Opowiadania polskie Istvan Vizvary KONFRONTACJA ELAINE HOUSEMANN

Zapukała do drzwi mojego biura w ostatniej chwili, minutę później odeszłaby z kwitkiem. Wyobraziłem ją sobie: rude włosy do ramion; szare, kocie oczy; niezbyt długie, pomalowane na czerwono paznokcie; elegancka sukienka do kolan; wysokie na pięć cali szpilki; czarna torebka zapinana na staroświecki zatrzask. - Proszę wejść! - Zachrypnięty głos zdradzał moje upodobanie do whisky i tanich papierosów. Byłem pewien, że Elaine Houseman ani trochę to nie przeszkadza. Klamka opadała powoli, jak gdyby klientka nie była pewna, że to właśnie do mojego biura chce wejść. Przymknąłem oczy i wsłuchałem się w mocne uderzenia serca. Przy piętnastym poczułem tuż przy twarzy słodki zapach perfum i usłyszałem wypowiedziane melodyjnym, wysokim głosem słowa: - Jestem Elaine Housemann. Potrzebuję pańskiej pomocy, Mr. Bronson. Westchnąłem i spojrzałem prosto w bardzo szare i bardzo kocie oczy. - Do usług, panno Housemann. Proszę usiąść. Opadła głęboko w fotel, zakładając nogę na nogę. Miała najpiękniejsze z kolan, jakie kiedykolwiek widziałem. - W czym mogę pani pomóc? - spytałem, sięgając do szuflady po notatnik i mój ulubiony pogryziony, czerwony ołówek. Nie planowałem go już dziś używać. W tym momencie miałem przecież wchodzić do Joego, po drugiej stronie ulicy i otrzepywać parasol. Trzymał dla mnie stolik przy oknie i pewnie zdążył już zaparzyć kawę. O dwudziestej miał puścić „China Town" Polańskiego. Widziałem to setki razy. Elaine milczała, jak gdyby zbierała siły. Albo odwagę. W końcu wzięła głębszy oddech i, patrząc w okno spływające listopadowym deszczem, powiedziała: - Chodzi o moje dzieci. Nigdzie nie mogę ich znaleźć. Boje się, że mogło je spotkać coś złego. Wiedziałem, co należy odpowiedzieć. Zawsze mówię to samo. - Proszę się nie martwić, panno Housemann, znajdziemy je. Na pewno są bezpieczne. Przygryzła usta umalowane karminową szminką i pokręciła głową. - Kiedy widziała je pani ostatni raz? Gdzie? - dopytałem. - Nie wiem - odparła i powróciła wzrokiem do mnie. W jej oczach błyszczały łzy, samotność i strach. - Nie jestem jeszcze pewna. Nie było na co czekać. - Chodźmy - powiedziałem, wstając z fotela i rozglądając się w poszukiwaniu kluczyków. Nic więcej nie byliśmy w stanie tu zdziałać. - Dokąd? - spytała zdziwionym tonem, jak gdybym ją wyprosił, podpierając się brakiem filtrów do skrętów. - Do pani. Do domu. Od czegoś musimy zacząć. Przytrzymałem jej drzwi. Miałem nadzieję, że Joe nie będzie miał mi za złe niewykorzystanej rezerwacji.
Karol Mitka EUSTACHY SOPLICA KONTRA PÓŁDEMON

1. Ciężkie burzowe chmury zasnuły niebo nad Soplicowem. - Szlag by trafił... - mruknął Piotrek gdy pierwszy grzmot przetoczył się nad okolicą. Przygotowywał się właśnie do wieczornego joggingu, więc ulewa była mu kompletnie nie na rękę. Na chybcika włożył kupiony od rumuńskiego akwizytora dres „Odidosa", zasznurował sterane trampki i w nadziei, że zdąży wrócić do domu przed deszczem, wybiegł na dwór. Skierował się za miasto. Truchtając pogrążonymi w mroku alejkami fantazjował o pani Kowalskiej, wychowawczyni z gimnazjum. Oczyma wyobraźni widział ją ubraną jedynie w stringi, biorącą do ust jego członka. Jako prawiczek mógł sobie tylko wyobrażać jak to jest, gdy niewieście wargi muskają nabrzmiałą żołądź. Biegnąc, delektował się tymi wyimaginowanymi doznaniami. Tak się w nich zatracił, że nie wiedzieć kiedy znalazł się w pobliżu starego żydowskiego cmentarza. Dopiero szelest rozlegający się z pobliskich krzaków sprowadził go na ziemię. Zatrzymał się i rozejrzał. Widok pogrążonej w mroku nekropolii sprawił, że podniecenie opadło, a po plecach przebiegły mu ciarki. Trzęsąc się jak osika wykonał błyskawiczny w tył zwrot i już miał sprintem popędzić w stronę domu, gdy nagle z zarośli wychynęły trzy dziwne postacie. Trupioblade twarze, rozwiewane wiatrem kruczoczarne włosy oraz