznie cienka.

 

Potwór chciał zrzucić córkę Gośki z wysokości.

 

– Leszek! – krzyknęła rozpaczliwie kobieta i odwróciła się w stronę towarzysza.

 

Lecz z nim działo się coś przerażającego. Padł na kolana i trzymał się za brzuch. Z jego ust i uszu wyłaniały się blade macki, zakończone nie do końca uformowanymi kulami. Ociekały krwią i białawą cieczą. Koszulka na plecach Bieli była poszarpana, z dziur wyrastały obłe wypustki, wijące się w poszukiwaniu nie wiadomo czego.

 

Straciła go. Była sama.

 

– Kurewska gnida! Pierdolona przerośnięta glista!!! – krzyknęła w desperacji. – Oddaj mi moją córkę!

 

Podbiegła do Bieli. Ten wyciągnął ręce w jej stronę, chciał ją schwytać, więc kopnęła go w brzuch. Upadł plecami na grunt. Gośka podniosła z ziemi strzelbę. Nie myślała, robiła wszystko automatycznie. Zawiesiła broń na ramieniu, podpaliła szmatę w ostatniej z butelek i rozpoczęła straceńczą szarżę w stronę bestii. Gdy dobiegała do jej ciała, omijając rzucające się w męczarniach, obumierające człony, rzuciła koktajl. Dokładnie w podstawę macki, która utrzymywała kulę. Postawiła wszystko na jedną kartę, nie wiedziała, jaką reakcję podpowie potworowi instynkt.

 

Miała szczęście.

 

Kończyna wycofała się, wchłaniana w ogromną masę stwora. Teraz był czas na ostateczny cios. Gośka podbiegła jak najbliżej, widząc, że kula z Mileną sunie z ogromną prędkością do wnętrza stwora. Wycelowała i wystrzeliła pocisk smugowy. Mniej więcej w miejsce, gdzie kończyła się macka, a zaczynała kula. Osiągnęła pożądany efekt. Sfera, w której znajdowała się jej nieprzytomna córka, oderwała się od cielska i wręcz delikatnie opadła na ziemię, odturlała się zaraz na bok. Bestia wydała z siebie przeraźliwy, przesycony cierpieniem odgłos i Gośka wiedziała, czuła całą sobą, że to znak agonii.

 

– Wygrałam. Naprawdę kurwa wygrałam – wyszeptała.

 

W tej samej chwili ostre haki szponów wpiły się w jej plecy. Straciła przytomność.

 

Gośka obudziła się i od razu poczuła przeraźliwy ból całego ciała. Ze zdziwieniem stwierdziła, że jest we własnym samochodzie, na fotelu pasażera. Zorientowała się teżteż, że ktoś obwiązał ją bandażami na brzuchu i plecach. Spróbowała się ruszyć. To wywołało nową falę bólu, ale wiedziała przynajmniej, że nie złamała żadnej kończyny. Otworzyła drzwi auta i wyturlała się dosłownie na płytę przydrożnego parkingu.

 

Przed sobą miała stację benzynową, którą zwykle mijała, gdy z Robertem jechała do miasta.

 

Ruszyła przed siebie, otępiała. Wygrzebała portfel w kieszeni spodni, o dziwo był na miejscu. Sprzedawca na Orlenie nie zdziwił się, widząc pobrudzoną kobietę. Był zbyt zmęczony, by zauważać takie szczegóły, jak krew na ubraniu czy pustka w oczach klientki, tyrał całą noc. Poprosiła o papierosy, rzuciła na ladę pieniądze. Podał paczkę, a ona chwyciła ją kurczowo i natychmiast wyszła, zanim chłopaczek zdołał przemyśleć zdarzenie.

 

Wróciła do auta, usiadła na masce i zapaliła papierosa. Potem drugiego. I następnego.

 

Wtedy otrząsnęła się na tyle, żeby zorientować się czego jej brakuje. A raczej kogo.

 

– Milena! – wrzasnęła.

