Nowa Fantastyka
6 lutego premiera książki "Łukasz i kostur czarownicy" wydanej przez Wydawnictwo BIS.
Książka pod patronatem "Nowej Fantastyki".
więcej »
14 lutego premiera trzeciego tomu czteroksięgu "Krąg Magii" - "KSIĘGA DAJI", wydanego przez Wydawnicwo Initium
więcej »
Bieżący numer
Publicystyka

ZAPOWIEDZI

Polskie tłumaczenia tytułów filmów i powieści to rzecz, nad którą często się zastanawiam. Niektóre wynikają chyba z przeświadczenia, że odbiorcy trzeba wyjaśnić jak krowie na pastwisku, z czym ma do czynienia. Skoro, na przykład, film „Tropic Thunder" jest komedią, trzeba go ochrzcić „Jaja w tropikach". A jeśli oryginalny tytuł jest zbyt nietypowy, trzeba go dopasować do polskiego prokrustowego łoża; tak oto „Lovely Bones" Petera Jacksona staje się „Nostalgią anioła" - pewnie żeby „kości" nie odstraszyły widzów. I tak dalej...
Tym razem naszło mnie na te rozmyślania przy okazji lutowych premier. Dziwię się, dlaczego znakomity „Hugo" (którego recenzję znajdziecie w numerze) musi mieć w polskim tytule dodane słowa „i jego wynalazek". Współczuję Piotrowi Cholewie i każdemu tłumaczowi, który musi się uporać z grami słów w rodzaju „Fool Moon" Jima Butchera (ang. full moon - pełnia księżyca, fool - głupiec; oba słowa czyta się podobnie). Trudno było też przełożyć tytuł nowej powieści w serii z rekomendacją „NF". Dlatego „The Postmortal" u nas bierze nazwę od pierwszego rozdziału: „Nieśmiertelność zabije nas wszystkich". Książka opisuje świat, w którym wynaleziono szczepionkę na śmierć. Pomyślcie tylko (a najlepiej - przeczytajcie), jakie mogą być tego konsekwencje.
Mam niezły ubaw na dźwięk słowa „Kościotrzep" (oryg. „Boneshaker") w tytule steampunkowej książki Cherie Priest (w zapowiedzi czytam o ponurym świecie śmiertelnych gazów, co przyprawia o jeszcze lepszą zabawę).
W lutym wracają na ekrany w wersji 3D „Mroczne widmo" oraz Disnejowska „Piękna i Bestia". Oprócz nich wspomniany „Hugo" oraz gotycki horror z Danielem Radcliffem, „Kobieta w czerni".

Jerzy Rzymowski


Jerzy Rzymowski
EKRAN PEŁEN BAŚNI

Za siedmioma górami, za siedmioma morzami, władcy krainy Hollywood opanowali tajemną sztukę przemiany baśniowych postaci w złoto.

Nie od dziś wiadomo, że w słynnej Fabryce Snów coraz trudniej o oryginalne pomysły. Gdy ktoś odnosi sukces, szybko zlatuje się horda naśladowców żerująca na chwilowej modzie. A ponieważ wygląda na to, że nadchodzi zmierzch rządów smętnych krwiopijców, zaczęto się rozglądać za kolejnym źródłem dochodu. Padło na baśnie, bo to przecież niemal gotowy przepis na scenariuszowy sukces: są popularne, mają archetypicznych bohaterów i antagonistów, romanse, dramaty i zazwyczaj happy end. Skoro jednak większość odbiorców zna te historie od dziecka, sztuka w tym, by przedstawić je, zachowując choćby pozory świeżości.
Zanim baśniowa fala zaleje kina i ekrany telewizyjne, warto zastanowić się, jak tradycyjne opowieści radziły sobie do tej pory i co jeszcze może nas czekać.

Królewna Śnieżka i siedmiu Oskarków

W 1902 roku Edwin S. Porter, najzdolniejszy reżyser pracujący dla wytwórni Edison Manufacturing Company, nakręcił 10-minutowy film „Jaś i magiczna fasola". Kopiował w nim techniki podpatrzone u legendarnego Georgesa Mélièsa (który miał już na koncie „Kopciuszka" i „Czerwonego Kapturka"). Większość produkcji z tamtych lat była bardzo krótka, ale ich liczba świadczy, jak wdzięcznym tematem dla ojców kina były baśnie. Najczęściej na ekran trafiały wspomniane już „Jaś..." i „Kopciuszek", a także „Piękna i Bestia". Tę ostatnią szczególnie upodobali sobie filmowcy z Francji, z której wywodzi się historia spisana w połowie XVIII wieku przez Jeanne-Marie Le Prince de Beaumont.
W 1916 roku miała premierę „Królewna Śnieżka" - godzinna adaptacja broadwayowskiego przedstawienia. Wiele jej zawdzięczamy, był to bowiem pierwszy film, jaki w swoim życiu obejrzał piętnastoletni wówczas Walt Disney. Dzieło musiało zrobić na chłopaku kolosalne wrażenie, skoro dwie dekady później pierwszą pełnometrażową animacją stworzoną w jego studio była właśnie „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków". Disney otrzymał za nią w 1938 r. Honorową Nagrodę Akademii w niezwykle sympatycznej postaci: obok tradycyjnej złotej statuetki Oskara umieszczono siedem miniaturowych figurek.