przekrwione oczy nadawały im wygląd upiorów z taniego horroru. Piotrka ogarnął paraliżujący strach. Stanął jak wryty, obrzucając tępym spojrzeniem zbliżające się chwiejnym krokiem mary. Chciał wrzasnąć, ale język uwiązł mu w gardle. - Ej, kurwa, co my tu mamy? - zapytała niespodziewanie jedna z istot. W jej oddechu Piotrek wyczuł fetor trawionego alkoholu oraz marihuany. Zrozumiał, że ma do czynienia z ludźmi. Natychmiast odzyskał mowę. - Zgubiłem się... - bąknął nieśmiało. - Ale już sobie idę. - Chciał wyminąć nieznajomych, lecz ci złapali go za fraki i powalili na ziemię. - Czego ode mnie chcecie! Nic wam nie zrobiłem! - wrzasnął. - Zamknij mordę, skurwysynu! - krzyknął najwyższy, w bluzie z podobizną Baphometa. - Wlazłeś na nasz teren i musisz za to zapłacić - dodał, kopiąc chłopca w żebra. Kości chrupnęły, Piotrek zakaszlał krwią. Zamknął oczy i zaczął się głośno modlić. Zbiry ryknęły śmiechem. - Co zrobimy z tym gównem, Seth? - spytał stojący kawałek dalej Milkon. - Kurwa, no co? Może poderżniemy mu gardło? - Mam lepszy pomysł! Złożymy go w ofierze i przyzwiemy szatana! - wypalił Satariel, uśmiechając się głupkowato.
Jarosław Sopiński ZAPISANE W SNACH
Stacja orbitalna, druga doba pobytu
W połowie XX stulecia rosyjski astrofizyk, Nikołaj Kardaszew, zaproponował podział cywilizacji według czterostopniowej skali. Dla nas samych nie było na niej miejsca. Wciąż słabi, skłóceni i narażeni na unicestwienie, dalecy byliśmy od osiągnięcia choćby i pierwszego stadium. W tamtych czasach mieliśmy prawo do snucia marzeń o postawionych wyżej światach. Wielu z nas wierzyło we wszechświat pełen półboskich istot, władających energią całych gwiazd i galaktyk. Kiedy wreszcie osiągnęliśmy to, co kiedyś mogło wydawać się utopią - oddaliliśmy ryzyko ekologicznej i nuklearnej katastrofy a nasi zwiadowcy ruszyli na podbój gwiazd - dopiero wtedy przekonaliśmy się o naszej samotności. Zastaliśmy wszechświat pełen grobów. Niemal każda odkryta planeta, na której stwierdzono istnienie rozumnej cywilizacji, oferowała nam jedynie ruiny. Ślady istot unicestwionych przez własną głupotę lub naturalne kataklizmy, którym nie potrafili sprostać. Kosmiczna ewolucja posługiwała się bezlitosną selekcją. W istocie, jeśli przyjrzeć się naszej własnej historii, nietrudno zrozumieć jak wiele szczęścia sprzyjało nam w przeszłości. Innym się nie powiodło. My, cywilizacja stopnia pierwszego, mogliśmy tylko przechowywać ich pamięć. Na kolejne planety wysyłaliśmy zatem rzesze archeologów, odtwarzających wspomnienie tego, co już nie powróci, bo dziedzictwo całych światów było zbyt cenne, żeby pozwolić mu umrzeć wraz z upływem czasu. Stephen Blanchard, Wizjonerzy. Krótka historia poszukiwań Kontaktu
Powód, dla którego przytaczam tutaj najsłynniejszą publikację Blancharda, nie jest dla mnie jasny. Strony dziennika świecą pustkami, a ja wciąż nie mam czym ich zapełnić, chociaż dłoń rwie się do pisania. Początek moich relacji z pobytu tutaj wydaje się trafionym miejscem dla tego cytatu. Niektóre treści warto sobie przypominać, nawet jeśli zna się je od czasów dzieciństwa. IP 20784 a lub, jak przyjęła niedawno Agencja, Świat Hardinga, mozolnie obraca się wokół własnej osi, a my wraz z nim. Nad jedynym kontynentem wschodzi właśnie świt. Samotna, podbiegunowa masa lądu wciąż nie ma nazwy, podobnie jak oblewający jej brzegi wszechocean. Minie jeszcze blisko sto trzydzieści godzin, zanim w miejscu, w którym promienie słońca rozpraszają właśnie ciemność, znowu zapadnie noc. Czy do tego czasu PAEK da nam pozwolenie? Ukrywają coś przed nami. Tak sądzę. W przeciwnym razie dlaczego w mieliby trzymać nas tak długo na orbicie? Nie jest dla mnie rzeczą trudną uzbroić się w cierpliwość, ale sytuacja powoli staje się irytująca. Czy w ten sposób ma funkcjonować porozumienie? Najpierw dopuszczają nas do własnych odkryć a kiedy jesteśmy już na miejscu, nagle zmieniają zdanie?
|