 

Wsiadła do auta, próbując ułożyć galopujące w głowie myśli. Bieli coś się stało. Został opętany. Zabiła potwora. Uratowała dziecko. Czemu znalazła się na stacji? Gdzie była Milenka? Kto ją tu przywiózł? Nie mogła znaleźć odpowiedzi na pytania, ale była pewna, że ma je jedna osoba.

 

Leszek Biela. Zdradził ją i ukradł jej dziecko.

 

Pędziła na złamanie karku, zwolniła dopiero, jak znalazła się w miasteczku. Rozglądała się w poszukiwaniu towarzysza, a teraz prawdopodobnie potwora. Ulice były puste, jak wczoraj, z jedną różnicą. Okolica była usłana martwymi lub wijącymi się w bólu członami, pozbawionymi swojego korzenia, nie będącymi w stanie funkcjonować bez niego. Pod sklepem widziała Nowaka, menela zwykle chlającego winiarze całe dnie. Wymiotował, ale nie zwyczajną mieszanką treści żołądkowej. Zwracał rozpuszczające się, pokryte krwią kawałki jednej z mniejszych kreatur. Zrozumiała, że wszystkich opętanych czeka teraz taka trauma. Miała nadzieję, że przeżyją.

 

Nie dała jednak strasznym widokom odwrócić własnej uwagi od jedynego, najważniejszego celu.

 

Skręciła w ulicę wiodącą do jej nieistniejącego już nowego domu i zaraz zahamowała gwałtownie, aż dym poleciał spod opon. Środkiem drogi szedł Biela. Poturbowany, kuśtykający, ale trzymający w ręku strzelbę. Nie zauważył jej z początku, był zajęty strzelaniem, zapewnie do nielicznych członów, które jeszcze grasowały po miasteczku. Ale zaraz stanął jak wryty. Wysiadła z samochodu i rzuciła się do biegu, nie myśląc nawet o tym, że nie ma broni. Ale Biela położył strzelbę na asfalcie.

 

Zbliżyła się do niego na kilka kroków.

 

– Gdzie jest Milena? – spytała, wręcz piszcząc.

 

– Małgosiu… – zaczął.

 

– Gdzie jest moje dziecko!? Mów!!!

 

– Ja przepraszam. Ja… ja wykorzystałem cię ponownie. Myślałem, że wpływ gazu zniknie do rana, ale… proszę…

 

Walnęła go pięścią w twarz, z całej siły.

 

Nie bronił się. Wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać. Grymas zupełnie nieprzystający do oblicza mężczyzny w sile wieku.

 

– Musisz mnie posłuchać. Nie miałem wyjścia, potrzebowałem twojej pomocy – mówił dalej.

 

Uderzyła go ponownie. Nawet nie drgnął.

 

– Jestem starszym synem Stefaniuka, rozumiesz?

 

Zatrzymała się, nie wymierzyła kolejnego ciosu.

 

– Od tamtej nocy, gdy spłonął dom, jestem zarażony. Jeden z członów zamieszkał we mnie i w jakiś sposób złączył z moim organizmem. Nic go nie usunie, ani trywialny alkohol, ani inne toksyny, ani interwencja chirurga.

 

Zaczynała rozumieć i zdecydowanie jej się to nie podobało.

 

– Zwiałem z Polski, ale nie mogłem uciec przed potworem, nigdy. Znalazłem ludzi, którzy wiedzieli i zwalczali, ale nawet jak padł ustrój, nie miałem siły wrócić i stawić czoła monstrum z przeszłości – tłumaczył. – Gdy zebrałem się w sobie, postanowiłem zakończyć tą sprawę, znalazłem was. Od razu poczułem, że istota we mnie wyczuwa swoją macierz, korzeń. Była uśpiona, a teraz się budziła. A wy byliście już pod wpływem potwora, karmił się wami z taką rozkoszą, że opuścił gardę. Byliście perfekcyjną dywersją.

 

Powinna go uderzyć, zabić w tym momencie. Zamiast tego słuchała.

