Opowiadania zagraniczne Sarah Langan DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI
Poczekalnia jest lśniąca i jasna, ale ludzie w niej są brudni. Trina stara się nie gapić, nie może się jednak powstrzymać; już na pierwszy rzut oka widzi, że część z nich to próbujący skombinować szprycę narkomani na głodzie. Jedna z kobiet zamiast ubrania nosi czarny worek na śmieci. Trina czeka na swoją kolej razem z ojcem, Rameshem. On nie pójdzie dziś do lekarza. Jeszcze nigdy nie poszedł. Mówi, że nic mu nie jest, ale kłamie. Cały czas kaszle, a nieraz widziała, jak rankiem wypluwa krew i flegmę do umywalki w łazience. W zeszłym miesiącu Komitet ds. Etycznych Mediów zamontował kamerę w ich kuchni, bo wysłał nieautoryzowane audio do infotelenoweli „Zdrowie środowiskowe". Zamiast puścić to pod pseudonimem, jak tego chciał, redakcja powiadomiła gliny. I teraz cała rodzina jest pod domową obserwacją. Każdy ciekawski może przełączyć się na kanał 9.53256, może zobaczyć zatłuszczony stół kuchenny i dziwaczne piankowe wałki, które jej matka ciągle zapomina wyjąć z włosów nad ranem. Cała jej ósma klasa wie, że Ramesh pieszczotliwie nazywa ją Śmieszką, i że nie stać ich na świeże mleko. Jedynie na to wczorajsze, nieco już skwaśniałe, z latynoskiego spożywczaka na 78. Ulicy. To upokarzające. On też. Gdy tak czekają, ojciec kładzie rękę na jej karku i ściska skórę wokół portu, jakby próbował go wyciągnąć. Nic nie rozumie, choć osiemnaście kanałów Dnia Patriotycznego trąbi dzień w dzień: Postępu nie da się zatrzymać! Trina pociera posiniaczony policzek i patrzy na Ramesha spode łba. A ten wzdycha i puszcza jej port. To małe zwycięstwo z jej strony, ale to jej nie uszczęśliwia; tylko wzburza mieszankę wściekłości i żółci w trzewiach. W kieszeni dżinsów z lycrą nosi listę. Co wizyta, zanim jeszcze wyjdą z domu, ojciec każe jej zanotować całą litanię skarg, a potem je z nią omawia, punkt po punkcie. Mówi jej, że chce się upewnić, że powie, co należy, by nie narobiła sobie kłopotów. Prawda jednak jest taka, że ma ją gdzieś. Troszczy się tylko o swój zasrany tyłek.
Peter Watts AMBASADOR

Pierwszy kontakt miał wszystko rozwiązać. W każdym razie takie chodziły słuchy - łagodni czarodzieje z Epsilon Eridani mieli ocalić nas przed pożogą i powitać w ogromnym Galaktycznym Rodzeństwie, obejmującym całą Drogę Mleczną. Wszelkie choroby, jakich nie udało nam się pokonać - mieli wyleczyć. Wszelkie polityczne waśnie, z jakich nie wyrośliśmy - mieli zażegnać. Mieli naprawić to wszystko. Nie mieli jednak zmieniać mnie w zaszczute zwierzę. Z początku nie rozwodziłem się za bardzo nad filozoficznymi konsekwencjami; byłem zbyt zajęty uciekaniem gdzie pieprz rośnie, w obawie o własne życie. Zombie pędził na łeb na szyję w przestrzeń, zniewolony przez bełkoczący, rojący się od zakłóceń komp pokładowy. Nawigacja była żartem. Każdy ślepy skok, jaki wykonywałem, zmniejszał szanse odnalezienia drogi do domu o kolejny rząd wielkości. I tak to robiłem, i to raz po raz; każdy skok, którego bym nie wykonał, zabiłby mnie. Znów wyleciałem z czeluści. Czujniki dalekiego zasięgu umiejscowiły mnie gdzieś w obłoku kometarnym niewielkiej gwiazdy podwójnej. W lepszych czasach komp