 


 

Artur Szrejter
SMOKI NIEBANALNE

Bez smoka nie ma fantasy. Niestety, zazwyczaj jest sztampowy. A przecież w dawnych wierzeniach wielkie jaszczury posiadały sto różnych postaci.

Od czasów Smauga z „Hobbita" J.R.R. Tolkiena smoki w fantasy do znudzenia powielają wzorzec. Prawie tak samo wyglądają bestie z krain Ziemiomorza Ursuli Le Guin, ze „Smoka i jerzego" Gordona Dicksona, z filmu „Ostatni smok", a nawet ze światów SF - „Jeźdźców smoków" Anne McCaffrey czy z obrazu „Władcy ognia". Wszystkie wyszły spod jednej sztancy: gruba skóra, łuski, wielkie zębiska i pazury, błoniaste skrzydła, długi ogon. No i zieją ogniem niczym miotacze płomieni.

Jeden wzorzec

Dlaczego zatem na konwentowych prelekcjach o smokach sale pękają w szwach od słuchaczy? Bo ludzie kochają smoki. Ale nie ślepo: chcą dowiedzieć się o nich czegoś nowego, poznać jaszczury niebanalne, odmienne od sędziwego Smauga.
Wizerunek smoka znany z fantasy powstał na podstawie zaledwie jednego z wielu wyobrażeń z wierzeń starogermańskich. A przecież ta sama mitologia i demonologia proponuje nam inne postacie tego potwora. Nie trzeba sięgać po wzorce chińskie czy indiańskie, by wzbogacić, a nawet zupełnie inaczej przedstawić smoka. Podczas pisania książki o potworach z mitów i baśni germańskich zająłem się również jaszczurami. Z ich porównania wyszedł przybliżony schemat rozwoju: od archaicznych węży po typowe smoki. Tutaj przedstawię ledwie kilka owych bestii, ale i one wystarczą za przykłady bogactwa pogańskich wyobrażeń na ich temat.

 


 

Mateusz Albin
AZYL DLA KIEPSKICH FILMÓW

Wytwórnia filmowa Asylum to fenomen. Oto mistrzowie defektów specjalnych, którzy wszystkie braki produkcji nadrabiają bezczelnością.

Twórców filmów rozrywkowych można podzielić na dwie kategorie. Są filmowcy, którzy nie mają problemu z zebraniem olbrzymich środków pozwalających na stworzenie spektakularnego widowiska. Pozostali, odcięci od dużych pieniędzy, nadrabiają wyobraźnią. A co dzieje się, jeśli podczas tworzenia filmu brakuje zarówno budżetu, jak i pomysłu?
Odpowiedź na to pytanie można znaleźć, oglądając produkcje amerykańskiej wytwórni Asylum. Studio, łącząc niski budżet, realizacyjną biedę i zwykłą bezczelność, nie tylko znalazło sposób na biznes, ale też stworzyło kuriozalny i na swój sposób fascynujący dorobek.

Przeboje jak z bazaru

Aby w pełni docenić „kunszt" Asylum, trzeba najpierw przyswoić pojęcie mockbustera. To dziwne angielskie słówko oznacza po prostu zrzynę i bezwstydne żerowanie na popularności wysokobudżetowych przebojów. Pamiętacie, jak przed laty na bazarach oferowano dresy marki Adidos, z charakterystycznymi czterema paskami? W przypadku Asylum mamy do czynienia z podobnym zjawiskiem. Dzięki tej wytwórni pojawiły się takie cuda, jak „Transmorphers", „The Day the Earth Stopped" czy „The Terminators". Wszystkie wydane w okładkach na pierwszy, a czasem i na drugi rzut oka nie do odróżnienia od oryginałów.
Zaczęło się w 1997 roku, w szeregach firmy Village Roadshow. Niektórzy pracownicy doszli do wniosku, że mają dość realizowania marnych produkcji pod cudzym logo i postanowili, że odtąd będą knocić filmy na własny rachunek. I to nie byle gdzie, bo w samym sercu Kalifornii! Zanim studio znalazło swoją niszę, podstawowym produktem były tanie horrory na wideo. Co to były za twory, strach myśleć, bo nawet na stronie studia nie ma o nich wzmianki. Spotykane gdzieniegdzie tytuły, takie jak „Killers 2: The Beast", pobudzają jedynie wyobraźnię.
Wszystko zmieniło się w 2005 roku. Światło dzienne ujrzała wtedy ich wersja „Wojny światów" Wellsa. Ni stąd, ni zowąd wypożyczalnie zaczęły wyrywać sobie z rąk kopie filmu nakręconego przy mikroskopijnym budżecie. Nie trudno było znaleźć przyczynę popularności - wystarczyło przejrzeć kinowe afisze, albo nawet billboardy na ulicach. Zupełnie przypadkowo w tym samym czasie pracę nad ekranizacją tej książki zakończył Steven Spielberg. Dzięki niemu tryumfy mógł święcić upośledzony kuzyn kinowego przeboju. Nikogo nie zrażała reżyseria na poziomie starego nagrania z wesela, ani komputerowe animacje, które śmiało można określić jako defekty specjalne. Ważne, że była fajna, kojarząca się z superprodukcją okładka.