 

– Robert padł ofiarą mojego zapamiętania. A gdy miałem okazję uwolnić ciebie, postąpiłem znowu jak skurwiel. Dałem ci w to brnąć, bo potrzebowałem kogoś, kto zada ostateczni cios jeśli padnę ofiarą bestii.

 

– Nie, to sen, koszmar pełen bzu, prawda? Prawda?

 

– Milena nie istniała – odpowiedział łamiącym się głosem.

 

Gośka chciała, tak bardzo chciała, żeby to było kłamstwo. Ale krótkie stwierdzenie odblokowało rejon w jej mózgu, który wyłączył wcześniej ogłupiający gaz. To miejsce, które zawierało prosty, porażający fakt. Milena nie mogła istnieć. Nigdy. Z prostego powodu. Robert cierpiał na klinicznie zdiagnozowaną bezpłodność. Nie mogli mieć własnego dziecka, nigdy też nie zastosowali rozwiązań zastępczych.

 

Powinna zabić Bielę, ostatniego Stefaniuka. Ale nie miała siły, nie miała powodu. Zamiast tego padła mu w ramiona. Pozwoliła się objąć. Wtuliła twarz w porwany rękaw koszuli i zaczęła szlochać. Płakała tak długie minuty.

 

Potem znaleźli się na opustoszałym podwórku pana Mariana. Gośka usiadła w wózku inwalidzkim zmarłego przyjaciela. Na kolana wskoczył kociak, więc zaczęła go głaskać w milczeniu. Leszek stanął obok niej i też nie próbował mówić.

 

– Wygraliśmy, prawda? Monstrum padło i nie wróci. Przynajmniej wygraliśmy… – odezwała się nagle, a Biela nie wiedział, czy to przytomnie, czy w malignie.

 

– Tak – zapewnił uspokajającym głosem.

 

Mógł jej powiedzieć, że któryś człon mógł przeżyć na tyle, by złożyć jajko w gruncie. Bestia karmiła się dość długo, by się rozmnożyć, a każdy jej element mógł przenieść zalążek potomstwa w swym ciele. Mógł jej też powiedzieć, że człony mogły przetrwać w organizmach nosicieli, jak ten w nim. Że kiedyś mogą wskrzesić istotę-rodzicielkę. Mógł wreszcie powiedzieć, że mimo iż polał zewłok benzyną i spalił, w popiołach mógł ostać się jakiś nieludzko odporny fragment kreatury. Z potworami nigdy nic nie jest pewne.

 

Nie powiedział nic.

 

Wiedział, że to nieważne. Że niepotrzebne. Małgorzata Zdunek i tak miała już nigdy nie odzyskać spokoju.

 

 

Marek Grzywacz

 

 

OD AUTORA:

 

Opowiadanie powstało w celu autopromocji na innym portalu i tamże sobie wisi, ale z uwagi na nawyk/nałóg wrzucana tutaj moich prac oraz w celu rekompensowania niezbyt "internetowej" długości dziełka większą ekspozycją mam przyjemność zaprezentować i na starej, dobrej witrynie NF. Mam nadzieję, że dobrze się czytało (to do tych, którzy dotrwali :))

Koniec

Komentarze

pożegnała sklepową i innych kupujących i wyszła... - Wytknąć powtórzenie złotopiórkowcowi - bezcenne:)

Pełzały po podłożu, po półka, po aucie Roberta. - po półkaCH. No i lepiej by było z ,,i po aucie Roberta''.