w mig pokazałby mi planetarną świtę systemu, teraz niezbędne pomiary wymagały dni. Za mało czasu. Mógłbym ustalić swoją pozycję w dzień czy dwa według samego światła gwiazd, nawet bez pomocy kompa pokładowego, lecz to coś, co mnie ścigało, nigdy nie dało mi szansy. Kilka razy zaczynałem. Najdłuższe wytchnienie trwało sześć godzin. W tym czasie usytuowałem się jakoś w stronę jądra Ramienia Oriona. Przestałem próbować. Znajomość położenia w danym momencie ani trochę nie przybliżała mnie do t+1. Jak tylko skoczę, znowu się zgubię. A zawsze skakałem. To zawsze mnie znajdowało. Wciąż nie wiem jak - teoretycznie niemożliwe jest wyśledzenie czegokolwiek przez osobliwość. Lecz jakimś sposobem kosmos zawsze otwierał swą paszczę, a potwór spadał na mnie, głodny i tajemniczy. Może łatwiej byłoby sobie z nim poradzić, gdybym wiedział, jak. Co zrobiłem?, pytacie. Co zrobiłem, że to się tak wściekło? No wiecie, próbowałem powiedzieć „cześć". Jaka inteligencja mogła poczuć się urażona czymś takim?
S.L. Farrell BOGOWIE CO DRUGIEJ ŚRODOWEJ NOCY

Mogę zdradzić, że tytuł ten narodził się przede wszystkim dlatego, iż aktualnie czytam książkę usiłującą wytłumaczyć mi zasady działania religii (jeśli chodzi o moją opinię, uważam, że to zadanie zarazem niewdzięczne i skazane na niepowodzenie). Autor zamieścił w niej przykład boga, który istnieje jedynie w środy, by zobrazować „niewiarygodny" koncept bóstwa. A ja pomyslałem, że jest to interesujący pomysł i zapisałem go sobie w podświadomości. Kiedy zasiadłem do pisania tej historii, powrócił on do mnie, dryfując gdzieś w oceanie umysłu. Jednak ekipa, z którą grywałem, spotykała się co dwa tygodnie. I wtedy zorientowałem się, że mam idealny tytuł opowiadania. Dopisałem więc opisałem do niego „co drugiej". No bo tak. Po prostu dobrze brzmi. Szczerze mówiąc, często kieruję się tym kryterium. Podejrzewam jednak, że nie jest to optymalny sposób na pisanie. Lepiej wiedzieć, czemu coś się robi. Wybaczcie dygresję. Chodzi o to, że planowałem napisać coś o graniu i wtedy pomyślałem: „Co, jeśli...?". Piękna fraza z długą, siwą brodą, dzięki której powstały tysiące utworów... Co, jeśli bohaterowie tej gry byliby prawdziwi? Co, jeśli mieliby życie poza światem gry, a my, fanatycy RPG, wyciągamy ich z rzeczywistości, w której istnieją? O czym by rozmyślali? Jak by reagowali? To mi wystarczyło, by zacząć. Przyklepcie więc tytuł i rzućcie okiem na początek. *** Następstwa, jak zawsze, były okropne i krwawe. I, jak zwykle, najbardziej ucierpieli orkowie. Na trawniku miejskiego placu leżał jakiś tuzin trucheł. Jęki i wycie żon zmarłych dobiegło uszu Finnigana Nieustraszonego - nie, to nie brzmi dobrze; niech będzie Finn Kowal. Powoli wracała do niego świadomość. Nasłuchiwał żałobnych dźwięków przerywanych krzykami: „Kleryka! Tutaj! Szybko!". Tu i ówdzie zalegały też i inne trupy: mieszczan, kilku krasnoludów. Miecz Finna był wyszczerbiony i umazany krwią. Zaczarowane ostrze przybrudziło się od sadzy z magicznego ognia, który rozgorzał w trakcie bitwy. W głowie słyszał głos miecza: „Koleś, to było po prostu zajebiste!", i przerażony wypuścił go z rąk. Bez wątpienia był osobiście odpowiedzialny za kilku martwych orków.
|