 


 

Michał Hernes
DOKTOR JEKYLL I MISTER JOKER

Deski polskich teatrów zostały ostatnimi czasy opanowane przez klasyczne monstra po liftingu.

Frankensteina ubrano w komediowo-musicalowy kostium, chwilami przywodzący na myśl przezabawną komedię Mela Brooksa i stawiający go w jednym rzędzie ze Shrekiem. Pan Hyde, analogicznie do Jokera z „Mrocznego Rycerza", wprowadził natomiast odrobinę anarchii. Zdaniem Krzysztofa Globisza, potwory nieustannie powracają i będą powracać. Ten sam problem porusza się w komiksach, chociażby o Batmanie. Chodzi o monstrum, które tkwi w człowieku i uwalnia się w pewnych okolicznościach - mówi odtwórca aż dziewięciu bohaterów w monodramie „Jekyll/Hyde". Polski aktor nie ukrywa, że za ciekawszą postać uważa tę mroczniejszą. Gdyby nie było jej, ale też Makbeta, Hitlera, czy Stalina, nie moglibyśmy zdefiniować zła - tłumaczy.

Hyde Fiction

W przedstawieniu Teatru Polonia klasyka spotyka się nie tylko z komiksem, ale też z filmem i animacją, tworząc groteskowy i niepokojący nastrój. Dodatkowo, od czasu do czasu, Globisz zaprasza publiczność do interakcji, próbują zaangażować ją w dialog. Młody reżyser o polsko-włoskich korzeniach, Jakub Porcari, wykazał się sporą inwencją. Brawa należą mu się zwłaszcza za krwawą jatkę. Jeśli ktoś chce się przekonać, jak rozwiązał problem morderstwa i lejącej się krwi, niech koniecznie przejdzie się na ten spektakl. Zainspirowała mnie powieść Roberta Louisa Stevensona, będąca kryminalną bajką. Dlatego, poprzez animację, chciałem opowiedzieć mroczną baśń. Globisza poprosiłem, by zagrał również wszystkie postaci pojawiające się na ekranie - wyjaśnił. W jednym z fragmentów aktor odgrywa sześć osób, w tym dwie kobiety. Zadanie nie należy do łatwych. Skomplikowany jest także scenariusz. Zburzenie właściwiej chronologii zdarzeń miało na celu stworzenie dramaturgicznego montażu, przypominającego pierwsze scenariusze i filmy Quentina Tarantino. Według początkowych założeń, kolejne informacje mają budować napięcie i prowadzić do wyjaśnienia zagadki.

 



Jakub Winiarski
GŁÓWNONURTOWY COMING OUT

 

Liczba parających się fantastyką kandydatów do literackiego Nobla stale rośnie. Mimo to wciąż wielu pisarzy wbrew faktom udaje, że z fantastyką nie ma nic wspólnego. Panie i panowie, czas na coming out.

W zestawieniach hitów fantastyka od wielu lat rządzi niepodzielnie - wystarczy spojrzeć na rankingi najbardziej kasowych filmów. Z jednej strony można ubolewać nad upadkiem „dojrzałej" kultury i wiązać go z niedojrzałością odbiorców. Z drugiej - warto przyznać, że w fantastyce jest coś, co sprawia, że właśnie ten gatunek jest medium najatrakcyjniejszym dla statystycznego widza i czytelnika. Fantastyka coraz częściej okazuje się stylistyką tak pojemną, że nawet pisarze odżegnujący się od związków z nią i otwarcie jej niechętni nie potrafią powstrzymać się, by nie napisać czegoś de facto fantastycznego.

Między McCarthym a Houellebecqiem

Tak wygląda choćby przypadek Cormacka McCarthy'ego. Autor „Drogi", która zwyciężyła w naszym plebiscycie „Top Dekady", nie przyjmuje do wiadomości, że jego powieść mieści się w podgatunku postapokalipsy. Nie wie, bądź udaje, że nie wie, co napisał. Jak informuje poświęcona mu polska strona, nie dość, że McCarthy zawsze podkreślał, że z fantastyką ta książka nie ma nic wspólnego, to również stanowczo zakazał w USA rozdawania darmowych egzemplarzy dla czasopism i portali poświęconych temu gatunkowi. Aż ciśnie się na usta pytanie, czy McCarthy nie uważa przypadkiem - jak Caldwell, bohater powieści Jacka Dukaja „Science Fiction" - że na salonach różnica między „pisarzem" i „pisarzem science fiction" odpowiada różnicy między „aktorem" i „aktorem porno".

 



02/2012


 Wstęp »
 Publicystyka »
 Recenzje »
 Opowiadania polskie »
 Opowiadania zagraniczne »



Wydanie Specjalne
01/2012
Czas Fantastyki
4/2011
?> ?>