- Zwiałem z Polski, ale nie mogłem uciec prze potworem, nigdy - przeD

To to jest na prawdę świetne. Bardzo pomysłowe, i opowiedziane stylem prostym, acz przemawiającym do czytelnika. Nie wiem, czy błędów jest więcej, niż znalazłem. Nawet jeśli tak, to nie wiem tego dlatego, że historia za bardzo mnie wciągnęła. To przecież dobrze.
Widzę tu trochę inspirację filmem ,,Łowca Snów'' Lawrence'a Kasdana. Książki, przyznam, nie czytałem.
Był jeszcze jeden taki film, kryminalno-sci-fi. O tym, jak partnerem gliniarza został kosmita i okazają się że szukają podobnego, jak to nazwałeś ,,człona'' który przechodził z człowieka do człowieka. (raz trafił do psa ;]) Tytułu niestety nie pamiętam.
Na prawdę dobra robota, gratuluję.
Pozdrawiam

Dzięki za wyłapanie powtórzenia, satysfakcja twoja, ale powiem ci, że rzeczony złotopiórkowicz wali powtórzonka w miarę często ( i przeoczy zwykle, bo autokorekta mu nigdy nie idzie). Co do reszty... prawdę mówiąc, sprawdzałem to opowiadanie przed przeniesieniem z innego portalu, i wypisałem sobie błędy takie jak te brakujące końcówki w jakimś oddzielnym pliku, do poprawienia w edytorze -  i gdzieś posiałem, także dzięki za pomoc.
Jestem pewien, że gdzieś jeszcze jest jedno rażące powtórzenie. Jak ktoś wytknie, też byłbym wdzięczny :D

P.S.

A co do filmów/książek inspirujących, Łowcy Snów nie widziałem/czytałem, ale to drugie mi się jakoś kojarzy. Fakt faktem, motyw "porywaczy ciał" to akurat tak stare jak świat, że starałem się nie czynić z tego aż tak istotnego zagadnienia :D

Łowca snów to całkiem inna bajka. Polecam książkę, bo film jest po prostu do dupy. Co do opowiadania... Z początku pomyślałem, że czytam klasyczny horror o duchach, aż tu nagle wkracza do akcji duży robak. Wtedy już musiałem doczytać. Super. Na prawdę. Gdzieś tam znalazłem literówki i nawet powtórzenie, ale teraz nie mogę znaleźć.
Generalnie trzymasz poziom :)
Pozdro.

Niezłe, chociaż w momencie, gdy "wyskoczyły" te pasożyty, to poczulem lekka konsternację, ale póxniej się potoczylo jakoś :)
Dwie kwestie. Troszke zabrakło mi jakiegoś wyjaśnienia, z czym konkretnie mamy do czynienia. Wiem, że mogę sobie dośpiewać, co tylko będę chciał, ale lenistwo podpowieda, że lepiej, by zrobił to za mnie Autor. Po drugie, ubodły mie niektóre słowa, nie stosowane zazwyczaj 'na salonach'. Chodzi o to, że jakoś nie pasowaly do klimatu. Szczególnie pojawiająca sie w ustach Mariana "pizda" i ów znienawidzony przez Gośkę "kibel".

Generalnie, bardzo dobre opowiadania, które nie pozwala zostawiś częsci 'na potem' ;) Pozdrawiam

@ Ilbastro

1) Nie miało być nigdy wyjaśnione. To miało być "stworzenie", a za klasyfikację muszą starczyć informacje, których nie szczędzi Biela. Taki był koncept.

2) Postacie na salonach raczej nie bywają (ja zresztą też) :D
Opowiadanie osadzone jest gdzieśtam w Polsce, staram się różnicować język (stąd kilku postaciom zdarza się "przywieśniaczyć", momentami emulowałem gwarę "zaściankową". Ani (sympatyczny) dziad z prowincji, ani żonusia nowobogackiego typka nie unikają niesalonowych wyrażeń. To samo tyczy sytuacji podwyższonego napięcia. Staram się, żeby nie był to też stek wulgaryzmów, ale nie cenzuruję. I wiadomo, de gustibus :)

Z początku nie miałem ochoty czytać tak długiego tekstu, ale jednak przemogłoem się. I było warto. Świetne opowiadanie, cały czas zaskakuje i nie sposób się od niego oderwać.

film to był Ukryty (Hidden) z Kylem McLachlanem
http://www.filmweb.pl/film/Ukryty-1987-119984
opowiadanko OK
pzdr

Wow, złote lata "filmów na wideo" i Kyle McLachan ganiający za obcymi... kurde, powinno jakoś bardziej się wbić w pamięć.
Dzięki za przypomnienie!

Ciekawy pomysł, troszkę gorzej językowo. Sporo literówek i urwanych słów. Długość mi nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie, momentami miałam wrażenie, że fragmenty są na siłę skracane. Szczególnie to widać na końcu - zbyt szybko bohaterka godzi się z tym, że nie ma dziecka, wydaje mi się to mało wiarygodne psychologicznie, szczególnie że była przecież silnie emocjonalnie związana z córeczką.

Rzeczywiście, zaczęło się jak typowy horror o nawiedzonym domu, ale za długo już żyję na tym świecie, żeby nie domyslić się, że nie ze zwykłymi duchami będziemy mieli do czynienia ;-) Brrrr. Momentami aż mnie dreszcz przechodził, bo wszelkich glizdowatych paskudztw nie cierpię. Podobnie jak kobiet z dłuimi włosami z japońskich horrorów. Byłabym idealnym żywicielem dla "członów" ;) Dodam jeszcze że opowiadanie świetnie napisane, zauważyłam po drodze parę błędów i brakujących słówek (Weź jeden pakunek i obok kratki wentylacji w łazience na piętrze.), ale to takie tam, phi, coby się popisać że się uważnie czyta :P Za to mimo uważnego czytania jednego nie załapałam - skoro dziewczynka nie istniała, to co z opiekunką? Widziała "dziecko" czy nie? A może opiekunki też nie było?
Opwiadanie słusznie nagrodzone pierzem ;)

Dzięki Dreammy,

A co do opiekunki, może nie jest to specjalnie podkreślone (może za dużo zostawiłem wyobraźni odbiorcy), ale babka istnieje i scena, w której mówi, że nie zna Gośki/dziecka to też prawda. Ułudą jest przeświadczenie Gośki, że opiekunka była kiedykolwiek opiekunką. Korzeń tworzył swoje halucynację w  oparciu o wiedzę członów pobraną z mózgów "opętanych". Wybrał losową poczciwą kobiecinę i zrobił z niej opiekunkę w zwidach. Skoro potrafił "wyczarować" dziecko, to dla niego raczej betka.

Hmmm... w takim razie telefony bohaterki do opiekunki też były halucynacją? Akurat to mi nie pasowało w kontekście późniejszych wydarzeń. Czy też obie bohaterki widziały się po raz pierwszy i Gośka po prostu zapukała do losowo wybranego mieszkania? W takim razie skąd znała nazwisko kobiety, czy też je sobie wymyśliła? Heh, moja "wyobraźnia odbiorcy" coś szwankuje ;)

Nie, to jest ewidentna niedoróbka z mojej strony ... generalnie idea taka, że opiekunka to ktoś, kogo bohaterka zobaczyła w miasteczku (nie wiem, w sklepie czy gdzieś), usłyszała nazwisko, a reszta to tylko to, co podsuwa jej potwór... telefony też, skoro ciągle jest pod działaniem "gazu", który rozpyla się też w miasteczku -> pierwsza scena, nie jest w stanie się zorientować, że tak naprawdę nie rozmawiała z nikim. Jest cały czas w jednej wielkiej halunie.

Ale mówię, tu wkradło się niedopatrzenie.

Przyznam, że byłam zaskoczona iż opiekunka to  halucynacja. Niemniej, co tu dodać? Świetna, trzymająca w napięciu fabuła, przedni pomysł i profesjonalne wykonanie. Uwielbiam czytać teksty, które przenoszą mnie automatycznie (zasluga pisarza) do świata, o którym mowa w  utworze. Brawo! Czekam na dalsze opowiadania.
pozdrawiam z :D

Cholera,lubię to opowiadanie. Przyszedłem tu jeszcze raz po czasie i dam wyraz  podziwu dla twojego talentu dopiero teraz. Ten tekst po prostu już siedzi we mnie. Pozdrawiam:)))

Nowa Fantastyka